Kiedy pociąg mija stację w Moelv,
ogarnia mnie dyskomfort. Zaczyna się od czegoś w rodzaju mdłości,
a potem to rozlewa się na całe ciało, aż z trudem łapię
oddech. Nigdy czegoś takiego nie czułem, a przychodzi tak nagle,
że nie mam pojęcia, co się dzieje. Siedzę na fotelu przy oknie
obok kobiety, która czyta gazetę; papier trzeszczy jak fajerwerki,
kiedy przestępuję nad jej nogami, żeby wydostać się na przejście
między rzędami. Kobieta prosi mnie o spokój, ale ja już ją mijam
i pod gradem zdumionych spojrzeń pospiesznie przechodzę środkiem do
przesuwnych drzwi na końcu wagonu.
Kiedy wreszcie zostaję sam,
opieram się o ścianę naprzeciw drzwi wejściowych i próbuję się
ogarnąć. Serce mi galopuje i jestem tak roztrzęsiony, że postanawiam
usiąść. Mój wzrok zawisa na hamulcu awaryjnym na ścianie; bardzo
mnie korci, żeby pociągnąć za uchwyt, aż pociąg stanie, ale zamiast
tego krzyżuję ramiona, przyciskam ręce do piersi i usiłuję się
skoncentrować na turkocie kół uderzających o szyny.
W tej samej chwili słyszę niski
głos konduktora w sąsiednim wagonie i zaraz potem drzwi przesuwne
wędrują w bok. Konduktor jest zaczerwienionym, mocno zbudowanym facetem
w połowie między czterdziestką a pięćdziesiątką, o lekko
ospałym konduktorskim wejrzeniu i powolnych, cierpliwych ruchach,
których - jak sobie wyobrażam - nabywa się po wielu latach
służby. Za każdym razem, kiedy mnie mijał, starał się złapać
mój wzrok i wiem, że gdzieś już się spotkaliśmy, chociaż nie
umiem dokładnie określić, gdzie to było i kiedy. Teraz stoi za
mną i oddycha astmatycznie, jakby do każdego oddechu musiał się
przyłożyć; wydaje lekki pomruk, jak gdyby chciał mi oznajmić, że
mnie widział, po czym idzie dalej. Słyszę dźwięk otwierających
się drzwi przesuwnych i głos mamroczący "ktoś się dosiadł?",
po czym odgłos jego kroków oddala się i wkrótce milknie.
Wciąż siedzę napięty niczym
węzeł, który zbyt mocno zadzierzgnięto. Potem jednak stopniowo
dyskomfort opuszcza moje ciało. Oddycham spokojniej, aż wreszcie
udaje mi się utkwić wzrok w krajobrazie, przesuwającym się na
zewnątrz. W przerwach między kępami drzew, rosnącymi wzdłuż torów,
widzę, że odkąd ostatni raz wyjrzałem przez okno, dolina zwęziła
się i uciekła w bok. Na jej dnie połyskuje metalicznie jezioro
Mj?sa, tak jak pamiętam z dzieciństwa. Na jego zachodnim brzegu
między polami ciągną się gospodarstwa, rozlokowane częściowo
nad ołowianym pasmem ekspresówki, a częściowo pod nim. Niedługo
miniemy kościół w Vingrom, który stoi sam jeden na łagodnym
stoku opadającym do jeziora; kościół, który zawsze wydawał mi
się osamotniony; potem dojrzę most, wychodzący z cypla w Vingnes
i rozdzielający toń wody; a wreszcie pociąg wtoczy się na stację
i dotrę do Lillehammer.
Nie byłem w tym mieście od
niemal trzydziestu lat. Mimo to nie ma dnia, w którym bym o nim nie
myślał. Nocami zaś wracam tu we śnie. Z czasem coraz mniej było
tych powrotów, to jasne, zawsze jednak wiedziałem, że nie uda mi
się uciec przed tym, co się tutaj stało tamtego pamiętnego lata
tak dawno temu. Może powinienem był przyjechać tu wcześniej zamiast
przedkładać nad to inne obowiązki, ale teraz nic już nie mogę na
to poradzić. Człowiek sam wybiera życie, które wiedzie. Decyzje,
jakie podjąłem w ciągu mojego czterdziestoletniego życia, były
moje. Nie mogę za nie winić nikogo innego.
Zamykam oczy i odchylam głowę do
tyłu, aż dotykam ściany. Kołyszący ruch pociągu coraz bardziej
mnie uspokaja. Do mojej świadomości z wolna wkrada się twarz. Jest
niewyraźna i pozbawiona konturów, bo upłynęło dużo czasu, odkąd
potrafiłem ją sobie zwizualizować. Wyrzuciłem wszystkie zdjęcia
tej osoby, ale nadal noszę ją w sobie. Ożywione ruchy, gwałtowny
śmiech. I brodawki... Pośród tylu jej cech te brodawki zapadły mi
w pamięć: niewielkie, okrągłe wypustki na kostkach i palcach, jak
wyrośle na pniu drzewa. Często siedziała z podwiniętymi palcami,
a kiedy próbowałem otworzyć jej ręce, ona je cofała.
- Nie patrz - mówiła, ale śmiała
się, kiedy nalegałem, i czasem dawała mi szansę je zbadać, dotknąć
ich, a sama wydawała dźwięki świadczące o tym, że uważa je
za obrzydliwe i przykre. Ja natomiast niemal zazdrościłem jej tych
małych wirusów, które współtworzyły jej skórę. Wolno im było
trwać tuż przy niej, żyć na niej, w jakimś rodzaju symbiozy.
- Spójrz tutaj - mogłem
odpowiedzieć. - Ja też mam brodawkę.
I pokazywałem jej tę jedną jedyną,
którą miałem na małym palcu u lewej ręki. Nie była duża, miała
zaledwie milimetr średnicy. Matka wiele razy próbowała nanieść na
nią pędzelkiem środek przeciwko brodawkom, ale się opierałem.
- To żadna brodawka - ona na to
ze śmiechem.
I rzeczywiście. Dla mnie jednak
brodawka miała swoją wagę. Oznaczała, że posiadałem coś, co
i ona miała.
Już pierwszego dnia,
w którym ją zobaczyłem, wiedziałem, że nic nie będzie takie,
jak kiedyś. W tym czasie moja rodzina od wielu lat mieszkała na
V?rsetergrendzie, osiedlu położonym pięć-sześć kilometrów
na południowy wschód od centrum Lillehammer, ciągnącym się po
zboczu w kierunku Sjusj?en i granicy okręgu Hedmark, sześćset
metrów nad poziomem morza. Okolica miała się w zasadzie nazywać
Steinbakkegrenda, ale deweloper zmienił nazwę, żeby uczynić
ją atrakcyjniejszą dla potencjalnych nabywców mieszkań. Może
chciano, żeby nazwa brzmiała trochę jak Bakkebygrenda[1]. Tak czy inaczej, zmiana nie poprawiła sprzedaży
mieszkań. Po tym, jak się tu wprowadziliśmy jako jedna z pierwszych
rodzin, duża część rozbudowy musiała zostać wstrzymana na
dłużej. I zamiast przyjechać do nowego osiedla, tętniącego życiem
i pełnego młodzieży - taki obraz matka odmalowała przede mną
i moim bratem - zastaliśmy dzielnicę pustych domów i betonowych
szkieletów niegotowych bloków tarasowych; tam zaś, gdzie miały być
rośliny i zielone trawniki, leżał piasek i kamienie.
Na miejscu nie powstała też szkoła
i autobus rozwoził garstkę okolicznej młodzieży do różnych
podstawówek w centrum Lillehammer. Z jakiegoś powodu nie przyjęto
nas z bratem do szkoły S?re ?l, do której chodziły inne dzieci
z sąsiedztwa. Zamiast tego zostaliśmy posłani do szkoły Nybu,
położonej na południowym brzegu rzeki Mesny na samej górze przy
Stampesletta, gdzie mieścił się miejski stadion sportowy.
Na co dzień nie było to dla mnie
szczególnie ważne. Nie miałem rówieśników w sąsiedztwie,
nie zaprzyjaźniłem się też zbytnio z nikim młodszym ani
starszym. Początkowo wiele czasu spędzałem więc sam. Nasz bliźniak
po jednej stronie graniczył ze strumieniem, za którym rozciągał się
już tylko las. Przechadzałem się tam w pojedynkę. Wydeptywałem
ścieżki wśród drzew, ostrzyłem broń, którą ze sobą nosiłem,
i urządzałem własne bazy, gdzie ustawiałem figurki Playmo w zbrojach
rycerskich albo w strojach kowbojów czy Indian i toczyłem wielkie
bitwy, którym przyglądały się tylko ptaki.
Tuż przy strumieniu było duże
mrowisko. Zawsze mijałem je w drodze do lasu i nabrałem zwyczaju
solidnego dręczenia mrówek. Drążyłem otwory, żeby móc studiować
sięgające w głąb korytarze i komory, zdarzało się, że podpalałem
kopiec i stojąc nieopodal, śledziłem szaleńczą aktywność,
w miarę jak płomienie ogarniały igły.
Tym właśnie zajmowałem się pewnego
dnia, gdy nagle dostrzegłem między świerkami dziewczynkę, która
mi się przyglądała. Stała częściowo za gałęziami i wyraźnie
przed kimś się chowała. Szybko zgasiłem płomienie, ale ona stała
tylko bez ruchu, patrząc na mnie. W jej spojrzeniu nie znalazłem
potępienia. Zamiast tego uniosła palec wskazujący i przyłożyła
go sobie do ust, jakby mnie uciszając. Chwilę później odezwał się
gruby głos.
- A-a-a-agne-e-e-e-s!
Między pniami drzew zobaczyłem
mężczyznę, idącego mozolnie po kamiennym nasypie na drugim brzegu
strumienia. Był nagi od pasa w górę, owłosiony i spocony, bo było
tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego i na stromym zboczu prażyło
słońce.
- To mój tata - usłyszałem szept
dziewczynki, zanim zdążyłem się odezwać, tak jakby to wyjaśniało,
dlaczego tam się skryła. - Stój bez ruchu!
Ponownie przeniosłem wzrok na
wielkiego mężczyznę o kołyszącym się chodzie i nie potrzebowałem
powodów, żeby się nie ruszać. Później miałem się dowiedzieć,
że był kolegą mojego ojca w szpitalu, znanym z takiego gnębienia
młodszych stażystów, że u schyłku dnia niemal doprowadzał ich do
łez. Wtedy zaś sprawiał takie wrażenie, że gdybym usłyszał o tym
dokładnie w tamtej chwili, uwierzyłbym bez mrugnięcia okiem. Stałem
śmiertelnie przerażony, czekając, aż pójdzie dalej ścieżką
i zniknie w oddali.
Agnes nigdy mi nie powiedziała,
czym wprawiła ojca w taką wściekłość. Dowiedziałem się tego
przy okazji od matki. Jej rodzina dopiero przyjechała samochodem
przeprowadzkowym z Trondheim do V?rsetergrendy. Rozejrzawszy
się w nowym szeregowcu położonym w dolnym odcinku drogi, przy
której mieszkała moja rodzina, rodzice Agnes poszli do samochodu, żeby
zacząć przenosić rzeczy. Pozostawiona sama sobie Agnes dostrzegła
w tym swoją szansę. Wzięła klucz do nowego domu, zamknęła drzwi
i uciekła. Szybko zrozumiała, dokładnie tak jak ja, że nie spodoba
jej się w nowym miejscu.
A teraz staliśmy w lesie, niczego
o sobie nie wiedząc, i nie mieliśmy pojęcia, co powiedzieć. Wreszcie
Agnes wyszła spod gałęzi. Miała igły we włosach, a jej buty
przemokły, bo przechodząc przez strumień, wdepnęła do wody.
- Chodź - powiedziałem
i przywołałem ją gestem do bloku skalnego wyżej na zboczu,
gdzie mogła zdjąć buty i skarpety. Siedząc, spoglądaliśmy na
okolicę.
Przedstawiłem się, a ona
w odpowiedzi skinęła głową i się uśmiechnęła. Wiedziałem już,
jak się nazywa, bo ojciec wołał ją po imieniu. Jeszcze przez dobrą
chwilę siedzieliśmy dalej w ciszy obok siebie. Trudno mi powiedzieć,
jak długo to trwało, oboje wypatrywaliśmy jej ojca. W każdym razie
w pewnej chwili wstała i powiedziała, że musi iść. Wzięła
buty i skarpety i boso ruszyła przez trawę, po czym weszła między
drzewa. Już miała zniknąć, ale odwróciła się, spojrzała na mnie
i spytała: - Dlaczego dręczysz mrówki?
W jej oczach nadal nie było wyrzutu,
tylko pytanie. Ostrożnie wzruszyłem ramionami.
- Nie lubię mrówek -
odparłem.
- Dlaczego?
Poczułem, że się czerwienię,
i spuściłem wzrok, mamrocząc coś o tym, że mrówki wszędzie
łażą i nawet nie mogę sobie w spokoju nigdzie usiąść w lesie,
bo zaraz ładują mi się na nogi i ręce. Zdarza się, że wchodzą
do mojej sypialni, ciągnąłem, a pewnego ranka obudziłem się,
bo mrówka przeszła mi po twarzy. Od tej pory zawsze zamykałem okno,
kładąc się wieczorem do snu.
- A wiesz, że takie mrowisko może
stać dwieście lat?
Podniosłem wzrok. Była jakaś
powaga w jej sposobie mówienia, ale jej głos brzmiał łagodnie
i przyjaźnie.
- Nie - powiedziałem. -
Właściwie to nie wiem za dużo o mrówkach.
- One ci nie chcą nic zrobić,
nie możesz być dla nich taki zły. Obiecaj mi to!
Uśmiechnęła się, trochę tak,
jak sam bym się uśmiechnął do kogoś, kogo dobrze znam.
- Okej - odparłem i skinąłem
głową. - Obiecuję.
- To do zobaczenia!
Uniosła rękę
i pomachała. Zanim zdążyłem podnieść swoją dłoń, już jej
nie było.
[1] W dosłownym tłumaczeniu
na język polski nazwa "Steinbakkegrenda" oznaczałaby wioskę
na kamienistym zboczu, a "V?rsetergrenda" - wioskę na
wiosennym pastwisku. "Bakkebygrenda" to norweski odpowiednik
"Bullerbyn". (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).