22 marca 2004 r., poniedziałek
Na obrzeżach Baryszcza, gdzie hałas samochodów nie był tak uciążliwy jak w centrum miasta, mieszkało małżeństwo Lebiodów. Mieli zielony domek jednorodzinny z ciemnobrązowym dachem oraz garaż, trawnik i ogródek. Byli jeszcze młodym małżeństwem i bardzo cieszyli się sobą.
Była godzina siódma dwadzieścia. Dorota i Mariusz Lebiodowie jedli śniadanie.
- O której wrócisz dziś z pracy? - spytała trzydziestoletnia Dorota.
- Jak zwykle zapominasz, że kończę po sześciu lekcjach - uśmiechnął się do żony trzydziestopięcioletni Mariusz, nauczyciel biologii w pobliskiej podstawówce i gimnazjum.
- No tak... A ja jak zwykle o dwudziestej.
- Kochanie, przecież jesteś właścicielką sklepu spożywczego i zawsze możesz sobie skrócić pracę.
- Skrócić zawsze mogę, ale kokosów nie zarabiamy, przez co to nie wchodzi w rachubę.
- Mało kto w tym kraju zarabia krocie. Kochanie - spojrzał na zegarek - muszę już jechać do szkoły.
- Ja przynajmniej mam sklep pod nosem - uśmiechnęła się Dorota.
- No i dobrze, bo nie stać nas na drugi samochód - roześmiał się jej mąż.
Mariusz prowadził auto w złym nastroju. Niby wszystko w jego życiu się układało, jednak niedawna diagnoza lekarza brzmiała jak wyrok. Tak bardzo chciał mieć choć jedno dziecko, jednak okazał się bezpłodny. Czuł się winny i nie dawało mu to spokoju. W szkole udawał radosnego. Nikt nie wiedział, że nie może mieć dzieci poza żoną i jej rodzicami, i uznał, że tak będzie lepiej.
Dorota też bardzo pragnęła mieć dzieci. Przed tygodniem diagnoza o bezpłodności męża zwaliła ją z nóg. Starała się o tym nie myśleć i wypełniać swą pracę sumiennie, jednak ilekroć widziała klientki w ciąży lub z dziećmi, odczuwała bolesne ukłucie w sercu. Myślała często, że na świecie rodzi się dużo niechcianych dzieci, które kończą życie na śmietnikach. Jej do szczęścia brakowało chociaż jednego bobasa, który wniósłby w jej małżeństwo wiele radości. To jednak nie było możliwe, a przynajmniej nie z Mariuszem.
Wróciwszy z pracy po dwudziestej, jedli kolację.
- Kochanie, jak ci minął dzień? - odezwał się pierwszy Mariusz.
- Jak zwykle - odparła Dorota - a tobie?
- Niby wszystko jest w porządku...
Dorota zamyśliła się.
- Kochanie, nie myśl o diagnozie lekarza - powiedziała czule.
- Nie chcę o tym rozmawiać - uciął szorstko. Wstał od stołu i poszedł do sypialni.
Dorota została sama z myślami. Niepotrzebnie poruszyła niewygodny temat. Domyślała się, jak ciężko musi być jej mężowi. Wstała i poszła do sypialni. Mariusz leżał na brzuchu i ukrywał twarz w poduszce. Dorota bez słowa położyła się obok i mocno go przytuliła.