1
- A może weszłaby pani na szafot, hrabino, i nam zaśpiewała, zanim
zaczniemy wieszanie - powiedział Augustus Langenberger, przewodniczący
Rady Miejskiej Anaheim, do Heleny Modrzejewskiej, po mężu Chłapowskiej.
- Wolałabym nie - odparła Helena po chwili namysłu.
- Szkoda - odrzekł Langenberger. - Czytałem w gazecie, że wielka z pani
artystka. Tak mi się pomyślało, że moglibyśmy posłuchać, jak pani
śpiewa. Choć rzeczywiście marna to scena - dodał bez cienia wesołości.
Drewniany szafot stał na miejskim placu Anaheim, tuż obok aresztu,
lichego parterowego budynku z suszonej cegły, na którego dachu
wygrzewały się jakieś zwierzątka.
Całe miasteczko zeszło się przyglądać umieraniu. Ludzie tłoczyli się
wokół szafotu i w kolejkach do straganów ze słodyczami i whiskey laną do
blaszanych kubków. Podrostki w kusych portkach i koszulach po ojcach
obsiadły drzewa pieprzowe pośrodku placu. Kobiety, by coś w ogóle
dojrzeć zza kapeluszy mężczyzn stojących w błocie, gromadziły się na
drewnianych chodnikach wzdłuż sklepów i wyszynków. Hiszpańskojęzyczni
Californios trzymali się razem, ubrani biedniej i bardziej kolorowo.
Twarze zebranych lśniły w wieczornym słońcu. Purpurowa tarcza gotowała
się już do zniknięcia, jak co wieczór od zarania tego świata, w topieli
oceanu, który nieznużenie przybijał do lądu dwadzieścia kilometrów
dalej.
- Wieje tej jesieni, jakby sam diabeł dmuchał - westchnął Augustus
Langenberger. Zdjął kapelusz i oddał go jednemu ze starych kowboi za
plecami. Przewodniczący przejechał dłonią po wypomadowanych włosach,
roznosząc zmieszane wonie mokrego psa, kwiatów róży i lawendy. Ubrany
był w garnitur ziemianina, ale dłonie miał jak ranczer.
Wiało, rzeczywiście. Gorące podmuchy staczały się z gór na wschodzie, a potem, rozpędziwszy się na równinach południowej Kalifornii, wpadały do
miasteczka, siekąc piaskiem po wszystkim wokoło.
- Profesor musi dobrze wyrychtować sznur, żeby stary Lorenz od razu
skręcił kark - stwierdził Augustus Langenberger, gładząc się po
starannie przyciętej brodzie, której nie chciała przyprószyć siwizna.
Langenberger, zorientowawszy się, jak słabo Helena mówi po amerykańsku,
z uprzejmości mówił do niej po niemiecku, w języku swych dziadów z saksońskiego Stadthagen. Teraz jednak bezceremonialnie odwrócił się ku
jej towarzyszom po jego prawicy.
Helena westchnęła, niech rozmawiają. To od Langenbergera wynajęli farmę,
na którą zjechali przed dwoma tygodniami. Był, na ile potrafiła się
zorientować, niekwestionowanym panem tego miasta. Ich nowego miejsca na
ziemi. Zerknęła na męża. Karol Chłapowski, wychyliwszy się, posłał jej
uśmiech. Wiatr targał jego włosami jak gałązkami w opuszczonym
gnieździe. Mężczyźni mlaskali. Jedli cukierki, które kupił Sienkiewicz.
Znowu zawiało, a miasto westchnęło, gdy na szafot wszedł kat. Helena
uniosła brew. Czarnoskóry mężczyzna w czystym wełnianym garniturze.
Przyniósł narzędzie pracy, zwinięty na ramieniu konopny sznur, moczony w wodzie, suszony na słońcu i natłuszczony. Kat wspiął się na stołek
stojący pośrodku podestu i owinął linę wokół belki nad głową, mocując ją
do stalowych obręczy. Wyjął z kieszeni miarkę i dwukrotnie sprawdził
długość wiszącego kawałka sznura.
- Dopiero co zważyli Lorenza - powiedział Augustus Langenberger. -
Profesor nie mógł się przygotować zawczasu.
Ma dobre wyczucie tej drewnianej sceny, pomyślała o kacie Helena, ma
świadomość przestrzeni i widowni. Potrafiła to stwierdzić.
- Szafot macie fest - pochwalił Sienkiewicz.
- Prawda - przytaknął Langenberger. - Choć rzadko w użyciu. Ostatnio
tylko na Indian i Meksów. Poznali już państwo profesora? - spytał,
wskazując kata.
Sienkiewicz przytaknął.
- Golibroda, prawda?
- Tak jest. Profesor J.H.T. Dean, najlepszy balwierz w okolicy. Nie mamy
w mieście kata na etacie i czasem ślemy po jednego z Los Angeles. Ale na
Indian czy takich jak ten, co będzie dzisiaj - Langenberger wskazał na
szafot - profesor się nada.
Helena nie wiedziała, co odpowiedzieć.
- Pan Dean ma zakład na rogu Północnej i Cytrynowej - ciągnął
Langenberger. - Z dwiema kapitalnymi baniami w pokoikach na zapleczu.
Gorąca woda, zimna. Kapitalne.
- Dlaczego profesor? - spytała Helena, lecz Langenberger jej nie
słuchał.
Nie nawykła do takiego traktowania. By zdusić irytację, studiowała
przystojną twarz kata. Wróciła myślami do błysku siekiery w porannym
słońcu, który dał początek czekającemu ich spektaklowi. Czuła, jakby coś
przesuwało jej się w żołądku.
To Sienkiewicz zobaczył przewodniczącego na placu. Kiedy Langenberger
odmachał im na powitanie, podeszli do niego razem - Sienkiewicz, Helena
i jej Karol, i dwaj pozostali Polacy, Julian Sypniewski i Łucjan
Paprocki.
Nagle plac miejski w Anaheim zawibrował jak owadzi rój podrywający się z krzewu bylicy, bo oto zmierzali na szafot krótką, niezborną kolumienką:
pastor, szeryf, skazaniec, a za nim dwaj chłopcy, pomocnicy szeryfa.
Stary Lorenz, jej nowy sąsiad w tym dziwnym świecie, szedł w łachmanach,
w których widziała go rankiem, poplamionej koszuli i wełnianych portkach
wciągniętych w skórzane buty pamiętające może jeszcze czasy Hiszpanów.
Helena wiedziała, skąd te plamy.
Stanęli rzędem na szafocie. Pętla zatańczyła na wietrze. Stary Lorenz
był bez kapelusza.
Pastor szybko odczytał modlitwę, po czym opuścił podest. Kat obwiązał
stopy, kolana i łokcie skazańca, który - nagle pozbawiony równowagi -
zakołysał się, zagarnięty podmuchem, i runął na dechy niczym bela
materiału. Podnieśli go szybko i przytrzymali, kiedy profesor zakładał
mu pętlę na szyję, chowając węzeł za lewym uchem.
Helena poczuła, jak drobinki piasku drażnią jej oczy pod powiekami.
Włożyli mu worek na głowę i odsunęli się. Kat pociągnął za dźwignię
zapadni. Zaskrzypiała, lecz nie drgnęła. Och, wyrwało się miastu,
profesor J.H.T. Dean szarpnął znowu, zapadnia poszła z hukiem, strasząc
sówki, które wystrzeliły ku niebu z dziur pod dachem aresztu, a stary
Lorenz, żonobójca, runął w tę mikroskopijną przepaść.
- Zuch - rzekł Augustus Langenberger, nie wiadomo, o kacie czy skazanym,
który wirował na sznurze, kołysany nieustępliwym wiatrem.
Profesor J.H.T. Dean wyjął z kieszeni marynarki zegarek. Począł
odmierzać czas, siedem minut, po których ogłosi bezsprzeczne nadejście
śmierci i pozwoli odciąć ciało ze stryczka.
Lorenz był ich najbliższym sąsiadem, miał gospodarstwo kawałek w dół
wzgórza, kilka minut drogą od ich farmy. Helena patrzyła, jak stary
wisi, trzydzieści stóp od niej, i jak kapie mu z butów. Uświadomiła
sobie, że nigdy wcześniej nie podeszła bliżej do sąsiada niż teraz.
Opuściła wzrok, falbany obrębiające suknię miała w błocie. Powinna ją
skrócić, resztę sukien też. Nie chciała podnosić wzroku na szafot, więc
patrzyła w błoto i słuchała, jak jej Karol i pan Henryk Sienkiewicz
oddają się niezobowiązującej konwersacji z przewodniczącym
Langenbergerem.
Mrok dopadł Helenę Modrzejewską znienacka, kiedy słońce przycupnęło za
najniższym na placu budynkiem Krawieckiej Pracowni Morrisa A.
Mendelsona.
2
Henryk Sienkiewicz uważniej wejrzał we własne serce kilka miesięcy
wcześniej. Letniego kalifornijskiego popołudnia przyszli po niego, by
został ich bohaterem.
Pisał od rana, w wynajętym pokoiku jedynego piętrowego budynku w Anaheim
Landing.
Siedział przy stoliku, pochylony nad kartką, kałamarzem i pugilaresem z Krynicy-Zdroju, w którym trzymał pióra. Palił jednego papierosa za
drugim, pocąc się w wełniane portki, a nagie plecy lepiły mu się do
oparcia krzesła. Wilgotne prześcieradło w otwartym oknie nie łagodziło
morderczego upału ani nie powstrzymywało much, które zlatywały się nad
wiadro ze szczynami, stojące obok siennika rozłożonego na podłodze. Od
gorąca skrzypiały nawet drewniane ściany pokoju.
Kilka tłustych amerykańskich pszczół zataczało okręgi nad głową
Sienkiewicza, jakby czekając, by wykraść mu pomysły. Kartka, nad którą
siedział od świtu, była pusta.
Kiedy przyszli, wpuścił ich do środka.
Dobrze, że jesteś, Henry, ucieszyli się, najlepszy strzelec w całym
Landing. Trzeba nam uratować jedno piękne meksykańskie dziewczę.
Sienkiewicz wysłuchał ich. Pstryknął papierosem do wiadra, zdjął okulary
i odłożył je na stolik. Na ramiona narzucił skórzaną kamizelę i przywdział szeroki, skwaterski kapelusz. Stłoczeni w pokoiku, patrzyli,
jak ładuje karabin.
Alright, powiedział im wreszcie i wyszli, wszyscy razem.
Andrew, tutejszy Polak, przyprowadził do Sienkiewicza se?ora Machado,
starszego Californio, którego Sienkiewicz już widywał. Pan Machado był
stolarzem z doliny, sprzedawał rybakom z Landing narzędzia i naprawiał
im łodzie. Przyjeżdżał tu z podrostkami, synem i córką, którzy pomagali
przy robocie.
Rodzina Machado jadła obiad, relacjonował Andrew, kiedy dosiadł się
pijany jankeski mieszczuch i dosłownie porwał dziewczynę, ciągnąc ją do
innego stolika. Bełkotał, że jeszcze dziś wywiezie ją do Los Angeles.
Se?or Machado nie powiedział ani słowa, trząsł się tylko i ściskał
dłoń syna. Chłopiec był niemal wzrostu Sienkiewicza.
- Panie Machado - zapytał Sienkiewicz - czy to prawda?
- Sí - odparł Californio.
- Do dzieła - rzucił Andrew, gdy wyszli w sierpniowy żar jedynej ulicy w Anaheim Landing. Poprawił rewolwer wystający zza przewiązanych sznurkiem
spodni. Sienkiewicz znał drogę, w Landing była tylko jedna garkuchnia,
prowadzona przez starego Lionela.
Szli we czterech, łachmaniarz Andrew na czele, za nim Sienkiewicz i dwaj
Machados z tyłu. Trudno uwierzyć, że dwieście metrów za plecami mieli
ocean, kiedy nawet kurz, który wzbijali, zdawał się parzyć im twarze.
Anaheim Landing było drewnianą osadą, od zawsze podupadłą, głodną i pijaną. Powstała jako morska przystań dla pobliskiego Anaheim, lecz
odkąd do miasta dotarła kolej, port przestał być potrzebny. Do Landing
zaczęli przyjeżdżać letnicy, głównie mężczyźni, którzy zażywali kąpieli,
a potem, z głowami rozgrzanymi słońcem i whiskey, chętnie do siebie
strzelali.
- Ten gagatek - rzucił Sienkiewicz, nadal po amerykańsku - to jakiś
mieszczuch, tak?
- Taa - potwierdził Andrew. - Słyszałem, jak się przedstawia Lionelowi.
Że on jest kolejarz czy coś takiego.
Sienkiewicz mocniej ścisnął broń, stal lufy karabinu była chłodna.
Wyszynk Lionela znajdował się niedaleko.
Henryk Sienkiewicz był szczęśliwy.
Szedł zaprowadzić sprawiedliwość i nie wykluczał, że wybrzmi ona
karabinowym wystrzałem, niosącym pomoc dostojnemu synowi tej ziemi.
Szerszy kontekst planowanego czynu budził w nim pewne wzruszenie. Nie
chodziło tylko o zagubionego Californio i honor jego córki, którą
uchroni przed pohańbieniem z ręki aroganckiego, podłego przybysza.
Chodziło o odwagę, by powstać i wystąpić przeciwko extranjero, a jednocześnie tym gestem, śmiałym i prawym, rzucić symboliczne wyzwanie
wszystkim obcym, którzy przychodzą i biorą, co nie swoje. Myśli pana
Henryka mknęły ponad Atlantykiem ku Staremu Światu, ku jego starszemu
bratu Kazimierzowi, który przelewał krew w narodowym powstaniu i, równie
heroicznie co bezsensownie, pod Orleanem oddał życie za upadającą
Francję. Myśli Henryka pędziły ku wszystkim walczącym dzielnie Polakom,
których kochał jak braci, kiedy walnąwszy pięścią w stół, żegnali się z matkami i siostrami i ruszali w bój. Pędziły ku młodzieńcowi, który
poszedł do tajnego punktu werbunkowego w styczniu sześćdziesiątego
trzeciego. Zostań w domu, synku, potrzebujemy cię nad książkami, rzekł
mu tam stary mężczyzna i uśmiechnął się do niego, wzruszony, oceniwszy
delikatną sylwetkę nastoletniego Sienkiewicza.
Zostań w domu, synku.
Sienkiewicz miał już trzydzieści lat, lecz w chwilach takich jak ta
emocje nadal z trudem mieściły się w jego ciele. Najlepszy strzelec w całym Landing. Karabin Henry, który Sienkiewicz brudził teraz
poplamionymi inkaustem dłońmi, miał piętnaście naboi w podlufowym
magazynku.
Sienkiewicz pomyślał o nękanej dziewczynie i uznał, że Andrew może
kierować się czymś prostszym.
Byli już przed samym wyszynkiem, kiedy Sienkiewicz potknął się i upadł w piach. Każda szczerbata szumowina z Anaheim Landing patrzyła, jak wstaje
i podnosi karabin. Nikt się nie uśmiechnął.
Przed drewnianym budyneczkiem, w którym stary Lionel sprzedawał placki i kompot, uwiązanych było kilka koni i stał wóz pana Machado.
Zatrzymali się przy drzwiach. Były otwarte, zardzewiały kociołek
blokował je przed zamknięciem. Para pelikanów obserwowała ich z dachu
garkuchni.
Andrew powiedział coś po hiszpańsku do pana Machado, puścił oko do
rodaka, poprawił rewolwer zatknięty za portki i zniknął w środku.
Californio spojrzał na Sienkiewicza. Wchodźcie, popędził go pan
Henryk. Pan Machado zmrużył oczy, po czym ścisnął dłoń syna i posłuchał.
Sienkiewicz może nawet wszedłby za nimi, lecz wtedy dostrzegł tamtego
Meksa i pojął, że mężczyzna nie jest stąd. Otyły kowboj siedział
dupskiem w piachu, oparty o ścianę wyszynku, i chowając twarz przed
słońcem pod rondem kapelusza, pakował sobie do ust okrawki słoniny z miski na brzuchu. Kowboj spojrzał na Sienkiewicza. Pas z pełną kaburą
leżał obok.
Sienkiewicz odsunął się od wejścia. Miejscowe łachudry obserwowały teraz
ich obu. Słońce grzało tak mocno, że niemal słyszeli, jak płonie, jak
się gotuje nad nimi.
Nagle ze środka dobiegło kilka wystrzałów rewolwerowych. Sienkiewicz aż
podskoczył i z roztargnieniem spojrzał na karabin trzymany w dłoniach.
Grubas spod ściany zdjął miskę z brzucha i nie przestając się wpatrywać
w Sienkiewicza, wytarł tłuste palce o wełnę spodni.
W środku ktoś rozpłakał się głośno. Chmura prochowego dymu wypełzła
przez otwarte drzwi wyszynku i poczęła rozwiewać się, niczym wypuszczona
na wolność pustynna kreatura o ciele wysnutym z mgły.
Meksykański grubas patrzył na Sienkiewicza.
Z garkuchni Lionela wyszedł mężczyzna. Wysoki i szczupły, ubrany w miejski kapelusz i zakurzony podróżny garnitur. Z kabury przy pasie
wystawała rękojeść rewolweru. Broń jeszcze trochę dymiła.
Mężczyzna rozejrzał się i dostrzegł Sienkiewicza.
- Dzień dobry - skinął na powitanie. Miał ładny głos, dźwięczny i melodyjny.
- Dzień dobry - odpowiedział Sienkiewicz i idąc za wzrokiem
nieznajomego, przypomniał sobie o karabinie. Opuścił go wzdłuż ciała.
- No żeż kurwa - powiedział nieznajomy. - Gorąco jak w piekle.
Uśmiechnął się spod gęstego wąsa. Mógł być w wieku Henrykowego ojca.
- Calvin Vinatieri - przywitał się. - Agent terenowy Przedsiębiorstwa
Kolejowego Southern Pacific.
- Henryk Sienkiewicz. Literat z Warszawy.
Mężczyzna uniósł brwi, po czym uścisnęli sobie dłonie.
Zawodzenie w garkuchni nie ustawało. Ze środka nie wyszedł nikt więcej.
Ani jeden uliczny łachudra nawet nie drgnął.
- Literat - powtórzył pan Vinatieri. Miał świeże krople czyjejś krwi na
szyi. - Strzelał pan kiedyś do drugiego człowieka, panie Sienkiewicz?
Oczy Calvina Vinatieriego były jak górskie potoki.
- Nie - odparł Sienkiewicz. - Nie strzelałem.
- No cóż. Miło było poznać. - Mężczyzna odwrócił się i zaczął oporządzać
konia.
Żaden z nich nie mógł wiedzieć, jak podobny los, dziki i krwawy, czeka
ich najbliższej jesieni.
Vinatieri poprawiał siodło, a gruby Meksykanin już zapinał pas na
stojąco. Sienkiewicz rozejrzał się po ulicy, wziął głęboki oddech i wszedł do środka.
W garkuchni było ciemno, ciasno i aż gryzło w oczy od oparów gorącego
tłuszczu. Ludzie siedzieli przy małych, jakby dziecięcych stoliczkach.
Pan Machado klęczał pod ścianą, tuląc do piersi swe dzieci. Jedno z nich
wyło, lecz Sienkiewicz nie był pewien które. Stary Lionel spojrzał
Polakowi w oczy i wskazał na drzwi do ogrodu. Sienkiewicz posłuchał i spostrzegł, że klepisko, po którym idzie, jest wilgotne.
W maleńkim, otoczonym wysokim płotem ogrodzie stał stół i rosły dwie
jabłonie. Na ławie przy stole, tyłem do wchodzącego Sienkiewicza, kulił
się Andrew. Sienkiewicz odłożył karabin, wrócił do wyszynku i poprosił
Lionela o dwa piwa.
- Masz pieniądze? - spytał kucharz.
- Nie mam - odparł Sienkiewicz.
- To kto za to zapłaci?
- On. - Sienkiewicz wskazał na tulącego dzieci Californio.
Lionel nalał i Sienkiewicz zaniósł kufle do stołu w ogrodzie. Usiadł na
ławie obok Andrew. Andrew pachniał brzydko i oddychał z trudem. Ziemia
pod jego trzewikami coraz bardziej rozmiękała.
Andrew dostrzegł piwo i z wysiłkiem podniósł wzrok na Sienkiewicza.
Strach wydobył na jaw jego prawdziwy wiek i pan Henryk z zaskoczeniem
dostrzegł, że Andrew jest od niego młodszy. Ranny mężczyzna z całych sił
ściskał dłońmi ławę, na której siedzieli.
- Tośmy się - zaczął Andrew, próbując przełknąć ślinę - wpakowali.
Sienkiewicz przymknął oczy. Słońce nad nimi płonęło, listkami jabłoni
nie poruszał najsłabszy podmuch.
Spróbował dyskretnie zajrzeć pod stół zobaczyć brzuch towarzysza.
- Już nie ma co - szepnął Andrew i się rozkasłał, niemal rozlewając
piwo. - A pan?
Sienkiewicz nie rozumiał.
- Trafił pana? - spytał chłopak. - Bo nawet żem nie zauważył.
Sienkiewicz długo nie odpowiadał, po czym zaprzeczył.
- Przepraszam - powiedział Andrew i w jego oczach błysnął podziw. - Był
taki szybki. Nawet do nas... nie wstał.
Sienkiewicz milczał. Po czole Andrew chodziły muchy. Ktoś stanął za ich
plecami, ale zaraz sobie poszedł.
- Zimno tu - szepnął Andrew po polsku.
Sienkiewicz zawahał się, po czym włożył mu na głowę swój kapelusz.
- Elegancko - skomentował Andrew.
- Chcesz pan piwa?
Andrew nie odpowiedział. Sienkiewicz spróbował napoić towarzysza, lecz
wszystko pociekło po brodzie i szyi za koszulę, a kapelusz spadł w błoto. Sienkiewicz podniósł go - był mokry od krwi - i odłożył na stół.
- Przepraszam - powtórzył Andrew.
- Ja też - wyszeptał pan Henryk.
- Ta dziewucha - zaczął chłopak - córka pana Machado. Zasadzam się na
nią drugie lato. Stary dobrze jej pilnuje. Dwanaście tysięcy, powtarza.
Dwanaście tysięcy dolarów posagu.
Sienkiewicz słuchał, jak Andrew powoli składa słowa:
- Pomyślałem sobie, że spojrzy na mnie inaczej. Że oni oboje. Jak na
bohatera.
Sienkiewicz słuchał. Zielone muchy obsiadły klepisko wokół trzewików
chłopaka.
- Nawet nie wiem. Jak ma na imię.
Pan Henryk wypił duszkiem pół piwa.
- Jest taka jedna dziewucha - zaczął. - Helena. Przyjedzie tu jesienią,
z całą kompanią. Znalazłem dla nich farmę pod Anaheim, będą uprawiać
winogrona. Chyba do nich dołączę.
- Helena - powtórzył Andrew i coś gęstego pociekło mu z kącika ust po
brodzie. - Ile?
- Co ile?
- Ile chcą za nią posagu?
- Nie chcą - odparł Sienkiewicz. - Ma męża.
- To masz pan łatwiej - uśmiechnął się Andrew.
Sienkiewicz tylko wzruszył ramionami.
- Boję się, panie Henryku. Pomodlisz się pan za mnie?
Pomodlił się za niego do Pana Boga i do wszystkich świętych, a słońce
przyjęło każdą z modlitw. Chłopak kulił się obok.
- Muszę iść, panie Jędrku - powiedział Sienkiewicz.
- Zostań pan jeszcze trochę.
- Muszę iść.
Wstał i spojrzał w niebo. Ocenił, że kapelusz podsechł i włożył go
chłopakowi na głowę.
- Tatku - szepnął Andrew gdzieś spod ronda.
Sienkiewicz zabrał karabin i wyszedł z ogrodu.
W garkuchni ludzie jedli i pili.
- Kto zapłaci za pogrzeb? - spytał Lionel.
- Weź jego rewolwer - odparł Sienkiewicz.
- To już?
- Nie.
Na ulicy zobaczył, że se?or Machado rychtuje wóz do odjazdu. Dzieci
wiązały puste skrzynki na furze. Californio przerwał pracę i przyglądał się, jak Sienkiewicz podchodzi. Dziewczyna nie miała
piętnastu lat.
- Jak ona ma na imię? - zapytał jej ojca Sienkiewicz.
- Doce mil dolares - odparł pan Machado i wrócił do pracy.
3
W noc przed wieszaniem starego Lorenza Helenie śniła się Galicja.
Duszne majaki, pełne wybuchów przemocy, mroku gęstego i brzydkiego, łez
wściekłości. Sny jak labirynty, niekończące się duszne pokoiki, świece
kradnące światło i okna, których nie sposób otworzyć, płaczące cicho
matrony i mężczyźni drżący nad rozdaniami, w których stawką bywały ciała
ich kobiet, prowincjonalnych aktorek, martwe dzieci, pięści i śnieżyce,
i ciała wleczone po krakowskim bruku, labirynty. Helenie zawsze śniła
się Galicja. To przez nią budziła się wymęczona i napięta, witając z ulgą wczesny kalifornijski brzask.
Tak trwała jej ucieczka, która była stanem, nie ruchem.
Podniosła się z łóżka i sięgnęła po fartuch wiszący na gwoździu. Karol
zamruczał tylko. Pajęcze, długie ciało męża wyczuło jej brak i mościło
się na nowo, pewniej i wygodniej, na twardym sienniku. W Warszawie mieli
łóżko szersze niż ten pokoik i sypialnię większą niż cała ta chata.
Dotknęła dłonią ściany, drewno było ciepłe, zakurzone i aromatyczne. Po
drugiej stronie rozciągała się łączka, a na niej stała szopa, w której
spali Henryk Sienkiewicz i Łucjan Paprocki. Tylu mężczyzn leżało wokoło.
Helena przeżegnała się do krucyfiksu nad łóżkiem. Wsunęła stopy w pantofle.
W pierwszej, nieco większej sypialni spali Sypniewscy z dziećmi, cztery
istoty jak dzikie zwierzęta splątane ze sobą w przepoconej pościeli.
Śmierdziało zepsutym mlekiem i pełną pieluchą. Sypniewska powoli uniosła
głowę. Helena puściła do niej oko. Sypniewska tylko westchnęła. Opadła
na poduszkę, uważając na niezborne ciałko niemowlęcia. Spała znowu,
zanim Helena przeszła do saloniku.
Pani Chłapowska podeszła do syna śpiącego na sofie i otuliła go
szczelniej kołdrą. Koci pomruk z kuchni obok saloniku. Anusia usiadła w barłogu na podłodze przy kuchennym piecu i przeciągnęła się, trącając
dłońmi warkocze papryk, czosnku i ziół, wiszące na ścianie. To już
kobieta, pomyślała z niepokojem o dziewczynie Helena.
Dzień dobry, proszę pani, dzień dobry, Anusiu. Zaparzę kawy. Dziękuję,
kochanie.
Helena wyszła na ganek, w listopadowy dzień, rześki a ciepły. Słońce
wyrwało się ponad górskie pasmo Santa Ana, które zamykało jej nowy świat
od wschodu. Ostre szczyty wymalowane połyskliwym błękitem, dębowe
zagajniki w dolinie, a bliżej łąki, łąki jak oceany, przelewające się
łagodnymi falami kostrzewy, z wielobarwnymi bałwanami szałwii i sumaku,
skrywające pod powierzchnią ławice przepiórek, zajęcy i gryzoni
wszelkiej maści, wybudzonych i czujnych. Ptaszki powrzaskiwały na siebie
z drzew pomarańczowych wokół chatki.
Było ciepło, lecz wiatr się wzmagał. Podmuchy, suche i gorące, ciągnęły
z gór na zachód niczym pielgrzymi szukający drogi do oceanu, którzy
błogosławią świszczącym oddechem wszystko po drodze.
Anaheim, Kalifornia. Ameryka.
Helena słuchała odgłosów nowego domu. Brzęk kuchennych garnków, ptasie
trele, pogdakiwania kur, rżenie jednego z ich tanich mustangów ze stajni
i nagle kobiecy wrzask, który wszystko przerywa i - cisza. A potem znowu
czyjś krzyk.
Helena obejrzała się na pogrążoną we śnie chatę i zawahała tylko na
chwilę, po czym pobiegła ku bramie i dalej, w dół piaszczystej drogi.
Szybkie nogi, szybkie serce, pędziła przed siebie, aż zza drzew wyłoniła
się zagroda starego Lorenza. Była daleko, lecz widziała wszystko
wyraźnie.
Lorenzowa dobiegła do furtki i szarpnęła nią z wrzaskiem, nie mogąc jej
otworzyć. Lorenz dogonił żonę i zamachnął się siekierą. Kobieta zniknęła
za płotem i ucichła, a on uderzył znowu i jeszcze chyba dwa razy, po
czym wyprostował się, z widocznym trudem łapiąc oddech. Odłożył siekierę
pod płot, otworzył furtkę i wyszedł na drogę. Spojrzał na Helenę,
znieruchomiałą w tumanie kurzu. Odwrócił się i ruszył w drugą stronę, ku
górom.
Helena stchórzyła i zawróciła na farmę, po mężczyzn. Potem długo
wypatrywały ich zza płotu, z Sypniewską i Anusią, jakby zagroda miała
zapewnić im bezpieczeństwo. Dzieci Sypniewskiej były z nimi. Jezu
Chryste, przypomniała sobie, dzieci.
Drogą wracał Rudolf, próbował opanować płacz.
- Mamo. - Pokręcił głową. - Ona ma głowę rozłupaną zupełnie na pół.
Patrzył w przydrożne chwasty, wciąż miał przed oczami wynik koniunkcji
praw fizyki, metalu i ludzkich tkanek o różnej wytrzymałości.
- Och, Dolciu. A dzieci?
- Musimy je tu przyprowadzić, mamo.
Ulga splątana z grozą. Pokręciła głową.
- Tu? Nie, nie.
- Ale mamusiu.
- Tu lepiej nie.
Chłopak obejrzał się na zagajnik, za którym było ranczo Lorenzów, i westchnął. Poszedł tam znowu. Wrócili razem. Julian Sypniewski, ojciec
dwójki maluchów, niósł obce niemowlę. Dolcio prowadził za rękę bosego
chłopca, który miał może z dziesięć lat.
- Tylko ze mną chciał iść - powiedział do niej syn.
Sienkiewicz przebrał się, osiodłał konia, zabrał strzelbę i ruszył w pościg za żonobójcą. Łucjan Paprocki pojechał do miasta zawiadomić
szeryfa.
I znowu nie pracowali, choć zwierzęta i winogrona czekały. Chłopiec
Lorenzów siedział na ganku z dłońmi na kolanach, zupełnie bez ruchu,
niczym widmo po jednej z hardych rodzin, urabiających tę ziemię dwa
pokolenia temu na własne potrzebę i podobieństwo.
Niemowlę Lorenzów było dziewczynką. Płakała, a Sypniewska nie potrafiła
jej nakarmić ani uspokoić. Helena odeszła daleko w winnice, by nie
słyszeć lamentu małej, ale potem wróciła i wzięła ją w ramiona. Skórę
dziewczynki pokrywała wysypka. Opuchnięta i sina, i tak absurdalnie
krucha, wywrzaskiwała Helenie w twarz, co dyktował instynkt, zdartym,
wciąż niewprawnym gardłem.
Piękna.
Zamilkła. Przyjrzała się trzymającej ją kobiecie i zapłakała znowu,
równie żałośnie co wcześniej. Anusia wzięła dziecko od Heleny.
W południe wrócił Łucjan Paprocki. Przywiózł ze sobą dwóch pracowników
Augustusa Langenbergera. Mężczyźni pojechali na farmę Lorenzów, a potem
wrócili, by zabrać dzieci wozem do miasta. Z tyłu mieli pakunek
wielkości jelenia, zawinięty w brudną, przemakającą pościel. Zanim
ruszyli, Helena upewniła się, że dziewczynce wygodnie na wozie.
Potem nadjechał szeryf, na czele czteroosobowej kompanii. Nie zeszli z koni, ojciec i, co dostrzegli od razu, jego trzech dorastających synów.
Najmłodszy, może w wieku Dolcia, podjechał blisko ojca. Szeryf nazywał
się David Davies i chciał porozmawiać z Heleną. Miał miękki angielski
akcent, który Helena poznała podczas paryskich przyjęć. Po tym, jak
poruszał głową, i po chłopaku pod bokiem zorientowała się, że szeryf
ślepnie. Dolcio studiował rewolwer wystający z kabury najmłodszego ze
stróżów prawa.
- Czyli że ten... - zaczął Davies. - Widziała pani, jak Lorenz zatłukł
żonę.
- Tak, widziałam - odparła Helena.
- Na pewno.
- Tak.
Davies skinął głową.
- Słyszeliście, chłopcy. - Kiwnęli, że słyszeli. - No, to powiesimy go
dziś o zachodzie słońca.
- Złapaliście go już? - zapytał Karol Chłapowski.
- Tak, proszę pana. Siedział przy kładce nad Sarnim Strumieniem. -
Davies odwrócił twarz od wiatru. - Jakby na nas czekał. Dziś będzie
wisiał.
- Tak szybko? - zapytał Karol.
- A na co tu czekać? - odparł szeryf i odjechali.
Postanowili wybrać się na wieszanie do miasta. Na farmie zostały
Sypniewska i Anusia, i obrażony Dolcio, bo Helena nie zgodziła się, żeby
pojechał. Tuż przed ich odjazdem wrócił Sienkiewicz. W lesie nie znalazł
nikogo.
Pod wieczór Lorenz wisiał na stryczku. Szeryf z synami stali nieopodal
szafotu na pustoszejącym placu. Ale dlaczego, pytali siebie nawzajem,
dlaczego on to zrobił.
- To przez ten wiatr - powiedział kat, chowając zegarek do kieszeni
prążkowanej marynarki. - Tnijcie.
- Jakbyśmy z wieszaniem poczekali do jutra - rzucił jeden z chłopaków
Daviesa - można by posłać po fotografa do Los Angeles. Pamiątka by była.
Kruki, czarne jak dna studzien, kołowały po granatowym niebie,
wywrzaskując przebudzenie nocy.
4
Na farmę wrócili po zmroku i upili się. Szybko i solidarnie.
Po drodze wierzchowiec Juliana Sypniewskiego, krnąbrny i nieco szalony
bronco, poniósł go i wysadził w wysychającym potoczku. Sypniewski
wrócił pieszo, prowadząc mustanga za uzdę. Sypniewska wybiegła do niego
i potem, przy świetle lampy naftowej, starannie opatrzyła mu poharatane
ramię. Wkrótce jedno z ich dzieci obudziło się, Sypniewska poszła do
niego i więcej z sypialni nie wyjrzała.
Sienkiewicz poczęstował Rudolfa i Anusię cukierkami, które kupił przed
egzekucją. Chłopak odmówił, wciąż nadąsany, że nie pozwolono mu jechać.
- Słodkie, aż się kręci w głowie - powiedziała Anusia do Sienkiewicza z wydętym policzkiem. Stała nad nim, gdy tak siedział w fotelu na skraju
werandy, a krawędzie jej fartucha zawiewało mu na kolana.
- Bardzo ciekawa jestem, panie Henryku.
Uniósł brwi.
- Jak to jest oglądać jak kogo wieszają.
- Dobranoc, kochanie - rzekła Helena i dziewczyna, pożegnawszy się,
zniknęła w domu.
Wynieśli z domu placki wypieczone o poranku, whiskey i wino. Helena i Karol, i Sienkiewicz, i jeszcze Julian Sypniewski i Łucjan Paprocki oraz
przysłuchujący się każdemu ich słowu Dolcio. Już tak nie wiało i noc
wyjątkowo im smakowała, rześka jak źródlana woda. Kalifornia odpoczywała
od wiatru, znowu wzbierając życiem, pod bezbrzeżnym nieboskłonem. Lampa
między nimi ciągnęła do siebie zdezorientowane owady, oni też tkwili w tej dolinie jak zbłąkani w czyimś olbrzymim królestwie. Nie chcieli stąd
iść, wiedzieli, że sen przyniesie szubieniczne powidoki, a pościel,
rozgrzana ciepłymi ciałami, przypomni o rozkołysanym człowieku pod
nieuchronnym wpływem czarnej magii śmierci.
Rozmawiali o Lorenzach. Że mieszkali tak blisko i nie odwiedzili ich ani
razu. Helena nigdy wcześniej nie spotkała Lorenzowej. I nawet miała
upiec coś i pójść się zapoznać, ale wtedy Sienkiewicz powiedział jej, że
ta żona to Meksykanka i zapał Heleny osłabł. Mówili, że nigdy nie
spotkali Lorenzów w mieście. I że nawet nie bardzo wiedzieli, ile tamci
mają dzieci. Widziałem krzyże, powiedział Łucjan Paprocki, dziś rano
widziałem krzyże u grobów w ogrodzie za domem.
Kiedy Helena poszła do wychodka, Sienkiewicz dał Rudolfowi whiskey.
Dolcio rozkasłał się w rękaw, mężczyźni zarechotali. Nie dawać mu wódki,
dobiegła ich z mroku matczyna przestroga i mężczyźni śmiali się,
piętnastolatek z nimi, najdojrzalej jak potrafił. Helena wróciła i też
się śmiała.
Ktoś powiedział, że Lorenzowie mieli dobre zbiory i wtedy spoważnieli.
Ktoś rzucił, że to kwestia nasłonecznienia, bo tamta winnica była
bardziej od wschodu. I ziemia inna może, bo to już inne zbocze. Szkoda
tego wszystkiego, dodał ktoś, zmarnuje się. Rozkradną, Indianie czy
Meksi. Sienkiewicz polał. Szkoda, bo dobre narzędzia miał stary Lorenz,
Sienkiewicz z Sypniewskim widzieli.
Zza podwiniętego rękawa po skaleczonej ręce Sypniewskiego ciekł różowy
płyn, do którego zlatywały się muszki. Po którymś łyku już nie zwracał
na nie uwagi.
- Przyniosłem je - powiedział ostrożnie Karol Chłapowski, zerkając na
żonę. - Narzędzia. Zanim pojechaliśmy na wieszanie.
Spojrzeli w puste kubki.
- A taczkę? - spytał Sienkiewicz. - Lorenz miał dużą taczkę.
- Taczki nie.
Patrzyli w kubki.
Sienkiewicz wszedł do kuchni po kolejną butelkę. Anusia siedziała w swym
nocnym legowisku w kuchennym kącie i patrzyła na niego.
- Oglądanie wieszania jest bardzo przykre - powiedział jej. - Bardzo
niewiele dzieli nas od popsutych rzeczy.
Dziewczyna położyła się plecami do Sienkiewicza i przykryła zatęchłym
kawaleryjskim kocem, pod którym sypiała.
Gdy wrócił na ganek, Helena pożegnała się, jak zawsze dość oficjalnie.
Zabrała syna i zniknęli w środku. Sienkiewicz został sam, naprzeciw jej
męża i jego dwóch najlepszych przyjaciół.
Na werandzie zapadła cisza. Henryk czuł się niepewnie, kiedy Heleny nie
było w pobliżu. Nie potrafił rozerwać wieloletniego sojuszu tych trzech
mężczyzn ani, tym bardziej, do niego dołączyć. Kiedyś myślał, że może to
zmienić. Pół roku temu przypłynęli tu z Julianem Sypniewskim tylko we
dwóch, przebywając ocean, a potem amerykańskie równiny w poszukiwaniu
ich nowego domu. Kiedy wynajęli tę farmę, Sypniewski wrócił do kraju po
rodzinę i resztę kompanii. W Warszawie podsunęli mu reportaże z tej
podróży, pisane przez Sienkiewicza do "Gazety Polskiej", w których
dziennikarz złośliwie sportretował Juliana. To były wcale niezłe
reporterskie kawałki. Nigdy o tym nie porozmawiali.
Siedzieli teraz w ciszy. Ci trzej mężczyźni zawsze byli dla niego mili,
może nawet milsi niż dla siebie nawzajem i chyba to martwiło go
najbardziej. Henryk widywał w Warszawie, do czego są zdolni, kiedy są
razem.
Konie w stajni zarżały, nagle wybudzone przez obce zwierzę w pobliżu.
- Mam taki pomysł - powiedział Sienkiewicz, rozlewając resztkę wina. -
Pomysł na scenę w powieści. Bizon, wyobraźcie sobie, bizon potężny,
wielki jak dom. I kobieta, piękna i naga, przywiązana do włochatego
ciała bestii, dla indiańskiej zabawy. Bizon jest zamknięty w zagrodzie,
zatacza okręgi w cwale z pięknością na grzbiecie. Kobieta umiera ze
strachu. Indianie, stłoczeni wokół ogrodzenia, wrzeszczą i śmieją się
złowrogo. Wtedy naprzeciw bizona staje polski pielgrzym, były zapaśnik.
Jego towarzysze rechotali. Myśleli, że żartuje.
Skończyli pić i rozeszli się, Sienkiewicz z Łucjanem Paprockim do szopy,
w której spali. Paprocki szybko zachrapał, a wtedy Henryk włożył surdut
i z powrotem ruszył w noc.
Poszedł na farmę Lorenzów.
Kiedy otwierał furtkę, próbował nie myśleć o tym, co zastali tu
ostatniego ranka. Spojrzał w rozgwieżdżone niebo, daremnie szukając
przyzwolenia.
Obiecał sobie, że nie będzie patrzeć w miejsce, gdzie znaleźli
Lorenzową. Popatrzył. Ciemna plama na trawie pod płotem jak cień
wypalony zatrutym słońcem.
Usłyszał warczenie psa i zamarł. Kundel z pyskiem przy ziemi na krótkim
sznurze. Miał pusto w misce. Sienkiewicz wszedł do szopy, zostawiając
otwarte drzwi, by dojrzeć w niej cokolwiek. Prawie ją przegapił: taczka
stała w rogu, przykryta skórą. Kiedy wyjechał nią na podwórko, zobaczył
siekierę. Leżała tuż przy drzwiach, jeszcze brudna. Dobra, nowa
siekiera. Sienkiewicz przetarł ją skórą z szopy i włożył do taczki. Pies
zawarczał znowu. Spojrzeli sobie w oczy.
Był już za furtką, kiedy wziął siekierę i wrócił się. Powoli podszedł do
psa. Przeciął sznur i kundel, uwolniony, puścił się pędem po całym
obejściu, wlokąc za sobą resztę powrozu. Sienkiewicz przykucnął i go
zawołał. Kiedy pies podszedł, mężczyzna rozwiązał sznur wiszący u chudej
szyi. Kundel odbiegł i zaszczekał.
Gdy zamykał za sobą furtkę, Sienkiewicz zobaczył, że pies wyjada coś z trawy w miejscu, gdzie rankiem leżała kobieta. Kundel podniósł jeszcze
łeb, w jego spojrzeniu był uśmiech.
Henryk wrócił na farmę, pchając taczkę po nierównej drodze. Siekiera
hałasowała, obuch obijał się o skrzynię taczki. Sienkiewicz zatrzymał
się, zdjął surdut i owinął nim siekierę. Ruszył dalej, już ciszej.
Zobaczył ją z daleka, jeszcze zza drzew pomarańczowych przy furtce.
Stała na ganku, opatulona w koc, piękna jak latarnia morska, emanowała
światłem, które potrafił dostrzec tylko on.
Poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Zawahał się i zostawił taczkę z dala od domu.
Obserwowała, jak idzie ku niej po wilgotnej trawie podwórka, rozbudzając
zielony zapach, a potem idzie błotem bliżej domu i wchodzi na werandę,
bacząc, by deski nie skrzypiały za bardzo, i przystaje tuż przed nią,
niższy i drobniejszy. Patrzył jej w oczy tym swoim zawziętym, aroganckim
spojrzeniem prymusa. Spocony kark parował mu spod kołnierza koszuli
jakby jakimś księżycowym żarem.
- Był pan po taczkę.
- Tak. I uwolniłem psa. Mieli psa.
Kiwnęła głową. Jadła cukierka. Jej wargi lśniły od cukru, ciemne i błyszczące w świetle nocy.
- Nie może pani usnąć - powiedział.
- To przez ten wiatr - odparła.
Opatuliła się szczelniej meksykańskim pledem. Odgarnęła z twarzy włosy,
gęste i długie, niesforne jak jej oczy.
- Musiałem wybrać się za ocean - zaczął - by móc porozmawiać z panią sam
na sam.
Zastanowiła się nad tym.
- Doprawdy? Rzeczywiście, my nigdy sami. - Uśmiechnęła się do jakiejś
myśli. - I co, warto było?
W odpowiedzi tylko na nią patrzył.
- Ja też przebyłam tę drogę.
Poczuł jej cukierkowy oddech, złapał go w rozszerzające się nozdrza.
- Panie Henryku - szepnęła z przyganą, choć nie bez uśmiechu. Wymierzyła
w niego palec i ukłuła go w pierś; odbił się od niej, napiętej. Cofnęła
się pół kroku i oparła o ścianę domu. Spojrzała mu w oczy. Chciało mu
się pić. Dobiegło ich zawodzenie z oddali, niby dziecięcy płacz.
Uniosła brwi.
- Kojoty - wyjaśnił i pomyślał o wszystkich ludziach, którzy spali w domu. Dostrzegła to i uśmiechnęła się jakoś inaczej, mniej poważnie.
- Dobranoc panu - rzuciła jeszcze i weszła do środka.
Stał na werandzie w samej koszuli, aż zadrżał z zimna. Wrócił po taczkę
i odstawił ją pod oborą. W szopie, w której spali z Paprockim,
śmierdziało butami, męskim potem i alkoholem.
Zanim usnął, zastanawiał się, kiedy znajdzie list. Postanowił, że
wkrótce pojedzie do miasta i dokupi cukierków.