To przez nich stałem się mordercą - Amelia Kamecha

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (40,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Lato 2020 roku dało się mieszkańcom małej wsi Rogwel porządnie we znaki. Wiatr wiał tak mocno, że łamał konary drzew, a nawet przewracał drzewa korzeniami do góry. Stare albo prowizoryczne budynki pozbawiane były dachów, ogrodzenia budynków i zagród wykonane ze słabego materiału też ulegały zniszczeniu. Deszcz lał jak z cebra przez cały tydzień, ludzie prawie nie wychodzili z domów. Straż pożarną ciągle wzywano do usuwania wiatrołomów, wypompowywania wody z posesji i do wypadków drogowych. Pogotowie energetyczne działało przy naprawie zerwanych linii. Cały tydzień było słychać alarmy syreny wołającej o pomoc. Wieczorem nikogo nie było widać na ulicach małej miejscowości, nawet jeże, myszy i inne zwierzęta skryły się w zaroślach i krzakach, a żmije wpełzły głęboko do jam pod ziemią.

Mało kto wychodził, ale tej nocy parę minut przed dwunastą z domu wybiegła Eliza, żona hydraulika seksoholika, który męczył ją co noc w sypialni.

Tej nocy kobieta nie wytrzymała - mimo pogody wydostała się z domu w samej koszuli nocnej. Nie czuła zimna, deszczu, strachu. Czuła złość, upokorzenie - te wszystkie zboczone pozycje, na które musiała się godzić, to, co z nią wyprawiał, przerosło jej umysł i ciało. Wybiegła na ulicę i szła przed siebie, a jej czarne, długie włosy posklejały się od deszczu. Wiatr rozwiewał je na różne strony, ale mimo strasznej pogody podążała główną ulicą wsi.

Po przejściu czterystu metrów kobieta poczuła, że jest jej zimno, i postanowiła zawrócić. Trochę ochłonęła, ciało zaczęło się trząść, oczy bolały ją od deszczu i wiatru, a gołe stopy drętwiały. Gdy chciała zawrócić, ujrzała w oddali mężczyznę - stał na środku drogi, lampa ledwo oświetlała dziwną postać. Kobieta przetarła oczy mokre od łez i deszczu i przyglądała się nieznajomemu. Zegar na kościele wybił godzinę dwunastą i wtedy jakby zrobiło się jaśniej. Mężczyzna ciągle stał na środku drogi, na głowie miał wielki, czarny kapelusz. Dziwny człowiek ubrany był w czarny, długi płaszcz, na nogach miał czarne buty długie po kolana. Stał i przyglądał się kobiecie, która znieruchomiała ze strachu.

Zawył jak pies i ruszył w pogoń za nieznajomą. Eliza oprzytomniała i zaczęła uciekać, skręciła w zaułek, zaczepiła o kamień i upadła. Szybko się podniosła, wpadła rozpędzona do ogródka, potem biegła ścieżką przez podwórko do swojego domu i szybko zamknęła za sobą drzwi.

Drugie zaginięcie Leny

Ceglany dom, w którym mieszkała Lena, miał w sobie coś szczególnego i przyciągał uwagę. Stare okna, pomalowane białą farbą olejną, były masywne i trzymały się stabilnie w murach. Ten dom wybudował dwieście lat temu człowiek o nieznanym pochodzeniu, posługując się czerwoną cegłą, która teraz porosła zielonym mchem. Dach pokrywała stara dachówka, wypłowiała od słońca, a komin ledwo się trzymał podstawy strzechy, widać było pęknięcia i odpadające cegły, nawet z daleka. Drzwi wejściowe okazywały się niewielkie, z ledwością można było się przez nie przecisnąć, pokonując mały schodek przed nimi. Tuż obok domu, z lewej strony, to jest od południa, znajdował się sad, w którym rosły trzy jabłonie porośnięte wysoką trawą i dziką różą. Drzewa nigdy nie owocowały. Była to odmiana nieznana właścicielce, która nawet nigdy nie próbowała się tym zainteresować. Dębowe ogrodzenie pomalowane zieloną farbą jeszcze się trzymało.

Podwórze było wielkie, wyłożone dużymi kamieniami przylegającymi blisko do siebie, tworzącymi przyjemny widok.

Niedaleko rósł stary las. Drzewa swoim pięknem wprawiały w osłupienie. Przy sprzyjającej pogodzie drzewa delikatnie drżały, a liście cichutko szumiały i potrafiły uspokoić nawet rozszalałego wilka. Z przyjściem silnego zimna płakały, żaląc się sąsiadom.

W dole, przy drodze, tuż przy lesie, znajdowało się bagno w kształcie trójkąta przyozdobionego zieloną rzęsą, w której roiło się od skrzeczących żab. Po bokach zbiornika rosły wielkie paprocie, skrywało się tam mnóstwo różnokolorowych ślimaków. Gdyby ktoś chciał umyć dłonie w tym bajorku i przytrzymał je tam przez chwilę, momentalnie przyciągnie pijawki. Przy tym pięknym, bagnistym miejscu roiło się od turkuci podjadków, które miały tu swoje królestwo i rządziły roślinami. W słoneczne dni wychodziły ze swoich podmokłych schronów i wygrzewały się w słońcu. Niektóre były olbrzymie, mierzyły nawet kilkanaście centymetrów, a ich ohydny wygląd odstraszał ludzkie oczy. Każdy, kto spotkał to stworzenie, omijał je szerokim łukiem, chociaż było niegroźne.

Leny nie cieszył już widok łąk ze ścieżkami wydeptanymi przez dzieci bawiące się w chowanego i kryjące się wśród długiej trawy i kwiatów polnych ani wielki dąb, który rósł na wzgórzu i pod którym spotykały się zakochane pary.

Nie spoglądała już w tamtą stronę, nie chciała patrzeć na las, na łąki i pagórki ani na piękno, które ją otacza... i na te roześmiane dzieciaki. Tak naprawdę to już nic jej nie cieszyło.

Przygnębienie dopadało ją coraz częściej, traciła sens życia. Kobietę nawiedzały ciągle te same sny, w których widziała martwe, śmierdzące już, zgniłe kobiety, widziała w tych nocnych koszmarach swoją mękę od porwania do ucieczki.

Wszystkie jego wypowiadane słowa, zadawane rany, wszystko to, co się wokół niej działo, to, jak cierpiała - widziała to co noc w swoich koszmarnych snach.

Oblana zimnym potem, wzięła głęboki wdech i usiadła na krawędzi łóżka. Przejechała rękoma po nogach i wyczuła mokrą, ale przyjemną w dotyku czarną koszulę, która osłaniała jej ciało. Miała omamy. Spoglądała na kołdrę i widziała, jak morderca w czarnym płaszczu podchodzi i unosi ją, następnie zdejmuje płaszcz i kładzie się koło niej, otula ją delikatnie swoim płaszczem. Kobieta zamykała i otwierała oczy, a on znów się pojawiał i znikał. Ponownie zamknęła powieki, po chwili otworzyła - i już go nie było. Wiedziała, że ma zwidy, ale nie chciała skorzystać z pomocy żadnego lekarza.

Wyszła z pokoju i poszła prosto do łazienki, spojrzała w lusterko: jej oczy były zmęczone, powieki - spuchnięte, blizny na twarzy były bardziej wyraziste po nocy niż w dzień. Codziennie z samego rana maskowała je pudrem, by nie rzucały się w oczy aż tak bardzo, ale i tak było je widać.

Tym razem nie pojawił się w lustrze. Spoglądała, a nadal go nie było, odkręciła korek z wodą, szybko przemyła twarz i poszła do kuchni zrobić sobie śniadanie. Zaparzyła kawę, posmarowała kromkę chleba masłem, otworzyła serek i z ledwością przełykała swój pierwszy poranny posiłek.

Lena nigdy nie rozstawała się z czarną odzieżą, ciągle miała na sobie ubrania w tym kolorze, bluzki nosiła z długimi rękawami, bo pod nimi chowała okaleczoną dłoń... Długie spodnie maskowały jej okaleczone nogi, buty też nosiła czarne.

O tym, co spotkało Lenę, o tym, co przeżyła przez dwa miesiące uwięzienia, wiedzą tylko ona i nieżyjący już zwyrodnialec morderca.

Minęło tyle lat, a ona ciągle żyje tą historią, która ją prześladuje. Ten strach dopada ją w każdym zakamarku jej domu, na ulicy, w parku czy w sklepie. Nie ma chyba takiej chwili, kiedy byłaby sobą. Jej oczy są smutne, nie są takie jak kiedyś - błyszczące i lśniące, kryją w sobie przerażenie. Jej cera stała się szara, a włosy z lśniących zmieniły się w matowe. Tylko jej figura pozostała taka sama, dalej jest szczupłą i zgrabną kobietą. Z tej piękności uszły jednak zdrowie i życie, a zgotował jej to ten bydlak.

Dopiła kawę i opuściła swój dom, nie oglądając się za siebie. Teraz nie jechała rowerem - szła pieszo. Zatrzymała się na chwilę, widząc żuka leżącego na plecach. Przewróciła go małym patyczkiem na brzuch, a on umknął, szczęśliwy, w trawie. Zawsze pomagała im, gdy wiedziała je w takiej sytuacji - wiedziała, że nie poradzą sobie same.

Nie wiedziała, dokąd idzie. Słyszała, jak ktoś ją woła, więc podążała ku jego głosowi. Dotarła nad jezioro i pomału wchodziła do wody, gdzie czekał na nią Igor. Szła coraz dalej i dalej, aż zniknęła w ciemnej toni.

Kobiety nigdy nie odnaleziono.

Pierwsze zaginięcie Leny

28 września 2020 roku Lena jak zwykle wstała wczesnym rankiem - to był jej ostatni dzień urlopu i chciała go wykorzystać na maksa. Szybko zabrała się za sprzątanie, umyła podłogi, przemyła zlewy, wannę i sedes, niedbale wywiesiła pranie na połamanej suszarce (zawsze powtarzała, że trzeba kupić nową, ale żal jej było rozstawać się z metalowym prezentem, który dostała od męża).

Zupa już była gotowa, ale jak zwykle niestarannie doprawiona - zawsze w domowej szafce brakowało jak nie soli, to pieprzu czy majeranku. O godzinie dziewiątej wszystko miała już zrobione i, szczęśliwa, zaczęła przygotowywać się do swojej rowerowej wyprawy.

Zaparzyła kawę w termosie i włożyła ją do jednej z kieszeni plecaka, do drugiej schowała baton, kanapkę i sok w kartonowym opakowaniu.

- Gdzie są moje dresy, gdzie je znów wsadziłam? - mruczała sama do siebie.

Nigdy nie trzymała porządku w szafkach z odzieżą, nie lubiła układać rzeczy w kostkę, a co dopiero mówić o prasowaniu... Denerwowało ją to. Wrzucała łachy, jak popadnie, popychając je nogą.

Znalazła długą bluzę i spodnie (wymiętolone jak stara gazeta) na drugiej półce swojej nowej komody.

Szybko wskoczyła w strój sportowy, wcisnęła szare adidasy na nogi i, zabrawszy ekwipunek na plecy, pobiegła pędem do piwnicy po rower. Wsiadła na swój pojazd i popędziła jak błyskawica, kręcąc pedałami ile sił w nogach.

Tego samego dnia wieczorem

- Znów pojechała na tę swoją wyprawę, jak zwykle nie powiedziała gdzie, dodzwonić się nie mogę, pewnie w tym cholernym lesie nie ma zasięgu. Niech tylko wróci, to już ja jej powiem do słuchu - mruczał sam do siebie Marek, mąż Leny.

Dzwonił i dzwonił i nic, zero jakiegokolwiek sygnału w telefonie, a co tu mówić, żeby oddzwoniła... Dochodziła godzina dwudziesta pierwsza trzydzieści.

- To niemożliwe, zawsze wracała przed dziewiątą, musiało się coś stać.

Po niedługiej chwili udał się w poszukiwaniu Leny. Objeżdżał wszystkie miejsca, które odwiedzała, ale bez skutku.

Zaginięcie

Zaginęła kobieta lat czterdzieści siedem. Szukają ją wszyscy jej znajomi, straż, policja wojsko - nikt nic nie słyszał i nie widział, jakby rozpłynęła się w powietrzu czy zapadła pod ziemię.

Komendant policji Tomasz Pręga stał i palił papierosa z posterunkowym Pawłem, na którego wszyscy wołali Trawa. Przełożony był zmęczony i wściekły, że zaginęła następna kobieta i nie mieli żadnego tropu. Już nie mówił normalnie, tylko darł się i spoglądał spod byka na Trawę.

Trawa stał pokornie i przytakiwał, nie chciał wypowiadać się w tej sprawie i jeszcze bardziej go denerwować.

Śledczy Filip zwany Pikot i Wiktor zwany Śliski pracowali nad zaginięciami. Niestety nie mogli ustalić nic konkretnego, bo nikt nic nie wiedział i nie słyszał, a prowadzili już dwie podobne sprawy. Wawrzynowa zaginęła trzy miesiące temu, jakby zapadła się pod ziemię, nie odnaleziono jej do tej pory. Poszukiwania Leny trwały ponad tydzień i też nic. Przeszukano po parę razy pobliskie lasy, jeziora, łąki i bagna - bez rezultatu.

Tylko mała, grząska wysepka wołała swoim bagnistym szumem. Nikt nigdy nie odważył się postawić na niej nawet jednej nogi, żeby nie stracić życia w moczarach. Przyzywała, ale nikt nie złowił jej błagalnych odgłosów, a jeśli nawet, to i tak nic nie zrozumiał.