Chyba lepiej wyjaśnić coś od razu, bo dla niektórych może być mylące.
Ta historia rozpoczyna się właśnie tu, gdzie wiele innych opowieści się kończy. Przed przepięknym leśnym ołtarzem, w obliczu rozemocjonowanej rodziny i bliskich. Ja w białej, ślubnej sukni patrzę właśnie na pana młodego, którego długo uważałam po prostu za najlepszego przyjaciela, ale niedawno moje uczucia do niego radykalnie się zmieniły. Idealny finał romantycznej komedii, prawda?
Otóż żaden finał, tylko początek. Bo to nie jest ani moja rodzina, ani mój ślub, a do tego stojącego naprzeciw odświętnie ulizanego bęcwała Wojtka czuję aktualnie jedynie nienawiść. No, może z delikatną, aromatyczną nutką wzgardy.
Bo - i niech to dobrze wybrzmi! - cała ta niezręczna sytuacja, w której się teraz znaleźliśmy i za sprawą której ja wyglądam jak wściekła beza, a wszyscy zgromadzeni na krzesełkach patrzą na mnie, jakbym była pijanym jednorożcem zżerającym na oczach dzieci urodzinowy tort sześciolatka, wzięła się stąd, że Wojtek nie potrafi być asertywny wobec swojej narzeczonej Jagny. A ona z kolei... no cóż, najwyraźniej jest walnięta.
Tak, wiem, że teraz brzmi to jak kompletny chaos. Obiecuję, że z czasem zrobi się czytelniej, ale na razie muszę to z siebie wyrzucić. Więc po prostu dajcie mi ten rozdział, dobra?
Z Wojtkiem znamy się, od kiedy byliśmy dziećmi. To naprawdę jest mój najlepszy przyjaciel. Kiedyś powiedziałabym, że jeden z dwóch, ale Sammy'ego nie widziałam już wieki, a podobno wszyscy się nieustannie zmieniamy, więc trudno powiedzieć, czy jeszcze się liczy. Z Wojtkiem trzymamy się razem od drugiej klasy podstawówki. Potem to samo liceum i studia w tym samym mieście. On psychologia, ja... tu i tam.
O! Właśnie mi się przypomniało, że to w sumie on doradził mi to, co właśnie robię, czyli porządkowanie myśli i wspomnień przez opowiadanie wszystkiego wymyślonej publice, jakby to był jakiś stand-up czy TEDx. Szczerze mówiąc, nie wiem nawet, czy sam to wymyślił, czy to faktycznie jest składowa jakiejś eksperymentalnej psychoterapii, ale podobno pomaga. Nie, wróć! Inaczej. Mam go aktualnie na wyciągnięcie ręki, ale zamiast zabić, stoję tu i gadam do siebie... Znaczy do was. Więc komuś to już na pewno pomogło. Przynajmniej na ten moment.
No, ale do brzegu. Jagnę, czyli swoją lada chwila żonę, Wojtek poznał dwa lata temu, gdy był na trzecim roku, a ona na drugim. I szczerze mówiąc, odetchnęłam trochę, bo naprawdę już kogoś potrzebował. Najpierw w ogóle ubzdurał sobie, że się kocha we mnie. Ale to szybko sobie przegadaliśmy, jeszcze w drodze na SOR, gdzie mnie wiózł, bo na tego newsa ze śmiechu mało nie udławiłam się wafelkiem. Potem wjechały randki z Tindera i... Dobra, nie teraz, to temat na zupełnie inną opowieść. Ale na razie powiem tyle, że za względnie udane oboje uznajemy te, na które zmatchowane dziewczyny przyszły po prostu za darmo zjeść.
Jagnę natomiast poznał na Pol'and'Rocku. Wojtek opowiada, że była wtedy przebrana za stokrotkę, to znaczy miała taką niby kominiarkę z wielkimi materiałowymi płatkami wokół twarzy i zielone szorty ogrodniczki. Szukała kogoś, kto by ją wziął na ramiona na koncercie Majki Jeżowskiej, żeby mogła z odpowiedniej wysokości drzeć się, jak to woli swoją mamę. Był najbliżej, zgodził się, a potem, jeszcze tego samego wieczora odkryli wzajemnie, że ona miała na sobie stringi stylizowane na maskę z Deadpoola, a on wytatuowaną na plecach ostatnią stronę komiksu Zabójczy żart. Więc sami rozumiecie, byli dla siebie wręcz stworzeni.
Szybkie przewijanie, żeby nie zanudzać, i jesteśmy dwa lata później na jednym takim naprawdę dużym festiwalu fantastyki, gdzie był naprawdę wypasiony konkurs strojów, w którym te dwa gołąbeczki wzięły udział. Wojtek przebrał się za to groźne, łażące drzewo z Wiedźmina. A ona była tą... no nie pamiętam, jak się nazywała ta młoda laska wiedźminka. Kojarzycie, nie?
Mieli się pokazać, a potem wspólnie odegrać scenkę jakiejś walki, aż tu Wojtek nagle - jeb - i z dziupli na piersi wyciąga pierścionek. Klęknąć nie dał rady, bo wiadomo, był pieprzonym drzewem, a tego, co wtedy mówił, to pewnie nawet on nie słyszał, taki się zrobił jazgot. Ale Jagna się domyśliła i ze szczęścia wskoczyła na to półklęczące przed nią głupie drzewo z takim impetem, że oboje polecieli ze sceny. Zresztą poszedł viral w sieci, to sobie możecie zobaczyć. To znaczy moglibyście, gdybyście istnieli... Nieważne...
I żeby nie było wątpliwości. Naprawdę cieszę się ich szczęściem. Jagna, oprócz tego, że jest jebnięta, to jest naprawdę w porządku, a w tym moim głupku z jakiegoś powodu zakochana po uszy.
No i jest też, co nie bez znaczenia, naprawdę przepiękna. Ale tak naprawdę! Z tą swoją pociągłą twarzą, wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi, prostym, wąskim nosem i pełnymi ustami wygląda jak Angelina Jolie z tego swojego wczesnego filmu o hakerach. Tylko ładniej.
I te oczy! Tak wielkie, że gdyby teraz ktoś mi powiedział, że matka Bambiego tak naprawdę wcale nie zginęła, tylko puściła się z ojcem Jagny, to zero zdziwienia!
Niektórzy mówią, że jesteśmy do siebie podobne. Faktycznie mamy podobną budowę ciała i zbliżony kształt głowy, ale różnica między nami jest mniej więcej taka, jak między zdjęciem zrobionym po pierwszym w życiu treningu rumby, a fotką wrzuconą na insta, gdy chcesz pokazać byłemu, co stracił. Jagna jest...
Dobra, pewnie już się domyślacie. Trochę na nią lecę. A nawet trochę bardziej. W sumie to na tyle, że swego czasu, zaraz gdy Wojtek ją pierwszy raz przyprowadził, odbyłam sama ze sobą poważną rozmowę. A potem jeszcze jedną, gdy wyszło, że przy okazji pierwszej nie wykazałam się wystarczającą stanowczością. Wtedy postanowiłam też, że muszę się wyprowadzić z naszego wspólnego mieszkania, co zresztą i tak pomogło tylko trochę. Ale od razu powiem, że nie, to również nie będzie taka historia.
Wróćmy teraz do miejsca, w którym jesteśmy, czyli polanki, ołtarza, ślubu i przede wszystkim cholernej białej sukienki, którą mam na sobie, a przez którą siedząca naprzeciwko niemal stuletnia staruszka o śniętych oczach wigilijnego karpia i skórze, jakby kto kości dla psa oblekł w papier śniadaniowy, patrzy na mnie, jakbym to ja, a nie ona była teraz o krok od trumny.
No więc ja w tej sukience wzięłam się stąd, że każde z młodych mogło mieć jedno życzenie. I Jagna zażyczyła sobie ślub na polance w lesie. Widziała to za dzieciaka w którejś wersji Robin Hooda i podobno już wtedy obiecała sobie, że tak właśnie wyjdzie za mąż.
Znalazła taką polankę, potem z ojcem i wujkami zbudowała ołtarz i ławki, a nawet, co wydawało się najtrudniejsze, załatwili urzędnika, który zgodził się przeprowadzić ceremonię. Bo tak się składa, że ojciec Jagny, oprócz tego, że romansuje z disneyowskimi łaniami, jest też... jakby to ująć, żebyście się od razu do niego nie uprzedzili... dość przekonującym człowiekiem. Zresztą siedzi tam, widzicie? To ten umięśniony typ w szarym garniturze, z łbem podgolonym po szlachecku, jak zwykł się nosić mój ojciec, ale też z tatuażami na szyi i dłoniach, na co mój stary nigdy by się nie zdecydował. Siedzi obok tej pompowanej lali w przykrótkiej kiecce i uśmiecha się do mnie. Nie obleśnie jak pozostali, ale porozumiewawczo. Mamy to samo w oczach i w głowie, on to jakoś podświadomie wie.
Ale do rzeczy. Ślubnym życzeniem Jagny był ołtarz w lesie, a Wojtek zażyczył sobie, żeby świadkowie byli w superbohaterskich kostiumach.
Tu szybko pojawiły się komplikacje. Starszy brat Jagny, Olo, który na tę uroczystość dostał kilkudniową przepustkę z zakładu karnego w Brzegu, był, delikatnie mówiąc, niepocieszony. Powiedział, że on z siebie pajaca robił nie będzie, a jakby się kto spod celi dowiedział, że na weselu siostry paradował w obcisłych getrach, to on by musiał resztę odsiadki spędzić w izolatce, w metalowych majtach.
Ostatecznie stanęło na tym, że był w swoim garniturze, ale bez krawata, a spod rozpiętych guzików białej koszuli wystawała mu obcisła niebieska koszulka ze znakiem Supermana.
Ja postarałam się bardziej. W końcu to najlepszy przyjaciel, nie? Przejrzałam więc trochę komiksów, obejrzałam kilka filmów i wreszcie odezwałam do jednej z tych dziewczyn od profesjonalnego robienia kostiumów. Zapłaciłam jej ogromne pieniądze, ale zamówiłam robiony na wymiar, lateksowy kostium Czarnej Wdowy. Jestem ruda jak ona, mam krótkie włosy, a jeśli wszyć coś w biuście, to nawet sylwetka się zgadza. Uznałam, że będzie idealnie.
No i faktycznie było. Wojtek, któremu się pokazałam, powiedział, że wyglądam fantastycznie, kilku innych facetów wodziło za mną wzrokiem jak obrazy w starym zamku, więc uznałam, że misja wykonana. Miałam się natomiast nie pokazywać Jagnie, która podobno przechodziła aktualnie jakiś mały kryzys.
A, ważna rzecz! Polanka, choć wizualnie idealna, miała jedną wadę - mieściła się mianowicie w ścisłym rezerwacie przyrody z zakazem wjazdu pojazdów silnikowych. Co było problematyczne o tyle, że było to kilka kilometrów od hotelu i stodoły przygotowanej na późniejsze balety. Ostatecznie ojciec Jagny załatwił tak, że pozwolono na wjazd jednego samochodu - biało-złotego rolls-royce'a ze złożonym dachem dla młodych, a resztę gości dowieziono na miejsce za pomocą wozów konnych, które potem odjechały, bo były potrzebne do jakichś dożynek czy coś. Miały wrócić po uroczystości.
Z Jagną, która dotarła tu pierwsza i dla której postawiono nieopodal kilka parawanów, żeby mogła do ostatniej chwili pozostawać ukryta przed gośćmi, zobaczyłam się dopiero, gdy te wozy sobie pojechały, a spora część starszych gości z obu rodzin zdążyła się już zjednoczyć przeciwko, tu cytat: "tej zdzirowatej atencjuszce w lateksie". Atencjuszka. Kto jeszcze tak mówi?
Jagna zawołała mnie po coś za pośrednictwem swojej kuzynki makijażystki. Powiedziała, że to pilne, więc przyszłam, zapukałam w materiał i powiedziałam, że to ja. Poprosiła, żebym weszła, więc tak zrobiłam. I zamarłam.
Stała do mnie tyłem, a frontem do przywiezionego jej podłużnego lustra. Przyglądała się swojemu odbiciu. A miała czemu się przyglądać, bo przysięgam na co chcecie, wyglądała absolutnie zjawiskowo. Wszystko w niej było oszałamiające! Od delikatnego diademu na wysoko upiętych włosach, przez twarz z idealnie dobranym makijażem, smukłą szyję i odsłonięte ramiona delikatne jak na rzeźbach Berniniego, doskonale dobrany gorset z subtelnym wzorem, aż po rozkloszowany dół, wręcz stworzony, by mogła w nim wirować niczym naćpany derwisz. To był totalnie trzeci moment, kiedy zaczęłam odbywać ze sobą tę bardzo poważną rozmowę, choć wiedziałam, że tym razem na gadaniu pewnie się nie skończy. Szykowałam się już nawet do zgotowania sobie samej prewencyjnego łomotu, gdy nagle dostrzegłam, że jednak nie wszystko było w niej takie oszałamiające.
Mina Jagny pasująca teraz do reszty niczym plaster z Goofym naklejony na uśmiech Mony Lisy wyrażała niesmak i dezaprobatę. Z tą właśnie miną mnie zobaczyła.
- Wow, co ty masz na sobie, Swietka?!
Pomyślałam, że może stres ją zżarł i zapomniała, więc zaczynam tłumaczyć, a ona na mnie jak na idiotkę.
- Przecież pamiętam - mruknęła. - Pytam, skąd masz tak zajebisty kostium?
Oczywiście nie o to zapytała, ale niech jej będzie, to w końcu jej dzień. Więc zaczęłam tłumaczyć, opowiadać o tej lasce, co na wymiar, o szukaniu wzorów i że jak chce, dam jej namiar. Ale ona już tylko kręciła głową.
- Podejdź - bardziej poleciła, niż poprosiła.
No to podeszłam i stanęłam tak pół kroku za nią, a ona wtedy pochyliła głowę.
- A teraz rozepnij mi sukienkę.
Zamurowało mnie. Myślę sobie: kurwa mać, nie jest dobrze! Pewnie trafiłam z tym kostiumem na jakiś jej utajony fetysz i teraz będę musiała włożyć cały wysiłek w to, by być dobrym człowiekiem. A przecież nie jestem dobrym człowiekiem.
- Nie mogę - wydusiłam w końcu, jednocześnie dumna z siebie i skrajnie sobą rozczarowana. - Ja bardzo doceniam propozycję, ale Wojtek...
- Rozpinaj, mówię!
No to rozpięłam. Szybkim ruchem, jak się zrywa plaster, tnie mieczem w samurajskich filmach albo przekreśla wieloletnią przyjaźń. Na swoją obronę powiem, że natychmiast po tym geście cofnęłam się o krok, jakby... Nie, w sumie nie wiem, co miałoby się stać. Tymczasem Jagna już wyplątywała się z sukienki i po chwili stała przed tym lustrem w samej bieliźnie, białych pończochach i szklanych bucikach jak z Kopciuszka.
Przełknęłam ślinę, robiąc kolejny krok do tyłu, potem jeszcze parę, aż uświadomiłam sobie, że napieram łopatkami na parawan.
- Teraz ty się rozbieraj - rzuciła Jagna
Nie miałam się już gdzie cofnąć, więc po prostu tak stałam. No bo co innego miałam zrobić? Spełnić jej polecenie? Wyjść i odpuścić sobie ten przepiękny, zakazany widok? Żadnej z tych dwóch rzeczy bym sobie nie wybaczyła.
- Nie ma mowy, Swietka, żebyś poszła tak ubrana na mój ślub - stwierdziła. - To najpiękniejszy kostium, jaki widziałam. Jeżeli mam pójść do ołtarza, to właśnie w tym.
Przez kilka długich sekund moje ciało umiało jedynie mrugać, w końcu jednak przypomniało sobie również, jak się wybucha śmiechem. I nie ma w tym żadnej przenośni, bo ten śmiech był jak wyciśnięcie wielkiego pryszcza, który nagle eksplodował, wyrzucając z siebie, znaczy ze mnie, ni to ryk, ni to rechot, a do tego drobinki śliny.
Ale to nie był żart. Jagna patrzyła na mnie śmiertelnie poważnie.
- Rozbieraj się - powtórzyła cicho, gdy tylko się trochę uspokoiłam.
- Zwariowałaś. Przecież...
- Rozbieraj. - Zrobiła krok w moją stronę. Oczywiście poruszała się teraz jak pieprzony aniołek Victoria's Secret!
- Jagna, ja wiem, że to wszystko stres - próbowałam tłumaczyć - ale masz taką piękną suknię...
Prychnęła.
- Wyglądam w niej jak lotka do badmintona.
- Wow, wymówiłaś to za pierwszym razem...
- Rozbieraj się, Swietka! Już.
To się nie dzieje, pomyślałam. To nie jest możliwe. Kumple Wojtka coś mi podali. Albo właśnie wszyscy razem kręcą jakiś prank. Wrzucą to potem do sieci i viralem zarobią na podróż poślubną. I niech im będzie, zasłużyli. Jeśli to żart, mieli mnie całkowicie!
Ale Jagna szła dalej, już była prawie przy mnie.
- Zdejmuj to!
- Ale widzisz, że to jest czarne, nie? - zaryzykowałam, bo cholera wie, taka jest idealna, to może chociaż jest daltonistką? W sumie nigdy nie gadałam z nią o kolorach.
- Swietka, ja nie żartuję. Chcę iść do ślubu w tym stroju i jeżeli zaraz tego nie zdejmiesz, to go odwołam.
Zatrzymała się tuż przede mną. Czułam jej oddech pachnący miętą i marakują, jej delikatne kwietne perfumy o nucie serca z pierwszych wiosennych pocałunków. Patrzyłam w te wielkie oczy i przypomniałam sobie, jak pierwszy raz zobaczyłam tego pieprzonego małego jelonka i jak bardzo chciałam mu wtedy pomóc, jak bardzo utulić.
Nie! - ryknęłam na siebie w swojej własnej głowie. Nie ma mowy! Pierdol się, Bambi, nic ci nie jestem winna!
Ten wewnętrzny krzyk odrobinę pomógł; odzyskałam trochę panowanie nad sobą.
- Jagna, opamiętaj się - wychrypiałam. - Nie pójdziesz przecież do ślubu w stroju - zrobiłam pauzę, by następne słowo podkreślić jeszcze mocniej - wdowy?
Uśmiechnęła się zawadiacko jak nic dobrego, jak od dziecka powinnam się uśmiechać ja.
- A założysz się? - zapytała.
Nie wiem, skąd znalazłam w sobie dość siły, ale wyrwałam się spod jej spojrzenia i wybiegłam stamtąd w nerwach. Oczywiście znowu zwróciłam uwagę rozsadzonych już gości, którzy pewnie zaczęli drugą turę uwag na temat zdzirowatej atencjuszki. Nie zważałam na to. Odnalazłam Wojtka i wzięłam go na bok, by szybko powiedzieć mu o wszystkim - no, prawie wszystkim - co się stało. A on, ta łachudra, zdrajca i pantoflarz, zaraz odwrócił głowę, żeby nie patrzeć mi w oczy, i powiedział, że wszystko wie, bo Jagna właśnie do niego zadzwoniła. Jeśli ona tak chce, oświadczył, to on zmienia swoje życzenie ślubne i bardzo mnie prosi, czy mogę to zrobić dla niego w jego dniu. Rozumiecie? Dla niego! W jego dniu!
Powiedziałam, że w porządku, ale wtedy uzmysłowiłam sobie chyba największy problem. Już się pewnie domyślacie. Jesteśmy przecież w lesie, bez transportu poza tym cholernym rollsem, którego nikt nie pozwoli mi tknąć. Urzędnik, nawet mimo perswazji ojca Jagny, ma bardzo ograniczony czas, a poza tym wszystko jest ustawione tak, by zmieścić się w fotograficznym golden hour. Nie było więc szans, bym zdążyła dotrzeć do hotelu i przebrać się w cokolwiek innego niż...
No to teraz już wszystko jasne.
Jagna w ogóle uznała, że to będzie świetny pomysł, bo sukienka na pewno pasuje na mnie jak ulał i będzie z tego anegdota na stulecia. Może i tak, tyle tylko, że na ten moment cała reszta gości, czyli drugi świadek i cztery rzędy tak zwanych bliskich i przyjaciół siedzących na rozkładanych krzesełkach, patrzy na nasze przebieranki jak na orgię w hospicjum. A ponieważ nie można się obrażać na młodych, bo im wolno, to wiadomo, kto kumuluje teraz na sobie wszystkie te złe emocje. Już chyba byłoby lepiej, gdybym wyszła tu w samej bieliźnie.
Zanim wszystko się zacznie, pozostaje jeszcze jedna kwestia do poruszenia: co to właściwie jest za historia? Wiemy już, że ani komedia romantyczna, ani tragiczna opowieść o miłosnym trójkącie. Na to pytanie odpowiem zatem tak: pamiętacie ten przesąd, że innym kobietom niż panna młoda nie wolno nosić bieli na ślubie, bo to przynosi pecha?
No to teraz patrzcie!