To nie wypanda - Praca zbiorowa

Kup ebooka

26.90 zł
22.87 zł (22,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Roz­dział 1

Pierw­sza i naj­waż­niej­sza zasada rodziny trzy­na­sto­let­niej Meilin Lee? Sza­nuj. Swo­ich. Rodzi­ców. To nad­ludz­kie istoty, które poda­ro­wały ci życie, a potem wła­snymi wyrze­cze­niami i krwa­wicą zapew­niły dach nad głową i jedze­nie na tale­rzu... całe zwały jedze­nia... gigan­tyczną górę jedze­nia. W zamian za ten ogrom poświę­ce­nia możesz odwdzię­czyć się im przy­naj­mniej jed­nym: wyko­ny­wa­niem ich każ­dziu­teń­kiego pole­ce­nia. Przy­naj­mniej! Znajdą się tacy, co powie­dzą: "Ostroż­nie z tym sza­cun­kiem. Sza­no­wa­nie rodzi­ców to spoko sprawa, ale jeśli prze­gniesz... no wiesz... możesz zapo­mnieć o sza­cunku do samej sie­bie!".

Na szczę­ście Meilin nie miała tego pro­blemu. Była uoso­bie­niem samo­dziel­no­ści i robiła swoje cało­do­bowo, przez wszyst­kie dni w roku. Ubie­rała się, jak chciała, mówiła to, co miała ochotę powie­dzieć, i nie wahała się fik­nąć spon­ta­niczną gwiazdę, kiedy aku­rat poczuła taką potrzebę. Nad­szedł rok 2002, a Meilin skoń­czyła trzy­na­ście lat, więc ofi­cjal­nie stała się doro­sła (tak przy­naj­mniej wyni­kało z jej biletu mie­sięcz­nego komu­ni­ka­cji miej­skiej Toronto).

Pew­nego cie­płego, sło­necz­nego dnia Mei jak zwy­kle zja­wiła się w szkole z małym zapa­sem czasu. Ten pora­nek nie róż­nił się niczym od innych. Dziew­czyna miała na sobie roz­pi­nany swe­te­rek i cza­der­skie adi­dasy, a w nich ulu­bioną parę różo­wych skar­pe­tek do kostek. Na jej nosie lśniły okrą­głe oku­lary w cien­kich opraw­kach.

Wbie­gła po scho­dach, dzier­żąc w dłoni fute­rał na flet oble­piony naklej­kami posy­ła­ją­cymi w świat takie komu­ni­katy jak: "Ta laska kocha matmę" i "Ratujmy wie­lo­ryby!". Na bre­loczku przy­pię­tym do ple­caka dyn­dała zabawka z elek­tro­nicz­nym zwier­zacz­kiem. Mei z roz­ma­chem otwo­rzyła drzwi wej­ściowe, rozej­rzała się i natych­miast namie­rzyła Miriam, jedną ze swo­ich uko­cha­nych przy­ja­ció­łek, która stała koło swo­jej szafki.

- Miriam! - zawo­łała Mei.

Miriam pod­bie­gła do niej, w uśmie­chu bły­ska­jąc apa­ra­tem na zęby.

- Ajjj! - pisnęła na powi­ta­nie. Dziew­czyny wymie­niły spe­cjalny uścisk dłoni, stuk­nęły się pupami i wybu­chły śmie­chem.

W tym momen­cie obok nich poja­wiła się Priya, kolejna kum­pela Mei. Nos trzy­mała w powie­ści dla nasto­la­tek, z któ­rej okładki szcze­rzył się bar­dzo przy­stojny wam­pir.

- Joł - rzu­ciła spo­mię­dzy kar­tek, kiedy we trzy ruszyły kory­ta­rzem.

Zanim Mei zdą­żyła odpo­wie­dzieć, usły­szały dziew­czyń­ski głos wrzesz­czący coś po kore­ań­sku na grupkę uczniów śmie­cą­cych na kory­ta­rzu. To mogła być tylko Abby.

- Abby! - zawo­łała Mei.

Abby odwró­ciła się na pię­cie.

- Co tam, Mei? - odpo­wie­działa, pod­bie­ga­jąc, żeby dołą­czyć do przy­ja­ció­łek.

- Gotowe na pod­bój świata? - spy­tała Mei.

Dziew­czyny zetknęły się czub­kami pal­ców i w umó­wiony spo­sób zama­chały nimi.

- No jacha! - odparła Miriam.

- Po to się uro­dzi­łam - stwier­dziła Priya rze­czowo.

- Spalmy go na skwa­rek! - wrza­snęła Abby.

Roz­po­czął się kolejny dzień w szkole, a Mei, jak zawsze, była abso­lut­nie przy­go­to­wana.

Pod­czas matmy jej ręka jako pierw­sza wystrze­liła w górę.

- Y równa się minus cztery!

Na fran­cu­skim ogło­siła z ide­al­nym akcen­tem:

- J'aime le fro­mage blanc!

Na geo­gra­fii bez naj­mniej­szego waha­nia zaser­wo­wała poprawną odpo­wiedź:

- Mani­toba, Alberta i Saskat­che­wan!

Muzyka też była dla niej łatwi­zną. Dziew­czyna dała fan­ta­styczne solo na fle­cie, nie zwra­ca­jąc uwagi na kwa­śne miny kole­gów i kole­ża­nek.

Mei była w ósmej kla­sie i nie zamie­rzała się patycz­ko­wać. Jej nauczy­ciel mate­ma­tyki opi­sy­wał ją jako "bar­dzo przed­się­bior­czą, nieco iry­tu­jącą młodą damę". Inne dzie­ciaki wolały pew­nie nieco bar­dziej dosadne okre­śle­nie: totalny dzi­wo­ląg. Tyler, chło­pak, z któ­rym Mei nie chciała mieć nic wspól­nego, nazy­wał ją nadętą kujonką. Ale takie prze­zwi­ska nie robiły na niej naj­mniej­szego wra­że­nia. Akcep­to­wała i nosiła z dumą wszyst­kie ety­kietki, jakie jej przy­le­piano.

W końcu roz­legł się dzwo­nek, a Mei zaczęła się prze­py­chać przez tłum uczniów wyle­wa­ją­cych się przez drzwi wej­ściowe.

- Z drogi! Idzie się! - wołała.

Miriam, Priya i Abby szły w ślad za nią i w końcu wszyst­kie cztery zna­la­zły się przed szkołą.

- Chod­nik jest dla wszyst­kich, ludzie! - wrza­snęła Mei.

Przy­ja­ciółki ruszyły wzdłuż ulicy i po chwili minęły witrynę sklepu spo­żyw­czego Sto­krotka.

Nagle Miriam sap­nęła z pod­eks­cy­to­wa­nia.

- Meime­ime­ime­ie­mei! - zaczęła powta­rzać, szar­piąc Mei za ple­cak i cią­gnąc do tyłu. - Chodź, musisz to zoba­czyć!

Miriam przy­kuc­nęła, żeby nie dało się jej zauwa­żyć z wnę­trza sklepu.

- No chodź­cie! - syk­nęła, skra­da­jąc się obok drzwi wej­ścio­wych. Mei, Priya i Abby posłusz­nie poszły w jej ślady.

Potem po kolei wysta­wiły głowy i zaj­rzały przez okno.

- Mir... - zaczęła Mei, roz­glą­da­jąc się po skle­pie. Nie miała poję­cia, na co powinna patrzeć.

Ale Abby i Priya już wie­działy. Za ladą stał... prze­śliczny sie­dem­na­sto­letni kasjer z cudow­nie nie­dbałą fry­zurą. Abby i Priya wes­tchnęły głę­boko.

Miriam nie odry­wała od niego maśla­nych oczu.

- Mmm... Devon...

Mei zmarsz­czyła brwi.

Abby przy­glą­dała się, jak Devon popra­wia coś wiszą­cego przy kasie.

- Moja mama strzyże go w swoim salo­nie, więc ostat­nio dotknę­łam jego wło­sów... są super­mięk­kie!

- O jaa... - wes­tchnęła Priya. - Dasz mi ich tro­chę?

- Wła­śnie, Abby - wtrą­ciła Miriam - weź się podziel!

- Fuja! - Meilin odsko­czyła od okna. - Prze­cież on wygląda jak jakiś przy­błęda!

- Sexy przy­błęda! - odparła Abby.

Mei się­gnęła do swo­jego ple­caka.

- Mam wam przy­po­mnieć, jak wygląda praw­dziwy męż­czy­zna? - spy­tała z namasz­cze­niem w gło­sie, wycią­ga­jąc egzem­plarz maga­zynu "Nastka".

Z piersi przy­ja­ció­łek wyrwało się zgodne wes­tchnie­nie.

- 4*Town! - powie­działy chó­rem.

Mei zama­szy­stym ruchem otwo­rzyła cza­so­pi­smo.

- Wła­śnie! 4*Town! - Poka­zała pal­cem człon­ków boys­bandu i zaczęła wymie­niać ich wyjąt­kowe cechy i pasje. - Jesse był w aka­de­mii sztuk pięk­nych. Tae Young reha­bi­li­tuje ranne gołę­bie. Roba­ire zna fran­cu­ski. A Aaron T. i Aaron Z. wia­domo... eee... no, też mają mega­ta­lenty!

Mei zamknęła maga­zyn.

- Jeste­śmy Tow­nia­rami, pamię­ta­cie? - powie­działa, uno­sząc w górę cztery wycią­gnięte palce, żeby dodać wagi swoim sło­wom. - Na wieki i na zawsze!

Priya wes­tchnęła.

- No jasne, ale wiesz, bilety na kon­cert to try­liony monet, a Devon jest tak jakby na wycią­gnię­cie ręki.

- I to za darmo! - wtrą­ciła Abby.

Mei prze­wró­ciła oczami. W tym momen­cie na pobli­skim przy­stanku zatrzy­mał się tram­waj.

- Muszę lecieć - powie­działa Mei.

- Cze­kaj! - zawo­łała Miriam. - Idziemy dziś na kara­oke...

- Cho z nami - dodała Priya zachę­ca­jąco.

Mei odwró­ciła się, żeby spoj­rzeć na przy­ja­ciółki. Wszyst­kie ata­ko­wały ją naj­słod­szymi szcze­nię­cymi oczami, na jakie było je stać. Abby i Miriam zaskom­lały.

- Pio­oooosię - pisnęła Priya.

Mei pomy­ślała o swo­jej mamie cze­ka­ją­cej na nią w rodzin­nej świą­tyni przod­ków.

- Nie mogę - jęk­nęła z żalem. - Dziś sprzą­ta­nie.

- Mei - powie­działa Miriam - codzien­nie masz sprzą­ta­nie. Nie możesz zro­bić sobie jed­nego dnia prze­rwy?

Mei unio­sła brew.

- Ale ja lubię sprzą­tać. A ostat­nio dosta­łam taką nową mio­tełkę do kurzu i, oja­cie­pa­nie, laski, nie uwie­rzy­cie, jak dobrze zgar­nia wszyst­kie papro­chy. Na serio!

- No okej, tym razem ci odpusz­czę - powie­działa Miriam - jeśli spro­stasz wyzwa­niu - dodała i sta­nęła na chod­niku pomię­dzy Mei a tram­wa­jem. Gestem dała sygnał Priyi i Abby. - Daje­cie, dziew­czyny...

Priya i Abby zaczęły beat­bok­so­wać.

- Mir, to kiep­ski moment - zapro­te­sto­wała Mei.

Miriam szturch­nęła ją bio­drem.

- Jasne, jasne, temu się nie oprzesz - rzu­ciła z bły­skiem w oku i zaczęła wygi­nać się w tanecz­nych pozach. Po chwili wybu­chła śmie­chem. - No dalej! Prze­cież tego chcesz.

Priya i Abby zaczęły wybi­jać rytm jesz­cze ener­gicz­niej.

Mei z głę­bo­kim wes­tchnie­niem odło­żyła fute­rał z fle­tem i ple­cak.

- No to jedziemy... - zanu­ciła Miriam. I zanim Mei się zorien­to­wała, wszyst­kie cztery śpie­wały i tań­czyły do jed­nej ze swo­ich ulu­bio­nych pio­se­nek 4*Town.

Mei na całe gar­dło wyśpie­wy­wała słowa pio­senki. Kiedy skoń­czyły, Miriam podała jej płytę CD z albu­mem 4*Town.

- Masz w nagrodę - powie­działa.

- O raju, Mir. - Mei przy­tu­liła płytę do piersi. - Będę jej strzec jak oka w gło­wie. - Zaczęła obsy­py­wać pla­sti­kową oprawkę cału­sami. - Dzię­ki­dzię­ki­dzię­ki­dzię­ki­dzię­ki­dzię­ki­dzię­ki­dzięki!

Uści­skała Miriam, a potem każda z przy­ja­ció­łek unio­sła w górę cztery palce.

- 4*Town! - krzyk­nęła Mei.

- 4-eva! - odpo­wie­działy wszyst­kie cztery, macha­jąc pal­cami w powie­trzu.

Mei zebrała swoje rze­czy i pobie­gła w stronę tram­waju.

- Pój­dziemy na kara­oke innym razem. Obie­cuję! - zawo­łała jesz­cze.

- Jasne, pew­nie! - odpo­wie­działa Miriam.

- Wszystko zała­twię! - wołała dalej Mei. - Żar­cie, muzę...

- Juhu - ode­zwała się Priya.

- W to mi graj, mała! - krzyk­nęła Abby.

Mei wsko­czyła do tram­waju i poma­chała dziew­czy­nom na poże­gna­nie przez tylne okno.

Priya patrzyła za odjeż­dża­jącą przy­ja­ciółką, roz­my­śla­jąc nad tym, jak bar­dzo Mei sta­rała się na każ­dym kroku zado­wo­lić swoją mamę.

- Ale ma sprany mózg - rzu­ciła do pozo­sta­łych.

Roz­dział 2

Roz­dział 2

Tram­waj zatrzy­mał się na przy­stanku i Mei wysko­czyła na chod­nik. Była spóź­niona i cho­ciaż wie­działa, że ma prawo mieć swoje sprawy (i bar­dzo to sobie ceniła), z tyłu głowy wciąż plą­tały jej się myśli, że byli inni, któ­rzy bar­dzo na nią liczyli - a mia­no­wi­cie: jej mama. Mei bie­giem minęła bramę chiń­skiej dziel­nicy Toronto i zaczęła lawi­ro­wać wśród stra­ga­nów peł­nych pro­duk­tów i tło­czą­cych się wokół nich kupu­ją­cych.

- Prze­pra­szam! - rzu­ciła, ledwo wymi­ja­jąc męż­czy­znę z pudeł­kiem cia­ste­czek.

- Hej! - wykrzyk­nął męż­czy­zna. - Dokąd tak pędzisz? - dodał po kan­toń­sku. - Nie możesz iść spo­koj­nie?!

Mei omi­jała rowery i kosze pełne warzyw i gnała przed sie­bie, jakby od tego zale­żało jej życie. Przed nią dwóch hydrau­li­ków szło w poprzek chod­nika, dźwi­ga­jąc kilka cięż­kich rur. Mei wyrzu­ciła płytę CD i fute­rał w powie­trze, prze­mknęła pod rurami zgrab­nym fikoł­kiem i z gra­cją zła­pała swoje skarby po dru­giej stro­nie. Po chwili co tchu pędziła dalej do domu.

Po paru kro­kach, nie tra­cąc tempa, minęła jakąś panią nio­sącą roślinę donicz­kową.

- Cześć, Meilin! - zawo­łała kobieta.

- Dzień dobry! - odpo­wie­działa zdy­szana Mei.

Potem minął ją męż­czy­zna z drew­nianą skrzy­nią. Wła­śnie wypa­dło z niej mango. Mei wycią­gnęła rękę i zła­pała je w locie, po czym cel­nym rzu­tem cisnęła z powro­tem do skrzyni, nawet nie zwal­nia­jąc.

- Dzię­kuję, Meilin! - zawo­łał męż­czy­zna.

Dziew­czyna pomknęła dalej, aż dobie­gła do skrzy­żo­wa­nia. Zatrzy­mała się, żeby spoj­rzeć w lewo i w prawo, po czym prze­cięła ulicę i przy­sta­nęła, chcąc zła­pać oddech. Była pra­wie u celu!

W końcu dotarła do sta­rej chiń­skiej świą­tyni - Świą­tyni Rodziny Lee, j e j świą­tyni. Dwa posągi przed­sta­wia­jące pandy czer­wone - straż­niczki rodziny - stały po obu stro­nach wej­ścia. Mei zatrzy­mała się, żeby je dotknąć.

- Sie­masz, Bart - wysa­pała. - Cześć, Lisa.

Ruszyła przez ogromną bramę i minęła nie­wielki dzie­dzi­niec, na któ­rym pan i pani Gao roz­gry­wali par­tyjkę sza­chów.

- Cześć, Meilin! - pozdro­wiła ją pani Gao.

Mei uśmiech­nęła się do nich.

- Wciąż ma pan ochotę na rewanż? - zapy­tała pana Gao.

- Ma się rozu­mieć, Lee! - odparł męż­czy­zna. - Dobra z cie­bie dziew­czyna.

Mei weszła do skle­piku z pamiąt­kami i zawie­siła ple­cak na haczyku. Odło­żyła fute­rał z fle­tem na ladę i przy­pięła do swe­terka pla­kietkę z napi­sem: "Meilin Lee, młod­sza opie­kunka świą­tyni". Potem zatrzy­mała się na chwilę, żeby zło­żyć pokłon przed por­tre­tem przod­ków.

Odna­la­zła swoją mamę Ming klę­czącą przed ołta­rzem. Wisiał nad nim gobe­lin przed­sta­wia­jący piękną kobietę ubraną w tra­dy­cyjny chiń­ski strój. Po obu jej bokach stały dwie pandy czer­wone - były to duchy strze­gące rodziny. Na dźwięk kro­ków Mei Ming pode­rwała się z klę­czek.

- Mei-Mei! Jesteś naresz­cie!

Ming była wysoką i ele­gancką kobietą. Z jej rysów nie dało się wyczy­tać wieku, wyglą­dała, jakby czas zupeł­nie jej nie doty­czył. Na kla­pie jej żakietu błysz­czała pla­kietka z napi­sem: "Ming Lee, opie­kunka świą­tyni".

- Cześć, mamo - odpo­wie­działa Mei.

Ming zbli­żyła się do córki i ujęła jej twarz w pięk­nie wypie­lę­gno­wane dło­nie. Z uwagą przyj­rzała się lekko zzia­ja­nej nasto­latce.

- Spóź­ni­łaś się o dzie­sięć minut. Co się stało? Ska­le­czy­łaś się? Jesteś głodna? Jak ci poszło w szkole?

- Same suk­cesy, jak zwy­kle - odparła Mei.

- Moja mała geniuszka - rzu­ciła Ming z dumą. - Dziś wzo­rowa uczen­nica, jutro sekre­tarz gene­ralna ONZ! Przod­ko­wie byliby tacy dumni.

Ming i Mei wspól­nie uklę­kły przed ołta­rzem. Ming zapa­liła po kadzi­dle dla każ­dej z nich.

- Sun Yee - powie­działa uro­czy­ście - czci­godna przod­kini, straż­niczko pand czer­wo­nych...

Mei otwo­rzyła jedno oko, żeby zer­k­nąć na gobe­lin przed­sta­wia­jący przod­ki­nię, która spo­glą­dała na nią z pogodną i ema­nu­jącą spo­ko­jem miną.

- ... pokor­nie ci dzię­ku­jemy - cią­gnęła Ming - za to, że chro­nisz nas i strze­żesz od złego.

Mei popa­trzyła na pogrą­żoną w modli­twie mamę.

Ming odwza­jem­niła spoj­rze­nie.

- Szcze­gól­nie Mei-Mei - powie­działa.

Obie znów zamknęły oczy, a Mei dokoń­czyła modli­twę:

- Oby­śmy dalej mogły ci słu­żyć, przy­no­sząc zaszczyt przod­kom i całej naszej spo­łecz­no­ści.

- Zawsze - dodały chó­rem i pokło­niły się.

Po skoń­czo­nej modli­twie wyszły na dzie­dzi­niec świą­tyni. Na zewnątrz szu­miał wiatr, a w koro­nach drzew ćwier­kały ptaki. Mama i córka wsłu­chały się w te dźwięki z uwagą i wzięły oczysz­cza­jący oddech. Prze­peł­niało je uczu­cie spo­koju. Świą­ty­nia była ich szcze­gól­nym miej­scem.

- Gotowa? - spy­tała Ming.

Mei strze­liła pal­cami.

- Do dzieła - odpo­wie­działa.

Obie chwy­ciły przy­bory do sprzą­ta­nia i stuk­nęły się mio­tłami jak hoke­istki tuż przed wej­ściem na lodo­wi­sko. Potem zabrały się do mycia, szo­ro­wa­nia i pole­ro­wa­nia wszyst­kiego dookoła, łącz­nie z Bar­tem i Lisą, kamien­nymi posą­gami przy bra­mie. Uwi­ja­jąc się, prze­go­niły kilku nasto­lat­ków pró­bu­ją­cych nama­lo­wać graf­fiti na ścia­nie.

- Wy bez­czelne nic­po­nie! - krzyk­nęła do nich Mei.

- Powiem waszym mat­kom! - zagro­ziła Ming.

W końcu zja­wiła się grupa tury­stów i Ming zaczęła opro­wa­dzać ich po świą­tyni. Gdy goście sta­nęli przed ołta­rzem, Ming wska­zała gobe­lin przed­sta­wia­jący Sun Yee.

- Nasza naj­czci­god­niej­sza przod­kini Sun Yee była uczoną, poetką i obroń­czy­nią zwie­rząt! Swoje życie poświę­ciła miesz­kań­com lasu, a w szcze­gól­no­ści...

Mei wysko­czyła przed zebra­nych w wyko­na­nym z kar­tonu stroju pandy czer­wo­nej.

- Pan­dom czer­wo­nym! - dokoń­czyła Ming.

- Ta-dam! - zawo­łała Mei.

W gru­pie pod­nio­sły się pomruki uzna­nia i zachwytu, któ­rym towa­rzy­szyły klik­nię­cia apa­ra­tów i bły­ski fle­szy.

Ming wyja­śniła, że Sun Yee kochała pandy czer­wone za ich pło­mien­nie rudą sierść i psotną naturę.

- Od tego czasu - powie­działa na koniec - panda czer­wona strzeże naszej rodziny, zapew­nia­jąc nam powo­dze­nie i dobro­byt.

- I to samo może przy­nieść wam! - wtrą­ciła Mei.

Tury­ści bili brawo, a ona krą­żyła wśród nich z pudeł­kiem na datki.

Ming i Mei przyj­mo­wały wycieczkę za wycieczką, aż ich cie­nie wydłu­żyły się w pro­mie­niach zacho­dzą­cego słońca. W końcu odpro­wa­dziły ostat­nich gości do wyj­ścia.

- Do widze­nia, dzię­ku­jemy! - zawo­łała Ming, macha­jąc do nich z uśmie­chem.

Gdy wresz­cie drzwi świą­tyni się zamknęły, oparły się o nie z wes­tchnie­niem ulgi. Co za dzień!

- Przy­bij piątkę - powie­działa Ming, gdy ruszyły w stronę domu, który od świą­tyni dzie­lił tylko płot.

Mei uśmiech­nęła się do mamy i kla­snęła w jej dłoń, zado­wo­lona, że wresz­cie nad­szedł faj­rant.

W domu zastały Jina, tatę Mei, krzą­ta­ją­cego się po kuchni. Szat­ko­wał, dopra­wiał, goto­wał tak ener­gicz­nie, że jego oku­lary zupeł­nie zapa­ro­wały.

W salo­nie Ming i Mei klap­nęły na kanapę i zaczęły lepić pie­rożki, oglą­da­jąc swoją ulu­bioną operę mydlaną "Dzien­niki Nefry­to­wego Pałacu".

Na ekra­nie tele­wi­zora główny boha­ter trzy­mał w obję­ciach boha­terkę, która naj­wy­raź­niej coś knuła.

- Zostań ze mną na zawsze - bła­gał męż­czy­zna.

Ming jęk­nęła znie­cier­pli­wiona.

- Aj! Powi­nien był posłu­chać matki i oże­nić się z Ling-Yi.

Z prze­ję­ciem ufor­mo­wała ostatni pie­ro­żek.

- Racja - zgo­dziła się Mei. - Od razu widać, że Sui-Jyu to dwu­li­cowa żmija - stwier­dziła, pod­ty­ka­jąc mamie tacę, na któ­rej ta poło­żyła pie­ro­żek.

- Wyko­rzy­stuje go tylko, żeby dobrać się do tronu - powie­działa Ming. - Pew­nie zadźga go w noc poślubną.

- No jasne, nie ma innej opcji - przy­tak­nęła Mei i zanio­sła tacę z pie­roż­kami tacie, który zlu­stro­wał każdy z nich po kolei.

- Hmm - mruk­nął. - Ide­alne!

- Się wie! - odpo­wie­działa Mei.

Z tele­wi­zora dobie­gła popowa pio­senka, która przy­kuła uwagę dziew­czyny. Leciała reklama.

- Zna­cie te hity - ode­zwał się pod­eks­cy­to­wany głos, gdy na ekra­nie poja­wiło się pię­ciu tan­ce­rzy. - Kocha­cie te ruchy. Teraz może­cie prze­żyć to... na żywo! Świa­towa sen­sa­cja 4*Town roz­po­czyna wielką trasę po Ame­ryce Pół­noc­nej! Bilety już w sprze­daży!

Mei poczuła, że miękną jej kolana. W ostat­niej chwili chwy­ciła się opar­cia kanapy.

- Oja­cie­pa­nie!

Ming skrzy­wiła się z nie­sma­kiem.

- Co to za... hipho­persi? - spy­tała, odwra­ca­jąc się, żeby spoj­rzeć na córkę. - I czemu nazy­wają się Four-Town, skoro jest ich pię­ciu?

- Nie mam poję­cia - odpo­wie­działa Mei sła­bym gło­sem. - Parę osób w szkole ich lubi.

- Masz na myśli Miriam? - Ming znów odwró­ciła się do tele­wi­zora. - Ta dziew­czyna jest jakaś... dziwna.

Mei poczuła ukłu­cie w brzu­chu. Miriam była zupeł­nie nor­malna. Dla­czego mama cią­gle cze­piała się jej przy­ja­ció­łek?

- Obiad gotowy! - zawo­łał Jin.

Ming pod­nio­sła się z kanapy. Mija­jąc córkę, piesz­czo­tli­wie chwy­ciła ją za brodę i uśmiech­nęła się czule. Mei odru­chowo odwza­jem­niła uśmiech.

Gdy mama ruszyła dalej, Mei ukrad­kiem posłała ostat­nie tęskne spoj­rze­nie w stronę tele­wi­zora. Pod nosem zanu­ciła frag­ment pio­senki 4*Town, po czym cięż­kim kro­kiem dołą­czyła do rodzi­ców. Mama ni­gdy by nie zro­zu­miała...