Pół metra nad ziemią
Przestrzenność naszych placów, wspaniałe perspektywy ulic, monumentalna skala elewacji i szlachetna architektura wnętrz przemawiają najprawdziwiej i najpełniej w zestawieniu z radośnie uśmiechniętym, coraz lepiej i piękniej się ubierającym człowiekiem, który jest nieodłącznym elementem wszystkiego "Nowego" w Polsce.
Moda Polska. Modele odzieży przeznaczonej na międzynarodowy pokaz mody odbywający się w ramach Targów Lipskich w 1954[5]
W PRL moda była polem walki. I to na wielu frontach.
Zaopatrzeniowym: projektanci walczyli o tkaniny, fabryki o przydziały, sklepy o dostawy, a klienci o to, by kupić cokolwiek. Po ubrania naprawdę ustawiały się kolejki. Gazety apelowały do central handlowych, władza prognozowała popyt i podaż i nie szczędząc wysiłku, analizowała dane. Przeprowadzono na przykład badania, "na podstawie których stworzono wizję polskiej stopy, jak się zresztą okazało, dość zróżnicowanej"[6]. Barbara Hoff raportowała w "Przekroju": "Nasz specjalny korespondent z frontu walki o wysokie boty z naszej kolekcji donosi: Radoskór się poddał. I zrobił tysiąc par tych butów"[7].
Obyczajowym: w tej kwestii walka była ogólnoświatowa. W połowie lat sześćdziesiątych Mary Quant w Londynie projektuje spódnicę mini, a w Paryżu Yves Saint Laurent garnitur dla kobiet. Tymczasem damskie spodnie wciąż nie są dobrze widziane. Od dawna noszą je Skandynawki, ale na przykład we Francji wciąż obowiązuje przepis z 1799 roku, który nakazuje kobietom uzyskanie zgody policji za każdym razem, ilekroć zamierzają pokazać się publicznie w męskim stroju[8]. Wprawdzie przepis jest martwy, ale Francuzki do pracy i tak muszą chodzić w spódnicach. W Nowym Jorku w 1965 roku po premierze filmu Viva Maria! nie wpuszczono do restauracji ubranej w spodnie Brigitte Bardot. W Polsce w 1969 roku badania dotyczące typów odzieży w "grupach asortymentowych odzieży damskiej" nie uwzględniają jeszcze spodni[9], choć od kilku lat lansują je gazety i projektanci.
Wreszcie estetycznym. Walczyła władza. Autorzy wydanego przy okazji Międzynarodowych Targów w Lipsku w 1954 roku katalogu Moda Polska przekonywali, że piękne ubranie to ważny punkt "wielkich osiągnięć i zwycięsko realizowanych jeszcze wspanialszych planów", których celem jest "człowiek - z szerokim i stale wzrastającym zakresem potrzeb materialnych i duchowych"[10]. Walczyli projektanci. Przemycali, by nie rzec kopiowali, paryskie trendy, a fabryki przykrajały je do ówczesnych możliwości, zmieniając a to fason, a to kolor, a to tkaninę. "Nie mogę zaręczyć, że zaprojektowana przez nas czarna marynarka nie okaże się ostatecznie buraczana lub pomarańczowa z powodu trudności tkaninowych, braku priorytetu i stu innych powodów"[11], mówił w 1984 roku Jerzy Antkowiak, wtedy zastępca dyrektora Mody Polskiej do spraw wzornictwa. Moda maxi przyszła na przykład, gdy w magazynach zalegały jeszcze mini. By zapobiec marnotrawstwu tkanin, władza wydała dyspozycję, by maxi nie promować. Wybawieniem dla tych, którzy chcieli się wyróżniać, były słynne w tamtych czasach bazary - warszawskie "ciuchy", krakowska "tandeta" czy wrocławski plac Nankiera. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych na "ciuchach" w Warszawie w kolejkach po używane ubrania z paczek spotykali się wszyscy. Chcieli się wyróżniać, choć niekoniecznie dlatego, by sprzeciwić się władzy - chodziło raczej o atrakcyjność, a jeśli bunt, to przeciw regułom społecznym. Dobitnie objaśnia to Tomek Świtalski:
- Pod koniec lat siedemdziesiątych, miałem już wtedy wygląd punkowski, godzinami wystawaliśmy na rogu Nowego Światu i Alej Jerozolimskich. No więc stoję, strzelam szlugiem, poprawiam fałdę na spodniach, jest godzina, powiedzmy, piętnasta, panowie w szarych garniturkach i beretach z antenką wychodzą z biur. I nagle jeden z nich podchodzi do mnie i konfidencjonalnie szepcze: "Bardzo dobrze, dawaj tym mieszczuchom". W sumie tego właśnie chcieliśmy: dopierdolić mieszczaństwu, być w kontrze do karnej kompanii idącej do pracy.
Walka więc, choć jej przedmiot może się wydawać frywolny, była zacięta. Zaczynała się tam, gdzie moda bierze swój początek, czyli na wybiegu. "Oto zwięzły komunikat bojowy z frontu tegorocznej mody jesienno-zimowej - relacjonował pokaz Mody Polskiej w 1960 roku lektor Polskiej Kroniki Filmowej. - Rozkaz numer jeden: tak należy chodzić po Zakopanem. Rozkaz numer dwa: tak na popołudnie w Warszawie. W takich uniformach nasza armia pomaszeruje śmiało od zwycięstwa do zwycięstwa"[12] - pointował znów w wojennej retoryce, a modelki w długich sukniach wdzięcznie kłaniały się publiczności.
Królowa Jadwiga nadaje ton
- Dość tego! Rozbieramy nasze panie i jazda do domu! - komenderowała po pokazach.
Kiedy trzeba było coś załatwić, nigdy nie pisała podań - wiedziała, że wtedy łatwo o pieczątkę "Odmowa". A tego słowa nie lubiła.
Szła więc do ministerstwa i na schodach wypatrywała urzędnika, do którego miała sprawę. Wiedziała, że w końcu go spotka. Kiedy się pojawiał, łapała go za klapę marynarki i tak trzymając, zaczynała perorować. Ministrowi, dyrektorowi, kierownikowi departamentu, nawet jeśli nie miał szczególnie dobrych manier, nie wypadało strącić ręki starszej pani. A ona trzymała za tę klapę tak długo, aż usłyszała: "Załatwione".
[^] Jadwiga Grabowska z modelkami, 1965 rok
Pierwsza dyrektor artystyczna Mody Polskiej dbała, by trzymały fason także poza pracą. A więc w Paryżu nosiły szpilki od rana do wieczora, w Odessie musiały uważać, żeby się nie opalić. "Pokazała mi, jak trzymać fason ogólnoludzki", wspomina jedna z nich. Inna dodaje: "Byłyśmy znane. Szłyśmy ulicą, świetne ciuchy, włosy rozwiane, a ludzie mówili: "Idą nasze lalki"". Kiedy Moda ogłaszała nabór modelek, przed wejściem do biura kłębił się tłum, a kandydatki mówiły reporterom, że pracować z panią Grabowską to byłoby coś.
Gdy upatrzyła sobie kandydatkę na modelkę, potrafiła wybiec z biura i zaczepić ją na ulicy. Albo pójść do rodziców z prośbą, by pozwolili córce pozować. Kiedy jednak wśród kandydatek na modelki zjawiała się dziewczyna o obfitych kształtach, rzucała w kierunku asystentki:
- Jakie wymiary były brane pod uwagę, pani Izo?
Stalowym tonem.
Gdy obejrzała koncert Beatlesów, powiedziała do Jerzego Antkowiaka, wówczas jej asystenta:
- Jureczku, przeczeszesz się. Teraz będziesz nosił grzywkę i zapuścisz baki.
Przeczesał się.
Wracając z pokazów w Paryżu, depeszowała do męża, by czekał na nią na Okęciu w odświętnym stroju - wieczorem idą na przyjęcie. Czekał.
Jadwiga Grabowska, postać. Przeważnie w turbanie. Zawsze w garsonce, bywało, że od Chanel. Czasem, w przejęciu, z giewontem w ustach. Czasem, na przyjęciu, ze srebrną cygarniczką. W oficjeli - gdy nie spełniali jej oczekiwań - podobno rzucała popielniczką, a w dyrektorów administracji wieszakami. Pierwsza dyrektor artystyczna Mody Polskiej.
Gdy popłynęła Batorym do Stanów, w Los Angeles notowała: "Ulice handlowe usiane są reklamami. Roi się od napisów. Jedna reklama prześciga drugą w utwierdzaniu odbiorcy, że tylko ten właśnie towar jest doskonały. Wiele do czytania na ulicach Los Angeles. Kiedy przejeżdżałam po raz pierwszy przez miasto, powiedziałam do moich przyjaciół: "Macie tu tyle do czytania, że niepotrzebne są wam książki". Rzeczywiście, w pięknie urządzonych domach amerykańskich rzadko widać półkę czy szafkę z książkami. "To" się nie liczy"[13].
Tymczasem dla Grabowskiej "to" się liczyło. Gdy nudził lub denerwował ją jakiś urzędnik, co gorsza - fatalnie ubrany - szeptała do Antkowiaka:
- Jureczku, spytaj go, czy czytał Scotta Fitzgeralda.
Urodziła się w 1898 roku w rodzinie Seydenbeutelów. Matka Paulina Eber była siostrą Edwarda Ebera, ważnego przedwojennego architekta, projektanta luksusowych kamienic czynszowych, nieistniejącego już dziś kina Napoleon przy placu Trzech Krzyży czy budynku, w którym mieściła się słynna restauracja Adria. Nad nim pracował zresztą wspólnie z Edwardem Seydenbeutelem (lepiej znanym jako Sułkowski), bratem Jadwigi, który specjalizował się w projektowaniu wnętrz. Ojciec Jadwigi Stanisław był zamożnym przedsiębiorcą budowlanym. Mieszkali przy Marszałkowskiej 63 w należącej do rodziny kamienicy Pod Syrenami.
Krótko mówiąc, dorastała w świetnej okolicy i dobrym towarzystwie. Edward Eber był mężem Alicji Frenkiel, siostry Marii Morskiej, przyjaźnił się chociażby z Iwaszkiewiczami. Matka - zawsze elegancka - od najmłodszych lat wpajała Jadwidze i jej siostrze estetykę ubioru. Mała Seydenbeutelówna w sąsiedztwie sypialni miała "specjalny pokój szafowy z czterema wielkimi pomieszczeniami na garderobę o pojemności doskonałej"[14]. Po maturze poszła na dziennikarstwo, bo jak mówiła wiele lat później: "Nigdy nie myślałam, że będę musiała zarobkować"[15].
Jako dziennikarka pisywała artykuły do "Kobiety w Świecie i w Domu", dodatku do "Bluszczu". Tłumaczyła Galsworthy'ego, no i jeździła do Paryża. "W 1924 roku trochę dłużej przebywałam w Paryżu i skończyłam tam wówczas kursy projektowania, ale bez zamiaru podejmowania pracy w tym zawodzie"[16] - wspominała.
A tam Coco Chanel właśnie uwalnia kobiety z gorsetów i w zamian daje im wygodne kostiumy, zwane w Polsce garsonkami (od francuskiego le garçon - chłopiec). To była pierwsza poważna rewolucja w modzie XX wieku i pierwszy ważny dowód na to, że moda wypływa z przemian społecznych. Jadwiga Grabowska zachwyca się nowym stylem i z Paryża wraca odmieniona. "Gdy po raz pierwszy pokazałam się mamie w chanelowskim kostiumie i po męsku ściętymi włosami, była przerażona. Wówczas to była naprawdę moda przyszłości"[17] - opowiadała.
W PRL przylgnie do niej przydomek "polskiej Chanelki". Nie będzie się wypierać tej fascynacji: "Jedyną rewolucjonistką w modzie naszego stulecia była Coco Chanel. Spotykałyśmy się wielokrotnie, podziwiałam jej talent i wyobraźnię, a przede wszystkim odwagę w proponowaniu zupełnie nowych rozwiązań, które przecież do dziś się nie zestarzały. W latach dwudziestych wylansowany przez nią typ kobiety - chłopczycy wyswobodzonej z gorsetu - był prawdziwą rewelacją, ale i szokiem. A dlaczego przetrwała w prawie nie zmienionej postaci do dziś? Ponieważ była i jest funkcjonalna. Chanel stworzyła to, co jest najtrudniejsze. Styl"[18].
W latach trzydziestych wychodzi za mąż za Tadeusza Grabowskiego, piłkarza Polonii Warszawa, potem kronikarza klubu, ważnego człowieka w świecie sportu. Wprowadzają się do mieszkania przy ulicy Dąbrówki na Saskiej Kępie, w którym zostaną już do końca życia.
I to właściwie wszystko, co o przedwojennym życiu Jadwigi Grabowskiej wiadomo na pewno. Reszta to strzępy opowieści, które zapamiętali jej późniejsi współpracownicy - przeważnie młodsi od niej o dwie albo trzy dekady. Że bez wątpienia ubierała się u paryskich projektantek - Elsy Schiaparelli i Coco Chanel. Że być może prowadziła w Warszawie jakiś krawiecki biznes - stąd znajomości z doświadczonymi krojczyniami i słynną również po wojnie kapeluszniczką Haliną Górską-Szpilową. Że bywała w świecie, na wakacje jeździła do San Remo, Cannes i Nicei. Podobno - zaprzyjaźniona z Grabowską Małgorzata Krzeszowska zapewnia, że to prawda - któregoś razu pożyczyła na plaży krem opalającemu się w pobliżu mężczyźnie. Następnego dnia do jej hotelu przyniesiono kosz kwiatów z bilecikiem: "Uratowała mi pani życie". Na odwrocie widniało nazwisko: Hermann Göring. Gdy w czasie okupacji do domu przy Dąbrówki weszli Niemcy, Grabowska pokazała im wizytówkę Göringa i powiedziała, że dobrze go zna. Wycofali się.
Rodzice trafiają w tym czasie do getta, w 1942 roku przedostają się na stronę aryjską. Jako Apolonia i Stanisław Starzyńscy osiedlają się przy ulicy Walecznych.
A potem przychodzi kwiecień 1945 roku. Warszawa szykuje się do odbudowy. Jeszcze nie jeżdżą tramwaje, po wiosennej odwilży przez most na Wiśle można przechodzić tylko w określonych godzinach, powoli zaczyna działać elektryczność.
Reporter "Życia Warszawy" notuje: "Sączący się wąziutkim korytem strumień życia poczyna wyraźnie przybierać na sile i rozgałęziać się w coraz to nowe ulice i zakątki śródmieścia. Centrum Warszawy zdaje się wyraźnie odżywać. Wprawdzie [...] potworne zwaliska straszą wciąż oczy żałosnym konturem spiętrzonych cegieł i poskręcanych konwulsyjnie szyn. A jednak... [...] Z asfaltowej jezdni Krakowskiego Przedmieścia znikły już zwały gruzu. [...] Ulica Chmielna [...] poczyna na nowo błyszczeć szybami wystaw i z całą bezczelnością, na jaką tylko warszawska ulica zdobyć się potrafi, odzyskuje sławę ulicy eleganckich magazynów mody i wytwornej galanterii"[19].
Z Częstochowy przyjeżdża znana fotografka Zofia Chomętowska - od Biura Odbudowy Stolicy dostała zlecenie sfotografowania tego, co zostało z miasta. Dołącza do niej Maria Chrząszczowa. Gdy po latach, już na emigracji w Argentynie, Chomętowska będzie wklejać zdjęcia z tego czasu do albumu, na okładce napisze: "W-WA ŻYJE!".
Popatrzmy. Nowy Świat. Fasada kamienicy bez okien, w ścianach ślady po pociskach. Na ulicy - zwały gruzu, a na niej ocalała gablota z szyldem: "Obuwie. Brunon Kamiński". W środku jakieś buty.
Nowy Świat w okolicy placu Trzech Krzyży. Drewniany barak z wymalowanym napisem: "PEDICURE MANICURE na miejscu". O fragment powalonego słupa opiera się kobieta. Sukienka do kolan, krótkie, chyba ufarbowane na czarno włosy, pod pachą torebka. Na lewej nodze zgrabny pantofelek z paseczkami na niewysokim obcasie, prawą założyła na kolano tak, że odsłania czarną podeszwę.
Róg Wspólnej i placu Trzech Krzyży. Za kilka lat stanie tu gmach Głównej Komisji Planowania (obecnie Ministerstwa Gospodarki), na razie w sąsiedztwie wypalonych kamienic ulokował się bazar rowerowy.
Tuż obok drewniany domek z wybitą szybą. O ścianę oparte dwa rowery, przy stoliku wystawionym na zewnątrz siedzi para. On zamyślony, ona uśmiechnięta, rozmawia z kelnerką. To kawiarnia Zofii Potockiej.
Sienkiewicza 8. Widać jedynie witrynę - okno podzielone na dziewięć kwadratów, na każdym inny napis: "Herbata", "Bigos z kiełbasą", "Kawa", "Zakąski", "Dania" (dalej szybka wybita), "Ciastka", "Śniadania", "Obiady", "Kolacje". I szyld: "Paszteciarnia "Na gruzach"".
Znów plac Trzech Krzyży. Na tle ruin przechylona kolumna kościoła Świętego Aleksandra. Wspięli się na nią wyraźnie rozbawieni młodzieńcy i ochoczo pozują do zdjęcia. Podpis: "Ludzie usuwający gruz".
[^] Zofia Chomętowska, Manicure, pedicure, 1945 rok
Fotografka Zofia Chomętowska na zlecenie Biura Odbudowy Stolicy dokumentowała, wraz z Marią Chrząszczową (to ona pozuje przy budce z manicurem), to, co po wojnie zostało z miasta. Ich zdjęcia pokazują ruiny i odradzające się życie.
W takiej scenerii Jadwiga Grabowska zakłada w kwietniu 1945 roku Salon Mody Feniks. "Uważałam, że niezwykle ważne dla psychicznego odrodzenia się jest wyrobienie przekonania, że mimo tych wszystkich okropieństw, które się stały, i tego, co nadal było tak trudne, trzeba żyć normalnie, pełnią życia, na którą składa się także ubiór i uroda" - opowiadała wywiadach.
I wreszcie Marszałkowska. Góry cegieł, kamienice powypalane albo zburzone do fundamentów. Ludzie: mężczyzna w jasnym prochowcu, z teczką i w kapeluszu, ufryzowana kobieta w czarnej sukience starannie dopasowanej do figury, klientka przy stoisku z mlekiem w znoszonym ubraniu, ale pod szyją zawiązała kokardę czy może apaszkę. I życie. Z cegieł i płyt chodnikowych ktoś ułożył stragan, sprzedaje pieczywo. Mężczyzna w marynarce i kapeluszu przegląda książki wyłożone w witrynie bez szyby. W zniszczonym tramwaju urządzono zakład fotograficzny, w ramach usług dodatkowych: zelowanie obuwia. Przy skrzyżowaniu z Alejami Jerozolimskimi ktoś handluje ziemniakami, ktoś trzyma pod pachą gęś. Tramwaj, dorożki, z rzadka jakiś samochód. W tle - naprędce odnowione partery domów, z których nic poza parterami nie zostało.
Kilkaset metrów stąd Jadwiga Grabowska otwiera Salon Mody Feniks. Po wojnie została bez środków do życia. "Skończyłam dziennikarstwo, ale dziennikarz musiał wtedy przestrzegać pewnej linii politycznej. Ja nie miałam żadnych przekonań politycznych" [20] - wspominała na krótko przed śmiercią.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.