To nie moje pieniądze - Jacek Dubois

Kup ebooka

39.90 zł
33.08 zł (33,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Powie­trze w wypeł­nio­nej po brzegi sali roz­praw było gęste od emo­cji. Uwaga dzien­ni­ka­rzy kon­cen­tro­wała się na ławie obroń­czej.

Mece­nas Andrzej Rek nie prze­kro­czył jesz­cze czter­dziestki, a spoj­rze­nia publicz­no­ści przy­cią­gała jego wzbu­dza­jąca zaufa­nie twarz pro­fe­sjo­na­li­sty. Był męż­czy­zną szczu­płym o wyspor­to­wa­nej syl­wetce, a na jego ciem­nych, krótko ostrzy­żo­nych wło­sach nie można było dostrzec śladu siwi­zny.

Po jego lewej stro­nie sie­dział główny boha­ter roz­gry­wa­ją­cego się wła­śnie sądo­wego dra­matu, kilka lat star­szy od swo­jego obrońcy Krzysz­tof Korn. Rów­nież ciem­no­włosy, ubrany w śnież­no­białą koszulę, nie­na­gan­nie skro­jony gra­na­towy gar­ni­tur uzu­peł­niony nie­bie­skim kra­wa­tem w deli­katne geo­me­tryczne wzory, góro­wał nad mece­na­sem.

Tocząca się prze­ciwko niemu sprawa karna od kilku mie­sięcy była pożywką dla mediów, któ­rym nie­czę­sto zda­rzała się taka gratka, by na ławie oskar­żo­nych zasia­dał ktoś z listy pięć­dzie­się­ciu naj­bo­gat­szych Pola­ków. Pod­jęta przez pro­ku­ra­turę próba dopro­wa­dze­nia do ska­za­nia kogoś takiego wywo­łała zain­te­re­so­wa­nie porów­ny­walne z wal­kami gla­dia­to­rów w sta­ro­żyt­nym Rzy­mie.

Korna oskar­żono o wyko­rzy­sty­wa­nie nie­le­gal­nie pozy­ska­nych infor­ma­cji przy inwe­sty­cjach gieł­do­wych, na któ­rych to ope­ra­cjach miał zaro­bić for­tunę. Pikan­te­rii doda­wało pro­ce­sowi współ­za­wod­nic­two dwóch praw­ni­czych gigan­tów: stronę oskar­że­nia repre­zen­to­wał bowiem pro­ku­ra­tor Woj­ciech Dobosz z Pro­ku­ra­tury Okrę­go­wej w War­sza­wie, wsła­wiony posta­wie­niem w stan oskar­że­nia, a następ­nie dopro­wa­dze­niem do ska­za­nia gangu pory­wa­czy, który przez lata nękał war­szaw­skich przed­się­bior­ców. Opi­su­jąc syl­wetkę obrońcy, dzien­ni­ka­rze pod­kre­ślali, że mece­nas Rek od czte­rech lat nie poniósł porażki w żad­nej medial­nej spra­wie, a przed nie­spełna sze­ścioma mie­sią­cami wygrał z pro­ku­ra­torem Dobo­szem star­cie w pro­ce­sie o zabój­stwo, do któ­rego zda­niem pro­ku­ra­tury miało dojść w trak­cie zgro­ma­dze­nia wspól­ni­ków jed­nej z naj­więk­szych spółek ener­ge­tycz­nych w kraju. Mece­na­sowi Rekowi udało się prze­ko­nać sąd, że jego klient nie zamor­do­wał jed­nego z mniej­szo­ścio­wych akcjo­na­riu­szy spółki, a jedy­nie odpie­rał jego bez­prawny atak, dzia­ła­jąc w ramach obrony koniecz­nej.

Pod­czas pro­cesu Korna dzien­ni­ka­rze spe­ku­lo­wali, czy tym razem doj­dzie do rewanżu oskar­że­nia. Sym­pa­tia publicz­no­ści była zde­cy­do­wa­nie po stro­nie pro­ku­ra­tury. Krzysz­to­fowi Kor­nowi zarzu­cano bowiem, że na trans­ak­cjach gieł­do­wych zaro­bił ponad sześć­dzie­siąt milio­nów zło­tych, co nie wzbu­dzało sym­pa­tii obser­wa­to­rów. Nagły wzrost war­to­ści akcji spółek, które nabył biz­nes­men, nastą­pił po pod­pi­sa­niu nego­cjo­wa­nej w cał­ko­wi­tej tajem­nicy umowy mię­dzy­na­ro­do­wej. Zakła­dano, że Korn wie­dział o umo­wie i użył tych infor­ma­cji, żeby kupić wszyst­kie dostępne na rynku akcje dotych­czas mało atrak­cyj­nych spółek, które po pod­pi­sa­niu umowy zaczęły zwyż­ko­wać. Trans­ak­cje te wzbu­dziły zain­te­re­so­wa­nie Komi­sji Nad­zoru Finan­so­wego, która o swo­ich podej­rze­niach zawia­do­miła pro­ku­ra­turę. W trak­cie śledz­twa pro­ku­ra­to­rzy dotarli do świadka, który zeznał o powią­za­niach biz­nes­mena z nie­usta­lo­nym pra­cow­ni­kiem mini­ster­stwa, które pro­wa­dziło nego­cja­cje. Wyda­wało się oczy­wi­ste, że do kupna akcji nie doszło legal­nie i główne zain­te­re­so­wa­nie publicz­no­ści prze­ko­na­nej o jego winie sku­piało się na tym, czy po wyroku Krzysz­tof Korn skoń­czy w wię­zie­niu, czy też uda mu się wymi­gać wyro­kiem w zawie­sze­niu, a sąd zado­woli się jedy­nie orze­cze­niem prze­padku bez­praw­nie uzy­ska­nych przez oskar­żo­nego korzy­ści. Ta powszechna opi­nia na temat sprawy trwała do dziś, kiedy to przed sądem sta­wił się główny świa­dek oskar­że­nia. Potwier­dzał on wpraw­dzie zezna­nia zło­żone w pro­ku­ra­tu­rze, jed­nak gdy doszło do pytań obrony, jego wia­ry­god­ność z każdą sekundą zaczęła spa­dać. Oka­zało się, że nie był on bez­po­śred­nim świad­kiem zda­rzeń, o któ­rych opo­wia­dał pro­ku­ra­to­rowi, a jedy­nie sły­szał o tym od osób trze­cich. Potem oka­zało się, że nie wie, od kogo o tym sły­szał. Na koniec wyznał, że nie jest wcale pewien, czy osoba, z którą miał się kon­tak­to­wać biz­nes­men, pra­cuje w mini­ster­stwie, które nego­cjo­wało umowę. Publicz­ność obecna w sali sądo­wej na­dal była prze­ko­nana, że przy zaku­pie akcji musiało dojść do jakie­goś prze­krętu, gdyż nikt nie ma takiej intu­icji, by bez żad­nej racjo­nal­nej przy­czyny kupić bezwar­to­ściowe akcje, które wkrótce przy­niosą for­tunę, jed­nak musiała obiek­tyw­nie przy­znać, że pro­ces nie przy­niósł bez­spor­nych dowo­dów potwier­dza­ją­cych winę oskar­żo­nego. W trak­cie dwu­go­dzin­nej mowy obrońca prze­pro­wa­dził logiczny wywód, że oskar­ża­jąc jego klienta, pro­ku­ra­tor opi­sał jedy­nie swoje pra­gnie­nia, jak miałby wyglą­dać stan fak­tyczny w spra­wie, lecz nie przedsta­wił nic poza swoim poglą­dem.

Zbli­żała się godzina dzie­więt­na­sta, a sędzia w pokoju narad na­dal zasta­na­wiał się nad wyro­kiem. Mece­nas Rek zabi­jał czas ocze­ki­wa­nia, szki­cu­jąc wiecz­nym pió­rem abs­trak­cyjne wzory na kartce, biz­nes­men zaś sie­dział wypro­sto­wany, w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu i spra­wiał wra­że­nie pogrą­żo­nego w medy­ta­cji. Gdy drzwi od sali narad wresz­cie się otwo­rzyły, roz­mowy w sali zamarły w ułamku sekundy. Za chwilę miał zostać ogło­szony tak długo ocze­ki­wany wyrok. Wszy­scy wstali i skie­ro­wali spoj­rze­nia na ciem­no­włosą pro­to­ko­lantkę, za którą szedł sędzia - pięć­dzie­się­cio­letni kor­pu­lentny męż­czy­zna w oku­la­rach w gru­bych opraw­kach, o przy­pró­szo­nych siwi­zną, mocno już prze­rze­dzo­nych wło­sach.

Sędzia usiadł, popra­wił krzywo uło­żony na todze łań­cuch zakoń­czony odle­wem orła w koro­nie, poło­żył przed sobą sen­ten­cję wyroku i pod­niósł wzrok na oskar­żo­nego.

Kon­stanty Rapacki sądził od pra­wie ćwierć wieku i był uwa­żany za naj­lep­szego sędziego w swoim wydziale. Na jego ocenę tego, co dzieje się na sali sądo­wej, duży wpływ wywarły poglądy ame­ry­kań­skiego sędziego Jose­pha Hut­che­sona na temat praw­ni­czej intu­icji. Hut­che­son wyka­zy­wał, że wnio­ski, do któ­rych praw­nika może dopro­wa­dzić skom­pli­ko­wana ana­liza dowo­dów i prze­pi­sów, można cza­sem wycią­gnąć dużo szyb­ciej, bazu­jąc na samej intu­icji. Sędzia Rapacki czę­sto sto­so­wał tę metodę, dba­jąc jed­nak, by intu­icyj­nie wydany wyrok był zgodny z zasa­dami spra­wiedliwości, a następ­nie spraw­dzał, czy taki wyrok jest do obro­nie­nia z punktu widze­nia zgro­ma­dzo­nych dowo­dów i obo­wią­zu­ją­cych prze­pi­sów.

W spra­wie prze­ciwko Kor­nowi rów­nież zasto­so­wał tę metodę. Na wyda­nie wyroku zgod­nie z poglą­dem praw­ni­czej intu­icji potrze­bo­wał kil­ku­na­stu sekund od roz­po­czę­cia narady z samym sobą. Intu­icja pod­po­wia­dała mu, że wina oskar­żo­nego nie budzi żad­nych wąt­pli­wo­ści i sędzia byłby gotów poło­żyć obie ręce pod topór w zakła­dzie o to, że oskar­żony jest winny wszyst­kiemu, co mu zarzuca pro­ku­ra­tura. Był pewien, że wyja­śnie­nia oskar­żo­nego doty­czące ana­liz eko­no­micz­nych, w któ­rych wyniku miał pod­jąć decy­zję o naby­ciu aku­rat tych akcji, można wło­żyć mię­dzy bajki. Pro­blem poja­wił się jed­nak, gdy sędzia swoją intu­icję skon­fron­to­wał z zebra­nymi dowo­dami. To było powo­dem, że narada, która począt­kowo zapo­wia­dała się na kilka minut, prze­cią­gnęła się do ponad dwóch godzin. Choć sędzia był pewien, że zna prawdę, nie mógł tego wyka­zać w uza­sad­nie­niu, które musiał wygło­sić po ogło­sze­niu wyroku, gdyż z dowo­dów, które przed­sta­wiła pro­ku­ra­tura, nie dawało się tego wywieść ina­czej niż w opar­ciu o przy­pusz­cze­nia, a takiego rodzaju dowodu prawo nie prze­wi­dy­wało. Ist­niały różne moż­liwe sce­na­riu­sze tego, co się wyda­rzyło, a prawo w takich sytu­acjach było jasne: wszel­kie wąt­pli­wo­ści zawsze trzeba było roz­strzy­gać na korzyść oskar­żo­nego. Dla­tego po dwóch godzi­nach dys­ku­sji z samym sobą sędzia stwier­dził, że choć jest prze­ko­nany o winie oskar­żo­nego, to nie może go ska­zać, gdyż w uza­sad­nie­niu nie będzie w sta­nie tego logicz­nie wywieść, a na intu­icję praw­ni­czą nie mógł się powo­łać, ponie­waż nie było to narzę­dzie prawne, które uzna­wał kodeks. Wie­dział, że wydany przez niego wyrok będzie niespra­wiedliwy, bo nie ponie­sie kary ten, kto na nią zasłu­żył, on jed­nak, wyda­jąc taki wyrok, postąpi jak stu­pro­cen­towo spra­wiedliwy sędzia, bo wyro­ku­jąc, postąpi zgod­nie z regu­łami prawa. Ten para­doks mar­twił go, bo mając świa­do­mość, że wyko­nuje swoją pracę naj­le­piej, jak potrafi, wie­dział, że postę­pu­jąc zgod­nie z zasa­dami, w efek­cie czyni niespra­wiedliwość.

Spoj­rzał w zimne i ana­li­tyczne oczy oskar­żo­nego i nabrał prze­ko­na­nia, że tam­ten już wie, co się za chwilę sta­nie. Skoro dla nich obu było jasne, co ma się za chwilę wyda­rzyć, nie było sensu tej chwili prze­cią­gać i sędzia przy­stą­pił do odczy­ta­nia orze­cze­nia:

- Wyro­kiem z dnia dzie­sią­tego czerwca dwa tysiące sie­dem­na­stego roku w spra­wie oskar­żo­nego Krzysz­tofa Korna uro­dzo­nego pięt­na­stego maja tysiąc dzie­więć­set siedemdzie­sią­tego roku w War­sza­wie, bez­dziet­nego, nie­po­zo­sta­ją­cego w związku mał­żeń­skim, nie­ka­ra­nego sąd unie­win­nia oskar­żo­nego od zarzu­ca­nych mu w akcie oskar­że­nia czy­nów.

Wygło­sze­nie ust­nego uza­sad­nie­nia było dla sędziego praw­dziwą tor­turą. Gdyby powie­dział to, co myślał naprawdę, czyli że oskar­żony jest winny jak wszy­scy dia­bli, a jedy­nie panu­jąca wokół sprawy zmowa mil­cze­nia nie pozwala mu niczego udo­wod­nić, spo­wo­do­wałby, że w ciągu kilku minut cały wymiar spra­wie­dli­wo­ści i on sam zna­leź­liby się pod prę­gie­rzem prasy. Wyobra­żał sobie memy na swój temat w por­ta­lach spo­łecz­no­ścio­wych. Powie­dze­nie prawdy byłoby jak publiczne hara­kiri, dla­tego w uza­sad­nie­niu musiał zapo­mnieć o swo­ich prze­my­śle­niach i ogra­ni­czyć się do omó­wie­nia dowo­dów, z któ­rych - jak słusz­nie wywo­dził w cza­sie mowy obroń­czej mece­nas Rek - nic nie wska­zy­wało na winę oskar­żo­nego.

Po upo­ra­niu się z oceną dowo­dów sędzia prze­szedł do przy­po­mnie­nia publicz­no­ści zasady prawa kar­nego, z któ­rej wyni­kało, że jeśli sąd nie jest w sta­nie przy­jąć jed­nej jedy­nej wer­sji wyda­rzeń poprzez wyeli­mi­no­wa­nie pozo­sta­łych, to wów­czas musi przy­jąć wer­sję naj­ko­rzyst­niej­szą dla oskar­żo­nego, a to w realiach niniej­szej sprawy ozna­czało, że oskar­żony, doko­nu­jąc trans­ak­cji gieł­do­wych, po pro­stu albo miał szczę­ście, albo intu­icję, w związku z tym jest nie­winny.

Gdy sąd zakoń­czył uza­sad­niać wydany wyrok i oskar­żony, z obrońcą wyszli z sali, od razu oto­czył ich tłum dzien­ni­ka­rzy.

- Jak pan sko­men­tuje wyrok? Dla­czego sędzia stwier­dził, że nie udo­wod­niono panu winy, a nie, że jest pan nie­winny? - spy­tał repor­ter Krzysz­tofa Korna.

Mece­nas Andrzej Rek był w pełni świa­dom, dla­czego sąd tak uza­sad­nił orze­cze­nie, i był zda­nia, że Korn nie powi­nien komen­to­wać wyroku, dla­tego po ogól­ni­ko­wym stwier­dze­niu, że wyrok jest spra­wie­dliwy, chciał jak naj­szyb­ciej znik­nąć wraz ze swoim klien­tem z zasięgu wzroku dzien­ni­ka­rzy. Ujął go pod łokieć, zamie­rza­jąc wypro­wa­dzić z tłumu, jed­nak ten nie podzie­lał takiej stra­te­gii obrońcy. Korn zatrzy­mał się i zde­cy­do­wa­nym ruchem uwol­nił swój łokieć z opie­kuń­czych dłoni mece­nasa.

- Bo to był zły sąd - odpo­wie­dział, patrząc pro­sto w oczy dzien­ni­ka­rzowi. - Dla­tego wszy­scy musimy refor­mo­wać sądy, żeby nie były takie złe jak ten. Ten sędzia mnie po pro­stu nie lubił i dla­tego tak powie­dział, żeby mi zszar­gać opi­nię. To oskar­że­nie od początku było absur­dalne. Jak tylko wyrok się upra­wo­mocni, mój praw­nik będzie się doma­gać wie­lo­mi­lio­no­wego odszko­do­wa­nia od pro­ku­ra­tury.

Adwo­kat zda­wał sobie sprawę z tego, że z każ­dym kolej­nym sło­wem Korna sprawa w postę­po­wa­niu odwo­ław­czym staje się coraz trud­niej­sza, pono­wił więc próbę wypro­wa­dze­nia go z tłumu dzien­ni­ka­rzy.

- Pusz­czaj pan! - zapro­te­sto­wał biz­nes­men. - Pozwę, jak mi Bóg miły, tego pro­ku­ra­tora, który fał­szy­wie mnie oskar­żył. Spo­tkamy się w sądzie! - wykrzyk­nął w stronę Dobo­sza wycho­dzą­cego z sali.

Rek zbli­żył usta do ucha klienta i szep­nął tak, by nic nie doszło do dzien­ni­ka­rzy:

- Niech pan w to nie brnie. Ten wyrok to praw­dziwy cud.

- Nie zapłacę panu reszty hono­ra­rium, jak będzie pan wciąż prze­szka­dzał - zde­ner­wo­wał się Korn. - Nie ma pan poję­cia, co to zna­czy dba­łość o wize­ru­nek. Ten pro­ku­ra­tor ucie­kał przede mną jak gazela przed lam­par­tem. Oni to widzieli, a ja im muszę wbić do głowy, że ta sprawa to jedna wielka kom­pro­mi­ta­cja pro­ku­ra­tury.

- Jeśli rze­czy­wi­ście jest pan nie­winny, to jak pan wyja­śni, że zde­cy­do­wał się pan inwe­sto­wać w spółki, o któ­rych nikt inny nie pomy­ślał? - zapy­tał kolejny dzien­ni­karz.

- Bo ja jestem wizjo­ne­rem biz­nesu i czuję to, czego nikt inny nie potrafi tak dobrze jak ja wyczuć. Ja wiem, gdzie są pie­nią­dze! - Po czym szep­nął już tylko do obrońcy: - Dobra, teraz możemy już iść.

Rek, korzy­sta­jąc z tej szansy, natych­miast wypro­wa­dził go przed gmach sądu. Led­wie zna­leźli się na chod­niku, obok nich zatrzy­mał się mer­ce­des z przy­ciem­nio­nymi szy­bami. Adam Chyb, sekre­tarz Korna, otwo­rzył przed nim drzwi, po czym szybko zajął miej­sce obok szefa. Samo­chód ruszył, pozo­sta­wia­jąc mece­nasa na chod­niku.

- Tak jak szef kazał, ta dzien­ni­karka czeka na pana w biu­rze - poin­for­mo­wał Korna asy­stent.

- Dobrze. Dopil­nuj, żeby ten wywiad poszedł na pierw­szą stronę.

- Sze­fie, czy pana adwo­kat się zasta­na­wiał, dla­czego świa­dek pro­ku­ra­tury tak nagle dzi­siaj stra­cił pamięć? - zain­te­re­so­wał się asy­stent.

- A co mnie obcho­dzi, nad czym on się zasta­na­wia?

- Boję się, żeby nie­po­trzeb­nie na ten temat nie zaczął gadać, po co nam plotki...

- Nie może gadać, bo obo­wią­zuje go tajem­nica zawo­dowa, a jako obrońca nie może dzia­łać prze­ciwko swo­jemu klien­towi. Nawet gdy­bym mu powie­dział, dla­czego świa­dek dostał amne­zji, nic by nie mógł z tym zro­bić. Ma na zawsze zasznu­ro­wane usta. Ty też nie powi­nie­neś o tym myśleć. Wiesz, że pamięć bywa cza­sem groź­niej­sza od raka?

W salo­niku przy­le­ga­ją­cym do gabi­netu Korna cze­kała już dzien­ni­karka. Na jego widok spoj­rzała na zega­rek.

- Jest pan na czas co do sekundy. Czy zawsze jest pan punk­tu­alny jak szwaj­car­ski zega­rek?

- Czy uważa pani, że szwaj­car­ski zega­rek to szczyt pre­cy­zji?

- Tak mnie zawsze uczono.

- Bzdura, cza­sem jedna sprę­żynka nie zadziała, jak trzeba, i cały mecha­nizm szlag tra­fia. Elek­tro­nika w iPho­nie jest o niebo pew­niej­sza. Opo­wiem pani o czymś, co naprawdę jest dosko­nałe, o mojej fir­mie nagro­dzo­nej po raz drugi tytu­łem "Naj­lep­sze, bo pol­skie".

- Odbiera pan nagrody w Pol­sce, ale wycho­wy­wał się za gra­nicą...

- Tak, miesz­ka­łem w Hisz­pa­nii. Mój ojciec pra­co­wał tam w amba­sa­dzie. W Madry­cie skoń­czy­łem stu­dia i zało­ży­łem swoją pierw­szą firmę. Jed­nak serca nie da się oszu­kać, moje bije tylko dla Pol­ski, dla­tego wró­ci­łem.

- Dzien­ni­ka­rze czę­sto piszą, że jest pan lide­rem pol­skiego biz­nesu, ale w ran­kingu naj­bo­gat­szych Pola­ków nie ma pana jesz­cze na podium.

- Bo moja tak­tyka polega na tym, by prze­wo­dzić nie od początku, tylko zaata­ko­wać na fini­szu i zwy­cię­żyć. Wła­śnie wsze­dłem na ostat­nią pro­stą.

- Kiedy roz­ma­wia­li­śmy przed rokiem, już wtedy zapo­wia­dał pan rychłą detro­ni­za­cję lide­rów. Czy coś poszło nie tak?

- Wtedy to nie była jesz­cze ostat­nia pro­sta. Pro­szę chwilę pocze­kać.

- Ale w miarę cze­ka­nia prze­staje się już cze­kać.

- Co pani powie­działa?

- To nie ja, to Albert Camus. Zmieńmy jed­nak temat... Czy­tel­ni­ków nie­po­koją pana kło­poty z pra­wem. Dwu­krot­nie sta­wał pan przed sądem i dwu­krot­nie został pan unie­win­niony, ale, jak mówi przy­sło­wie, do trzech razy sztuka.

Korn poczuł, jak mię­śnie mu się napi­nają.

- Uwa­żaj! - syk­nął, zanim zdą­żył nad sobą zapa­no­wać. Widząc jej prze­stra­szony wzrok, roze­śmiał się i przy­brał nie­winny wyraz twa­rzy. - Nabra­łem panią. Szkoda, że nie widziała pani swo­jej miny. Cza­sem w inte­re­sach odro­bina złej opi­nii pomaga, ale w tym wypadku mogę panią zapew­nić, że te sprawy były wyni­kiem tylko i wyłącz­nie nie­kom­pe­ten­cji pro­ku­ra­tury i może zło­śli­wo­ści kon­ku­ren­cji. - Po chwili dodał: - Samemu Sokra­te­sowi mógł­bym dawać kore­pe­ty­cje z etyki biz­nesu. Pro­szę pamię­tać, że ja zawsze pra­cuję po pol­sku, czyli uczci­wie.

Rozdział 1

Karo­lina uwiel­biała chwile budze­nia się. Nie otwie­rała od razu oczu, tylko nacią­gała koł­drę na głowę, budu­jąc z niej cie­płą jamę, w któ­rej mogła się ukryć i czuć się bez­piecz­nie. Zwi­nięta w kłę­bek myślała o swo­ich snach, sta­ra­jąc się je zapa­mię­tać, nim zdążą roz­pły­nąć się w pamięci wraz z aktyw­no­ścią nad­cho­dzą­cego dnia. Pamię­tała, że tej nocy wędro­wała po zie­lo­nych i pach­ną­cych roz­kwi­ta­jącą wio­sną górach. Szła szyb­kim kro­kiem z ple­ca­kiem na ramio­nach, chcąc zdą­żyć wspiąć się na szczyt, nim słońce zbliży się do zenitu. To był dobry sen. Karo­lina uznała, że z tak opty­mi­stycz­nym zapa­sem ener­gii z nocy może wsta­wać i zmie­rzyć się z nad­cho­dzą­cym dniem.

Wygra­mo­liła się z pro­wi­zo­rycz­nej kry­jówki i uchy­liła szczel­nie zasu­nięte zasłony. Po raz kolejny nie­stety prze­ko­nała się, że snom nie można wie­rzyć, rzadko kiedy odzwier­cie­dlały rze­czy­wi­stość. Za oknem lało jak z cebra, strugi inten­syw­nego wio­sen­nego desz­czu koja­rzyły się jej z poto­pem, a nie ze słoń­cem i bez­tro­ską wędrówki po górach. Naj­chęt­niej wsko­czy­łaby z powro­tem do swo­jej jamy, poha­mo­wała jed­nak ten odruch. Zde­cy­do­wała, że nie uciek­nie przed dniem tylko dla­tego, że nie wyglą­dał tak, jak go zoba­czyła we śnie.

- Nie­ważne, co jest na zewnątrz, ważne, co jest w gło­wie, a w mojej gło­wie świeci teraz słońce - powtó­rzyła jak man­trę swoje kredo, dzięki któ­remu potra­fiła upo­rać się z rze­czy­wi­sto­ścią, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo odbie­gała od jej ocze­ki­wań.

Tę radę zna­la­zła na jed­nym z blo­gów psy­cho­lo­gicz­nych, w któ­rych się zaczy­ty­wała. Brzmiała ona nie­zwy­kle atrak­cyj­nie, choć już reali­zo­wa­nie jej w prak­tyce było znacz­nie trud­niej­sze.

Karo­lina od dziecka upra­wiała sport. W liceum zna­la­zła się nawet w kadrze kraju junio­rek w judo. Na stu­diach nie miała już czasu na tre­ningi, jed­nak teraz od roku ponow­nie narzu­ciła sobie żela­zną dys­cy­plinę - codzien­nie co naj­mniej godzinę prze­zna­czała na ćwi­cze­nia. Naj­bar­dziej lubiła tre­no­wać rano.

Na dziś zapla­no­wała dzie­się­cio­ki­lo­me­trowy bieg po lesie i teraz musiała swoją man­trę skon­fron­to­wać z rze­czy­wi­sto­ścią. Miała jed­nak prze­czu­cie gra­ni­czące z pew­no­ścią, że w tym przy­padku świat zewnętrzny wygra z jej wyima­gi­no­waną rze­czy­wi­sto­ścią i tre­ning w naj­lep­szym wypadku skoń­czy się kil­ku­dnio­wym prze­zię­bie­niem. Pod­dała się i zamie­niła bieg na jazdę na rowe­rze sta­cjo­nar­nym. Pół­to­rej godziny póź­niej - już po prysz­nicu - przy­go­to­wy­wała sobie kawę. To był naj­waż­niej­szy moment poranka. Nie uzna­wała żad­nych kap­su­łek z super­mar­ketu i wkła­da­nych do auto­ma­tycz­nego eks­presu. Uwa­żała, że kawa nabiera smaku mie­lona przy muzyce, dla­tego każ­dego dnia sta­ran­nie wybie­rała płytę. Włą­czyła Natha­lie w wyko­na­niu Gil­berta Bécaud i wsy­pała do młynka ziarna ulu­bio­nej Kotowa Cof­fee z Panamy. Uwiel­biała zapach świeżo mie­lo­nej kawy i nie mogła zro­zu­mieć, jak można zre­zy­gno­wać z tej przy­jem­no­ści na rzecz kap­su­łek. Kiedy cze­kała, aż kawa zapa­rzy się w czaj­niczku, zaczęła myśleć o swo­jej pracy.

Po raz kolejny zarzu­cała sobie, że jest zwy­kłą oszustką. Jej świat, który od roku pie­czo­ło­wi­cie budo­wała, roz­pad­nie się na miliony kawał­ków, gdy jej czy­tel­nicy zorien­tują się, że zostali przez nią z pre­me­dy­ta­cją oszu­kani. Karo­lina od roku pro­wa­dziła blog podróż­ni­czy, posta­rała się o spon­so­rów i pozy­skała ogło­sze­nio­daw­ców. Nie­stety jej przed­się­wzię­cie miało pewien man­ka­ment, a mia­no­wi­cie jej repor­taże z podróży dookoła świata były fik­cyjne, Karo­lina bowiem od roku nie wyje­chała dalej niż koleją do rodzi­ców, a dodat­kowo osoba, z którą w swo­ich codzien­nych wpi­sach odby­wała podróż i któ­rej przy­gody śle­dziło coraz wię­cej czy­tel­ni­ków, naj­zwy­czaj­niej na świe­cie nie ist­niała. Tego dnia Karo­lina rów­nież miała usiąść do kom­pu­tera i napi­sać spra­woz­da­nie z kolej­nego dnia swo­jej wyima­gi­no­wa­nej podróży. Na kolejny odci­nek cze­kało coraz wię­cej czy­tel­ni­ków, któ­rzy pisali do niej coraz wię­cej wia­do­mo­ści. Oczami wyobraźni widziała już nad­cią­ga­jącą kata­strofę, gdy jej czy­tel­nicy i spon­so­rzy zda­dzą sobie sprawę, że padli ofiarą mani­pu­la­cji.

Karo­lina na początku nie miała zamiaru nikogo oszu­kać, po pro­stu tak wyszło. Każ­dego dnia prze­kli­nała moment, gdy sprawy poto­czyły się zupeł­nie ina­czej, niż pla­no­wała. W naj­czar­niej­szych sce­na­riu­szach nie prze­wi­działa, że w wieku trzy­dzie­stu lat sta­nie się oszustką. Miała zupeł­nie inne plany na życie; nie­stety sprawy nie toczą się tak, jak byśmy tego chcieli.

Uro­dziła się na Dol­nym Ślą­sku. Kiedy miała pięć lat, jej rodzice zde­cy­do­wali się uciec z mia­sta na wieś. Jej pokój na pierw­szym pię­trze miał widok na Wielką Sowę. Każ­dego poranka wyobra­żała sobie, że zamiast do szkoły wyru­sza zdo­być jej szczyt. Wpa­try­wała się w swoje uko­chane Góry Sowie i zasta­na­wiała się, co znaj­duje się za hory­zon­tem. Pocią­gało ją nie­znane i już wtedy uświa­do­miła sobie, że jej prze­zna­cze­niem są podróże. Z myślą o nich zaczy­ty­wała się w Ani z Zie­lo­nego Wzgó­rza, wcie­la­jąc się w jej książ­kową boha­terkę.

Marze­nia o pierw­szych podró­żach speł­niły się szyb­ciej, niż Karo­lina mogła to sobie wyma­rzyć. Jesz­cze w szkole pod­sta­wo­wej nauczy­ciel wuefu dostrzegł w niej talent i zapro­po­no­wał tre­ningi w sek­cji judo, którą pro­wa­dził. Zgo­dziła się i po dwóch latach zakwa­li­fi­ko­wała do mło­dzie­żo­wej kadry Pol­ski. Zwie­dziła Europę, Azję i obie Ame­ryki. Nie były to podróże kra­jo­znaw­cze, jeź­dziła tam bowiem na zawody, jed­nak w ciągu pię­ciu lat kariery zdą­żyła na swoją podróż­ni­czą listę wpi­sać czter­dzie­ści trzy kraje.

Po zda­niu matury tre­ner nama­wiał ją na pod­ję­cie stu­diów na Aka­de­mii Wycho­wa­nia Fizycz­nego, obie­cu­jąc sty­pen­dium. Nie zgo­dziła się, uzna­jąc, że jej przy­goda ze spor­tem na tym eta­pie powinna się zakoń­czyć. Wybrała dzien­ni­kar­stwo na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim.

Pod­czas stu­diów roz­po­częła współ­pracę z maga­zy­nami podróż­ni­czymi, dla któ­rych jako wolny strze­lec pisała repor­taże. Zaczęła zara­biać, co pozwo­liło jej wypro­wa­dzić się z aka­de­mika i wyna­jąć miesz­ka­nie w Mia­steczku Wila­nów, i nie musiała już korzy­stać z pomocy rodzi­ców.

Ferie po zda­niu zimo­wej sesji na czwar­tym roku spę­dziła u rodzi­ców. Kiedy prze­czy­tała, że w pobli­skiej Świd­nicy ma się odbyć spo­tka­nie autor­skie z Miko­ła­jem Boniec­kim, wie­działa, że musi na nie poje­chać. Podej­mu­jąc decy­zję co do swo­jej przy­szło­ści, Karo­lina zawsze sta­rała kie­ro­wać się radą, którą prze­czy­tała u Bodo Schäfera: "Ni­gdy nie przyj­muj rad od osób, które nie osią­gnęły tego, co ty chcesz osią­gnąć". A Miko­łaj Boniecki był wła­śnie tą osobą, od któ­rej pra­gnęła usły­szeć jak naj­wię­cej rad. Miał trzy­dzie­ści sie­dem lat, był podróż­ni­kiem, pisa­rzem, foto­gra­fem i fil­mow­cem zawo­dowo zwią­za­nym z "Natio­nal Geo­gra­phic". Pro­wa­dził pro­gram podróż­ni­czy, który krę­cił, włó­cząc się po całym świe­cie. Wydał cztery książki. Karo­lina prze­czy­tała je wszyst­kie od deski do deski. Gdyby ktoś ją zapy­tał, w jakim punk­cie roz­woju zawo­do­wego chcia­łaby być za dzie­sięć lat, odpowie­działaby bez chwili zasta­no­wie­nia, że w takim, jak jest teraz Miko­łaj Boniecki. Dla­tego dowie­dziaw­szy się o spo­tka­niu autor­skim, nie zasta­na­wiała się ani sekundy. Przy­ła­pała się na tym, że przy­go­to­wa­nie do wyj­ścia zajęło jej pra­wie dwie godziny. Przez godzinę przy­mie­rzyła dwa­na­ście sukie­nek, zanim wybrała kla­syczną czarną i obci­słą sukienkę za kolana, do któ­rej dobrała białe kozaki z jasnej lakie­ro­wa­nej skóry. Kolejną godzinę zajęła jej walka z wło­sami, które bez powo­dze­nia sta­rała się wypro­sto­wać, aż w końcu zde­cy­do­wała się na wer­sję nie­sfor­nych jasnych loków spra­wia­ją­cych wra­że­nie, jakby na spo­tka­nie przy­była roz­pę­dzo­nym mak­sy­mal­nie kabrio­le­tem. Nie potra­fiła sobie wytłu­ma­czyć, dla­czego na przy­go­to­wa­nia poświę­ciła tyle czasu. Z prasy kolo­ro­wej wie­działa, że Boniecki jest w związku z dzien­ni­karką MTV, a zatem jeśli nawet go pozna, to wie­czór może ogra­ni­czyć się jedy­nie do krót­kiej roz­mowy po spo­tka­niu. Karo­lina nie myślała o tym długo, świa­doma, że czę­sto działa impul­syw­nie. Robiła to, co pod­po­wia­dała jej intu­icja, nie sta­ra­jąc się ana­li­zo­wać moty­wów swo­ich pod­świa­do­mych zacho­wań.

Spo­tka­nie odby­wało się w domu kul­tury, któ­rego naj­więk­sza sala była wypeł­niona po brzegi. Zadzia­łała magia tele­wi­zji, bo pro­gramy Miko­łaja Boniec­kiego nada­wane były w nie­dziele w naj­lep­szym cza­sie ante­no­wym. Pomimo tłumu Karo­li­nie udało się zająć miej­sce w pierw­szym rzę­dzie i przez dwie godziny spo­tka­nia nie mogła ode­rwać oczu od boha­tera wie­czoru. Miko­łaj był śred­niego wzro­stu, mocno zbu­do­wany, jego twarz ogo­rzała od słońca wska­zy­wała, że pomiesz­cze­nia redak­cyjne nie są jego natu­ral­nym śro­do­wi­skiem. Karo­lina oce­niła, że są tego samego wzro­stu, a może prze­ra­sta go o sym­bo­liczny cen­ty­metr. Blond włosy zacho­dziły mu na szyję, nosił trzy­dniowy zarost, a z jego twa­rzy przez cały czas spo­tka­nia nie scho­dził uśmiech. W sztruk­sach, jean­so­wej koszuli i mają­cej swoje lata twe­edo­wej mary­narce wyglą­dał natu­ral­nie. Opo­wia­dał o podróży po Afryce, gory­lach w Ugan­dzie, gór­skich trek­kin­gach, poby­cie w Rwan­dzie i Burundi, a na koniec o wypra­wach tro­pami dzi­kich zwie­rząt w Kenii i Tan­za­nii. Mówił swo­bod­nie i cie­ka­wie, sku­pia­jąc na sobie uwagę sali. Ich spoj­rze­nia z Karo­liną kil­ka­krot­nie skrzy­żo­wały się nieco dłu­żej, paro­krot­nie też poczuła, że patrzy na nią. Podo­bało jej się to. Po zakoń­cze­niu spo­tka­nia, zanim utwo­rzyła się kolejka po auto­grafy, zna­la­zła się koło niego. Jedną jego książkę przy­wio­zła z biblio­teki rodzi­ców, drugą kupiła na spo­tka­niu. Stwier­dziła, że prośba o auto­graf na wszyst­kich czte­rech będzie wyglą­dać zbyt osten­ta­cyj­nie.

Kiedy zapy­tał, dla kogo ma być auto­graf, odru­chowo popro­siła, by wpis był dla Ani z Zie­lo­nego Wzgó­rza. Wyczuła, że ma ochotę zadać jej pyta­nie, ale kil­ku­dzie­się­cio­oso­bowy tłum, który ufor­mo­wał się za nią, unie­moż­li­wiał roz­mowę. Po pod­pi­sy­wa­niu ksią­żek gospo­da­rze prze­wi­dzieli krót­kie spo­tka­nie przy lampce wina. Tłum gości się nie prze­rze­dzał i kiedy Boniecki pod­szedł do niej, szybko oto­czyła ich zwarta masa miło­śni­ków podróży. Na indy­wi­du­alną roz­mowę nie było szans. Już w domu odna­la­zła jego pro­fil na Face­bo­oku. Podzię­ko­wała za auto­grafy i wspa­niałe spo­tka­nie. Do wia­do­mo­ści dołą­czyła ich wspólne zdję­cie zro­bione tego wie­czoru przez zna­jomą, którą tam spo­tkała. Zakła­dała, że to będzie koniec ich zna­jo­mo­ści, i była zasko­czona, gdy po kilku minu­tach ujrzała od niego odpo­wiedź.

Oka­zało się, że został w mie­ście u przy­ja­ciela i do War­szawy wróci następ­nego dnia. Przed pój­ściem spać wygo­oglo­wała go i oka­zało się, że jej infor­ma­cje o nim były nie­ak­tu­alne, bo z dzien­ni­karką z MTV roz­stali się przed kil­koma mie­sią­cami.

Następ­nego dnia napi­sał do niej z pociągu, a potem już wszystko poto­czyło się bły­ska­wicz­nie. Po dwóch godzi­nach inten­syw­nej kore­spon­den­cji, która zruj­no­wała jej plan na wyprawę tego dnia w góry, wyznała mu, że poza tym, że chce zostać dzien­ni­karką pra­cu­jącą dla maga­zy­nów podróż­ni­czych, pisze rów­nież wier­sze. W trze­ciej godzi­nie jego podróży wysłała mu jeden z nich.

Siła

Znowu prze­cha­dzam myśli po zie­lo­nej łące, bez cie­nia

wia­tru we wło­sach...

Kar­mię twarz pro­mie­niami słońca,

oddy­cham tak mocno, że czuję zapach powie­trza.

Jesteś,

moją łąką, słoń­cem i powie­trzem.

Nie potrze­buję już wia­tru, żeby latać...

Uno­sisz mnie...

Kilka godzin póź­niej napi­sała nowy, któ­rego nie prze­słała mu od razu.

Lot­ni­skiem

bądź moim... chcę star­to­wać i lądo­wać...

Już tylko z Tobą... na lot­ni­skach wszyst­kich,

Moje nogi i uda...

Jak we śnie nie­dawno minio­nym... odziane,

W kozaczki białe...

Wcho­dzę i wycho­dzę...

Z lot­nisk mi prze­zna­czo­nych...

Masze­ruję do odprawy, żeby uciec w miłość...

Sen to czy jawa...

Niech trwa, trwa, trwa...

Lot ku nie­skoń­czo­no­ści...

Nasz wspólny...

Trzy dni póź­niej spo­tkali się w War­sza­wie. Ich pierw­sza randka w restau­ra­cji, do któ­rej zapro­sił ją Miko­łaj, trwała dokład­nie pół godziny. Po zje­dze­niu na przy­stawkę tatara z tuń­czyka zdali sobie sprawę, że osza­leją, jeśli natych­miast nie znajdą się w łóżku. Wybie­gli z restau­ra­cji, zosta­wia­jąc nie­do­pite czer­wone wino i rezy­gnu­jąc z dru­giego dania. Po dwóch tygo­dniach zamiesz­kali razem, a Karo­lina miała pew­ność, że rada, jaką otrzy­mała od Bodo Schäfera: "Ni­gdy nie przyj­muj rad od osób, które nie osią­gnęły tego, co ty chcesz osią­gnąć", była naj­lep­szym zale­ce­niem. Była prze­ko­nana, że zna­la­zła się we wła­ści­wym miej­scu, w któ­rym całe życie chciała się zna­leźć, i teraz już wie­działa, jak chce, by wyglą­dało ono każ­dego dnia. Kiedy rano parzyła dla nich kawę, zapi­sała w swoim tele­fo­nie:

Wszyst­kie drogi

Prze­szłam...

Kręte ścieżki i bez­droża,

Bie­głam jak osza­lała...

Zatrzy­my­wa­łam się w stu­po­rze otę­pia­łym...

Pada­łam na kolana i rani­łam ciało, bez końca...

Duszę zabi­ja­łam krzy­kiem... przez nikogo nie­sły­szal­nym.

Usły­sza­łeś... Obu­dzi­łeś mnie z dłu­giego snu, mapę pisząc.

Pod­nio­słam się i pobie­głam już drogą pro­stą i piękną...

Do Cie­bie...

Od tego dnia pra­wie codzien­nie pisała wier­sze, były jej pamięt­ni­kiem, w któ­rym opi­sy­wała swoje emo­cje i odkry­wa­nie Miko­łaja. W maju obro­niła pracę magi­ster­ską i od wrze­śnia miała obie­cany etat w maga­zy­nie "Podróż życia". Tydzień po uzy­ska­niu tytułu magi­stra oka­zało się, że robie­nie pla­nów nie ma żad­nego sensu, bo i tak życie toczy się wła­snym torem. Gdy tylko zoba­czyła Miko­łaja w drzwiach wej­ścio­wych, od razu wyczuła, że wyda­rzyło się coś waż­nego.

- Usiądź - popro­sił ją. - Twoje serce może nie wytrzy­mać tego, co usły­szysz.

Nie czuła żad­nego nie­po­koju, ufała mu w stu pro­cen­tach, czuła tylko cie­ka­wość nie­zna­nego, dla­tego posłusz­nie usia­dła.

- Jedziemy w podróż życia - poin­for­mo­wał ją. - Moja sta­cja przy­go­to­wuje nowy pro­gram, na który zdo­była boga­tego spon­sora. Mamy odbyć podróż żaglówką dookoła świata.

Karo­lina zda­wała sobie sprawę, że to nie sen i że to dzieje się naprawdę, jed­nak kazała mu wszystko powtó­rzyć, nim w pełni dotarło do niej, co powie­dział. Posłusz­nie powtó­rzył, a potem odpo­wia­dał na dzie­siątki jej pytań. Sta­cja zapro­po­no­wała mu kon­trakt na rejs żaglówką dookoła świata. Mieli wyru­szyć 24 czerwca, w pierw­szy dzień waka­cji. Ich podróż miała trwać równo rok i zakoń­czyć się w dniu roz­po­czę­cia kolej­nych waka­cji. Spon­sor finan­so­wał całe przed­się­wzię­cie, zaś Miko­łaj miał co tydzień prze­sy­łać sta­cji repor­taż. Po powro­cie zapla­no­wano wyda­nie książki. Gdy te wszyst­kie infor­ma­cje dotarły w końcu do Karo­liny, potrze­bo­wała kilku sekund na pod­ję­cie decy­zji. Oczy­wi­ście zgo­dziła się świa­doma, że wygrali dar od losu, a ją czeka podróż życia. Jej przy­szły pra­co­dawca, dowie­dziaw­szy się o zmia­nie pla­nów, zapro­po­no­wał, by Karo­lina i dla niego pisała comie­sięczny repor­taż z podróży. Nie­stety nie było to moż­liwe, bo Miko­łaj miał pod­pi­sany kon­trakt na wyłącz­ność, nato­miast Karo­li­nie udało się prze­su­nąć jej zatrud­nie­nie o rok. Zgod­nie z pla­nem wyru­szyli trzy­dzie­sto­pię­cio­sto­pową łódką z portu w Haw­rze. Opły­nęli Afrykę, przez Ocean Indyj­ski dotarli do Azji, a potem do Austra­lii, opły­nęli Ame­rykę Połu­dniową i w kwiet­niu dotarli do Wysp Zie­lo­nego Przy­lądka.

Karo­lina pamię­tała każdy szcze­gół dwu­dzie­stego czwar­tego kwiet­nia dwa tysiące szes­na­stego roku. Pły­nęli do wyspy Santo Ant?o. Ocean był spo­kojny, wiatr nie prze­kra­czał dwóch stopni w skali Beau­forta, pogoda sło­neczna, na nie­bie kilka nie­win­nych chmu­rek, które od czasu do czasu dawały wytchnie­nie przed pra­żą­cymi pro­mie­niami słońca. Ta pogoda roz­le­ni­wiła ich, mieli świa­do­mość, że tego dnia przed dopły­nię­ciem do portu nie cze­kało ich nic wyma­ga­ją­cego. Śnia­da­nie zje­dli późno, około jede­na­stej, kawa, którą na swo­jej nie­od­łącz­nej maszynce zapa­rzyła Karo­lina, do tego musli z mle­kiem roślin­nym i owoce kupione w poprzed­nim por­cie. W zasięgu wzroku nie było widać żad­nej łódki, dla­tego pły­nęli na auto­pi­lo­cie. Karo­lina, leżąc, czy­tała książkę, a Miko­łaj popra­wiał coś przy żaglu. Przez chwilę patrzyła na jego mocne spa­lone słoń­cem ciało i kolejny raz pomy­ślała, że nic pięk­niej­szego od tej podróży nie mogło im się w życiu przy­tra­fić. Miko­łaj dalej popra­wiał coś przy żaglu, a ona powró­ciła do lek­tury. Nagle usły­szała dziwny dźwięk. Zdez­o­rien­to­wana pod­nio­sła głowę. Wyda­wało się jej, że coś prze­le­ciało w powie­trzu. Zdała sobie sprawę z absur­dal­no­ści tej myśli, lecz zoba­czyła, że Miko­łaj łapie się za głowę. Usły­szała tępy dźwięk ude­rze­nia jego ciała o pokład, a potem Miko­łaj wpadł do wody. Sytu­acja na pustym oce­anie była tak absur­dalna, że nie wie­działa, jak zare­ago­wać. Dopiero po chwili dotarło do niej, że Miko­łaj jest w nie­bez­pie­czeń­stwie. Pod­bie­gła do koła ste­ro­wego i zawró­ciła łódź. Odna­le­zie­nie go zajęło jej kilka minut, jego ciało uno­siło się na wodzie. Posta­wiła łódź w łopo­cie, spu­ściła z rufy dra­binę i wsko­czyła do wody. Miko­łaj nie dawał żad­nych zna­ków życia, nie wyczu­wała pulsu ani odde­chu, nie miała poję­cia, co się stało. Pró­bo­wała wcią­gnąć go na pokład łodzi, ale nie była w sta­nie pod­nieść jego bez­wład­nego ciała. Kil­ka­na­ście minut zajęło jej umiesz­cze­nie go na pon­to­nie. Tam roz­po­częła reani­ma­cję, by po pół­go­dzi­nie uświa­do­mić sobie, że Miko­łaj nie żyje. Wró­ciła na żaglówkę i przez radio zaczęła wzy­wać pomocy. Nie­wiele pamięta z tego, co się działo potem, i w jaki spo­sób zna­la­zła się w por­cie na Santo Ant?o. Z raportu poli­cji dowie­działa się, co spo­wo­do­wało śmierć Miko­łaja. To było tak absur­dalne, że aż nie­moż­liwe. Otóż kiedy popra­wiał coś przy żaglach, w powie­trze wzbiła się lata­jąca ryba. To był ten hałas, który usły­szała. Ryba tra­fiła Miko­łaja cen­tral­nie w czoło, a on zdez­o­rien­to­wany zasło­nił twarz i wtedy stra­cił rów­no­wagę. Prze­wró­cił się do tyłu tak nie­szczę­śli­wie, że ude­rzył głową o mosiężny kabe­stan, co spo­wo­do­wało pęk­nię­cie pod­stawy czaszki. Gdy wpadł do wody, praw­do­po­dob­nie już nie żył. Karo­lina widziała tę rybę leżącą na pokła­dzie. Ryba była kolo­rowa, miała około trzy­dzie­stu cen­ty­me­trów i nie wyglą­dała na mor­der­czy­nię.

Po powro­cie do War­szawy Karo­lina wpa­dła w depre­sję i przez mie­siąc nie wycho­dziła z domu. Napi­sała wtedy tylko jeden wiersz.

Prze­rwany rejs

Życie...

Tak okrut­nie, przy słońcu palą­cym i błę­ki­cie nieba,

na falach spo­koj­nych... Śmierć mi zabrała... nagle,

Kształt ryby przy­odziaw­szy... fatum odna­la­zło mnie

na środku

oce­anu bez­kre­snej miło­ści...

Zabiło skrzy­dlate tsu­nami... marze­nia i nadzieję...

Szkli­ste oczy mar­twej ryby zostały na pokła­dzie...

bez życia,

Umar­łam i w cień się zamie­ni­łam...

I bez­gło­śnym krzy­kiem sta­łam,

Ura­tuj mnie... ura­tuj...

Tonę...

Opie­ko­wała się nią mama, która prze­pro­wa­dziła się do niej z Gór Sowich i w końcu zmu­siła do wizyty u psy­cho­loga.

Było to rok temu. Psy­cho­log Marta Koryt­kow­ska była czter­dzie­sto­latką, która pracę trak­to­wała nie­zmier­nie poważ­nie i która przy­pa­dek Karo­liny posta­no­wiła potrak­to­wać jako swoje zawo­dowe wyzwa­nie. Przez pierw­szy mie­siąc spo­tkań zasta­na­wiała się, jak zak­ty­wi­zo­wać zupeł­nie apa­tyczną Karo­linę, i w końcu wpa­dła na pomysł. Zapro­po­no­wała, by dziew­czyna zaczęła pro­wa­dzić bloga i dzień po dniu opi­sy­wała podróż z Miko­ła­jem. Dotar­cie do jej końca miało być jak oczysz­cze­nie i zamknię­cie jakie­goś roz­działu w jej życiu, co miało spo­wo­do­wać, że po zakoń­cze­niu opi­sy­wa­nia tej wspól­nej podróży Karo­lina zaczę­łaby żyć na nowo wła­snym życiem. Prze­ko­na­nie jej do tego planu i zmu­sze­nie do sys­te­ma­tycz­nej pracy nie było łatwe, ale udało się. Karo­lina zaczy­nała opi­sy­wać roz­po­czętą przed rokiem wyprawę, nie ujaw­nia­jąc danych swo­ich i Miko­łaja, by nikt nie łączył opo­wie­ści ano­ni­mo­wych podróż­ni­ków z wypad­kiem na oce­anie. Karo­lina miała z rejsu tysiące zdjęć i nota­tek, a także filmy nakrę­cone przez Miko­łaja, co umoż­li­wiało jej dość pre­cy­zyjne odtwo­rze­nie każ­dego dnia. Przy­rze­kła Mar­cie, że codzien­nie będzie zamiesz­czać na swoim blogu nowy wpis, a raz w tygo­dniu w trak­cie ich sta­łych sesji będą o tym roz­ma­wiać. Psy­cho­log nie prze­wi­działa, że jej pomysł, który miał mieć cha­rak­ter jedy­nie tera­peu­tyczny, nie­ocze­ki­wa­nie zamieni się w suk­ces publi­cy­styczny i eko­no­miczny Karo­liny. Jej blog szybko zyskał uzna­nie, grono czy­tel­ni­ków stale się posze­rzało, poja­wili się spon­so­rzy i rekla­mo­dawcy, co spo­wo­do­wało, że Karo­lina nie­ocze­ki­wa­nie zna­la­zła zupeł­nie przy­zwo­ite źró­dło utrzy­ma­nia. Z każ­dym dniem przy­by­wało obser­wu­ją­cych, a Karo­lina z każ­dym dniem czuła się coraz więk­szą oszustką, opi­su­jąc jako teraź­niej­sze zda­rze­nia sprzed roku i czy­niąc ich boha­te­rem męż­czy­znę, który już nie żył. Chciała zde­zer­te­ro­wać, ale Marta prze­ko­nała ją, że jeśli tera­pia ma się powieść, powinna dopro­wa­dzić całe przed­się­wzię­cie do końca.

Nad­szedł czas, by zdać rela­cję z ostat­niego dnia podróży. Musiała zacząć opo­wieść od opisu spo­koj­nego, sło­necz­nego dnia, by przejść do tra­gicz­nej śmierci Miko­łaja. Chciała jak naj­szyb­ciej przed­sta­wić wyda­rze­nia z dwu­dzie­stego czwar­tego kwiet­nia dwa tysiące szes­na­stego roku, by zamknąć ten etap. Wzięła kubek z pach­nącą kawą i pode­szła do kom­pu­tera. Opi­sa­nie ostat­niego dnia podróży zajęło jej godzinę. Wie­działa, że powinna jesz­cze zre­da­go­wać tekst, ale nie miała siły mie­rzyć się z tym ponow­nie, chciała ten rok z życia mieć już za sobą. Sko­pio­wała tekst i wrzu­ciła go na bloga. Wyprawa dookoła świata z Miko­ła­jem po raz drugi dobie­gła końca, ponow­nie go pocho­wała i od teraz, tak jak obie­cy­wała Marta, powinna zacząć żyć wła­snym życiem.

Sie­działa przed kom­pu­te­rem, sącząc resztki wysty­głej już kawy. Widziała, że jej naj­bar­dziej wierni czy­tel­nicy prze­czy­tali już tekst i pod wpi­sem zaczęły się poja­wiać pierw­sze komen­ta­rze. Nie miała odwagi, żeby je teraz czy­tać, może wróci do tego za kilka dni. Pisa­nie bloga wcią­gnęło ją i chcia­łaby go kon­ty­nu­ować, ale bała się, że czy­tel­nicy porzucą ją za jej kłam­stwa. Bała się ich reak­cji, ale teraz wie­działa, że musi odpo­cząć, dać Miko­ła­jowi spo­koj­nie znik­nąć.

Zamknęła kom­pu­ter i spoj­rzała na zega­rek. Jeśli chciała zdą­żyć na coty­go­dniowe spo­tka­nie z Martą, musiała się pośpie­szyć. Psy­cho­log miała swój gabi­net na trze­cim pię­trze kamie­nicy przy ulicy Moko­tow­skiej. Karo­lina do dwu­dzie­stego pię­tra nie uzna­wała wind i na górę wbie­gła po scho­dach.

- Czy­ta­łaś reak­cje swo­ich czy­tel­ni­ków? - powi­tała ją w drzwiach Marta.

Karo­lina pokrę­ciła prze­cząco głową.

- Nie mia­łam siły. Ostatni wpis zabrał mi wystar­cza­jąco dużo emo­cji. Wrócę do tego za kilka dni, jak nabiorę dystansu.

- Inter­net osza­lał na twoim punk­cie - rela­cjo­no­wała Marta. - Spraw­dza­łam komen­ta­rze. Oni cię kochają! Wygląda na to, że sta­łaś się naj­więk­szym guru całej podróż­ni­czej sekty. Za chwilę będziesz miała wię­cej wyznaw­ców niż Anna Lewan­dow­ska.

- Łaska pań­ska na pstrym koniu jeź­dzi - zacy­to­wała Karo­lina. - Dziś kochają pod wpły­wem emo­cji, a jutro znie­na­wi­dzą za to, że ich przez rok oszu­ki­wa­łam.

- To nie wygląda na chwi­lowe zauro­cze­nie, a bar­dziej na dozgonną miłość. - Marta przy­tu­liła ją. - Wiesz, co chcę ci dzi­siaj powie­dzieć?

Karo­lina usia­dła w fotelu, na któ­rym spę­dzała godzinę w każdy wto­rek od pra­wie roku, i patrzyła na twarz Marty, chcąc się upew­nić, czy dobrze wyczuwa jej inten­cje.

- Że jestem już zdrowa i nie potrze­buję pani pomocy? - zapy­tała z nadzieją, że wresz­cie zamknie pewien etap swo­jego życia, rów­no­cze­śnie myślała o tym ze smut­kiem, bo miała świa­do­mość, że przez ten rok uza­leż­niła się od roz­mów z Martą, i nie była pewna, czy tak nagle odcięta od niej da sobie sama radę.

- Tak - potwier­dziła psy­cho­log. - Wyrzu­ci­łaś z sie­bie wszystko, co mia­łaś do wyrzu­ce­nia. Tera­pia dobie­gła końca. Nie jestem ci już do niczego potrzebna. Zaczy­nasz pierw­szy dzień nowego życia.

- Będzie mi bra­ko­wało naszych spo­tkań - stwier­dziła Karo­lina.

- Nie będzie. Masz jak naj­szyb­ciej zapo­mnieć o wszyst­kim, o czym roz­ma­wia­ły­śmy.

- Wie pani dobrze, że o Miko­łaju ni­gdy nie zapo­mnę.

- Wiem, ale nie musisz też o nim codzien­nie myśleć. Zaczy­nasz nowe życie, w któ­rym on ma być tylko dobrym wspo­mnie­niem.

- Spró­buję. Dzię­kuję za wszystko.

- To moja praca - oświad­czyła Marta.

- Zro­biła pani dla mnie dużo wię­cej, niż musiała.

- Zasłu­ży­łaś na to.

- Po tym, co się stało, mia­łam wra­że­nie, że zna­la­złam się w jakiejś jaskini, z któ­rej nie ma wyj­ścia. Gdyby nie pani, sie­dzia­ła­bym w niej do dziś.

- To, że z niej wyszłaś, zawdzię­czasz tylko sobie, ja ci jedy­nie asy­sto­wa­łam w ewa­ku­acji. Jakie masz plany? - zmie­niła temat psy­cho­log.

- Wyru­szam w pierw­szą podróż w moim nowym życiu. Nie­spe­cjal­nie daleko, kil­ku­dniowy rejs po Archi­pe­lagu Sztok­holm­skim, ale jeśli się zacznie od małych rze­czy, to wkrótce zamie­nią się one w duże.

Trzy dni póź­niej Karo­lina wylą­do­wała na lot­ni­sku w Sztok­hol­mie. Łódka miała na nią cze­kać w por­cie przy muzeum, w któ­rym znaj­do­wał się wydo­byty z dna mor­skiego okręt "Waza". Dodat­kową atrak­cją tego miej­sca było leżące kil­ka­set metrów dalej muzeum Abby. Dopiero w auto­bu­sie odczy­tała wia­do­mość prze­słaną jej ese­me­sem.

"Morze jest tak piękne, że nie usie­dzę tyle godzin bez­czyn­nie w por­cie" - pisał Tade­usz. - "Popłynę na wyspę Saltsjö-Boo. Wsiądź na prom w por­cie i spo­tkajmy się tam wie­czo­rem. Zare­zer­wuję sto­lik na kola­cję".

Uśmiech­nęła się do sie­bie. Jeśli mia­łaby oce­niać, kto na świe­cie ma naj­więk­sze ADHD, bez zasta­no­wie­nia wska­za­łaby Tade­usza, który nie był w sta­nie spo­koj­nie usie­dzieć w jed­nym miej­scu kil­ku­na­stu minut. Nie­za­leż­nie, gdzie był i jak bar­dzo byłoby tam wspa­niale, po chwili chciał już ruszać w dal­szą drogę.

Otwo­rzyła apli­ka­cję w tele­fo­nie i spraw­dziła, o któ­rej odpływa prom na wyspę.

Przed wej­ściem na sta­tek zoba­czyła wyso­kiego, roze­śmia­nego chło­paka idą­cego wzdłuż nad­brzeża. Był w jej wieku, może o rok star­szy. Nie wyglą­dał na Skan­dy­nawa, dostrze­gła w nim ślady połu­dnio­wej urody.

- Pomogę ci - zapro­po­no­wał, gdy z ple­ca­kiem w ręku wcho­dziła na trap promu.

- Dzię­kuję, dam sobie radę.

Powę­dro­wała dalej i usia­dła. Nie­spe­szony chło­pak zajął miej­sce obok niej.

- Bajeczne są te fiordy - zagad­nął, gdy odbi­jali od nad­brzeża. - Od lat zbie­ra­łem się, żeby przy­je­chać je obej­rzeć, i w końcu się udało. Też zamie­rzasz włó­czyć się po nich bez celu?

Karo­lina była pewna, że może w każ­dym warian­cie swo­jej odpo­wie­dzi prze­wi­dzieć dal­szą część ich roz­mowy. Jeśli przy­zna, że istot­nie jest tu pięk­nie, co byłoby jak naj­bar­dziej twier­dze­niem praw­dzi­wym, a następ­nie potwier­dzi, że chce delek­to­wać się tutej­szą przy­rodą i zamie­rza włó­czyć się po wysep­kach bez celu, to chło­pak po wypo­wie­dze­niu jesz­cze kilku zdań odda­ją­cych hołd kra­jo­bra­zowi zapro­po­nuje, żeby powłó­czyli się razem. Jeśli powie, że nie włó­czy się bez celu, tylko z celem, to zacznie ją prze­ko­ny­wać, że włó­cze­nie się bez celu jest dużo bar­dziej eks­cy­tu­jące, i po kilku kolej­nych sekwen­cjach zapro­po­nuje jej swoje towa­rzy­stwo. Zatem nie­za­leż­nie od tego, co by powie­działa, cel, który zamie­rzał osią­gnąć, był łatwy do prze­wi­dze­nia.

Chło­pak wyglą­dał sym­pa­tycz­nie i inte­re­su­jąco. Pro­ble­mem było to, że ona nie miała ochoty na włó­cze­nie się z nikim; ani z celem, ani bez celu. Wyda­wało się też, że on jej decy­zję przyj­mie spo­koj­nie, musiała tylko wyka­zać się aser­tyw­no­ścią. I im zrobi to bar­dziej zde­cy­do­wa­nie, tym szyb­ciej chło­pak zmieni obiekt swo­ich zain­te­re­so­wań.

- Ja się nie włó­czę, tylko pra­cuję - odpo­wie­działa tonem cał­ko­wi­cie obdar­tym z roman­ty­zmu.

Chło­pak nie dał się jed­nak tak łatwo zbyć, a jej ofi­cjalny ton ani o mili­metr nie zmi­ni­ma­li­zo­wał jego uśmie­chu.

- Jeśli tu pra­cu­jesz, to zna­czy, że jesteś prze­wod­niczką, czyli mogę cię wyna­jąć.

Spodo­bały jej się jego deter­mi­na­cja i bły­sko­tli­wość.

- Jestem dzien­ni­karką - uści­śliła.

Chło­pak wyjął z ple­caka srebrną pier­siówkę w czar­nym skó­rza­nym fute­rale.

- Napi­jesz się na roz­grzewkę? - zapro­po­no­wał.

- Dzię­kuję, ale nie zmar­z­łam.

Prom zwol­nił i zaczął przy­go­to­wy­wać się do podej­ścia do pomo­stu. Karo­lina wstała i zarzu­ciła swój ple­cak na ramię. Męż­czy­zna zro­bił to samo ze swoim.

- Wysia­dam - poin­for­mo­wała go coraz bar­dziej roz­ba­wiona.

- Ja też. Zapra­szam cię na zupę rybną. Czy­ta­łem, że podają tu prze­pyszną.

- Nie mogę, narze­czony na mnie czeka. - Karo­lina się­gnęła po naj­sil­niej­szy argu­ment, licząc na to, że w ten spo­sób zakoń­czy sprawę.

Zoba­czyła Tade­usza sto­ją­cego na pomo­ście, zaczęła do niego machać, po czym dobie­gła do niego i rzu­ciła mu się na szyję.

- Tak się za tobą stę­sk­ni­łam!

- Ja też. - Przy­tu­lił ją do sie­bie. - Widzia­łem, że wpa­dłaś w oko temu chło­pa­kowi z promu.

- Daj spo­kój - żach­nęła się.

- Pod­ry­wał cię. Umó­wi­li­ście się?

Karo­lina zablo­ko­wała swoją nogą nogę Tade­usza od tyłu, po czym mocno go pchnęła. Pole­ciał na deski pomo­stu, pocią­ga­jąc ją za sobą. Leżał na ple­cach, a ona na nim.

- Wiesz, jak cię kocham, bra­ciszku, ale prze­stań ukła­dać mi życie. To ja zde­cy­duję, z kim i kiedy się umó­wię. - Poca­ło­wała Tade­usza w poli­czek i pomo­gła mu wstać.

Kiedy byli na łódce, przy­szedł jej pomysł na wiersz.

Na kra­wę­dzi

Nieba jestem teraz...

Sie­dzę tak sobie sama, pochło­nięta bez­tro­ską...

Dobrze mi z tym kra­wę­dzio­wym poglą­dem, słońce mam...

Na ręki wycią­gnię­cie, bli­ziut­kie.

Pochy­lam się do przodu i patrzę... sobie...

Na cie­bie patrzę i roz­chy­lam usta... zamy­kam oczy i widzę

wyraź­nie.

Jesteś Szczę­ście... gdzieś bli­sko...

trzy­maj mnie mocno... żebym nie puściła swo­jej

kra­wę­dzi...

- Co robisz? - ode­zwał się Tade­usz.

Nie chciała mu mówić o wier­szu, bo natych­miast kazałby go sobie poka­zać.

- Zapi­suję emo­cje z dzi­siej­szej podróży. Zde­cy­do­wa­łam, że nie koń­czę pisa­nia bloga. Moja podróż będzie trwać dalej, tylko już nie­stety bez Miko­łaja.

- To ci nie prze­szka­dzam, wstą­pię do baru na kie­li­szek przed kola­cją.

- Nie­długo do cie­bie dołą­czę.

Karo­lina zdała sobie sprawę, że jeśli ma dalej pro­wa­dzić bloga, to musi to robić sys­te­ma­tycz­nie. Żad­nych nota­tek odkła­da­nych na póź­niej, bo wtedy emo­cje zwią­zane z daną chwilą odpłyną. Blog to nie trak­tat filo­zo­ficzny, tylko rela­cja, a ta powinna odda­wać prze­ży­cia danej chwili.

Tak jak obie­cała, po godzi­nie odna­la­zła go w barze.

- Sia­daj, sio­strzyczko. Co ci zamó­wić? - Ucie­szył się na jej widok.

- A ty co pijesz?

- Rum.

- To dla mnie to samo.

Przy­glą­dał się jej, kiedy bar­man nale­wał alko­hol do szklanki.

- Przez moją pracę w Holan­dii tak rzadko się widu­jemy.

- Ale dzięki temu możemy za sobą bar­dzo tęsk­nić. - Uśmiech­nęła się.

- A co u cie­bie? - odwa­żył się w końcu na bar­dziej oso­bi­ste pyta­nie.

- Już lepiej, skoń­czy­łam tera­pię i podobno znowu jestem zdolna do samo­dziel­nego życia.

- Spo­ty­kasz się z kimś?

- Prze­stań! - Roze­śmiała się. - Jesteś jesz­cze gor­szy niż nasza mama. Nie spo­ty­kam, teraz praca jest dla mnie naj­waż­niej­sza. - Przy­tu­liła się do niego. - Bez two­jego wspar­cia nie dała­bym sobie z tym wszyst­kim rady.

Wie­działa, że jej brat nie lubi mówić o emo­cjach, dla­tego nie zdzi­wiła się, kiedy szybko zmie­nił temat.

- A co u rodzi­ców, czę­sto się z nimi widu­jesz?

- Regu­lar­nie, jeż­dżę do nich co dwa tygo­dnie. Cho­dzimy razem po górach. Mama obie­cała, że następ­nym razem upie­cze nasz uko­chany ser­nik.

Rozdział 2

Dwie młode kobiety sunące kory­ta­rzem musiały się pod­trzy­my­wać, by zacho­wać rów­no­wagę.

- To przez te okropne obcasy - oce­niła Magda, spo­glą­da­jąc nie­chęt­nie na swoje dwu­na­sto­cen­ty­me­trowe szpilki.

- Raczej przez wino - sko­ry­go­wała Anna. - Już ni­gdy nie pozwolę, żeby bez opa­mię­ta­nia się we mnie wle­wało.

Obie roze­śmiały się i poty­ka­jąc się przy każ­dym kolej­nym kroku, parły z deter­mi­na­cją do przodu, bawiąc się i przy każ­dym potknię­ciu wybu­cha­jąc bez­tro­skim śmie­chem. Nie mogąc skon­cen­tro­wać się na mar­szu, czar­no­włosa Anna sta­rała się opo­wie­dzieć przy­ja­ciółce skom­pli­ko­waną histo­rię towa­rzy­ską. Tra­ciła wątek przy każ­dym potknię­ciu, lecz za każ­dym razem podej­mo­wała kolejną próbę, roz­po­czy­na­jąc opo­wieść od nowa. Gdy zbli­żyły się do drzwi miesz­ka­nia, jasno­włosa Magda, sta­ra­jąc się na­dal słu­chać przy­ja­ciółki, szu­kała rów­no­cze­śnie klu­czy. Nie odno­siła jed­nak suk­cesu i zamiast nich z obszer­nej skó­rza­nej torby wyj­mo­wała różne naj­dziw­niej­sze przed­mioty: małego nie­bie­skiego plu­szo­wego sło­nia, z któ­rym się nie roz­sta­wała i w waż­nych dla sie­bie momen­tach gła­skała na szczę­ście jego trąbę, czer­wone pióro Mon­te­grappa, pre­zent od patrona za wzo­rowo zdany egza­min adwo­kacki, pudełko z wkła­dami do niego z zie­lo­nym atra­men­tem, paczkę spi­na­czy, port­fel z kar­tami kre­dy­to­wymi i kilka zdjęć z pola­ro­idu. Foto­gra­fie zostały zro­bione tego dnia w restau­ra­cji, gdzie swoją apli­kancką grupą oble­wali ślu­bo­wa­nie, po któ­rym mogli posłu­gi­wać się tytu­łem adwo­kata i poja­wić się w sądzie w wyma­rzo­nej adwo­kackiej todze. Klu­czy nie zna­la­zła. Zde­spe­ro­wana młoda kobieta usia­dła na pod­ło­dze i wysy­pała zawar­tość torby na wycie­raczkę.

- O, mam was! Tu żeście się ukryły! - Zado­wo­lona zaczęła ponow­nie umiesz­czać w tor­bie rze­czy wyrzu­cone na wycie­raczkę.

Pech chciał, że razem z innymi przed­mio­tami wrzu­ciła do torby rów­nież klu­cze, więc poszu­ki­wa­nia musiała powtó­rzyć od początku. W końcu udało jej się otwo­rzyć drzwi.

Gdy tylko dostrze­gła w salo­nie swoją uko­chaną kanapę, Magda od razu rzu­ciła się na nią, obok niej padła Anna.

- Wiesz, Anka, jaka jestem szczę­śliwa, że już po wszyst­kim. Myśla­łam, że zwa­riuję, ucząc się do tego egza­minu.

- Wiem, rok temu sama to prze­cho­dzi­łam, ale pomyśl, jak zabój­czo będziesz wyglą­dać w todze.

- Pew­nie. Chcesz zoba­czyć? - Magda z tru­dem dźwi­gnęła się z kanapy i mocno chwiej­nym kro­kiem pode­szła do szafy, skąd wycią­gnęła pach­nącą jesz­cze nowo­ścią czarną adwo­kacką togę ozdo­bioną zie­loną wypustką. Zarzu­ciła ją sobie na ramiona, obró­ciła się kilka razy, sta­ra­jąc się naśla­do­wać ruchy modelki, po czym potknęła się i upa­dła na pod­łogę. - Chyba jestem pijana - oce­niła.

- Jesteś - potwier­dziła Anna. - Ja też jestem i musimy coś z tym zro­bić.

- Może się napi­jemy? - zna­la­zła roz­wią­za­nie Magda.

- Świetny pomysł - oce­niła przy­ja­ciółka.

- Ale ja nie mogę.

- Dla­czego?

- Bo jutro mam pierw­szą w życiu roz­prawę jako adwo­kat. Jak przyjdę nawa­lona do sądu, to mnie wywalą z adwo­katury w tym samym dniu, w któ­rym się do niej dosta­łam.

- Racja, nie możesz być nawa­lona - przy­znała Anna.

- To co robimy?

- Napijmy się her­baty, to wytrzeź­wie­jemy.

- Masz rację. W ten spo­sób na mojej pierw­szej roz­pra­wie nie będę wyglą­dać jak zom­bie.

Prze­nio­sły się do kuchni. Magda skon­cen­tro­wała się na napeł­nie­niu czaj­nika. Nie było to łatwe. Nagle zaczęła się śmiać.

- Co się stało? - zapy­tała Anna.

- Nic, po pro­stu przy­po­mnia­łam sobie, jakiej dziś wio­chy naro­bi­łam w aresz­cie.

- Co się stało?

- Patron popro­sił mnie, żebym zaj­rzała do jego nowego klienta, Mariu­sza Kozłow­skiego; sie­dzi z zarzu­tem usi­ło­wa­nia zabój­stwa. Powie­dzia­łam, że nie ma sprawy i do niego zaj­rzę. Cze­kam w pokoju widzeń, czy­tam jego zarzuty i kon­sta­tuję, że facet nie będzie miał z górki. Ścią­ga­nie hara­czy, pobi­cie, posia­da­nie broni, usi­ło­wa­nie zabój­stwa, a do tego recy­dywa... Jak trafi na ambit­nego sędziego, to może dostać nawet dwa­dzie­ścia pięć lat. Aż zro­biło mi się go żal. I wtedy mi go przy­pro­wa­dzili. Niski, myszo­waty, szczu­pły i do tego rudy, zupeł­nie nie wyglą­dał na takiego macho, co to gania z giwerą po mie­ście i chce mor­do­wać ludzi. Ale patron pro­sił, żebym uświa­do­miła mu, w jakiej jest sytu­acji. Więc mu mówię, oczy­wi­ście zupeł­nie deli­kat­nymi sło­wami, że ma cał­kiem prze­je­bane. Przed­sta­wiam mu zarzuty i ile można za nie posie­dzieć. A on nagle zaczyna się trząść jak baba.

- Ty się lepiej odwal od bab, baby wcale się nie trzęsą, jak mają zarzut o zabój­stwo, przy­naj­mniej moja się nie trzę­sła - zapro­te­sto­wała Anna.

- No dobra, więc on cały się trzę­sie wcale nie jak baba i do tego zaczyna pła­kać. A ja nie­na­wi­dzę, jak faceci pła­czą, więc mówię mu, żeby się nie mazał jak jakaś baba.

- Baby się nie mażą - przy­po­mniała jej Anna. - Przy­naj­mniej moje się nie mażą.

- Dobra. Więc mówię mu, żeby się nie mazał jak nie jakaś baba, a on na­dal się trzę­sie jak gala­reta i zaczyna mi tłu­ma­czyć, że on nic złego nie zro­bił, że tylko chciał ukraść rower, a w zasa­dzie to nawet nie chciał ukraść, bo się pomy­lił, bo myślał, że ten rower jest jego, i że jak chciał wziąć ten rower, to tam nikogo nie było, więc jakby nawet chciał kogoś zabić, toby nie mógł, więc nie mogą go ska­zać za usi­ło­wa­nie zabój­stwa. Powta­rza, że jest nie­winny, więc za nie­win­ność nie mogą mu dać dwu­dzie­stu pię­ciu lat, bo to by była nie­spra­wie­dli­wość. To ja mu wtedy tłu­ma­czę, że takiej gadki to sędzia nie kupi, a przy zgro­ma­dzo­nych dowo­dach to o unie­win­nie­niu nie ma nawet co myśleć. Że oczy­wi­ście musimy popra­co­wać nad linią obrony, ale na to, że zej­dziemy poni­żej pięt­na­stu lat, nie ma szans. Wtedy facet traci pano­wa­nie nad sobą i pła­cze jak baba, to zna­czy jak nie twoja baba, i jak kata­rynka powta­rza, że jest nie­winny, że niczego nie robił i że nie chce do wię­zie­nia nawet na te pięt­na­ście lat. W tym momen­cie drzwi do pokoju widzeń się otwie­rają i straż­nicy wpro­wa­dzają faceta dwa metry wzro­stu, o budo­wie roz­ro­śnię­tego baobabu, z twa­rzy podob­nego do Robo­copa. No i wyobraź sobie, co się stało. - Magda ponow­nie zaczęła się histe­rycz­nie śmiać. - Straż­nicy pomy­lili pokoje i ten ryży myszaty to naprawdę ukradł tylko rower, a ten mój od usi­ło­wa­nia zabój­stwa to był ten wielki.

- A ty zanim z nim zaczę­łaś gadać, to oczy­wi­ście nie spy­ta­łaś, jak się nazywa. - Roze­śmiała się Anna.

- No nie - przy­znała Magda. - A jak zama­wiasz w restau­ra­cji kotlet mie­lony, to jak ci przy­niosą talerz, to pytasz, czy to kotlet mie­lony? Zgło­si­łam, żeby mi przy­pro­wa­dzili Mariu­sza Kozłow­skiego, więc zakła­da­łam, że przy­pro­wa­dzą Mariu­sza Kozłow­skiego.

- Ty to jed­nak głu­pia blon­dynka jesteś.

- No jestem - przy­znała Magda. - I za to mnie wszy­scy kochają.

- Kto cię kocha? - zain­te­re­so­wała się Anna.

- No wła­śnie nikt kon­kretny... Dla­czego nie mogę zna­leźć chło­paka? - Magda posmut­niała.

- Bo nie robisz her­baty i dla­tego tak nam się kręci w gło­wach.

Następ­nego dnia Magda dzię­ko­wała Bogu, że sąd z uwagi na kon­wój, który miał przy­wieźć oskar­żo­nych z innego mia­sta, wyzna­czył roz­prawę dopiero na dzie­siątą trzy­dzie­ści. Udało im się z Anną zdą­żyć do sądu.

Oglą­da­jąc się w lustrze i zacho­wu­jąc pełen obiek­ty­wizm, musiała przy­znać, że w todze wyglą­dała naprawdę dobrze. Była nie­bie­sko­oką szczu­płą blon­dynką, mie­rzącą ponad metr sie­dem­dzie­siąt, z krę­co­nymi wło­sami, które, mimo że sta­rała się codzien­nie pro­sto­wać, zawsze wra­cały do afro. W gra­na­to­wych szpil­kach, czar­nej roz­klo­szo­wa­nej sukience lekko za kolana i czar­nej todze, któ­rej na razie jesz­cze nie zapięła, wyglą­dała olśnie­wa­jąco. Do tego z ulgą stwier­dziła, że maki­jaż sku­tecz­nie tuszo­wał eks­cesy wczo­raj­szego wie­czoru.

Drzwi od sali roz­praw się otwo­rzyły.

- Wszy­scy w spra­wie Mariu­sza Kozłow­skiego i innych pro­szeni są do sali - wywo­łał roz­prawę pro­to­ko­lant.

Po wej­ściu do sali cze­kali, aż sędzia zaj­mie swoje miej­sce.

- Witam pań­stwa. - Prze­wod­ni­czący roz­po­czął posie­dze­nie sądu. - Szcze­gól­nie miło widzieć panią mece­nas Magdę Rymsę w nowej roli.

- Dzię­kuję, wysoki sądzie. Dziś mój debiut w todze. Podobno ten dzień zapa­mię­tuje się do końca życia.

- Zatem życzę, żeby to były miłe wspo­mnie­nia.

- Zoba­czysz, wszy­scy faceci będą wario­wać na twoim punk­cie - szep­nęła jej do ucha Anna.

- Daj spo­kój. Nie muszą wszy­scy. Wystar­czy, żeby jeden zwa­rio­wał, ale tak na poważ­nie.

Do sali wpro­wa­dzono pierw­szego świadka. Kiedy Magda prze­py­ty­wała go na temat trans­ak­cji sprze­daży nar­ko­ty­ków, o któ­rej zezna­wał w pro­ku­ra­tu­rze, kątem oka dostrze­gła, że jej wyci­szony tele­fon leżący pomię­dzy aktami wibruje. Gdy skoń­czyła zada­wać pyta­nia, spoj­rzała na ekran.

- To znowu mama - szep­nęła do Ani. - Jest taka dumna, że zda­łam egza­min adwo­kacki, że dzwoni co chwilę, żeby o tym poroz­ma­wiać.

Po chwili dostała ese­mesa.

"Twój tata nie żyje" - prze­czy­tała wia­do­mość.

Wie­czo­rem, gdy emo­cje tro­chę opa­dły, razem z Anną sie­działy w miesz­ka­niu Magdy.

- Nie pozna­łam two­jego ojca, opo­wiedz mi coś o nim - popro­siła Anna.

- Rodzice się roz­wie­dli, kiedy mia­łam osiem lat. Tata został w War­sza­wie, gdzie pro­wa­dził kan­ce­la­rię, a ja z mamą prze­nio­słam się do jej rodzin­nego Wro­cła­wia, gdzie dostała pro­po­zy­cję obję­cia sta­no­wi­ska ordy­na­tora na oddziale pedia­trycz­nym. Z tatą byli­śmy bar­dzo bli­sko, przez całe stu­dia miesz­ka­łam u niego. Był taki szczę­śliwy, gdy zde­cy­do­wa­łam się zda­wać na apli­ka­cję. Chciał, żebym została w War­sza­wie i robiła ją u niego, ale nie mogłam zro­bić tego mamie. Zapła­ka­łaby się beze mnie.

- Mówiono, że był rewe­la­cyj­nym kar­ni­kiem.

- Był. To on zara­ził mnie pasją do obrony kry­mi­na­li­stów.

- Kiedy będzie pogrzeb?

- Jutro pojadę do War­szawy wszystko zor­ga­ni­zo­wać.

- Chcesz, żebym z tobą poje­chała?

- Byłoby cudow­nie. - Magda przy­tu­liła się do Anny. - Nie wiem, czy dam sobie z tym radę sama.

Na cmen­ta­rzu Powąz­kow­skim w czerw­cowe połu­dnie zebrał się tłum żałob­ni­ków. Chęć wygło­sze­nia mowy poże­gnal­nej mece­nasa Pio­tra Rymsy wyra­ziło sze­ściu jego kole­gów. Jako ostatni prze­ma­wiał dzie­kan War­szaw­skiej Rady Adwo­kac­kiej. Magda, słu­cha­jąc go, zasta­na­wiała się, czy na koniec powinna zabrać głos w imie­niu rodziny. Czuła, że powinna, ale nie wie­działa, czy da radę, wyobra­żała sobie, że jak tylko weź­mie do ręki mikro­fon, zacznie pła­kać. Gdy dzie­kan skoń­czył prze­mowę, bły­ska­wicz­nie pod­jęła decy­zję.

- Losy taty zawsze zwią­zane były z adwo­ka­turą. Była całym jego życiem. Trudno mi to przy­znać, ale kochał ją bar­dziej niż rodzinę. Został adwo­ka­tem, kiedy miał dwa­dzie­ścia osiem lat. W sali sądo­wej spę­dził pięć­dzie­siąt, bywał w niej czę­ściej niż w domu. O moich naro­dzi­nach dowie­dział się, wygła­sza­jąc mowę obroń­czą. Kolega prze­ka­zał mu kartkę z tą wia­do­mo­ścią, a on spo­koj­nie skoń­czył prze­ma­wiać i dopiero wtedy poje­chał do szpi­tala. Umarł, tak jak żył, wygła­sza­jąc mowę obroń­czą. Czy można sobie wyma­rzyć pięk­niej­sze odej­ście dla adwo­kata? Sale sądowe będą bez cie­bie puste. Będzie cię tam, tato, bar­dzo bra­ko­wało. Do widze­nia, tato, żegnaj, mece­na­sie.

Przyj­mo­wa­nie kon­do­len­cji trwało ponad godzinę. Jako jeden z ostat­nich do Magdy pod­szedł wysoki ciem­no­włosy męż­czy­zna.

- Nazy­wam się Andrzej Rek. Pani ojciec był moim mistrzem, od niego uczy­łem się zawodu. Pro­szę przy­jąć moje kon­do­len­cje.

Po pogrze­bie Magda odwio­zła mamę na dwo­rzec i z Anną poje­chały do domu ojca. Była to odre­mon­to­wana willa z lat trzy­dzie­stych zeszłego wieku na Gór­nym Moko­to­wie. Par­ter i pierw­sze pię­tro zaj­mo­wały pomiesz­cze­nia kan­ce­la­rii, na dru­gim znaj­do­wało się miesz­ka­nie mece­nasa. Piotr Rymsa miesz­kał sam, sam też pro­wa­dził kan­ce­la­rię. W domu pano­wał kawa­ler­ski nie­ład. Magda zasta­na­wiała się, od czego zacząć porząd­ko­wa­nie jego pry­wat­nych doku­men­tów i akt kan­ce­la­rii, żeby prze­ka­zać je wyzna­czo­nemu przez radę likwi­da­to­rowi. Potrze­bo­wała na to kilku dni.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki