Wprowadzenie
Do 24 lutego 2022 roku my, Polacy, nie myśleliśmy o sobie zbyt dobrze.
To nasza "narodowa" cecha. Nie umiemy docenić tego, co mamy, co
zbudowaliśmy, co osiągnęliśmy, jak jesteśmy silni, wytrwali, pracowici i niezłomni. Sygnał o tym, jacy jesteśmy wspaniali, musi przyjść z zewnątrz. Dopiero wtedy jesteśmy w stanie, choć nie bez podejrzliwości,
w to uwierzyć. Nasza, polska siła nie opiera się na kształtowanej przez
bałamutnych polityków idei "wstawania z kolan", nie jest urojeniem
zakompleksionych osiłków schowanych za brunatną, neofaszystowską fasadą,
nie wyraża się przez pseudokibicowską ksenofobię i zaściankowość. Nasza,
polska, społeczna siła - co udowodniliśmy wiosną 2022 roku - opiera się
na wrażliwości, na niezgodzie na niesprawiedliwość oraz na niesieniu
pomocy tym, którzy tego najbardziej potrzebują.
Kilka tygodni po wybuchu wojny w Ukrainie, kiedy pomogliśmy kilku
milionom uchodźców - głównie kobietom i dzieciom - którzy w amoku,
strachu i niepewności pakowali swoje życie w dwie walizki i uciekali na
zachód, do Polski, dotarło do nas, co mówi "świat". A świat nas chwalił,
zachwycał się nami. Zachodni, wygodny, syty, odgrodzony mentalnie i fizycznie od ofiar wojny świat nie mógł się nadziwić, że przyjęliśmy do
siebie tyle uciekinierek i uciekinierów. Pytał, gdzie są nasze obozy dla
uchodźców? Nie mógł wyjść z podziwu dla naszego ogólnonarodowego
zaangażowania i różnorodności pomocy. I wtedy dotarło do nas -
zmęczonych, utrudzonych pomaganiem, zalęknionych niepewną przyszłością,
wydrenowanych z emocji i tęskniących za snem i spokojem - milionów Polek
i Polaków, że ktoś nas chwali, komplementuje za to, co wydawało nam się
normalne, co było czystym odruchem serca. Odruchem, w którym nie było
czasu na myślenie o konsekwencjach. Dzięki tym pochodzącym z zewnątrz
panegirykom choć na chwilę uwierzyliśmy w to, że my, Polacy jesteśmy
niesamowici.
Na tę gloryfikującą nas falę od razu wskoczyli populistyczni politycy,
którzy w sytuacji największej potrzeby, kiedy każda para rąk była na
wagę złota, nie wyściubili nosa ze swoich pałaców i strzeżonych willi.
Wylewali krokodyle łzy, fotografowali się z możnymi świata i mówili:
"Polska zdała egzamin. Polska pomogła. Polska uratowała". I mówiąc
"Polska", mieli na myśli głównie siebie. Mówiąc "Polska", zapominali o tym, że to nie rząd, nie centralne instytucje, a Polki i Polacy - sami,
skrzykujący się dzięki portalom społecznościowym - uczynili to piękno.
To nie rząd, a Polki i Polacy robili i rozdawali setki tysięcy kanapek
przyjeżdżającym do Polski uchodźcom, przyjmowali ich do własnych domów,
szukali pracy, pomagali w urzędach, znajdowali lekarstwa, opłacali
transport, organizowali zbiórki pieniędzy i darów. Zrobiliśmy to nie
dzięki rządowi, ale w pierwszych tygodniach nawet wbrew niemu.
Kiedy 24 lutego 2022 roku wystartowaliśmy w tym morderczym biegu, nie
spodziewaliśmy się, że będzie to maraton, a nawet ultramaraton.
Większość z nas była przygotowana tylko na sprint. Pomagaliśmy, jak
mogliśmy, na tyle, na ile było nas stać.
Własnymi siłami zażegnaliśmy jeden z największych kryzysów migracyjnych
w najnowszych dziejach Europy. Pokazaliśmy, w jak wspaniały sposób
jesteśmy w stanie zjednoczyć się w słusznej sprawie. Jak mądrze
potrafimy pomagać i zmieniać świat.
Warto byłoby, żebyśmy - w chwilach zwątpienia, politycznej próby,
pogłębiających się podziałów ideologicznych - pamiętali o tym, jak
niesamowitym jesteśmy społeczeństwem i że zjednoczeni możemy przenosić
góry.
Świat będzie o tym pamiętał bardzo długo. Pamiętajmy i my, bo "nasz
naród jak lawa".
Tomasz Sobierajski
Łóżko obok łóżka. Jak w wojsku. Rzędy i szeregi. Od okien do trybun. Od
jednej bramki do drugiej. Hala Hrubieszowskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji wypełniona po brzegi. Polówki stoją nawet na miejscach dla
kibiców. Tłok. Teraz na pewno jest tu więcej niż pół tysiąca ludzi. W miejscu, które nigdy nie było przewidziane na gigantyczne przytulisko
dla wojennych uciekinierów.
Pod ścianą na polowym łóżku siedzi chłopiec. Ma jakieś jedenaście, może
dwanaście lat. Ciemne włosy, szara bluza z kapturem. Wygląda, jak zwykły
nastolatek. Jest sam. Rysuje. Przechodzę obok, spoglądam mu przez ramię.
Dom. Spadzisty dach, okna z firankami, na parapetach chyba doniczki z kwiatami. Drzwi, klamka. Dróżka, przy niej płot i kot na płocie. Dym z komina. Kilka mocnych ruchów dłonią, raz koło razu. Krzyż. Narysował
krzyż tuż obok domu. Przysiadam przy nim.
- Masz ochotę na coś do picia? - pytam.
Uśmiecha się nieśmiało. Upewniam się, czy mnie rozumie. Kiwa głową.
Dookoła nikogo dorosłego. Zastanawiam się, gdzie jego mama? Nie pytam.
Nie jestem pewna, czy chce rozmawiać. Czy ktoś mu towarzyszy? Tak, jest
z babcią. Poszła sprawdzić, jak mogą się dostać do Berlina. Tam mieszka
jego ciocia, siostra mamy. Przy słowie "mama" chłopcu szklą się oczy.
Uważne, smutne, nad wiek dojrzałe. Odwraca głowę, rękaw wędruje w okolice twarzy. Długa cisza. Czekam. Mogę mu teraz tylko towarzyszyć.
Trzaskają drzwi. Chłopak w sekundę zwija się w kłębek, kurczowo łapie
mnie za rękę. Kredki rozsypują się po podłodze. Turlają we wszystkie
strony.
- Spokojnie. To drzwi, tylko drzwi. Ktoś zamknął je za mocno, to przez
nieuwagę i przeciąg. Już dobrze.
Co się mówi dziecku, które uciekło przed wojną i boi się każdego
gwałtownego odgłosu? Mija chwila, zanim uścisk osłabnie. Chłopak
prostuje plecy, łapie oddech. Starannie wygładza zmięty rysunek.
- Jestem Anton - mówi. - Anton z Żytomierza.
Wraca babcia. Drobna, szczupła, w żółtym bezrękawniku. Zmęczona dłoń,
szczupłe, spracowane dłonie. Ciężko siada na łóżku obok.
- Polaki dla nas takie dobre. - Podaje mi przyniesioną w papierowym
kubku herbatę . Miłe. Przecież nie miała pojęcia, że przy posłaniu poza
Antonem będzie ktoś jeszcze.
- Już piłam, dziękuję. Może Anton ma ochotę?
"Żytomierz" - odtwarzam w myślach mapę i ostatnie doniesienia z wojny.
Kilka dni temu, na początku marca, miasto było bombardowane. Rakiety
spadły na bazę lotniczą, szpital i kilka domów. Zginęły cztery osoby,
wśród ofiar było dziecko.
- Tata Antona poszedł do armii. Dostał powołanie na samym początku.
Nawet gdyby nie dostał i tak by poszedł. - Cichy głos starszej pani
wyrywa mnie z odrętwienia. - Bardzo płakał, gdy - to było jeszcze w lutym - chowali synka Sierhieja, kolegi z pracy. Rodzice nie powinni
chować dzieci. Dzieci, takie małe, nie powinny grzebać rodziców.
Słowa znów grzęzną w gardle. To nie koniec tej historii.
- Siedzieliśmy we troje z Leną w piwnicy u sąsiadów. Oni wyjechali,
oddali nam klucze. Każdego dnia dołączali kolejni ludzie. Była młoda
dziewczyna z malutką córeczką. Mała miała może kilka miesięcy. Taka była
grzeczna, spokojna. Cały czas spała. Nawet alarm jej nie budził. Tylko
ta jej mama ciągle chowała się w kąt i płakała. Nic nie chciała mówić,
tylko płakała. Lena chciała jej pomóc, porozmawiać. Nie chciała.
Któregoś dnia zapytała, czy ktoś ma jakieś jedzenie dla niemowląt, bo
jej się skończyło. Skąd jedzenie dla niemowląt w schronie? Lena
powiedziała: "Ja pójdę, przyniosę. Wiem, gdzie jest otwarty sklep".
Zabili ją. Nigdy się nie dowiemy jak. Mówią, że odłamek rakiety. Nie
wiem. Moja córeczka nie żyje.
Anton wtula się w babcine kolana. Mocno, aż bieleją kostki na dłoni.
Starsza pani siedzi bez ruchu, jak kamienny posąg.
- Polaki dla nas takie dobre - powtarza za babcią Anton. Dziecinny
głosik, stłumiony, jeszcze przed mutacją. Bardziej domyślam się
wypowiadanych słów, niż je słyszę.
Chwila, kiedy zatrzymuje się czas. Żadne słowo nie przechodzi przez
gardło. Siedzi przede mną matka, która straciła córkę. Syn, któremu
zabrano mamę. Dziecko ograbione z domu, rodziny, bezpieczeństwa,
radości. Z poczucia bezpieczeństwa, maminych uścisków i ojcowskich
połajanek. Zabrano mu dzieciństwo, szkolną ławkę, kolegów, spotkania na
podwórku. Siedzi przede mną dziecko, któremu zafundowano koszmar. Ale
nie wiem jeszcze wszystkiego.
- Chowaliśmy Lenę na podwórku, w nocy, zaraz przed drogą. - Babcia
Antona pokazuje zdjęcie w telefonie. Ledwie widać zarys kamienicy,
grupka ciemnych postaci. Tylko krzyż odbija się wyraźniej na tle
jaśniejszej ściany. Drewniany, zbity z dwóch desek. Taki narysował
Anton. Takie stawiano w Warszawie, kiedy trzeba było szybko grzebać
ofiary Powstania. - Ziemia była twarda jak skała. A ja kopałam grób dla
mojej Leny.
Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Jakby to był zły film, koszmar i zaraz się
zbudzimy. Anton pomagał ubierać mamę. Sam chciał. Bardzo prosił. Mówił,
że tak się chce z nią pożegnać. Mieliśmy w schronie tylko parę jej
rzeczy. Nie było w czym wybierać. Daliśmy Leniuszy zieloną sukienkę w kwiaty. Lubiła ją. Była w niej na urodzinach Antonka. Tych ostatnich, na
których był tata i tort. Pamiętasz?
Babcia mocno przytula wnuka. Drobnymi ramionkami wstrząsa szloch. Krótki
oddech. Chłopiec z trudem łapie powietrze. Tulę go mocno, niewiele
młodszego od mojego synka. Nie sposób zebrać myśli.
- Pomóc? - Mocny męski głos. - Mogę pomóc? - pyta jeszcze raz.
Starsza pani uśmiecha się ledwie dostrzegalnie.
- Znam tego człowieka - mówi w moją stronę - Marek, to on nas tu
przywiózł.
Wysoki, postawny młody człowiek w mundurze strażaka z naszywką OSP
Kowalewko. Pogodna twarz, jasne oczy, kilkudniowy zarost. W górnej
kieszeni bluzy kilka lizaków. Wyciąga dwa, daje Antonowi. Męskim gestem
dotyka ramienia. Domyślam się, że te słodycze mają szczególne znaczenie.
- Marek. - Uścisk niemal miażdży mi rękę. Proszę o rozmowę. Chyba jest
zaskoczony.
- Ze mną? - pyta. - O czym?
- O podróży do Żytomierza. Na początek.
To była wtedy linia frontu. Marek uśmiecha się niepewnie. Nie wygląda na
wylewnego. Siadamy na trybunach z widokiem na morze ludzi. Tłum
wygnańców. Za oknem zaparkowany stary autobus. Autosan. Nie do zdarcia.
Polska konstrukcja, dwudziestokilkuletnia. Strażacy z Kowalewka dostali
go od kolegów ze służby więziennej w Wejherowie. Jeździł w szkole
kadetów na ćwiczenia, teraz służy do ratowania życia. Nie, nie jest
pancerny. Nie ma wzmocnionych szyb. Z przodu pęknięcie. Spora rysa. Ślad
po odłamku.
Z Żytomierza - poza Antonem i babcią i trzydzieściorgiem uchodźców -
jechało jeszcze dwóch ukraińskich żołnierzy. Byli powołani w pierwszych
dniach wojny do obrony Kijowa. Obaj ciężko ranni. Trafili do szpitala,
bez kontaktu ze światem, bez telefonów komórkowych. Rodziny dawno temu
dostały wiadomość, że polegli. I właśnie się znaleźli. Miesiąc później.
Chcą wracać do domów, do Włodzimierza. Wsiadają do polskiego autobusu i opowiadają historię wartą filmu.
- Wiesz, czego mi szkoda? Że nie zobaczę twarzy ich bliskich, gdy staną
w progu. Cud zmartwychwstania.
Dlaczego jeździ tam, gdzie świszczą pociski? W imię zasady: "Bogu na
chwałę, ludziom na ratunek". To słowa ze strażackiej przysięgi . Złożył
ją pięć lat temu. Od pięciu jest jej wierny. Teraz też nie zastanawia
się - działa. Nie jeździ sam, ma kolegów z jednostki, choć przyznaje, że
dalej - do Irpienia, Buczy i Charkowa, i Mariupola - wybiera się bez ich
towarzystwa. To jego trasa. Trzeba było tylko szybko uaktualnić
paszport. Długo nie był potrzebny. Urząd wojewódzki w Bydgoszczy się
postarał. Cztery dni wystarczyły na formalności.
Marek Kończewski, strażak, ratownik medyczny:
- Nie wierzyłem, że wojna wybuchnie. Tak, słyszałem o koncentracji wojsk
rosyjskich przy granicy, o manewrach i poligonach, ale jak chyba
większość byłem przekonany, że to tylko próba sił, blef gościa, który
chce zostać carem, ale nigdy się do tego nie posunie. Aż tu przychodzi
dwudziesty czwarty lutego, czwartek. Szok. Pierwsza myśl? Zawsze lubiłem
czytać o wojnie. Wspomnienia bohaterów, opisy bitew i strategii. W historycznych książkach. Ale nie na bieżąco, w internecie. Kompletny
absurd. Nie mogłem się z tym zgodzić. Nie mieściło mi się w głowie.
Byłem przekonany, że ruscy rozjadą Ukrainę w dwa, trzy dni, a tu
niespodzianka. Za nami tydzień za tygodniem, a Ukraina walczy. Decyzja o przyjeździe na granicę zapadła bardzo szybko. Co mieliśmy do roboty w swoim powiecie nakielskim? Siedzieć na tyłku i czekać na "alarm dla
jednostki"? Można, ale nasz komendant, były żołnierz GROM-u, uznał, że
tu jesteśmy bardziej potrzebni. I miał rację. Najpierw przyjechałem sam
jako ratownik. Dwudziestego siódmego lutego byłem na granicy. I to był
koszmar. Nie działało nic poza ludzkimi odruchami. Ława ludzi po obu
stronach szlabanu, kolejki po dziesięć kilometrów. Nieludzki mróz. Szlag
mnie trafiał. Chodziłem po granicy, dwanaście, osiemnaście godzin
każdego dnia, z plecaczkiem w moich fluo ciuszkach, w czapce i rękawiczkach od wolontariuszy, bo własnych nie wziąłem, i zastanawiałem
się, gdzie, do cholery, jest państwo? Gdzie kraj, ci faceci w rozpiętych
koszulach, którzy występowali na okrągło w telewizji i mówili, że "rząd
robi wszystko, żeby pomóc". Komu, pytam? Byłem tam i żadnej pomocy nie
widziałem. Widziałem za to ludzi z odmrożonymi stopami i rękami, którym
trzeba było udzielać pomocy pod gołym niebem. Dosłownie. Wtedy nie było
namiotów. Nie było nawet prowizorycznych wiat. Spróbuj oczyścić rany po
odmrożeniu, głębokie, prawie do kości i założyć opatrunek przy
zacinającym śniegu, na wietrze, pod kępą zarośli. Nie było innego
schronienia. Hrebenne było w tamtych dniach wielkim poligonem
przetrwania. Gdyby nie ludzie, byłaby tragedia. Musiałabyś mówić o ofiarach kolejek na polsko-ukraińskich przejściach, a nie ofiarach
ostrzałów i bombardowań. Udało się na szczęście oczyścić stopy temu
chłopakowi, posmarować, czym trzeba, owinąć dokładnie. Jego buty były
całe mokre, zdarte, widać, że przeszedł w nich kawał drogi. Któryś z kolegów z miejscowej straży pobiegł do domu. Miał podobny rozmiar,
przyniósł własne. Tak to działało. W życiu nie widziałem takiego czynu
społecznego. Nie było dyrygenta, sztabu, jakiegoś kierownictwa.
Wystarczyło powiedzieć: "Idzie matka z niemowlęciem", a już ktoś leciał
do domu i grzał kaszkę, żeby dać coś ciepłego. Ktoś biegł z okryciem,
ktoś pytał, czy może pomóc ponieść malucha.
Spotykałem wolontariuszy z każdego krańca Polski, przyjeżdżali ze
świata. Psiakrew, nawet mnie ścisnęło parę razy za gardło.
- Kiedy najmocniej?
- Chyba wtedy, gdy starsza pani z Charkowa podeszła do mnie i ze łzami w oczach powtarzała: diakuju, diakuju, diakuju. Łamał się głos i jej, i mnie. Wtedy poczułem, że takie diakuju znaczy dużo więcej.
Podziękowanie od kogoś, komu naprawdę ratujesz życie, waży znacznie
więcej niż takie, które słyszysz, gdy komuś pomożesz zdjąć kota z dachu.
Nie chcę trywializować. W sytuacjach skrajnych słowa znaczą coś całkiem
innego niż w codziennym życiu.
- Kiedy zacząłeś jeździć w głąb Ukrainy?
Gdy przyjechałem drugi raz, na początku marca. Z trzema kumplami z jednostki. Spakowany w dwa plecaki. W jednym sprzęt do ratownictwa
medycznego, w drugim moje rzeczy. Tak, zgadłaś. Ten mniejszy to moje
osobiste graty. Ten większy jest do pracy. Komendant dał nam autobus i kazał robić co trzeba.
Autobus w funkcji domu na kółkach. Na siedzeniach zaraz za kierowcą
rzeczywiście leżą dwa plecaki. W mniejszym bluza, bielizna, mała
kosmetyczka. Ma wystarczyć na co najmniej dwa tygodnie. W większym
sterta bandaży, plastrów, wenflonów, leków. Bezcenne na froncie.
Jesteśmy sami. Marek wciąż opowiada o kolegach, ale w okolicy nie widzę
żadnego.
- Wyjechali kilka dni temu. Ja też czasem wracam do domu na kilka dni.
Przepakować się, przeprać, złapać dystans. I wracam. Dlaczego sam? Nie
wszyscy decydują się zapuszczać tam, gdzie strzelają. Nie dziw się. Ktoś
mnie już pytał, dlaczego ryzykuję. Mam prostą kalkulację. Spójrz na
mnie, nie mam rodziny, żony, dzieci. Niewiele ryzykuję. Za nikogo poza
sobą nie odpowiadam. Nikt za mną nie tęskni. W razie skuchy nie
skrzywdzę nikogo tak, jakbym skrzywdził, będąc głową rodziny. Ja jeden i pięćdziesiąt miejsc w autobusie. Pięćdziesiąt istnień do ocalenia. Nie
prowadzę jakiejś zaangażowanej buchalterii, ale szacuję, że do tej pory
mogłem przywieźć z Ukrainy około tysiąca osób. To mój przelicznik. Jeden
do tysiąca. Tysiąc do jednego. Nie ma co sobie strzępić języka po
próżnicy. I żeby była jasność, to nie ma nic wspólnego z potrzebą
adrenaliny w życiu. Ona wydziela się, jak by to powiedzieć, przy okazji.
Czy się boję? Pewnie, że tak. Strach pomaga unikać głupich błędów. Gdyby
coś się stało i tak było warto. Byle tylko salwę na koniec równo
strzelili.
Dystans i czarne poczucie humoru. Cały Marek.
- Pamiętasz bombardowanie bazy w Jaworowie?
Poranek, 13 marca. Rosyjskie pociski spadają na poligon w Jaworowie i bazę wojskową we wsi Starzyska. W prostej linii niecałe osiemnaście
kilometrów od granicy w Medyce. Sukces Rosjan. Komunikat Kremla brzmiał:
"W tych obiektach kijowski reżim rozmieścił centrum szkoleniowe i koordynacyjne dla zagranicznych najemników oraz magazyn broni i sprzętu
wojskowego pochodzących z zagranicy. W wyniku uderzenia unicestwiono do
stu osiemdziesięciu zagranicznych najemników oraz dużą partię
zagranicznej broni".
Kijów potwierdził śmierć trzydziestu pięciu ludzi, wyłącznie ukraińskich
żołnierzy.
- Byliśmy wtedy bardzo blisko. Dzień wcześniej przyjechałem do Lwowa po
grupę ludzi do ewakuacji. Było wcześnie rano. Wyjechaliśmy o świcie
właśnie po to, żeby uniknąć ostrzału, który najczęściej zaczynał się
wieczorem albo około południa. Wtedy pierwszy raz poczułem, jak to jest,
kiedy "trzęsie się ziemia". Musiałem zatrzymać autobus, bo nie było
wiadomo, z której strony lecą pociski i ile jeszcze ich spadnie. Ludzie
krzyczeli. Miałem autobus pełen uciekinierów, którzy już nie chcieli
słyszeć wojny, a my byliśmy bardzo blisko piekła. Może cztery kilometry
od tej bazy i poligonu. To nie był czas na dywagacje. Musiałem jechać.
Jedyna moja myśl wtedy brzmiała tak: "do ruchomego celu jednak trudniej
się strzela". To prułem do przodu, próbując tylko omijać dziury w drodze
i leje po bombach.
Albo Czernihów. Kilka dni później. Kawałek za Kijowem. Niby "tylko"
sześćset kilometrów od granicy, ale trzeba było jechać w jedną stronę
ponad siedemnaście godzin. Ruscy prowadzili atak na stolicę, próbowali
okrążać miasto także od północy. Drogi były w ruinie, wiele z nich
zaminowanych, o poruszaniu się po nich zapomnij. Trzeba było telepać się
bokiem i objazdami. W Ukrainie pojęcie "droga" jest względne. Teraz
zdecydowanie względne. Mało brakowało, a wyleciałbym w powietrze.
Omijałem właśnie potężną dziurę w drodze, trzeba było trochę zjechać na
pobocze. A tu mina. Leżała ot tak na asfalcie. Duży, "wąsaty" kawałek
żelastwa. Ominąłem z honorami, pomalutku. Powiadomiłem kogo trzeba. To
dlatego jazda potrafi tyle trwać. Musieliśmy zostać na noc w mieście, w schronie. Piwnica w jednym z domów, która pewnie od dawna już ratowała
ludzi. Na ścianach rysunki, na podłodze materace, koce, śpiwory. Na
szafkach pod ścianami trochę konserw, pokrojony w pajdy chleb. Pozory
życia w nienormalnych czasach. W nocy kolejny nalot. Niech nikt mi nie
mówi, że chodziło o cele wojskowe. Piwnica, w której siedzieliśmy, była
na osiedlu domków jednorodzinnych. Rakiety waliły zaraz obok. Modliłem
się, żeby autobus ocalał, bo bez niego cała akcja nie miałaby sensu.
Tynk sypał się na głowę. Może to i naiwne, ale do tej pory myślałem, że
takie sceny to tylko w filmach o wojnie. A tu wszystko dzieje się
naprawdę. To ani film, ani ćwiczenia. Miałem umówionych ludzi do
zabrania na rano. Zadziałali wolontariusze i koordynatorzy z obu stron
granicy. Znowu ludzie. Sieć, która powstała, bo była taka potrzeba.
Przerażonych mieszkańców Żytomierza, Lwowa czy Czernihowa nie ewakuuje
przecież "państwo", tylko człowiek. Ma twarz, imię i nazwisko. Jest
jednym z wielu, którym świat nie postawi pomnika.
Pięćdziesiąt osób, dokładnie tyle mogę zmieścić w autobusie. To nawet
trochę ponad normę. Jest ścisk. Przyszło trochę więcej. Wiesz, jak to
jest spojrzeć w twarz tym, którzy już się nie zmieścili? Nie wiem, jak
bym sobie z tym poradził, gdyby nie asysta żołnierzy ukraińskich. Oni
sprawdzali listę tych, których mam zabrać. Byli umówieni. Dla kilkunastu
osób zabrakło miejsc. Mam ich twarze przed oczami. Cholera. Każde słowo
jest bez sensu. Musieliśmy czekać na zgodę na wyjazd. Koledzy z wojska
mówią: "Nie masz co ruszać, droga rozwalona, trzeba przygotować".
Czekamy. Kilka godzin po naszym wyjeździe na Czernihów znów spadły
bomby. Nie mogłem pozbyć się myśli - czy zginął ktoś z ludzi, których
zostawiłem? W życiu nie sądziłem, że będę miał takie obsesje. Próbuję do
tego nie wracać. Najchętniej zasłoniłbym szyby, żeby ci, którzy się
zmieścili, nie musieli patrzeć na krajobraz za oknem. Z daleka widziałem
cywilne auto na poboczu. Jeśli ktokolwiek w nim był, nie miał szansy
przeżyć. Znam się na tym, nieraz jeżdżę do wypadków. To nie był wypadek.
To totalnie irracjonalne. Wyobraź sobie - mijasz samochód porwany na
strzępy. A kiedy kończy się dzień i sięgasz po internet, czytasz, że na
drodze z Czernihowa do Kijowa ruscy granatnikiem RPG rozwalili osobówkę,
którą uciekała rodzina z Sokołówki. Matka i dwoje dzieci. Wszyscy
zginęli. Nie byli dla nikogo groźni. Chcieli tylko przeżyć ten zły sen.
Dzwoni telefon Marka. Igor, oficer służby bezpieczeństwa Ukrainy. To on
zawiaduje potrzebami, wyjazdami, bezpieczeństwem. Jest łącznikiem między
potrzebującymi pomocy a tymi, którzy mogą pomoc ofiarować. Ma kontakty w całej Europie. Jak to działa? Tak jak teraz. Igor mówi: "Potrzeba zabrać
ze Lwowa parę osób. Możesz?". Marek dzwoni do swojego komendanta. Zgoda
jest formalnością. Tankuje autobus, pakuje po dach pomoc humanitarną z zaplecza HOSiR-u i jedzie. Kiedy potrzebny jest sprzęt wojskowy - hełmy,
kamizelki, mundury - jedzie do Piotrkowa Trybunalskiego. Nie, nie ma tam
żadnych państwowych magazynów z militariami. Jest człowiek, który
opracował wzór munduru polowego, którego nie chciała polska armia, a który teraz może się przydać armii ukraińskiej. Czasem przed i za
autobusem Marka jedzie uzbrojona obstawa. Chłopcy z ukraińskiego wojska,
specjalni wysłannicy od Igora. Jeśli to konieczne. Na miejscu Marek
wyładowuje jedzenie dla tych, którzy zostają. I zabiera tych, którzy
chcą wyjechać. Ot, cała filozofia. Puzzle, które idealnie do siebie
pasują. Czasem któryś wypadał. Tak było, kiedy Marek wracał z jednego z kursów z pomocą humanitarną. Autobus wyjeżdżał z kraju zatankowany do
pełna, z zapasem dwustu trzydziestu litrów paliwa w kanistrach. Na
wypadek, gdyby w Ukrainie nie było szans na nieuszkodzoną stację
benzynową.
Szczęśliwie zapas nie był potrzebny i kanistry wróciły w bagażniku
nietknięte. No i się zaczęło. Polska służba celna na przejściu w Zosinie
uznała, że to przemyt. Nie pomogło pokazywanie dokumentów i faktur
potwierdzających zakup paliwa w Polsce.
- Szanowna pani, jestem strażakiem, jeżdżę z pomocą humanitarną,
zrobiłem tym autobusem ponad trzydzieści tysięcy kilometrów po Ukrainie,
przemyt mi nie w głowie. Jestem gotowy oddać baniaki do ekspertyz, żeby
można było stwierdzić, czy zawartość jest z polskich rafinerii, czy
pochodzi z Ukrainy.
- Bez dyskusji. Proszę wjechać na kanał, jest pan podejrzany o nieuprawnione wwożenie do kraju Wspólnoty nielegalnego paliwa. Musimy
sprawdzić, co jeszcze jest w pana samochodzie.
Straszyli mandatem za dwa tysiące, skończyło się na siedmiuset złotych.
Potem trzeba było raz jeszcze przekroczyć granicę i zostawić dodatkowe
paliwo po ukraińskiej stronie. W przeciwnym razie trzeba by uregulować
rachunek za podatek i akcyzę, które już raz były opłacone przy zakupie
na stacji w Hrubieszowie.
- Wiele było we mnie żalu. Nie mogłem pogodzić się z oskarżeniem o przemyt w sytuacji, gdy jechałem z pomocą, a nie wizją szybkiego
zarobku.
Samochód trafił do bazy pojazdów używanych do nielegalnego handlu.
Trudno to wymazać. Trudno też wymazać z pamięci obrazy z Buczy
wyzwolonej spod rosyjskiej okupacji.
- Pojechałem tam na początku kwietnia. Miałem na pokładzie kilkaset
czarnych worków na ciała. Leżały na ulicy. Widok, którego nie sposób
zapomnieć. Moim zadaniem było dostarczyć worki żołnierzom z miejscowej
jednostki. Tylko tyle. Ale nie dało się zamknąć oczu. Powiem wprost -
trzeba było kilka razy zatrzymać autobus, wysiąść i przeciągnąć martwego
człowieka na pobocze. Każdy miał związane z tyłu ręce i nogi. To
naprawdę wyglądało, jak gigantyczna egzekucja, wściekły, zwierzęcy akt
zemsty. Co czuję? Mam powiedzieć prawdę? To nie nadaje się do druku,
uwierz mi.
Chcesz wiedzieć, jakie to uczucie dowiedzieć się o śmierci kumpla?
Opowiem ci. Witalij był tuż przed czterdziestką. Wysoki, postawny facet.
Jeździł ze mną w konwojach. Czasem był moim nawigatorem.
Zaprzyjaźniliśmy się. Jak przeżyjesz z kimś ostrzał rakietowy i niejedną
noc w mokrej piwnicy - wiesz o nim wszystko. Tym razem jechaliśmy na dwa
samochody. Ja miałem mieć kurs do Izium, on - do Charkowa. Tuż przed
rozwidleniem dróg dostaję informację od naszego koordynatora, Igora:
"zmiana planów - ty do Charkowa, Witalij do Izium". OK, rozkaz to
rozkaz. Zawiozłem swój transport gdzie trzeba. I też było zamieszanie,
bo miałem dojechać do centralnego magazynu, a skierowali mnie do
mniejszego, na przedmieściach. OK, rozkaz to rozkaz, powtórzyłem.
Następnego dnia dowiaduję się, że ten duży skład, w którym miałem być,
został zbombardowany. "Dziecko szczęścia" - myślę bezczelnie. I przychodzi druga informacja - Witalij nie żyje. Dostał podczas
bombardowania magazynu w Iziumiu, do którego ja miałem jechać. Jak to
nazwać? Przecież to wygląda jak gotowy scenariusz do filmu z cyklu
"oszukać przeznaczenie". Ktoś bardzo nie chce, żeby mi zagrali Anielski
orszak, co?
- Na to wygląda.
- Podczas tego kursu do Charkowa towarzyszył mi Wiktor, weteran z Donbasu z dwa tysiące czternastego roku. Miał co najmniej
szcześćdziesiąt lat, ale bardzo chciał walczyć. Mówił, że się przyda, że
jest saperem, a na wschodzie wszystkie drogi zawalone minami. Doskonale
go rozumiem. Nie dyskutuję z potrzebą obrony ojczyzny. Dojeżdżamy do
Charkowa. "Zatrzymaj się na chwilę" - prosi Wiktor. Wypatrzył wielki rów
wykopany w ziemi. Zbiorowy grób. Ukraińscy żołnierze wrzucali do niego
ciała poległych ruskich. Wiele z nich było już w stanie znacznego
rozkładu. Wiesz, co mnie powaliło? Oni wszyscy byli w starych,
metalowych hełmach. Ktoś mi pokazuje: "Patrz, w środku wybita data
1943". Ich łby chroniły hełmy z II wojny. Wyobrażasz sobie? Może to i lepiej, łatwiej było ubić drani.
Wracam do rozmowy z Markiem kilka razy. Wciąż po nowe historie. Jego
życie od niemal pół roku to nieustanne wyjazdy, ciągłe narażanie się,
balans na krawędzi. Teraz szykuje transport łóżek do szpitala
psychiatrycznego w Łucku.
- Trafiają do niego żołnierze... żołnierze po kastracjach. Nowy sowiecki
"sport" uprawiany na jeńcach. Obcinanie genitaliów nożyczkami albo
nożykiem do papieru. Chłopaki są po czymś takim wrakami. O ile przeżyją.
Szlag... Od kiedy o tym usłyszałem, zawsze mam przy sobie granat. I mam
plan. Jakby mnie dopadli - wyjmuję zawleczkę. Klękam na ziemi, ręce w górę. Pozwalam im podejść na dwa metry i zabieram ze sobą. Taki mam
plan.
Czy śnią mi się te obrazy? Na szczęście nie. Wracam zmęczony, padam na
twarz, nic się nie śni. To może płytkie, po prostu wyłączam się. Czas na
przeżywanie przyjdzie. Ale jeszcze nie teraz.
To na pewno nie jest zwykły, pasażerski dworzec. Raczej rampa
przeładunkowa na stacji towarowej. Nazywają to Linią Hutniczo-Siarkową.
Pozostałość po dawnej świetności. Sztandarowe przedsięwzięcie PKP z lat
siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Linia szerokotorowa (prześwit torów -
1500 mm, przy standardowych 1435 mm) miała służyć do transportu rudy
żelaza, siarki i węgla z ówczesnego Związku Radzieckiego bez przeładunku
towarów na granicy. Teraz linia szerokotorowa jest jedyną, po której
mogą jeździć ukraińskie pociągi, które niemal na pewno pamiętają czasy
Breżniewa i czerwonej gwiazdy na przodzie.
LHS niezmiennie jest linią przemysłową. Przyjeżdżają tu węgiel, zboże,
materiały budowlane. Ale nigdy ludzie. Nie ma dworcowych budynków,
poczekalni, peronów, toalet. Prowizoryczny szlaban odgradza równie
prowizoryczny parking od torów. Początek marca. Piekielnie zimno. Pociąg
już stoi. Wysoki, stary, pomalowany na niebiesko, z żółtymi trójzębami
wyrysowanymi na drzwiach. "Львів-Варшава". Farba odpryskuje grubymi
płatami, okna zamknięte na głucho, podobnie jak ciężkie, żeliwne drzwi.
W środku kłębią się ludzie. Tłum ludzi. Nikt nie może wyjść, zanim
celnicy nie skończą odprawy. Nie sposób przewidzieć, ile potrwa.
Dokumenty, paszporty, pobieżna kontrola bagażu. Raczej formalność.
Niektórzy pasażerowie pojadą dalej, w stronę Chełma i Warszawy. Inni
wysiądą. Przed szlabanem też nie ma gdzie wbić szpilki. Ktoś przyjechał
po znajomych, ktoś ma umówiony transport. Jeszcze tylko skok ze stopni.
Przepaść. Schody nieludzko wysokie, ziemia - daleko. Nie ma podwyższenia
jak na osobowych peronach. Zejście z dzieckiem i walizką jest wyzwaniem
ponad siły zmęczonych, udręczonych kobiet. Trzeba odwagi i uwagi. Nikt
nie przewidział, że będą się tu zatrzymywać składy pasażerskie. Celnicy
byli wdrożeni w odprawianiu towarów, nie ludzi. Nie nawykli do mierzenia
się z ludzkim dramatem. Wcześniej nie zdarzało się im płakać w pracy.
- Choczu wodu. - Ledwie słyszę słowa zza szyby. Kobieta w niebieskiej
bluzce próbuje raz jeszcze otworzyć okno.
- Kuszat', wy imiejecie szto niebud' kuszat'? - Bardziej domyślam się,
niż słyszę głos z drugiego okna.
Jak spod ziemi wyrastają ludzie. Ktoś biegnie od strony busa z napisem
"Kraków". Niesie kosz z kanapkami. Są termosy z herbatą i jednorazowe
kubki. Skrzyknęli się restauratorzy, wysłali delegację. Zmieniają się co
kilka dni, przywożą świeże jedzenie. Mają kuchnię polową. Gdy wiedzą, że
za chwilę wjedzie pociąg, uruchamiają agregat, podłączają prąd. Na
miejscu gotują grochówkę i bigos. Podają celnikom pakunki. Ci wchodzą do
pociągu, żeby spisać i odprawić, a do tego nakarmić i napoić. Mniejsza,
czy pozwalają na to procedury. Obok stoiska z wodą, sokami. Jest wielki
warnik z gorącą herbatą i kawą. Słodycze dla dzieci. Kosz z pluszakami.
Ci, którzy wysiądą za kilkanaście minut, nie będą mogli uwierzyć, że to
wszystko do ich dyspozycji. Za darmo.
Karol, właściciel restauracji w Warszawie:
- Miałem siedzieć w knajpie i oglądać newsy? Nie dałoby rady.
Przyjechaliśmy z kumplem tydzień temu, mamy pokój wynajęty u gospodarzy
niedaleko dworca i działamy. Rano zakupy według listy zrobionej
wcześniej, potem gotujemy. Proste rzeczy. Zupa, jakieś drugie. Takie do
zapakowania, żeby było wygodnie zjeść. Duszone mięso, fasolka po
bretońsku, jakieś leczo z kiełbasą. Mam córeczkę, sześć lat. Jak patrzę
w oczy tych dzieci, co uciekły przed wojną, widzę moją Zosię. Nigdy,
przenigdy nie chciałbym dla niej takiej poniewierki. Powiedziałem jej,
że jadę nakarmić inne dzieci, które długo jechały i są bardzo głodne. Że
o nią zadba mama i wszystko będzie dobrze. I właśnie przy tym "wszystko
będzie dobrze" całkiem się rozpadłem. Cholera, stary koń, a beczę jak
smarkacz.
Podchodzę do kobiety w grubej puchowej kurtce i co najmniej dwóch
warstwach bezrękawników. Rozdaje zadania, prosi, żeby szybciej podawać
ludziom w pociągu termosy i jedzenie. Na szyi kartka z napisem:
"Wolontariusz. Pomoc. Pomoszcz". Trudno ją poznać. Do godziny
piętnastej garnitur albo garsonka, elegancki gabinet w starostwie i spora odpowiedzialność. Po pracy kilka warstw kurtek, szal, czapka i zadanie - pomagać. I nie dać się emocjom. Ma zapadnięte policzki i ziemistą cerę. Zimno czy zmęczenie?
Teresa Perechubko-Mirosław, wolontariuszka, Starostwo Powiatowe w Hrubieszowie:
- Teraz już jest lepiej. Rekord to dwie doby bez snu. Kiedy nic nie
działało, jak powinno, bo sytuacja była nadzwyczajna, trzeba było
wypracować metodę. Uczyliśmy się jak na poligonie. Nigdy nie zapomnę
pociągu, który przyjechał z Kijowa, niecały tydzień po wybuchu wojny.
Był pełen dzieci, głodnych dzieci. Nigdy wcześniej nie widziałam dzieci
płaczących z głodu. Nie jadły od prawie pięciu dni. Tylko jakieś resztki
i okruchy. Nie piły od dwóch. Kobiety, ich mamy, nie przewidziały, że
podróż zajmie aż tyle czasu. Jechali pod ciągłym ostrzałem. Motorniczy
zatrzymywał się tylko wtedy, gdy był alarm bombowy, wyły syreny albo
odzywał się alarm w specjalnej aplikacji, którą można było zainstalować
w telefonie. Nie było wyjścia. Trzeba było gasić wszystkie światła i zastygać w bezruchu. Czekać. Któraś z kobiet mówiła, że kładli się wtedy
na podłodze, nakrywali głowy kurtkami, tulili dzieci i modlili się w nadziei na ocalenie. Bóg wysłuchał, ale manny z nieba nie było. Był
głód. Prawdziwy, realny. Taki, który odbiera siły i godność. Wiesz, jak
wyglądają wygłodniali ludzie wyrywający sobie kanapki? Straszny obraz.
Upokorzenie? To mało powiedziane. Nie miałam pojęcia, jak się zachować.
Powtarzałam: "Zaraz doniesiemy więcej, spokojnie, dla wszystkich
wystarczy". I starsza pani, która pocałowała mnie w rękę, gdy podłam jej
paczkę z jedzeniem. Nie miałam pojęcia, co powiedzieć. Chciała
podziękować, a ja poczułam się okropnie. Moje uczucie nie ma znaczenia.
Łykałam łzy i zaciskałam pięści. Nie ma kary dla tych, którzy w XXI
wieku skazali ludzi na taką poniewierkę.
Wchodzę do przedziału z torbą kanapek. Uderza fala ciepłego powietrza.
Metaliczny, ciężki zapach długiej podróży, strachu i zmęczenia. Zaduch
jest niewyobrażalny. Trudno złapać oddech. Niełatwo też utrzymać
równowagę. Na korytarzu - człowiek obok człowieka. Siedzą na tobołkach i walizkach, tłoczą się w przejściach. Zdążyli wsiąść, zdobyć bilet do
lepszego świata, ale bez miejsc siedzących. Drzwi do toalet są
zamknięte. "Panie, tylko dwie łazienki są czynne, na końcu następnego
wagonu!" - woła starsza kobieta z psem na rękach, widząc, jak
pogranicznik łapie za klamkę. Jestem bliżej. Dokładnie widzę, jak
uginają się pod nim nogi. Traci równowagę. "Już dobrze" - zapewnia, gdy
próbuję podać mu rękę. "To tylko zawrót głowy, już w porządku".
Przedziały pełne po brzegi. Wszędzie walizy, siatki, tobołki.
- Skąd jesteście? - pytam kobietę z psem na kolanach.
- Sumy. Moja bratowa z Ochtyrki. - Pokazuje ręką na dziewczynę w skórzanej kurtce. - Mieszkała na placu Zgody. Płacze po synu.
Nie jestem pewna, czy dobrze zrozumiałam. Nie mam odwagi dopytać. Nie
muszę. Wycie matki rozrywa serce.
- Po co jej przypomniałaś? - napomina starszy człowiek. Nie odrywa oczu
od okna. Nie widzę jego twarzy.
Po co przypominałaś? Każda chwila kroi duszę i serce. Każde słowo
zatrzymuje oddech. Każde zdanie, które słyszysz po stracie, jest kruche,
jak ledwie zamarznięty lód. Wszystko przypomina. Nawet jeśli nie
powinno.
- Alek miał tylko trzynaście lat. Zostaw ją. Wiem, że chcesz dobrze,
chcesz pomóc. Ale zostaw ją.
Wychodzę. Najpierw podaję każdemu jego porcję i zamykam za sobą drzwi
przedziału. Nie mogę inaczej. Chcę zapamiętać twarz matki, która
straciła dziecko. Rok młodsze od mojego syna.
Obok mama z małym chłopcem w czerwonej bluzie wyciąga rękę po jedzenie.
Synek tuli małego, łaciatego psa. Pytam, jak się wabi.
- Lusia - odpowiada. - Zabierzesz nas teraz do mojego taty?
Nie spodziewałam się takiego pytania.
- Gdzie jest tata? - Schylam się, żeby spojrzeć chłopcu w oczy.
- Kolka - strofuje go mama - przestań już. Nie zaczepiaj pani.
- Tata musiał zostać, w Odessie, nad morzem, on będzie teraz żołnierzem,
będzie miał taki mundur, wiesz? Pokazywał mi. I pistolet. Będzie
walczyć. Tłumaczył mi wszystko w domu. Mówił, że musi zostać, żebym ja
mógł wrócić z mamą i babcią. Ja chcę wrócić do domu. Tata obiecał, że
się jeszcze zobaczymy. My pojedziemy do Odessy? - Kola patrzy błagalnym
wzrokiem na mamę. Próbuje otrzeć łezki. Drży mu broda.
Odessa. Morze Czarne. Filharmonia, opera, Schody Potiomkinowskie, Pałac
Woroncowa. Teraz pod rosyjskimi bombami. Kilka dni temu zginął chłopiec
niewiele starszy od Koli. Nikt nie wie, jak wiele dzieci straciło życie.
Statystyki ukraińskiego rzecznika praw obywatelskich mówią, że około
ośmiuset. To stan na koniec sierpnia. Ponure liczby. Za każdą - czyjś
ból, skowyt, czyjś koniec świata. W Ołeksandriwce, wsi na południu kraju
zmarł trzyletni chłopiec zgwałcony przez rosyjskich żołnierzy.
Trzymiesięczna dziewczynka była gwałcona łyżeczką do herbaty. Wszystkie
narządy zostały porozrywane. Lekarze byli bezsilni. Kiedy w Davos,
podczas Światowego Forum Ekonomicznego, Ludmyła Denisowa, ówczesna
ukraińska rzeczniczka praw człowieka, mówiła o wojennych zbrodniach - w sali panowała cisza. Wkrótce po tym Denisowa straciła stanowisko. Rada
Najwyższa Ukrainy uznała, że zbyt drastycznie opisuje to, co robią
Rosjanie na okupowanych terenach.
- Kiedyś tak, kiedyś wrócimy do Odessy, ale jeszcze nie teraz, Kolka,
nie teraz.
Gdyby można było zetrzeć strach z oczu tego dziecka. Zawołać jego tatę.
Odbudować dom. Cofnąć czas.
- Pani, jak popaść w Poznań? - pyta kobieta z końca wagonu.
Zagubienie. Strach. Nieznane. Bezpieczna, ale przecież całkiem obca
ziemia.
- Zobacz, mam tylko to. - Pokazuje małą, płócienną torebkę. W środku
ślubne zdjęcie w ramce, mały złoty świecznik i coś, co wygląda, jak
chusta w kwiaty. Cały dobytek.
- Jak były syreny, zdążyłam wziąć tylko to. Kazali schować się w schronie i nie pozwolili wejść na górę. Siedzieliśmy tak tydzień. Mieli
my tylko dwie latarki i baterie szybko się skończyły. Ciemno było i zimno. Sąsiadki wzięły trochę jedzenia, ktoś miał słoiki w piwnicy i jakoś my przetrwali. Tam, w Awdijiwce, wszystko zostało, pani... Wszystko.
Życie całe. Mnie teraz siedemdziesiąt cztery lata. I mam życie na nowo
zaczynać? Hospodi... Jak przyjechali po nas, ci z wolontariatu, żeby
zabrać na dworzec, też nie pozwolili nic spakować. Wyszłam, jak stałam,
tylko z tym woreczkiem. Ot, na co przyszło. Płakałam, żeby choć kilka
rzeczy pozwolili zabrać. Nie i nie. Czasu nie stało.
Uderza spokój. Cisza. Wiem, że są głodni, nieludzko głodni. Spragnieni.
- Połóż tutaj. - Kobieta przy oknie pokazuje ręką na walizkę, którą
trzyma obok kolan.
Tak robię. Ostrożnie kładę pudełko z jedzeniem tam, gdzie wskazała.
- Nie gniewaj się, nie chcę, żebyś do mnie podchodziła.
- Jest pani chora? - pytam. - Potrzeba lekarza?
- Nie. Nie chcę tylko, żebyś poczuła. Proszę... Nie mogę znieść swojego
zapachu. Czy to dworzec? Czy jest tu łazienka? Myślisz, że za ile będzie
można wyjść?
Podróż jak z koszmarnego snu. Kto ma wyobrażenie, jak wyglądały wagony w latach 60., 70., będzie wiedział. Równanie grozy.
Do ciasnoty, zmęczenia i zapchanych toalet dodaj jeszcze strach i wojnę.
Czy da się oszacować poziom upokorzenia? Wiem, że są chwile, gdy da się
je kroić, jak nożem. Tak jak teraz. Nie mogę kłamać. Udręka ma bardzo
przykry, kwaśny zapach.
- Dobrze, że dojechaliśmy. Dobrze. - Ulga na twarzy kobiety z kraciastą
torbą. - Będzie można umyć ręce, pójść do toalety i nie stać w kolejce.
Wiesz, przez trzy ostatnie dni czynne były tylko dwie. Na cały pociąg.
Matki zakazywały dzieciom dużo pić. Potem i picia brakowało.
Zaczynają wysiadać. Ostrożnie. Pierwszy krok jest jak skok w przepaść.
Kobieta z trzyletnią dziewczynką podaje wózek stojącemu na peronie
policjantowi. Złożona spacerówka. Brakuje precyzji. Wózek pada na beton,
szmaciana lalka i butelka z mlekiem zaliczają zderzenie z twardą
nawierzchnią. Wystarczy, żeby dziewczynka zaniosła się płaczem. Trudno
zrozumieć słowa. Mama przeprasza policjanta. Próbuje besztać małą.
- Ola, przestań, nic się nie stało. Dostaniesz zaraz mleko. Tani nic nie
jest. Zobacz.
Drugi policjant podchodzi, podnosi lalkę.
- Twoja lalka nazywa się Tania? Zobacz, jest cała. Tylko się trochę
przestraszyła. Rozumiesz mnie? Nawet się nie ubrudziła. Jest cała i zdrowa. Nie płacz. Lubisz wafelki?
Mała nie do końca pojmuje. Dopiero widok lalki i ciastek w wyciągniętej
ręce dużego faceta w mundurze trochę łagodzi sytuację. Płacz cichnie.
Ale do uśmiechu daleko.
- Dasz mi rękę? Jak masz na imię?
Żadnej reakcji. Dziewczynka patrzy na mamę, jakby pytała o zgodę. I -
mimo skinienia głową - mocniej łapie za kawałek spódnicy. Wtula głowę w fałdy.
Co przeżyło to dziecko? Co widziało? Co zapamięta? "Hitler stworzył
piekło w całej Polsce, ale jeszcze większe stworzył Żydom. A największe
było to zgotowane dzieciom, tym najbardziej bezbronnym istotom" - słowa
Ireny Sendlerowej z radiowego wywiadu brzmią, jakby powiedziane wczoraj.
Wystarczy zmienić nazwisko oprawcy i narodowość ofiar. Dzieci zawsze
cierpią najbardziej.
Obaj policjanci składają wózek. Ktoś podaje walizki z pociągu. Jedna
duża, szmaciana, widać, że ledwie dopięta, pęka w szwach. Druga mała,
jak na pokład samolotu. Jeszcze płócienna torba z pękniętym zamkiem.
Dopiero teraz widzę, że mała ma przy sobie plecak. Wkłada do niego
lalkę, ostrożnie, jakby bała się uszkodzić. Wafelki oddaje mamie.
- Macie transport? - pyta ktoś z wolontariuszy.
- Nie, ale my chcemy blisko, tylko do Hrubieszowa, do tego dużego
punktu, tam po nas przyjedzie moja siostra. Ona mieszka w Warszawie.
- Zawiozę was - proponuję. Kobieta patrzy na mnie niepewnie. Strach.
Wiele opowieści o porwaniach, nieuczciwych przewoźnikach, naciągaczach.
Pokazuję jej plakietkę wolontariusza i dowód osobisty. Podaję
policjantowi do spisania. Czy to gwarancja spokoju? Dla tej kobiety
najwyraźniej tak. Ina. Ma na imię Ina.
Córeczka od razu zasypia w samochodzie na kolanach mamy. Ina zaczyna
mówić. Powoli, z rozmysłem. O rodzicach, którzy nie chcieli wyjechać z Mikołajewa. Nie ma z nimi kontaktu, a tam Ruscy już na każdym kroku. Nie
wie, co z nimi. Czy ich zobaczy? Co z Ihorem? Mąż dostał powołanie na
początku marca.
- Chciałam podrzeć ten papier, wiesz? Rozerwać na kawałki, jak ten drań
rozdziera na kawałki mój kraj. Ihor nie pozwolił. Pakował plecak i płakał. Pierwszy raz widziałam, jego łzy. Potem jeszcze, jak się żegnał
z Tanią. Cały nasz ostatni wieczór. A jak rano nasza córeczka położyła
mu rączki na ramionach i powiedziała: "Kocham cię, papa, wracaj szybko"
- rozpadł się.
Ina też się rozpada. Płacz budzi Tanię. Ale mamy na szczęście potrafią
coś, czego nie umie nikt inny. Znają niezwykłą sztuczkę chowania smutku
i łykania łez. Byle nie przerazić dzieci. Nie zburzyć ich świata. Nie
zrujnować wiary, że mama jest jak skała i można się o nią oprzeć. W każdej sytuacji. Tak, psychologowie mówią, żeby nie tłumić emocji. Że
dzieci powinny widzieć i wiedzieć, jak je okazywać. I że rodzice to
bezcenny przykład. Zgoda. Ale akurat te dzieci strachu, smutku i łez
mają aż nadto.
Przyjeżdżamy na parking przy HOSiR.
- To ona! - Inka łapie mnie za rękę. Nie kontroluje uścisku.
Dawno nie widziałam takiego powitania. Siostry wpadają sobie w ramiona.
Jedna podnosi drugą. Płaczą i śmieją się na zmianę. Trwa to w nieskończoność. Tania dołącza do nich. Podnoszą dziewczynkę wysoko jak
piórko.
- Taniulka, jesteście. Inka moja kochana!
Ależ one są do siebie podobne. Gdybym nawet nie wiedziała, że wysoka
kobieta z parkingu jest siostrą Inki - poznałabym ją po kasztanowych
włosach i dołeczku w lewym policzku. Wszystkie go mają. Mała też.
Zostawiam tę radość. To ich czas. Są szczęśliwe i bezpieczne.
Przynajmniej one. Przebłysk słońca w bezmiarze krzywdy. Jeszcze jedna
lekcja o ważności rzeczy i spraw. Wojna porządkuje i układa. Porządkuje
priorytety. Proszę, nie wyrywajcie tego zdania z kontekstu.
Wracam na dworzec. Pociąg wciąż stoi. Kłębiący się tłum przy wejściu do
ostatniego wagonu. Jak z wojennej kroniki o ucieczkach, przesiedleniach
albo transportach. Oni jadą dalej, w stronę niemieckiej granicy. Przy
torach, na walizkach siedzi kobieta. Obok niej - kilkuletni chłopiec.
Pytam, jak mogę pomóc. Nie odzywa się. Jak zamrożona. Ponawiam pytanie.
Siadam przy niej.
- Popatrz na mnie - proszę.
Zasłania twarz. Jedną ręką przygarnia chłopca. Jeśli ktoś chciałby
namalować bezsilność - obraz miałby rysy tej kobiety.
Łapię wzrok Teresy po drugiej stronie szyby. To nie jest czas na
rozmowę. Ani z nią, ani ze starszą panią z Awdijiwki. Umawiamy się w biurze Teresy. Starostwo dzieli kilka kroków od cerkwi i urzędu miasta.
Urok małych ojczyzn, w których wszędzie jest blisko.
- Dwudziestego czwartego lutego obudził mnie mąż. Było wcześnie rano. On
wstaje do pracy w miejskiej służbie drogowej o czwartej. Chyba jako
jeden z pierwszych wiedział, że Putin napadł na Ukrainę. Struchlałam.
Niby rozumiałam, co do mnie mówi, rozumiałam pojedyncze słowa. Tylko
żadne z nich nie składało się w sensowną całość. Jak to wojna? Najpierw
był strach. On paraliżował. A zaraz potem przyszła myśl, co robić? Ona
mobilizowała. Wiedziałam, że exodus jest tylko kwestią czasu, że ludzie
ruszą w naszą stronę. Nie, to mnie nie przerażało. Znacznie bardziej
przejmowała obawa, co dalej. Czy wojna zatrzyma się na Bugu, czy ten
kremlowski drań sięgnie po więcej, po nas? Galopada myśli. Moich troje
dzieci, mąż, dobytek, zwierzęta. Dwa duże psy, trzy koty. Dom, rodzina,
bliscy, przyjaciele. Czy to moment, żeby myśleć o pakowaniu
najpotrzebniejszych rzeczy? Wiem, że jesteśmy w NATO i Unii, mamy
gwarancję, traktaty. Ale przecież jeszcze kilka godzin wcześniej
wydawało się niemożliwe, żeby jeden człowiek zmienił wszystko. W jednej
chwili zniknęły spokój i poczucie bezpieczeństwa. Wszystko, co znaliśmy,
w czym żyliśmy od lat, straciło sens. Pierwsze dni były straszne. Chaos,
niepewność, milion lęków. Wojna. Tyle lat powtarzaliśmy "nigdy więcej!",
a tu, proszę, wydarzyła się. Na wyciągnięcie ręki. Jeszcze jedno. Wołyń.
Tak, przeszło mi przez myśl: jak zachowają się ludzie. To bolesny
kawałek historii i wiele rodzin tu, na pograniczu jest nią naznaczonych.
Mój ojciec urodził się na dawnych kresach i w tysiąc dziewięćset
czterdziestym czwartym roku musiał z rodziną uciekać z domu, bo
sąsiedzi, ci, których spotykał każdego dnia, zamienili się w śmiertelnych wrogów. Z ich rąk zginęli mój dziadek, ojciec taty, i trzech jego braci. Z rodziny ocaleli tylko tata, jego siostra i babcia.
Im udało się uciec. Wiele jest tu takich opowieści. I ogromnie się
cieszę, że zostały tam, gdzie ich miejsce. Przez cały ten czas nie
usłyszałam słowa o rzezi i nacjonalistach. A wcale nie musiało tak być.
Wojna wyzwala w ludziach pokłady dobra i draństwa. Dobro szczęśliwie
zwyciężało. Ale został strach, czy jeśli mój tata uciekał zza Buga, mnie
nie przyjdzie uciekać sprzed Buga... W krytycznych sytuacjach są dwa
rozwiązania, dwie drogi. Można struchleć ze strachu albo zacząć działać.
Postanowiłam to drugie. Wkręciłam w to moje dziewczyny z Koła Gospodyń
Wiejskich w Dziekanowie. Zresztą gdyby nie ja, wkręciłyby się same.
Mobilizacja ludzi na pograniczu od samego początku była nadzwyczajna.
Nikt nie pytał, kto za co zapłaci, tylko że potrzeba i bez dyskusji.
Zaczęli zjeżdżać z różnych stron. Moja bratowa Basia, nauczycielka
niemieckiego w technikum we Wrocławiu, ze swoim uczniem,
siedemnastoletnim Dimą. Dima jest Ukraińcem od lat mieszkającym w Polsce, nad wiek dojrzałym. Pracowali oboje w punkcie recepcyjnym w szkole rolniczej. Uczniowie poszli na zdalne nauczanie, w salach
lekcyjnych rozstawiliśmy łóżka polowe. Szkolna kuchnia zamieniła się w kuchnię dla uciekinierów wojennych. Pracowała pełną parą. Dziewczyny
gotowały ciepłe posiłki, robiły kanapki, żeby można było podać
następnym, którzy wysiądą na LHS-ie. Dima dzielnie tłumaczył. Był cztery
dni, na tyle dostał zwolnienie ze szkoły. Wyjeżdżał spełniony i w jakimś
sensie szczęśliwy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki