To nie kraj, to ludzie - Joanna Racewicz

Kup ebooka

47.90 zł
39.98 zł (39,68 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Do 24 lutego 2022 roku my, Polacy, nie myśle­li­śmy o sobie zbyt dobrze. To nasza "naro­dowa" cecha. Nie umiemy doce­nić tego, co mamy, co zbu­do­wa­li­śmy, co osią­gnę­li­śmy, jak jeste­śmy silni, wytrwali, pra­co­wici i nie­złomni. Sygnał o tym, jacy jeste­śmy wspa­niali, musi przyjść z zewnątrz. Dopiero wtedy jeste­śmy w sta­nie, choć nie bez podejrz­li­wo­ści, w to uwie­rzyć. Nasza, pol­ska siła nie opiera się na kształ­to­wa­nej przez bała­mut­nych poli­ty­ków idei "wsta­wa­nia z kolan", nie jest uro­je­niem zakom­plek­sio­nych osił­ków scho­wa­nych za bru­natną, neo­fa­szy­stow­ską fasadą, nie wyraża się przez pseu­do­ki­bi­cow­ską kse­no­fo­bię i zaścian­ko­wość. Nasza, pol­ska, spo­łeczna siła - co udo­wod­ni­li­śmy wio­sną 2022 roku - opiera się na wraż­li­wo­ści, na nie­zgo­dzie na nie­spra­wie­dli­wość oraz na nie­sie­niu pomocy tym, któ­rzy tego naj­bar­dziej potrze­bują.

Kilka tygo­dni po wybu­chu wojny w Ukra­inie, kiedy pomo­gli­śmy kilku milio­nom uchodź­ców - głów­nie kobie­tom i dzie­ciom - któ­rzy w amoku, stra­chu i nie­pew­no­ści pako­wali swoje życie w dwie walizki i ucie­kali na zachód, do Pol­ski, dotarło do nas, co mówi "świat". A świat nas chwa­lił, zachwy­cał się nami. Zachodni, wygodny, syty, odgro­dzony men­tal­nie i fizycz­nie od ofiar wojny świat nie mógł się nadzi­wić, że przy­ję­li­śmy do sie­bie tyle ucie­ki­nie­rek i ucie­ki­nie­rów. Pytał, gdzie są nasze obozy dla uchodź­ców? Nie mógł wyjść z podziwu dla naszego ogól­no­na­ro­do­wego zaan­ga­żo­wa­nia i róż­no­rod­no­ści pomocy. I wtedy dotarło do nas - zmę­czo­nych, utru­dzo­nych poma­ga­niem, zalęk­nio­nych nie­pewną przy­szło­ścią, wydre­no­wa­nych z emo­cji i tęsk­nią­cych za snem i spo­ko­jem - milio­nów Polek i Pola­ków, że ktoś nas chwali, kom­ple­men­tuje za to, co wyda­wało nam się nor­malne, co było czy­stym odru­chem serca. Odru­chem, w któ­rym nie było czasu na myśle­nie o kon­se­kwen­cjach. Dzięki tym pocho­dzą­cym z zewnątrz pane­gi­ry­kom choć na chwilę uwie­rzy­li­śmy w to, że my, Polacy jeste­śmy nie­sa­mo­wici.

Na tę glo­ry­fi­ku­jącą nas falę od razu wsko­czyli popu­li­styczni poli­tycy, któ­rzy w sytu­acji naj­więk­szej potrzeby, kiedy każda para rąk była na wagę złota, nie wyściu­bili nosa ze swo­ich pała­ców i strze­żo­nych willi. Wyle­wali kro­ko­dyle łzy, foto­gra­fo­wali się z moż­nymi świata i mówili: "Pol­ska zdała egza­min. Pol­ska pomo­gła. Pol­ska ura­to­wała". I mówiąc "Pol­ska", mieli na myśli głów­nie sie­bie. Mówiąc "Pol­ska", zapo­mi­nali o tym, że to nie rząd, nie cen­tralne insty­tu­cje, a Polki i Polacy - sami, skrzy­ku­jący się dzięki por­ta­lom spo­łecz­no­ścio­wym - uczy­nili to piękno. To nie rząd, a Polki i Polacy robili i roz­da­wali setki tysięcy kana­pek przy­jeż­dża­ją­cym do Pol­ski uchodź­com, przyj­mo­wali ich do wła­snych domów, szu­kali pracy, poma­gali w urzę­dach, znaj­do­wali lekar­stwa, opła­cali trans­port, orga­ni­zo­wali zbiórki pie­nię­dzy i darów. Zro­bi­li­śmy to nie dzięki rzą­dowi, ale w pierw­szych tygo­dniach nawet wbrew niemu.

Kiedy 24 lutego 2022 roku wystar­to­wa­li­śmy w tym mor­der­czym biegu, nie spo­dzie­wa­li­śmy się, że będzie to mara­ton, a nawet ultramara­ton. Więk­szość z nas była przy­go­to­wana tylko na sprint. Poma­ga­li­śmy, jak mogli­śmy, na tyle, na ile było nas stać.

Wła­snymi siłami zaże­gna­li­śmy jeden z naj­więk­szych kry­zy­sów migra­cyj­nych w naj­now­szych dzie­jach Europy. Poka­za­li­śmy, w jak wspa­niały spo­sób jeste­śmy w sta­nie zjed­no­czyć się w słusz­nej spra­wie. Jak mądrze potra­fimy poma­gać i zmie­niać świat.

Warto byłoby, żeby­śmy - w chwi­lach zwąt­pie­nia, poli­tycz­nej próby, pogłę­bia­ją­cych się podzia­łów ide­olo­gicz­nych - pamię­tali o tym, jak nie­sa­mo­wi­tym jeste­śmy spo­łe­czeń­stwem i że zjed­no­czeni możemy prze­no­sić góry.

Świat będzie o tym pamię­tał bar­dzo długo. Pamię­tajmy i my, bo "nasz naród jak lawa".

Tomasz Sobie­raj­ski

Łóżko obok łóżka. Jak w woj­sku. Rzędy i sze­regi. Od okien do try­bun. Od jed­nej bramki do dru­giej. Hala Hru­bie­szow­skiego Ośrodka Sportu i Rekre­acji wypeł­niona po brzegi. Polówki stoją nawet na miej­scach dla kibi­ców. Tłok. Teraz na pewno jest tu wię­cej niż pół tysiąca ludzi. W miej­scu, które ni­gdy nie było prze­wi­dziane na gigan­tyczne przy­tu­li­sko dla wojen­nych ucie­ki­nie­rów.

Pod ścianą na polo­wym łóżku sie­dzi chło­piec. Ma jakieś jede­na­ście, może dwa­na­ście lat. Ciemne włosy, szara bluza z kap­tu­rem. Wygląda, jak zwy­kły nasto­la­tek. Jest sam. Rysuje. Prze­cho­dzę obok, spo­glą­dam mu przez ramię. Dom. Spa­dzi­sty dach, okna z firan­kami, na para­pe­tach chyba doniczki z kwia­tami. Drzwi, klamka. Dróżka, przy niej płot i kot na pło­cie. Dym z komina. Kilka moc­nych ruchów dło­nią, raz koło razu. Krzyż. Nary­so­wał krzyż tuż obok domu. Przy­sia­dam przy nim.

- Masz ochotę na coś do picia? - pytam.

Uśmie­cha się nie­śmiało. Upew­niam się, czy mnie rozu­mie. Kiwa głową. Dookoła nikogo doro­słego. Zasta­na­wiam się, gdzie jego mama? Nie pytam. Nie jestem pewna, czy chce roz­ma­wiać. Czy ktoś mu towa­rzy­szy? Tak, jest z bab­cią. Poszła spraw­dzić, jak mogą się dostać do Ber­lina. Tam mieszka jego cio­cia, sio­stra mamy. Przy sło­wie "mama" chłopcu szklą się oczy. Uważne, smutne, nad wiek doj­rzałe. Odwraca głowę, rękaw wędruje w oko­lice twa­rzy. Długa cisza. Cze­kam. Mogę mu teraz tylko towa­rzy­szyć.

Trza­skają drzwi. Chło­pak w sekundę zwija się w kłę­bek, kur­czowo łapie mnie za rękę. Kredki roz­sy­pują się po pod­ło­dze. Tur­lają we wszyst­kie strony.

- Spo­koj­nie. To drzwi, tylko drzwi. Ktoś zamknął je za mocno, to przez nie­uwagę i prze­ciąg. Już dobrze.

Co się mówi dziecku, które ucie­kło przed wojną i boi się każ­dego gwał­tow­nego odgłosu? Mija chwila, zanim uścisk osłab­nie. Chło­pak pro­stuje plecy, łapie oddech. Sta­ran­nie wygła­dza zmięty rysu­nek.

- Jestem Anton - mówi. - Anton z Żyto­mie­rza.

Wraca bab­cia. Drobna, szczu­pła, w żół­tym bez­rę­kaw­niku. Zmę­czona dłoń, szczu­płe, spra­co­wane dło­nie. Ciężko siada na łóżku obok.

- Polaki dla nas takie dobre. - Podaje mi przy­nie­sioną w papie­ro­wym kubku her­batę . Miłe. Prze­cież nie miała poję­cia, że przy posła­niu poza Anto­nem będzie ktoś jesz­cze.

- Już piłam, dzię­kuję. Może Anton ma ochotę?

"Żyto­mierz" - odtwa­rzam w myślach mapę i ostat­nie donie­sie­nia z wojny. Kilka dni temu, na początku marca, mia­sto było bom­bar­do­wane. Rakiety spa­dły na bazę lot­ni­czą, szpi­tal i kilka domów. Zgi­nęły cztery osoby, wśród ofiar było dziecko.

- Tata Antona poszedł do armii. Dostał powo­ła­nie na samym początku. Nawet gdyby nie dostał i tak by poszedł. - Cichy głos star­szej pani wyrywa mnie z odrę­twie­nia. - Bar­dzo pła­kał, gdy - to było jesz­cze w lutym - cho­wali synka Sier­hieja, kolegi z pracy. Rodzice nie powinni cho­wać dzieci. Dzieci, takie małe, nie powinny grze­bać rodzi­ców.

Słowa znów grzę­zną w gar­dle. To nie koniec tej histo­rii.

- Sie­dzie­li­śmy we troje z Leną w piw­nicy u sąsia­dów. Oni wyje­chali, oddali nam klu­cze. Każ­dego dnia dołą­czali kolejni ludzie. Była młoda dziew­czyna z malutką córeczką. Mała miała może kilka mie­sięcy. Taka była grzeczna, spo­kojna. Cały czas spała. Nawet alarm jej nie budził. Tylko ta jej mama cią­gle cho­wała się w kąt i pła­kała. Nic nie chciała mówić, tylko pła­kała. Lena chciała jej pomóc, poroz­ma­wiać. Nie chciała. Któ­re­goś dnia zapy­tała, czy ktoś ma jakieś jedze­nie dla nie­mow­ląt, bo jej się skoń­czyło. Skąd jedze­nie dla nie­mow­ląt w schro­nie? Lena powie­działa: "Ja pójdę, przy­niosę. Wiem, gdzie jest otwarty sklep". Zabili ją. Ni­gdy się nie dowiemy jak. Mówią, że odła­mek rakiety. Nie wiem. Moja córeczka nie żyje.

Anton wtula się w bab­cine kolana. Mocno, aż bie­leją kostki na dłoni. Star­sza pani sie­dzi bez ruchu, jak kamienny posąg.

- Polaki dla nas takie dobre - powta­rza za bab­cią Anton. Dzie­cinny gło­sik, stłu­miony, jesz­cze przed muta­cją. Bar­dziej domy­ślam się wypo­wia­da­nych słów, niż je sły­szę.

Chwila, kiedy zatrzy­muje się czas. Żadne słowo nie prze­cho­dzi przez gar­dło. Sie­dzi przede mną matka, która stra­ciła córkę. Syn, któ­remu zabrano mamę. Dziecko ogra­bione z domu, rodziny, bez­pie­czeń­stwa, rado­ści. Z poczu­cia bez­pie­czeń­stwa, mami­nych uści­sków i ojcow­skich poła­ja­nek. Zabrano mu dzie­ciń­stwo, szkolną ławkę, kole­gów, spo­tka­nia na podwórku. Sie­dzi przede mną dziecko, któ­remu zafun­do­wano kosz­mar. Ale nie wiem jesz­cze wszyst­kiego.

- Cho­wa­li­śmy Lenę na podwórku, w nocy, zaraz przed drogą. - Bab­cia Antona poka­zuje zdję­cie w tele­fo­nie. Led­wie widać zarys kamie­nicy, grupka ciem­nych postaci. Tylko krzyż odbija się wyraź­niej na tle jaśniej­szej ściany. Drew­niany, zbity z dwóch desek. Taki nary­so­wał Anton. Takie sta­wiano w War­sza­wie, kiedy trzeba było szybko grze­bać ofiary Powsta­nia. - Zie­mia była twarda jak skała. A ja kopa­łam grób dla mojej Leny.

Wciąż nie mogę w to uwie­rzyć. Jakby to był zły film, kosz­mar i zaraz się zbu­dzimy. Anton poma­gał ubie­rać mamę. Sam chciał. Bar­dzo pro­sił. Mówił, że tak się chce z nią poże­gnać. Mie­li­śmy w schro­nie tylko parę jej rze­czy. Nie było w czym wybie­rać. Dali­śmy Leniu­szy zie­loną sukienkę w kwiaty. Lubiła ją. Była w niej na uro­dzi­nach Antonka. Tych ostat­nich, na któ­rych był tata i tort. Pamię­tasz?

Bab­cia mocno przy­tula wnuka. Drob­nymi ramion­kami wstrząsa szloch. Krótki oddech. Chło­piec z tru­dem łapie powie­trze. Tulę go mocno, nie­wiele młod­szego od mojego synka. Nie spo­sób zebrać myśli.

- Pomóc? - Mocny męski głos. - Mogę pomóc? - pyta jesz­cze raz.

Star­sza pani uśmie­cha się led­wie dostrze­gal­nie.

- Znam tego czło­wieka - mówi w moją stronę - Marek, to on nas tu przy­wiózł.

Wysoki, postawny młody czło­wiek w mun­du­rze stra­żaka z naszywką OSP Kowa­lewko. Pogodna twarz, jasne oczy, kil­ku­dniowy zarost. W gór­nej kie­szeni bluzy kilka liza­ków. Wyciąga dwa, daje Anto­nowi. Męskim gestem dotyka ramie­nia. Domy­ślam się, że te sło­dy­cze mają szcze­gólne zna­cze­nie.

- Marek. - Uścisk nie­mal miaż­dży mi rękę. Pro­szę o roz­mowę. Chyba jest zasko­czony.

- Ze mną? - pyta. - O czym?

- O podróży do Żyto­mie­rza. Na począ­tek.

To była wtedy linia frontu. Marek uśmie­cha się nie­pew­nie. Nie wygląda na wylew­nego. Sia­damy na try­bu­nach z wido­kiem na morze ludzi. Tłum wygnań­ców. Za oknem zapar­ko­wany stary auto­bus. Auto­san. Nie do zdar­cia. Pol­ska kon­struk­cja, dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nia. Stra­żacy z Kowa­lewka dostali go od kole­gów ze służby wię­zien­nej w Wej­he­ro­wie. Jeź­dził w szkole kade­tów na ćwi­cze­nia, teraz służy do rato­wa­nia życia. Nie, nie jest pan­cerny. Nie ma wzmoc­nio­nych szyb. Z przodu pęk­nię­cie. Spora rysa. Ślad po odłamku.

Z Żyto­mie­rza - poza Anto­nem i bab­cią i trzy­dzie­ścior­giem uchodź­ców - jechało jesz­cze dwóch ukra­iń­skich żoł­nie­rzy. Byli powo­łani w pierw­szych dniach wojny do obrony Kijowa. Obaj ciężko ranni. Tra­fili do szpi­tala, bez kon­taktu ze świa­tem, bez tele­fo­nów komór­ko­wych. Rodziny dawno temu dostały wia­do­mość, że pole­gli. I wła­śnie się zna­leźli. Mie­siąc póź­niej. Chcą wra­cać do domów, do Wło­dzi­mie­rza. Wsia­dają do pol­skiego auto­busu i opo­wia­dają histo­rię wartą filmu.

- Wiesz, czego mi szkoda? Że nie zoba­czę twa­rzy ich bli­skich, gdy staną w progu. Cud zmar­twych­wsta­nia.

Dla­czego jeź­dzi tam, gdzie świsz­czą poci­ski? W imię zasady: "Bogu na chwałę, ludziom na ratu­nek". To słowa ze stra­żac­kiej przy­sięgi . Zło­żył ją pięć lat temu. Od pię­ciu jest jej wierny. Teraz też nie zasta­na­wia się - działa. Nie jeź­dzi sam, ma kole­gów z jed­nostki, choć przy­znaje, że dalej - do Irpie­nia, Buczy i Char­kowa, i Mariu­pola - wybiera się bez ich towa­rzy­stwa. To jego trasa. Trzeba było tylko szybko uak­tu­al­nić pasz­port. Długo nie był potrzebny. Urząd woje­wódzki w Byd­gosz­czy się posta­rał. Cztery dni wystar­czyły na for­mal­no­ści.

Marek Koń­czew­ski, stra­żak, ratow­nik medyczny:

- Nie wie­rzy­łem, że wojna wybuch­nie. Tak, sły­sza­łem o kon­cen­tra­cji wojsk rosyj­skich przy gra­nicy, o manew­rach i poli­go­nach, ale jak chyba więk­szość byłem prze­ko­nany, że to tylko próba sił, blef gościa, który chce zostać carem, ale ni­gdy się do tego nie posu­nie. Aż tu przy­cho­dzi dwu­dzie­sty czwarty lutego, czwar­tek. Szok. Pierw­sza myśl? Zawsze lubi­łem czy­tać o woj­nie. Wspo­mnie­nia boha­te­rów, opisy bitew i stra­te­gii. W histo­rycz­nych książ­kach. Ale nie na bie­żąco, w inter­ne­cie. Kom­pletny absurd. Nie mogłem się z tym zgo­dzić. Nie mie­ściło mi się w gło­wie. Byłem prze­ko­nany, że ruscy roz­jadą Ukra­inę w dwa, trzy dni, a tu nie­spo­dzianka. Za nami tydzień za tygo­dniem, a Ukra­ina wal­czy. Decy­zja o przy­jeź­dzie na gra­nicę zapa­dła bar­dzo szybko. Co mie­li­śmy do roboty w swoim powie­cie nakiel­skim? Sie­dzieć na tyłku i cze­kać na "alarm dla jed­nostki"? Można, ale nasz komen­dant, były żoł­nierz GROM-u, uznał, że tu jeste­śmy bar­dziej potrzebni. I miał rację. Naj­pierw przy­je­cha­łem sam jako ratow­nik. Dwu­dzie­stego siód­mego lutego byłem na gra­nicy. I to był kosz­mar. Nie dzia­łało nic poza ludz­kimi odru­chami. Ława ludzi po obu stro­nach szla­banu, kolejki po dzie­sięć kilo­me­trów. Nie­ludzki mróz. Szlag mnie tra­fiał. Cho­dzi­łem po gra­nicy, dwa­na­ście, osiem­na­ście godzin każ­dego dnia, z ple­cacz­kiem w moich fluo ciusz­kach, w czapce i ręka­wicz­kach od wolon­ta­riu­szy, bo wła­snych nie wzią­łem, i zasta­na­wia­łem się, gdzie, do cho­lery, jest pań­stwo? Gdzie kraj, ci faceci w roz­pię­tych koszu­lach, któ­rzy wystę­po­wali na okrą­gło w tele­wi­zji i mówili, że "rząd robi wszystko, żeby pomóc". Komu, pytam? Byłem tam i żad­nej pomocy nie widzia­łem. Widzia­łem za to ludzi z odmro­żo­nymi sto­pami i rękami, któ­rym trzeba było udzie­lać pomocy pod gołym nie­bem. Dosłow­nie. Wtedy nie było namio­tów. Nie było nawet pro­wi­zo­rycz­nych wiat. Spró­buj oczy­ścić rany po odmro­że­niu, głę­bo­kie, pra­wie do kości i zało­żyć opa­tru­nek przy zaci­na­ją­cym śniegu, na wie­trze, pod kępą zaro­śli. Nie było innego schro­nie­nia. Hre­benne było w tam­tych dniach wiel­kim poli­go­nem prze­trwa­nia. Gdyby nie ludzie, byłaby tra­ge­dia. Musia­ła­byś mówić o ofia­rach kole­jek na pol­sko-ukra­iń­skich przej­ściach, a nie ofia­rach ostrza­łów i bom­bar­do­wań. Udało się na szczę­ście oczy­ścić stopy temu chło­pa­kowi, posma­ro­wać, czym trzeba, owi­nąć dokład­nie. Jego buty były całe mokre, zdarte, widać, że prze­szedł w nich kawał drogi. Któ­ryś z kole­gów z miej­sco­wej straży pobiegł do domu. Miał podobny roz­miar, przy­niósł wła­sne. Tak to dzia­łało. W życiu nie widzia­łem takiego czynu spo­łecz­nego. Nie było dyry­genta, sztabu, jakie­goś kie­row­nic­twa. Wystar­czyło powie­dzieć: "Idzie matka z nie­mow­lę­ciem", a już ktoś leciał do domu i grzał kaszkę, żeby dać coś cie­płego. Ktoś biegł z okry­ciem, ktoś pytał, czy może pomóc ponieść malu­cha.

Spo­ty­ka­łem wolon­ta­riu­szy z każ­dego krańca Pol­ski, przy­jeż­dżali ze świata. Psia­krew, nawet mnie ści­snęło parę razy za gar­dło.

- Kiedy naj­moc­niej?

- Chyba wtedy, gdy star­sza pani z Char­kowa pode­szła do mnie i ze łzami w oczach powta­rzała: dia­kuju, dia­kuju, dia­kuju. Łamał się głos i jej, i mnie. Wtedy poczu­łem, że takie dia­kuju zna­czy dużo wię­cej. Podzię­ko­wa­nie od kogoś, komu naprawdę ratu­jesz życie, waży znacz­nie wię­cej niż takie, które sły­szysz, gdy komuś pomo­żesz zdjąć kota z dachu. Nie chcę try­wia­li­zo­wać. W sytu­acjach skraj­nych słowa zna­czą coś cał­kiem innego niż w codzien­nym życiu.

- Kiedy zaczą­łeś jeź­dzić w głąb Ukra­iny?

Gdy przy­je­cha­łem drugi raz, na początku marca. Z trzema kum­plami z jed­nostki. Spa­ko­wany w dwa ple­caki. W jed­nym sprzęt do ratow­nic­twa medycz­nego, w dru­gim moje rze­czy. Tak, zga­dłaś. Ten mniej­szy to moje oso­bi­ste graty. Ten więk­szy jest do pracy. Komen­dant dał nam auto­bus i kazał robić co trzeba.

Auto­bus w funk­cji domu na kół­kach. Na sie­dze­niach zaraz za kie­rowcą rze­czy­wi­ście leżą dwa ple­caki. W mniej­szym bluza, bie­li­zna, mała kosme­tyczka. Ma wystar­czyć na co naj­mniej dwa tygo­dnie. W więk­szym sterta ban­daży, pla­strów, wenflo­nów, leków. Bez­cenne na fron­cie. Jeste­śmy sami. Marek wciąż opo­wiada o kole­gach, ale w oko­licy nie widzę żad­nego.

- Wyje­chali kilka dni temu. Ja też cza­sem wra­cam do domu na kilka dni. Prze­pa­ko­wać się, prze­prać, zła­pać dystans. I wra­cam. Dla­czego sam? Nie wszy­scy decy­dują się zapusz­czać tam, gdzie strze­lają. Nie dziw się. Ktoś mnie już pytał, dla­czego ryzy­kuję. Mam pro­stą kal­ku­la­cję. Spójrz na mnie, nie mam rodziny, żony, dzieci. Nie­wiele ryzy­kuję. Za nikogo poza sobą nie odpo­wia­dam. Nikt za mną nie tęskni. W razie sku­chy nie skrzyw­dzę nikogo tak, jak­bym skrzyw­dził, będąc głową rodziny. Ja jeden i pięć­dzie­siąt miejsc w auto­bu­sie. Pięć­dzie­siąt ist­nień do oca­le­nia. Nie pro­wa­dzę jakiejś zaan­ga­żo­wa­nej buchal­te­rii, ale sza­cuję, że do tej pory mogłem przy­wieźć z Ukra­iny około tysiąca osób. To mój prze­licz­nik. Jeden do tysiąca. Tysiąc do jed­nego. Nie ma co sobie strzę­pić języka po próż­nicy. I żeby była jasność, to nie ma nic wspól­nego z potrzebą adre­na­liny w życiu. Ona wydziela się, jak by to powie­dzieć, przy oka­zji. Czy się boję? Pew­nie, że tak. Strach pomaga uni­kać głu­pich błę­dów. Gdyby coś się stało i tak było warto. Byle tylko salwę na koniec równo strze­lili.

Dystans i czarne poczu­cie humoru. Cały Marek.

- Pamię­tasz bom­bar­do­wa­nie bazy w Jawo­ro­wie?

Pora­nek, 13 marca. Rosyj­skie poci­ski spa­dają na poli­gon w Jawo­ro­wie i bazę woj­skową we wsi Sta­rzy­ska. W pro­stej linii nie­całe osiem­na­ście kilo­me­trów od gra­nicy w Medyce. Suk­ces Rosjan. Komu­ni­kat Kremla brzmiał: "W tych obiek­tach kijow­ski reżim roz­mie­ścił cen­trum szko­le­niowe i koor­dy­na­cyjne dla zagra­nicz­nych najem­ni­ków oraz maga­zyn broni i sprzętu woj­sko­wego pocho­dzą­cych z zagra­nicy. W wyniku ude­rze­nia uni­ce­stwiono do stu osiem­dzie­się­ciu zagra­nicz­nych najem­ni­ków oraz dużą par­tię zagra­nicz­nej broni".

Kijów potwier­dził śmierć trzy­dzie­stu pię­ciu ludzi, wyłącz­nie ukra­iń­skich żoł­nie­rzy.

- Byli­śmy wtedy bar­dzo bli­sko. Dzień wcze­śniej przy­je­cha­łem do Lwowa po grupę ludzi do ewa­ku­acji. Było wcze­śnie rano. Wyje­cha­li­śmy o świ­cie wła­śnie po to, żeby unik­nąć ostrzału, który naj­czę­ściej zaczy­nał się wie­czo­rem albo około połu­dnia. Wtedy pierw­szy raz poczu­łem, jak to jest, kiedy "trzę­sie się zie­mia". Musia­łem zatrzy­mać auto­bus, bo nie było wia­domo, z któ­rej strony lecą poci­ski i ile jesz­cze ich spad­nie. Ludzie krzy­czeli. Mia­łem auto­bus pełen ucie­ki­nie­rów, któ­rzy już nie chcieli sły­szeć wojny, a my byli­śmy bar­dzo bli­sko pie­kła. Może cztery kilo­me­try od tej bazy i poli­gonu. To nie był czas na dywa­ga­cje. Musia­łem jechać. Jedyna moja myśl wtedy brzmiała tak: "do rucho­mego celu jed­nak trud­niej się strzela". To pru­łem do przodu, pró­bu­jąc tylko omi­jać dziury w dro­dze i leje po bom­bach.

Albo Czer­ni­hów. Kilka dni póź­niej. Kawa­łek za Kijo­wem. Niby "tylko" sześć­set kilo­me­trów od gra­nicy, ale trzeba było jechać w jedną stronę ponad sie­dem­na­ście godzin. Ruscy pro­wa­dzili atak na sto­licę, pró­bo­wali okrą­żać mia­sto także od pół­nocy. Drogi były w ruinie, wiele z nich zami­no­wa­nych, o poru­sza­niu się po nich zapo­mnij. Trzeba było tele­pać się bokiem i objaz­dami. W Ukra­inie poję­cie "droga" jest względne. Teraz zde­cy­do­wa­nie względne. Mało bra­ko­wało, a wyle­ciał­bym w powie­trze. Omi­ja­łem wła­śnie potężną dziurę w dro­dze, trzeba było tro­chę zje­chać na pobo­cze. A tu mina. Leżała ot tak na asfal­cie. Duży, "wąsaty" kawa­łek żela­stwa. Omi­ną­łem z hono­rami, poma­lutku. Powia­do­mi­łem kogo trzeba. To dla­tego jazda potrafi tyle trwać. Musie­li­śmy zostać na noc w mie­ście, w schro­nie. Piw­nica w jed­nym z domów, która pew­nie od dawna już rato­wała ludzi. Na ścia­nach rysunki, na pod­ło­dze mate­race, koce, śpi­wory. Na szaf­kach pod ścia­nami tro­chę kon­serw, pokro­jony w pajdy chleb. Pozory życia w nie­nor­mal­nych cza­sach. W nocy kolejny nalot. Niech nikt mi nie mówi, że cho­dziło o cele woj­skowe. Piw­nica, w któ­rej sie­dzie­li­śmy, była na osie­dlu dom­ków jed­no­ro­dzin­nych. Rakiety waliły zaraz obok. Modli­łem się, żeby auto­bus oca­lał, bo bez niego cała akcja nie mia­łaby sensu. Tynk sypał się na głowę. Może to i naiwne, ale do tej pory myśla­łem, że takie sceny to tylko w fil­mach o woj­nie. A tu wszystko dzieje się naprawdę. To ani film, ani ćwi­cze­nia. Mia­łem umó­wio­nych ludzi do zabra­nia na rano. Zadzia­łali wolon­ta­riu­sze i koor­dy­na­to­rzy z obu stron gra­nicy. Znowu ludzie. Sieć, która powstała, bo była taka potrzeba. Prze­ra­żo­nych miesz­kań­ców Żyto­mie­rza, Lwowa czy Czer­ni­howa nie ewa­ku­uje prze­cież "pań­stwo", tylko czło­wiek. Ma twarz, imię i nazwi­sko. Jest jed­nym z wielu, któ­rym świat nie postawi pomnika.

Pięć­dzie­siąt osób, dokład­nie tyle mogę zmie­ścić w auto­bu­sie. To nawet tro­chę ponad normę. Jest ścisk. Przy­szło tro­chę wię­cej. Wiesz, jak to jest spoj­rzeć w twarz tym, któ­rzy już się nie zmie­ścili? Nie wiem, jak bym sobie z tym pora­dził, gdyby nie asy­sta żoł­nie­rzy ukra­iń­skich. Oni spraw­dzali listę tych, któ­rych mam zabrać. Byli umó­wieni. Dla kil­ku­na­stu osób zabra­kło miejsc. Mam ich twa­rze przed oczami. Cho­lera. Każde słowo jest bez sensu. Musie­li­śmy cze­kać na zgodę na wyjazd. Kole­dzy z woj­ska mówią: "Nie masz co ruszać, droga roz­wa­lona, trzeba przy­go­to­wać". Cze­kamy. Kilka godzin po naszym wyjeź­dzie na Czer­ni­hów znów spa­dły bomby. Nie mogłem pozbyć się myśli - czy zgi­nął ktoś z ludzi, któ­rych zosta­wi­łem? W życiu nie sądzi­łem, że będę miał takie obse­sje. Pró­buję do tego nie wra­cać. Naj­chęt­niej zasło­nił­bym szyby, żeby ci, któ­rzy się zmie­ścili, nie musieli patrzeć na kra­jo­braz za oknem. Z daleka widzia­łem cywilne auto na pobo­czu. Jeśli kto­kol­wiek w nim był, nie miał szansy prze­żyć. Znam się na tym, nie­raz jeż­dżę do wypad­ków. To nie był wypa­dek. To total­nie irra­cjo­nalne. Wyobraź sobie - mijasz samo­chód porwany na strzępy. A kiedy koń­czy się dzień i się­gasz po inter­net, czy­tasz, że na dro­dze z Czer­ni­howa do Kijowa ruscy gra­nat­ni­kiem RPG roz­wa­lili oso­bówkę, którą ucie­kała rodzina z Soko­łówki. Matka i dwoje dzieci. Wszy­scy zgi­nęli. Nie byli dla nikogo groźni. Chcieli tylko prze­żyć ten zły sen.

Dzwoni tele­fon Marka. Igor, ofi­cer służby bez­pie­czeń­stwa Ukra­iny. To on zawia­duje potrze­bami, wyjaz­dami, bez­pie­czeń­stwem. Jest łącz­ni­kiem mię­dzy potrze­bu­ją­cymi pomocy a tymi, któ­rzy mogą pomoc ofia­ro­wać. Ma kon­takty w całej Euro­pie. Jak to działa? Tak jak teraz. Igor mówi: "Potrzeba zabrać ze Lwowa parę osób. Możesz?". Marek dzwoni do swo­jego komen­danta. Zgoda jest for­mal­no­ścią. Tan­kuje auto­bus, pakuje po dach pomoc huma­ni­tarną z zaple­cza HOSiR-u i jedzie. Kiedy potrzebny jest sprzęt woj­skowy - hełmy, kami­zelki, mun­dury - jedzie do Piotr­kowa Try­bu­nal­skiego. Nie, nie ma tam żad­nych pań­stwo­wych maga­zy­nów z mili­ta­riami. Jest czło­wiek, który opra­co­wał wzór mun­duru polo­wego, któ­rego nie chciała pol­ska armia, a który teraz może się przy­dać armii ukra­iń­skiej. Cza­sem przed i za auto­busem Marka jedzie uzbro­jona obstawa. Chłopcy z ukra­iń­skiego woj­ska, spe­cjalni wysłan­nicy od Igora. Jeśli to konieczne. Na miej­scu Marek wyła­do­wuje jedze­nie dla tych, któ­rzy zostają. I zabiera tych, któ­rzy chcą wyje­chać. Ot, cała filo­zo­fia. Puz­zle, które ide­al­nie do sie­bie pasują. Cza­sem któ­ryś wypa­dał. Tak było, kiedy Marek wra­cał z jed­nego z kur­sów z pomocą huma­ni­tarną. Auto­bus wyjeż­dżał z kraju zatan­ko­wany do pełna, z zapa­sem dwu­stu trzy­dzie­stu litrów paliwa w kani­strach. Na wypa­dek, gdyby w Ukra­inie nie było szans na nie­usz­ko­dzoną sta­cję ben­zy­nową.

Szczę­śli­wie zapas nie był potrzebny i kani­stry wró­ciły w bagaż­niku nie­tknięte. No i się zaczęło. Pol­ska służba celna na przej­ściu w Zosi­nie uznała, że to prze­myt. Nie pomo­gło poka­zy­wa­nie doku­men­tów i fak­tur potwier­dza­ją­cych zakup paliwa w Pol­sce.

- Sza­nowna pani, jestem stra­ża­kiem, jeż­dżę z pomocą huma­ni­tarną, zro­bi­łem tym auto­bu­sem ponad trzy­dzie­ści tysięcy kilo­me­trów po Ukra­inie, prze­myt mi nie w gło­wie. Jestem gotowy oddać baniaki do eks­per­tyz, żeby można było stwier­dzić, czy zawar­tość jest z pol­skich rafi­ne­rii, czy pocho­dzi z Ukra­iny.

- Bez dys­ku­sji. Pro­szę wje­chać na kanał, jest pan podej­rzany o nie­upraw­nione wwo­że­nie do kraju Wspól­noty nie­le­gal­nego paliwa. Musimy spraw­dzić, co jesz­cze jest w pana samo­cho­dzie.

Stra­szyli man­da­tem za dwa tysiące, skoń­czyło się na sied­miu­set zło­tych. Potem trzeba było raz jesz­cze prze­kro­czyć gra­nicę i zosta­wić dodat­kowe paliwo po ukra­iń­skiej stro­nie. W prze­ciw­nym razie trzeba by ure­gu­lo­wać rachu­nek za poda­tek i akcyzę, które już raz były opła­cone przy zaku­pie na sta­cji w Hru­bie­szo­wie.

- Wiele było we mnie żalu. Nie mogłem pogo­dzić się z oskar­że­niem o prze­myt w sytu­acji, gdy jecha­łem z pomocą, a nie wizją szyb­kiego zarobku.

Samo­chód tra­fił do bazy pojaz­dów uży­wa­nych do nie­le­gal­nego han­dlu. Trudno to wyma­zać. Trudno też wyma­zać z pamięci obrazy z Buczy wyzwo­lo­nej spod rosyj­skiej oku­pa­cji.

- Poje­cha­łem tam na początku kwiet­nia. Mia­łem na pokła­dzie kil­ka­set czar­nych wor­ków na ciała. Leżały na ulicy. Widok, któ­rego nie spo­sób zapo­mnieć. Moim zada­niem było dostar­czyć worki żoł­nie­rzom z miej­sco­wej jed­nostki. Tylko tyle. Ale nie dało się zamknąć oczu. Powiem wprost - trzeba było kilka razy zatrzy­mać auto­bus, wysiąść i prze­cią­gnąć mar­twego czło­wieka na pobo­cze. Każdy miał zwią­zane z tyłu ręce i nogi. To naprawdę wyglą­dało, jak gigan­tyczna egze­ku­cja, wście­kły, zwie­rzęcy akt zemsty. Co czuję? Mam powie­dzieć prawdę? To nie nadaje się do druku, uwierz mi.

Chcesz wie­dzieć, jakie to uczu­cie dowie­dzieć się o śmierci kum­pla? Opo­wiem ci. Wita­lij był tuż przed czter­dziestką. Wysoki, postawny facet. Jeź­dził ze mną w kon­wo­jach. Cza­sem był moim nawi­ga­to­rem. Zaprzy­jaź­ni­li­śmy się. Jak prze­ży­jesz z kimś ostrzał rakie­towy i nie­jedną noc w mokrej piw­nicy - wiesz o nim wszystko. Tym razem jecha­li­śmy na dwa samo­chody. Ja mia­łem mieć kurs do Izium, on - do Char­kowa. Tuż przed roz­wi­dle­niem dróg dostaję infor­ma­cję od naszego koor­dy­na­tora, Igora: "zmiana pla­nów - ty do Char­kowa, Wita­lij do Izium". OK, roz­kaz to roz­kaz. Zawio­złem swój trans­port gdzie trzeba. I też było zamie­sza­nie, bo mia­łem doje­chać do cen­tral­nego maga­zynu, a skie­ro­wali mnie do mniej­szego, na przed­mie­ściach. OK, roz­kaz to roz­kaz, powtó­rzy­łem. Następ­nego dnia dowia­duję się, że ten duży skład, w któ­rym mia­łem być, został zbom­bar­do­wany. "Dziecko szczę­ścia" - myślę bez­czel­nie. I przy­cho­dzi druga infor­ma­cja - Wita­lij nie żyje. Dostał pod­czas bom­bar­do­wa­nia maga­zynu w Iziu­miu, do któ­rego ja mia­łem jechać. Jak to nazwać? Prze­cież to wygląda jak gotowy sce­na­riusz do filmu z cyklu "oszu­kać prze­zna­cze­nie". Ktoś bar­dzo nie chce, żeby mi zagrali Aniel­ski orszak, co?

- Na to wygląda.

- Pod­czas tego kursu do Char­kowa towa­rzy­szył mi Wik­tor, wete­ran z Don­basu z dwa tysiące czter­na­stego roku. Miał co naj­mniej szcze­ść­dzie­siąt lat, ale bar­dzo chciał wal­czyć. Mówił, że się przyda, że jest sape­rem, a na wscho­dzie wszyst­kie drogi zawa­lone minami. Dosko­nale go rozu­miem. Nie dys­ku­tuję z potrzebą obrony ojczy­zny. Dojeż­dżamy do Char­kowa. "Zatrzy­maj się na chwilę" - prosi Wik­tor. Wypa­trzył wielki rów wyko­pany w ziemi. Zbio­rowy grób. Ukra­iń­scy żoł­nie­rze wrzu­cali do niego ciała pole­głych ruskich. Wiele z nich było już w sta­nie znacz­nego roz­kładu. Wiesz, co mnie powa­liło? Oni wszy­scy byli w sta­rych, meta­lo­wych heł­mach. Ktoś mi poka­zuje: "Patrz, w środku wybita data 1943". Ich łby chro­niły hełmy z II wojny. Wyobra­żasz sobie? Może to i lepiej, łatwiej było ubić drani.

Wra­cam do roz­mowy z Mar­kiem kilka razy. Wciąż po nowe histo­rie. Jego życie od nie­mal pół roku to nie­ustanne wyjazdy, cią­głe nara­ża­nie się, balans na kra­wę­dzi. Teraz szy­kuje trans­port łóżek do szpi­tala psy­chia­trycz­nego w Łucku.

- Tra­fiają do niego żoł­nie­rze... żoł­nie­rze po kastra­cjach. Nowy sowiecki "sport" upra­wiany na jeń­cach. Obci­na­nie geni­ta­liów nożycz­kami albo noży­kiem do papieru. Chło­paki są po czymś takim wra­kami. O ile prze­żyją. Szlag... Od kiedy o tym usły­sza­łem, zawsze mam przy sobie gra­nat. I mam plan. Jakby mnie dopa­dli - wyj­muję zawleczkę. Klę­kam na ziemi, ręce w górę. Pozwa­lam im podejść na dwa metry i zabie­ram ze sobą. Taki mam plan.

Czy śnią mi się te obrazy? Na szczę­ście nie. Wra­cam zmę­czony, padam na twarz, nic się nie śni. To może płyt­kie, po pro­stu wyłą­czam się. Czas na prze­ży­wa­nie przyj­dzie. Ale jesz­cze nie teraz.

To na pewno nie jest zwy­kły, pasa­żer­ski dwo­rzec. Raczej rampa prze­ła­dun­kowa na sta­cji towa­ro­wej. Nazy­wają to Linią Hut­ni­czo-Siar­kową. Pozo­sta­łość po daw­nej świet­no­ści. Sztan­da­rowe przed­się­wzię­cie PKP z lat sie­dem­dzie­sią­tych ubie­głego wieku. Linia sze­ro­ko­to­rowa (prze­świt torów - 1500 mm, przy stan­dar­do­wych 1435 mm) miała słu­żyć do trans­portu rudy żelaza, siarki i węgla z ówcze­snego Związku Radziec­kiego bez prze­ła­dunku towa­rów na gra­nicy. Teraz linia sze­ro­ko­to­rowa jest jedyną, po któ­rej mogą jeź­dzić ukra­iń­skie pociągi, które nie­mal na pewno pamię­tają czasy Breż­niewa i czer­wo­nej gwiazdy na przo­dzie.

LHS nie­zmien­nie jest linią prze­my­słową. Przy­jeż­dżają tu węgiel, zboże, mate­riały budow­lane. Ale ni­gdy ludzie. Nie ma dwor­co­wych budyn­ków, pocze­kalni, pero­nów, toa­let. Pro­wi­zo­ryczny szla­ban odgra­dza rów­nie pro­wi­zo­ryczny par­king od torów. Począ­tek marca. Pie­kiel­nie zimno. Pociąg już stoi. Wysoki, stary, poma­lo­wany na nie­bie­sko, z żół­tymi trój­zę­bami wyry­so­wa­nymi na drzwiach. "Львів-Варшава". Farba odpry­skuje gru­bymi pła­tami, okna zamknięte na głu­cho, podob­nie jak cięż­kie, żeliwne drzwi. W środku kłę­bią się ludzie. Tłum ludzi. Nikt nie może wyjść, zanim cel­nicy nie skoń­czą odprawy. Nie spo­sób prze­wi­dzieć, ile potrwa. Doku­menty, pasz­porty, pobieżna kon­trola bagażu. Raczej for­mal­ność. Nie­któ­rzy pasa­że­ro­wie pojadą dalej, w stronę Chełma i War­szawy. Inni wysiądą. Przed szla­ba­nem też nie ma gdzie wbić szpilki. Ktoś przy­je­chał po zna­jo­mych, ktoś ma umó­wiony trans­port. Jesz­cze tylko skok ze stopni. Prze­paść. Schody nie­ludzko wyso­kie, zie­mia - daleko. Nie ma pod­wyż­sze­nia jak na oso­bo­wych pero­nach. Zej­ście z dziec­kiem i walizką jest wyzwa­niem ponad siły zmę­czo­nych, udrę­czo­nych kobiet. Trzeba odwagi i uwagi. Nikt nie prze­wi­dział, że będą się tu zatrzy­my­wać składy pasa­żer­skie. Cel­nicy byli wdro­żeni w odpra­wia­niu towa­rów, nie ludzi. Nie nawy­kli do mie­rze­nia się z ludz­kim dra­ma­tem. Wcze­śniej nie zda­rzało się im pła­kać w pracy.

- Cho­czu wodu. - Led­wie sły­szę słowa zza szyby. Kobieta w nie­bie­skiej bluzce pró­buje raz jesz­cze otwo­rzyć okno.

- Kuszat', wy imie­je­cie szto nie­bud' kuszat'? - Bar­dziej domy­ślam się, niż sły­szę głos z dru­giego okna.

Jak spod ziemi wyra­stają ludzie. Ktoś bie­gnie od strony busa z napi­sem "Kra­ków". Nie­sie kosz z kanap­kami. Są ter­mosy z her­batą i jed­no­ra­zowe kubki. Skrzyk­nęli się restau­ra­to­rzy, wysłali dele­ga­cję. Zmie­niają się co kilka dni, przy­wożą świeże jedze­nie. Mają kuch­nię polową. Gdy wie­dzą, że za chwilę wje­dzie pociąg, uru­cha­miają agre­gat, pod­łą­czają prąd. Na miej­scu gotują gro­chówkę i bigos. Podają cel­ni­kom pakunki. Ci wcho­dzą do pociągu, żeby spi­sać i odpra­wić, a do tego nakar­mić i napoić. Mniej­sza, czy pozwa­lają na to pro­ce­dury. Obok sto­iska z wodą, sokami. Jest wielki war­nik z gorącą her­batą i kawą. Sło­dy­cze dla dzieci. Kosz z plu­sza­kami. Ci, któ­rzy wysiądą za kil­ka­na­ście minut, nie będą mogli uwie­rzyć, że to wszystko do ich dys­po­zy­cji. Za darmo.

Karol, wła­ści­ciel restau­ra­cji w War­sza­wie:

- Mia­łem sie­dzieć w knaj­pie i oglą­dać newsy? Nie dałoby rady. Przy­je­cha­li­śmy z kum­plem tydzień temu, mamy pokój wyna­jęty u gospo­da­rzy nie­da­leko dworca i dzia­łamy. Rano zakupy według listy zro­bio­nej wcze­śniej, potem gotu­jemy. Pro­ste rze­czy. Zupa, jakieś dru­gie. Takie do zapa­ko­wa­nia, żeby było wygod­nie zjeść. Duszone mięso, fasolka po bre­toń­sku, jakieś leczo z kieł­basą. Mam córeczkę, sześć lat. Jak patrzę w oczy tych dzieci, co ucie­kły przed wojną, widzę moją Zosię. Ni­gdy, prze­nigdy nie chciał­bym dla niej takiej ponie­wierki. Powie­dzia­łem jej, że jadę nakar­mić inne dzieci, które długo jechały i są bar­dzo głodne. Że o nią zadba mama i wszystko będzie dobrze. I wła­śnie przy tym "wszystko będzie dobrze" cał­kiem się roz­pa­dłem. Cho­lera, stary koń, a beczę jak smar­kacz.

Pod­cho­dzę do kobiety w gru­bej pucho­wej kurtce i co naj­mniej dwóch war­stwach bez­rę­kaw­ni­ków. Roz­daje zada­nia, prosi, żeby szyb­ciej poda­wać ludziom w pociągu ter­mosy i jedze­nie. Na szyi kartka z napi­sem: "Wolon­ta­riusz. Pomoc. Pomoszcz". Trudno ją poznać. Do godziny pięt­na­stej gar­ni­tur albo gar­sonka, ele­gancki gabi­net w sta­ro­stwie i spora odpo­wie­dzial­ność. Po pracy kilka warstw kur­tek, szal, czapka i zada­nie - poma­gać. I nie dać się emo­cjom. Ma zapad­nięte policzki i zie­mi­stą cerę. Zimno czy zmę­cze­nie?

Teresa Pere­chubko-Miro­sław, wolon­ta­riuszka, Sta­ro­stwo Powia­towe w Hru­bie­szo­wie:

- Teraz już jest lepiej. Rekord to dwie doby bez snu. Kiedy nic nie dzia­łało, jak powinno, bo sytu­acja była nad­zwy­czajna, trzeba było wypra­co­wać metodę. Uczy­li­śmy się jak na poli­go­nie. Ni­gdy nie zapo­mnę pociągu, który przy­je­chał z Kijowa, nie­cały tydzień po wybu­chu wojny. Był pełen dzieci, głod­nych dzieci. Ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam dzieci pła­czą­cych z głodu. Nie jadły od pra­wie pię­ciu dni. Tylko jakieś resztki i okru­chy. Nie piły od dwóch. Kobiety, ich mamy, nie prze­wi­działy, że podróż zaj­mie aż tyle czasu. Jechali pod cią­głym ostrza­łem. Motor­ni­czy zatrzy­my­wał się tylko wtedy, gdy był alarm bom­bowy, wyły syreny albo odzy­wał się alarm w spe­cjal­nej apli­ka­cji, którą można było zain­sta­lo­wać w tele­fo­nie. Nie było wyj­ścia. Trzeba było gasić wszyst­kie świa­tła i zasty­gać w bez­ru­chu. Cze­kać. Któ­raś z kobiet mówiła, że kła­dli się wtedy na pod­ło­dze, nakry­wali głowy kurt­kami, tulili dzieci i modlili się w nadziei na oca­le­nie. Bóg wysłu­chał, ale manny z nieba nie było. Był głód. Praw­dziwy, realny. Taki, który odbiera siły i god­ność. Wiesz, jak wyglą­dają wygłod­niali ludzie wyry­wa­jący sobie kanapki? Straszny obraz. Upo­ko­rze­nie? To mało powie­dziane. Nie mia­łam poję­cia, jak się zacho­wać. Powta­rza­łam: "Zaraz donie­siemy wię­cej, spo­koj­nie, dla wszyst­kich wystar­czy". I star­sza pani, która poca­ło­wała mnie w rękę, gdy pod­łam jej paczkę z jedze­niem. Nie mia­łam poję­cia, co powie­dzieć. Chciała podzię­ko­wać, a ja poczu­łam się okrop­nie. Moje uczu­cie nie ma zna­cze­nia. Łyka­łam łzy i zaci­ska­łam pię­ści. Nie ma kary dla tych, któ­rzy w XXI wieku ska­zali ludzi na taką ponie­wierkę.

Wcho­dzę do prze­działu z torbą kana­pek. Ude­rza fala cie­płego powie­trza. Meta­liczny, ciężki zapach dłu­giej podróży, stra­chu i zmę­cze­nia. Zaduch jest nie­wy­obra­żalny. Trudno zła­pać oddech. Nie­ła­two też utrzy­mać rów­no­wagę. Na kory­ta­rzu - czło­wiek obok czło­wieka. Sie­dzą na toboł­kach i waliz­kach, tło­czą się w przej­ściach. Zdą­żyli wsiąść, zdo­być bilet do lep­szego świata, ale bez miejsc sie­dzą­cych. Drzwi do toa­let są zamknięte. "Panie, tylko dwie łazienki są czynne, na końcu następ­nego wagonu!" - woła star­sza kobieta z psem na rękach, widząc, jak pogra­nicz­nik łapie za klamkę. Jestem bli­żej. Dokład­nie widzę, jak ugi­nają się pod nim nogi. Traci rów­no­wagę. "Już dobrze" - zapew­nia, gdy pró­buję podać mu rękę. "To tylko zawrót głowy, już w porządku". Prze­działy pełne po brzegi. Wszę­dzie walizy, siatki, tobołki.

- Skąd jeste­ście? - pytam kobietę z psem na kola­nach.

- Sumy. Moja bra­towa z Ochtyrki. - Poka­zuje ręką na dziew­czynę w skó­rza­nej kurtce. - Miesz­kała na placu Zgody. Pła­cze po synu.

Nie jestem pewna, czy dobrze zro­zu­mia­łam. Nie mam odwagi dopy­tać. Nie muszę. Wycie matki roz­rywa serce.

- Po co jej przy­po­mnia­łaś? - napo­mina star­szy czło­wiek. Nie odrywa oczu od okna. Nie widzę jego twa­rzy.

Po co przy­po­mi­na­łaś? Każda chwila kroi duszę i serce. Każde słowo zatrzy­muje oddech. Każde zda­nie, które sły­szysz po stra­cie, jest kru­che, jak led­wie zamar­z­nięty lód. Wszystko przy­po­mina. Nawet jeśli nie powinno.

- Alek miał tylko trzy­na­ście lat. Zostaw ją. Wiem, że chcesz dobrze, chcesz pomóc. Ale zostaw ją.

Wycho­dzę. Naj­pierw podaję każ­demu jego por­cję i zamy­kam za sobą drzwi prze­działu. Nie mogę ina­czej. Chcę zapa­mię­tać twarz matki, która stra­ciła dziecko. Rok młod­sze od mojego syna.

Obok mama z małym chłop­cem w czer­wo­nej blu­zie wyciąga rękę po jedze­nie. Synek tuli małego, łacia­tego psa. Pytam, jak się wabi.

- Lusia - odpo­wiada. - Zabie­rzesz nas teraz do mojego taty?

Nie spo­dzie­wa­łam się takiego pyta­nia.

- Gdzie jest tata? - Schy­lam się, żeby spoj­rzeć chłopcu w oczy.

- Kolka - stro­fuje go mama - prze­stań już. Nie zacze­piaj pani.

- Tata musiał zostać, w Ode­ssie, nad morzem, on będzie teraz żoł­nie­rzem, będzie miał taki mun­dur, wiesz? Poka­zy­wał mi. I pisto­let. Będzie wal­czyć. Tłu­ma­czył mi wszystko w domu. Mówił, że musi zostać, żebym ja mógł wró­cić z mamą i bab­cią. Ja chcę wró­cić do domu. Tata obie­cał, że się jesz­cze zoba­czymy. My poje­dziemy do Ode­ssy? - Kola patrzy bła­gal­nym wzro­kiem na mamę. Pró­buje otrzeć łezki. Drży mu broda.

Ode­ssa. Morze Czarne. Fil­har­mo­nia, opera, Schody Potiom­ki­now­skie, Pałac Woron­cowa. Teraz pod rosyj­skimi bom­bami. Kilka dni temu zgi­nął chło­piec nie­wiele star­szy od Koli. Nikt nie wie, jak wiele dzieci stra­ciło życie. Sta­ty­styki ukra­iń­skiego rzecz­nika praw oby­wa­tel­skich mówią, że około ośmiu­set. To stan na koniec sierp­nia. Ponure liczby. Za każdą - czyjś ból, sko­wyt, czyjś koniec świata. W Ołek­san­driwce, wsi na połu­dniu kraju zmarł trzy­letni chło­piec zgwał­cony przez rosyj­skich żoł­nie­rzy. Trzy­mie­sięczna dziew­czynka była gwał­cona łyżeczką do her­baty. Wszyst­kie narządy zostały poroz­ry­wane. Leka­rze byli bez­silni. Kiedy w Davos, pod­czas Świa­to­wego Forum Eko­no­micz­nego, Lud­myła Deni­sowa, ówcze­sna ukra­iń­ska rzecz­niczka praw czło­wieka, mówiła o wojen­nych zbrod­niach - w sali pano­wała cisza. Wkrótce po tym Deni­sowa stra­ciła sta­no­wi­sko. Rada Naj­wyż­sza Ukra­iny uznała, że zbyt dra­stycz­nie opi­suje to, co robią Rosja­nie na oku­po­wa­nych tere­nach.

- Kie­dyś tak, kie­dyś wró­cimy do Ode­ssy, ale jesz­cze nie teraz, Kolka, nie teraz.

Gdyby można było zetrzeć strach z oczu tego dziecka. Zawo­łać jego tatę. Odbu­do­wać dom. Cof­nąć czas.

- Pani, jak popaść w Poznań? - pyta kobieta z końca wagonu.

Zagu­bie­nie. Strach. Nie­znane. Bez­pieczna, ale prze­cież cał­kiem obca zie­mia.

- Zobacz, mam tylko to. - Poka­zuje małą, płó­cienną torebkę. W środku ślubne zdję­cie w ramce, mały złoty świecz­nik i coś, co wygląda, jak chu­sta w kwiaty. Cały doby­tek.

- Jak były syreny, zdą­ży­łam wziąć tylko to. Kazali scho­wać się w schro­nie i nie pozwo­lili wejść na górę. Sie­dzie­li­śmy tak tydzień. Mieli my tylko dwie latarki i bate­rie szybko się skoń­czyły. Ciemno było i zimno. Sąsiadki wzięły tro­chę jedze­nia, ktoś miał sło­iki w piw­nicy i jakoś my prze­trwali. Tam, w Awdi­jiwce, wszystko zostało, pani... Wszystko. Życie całe. Mnie teraz sie­dem­dzie­siąt cztery lata. I mam życie na nowo zaczy­nać? Hospodi... Jak przy­je­chali po nas, ci z wolon­ta­riatu, żeby zabrać na dwo­rzec, też nie pozwo­lili nic spa­ko­wać. Wyszłam, jak sta­łam, tylko z tym worecz­kiem. Ot, na co przy­szło. Pła­ka­łam, żeby choć kilka rze­czy pozwo­lili zabrać. Nie i nie. Czasu nie stało.

Ude­rza spo­kój. Cisza. Wiem, że są głodni, nie­ludzko głodni. Spra­gnieni.

- Połóż tutaj. - Kobieta przy oknie poka­zuje ręką na walizkę, którą trzyma obok kolan.

Tak robię. Ostroż­nie kładę pudełko z jedze­niem tam, gdzie wska­zała.

- Nie gnie­waj się, nie chcę, żebyś do mnie pod­cho­dziła.

- Jest pani chora? - pytam. - Potrzeba leka­rza?

- Nie. Nie chcę tylko, żebyś poczuła. Pro­szę... Nie mogę znieść swo­jego zapa­chu. Czy to dwo­rzec? Czy jest tu łazienka? Myślisz, że za ile będzie można wyjść?

Podróż jak z kosz­mar­nego snu. Kto ma wyobra­że­nie, jak wyglą­dały wagony w latach 60., 70., będzie wie­dział. Rów­na­nie grozy.

Do cia­snoty, zmę­cze­nia i zapcha­nych toa­let dodaj jesz­cze strach i wojnę. Czy da się osza­co­wać poziom upo­ko­rze­nia? Wiem, że są chwile, gdy da się je kroić, jak nożem. Tak jak teraz. Nie mogę kła­mać. Udręka ma bar­dzo przy­kry, kwa­śny zapach.

- Dobrze, że doje­cha­li­śmy. Dobrze. - Ulga na twa­rzy kobiety z kra­cia­stą torbą. - Będzie można umyć ręce, pójść do toa­lety i nie stać w kolejce. Wiesz, przez trzy ostat­nie dni czynne były tylko dwie. Na cały pociąg. Matki zaka­zy­wały dzie­ciom dużo pić. Potem i picia bra­ko­wało.

Zaczy­nają wysia­dać. Ostroż­nie. Pierw­szy krok jest jak skok w prze­paść. Kobieta z trzy­let­nią dziew­czynką podaje wózek sto­ją­cemu na pero­nie poli­cjan­towi. Zło­żona spa­ce­rówka. Bra­kuje pre­cy­zji. Wózek pada na beton, szma­ciana lalka i butelka z mle­kiem zali­czają zde­rze­nie z twardą nawierzch­nią. Wystar­czy, żeby dziew­czynka zanio­sła się pła­czem. Trudno zro­zu­mieć słowa. Mama prze­pra­sza poli­cjanta. Pró­buje besz­tać małą.

- Ola, prze­stań, nic się nie stało. Dosta­niesz zaraz mleko. Tani nic nie jest. Zobacz.

Drugi poli­cjant pod­cho­dzi, pod­nosi lalkę.

- Twoja lalka nazywa się Tania? Zobacz, jest cała. Tylko się tro­chę prze­stra­szyła. Rozu­miesz mnie? Nawet się nie ubru­dziła. Jest cała i zdrowa. Nie płacz. Lubisz wafelki?

Mała nie do końca poj­muje. Dopiero widok lalki i cia­stek w wycią­gnię­tej ręce dużego faceta w mun­du­rze tro­chę łago­dzi sytu­ację. Płacz cich­nie. Ale do uśmie­chu daleko.

- Dasz mi rękę? Jak masz na imię?

Żad­nej reak­cji. Dziew­czynka patrzy na mamę, jakby pytała o zgodę. I - mimo ski­nie­nia głową - moc­niej łapie za kawa­łek spód­nicy. Wtula głowę w fałdy.

Co prze­żyło to dziecko? Co widziało? Co zapa­mięta? "Hitler stwo­rzył pie­kło w całej Pol­sce, ale jesz­cze więk­sze stwo­rzył Żydom. A najwięk­sze było to zgo­to­wane dzie­ciom, tym naj­bar­dziej bez­bron­nym isto­tom" - słowa Ireny Sen­dle­ro­wej z radio­wego wywiadu brzmią, jakby powie­dziane wczo­raj. Wystar­czy zmie­nić nazwi­sko oprawcy i naro­do­wość ofiar. Dzieci zawsze cier­pią naj­bar­dziej.

Obaj poli­cjanci skła­dają wózek. Ktoś podaje walizki z pociągu. Jedna duża, szma­ciana, widać, że led­wie dopięta, pęka w szwach. Druga mała, jak na pokład samo­lotu. Jesz­cze płó­cienna torba z pęk­nię­tym zam­kiem. Dopiero teraz widzę, że mała ma przy sobie ple­cak. Wkłada do niego lalkę, ostroż­nie, jakby bała się uszko­dzić. Wafelki oddaje mamie.

- Macie trans­port? - pyta ktoś z wolon­ta­riu­szy.

- Nie, ale my chcemy bli­sko, tylko do Hru­bie­szowa, do tego dużego punktu, tam po nas przy­je­dzie moja sio­stra. Ona mieszka w War­sza­wie.

- Zawiozę was - pro­po­nuję. Kobieta patrzy na mnie nie­pew­nie. Strach. Wiele opo­wie­ści o porwa­niach, nie­uczci­wych prze­woź­ni­kach, nacią­ga­czach. Poka­zuję jej pla­kietkę wolon­ta­riu­sza i dowód oso­bi­sty. Podaję poli­cjan­towi do spi­sa­nia. Czy to gwa­ran­cja spo­koju? Dla tej kobiety naj­wy­raź­niej tak. Ina. Ma na imię Ina.

Córeczka od razu zasy­pia w samo­cho­dzie na kola­nach mamy. Ina zaczyna mówić. Powoli, z roz­my­słem. O rodzi­cach, któ­rzy nie chcieli wyje­chać z Miko­ła­jewa. Nie ma z nimi kon­taktu, a tam Ruscy już na każ­dym kroku. Nie wie, co z nimi. Czy ich zoba­czy? Co z Iho­rem? Mąż dostał powo­ła­nie na początku marca.

- Chcia­łam podrzeć ten papier, wiesz? Roze­rwać na kawałki, jak ten drań roz­dziera na kawałki mój kraj. Ihor nie pozwo­lił. Pako­wał ple­cak i pła­kał. Pierw­szy raz widzia­łam, jego łzy. Potem jesz­cze, jak się żegnał z Tanią. Cały nasz ostatni wie­czór. A jak rano nasza córeczka poło­żyła mu rączki na ramio­nach i powie­działa: "Kocham cię, papa, wra­caj szybko" - roz­padł się.

Ina też się roz­pada. Płacz budzi Tanię. Ale mamy na szczę­ście potra­fią coś, czego nie umie nikt inny. Znają nie­zwy­kłą sztuczkę cho­wa­nia smutku i łyka­nia łez. Byle nie prze­ra­zić dzieci. Nie zbu­rzyć ich świata. Nie zruj­no­wać wiary, że mama jest jak skała i można się o nią oprzeć. W każ­dej sytu­acji. Tak, psy­cho­lo­go­wie mówią, żeby nie tłu­mić emo­cji. Że dzieci powinny widzieć i wie­dzieć, jak je oka­zy­wać. I że rodzice to bez­cenny przy­kład. Zgoda. Ale aku­rat te dzieci stra­chu, smutku i łez mają aż nadto.

Przy­jeż­dżamy na par­king przy HOSiR.

- To ona! - Inka łapie mnie za rękę. Nie kon­tro­luje uści­sku.

Dawno nie widzia­łam takiego powi­ta­nia. Sio­stry wpa­dają sobie w ramiona. Jedna pod­nosi drugą. Pła­czą i śmieją się na zmianę. Trwa to w nie­skoń­czo­ność. Tania dołą­cza do nich. Pod­no­szą dziew­czynkę wysoko jak piórko.

- Taniulka, jeste­ście. Inka moja kochana!

Ależ one są do sie­bie podobne. Gdy­bym nawet nie wie­działa, że wysoka kobieta z par­kingu jest sio­strą Inki - pozna­ła­bym ją po kasz­ta­no­wych wło­sach i dołeczku w lewym policzku. Wszyst­kie go mają. Mała też.

Zosta­wiam tę radość. To ich czas. Są szczę­śliwe i bez­pieczne. Przy­naj­mniej one. Prze­błysk słońca w bez­mia­rze krzywdy. Jesz­cze jedna lek­cja o waż­no­ści rze­czy i spraw. Wojna porząd­kuje i układa. Porząd­kuje prio­ry­tety. Pro­szę, nie wyry­waj­cie tego zda­nia z kon­tek­stu.

Wra­cam na dwo­rzec. Pociąg wciąż stoi. Kłę­biący się tłum przy wej­ściu do ostat­niego wagonu. Jak z wojen­nej kro­niki o uciecz­kach, prze­sie­dle­niach albo trans­por­tach. Oni jadą dalej, w stronę nie­miec­kiej gra­nicy. Przy torach, na waliz­kach sie­dzi kobieta. Obok niej - kil­ku­letni chło­piec. Pytam, jak mogę pomóc. Nie odzywa się. Jak zamro­żona. Pona­wiam pyta­nie. Sia­dam przy niej.

- Popatrz na mnie - pro­szę.

Zasła­nia twarz. Jedną ręką przy­gar­nia chłopca. Jeśli ktoś chciałby nama­lo­wać bez­sil­ność - obraz miałby rysy tej kobiety.

Łapię wzrok Teresy po dru­giej stro­nie szyby. To nie jest czas na roz­mowę. Ani z nią, ani ze star­szą panią z Awdi­jiwki. Uma­wiamy się w biu­rze Teresy. Sta­ro­stwo dzieli kilka kro­ków od cer­kwi i urzędu mia­sta. Urok małych ojczyzn, w któ­rych wszę­dzie jest bli­sko.

- Dwu­dzie­stego czwar­tego lutego obu­dził mnie mąż. Było wcze­śnie rano. On wstaje do pracy w miej­skiej służ­bie dro­go­wej o czwar­tej. Chyba jako jeden z pierw­szych wie­dział, że Putin napadł na Ukra­inę. Stru­chla­łam. Niby rozu­mia­łam, co do mnie mówi, rozu­mia­łam poje­dyn­cze słowa. Tylko żadne z nich nie skła­dało się w sen­sowną całość. Jak to wojna? Naj­pierw był strach. On para­li­żo­wał. A zaraz potem przy­szła myśl, co robić? Ona mobi­li­zo­wała. Wie­dzia­łam, że exo­dus jest tylko kwe­stią czasu, że ludzie ruszą w naszą stronę. Nie, to mnie nie prze­ra­żało. Znacz­nie bar­dziej przej­mo­wała obawa, co dalej. Czy wojna zatrzyma się na Bugu, czy ten krem­low­ski drań się­gnie po wię­cej, po nas? Galo­pada myśli. Moich troje dzieci, mąż, doby­tek, zwie­rzęta. Dwa duże psy, trzy koty. Dom, rodzina, bli­scy, przy­ja­ciele. Czy to moment, żeby myśleć o pako­wa­niu naj­po­trzeb­niej­szych rze­czy? Wiem, że jeste­śmy w NATO i Unii, mamy gwa­ran­cję, trak­taty. Ale prze­cież jesz­cze kilka godzin wcze­śniej wyda­wało się nie­moż­liwe, żeby jeden czło­wiek zmie­nił wszystko. W jed­nej chwili znik­nęły spo­kój i poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Wszystko, co zna­li­śmy, w czym żyli­śmy od lat, stra­ciło sens. Pierw­sze dni były straszne. Chaos, nie­pew­ność, milion lęków. Wojna. Tyle lat powta­rza­li­śmy "ni­gdy wię­cej!", a tu, pro­szę, wyda­rzyła się. Na wycią­gnię­cie ręki. Jesz­cze jedno. Wołyń. Tak, prze­szło mi przez myśl: jak zacho­wają się ludzie. To bole­sny kawa­łek histo­rii i wiele rodzin tu, na pogra­ni­czu jest nią nazna­czo­nych. Mój ojciec uro­dził się na daw­nych kre­sach i w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym czwar­tym roku musiał z rodziną ucie­kać z domu, bo sąsie­dzi, ci, któ­rych spo­ty­kał każ­dego dnia, zamie­nili się w śmier­tel­nych wro­gów. Z ich rąk zgi­nęli mój dzia­dek, ojciec taty, i trzech jego braci. Z rodziny oca­leli tylko tata, jego sio­stra i bab­cia. Im udało się uciec. Wiele jest tu takich opo­wie­ści. I ogrom­nie się cie­szę, że zostały tam, gdzie ich miej­sce. Przez cały ten czas nie usły­sza­łam słowa o rzezi i nacjo­na­li­stach. A wcale nie musiało tak być. Wojna wyzwala w ludziach pokłady dobra i drań­stwa. Dobro szczę­śli­wie zwy­cię­żało. Ale został strach, czy jeśli mój tata ucie­kał zza Buga, mnie nie przyj­dzie ucie­kać sprzed Buga... W kry­tycz­nych sytu­acjach są dwa roz­wią­za­nia, dwie drogi. Można stru­chleć ze stra­chu albo zacząć dzia­łać. Posta­no­wi­łam to dru­gie. Wkrę­ci­łam w to moje dziew­czyny z Koła Gospo­dyń Wiej­skich w Dzie­ka­no­wie. Zresztą gdyby nie ja, wkrę­ci­łyby się same. Mobi­li­za­cja ludzi na pogra­ni­czu od samego początku była nad­zwy­czajna. Nikt nie pytał, kto za co zapłaci, tylko że potrzeba i bez dys­ku­sji. Zaczęli zjeż­dżać z róż­nych stron. Moja bra­towa Basia, nauczy­cielka nie­miec­kiego w tech­ni­kum we Wro­cła­wiu, ze swoim uczniem, sie­dem­na­sto­let­nim Dimą. Dima jest Ukra­iń­cem od lat miesz­ka­ją­cym w Pol­sce, nad wiek doj­rza­łym. Pra­co­wali oboje w punk­cie recep­cyj­nym w szkole rol­ni­czej. Ucznio­wie poszli na zdalne naucza­nie, w salach lek­cyj­nych roz­sta­wi­li­śmy łóżka polowe. Szkolna kuch­nia zamie­niła się w kuch­nię dla ucie­ki­nie­rów wojen­nych. Pra­co­wała pełną parą. Dziew­czyny goto­wały cie­płe posiłki, robiły kanapki, żeby można było podać następ­nym, któ­rzy wysiądą na LHS-ie. Dima dziel­nie tłu­ma­czył. Był cztery dni, na tyle dostał zwol­nie­nie ze szkoły. Wyjeż­dżał speł­niony i w jakimś sen­sie szczę­śliwy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki