To nie koniec świata - Ewa Maja Maćkowiak

Reflow text when sidebars are open.
Karetka jechała na sygnale, podskakując na podziurawionej jak ser szwajcarski drodze, wstrząsając ciałem ciężarnej kobiety. Halinka trzymała się za twardy i napięty do granic możliwości brzuch, powtarzając jak mantrę słowa lekarza:
- Proszę oddychać. Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze. Słyszysz? Wszystko będzie dobrze.
Nie wiedziała, czy uspokaja nimi siebie, czy dziecko. Podskórnie czuła, że i ono się boi. Może po prostu wyczuwało jej strach.
- Oddychaj - powtarzała głosem, w którym nietrudno było wychwycić panikę. Paraliżujący lęk sprawiał, że zapomniała o wszystkim, czego uczyła się w szkole rodzenia.
- Oddychaj, Halina, oddychaj.
Jednak miarowy oddech, wbrew zapewnieniom prowadzącej kurs przygotowawczy dla przyszłych rodziców, nie przynosił żadnej ulgi. Bóle nasilały się, co wprawiało ją w przerażenie. Ale nie bała się cierpienia i bólu, który co chwila przeszywał jej lędźwie, lecz o swoje maleństwo. Jej skarb. Boże, niech wszystko będzie dobrze - prosiła w myślach. Strużki łez płynęły jej po policzkach. Poczuła ich chłód, kiedy wypełniły zagłębienia małżowin usznych. Chciała je wytrzeć, ale bała się zdjąć dłonie z brzucha. Wiedziała, że ich dotyk i ciepło uspokajają dziecko. Pomiędzy atakami bólu wypowiadała bezgłośne modlitwy. Ojcze nasz... Zdrowaś, Maryjo, nie pozwól, żeby coś złego stało się mojemu dziecku. Moje serce by tego nie zniosło.
- Wytrzymaj, skarbie - powiedziała na głos - mamusia ciebie kocha.
Z jej gardła wydobył się płacz połączony z jękiem, który wywołał ból, a ciałem wstrząsnął spazm.
- Proszę się uspokoić. Niech pani oddycha. - Ratownik złapał ją za rękę. - Chłopiec czy dziewczynka? - zagadywał przerażoną kobietę, uważnie obserwując na monitorze parametry funkcji życiowych mamy i dziecka.
- Nie wiem, nie chciałam... Nie chcieliśmy wiedzieć - poprawiła się. - Boże! - jęknęła. - On nic nie wie. - Poderwała się, jakby chciała wstać. - Muszę zadzwonić.
- Proszę, niech się pani uspokoi. - Sanitariusz przytrzymał ją za ramiona i powiedział łagodnym, ale stanowczym głosem: - Proszę oddychać. Zdążymy zadzwonić. Musi się pani skoncentrować na oddechu. Lada moment będziemy w szpitalu.
- Tak, tak, wiem, oddech. Ale mąż... - Złapała go za rękę. - Czy może pan zadzwonić do męża? Boże, ten ból jest nie do zniesienia. - Ponownie jęknęła.
- Tak, oczywiście, ale jest pewien problem. - Zrobił przerwę. - Ja nie mam męża.
Halinka zaśmiała się mimo woli. Zdenerwowanie odpłynęło. Poczuła, że naprawdę wszystko będzie dobrze. Ból nie ustępował.
- A imię wybraliście? - zapytał, widząc, że pacjentka odetchnęła.
- Oczywiście! - zapewniła, a w jej głosie dało się słyszeć zgorszenie, że młody człowiek mógł mieć jakiekolwiek wątpliwości. Przecież ona imię wybrała zaraz po pierwszej wizycie u lekarza. - Ewunia... O Boże, co za ból... Albo Adaś - dokończyła, po czym bolesny skurcz ponownie zawładnął jej ciałem. Oddychaj - nakazała w myślach po raz kolejny.
- Piękne imiona. - Uśmiechnął się. - Teraz same Dżesiki, Brajany. Nie żebym miał coś przeciwko, ale jednak wolę tradycyjne. Nasze tradycyjne oczywiście. Ewa i Adam, ładne, prawda, doktorze? - zwrócił się do lekarza, czekając na potwierdzenie.
- Nie bądź krytyczny, wszystkie imiona są dobre, najważniejsze, żeby dzieci kochać, czyż nie?
- Tak - powiedziała z trudem. Ból rozchodził się po jej ciele z coraz większą mocą. - A co będzie, jak zacznę teraz rodzić? - zapytała wystraszona, że nie zdążą do szpitala na czas.
- Jak to co? Powitamy na świecie Ewunię lub Adasia. Sprzęt na takie niecodzienne okoliczności mamy, jak się patrzy. A i komplecik odzieży dla bobasa też jest. No i przede wszystkim wyszkolony zespół. I dzielna mama oczywiście - podkreślił i uśmiechnął się do rodzącej, mając nadzieję, że doda jej otuchy.
Kąciki ust Halinki rzeczywiście uniosły się w uśmiechu, ale zaraz kobieta skrzywiła się, rażona siłą nadchodzącego skurczu. Rafał Marusik pomyślał, że maluch prawdopodobnie przyjdzie na świat tu i teraz, na jego dyżurze. Ot, i szczęście nowicjusza, zostanę wujkiem - westchnął i uśmiechnął się do tych myśli. Spojrzał na rodzącą i jakaś przedziwna fala czułości i troski zalała całe jego ciało. Miał ochotę złapać pacjentkę za rękę i pogładzić.
Halina poczuła przyjemne, rozlewające się po udach ciepło. Przyniosło jej dziwny rodzaj ukojenia. Spojrzała na ratownika.
- Chyba zrobiłam siusiu - powiedziała cicho, zawstydzona i zdziwiona reakcją własnego ciała.
- Słucham? - Pochylił się nad rodzącą. - Nie usłyszałem. - Wskazał w górę i zakręcił palcem, pokazując, że głos syreny zagłusza jej słowa.
- Chyba zrobiłam siusiu... - Dotarło do jego ucha.
- O matko! - wyrwał mu się niekontrolowany okrzyk. Młody adept ratownictwa medycznego po raz pierwszy, odkąd pracował w pogotowiu, poczuł panikę. Nie zdążą. Ta myśl napawała go przerażeniem.
- Tylko spokojnie, panie Rafale, nie trzeba straszyć rodzącej, prawda? - przywołał go do porządku lekarz. - Odeszły pani wody płodowe. To oznacza, że zaraz powitamy na świecie nowego obywatela lub obywatelkę - zwrócił się do kobiety łagodnym tonem. - Teraz proszę tylko słuchać mnie i swojego organizmu, a wszystko pójdzie jak należy. - Uśmiechnął się i złapał pacjentkę za rękę.
- Umieram! - Rozdzierający krzyk wydobył się z gardła Halinki.
- Proszę nam tu nie umierać, tylko oddychać i słuchać poleceń.
- Hu, hu, hu, hu. - Łapała oddechy, po czym zacisnęła szczęki z bólu. - Niech mnie ktoś uratuje... chyba zaraz urodzę.
- Jeszcze trochę, nie ma pełnego rozwarcia, choć wszystko idzie błyskawicznie.
- Ja tego nieee przeżyję!
- Proszę...
- Pieprz się, mądralo! - wrzasnęła. - Hu, hu, hu, oddychaj, Hala, oddychaj...
***
Słabiutki głos kwilącego malucha, przytulonego do jej ciała, dobiegał do uszu zmęczonej i szczęśliwej mamy. Trzy tysiące dwieście gramów zachwytu. Bezbronna, krucha istotka słuchała bicia jej serca, po drugiej stronie innego, nieznanego, nowego świata. Halinka płakała ze szczęścia jak bóbr.