To nie jest randka - Elżbieta Chróścicka

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Jeśli ktoś rok temu powiedziałby mi, że będę świętować własny rozwód w klubie z trzema najlepszymi przyjaciółkami i kieliszkiem tequili w dłoni, prawdopodobnie zaśmiałabym mu się w twarz. A jednak dokładnie to robiłam.

- Za Avę! - krzyknęła Sage, unosząc szklankę najwyżej, jak tylko potrafiła. - Za wolność, nowe życie i absolutnie fatalne decyzje dzisiejszej nocy!

- To ostatnie szczególnie - dodała Maya, uśmiechając się szeroko w moim kierunku.

Śmiech dziewczyn rozlał się nad stolikiem, a ja pokręciłam głową, choć czułam, jak ciepło alkoholu zaczyna powoli rozpuszczać napięcie, które nosiłam w ciele przez ostatnie miesiące. Kilka dni temu mój rozwód został oficjalnie sfinalizowany. Dwadzieścia lat małżeństwa zakończone kilkoma podpisami, dwoma świadkami i dziwnie beznamiętnym uściskiem dłoni mojego byłego już męża. Siedząc w klubie, miałam na sobie obcisłą czarną sukienkę do kostek z dość mocno wyciętym dekoltem, której przy Liamie nigdy bym nie założyła. Byłaby zbyt odważna, zbyt wyzywająca i zbyt pasująca do mnie.

- Wiesz, że patrzą na ciebie panowie ze stolika obok? - mruknęła Jade, pochylając się bliżej.

- Niech patrzą - odpowiedziałam, nawet na nich nie spoglądając.

To zdanie samo wypłynęło z moich ust i przez chwilę wszystkie cztery patrzyłyśmy na siebie z niedowierzaniem, a potem znowu zaniosłyśmy się gromkim śmiechem. Muzyka dudniła w ścianach, światła migały, a parkiet był pełen ludzi. Tańczyłyśmy jak studentki na pierwszym roku. Było chaotycznie, głośno i kompletnie bez wstydu. Po godzinie byłam spocona, lekko pijana i po raz pierwszy od prawie roku beztroska. Choć mogłam przysiąc, że to się nigdy nie wydarzy, w tej jednej chwili czułam, jak negatywna energia zamienia się w coś zupełnie odwrotnego. Było to tak dziwnie nowe, że aż trochę mnie przerażało.

- Dobra - powiedziała nagle Sage, kiedy spoglądałam na swoje odbicie w lustrze w klubowej toalecie.

Zobaczyłam kobietę z czarnymi włosami opadającymi na ramiona i brązowymi oczami, pod którymi tusz i cień lekko się rozmazały od potu. Policzki miałam rozpalone, usta wilgotne i choć byłam już zmęczona, czułam, że dodaje mi to dziwnego uroku.

- Mam pomysł - dodała po chwili. Jej zielone oczy błyszczały w sposób, który zwykle oznaczał katastrofę.

Nim zdążyła dokończyć, wszystkie trzy, jak na zawołanie, powiedziałyśmy: "Nie".

- Ale nawet jeszcze wam go nie przedstawiłam! - pisnęła naburmuszona.

- Właśnie dlatego się nie zgadzamy - zaśmiała się Maya.

Sage przewróciła teatralnie oczami, na co znów się zaśmiałyśmy.

- Moim pomysłem jest tatuaż.

Na moment zapadła cisza i wszystkie trzy pary oczu były skierowane na twarz przyjaciółki.

- Co? - parsknęła Maya.

- Tatuaż rozwodowy! Symbol nowego początku! Bunt! Wolność! Nazwijcie to, jak chcecie.

- Sage, jesteśmy po czterdziestce albo nieubłaganie się do niej zbliżamy. Już nam raczej nie wypada - stwierdziła Maya. - Po drugie, jest druga w nocy.

- I co z tego? - zapytała, krzyżując ramiona na piersiach. - Nam też się coś od życia należy.

- Studia tatuażu są już dawno zamknięte - odparła Jade, kiedy wychodziłyśmy z toalety.

- Nie wszystkie. Jesteśmy w cholernym Los Angeles. Na pewno jakieś są otwarte - Sage uśmiechnęła się szeroko, co nie zwiastowało niczego dobrego.

Czterdzieści minut później stałyśmy przed niedużym studiem tatuażu w Venice Beach.

- Pali się światło, może ktoś tam jest - stwierdziła Jade, próbując dojrzeć coś przez przyciemnioną witrynę.

- Mogłyśmy jechać na Hollywood Boulevard. Tam na każdym rogu jest studio - jęknęła Maya.

- Nie wskażę palcem, kto wymyślił spacer w środku nocy - zaśmiałam się, spoglądając na Sage. - Jeśli skończy się porwaniem albo rytuałem jakiegoś kultu, rozwód przestanie być moim największym problemem - dodałam, rozglądając się po okolicy.

- Przestań marudzić. Tutaj możesz co najwyżej spotkać dzieciaki na deskorolkach - stwierdziła, pchając drzwi.

Dzwonek nad nami zabrzęczał. Mężczyzna siedział za ladą, skupiając się na rysowaniu na tablecie. Podniósł na nas wzrok i przez sekundę kompletnie zapomniałam, co chciałam powiedzieć. Był młody, zdecydowanie młodszy ode mnie. Kasztanowe włosy opadały mu lekko na czoło, a rękawy czarnej koszulki były podwinięte, odsłaniając ramiona pokryte tatuażami. Wydawał się pewny i opanowany. Jego spojrzenie przesunęło się po naszej czwórce, zatrzymując się na mnie.

- Zamknięte - odparł spokojnie, odkładając tablet na ladę.

- Prosimy - jęknęła natychmiast Sage, składając dłonie jak do modlitwy. - To rozwodowa sytuacja kryzysowa.

- Sage - ostrzegłam.

Chłopak uniósł brew, podniósł się z hokera i jeszcze baczniej nam się przyjrzał.

- Rozwodowa? - zapytał zaskoczony.

- Ona. - Wskazała na mnie dramatycznie. - Jest świeżo rozwiedziona. Potrzebuje tatuażu symbolizującego nowy rozdział życia.

Czułam, jak pod naporem spojrzenia chłopaka robię się czerwona. Boże, gdybym tylko mogła, zapadłabym się pod ziemię.

- Jaki tatuaż? - zapytał, nie odrywając ode mnie wzroku.

- Jeszcze nie wiem - przyznałam cicho.

Na jego ustach zagościł niewielki uśmiech. Dziewczyny zaczęły mówić wszystkie naraz. Sage proponowała wielkiego motyla na plecach, Jade mówiła coś o kwiatach, Maya podsuwała jakiś cytat, a ja wciąż patrzyłam tylko na niego. Na każdy jego krok i ruch ciała, kiedy wyszedł zza lady i podszedł bliżej. Gdy się wyprostował, był ode mnie wyższy, niż zakładałam. Pachniał miętą zmieszaną z charakterystycznym zapachem środka dezynfekującego.

- Przede wszystkim jestem TJ - powiedział w końcu, wyciągając dłoń w moim kierunku.

- Ava - odpowiedziałam, niepewnie ściskając jego dłoń.

Kiedy nasze palce się zetknęły, przez moją dłoń przeszedł dziwny, elektryczny dreszcz. Widząc jego zaskoczoną minę, byłam niemal pewna, że poczuł to samo. Na ułamek sekundy jego palce zacisnęły się nieco mocniej na mojej skórze, by po chwili ją puścić.

- No dobrze - odchrząknął zmieszany.

Nie wiem, czy to była resztka alkoholu w moim organizmie, adrenalina czy sposób, w jaki na mnie patrzył, ale nagle cała sytuacja zaczęła się wydawać nie tyle szalona, co ekscytująca.

- Więc rozwodowy tatuaż, tak?

- To brzmi dużo gorzej, kiedy mówisz to na głos - mruknęłam.

- To jaki chciałabyś symbol nowego życia? - zapytał, a jego usta drgnęły w delikatnym uśmiechu.

- To musi być coś odważnego - wtrąciła Sage, opierając się o ladę jak samozwańcza menedżerka mojego kryzysu egzystencjalnego.

- Sage - jęknęłam, wymownie na nią spoglądając.

- No co? Powinnaś świętować, że nie jesteś już z tą zdradziecką świnią. Poza tym za kilka tygodni twoja czterdziestka, więc to będzie idealny prezent na kolejną dekadę życia.

- Sage, po pierwsze, to ojciec Rory, po drugie, nie przypominaj mi o zbliżających się urodzinach - upomniałam przyjaciółkę.

- Nie musisz się spieszyć - odparł TJ, patrząc na mnie z konsternacją. - Usiądź, pogadamy - dodał, wskazując na jeden z hokerów przy biurku z tabletami i szkicownikami.

Dziewczyny rozsiadły się na kanapach obok wejścia do studia, komentując półgłosem wzory na ścianach. Ich rozmowy stały się tłem, a ja miałam dziwne wrażenie, że pomieszczenie skurczyło się do miejsca, gdzie siedziałam wraz z chłopakiem.

- To będzie twój pierwszy tatuaż? - zapytał, otwierając szkicownik.

- Tak - odpowiedziałam, niemal natychmiast.

- Odważny ruch jak na trzecią w nocy.

- Według dziewczyn to noc fatalnych decyzji - zaśmiałam się, spoglądając na moje przyjaciółki.

- Najlepsze tatuaże zwykle zaczynają się właśnie tak - odpowiedział, podsuwając mi kilka stron ze szkicami.

Wszystkie rysunki były minimalistyczne: symbole, cienkie linie, małe grafiki. Moje spojrzenie zatrzymało się na jednym z nich: małym feniksie z rozłożonymi skrzydłami.

- Ten - powiedziałam cicho, dotykając palcem papieru.

TJ zerknął na rysunek i z aprobatą przytaknął.

- Odrodzenie z popiołów?

- Czy to niezbyt banalne? - zapytałam niepewnie.

- Trochę - przyznał spokojnie. - Ale szczere - dodał, uśmiechając się.

Nasze spojrzenia spotkały się i coś w tej chwili znowu się zmieniło. Nie było już żartu o rozwodzie ani rozmowy o tatuażu. Czułam, że między nami rodzi się jakaś dziwna, cicha ciekawość.

- Gdzie go chcesz? - zapytał po chwili.

Choć zadał je spokojnie, przyglądając się grafice, to pytanie nagle w mojej głowie zabrzmiało bardziej intymnie, niż powinno.

- Nie wiem.

Jego wzrok powędrował po mnie powoli, z uwagą, jakby oceniał proporcje, linie ciała i przestrzeń, na której mógłby pracować. Nie było w tym nic nachalnego ani obscenicznego, a mimo to poczułam ciepło rozlewające się pod skórą.

- Proponuję miejsce nad kostką albo na biodrze - powiedział w końcu.

- Biodro! - Sage krzyknęła niemal natychmiast z drugiego końca studia.

- Sage, na Boga, przysięgam, że za chwilę wybuchnę - odezwałam się, gromiąc przyjaciółkę spojrzeniem.

- Kostka będzie mniej, jakby to ująć, dramatyczna. - TJ zaśmiał się cicho, spoglądając to na mnie, to na moje przyjaciółki.

- W takim razie poproszę opcję mniej dramatyczną - uśmiechnęłam się, patrząc w tęczówki chłopaka, które w otaczającym nas świetle łapały bursztynowe refleksy.

- Rozsądny wybór - uśmiechnął się, wstając. - Chodź - dodał, łapiąc mnie za dłoń i prowadząc do jednego z foteli do tatuowania.

- Usiądź wygodnie, a ja wszystko naszykuję - powiedział, wskazując na metalowy czarny fotel z regulowanym podnóżkiem.

ROZDZIAŁ 2

Podciągnęłam lekko sukienkę, odsłaniając prawą kostkę. TJ przykucnął obok i wtedy stało się coś, czego kompletnie się nie spodziewałam. Jego palce delikatnie objęły moją kostkę, kiedy ustawiał nogę na podnóżku. To był zwykły, profesjonalny gest, ale jego dłonie były ciepłe i pewne, a ruchy nad wyraz powolne. Zamarłam, czując rozlewające się ciepło tam, gdzie mnie dotykał. TJ też na moment się zatrzymał, spoglądając na mnie.

- W porządku? - zapytał, lustrując moją twarz.

- Tak - odpowiedziałam natychmiast, odchrząkując, by rozluźnić zaciśnięte gardło.

- Dobrze.

Puścił moją kostkę, sięgnął po folię ochronną i zaczął przygotowywać stanowisko pracy. Patrzyłam na niego zafascynowana, kiedy z ogromną starannością układał igły, kubeczek na tusz, ręczniki papierowe, wazelinę i inne niezbędne rzeczy, po czym po raz kolejny z precyzją chirurga umył ręce przy umywalce i założył rękawiczki.

- Na pewno byłaś przygotowana na dzisiejszy wieczór, ale dla pewności przejadę maszynką do golenia po miejscu, gdzie stworzymy nasze dzieło - uśmiechnął się, kiedy chwycił za jednorazową maszynkę.

Na jego słowa skinęłam głową, czując, jak oblewam się szkarłatnym rumieńcem. Jego ruchy były dokładne i powolne. Nie miały nic wspólnego z moim dzisiejszym pospiesznym goleniem nóg przed wyjściem. Co chwilę zerkał na moją twarz, przez co miałam wrażenie, że napięcie w powietrzu staje się coraz gęstsze.

- Będzie bolało? - zapytałam, próbując przerwać ciszę.

- Trochę. Porównałbym to bardziej do pieczenia niż bólu.

- Bardzo pocieszające - zaśmiałam się cierpko, próbując ukryć narastające nerwy.

- Ale wytrzymasz - odparł, uśmiechając się.

- Skąd masz tę pewność?

Chłopak spojrzał mi prosto w oczy o kilka sekund za długo.

- Masz w spojrzeniu coś upartego - odpowiedział, po czym spojrzał na wzór feniksa, którego wybrałam. - Gotowa? - zapytał, zmieniając rękawiczki i ustawiając się przy mojej nodze. Złapał za maszynkę, która po chwili cicho zabrzęczała. Serce zaczęło mi bić nierówno i szybko, a ja nie byłam do końca pewna, czy to z powodu tatuażu, czy jego.

- Gotowa - odpowiedziałam, biorąc głęboki wdech.

Kiedy jego dłoń znów dotknęła mojej kostki, żeby napiąć skórę przed pierwszą linią tuszu, wiedziałam, że ta noc przestała być zwykłą rozwodową imprezą. Brzęczenie maszynki było ciche, ale w tej chwili wydawało mi się, że to jedyny dźwięk, który słyszę. Patrzyłam na precyzyjny ruch jego ręki, skupiając się na drobnych liniach jego tatuaży na przedramionach. Dziewczyny gdzieś z tyłu śmiały się głośno, by po chwili szeptać między sobą i chichotać.

- No i jak? Do zniesienia? - zapytał, kiedy zanurzał igłę w kubeczku z tuszem.

- Jeśli przeżyłam dwadzieścia lat małżeństwa, dam radę z tatuażem - zaśmiałam się cierpko.

Sądziłam, że będzie to zabawny żart, jednak gdy powiedziałam to głośno, nie wydawało się to takie zabawne.

- Dobry argument - odparł, ponownie przykładając igłę do mojej skóry. - Zdradziecka świnia? Chyba się domyślam, dlaczego skończyło się rozwodem.

- Cóż mogę powiedzieć? - westchnęłam, próbując zachować pokerową twarz.

- Obstawiam, że to nie z najlepszą przyjaciółką, bo siedzą za nami - odparł, kątem oka zerkając na dziewczyny.

- Romans biurowy - stwierdziłam, czując, jak napięcie ponownie przejmuje władzę nad moim ciałem.

- Szefowa czy sekretarka?

- Z szefem.

Nim zdążyłam nabrać powietrza, Sage postanowiła odpowiedzieć za mnie. TJ na ułamek sekundy przerwał pracę i spojrzał na mnie, jakby sprawdzał, czy dobrze zrozumiał. Ja jedynie zerknęłam na niego, czując po raz kolejny, jak fala zażenowania rozlewa się po moim ciele. Tak było za każdym razem, gdy myślałam o Liamie i Anthonym.

- Łoł, to musiało boleć. Tatuaż przy tym to pestka - stwierdził, zaskoczony. - Przykro mi.

- Ta imitacja faceta od lat perfekcyjnie się ukrywała - powiedziała oburzona Sage, podchodząc do nas, by ocenić dotychczasową pracę chłopaka. - Oszukiwał ją dwadzieścia lat. Zmarnował jej życie. Mógł od razu powiedzieć, że jest gejem, i nie byłoby tego pożal się Boże małżeństwa.

- Sage, proszę. Nie teraz - poprosiłam wręcz błagalnym tonem.

Wspomnienia uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą. Całe dwadzieścia lat naszego wspólnego życia przeleciało mi przed oczami klatka po klatce i choć próbowałam to powstrzymać, czułam, że łzy napływają mi do oczu.

- Dobra, już nic nie mówię - stwierdziła. Uniosła dłonie w geście obronnym i wycofała się do kanapy, którą zajmowały dziewczyny.

- Dzielnie sobie radzisz - powiedział spokojnie TJ, kiedy szybkim ruchem dłoni cieniował skrzydła feniksa.

- Masz bardzo niskie wymagania wobec klientów - odpowiedziałam.

Nie wiedziałam, czy mówi o tatuażu, czy o mojej tragicznej sytuacji życiowej, ale nie chciałam dłużej ciągnąć tematu byłego męża.

- Nie wobec wszystkich - odparł, delikatnie się uśmiechając.

- Co to znaczy?

TJ na chwilę przerwał, żeby przetrzeć skórę z nadmiaru tuszu, po czym na mnie spojrzał.

- Niektórzy panikują po pierwszych pięciu sekundach.

- A ja?

- Ty jesteś nadzwyczaj spokojna jak na pierwszy raz.

Im dłużej tatuował, tym ból stawał się silniejszy. Starałam się bardziej skupiać na chłopaku niż na doznaniach, ale nie było to łatwe. Analizowałam jego palce, które były pewne i stabilne, kiedy napinał skórę przy kostce. Czasem przesuwały się wyżej, żeby poprawić kąt.

- Jeśli się poruszysz, feniks dostanie dodatkowe skrzydło - mruknął, kiedy napięłam mięśnie przez coraz silniejsze pieczenie.

- Brzmi jak ulepszenie - parsknęłam, próbując zabrzmieć swobodnie.

- W sztuce tatuażu mniej znaczy więcej.

- Mówisz to bardzo poważnie - zauważyłam. - Nadal nie wiem, jak możesz tatuować, patrząc tylko na kartkę, bez wzoru czy konturu na skórze.

- Praktyka i talent - zaśmiał się, choć jego dłonie nadal były perfekcyjnie stabilne.

- Ile masz lat? - wypaliłam bez zastanowienia.

TJ uniósł wzrok.

- Zgadnij.

- Dwadzieścia pięć?

- Auć. Chciałbym wrócić do tych czasów - uśmiechnął się, ponownie przecierając moją skórę.

- Dwadzieścia sześć?

- Bliżej, ale nadal źle.

- Dobra, poddaję się - stwierdziłam, śmiejąc się.

- Miesiąc temu skończyłem dwadzieścia dziewięć.

- Czyli jesteś o dziesięć lat młodszy ode mnie.

- Jedenaście - poprawił mnie z uśmiechem.

- Dzięki za przypomnienie.

- Nie przeszkadza mi to.

Chłopak powiedział to tak naturalnie, że przez chwilę nie zrozumiałam sensu zdania.

- Nie przeszkadza ci co? - zapytałam zmieszana.

- Różnica wieku - odparł, spoglądając na mnie. - Za chwilę kończymy.

- Kto powiedział, że o tym myślałam? - zapytałam, a serce zabiło mi szybciej.

- Nikt. Po prostu mam dobrą intuicję.

- Ava, flirtujesz z tatuażystą?! - zaśmiała się Sage, siedząc na kanapie.

- Nie!

- Kłamiesz! - zawołała Jade, po czym wszystkie trzy zaniosły się śmiechem.

Poczułam, jak robi mi się ciepło na twarzy, a TJ tylko zaśmiał się pod nosem.

- Przyjaciółki zawsze wiedzą lepiej - odparł.

- One lubią dramatyzować.

Maszynka ucichła, a TJ odsunął się minimalnie, żeby przyjrzeć się swojej pracy.

- Skończone.

- Już? - zapytałam zaskoczona.

- Myślałaś, że będziesz tu siedzieć godzinami? - zaśmiał się, widząc moją minę.

- Nie wiem. Nigdy wcześniej tego nie robiłam.

- Pierwszy raz z reguły tak wygląda.

W jego głosie pojawiła się nuta czegoś, czego nie potrafiłam od razu nazwać: może rozbawienia, a może czegoś prowokującego.

- Mówisz tak, jakbyśmy nie rozmawiali o tatuażu - zauważyłam.

- A o czym jeszcze byśmy mogli?

Zamarłam. Patrzyliśmy na siebie w ciszy i choćbym chciała, nie byłam w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa. Sage głośno chrząknęła.

- Ja tylko przypomnę, że my tu jesteśmy.

- Już skończyliśmy - powiedział TJ, wracając do rzeczywistości.

Od miesięcy, a tak właściwie od lat, nie czułam takiej energii i takiego przyciągania. Miałam wrażenie, że moje ciało chciałoby zostać na tym fotelu jeszcze jakiś czas, tylko po to, by czuć jego dotyk. Podniosłam się lekko na łokciach, żeby spojrzeć na swoją kostkę. Mały feniks z cienkich, eleganckich linii rozkładał skrzydła tuż nad moją kostką.

- Jest idealny - powiedziałam cicho, nie odrywając wzroku od tatuażu.

- Pasuje do ciebie - odparł, ściągając rękawiczki.

- Skąd wiesz?

- Wygląda, jakby właśnie zaczynał coś od nowa.

Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu miałam wrażenie, że nie mówi tylko o tatuażu. Dziewczyny zebrały się wokół mnie, kiedy tylko TJ skończył zabezpieczać tatuaż cienką folią ochronną.

- Pokaż! - zawołała Sage, niemal przewracając się o podnóżek.

- Oooch - westchnęła Maya. - Jest piękny.

- I seksowny - dodała Jade, przyglądając się mojej nodze.

- To tylko mały feniks - powiedziałam, próbując brzmieć obojętnie.

- Nie tylko - odezwał się TJ. - Jest bardzo dobrze umiejscowiony - dodał, stając za mną.

Jak na zawołanie ponownie się zaczerwieniłam, co Sage natychmiast zauważyła.