To nie jest Miami - Fernanda Melchor

Kup ebooka

39.00 zł
32.95 zł (32,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autorki

Mieszkać w jakimś mieście to tyle, co mieszkać wśród opowieści: tych opisywanych w książkach, tych, które pojawiają się w gazetach i na ekranach, tych przekazywanych z ust do ust i mutujących zgodnie z prawami analogicznymi do mutacji wirusów, owych istot, co to nawet nie są żywe, ale mnożą się z zaciekłym uporem, byle przetrwać na tym świecie.

Miasto to pole, na którym historie się tworzą i pomnażają. A także umierają. Opowieści giną, bo miasto, sceneria rzeczywistości, jest ciche mimo panującego tu hałasu: nie może opowiedzieć samo o sobie, niczego w ogóle opowiedzieć nie jest w stanie. Historie, jak zauważył kiedyś Sartre, nie są opowiadane przez rzeczywistość, tylko przez ludzki język, przez pamięć.

Tyle że język bywa zdradziecki: ileż to razy zdarzyło nam się utknąć w pomieszaniu przed czymś, czego nie umieliśmy opisać - atmosferą, twarzą, uczuciami? Chcemy coś opowiedzieć, a wybierane przez nas słowa buntują się jak nieokiełznane zwierzęta. Chcemy wiernie zrelacjonować prawdę, jej mały fragment, a kończy się na tym, że opowiadamy o naszych własnych sprawach, naszych lękach i pragnieniach. Nie ufamy słowom, bo - zwłaszcza w tej epoce nadmiaru obrazu i rejestrowania wszystkiego na bieżąco - wydają się nam zbyt drastyczne, by oddać sens ciszy, i jednocześnie zbyt miałkie, aby opowiedzieć o wirze istnienia.

Zbiór opowieści, które czytelnik trzyma w rękach, został napisany z zamiarem opowiedzenia niniejszych historii w najuczciwszy sposób, jaki znam: ze świadomością przyrodzonej słowom koślawości i tak, by koślawość ta przyniosła tym opowieściom pożytek. Nieważne, że nie da się "zreprodukować" rzeczywistości za pomocą narzędzia, które harata dłonie; nieważne, że jakikolwiek obraz na naszym komputerze, choćby najbardziej miałki, znaczy więcej niż tysiąc słów. Opowieści rodzą się w języku i to w nim osiągają swój najgłębszy sens, który umyka mikrofonom i kamerom, który tkwi wplątany w plemienne głosy i gesty. Nie jestem pewna, czy wywiązałam się z zadania do końca, ale na pewno mogę powiedzieć, że próbowałam, nawet jeszcze zanim formalnie postawiłam sobie te pytania.

Większa część opowieści wchodzących w skład To nie jest Miami została napisana w ciągu dziesięciu lat, między 2002 a 2011 rokiem. Niektóre z nich pierwotnie ukazały się na łamach legendarnego pisma "Replicante". Do drugiego wydania postanowiłam dołączyć nową, pełniejszą i nie tak przekombinowaną wersję tragicznej historii Evangeliny Tejery oraz niepublikowany wcześniej tekst Życie nic nie jest warte, napisany w tym samym okresie co pozostałe: w fatalnym czasie rządów Fidela Herrery Beltrána na stanowisku gubernatora Veracruz oraz Felipe Calderóna Hinojosy na stanowisku prezydenta kraju.

Część tekstów zawartych w tej książce zaliczyć można do dziennikarskiego gatunku reportażu literackiego. Inne stawiają opór przy próbach klasyfikacji; ja wolę mówić o nich "opowieści", w pierwotnym znaczeniu tego słowa: "relacja, zwykle szczegółowa, z przebiegu jakiegoś zdarzenia". Nie są to teksty dziennikarskie, bo brak w nich dat, twardych danych i numerów rejestracyjnych pojazdów (po części by chronić moich informatorów), ale nie są to też wcale realistyczne fikcje: nie opowiadam o łzach, uzbrojonych facetach czy rannych dzieciach, jeśli ich naprawdę nie było. Jedyna forma fikcji, do której mogłabym się w tych opowieściach przyznać, to ta, która wiąże się z każdym wytworem ludzkiego języka, od poezji po notatkę prasową: chodzi mi o formę opowieści, organizujący ją schemat. Przypomnijmy etymologię słowa "fikcja" - fingere, co po łacinie znaczy "modelować", "nadawać formę". Rzeczywistość nie ma żadnej woli, brak jej świadomej celowości; toteż tak powieść, jak reportaż są zawsze, na swój sposób, "fikcyjne" - w tym sensie, że zawsze są tworami sztucznymi i nie można ich mylić z rzeczywistym życiem.

Czytelnik znajdzie więc na tych stronach opowieści, które nie próbują dialogować z Historią pisaną wielką literą; opowieści, które nie skupiają się na jednej konkretnej anegdocie, tylko na tym, jaki skutek miała ona dla jej świadków. Relacjonowane przeze mnie historie rodzą się z konkretnych wydarzeń (na przykład grupa pasażerów na gapę, którzy utknęli w porcie, albo veracruzański rytuał egzorcyzmu), ale ich subiektywny charakter wykracza poza samą anegdotę i w centrum uwagi pozostawia doświadczenie przemiany, z jaką mierzą się jego bohaterowie - dla przykładu - tekst, od którego pochodzi tytuł całego tomu, opowiada nie tylko o losach grupy biedaków biorących Veracruz za Miami, ale także chłopaka, który w pewną noc tropikalnej zimy pierwszy raz w życiu stanął twarzą w twarz z brutalnością i zemstą.

Wiem, że ludzka subiektywność to zapewne najmniej dziennikarskie pole, jakie można sobie wyobrazić, i że niektórym z moich opowieści grozi, mimo tej całej słownej ekwilibrystyki, łatka fikcji. Nie pozostaje mi nic innego, jak zapewnić czytelnika, że podczas pisania zawsze towarzyszyła mi myśl, by opowiedzieć to wszystko z jak największą szczegółowością i jak najmniejszym hałasem; żeby używane przeze mnie słowa wywodziły się z intymnej znajomości moich informatorów, z totalnej, czasami bezlitosnej eksploatacji ich perspektywy oraz, rzecz jasna, z mojego osobistego udziału w opisywanych wydarzeniach i obecności w opisywanych miejscach.

Nie znajdzie tu czytelnik śladu po lęku przed subiektywizmem, żadnych oporów, by potrząsnąć mechanizmem opowieści, by ludzkim faktom nadać nieco inny sens, bliższy osobistemu doświadczeniu niż medialnym newsom. Nie znajdzie tu także fikcji ani fantazji, tylko historie, które mogły zdarzyć się gdziekolwiek, ale za sprawą któż wie jakiego zrządzenia losu wydarzyły się nie gdzie indziej, tylko właśnie tu.

Fernanda Melchor

Veracruz, październik 2017