To nie jest kraj dla singli - Felicia Kingsley

Kup ebooka

44.99 zł
22.50 zł (26,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Elisa

Panuje powszechnie przekonanie, że każdy majętny kawaler z pewnością szuka żony.

Nie żyjemy w Hertfordshire w roku tysiąc osiemset dwunastym: Belvedere in Chianti to mała mieścina licząca sobie trzy tysiące dwustu mieszkańców, położona na pograniczu dwóch prowincji: Florencji i Sieny, i mamy dwudziesty pierwszy wiek.

A przynajmniej tak wynika z kalendarza, choć niektóre rozmowy zdają się temu przeczyć.

Na przykład ta tocząca się w piekarni, jak każdego ranka wypełnionej lokalnymi gospodyniami, w którą mimowolnie zostaje wplątana Elisa Benetti.

- Kiedy przyjedzie? - pyta Gilolii Fiorella.

- Ile ma lat? - dopytuje się Viola.

- Muszę natychmiast powiedzieć o tym mojej Sarze! - wykrzykuje Angela i wychodzi tak szybko, że prawie przewraca mnie i moją mamę. - Och, przepraszam, nie zauważyłam was.

- Witaj, Pietro, mogę jak zwykle prosić dwa bochenki? - Mama zwraca się do piekarza, który z rozbawieniem przysłuchuje się pogawędce. - A któż to do nas przybywa? Czyżby nowy proboszcz?

Jest ciekawska, jak pozostałe kumoszki, i gdy dzieje się coś nowego, chce o tym natychmiast wiedzieć.

W naszym miasteczku, w którym nigdy nic się nie dzieje, nawet to uchodziłoby za sensację, o której rozmawiano by jeszcze przez wiele dni.

- Jaki tam proboszcz! Odkąd wnuczka Cateriny zbałamuciła ostatniego, diecezja nie wyśle do nas księdza poniżej pięćdziesiątki. Następny, który obejmie parafię, będzie potrzebował raczej opiekunki niż gosposi!

W Belvedere żaden kawaler nie jest bezpieczny, nawet ci w sutannach nie mogą spać spokojnie. W miejscu, gdzie wybór ogranicza się do garstki nieżonatych panów zbliżających się do emerytury, nie obowiązują żadne świętości: wszystkie matki, babcie, ciotki i córki rozwinęły u siebie precyzyjny radar pozwalający im namierzyć potencjalnego męża w promieniu nawet kilku kilometrów. Moja rodzicielka nie jest tu wyjątkiem.

Don Marzio, świeżak po seminarium, wytrzymał u nas cztery miesiące: Greta, wnuczka Cateriny, adorowała go tak intensywnie i tak obficie dokarmiała pappardelle z dzikiem, że w końcu wpadł w jej sidła.

- No to kto to jest? Ktoś ważny? - pyta zaciekawiona mama.

Co mnie podkusiło, żeby jej obiecać, że przywiozę jej sprawunki na Vespie?

- Jak to?! - Viola aż podskakuje. - Kto jak kto, ale że wy nic nie wiecie? Gianni, notariusz, udał się właśnie po hrabiowskiego krewniaka, który ma odziedziczyć posiadłość!

Ach. To dlatego myślały, że coś wiemy: w końcu mieszkamy i pracujemy w posiadłości Le Giuggiole. Hrabia Umberto Ricasoli umarł miesiąc temu: jego męczącą, wypełnioną nieróbstwem egzystencję w wieku pięćdziesięciu sześciu lat przerwał zawał serca, a my, personel majątku, czekamy na instrukcje od spadkobierców, którzy jeszcze się nie pojawili.

- Pierwsze słyszę - odpowiada urażona mama. - Pojechał do Ricasolich w Poggio a Caiano?

Hrabia Umberto nie miał dzieci i Gianni poszukuje jego najbliższych krewnych. W Toskanii roi się od Ricasolich­-Guicciardich, więc jeśli chodzi o spadkobierców, zdecydowanie jest w czym wybierać.

- Moja szwagierka mieszka w Poggio i nic mi nie powiedziała. Może pojechał do tych z Pontassieve? - zastanawia się głośno Giliola.

- W Pizie też jest od groma Ricasolich - dodaje Fiorella.

- Lepszy nieboszczyk w domu niż Pizanin na progu! - wykrzykuje Duccio, lokalny aptekarz, który właśnie wchodzi do piekarni, zostawiwszy rower na chodniku. - Dzieńdoberek, kumoszki! O czym to się gwarzy? Kim jest ten biedak, który przybywa z Pizy?

- Któryś bratanek lub siostrzeniec hrabiego. Ma odziedziczyć Le Giuggiole, ale nikt nie wie, który to - wyjaśnia Pietro.

- Ależ z jakiej Pizy! - wykrzykuje Duccio. - Ja tam wszystko wiem! Powiedziała mi Fernanda, sąsiadka Gianniego, kiedy przyszła po maść na modzele.

Co do tego, że Duccio wie, nie ma wątpliwości - tu ludzie zwierzają się farmaceucie ze wszystkiego. I to dosłownie.

- No to gadaj, kto to taki? - piszczą chórkiem polujące matki.

Duccio, któremu schlebia fakt, że wzbudza takie zainteresowanie, przechadza się dumnie po piekarni w swoim białym fartuchu.

- To prawnuk starego Lanfranca Ricasolego, tego, co mieszka w Londynie. - Lanfranco był ojcem Umberta i poprzednim właścicielem posiadłości. - Syn jego wnuczki, Eleny!

Słowa Duccia zaskakują mnie do tego stopnia, że robię krok do tyłu.

- Masz na myśli Carletta?

W rzeczywistości ma na imię Charles. Jego matka, Elena Ricasoli, poślubiła angielskiego handlarza tkaninami, Richarda Bing­leya. W dzieciństwie razem z siostrą bliźniaczką co roku spędzał lato w posiadłości swojego stryjecznego dziadka.

- Oczywiście! - potwierdza Duccio. - Gianni wczoraj wieczorem wyleciał samolotem z Florencji.

Wyciągam rękę po torby z chlebem, ale w tej samej chwili oblega mnie horda wesołych kumoszek z Chianti.

- Czyli ty go znasz? Jest przystojny? - pyta Giliola.

- Bogaty? - chce wiedzieć Fiorella.

- Eligancki? - Spragniona szczegółów Angela, która zdążyła już wyjść, ponownie pojawia się w drzwiach. Jak już wspomniałam, w Belvedere wystarczy, że zawieje testosteronem, a kobiety włączają radar.

- Właściwie to od lat nie mamy kontaktu. - Próbuję opuścić grząski grunt, na który sama weszłam.

- Miejmy tylko nadzieję, że nie woli chłopców, bo panie obejdą się smakiem - żartują Piero i Duccio.

- Jeśli jest homosensualny, to niech już lepiej siedzi w tym Londynie - stwierdza Viola. - Nie będziem tracić czasu.

Z tego, co pamiętam, Carletto wcale nie był "homosensualny". Przynajmniej piętnaście lat temu.

- Mariano. - Giliola ciągnie moją matkę za rękaw. - Bądź tak miła i powiedz nam, kiedy przyjedzie!

- Powiedzieć? - Mama udaje, że nie rozumie, choć doskonale wie, czego chcą. - Po co?

- Żebyśmy mogły pod jakimś pretekstem przyjechać do Le Giuggiole i się z nim spotkać!

- Świetny pomysł - komentuje Fiorella. - Moja Paola upiecze mu cantucci!

Słynne cantucci Paoli, lepiej znane jest jako "żelbetonki".

- Ja każę mojej zrobić ptysie! - wtóruje jej Angela.

Najwyraźniej załączył im się tryb "przez żołądek do serca". Ale bardziej w tym sensie, że jeśli kawaler nie zaprosi ich córek na randkę, wyrwą mu serce gołymi rękami.

- Och, wam to tylko fiu­-bździu w głowie. U nas się pracuje, nie mamy czasu na takie głupoty... - Mama usiłuje się wykręcić. Jak ją znam, nie ma ochoty dzielić się z nimi tak cenną informacją.

- Prosimy, Eliso, powiedz mamie, żeby to dla nas zrobiła. Mariana, a ty nie bądź taką egoistką! - domaga się Viola.

- Przekonam ją - kłamię na odczepnego, świadoma, że jeśli się nie zgodzę, nigdy mnie stąd nie wypuszczą.

- Dzięki.

Gdy wychodzimy, mama bierze mnie pod ramię i z zamyśloną miną szepcze mi do ucha:

- Nie puszczaj pary z gęby. Musimy natychmiast wracać i wysprzątać cały dom, pod meblami też, naszykować główną sypialnię, upiec dwa ciasta, nie, lepiej trzy. I musimy powiadomić Giadę, niech zrobi sobie fryzurę... A jej koronkową sukienkę, tę, która podkreśla oczy, trzeba wyprasować! Ty też, Eliso, zrób coś ze sobą, choć raz się ładnie ubierz...

- Mamo, proszę, chociaż ty nie zaczynaj... - wzdycham.

Gdy jesteśmy już jedną nogą na zewnątrz, podfruwa do mnie Fiorella i potajemnie wciska mi w rękę zwinięte w rulon dziesięć euro.

- Powiadom mnie jako pierwszą - rzuca i mruga do mnie porozumiewawczo.

Nie, dłużej tego nie zniosę. To nie dla mnie, te matrymonialne spiski.

Wskakuję na moją niebieską Vespę Rally i nie zapinając kasku, daję gaz do dechy. Trzaskająca rura wydechowa wypluwa z siebie chmurę szarego dymu, w powietrzu rozchodzi się zapach spalonego oleju.

- Święta Zyto, oczadziała! - krzyczą starsi panowie okupujący stoliki przed barem Maria.

- Durna, nie wzięłaś chleba! - woła mama z progu piekarni.

Ja jednak ani myślę zawracać.

1

Michael

- Mam nadzieję, że to ważne, skoro kazałeś mi przybiec tu z biura, jakby się paliło. - Tak witam Charlesa, mojego najlepszego przyjaciela, gdy dołączam do niego na bieżni.

- Na litość boską, jest sobota, zrelaksuj się trochę!

- Ach, jest sobota? - pytam oszołomiony.

- Jesteś tak uzależniony od pracy, że nawet nie wiesz, jaki jest dzień tygodnia.

W rzeczy samej, byłem przekonany, że to dopiero piątek. To dlatego moja asystentka, Penny, była dziś tak poirytowana, kiedy wyciągnąłem ją z łóżka o siódmej rano, bombardując serią pilnych wiadomości.

- Mam nowego klienta, który miał czas tylko dzisiaj rano.

To w sumie półprawda. O Ernesta Havishama zabiegałem od miesięcy, a wczoraj oficjalnie powierzył on firmie Saxton & D'Arcy zarządzanie swoim bogatym portfelem inwestycyjnym. Rano skorzystałem z okazji, żeby nadgonić z robotą, mimo że Saxton, mój wspólnik i zastępca ojca, surowo zabronił mi przebywać w biurze po dwudziestej pierwszej. I w weekendy. Oraz w święta...

- Dziś mniejsza o twój pracoholizm. Mam niusa.

- Ach tak?

Entuzjazm w jego głosie mnie zaskakuje. Charles ceni sobie rutynę, nie lubi, gdy coś burzy mu plany, i dlatego nie znosi nowości. Nie powiedział mi nic sensacyjnego od czasu, gdy w trzeciej klasie gimnazjum wycięto mu migdałki.

- Pamiętasz mojego pradziadka Lanfranca, tego od willi w Toskanii?

- Oczywiście, że pamiętam.

Rodzice Charlesa stali się opiekunami prawnymi dla mnie i mojego brata, kiedy dwadzieścia dziewięć lat temu zmarli nasi rodzice; ja i George mieszkaliśmy z Bingleyami aż do osiągnięcia pełnoletności. Matka Charlesa pochodziła z Florencji, w domu mówiliśmy płynnie po włosku, uczęszczaliśmy do dwujęzycznego liceum, a wszystkie wakacje spędzaliśmy we Włoszech w willi starego wuja.

- Jego syn zmarł bezpotomnie - wyjaśnia - więc cały majątek przypadł mnie i mojej siostrze.

- Naprawdę?!

- Wczoraj był u mnie notariusz z Belvedere, przywiózł mi dokumenty do przejrzenia.

- Przyjmiesz spadek?

Charles wzrusza ramionami. Oto kolejna rzecz, której nienawidzi i wolałby nie robić: podejmowanie decyzji.

- Nie wiem - pada przewidywalna odpowiedź.

Założę się z diabłem o głowę, że zaraz zapyta: "Gdybyś ty był na moim miejscu, to co byś zrobił?". Trzy... dwa... jeden...

- Gdybyś ty był na moim miejscu, to co byś zrobił?

Nie jestem jasnowidzem, po prostu znam go jak własną kieszeń.

- Wiedziałem, że zaraz odbijesz piłeczkę do mnie, Bingley­-Boggley!

- Nie nazywaj mnie tak, nie jesteśmy już w szkole.

Bingley­-Boggley, niezdecydowany Bingley, to przydomek, który nadała mu babka od WF­-u, ponieważ stawał na końcu kolejki za każdym razem, gdy trzeba było skakać, biegać, wspinać się albo nurkować.

- A skąd ja mam wiedzieć, co masz zrobić?! Musisz sobie wszystko przekalkulować.

Przyparty do muru Charles głośno wzdycha.

- To piękna nieruchomość, mam z nią wiele miłych wspomnień, sęk w tym, że nie wiem, co miałbym z nią zrobić. Teraz, kiedy ojciec przeszedł na emeryturę, to ja reprezentuję firmę: dziś jestem tutaj, jutro w Nowym Jorku albo w Los Angeles... Płaciłbym wysokie podatki za dom, do którego nie miałbym nawet czasu pojechać.

Charles zatrzymuje bieżnię i opiera prawą rękę na biodrze.

- Boli mnie śledziona. Może teraz ciężary?

Jedną z prawdopodobnych przyczyn bólu śledziony może być fakt, że nie wyraziłem swojej opinii.

Kładziemy się na ławeczkach i zaczynamy rytmicznie podnosić sztangi.

- Powiedziałem notariuszowi, że się zastanowię; jeśli odmówię, muszę wysłać mu formalną rezygnację - dyszy w przerwach między seriami.

- A wtedy do kogo trafi nieruchomość?

- Do dalekich kuzynów z Pontassieve, którzy chyba są bardziej zainteresowani niż ja.

- Na pewno bardziej niż ja - wtrąca kobiecy głos.

Podnoszę wzrok i widzę, że nad nami stoi Caroline, jego siostra bliźniaczka.

- Cześć, Carol - wita ją jej brat między jednym stęknięciem a drugim. - Właśnie zasięgam opinii Michaela na temat posiadłości w Toskanii.

- Doskonale się składa. - Caroline rozpuszcza kok, długie kasztanowe włosy opadają jej na ramiona. - Michaelu, przekonaj go, żeby dał sobie spokój.

- Daj sobie spokój, Charlie - powtarzam jak papuga.

- Nie wyobrażam sobie nic nudniejszego niż wieś - ciągnie Carol. - Penthouse w Nicei, to byłoby coś, najlepiej z widokiem na Promenade des Anglais! Kasyno, bogate życie towarzyskie, śródziemnomorski klimat... Moglibyśmy z niego korzystać przez cały rok. Nie sądzisz, Michael? - zwraca się do mnie ponownie.

- Wolę Hiszpanię - odpowiadam, nie przerywając ćwiczeń.

- Co racja, to racja! - potakuje entuzjastycznie. - We Francji jest zbyt wielu Francuzów, poza tym oni wszystko smarują masłem. Hiszpania to nowe Lazurowe Wybrzeże: Benalmádena, Marbella, Estepona. Idealne do plażowania.

- Wolałbym zobaczyć środkową część kraju - odpowiadam, siadając i wycierając pot.

- Och, hm, tak... środkową część. - Kiwa głową. - Rany, Michael, ta sztanga jest bardzo ciężka, musisz mieć niesamowitą siłę, żeby nią tak machać!

- To tylko czterdzieści kilogramów, tyle samo podnosi Charles - zauważam.

- Tak, ale on nie trenuje tyle co ty.

- Mamy dokładnie ten sam plan treningowy.

- Wielkie dzięki za uznanie, Carol - oburza się Charles. - Ty też wyglądasz na wykończoną treningiem... A, czekaj! Sądząc po szlafroku, właśnie wyszłaś ze spa.

- Wcześniej byłam na aqua aerobiku.

- Uuu, to naprawdę męczące.

Relacja Charlesa i Caroline to wieczna wojna i pokój. Właściwie to częściej wojna niż pokój.

- Hej, Charles! Cześć, Michael! - Zatrzymuje się przy nas jedna z instruktorek.

- Cześć, Zoe. - Kwaśny ton Caroline świadczy o tym, że nie podoba jej się, że została pominięta.

- Och, Carrie, nie zauważyłam cię - odpowiada Zoe. Kto kwasem wojuje, od kwasu ginie. - W przyszły piątek organizujemy jogę pod gwiazdami, a potem relaksujący masaż ciepłym olejkiem. Po wszystkim serwujemy wegańskie przekąski, będzie też degustacja herbat ziołowych - mówi, wręczając bileciki mnie i Charlesowi. - Przyjdziecie?

- A ja to co? - oburza się Caroline.

- Zaproszenia się skończyły - oznajmia Zoe z kwaśnym uśmiechem. - Taras ma ograniczoną pojemność.

- No patrz... Co za pech!

- Brzmi ciekawie - odpowiada Charles.

- Brzmi ciekawie - powtarzam za nim. Nie lubię być niegrzeczny, ale to nie jest impreza dla mnie. - Ale mam już plany.

- Szkoda. - Zoe wygląda na rozczarowaną. - Nie możesz ich przełożyć?

Nie można przełożyć czegoś, co nie istnieje.

- Kolacja służbowa.

Zoe się rozpromienia, a ja zdaję sobie sprawę, że strzeliłem sobie w stopę.

- W piątek wieczorem?! Co za stres! Wiesz, co pomoże ci się zrelaksować? Hot joga. - Nachyla się nade mną i dopisuje coś na moim zaproszeniu, eksponując biust ściśnięty w ciasnym topie. - Prowadzę też prywatne zajęcia, tu masz mój numer. Dzwoń, kiedy chcesz.

Żegna się z nami wszystkimi i na odchodnym puszcza mi oczko.

- Bezczelna - komentuje Caroline. - Nie znoszę takich dziewuch.

- Czyli jakich? - dopytuje Charles. Czasem nie wiem, czy naprawdę jest tak naiwny, czy robi to celowo.

- Takich prostaczek - odpowiada jego siostra. - Boże, Michael! Prawie się na ciebie rzuciła. A jak się ubrała! Założę się, że pod tymi mikroskopijnymi szortami nie nosi majtek.

- Mam to sprawdzić? - Nie mogę się powstrzymać.

- Michael! - Caroline patrzy na mnie z oburzeniem. - Chyba nie chcesz powiedzieć, że jest w twoim typie?!

Charles chichocze przez zaciśnięte zęby.

- Michael ma wiele typów.

- Wiecie co? Nudzicie mnie. Miłego wieczoru - mruczy Caroline, zbierając się do wyjścia.

- Proszę. - Podaję jej zaproszenie Zoe. - Weź moje, skoro tak ci na tym zależy.

Chwyta je szorstkim ruchem i odchodzi, a chwilę później wyrzuca je do kosza.

- Czy twoja siostra nadal chodzi na terapię kontrolowania złości? - pytam Charlesa.

- Nawet nie zaczęła.

- Ach, to dlatego nie zauważyłem poprawy.

Zmieniamy miejsce i przechodzimy do ćwiczeń na ramiona i plecy.

- Całkiem ładna ta Zoe, czemu nie zaprosisz jej na kolację?

Chryste!

- Charles, jesteś ostatnim z romantyków na świecie. Jej wcale nie chodzi o kolację.

- Ale może przed miałaby ochotę na małą przystawkę i kieliszek wina - podkreśla. - Ach, no tak, przepraszam. Zapomniałem, że nie lubisz zalotów, wstępów i wszystkiego, co przypomina randki na początku związku.

- Dla mnie związek nie jest priorytetem.

- I dlatego spotykasz się z dwiema kobietami naraz? - droczy się. - Z Sheilą i z tą... jak jej tam... Denise?

- Danielle - poprawiam go.

Na każdej oko zawieszę, żadnej serca nie oddam - oto moje motto i jak dotąd świetnie się sprawdza. Sheila jest masażystką w spa w Maida Vale, jest słodka i uczynna i pracuje w nonsensownych godzinach, które uniemożliwiają jej prowadzenie normalnego życia towarzyskiego. Umawiam się z nią, kiedy mam ochotę być rozpieszczany. Danielle jest drugą pilotką w British Airways; widujemy się podczas dwóch dni wolnych, jakie ma w tygodniu, co w praktyce oznacza czterdzieści osiem godzin ciągłego seksu. Z żadną z nich nigdy nie wyszedłem poza próg ich mieszkań. Do siebie natomiast nie zapraszam żadnej. Do siebie i do mojego życia.

- A ja chyba zaczynam czuć się gotowy na słynne: "aż śmierć nas nie rozłączy".

- Co takiego? - O mało co nie wypuszczam hantli z rąk. - Co?

- Tak, zrozumiałeś doskonale: chciałbym się ożenić, mieć dzieci...

- Labradora, dodatkowy plan emerytalny i Volvo - kpię sobie. - To jakiś absurd!

- Pewnego dnia też obudzisz się z tym uczuciem i wtedy to ja będę stroić sobie żarty.

- Nie toleruję związków z dziewczynami, które nie potrafią mi się przeciwstawić. Nie chcę spędzić całego życia z kobietą, która od rana do wieczora mi schlebia, próbuje mi się przypodobać i traktuje mnie jak swój punkt odniesienia. Jeśli ma to być na zawsze, to chcę być z taką, która nie boi się dyskutować; która zamiast bezrefleksyjnie się ze mną zgadzać, pokłóci się tylko po to, żeby bronić swojego zdania; która sprawi, że będę miał ochotę budzić się każdego ranka, żeby dowiedzieć się, co ma mi do powiedzenia.

- Nie wytrzymałbyś z taką nawet tygodnia. - Charles patrzy na mnie sceptycznie. - Jesteś zbyt dumny, żeby po kłótni pierwszy wyciągnąć rękę, wasza relacja skończyłaby się, zanim zdążyłaby się naprawdę zacząć.

- Zawsze to lepsze niż ten twój lęk pokoleniowy. "Wszyscy kumple ze studiów mają żony i dzieci, a ja wciąż chodzę na obiadki do mamy!"

- Sebastian, Duke i Ashford wydają się całkiem szczęśliwi w małżeń­stwach. Nawet Harring wkrótce się żeni! A poza tym to wszystko nie wyklucza faktu, że czuję się gotowy.

- Skoro tak czujesz... - zamykam temat.

- Jak myślisz, gdzie są teraz te wszystkie dzieciaki, z którymi spędzaliśmy lato w Toskanii? - pyta niespodziewanie.

- A czemu pytasz?

- Po prostu, są mniej więcej w naszym wieku, chciałbym wiedzieć, jak się potoczyły ich losy. Na przykład Giady.

Oto, do czego zmierzał. I tu cię mam, Charlie!

- Musisz być naprawdę zdesperowany, skoro fantazjujesz o swojej miłości z dzieciństwa.

- Nie fantazjuję, tylko przypomniały mi się te wszystkie wakacje spędzone w Chianti, których była częścią. I tyle.

Oprócz naszej czwórki po terenie posiadłości kręciły się też dzieci pracowników hrabiego, z którymi tworzyliśmy bandę małych chuliganów.

- Nie uwierzę, nawet jeśli przysięgniesz na własne życie.

- Jednak pomimo swojego cynizmu musisz przyznać, że zawsze dobrze się tam bawiliśmy. Pamiętasz Elisę, jej młodszą siostrę?

Klik.

Słowa Charlesa odblokowują dawne wspomnienia.

- Elisa! - wołam nieco zbyt entuzjastycznie.

Ja i ona byliśmy jak Chip i Dale albo jak Tom i Jerry, bez przerwy knuliśmy razem machiaweliczne plany. Nocą zakradaliśmy się na teren sąsiada po arbuzy, przebiegaliśmy pod zraszaczami w warzywniku, bawiliśmy się w weterynarzy, lecząc kury i króliki, sprzedawaliśmy obślizgłe ciasta z błota na straganie, bawiliśmy się w chowanego w stodole. Rozumieliśmy się bez słów: kiedy jedno coś pomyślało, drugie mówiło to na głos, i na odwrót...

- Michael? Michael! Hej! - Charles wyrywa mnie z zamyślenia.

- Co jest?

- Zawiesiłeś się? Nie ćwiczysz od pięciu minut.

- Ja?

- A widzisz tu innych Michaelów?

- Mm, nie... - Wygląda na to, że zagubiłem się w swoich myślach. - Odpoczywałem. A co?

- No i co powinienem zrobić z tym spadkiem? Przyjąć? Odrzucić?

Przyjąć czy odrzucić? Decyzję, która jeszcze pięć minut temu wydawała mi się prosta jak drut i jasna jak słońce, nagle zasnuła mgła wątpliwości.

- Ja... nie mam pojęcia.

2

Elisa

Wieczory w Le Giuggiole zawsze wyglądają tak samo.

Mama sprząta kuchnię, poleruje nawet wszystkie miedziane garnki wiszące pod sufitem, natomiast Donatella, gosposia doglądająca willi, popija jaśminową herbatę z rumem. Na gardło, a przynajmniej tak twierdzi.

- Mam delikatne struny głosowe. Byłam mezzosopranistką. Opowiadałam wam już, jak śpiewałam w Operze Paryskiej?

Tak, co najmniej dwadzieścia razy.

Obok niej siedzi moja starsza siostra, Giada, tutejsza kosmetyczko­-fryzjerko­-manikiurzystko­-pedikiurzystka, która w tej chwili pracuje nad paznokciami Donatelli.

Na szczycie długiego dębowego stołu siedzi najmłodsza z rodziny, Linda, i odrabia wakacyjne zadania domowe. W dodatku takie, które sama sobie wyznaczyła, ponieważ w przeciwieństwie do swoich rówieśników, którzy zwlekają z tym do ostatniej chwili, ona już w połowie sierpnia skończyła prace zadane przez nauczycieli.

Patrzymy z podziwem, jak ślęczy nad podręcznikiem do łaciny i zmaga się z rosa­-rosae­-rosae - uczy się sama, żeby uzyskać przewagę w przyszłym roku, kiedy pójdzie do liceum.

To chyba jedyna trzynastolatka na świecie, która wita czerwcowy koniec roku z kwaśną miną.

Ja zajmuję się księgowością winnicy. Donatella z mamą zarządzają wnętrzami, ja natomiast tym, co jest na zewnątrz, a ponieważ zbliża się czas winobrania, moje myśli krążą wyłącznie wokół jednego tematu: terminów zbiorów, stopnia dojrzałości winogron, zawartości alkoholu, butelkowania. Na okrągło sprawdzam pogodę na najbliższe tygodnie, stopień wilgotności, kontroluję analizy mineralizacji gleby oraz prognozowane temperatury dzienne i nocne.

Z dnia na dzień przybywa mi obowiązków i pod wieczór jestem wykończona; siedzę z laptopem na kolanach i oczy same mi się zamykają. Ten fotel jest taki wygodny...

- Oko ci leci, złotko? - woła Donatella swoim afektowanym tonem. Zawsze zwraca się do mnie per "złotko", "słonko" lub "gwiazdeczko", bo twierdzi, że tak jest szybciej.

- Co? Nie, wcale nie - odpowiadam, otrząsając się z zamyślenia.

- Gapiłaś się na wygaszacz ekranu - zauważa Linda, przed którą nic się nie ukryje, mimo że ani na moment nie oderwała wzroku od książek.

- Jestem tylko trochę otumaniona... Cały dzień pracowałam w słońcu... - mamroczę, obgryzając skórki.

Nie znoszę, kiedy widać po mnie zmęczenie: mama od razu mi wytyka, że mam wyczerpującą pracę i że powinnam zająć się czymś mniej męczącym, bo to nie jest zajęcie dla kobiet...

- Zrobić ci manicure? - pyta siostra.

- Nie trzeba, dzięki.

- Nie trzeba?! - Giada naturalnie nie podziela mojego zdania. - Spójrz na swoje paznokcie! Nadal je obgryzasz? - pyta mnie surowo.

- Już nie - kłamię. Naprawdę próbuję, ale trudno wyzbyć się starych nawyków.

- Nałożyć ci lakier żelowy? Który wolisz? - nalega, machając mi pod nosem dwoma buteleczkami. - Niebieski "London by night" albo petrolowy "Tamiza".

Giada ma lekką obsesję na punkcie Londynu. Kiedy miała dziewiętnaście lat, zamiast wsiąść w pociąg do Rosignano, gdzie miała załatwioną pracę w pensjonacie, potajemnie wyjechała właśnie do Londynu, gdzie ukończyła kurs kosmetyczny, opłacając go z tego, co zarobiła, ciężko pracując w winnicy przy zbiorach winogron.

- Żaden, Giado. Poza tym, po co mi lakier? Pracuję przy winoroś­lach, a nie jako modelka na wybiegu. - Użyłam solidnej argumentacji.

- Lakier nie musi być po coś. - Staje za mną i zaczyna rozmasowywać mi szyję i ramiona. - To sposób na poświęcenie sobie czasu, relaks.

- Tymczasem może dokończysz moją lewą rękę, skarbie? - skrzeczy Donatella.

- Przecież jest skończona - sprzeciwia się Giada.

- Ale różni się od prawej.

- Asymetryczne paznokcie to najnowszy trend w Soho.

Donatella jest przerażona.

- Na oddziałach psychiatrycznych w Soho, chciałaś powiedzieć.

Giada przewraca oczami i prycha.

- Ciągle mnie rozczarowujecie. Ty - wskazuje na mnie - wciąż się zaniedbujesz. A ty - zwraca się do Donatelli - jesteś zawsze złośliwa. Ale teraz wam pokażę. Założę wam profile na MatchMe - woła, wymachując telefonem komórkowym. - Niech tylko złapię zasięg w tej fortecy - mruczy, krążąc po kuchni z telefonem w górze.

Giada ma fisia na punkcie aplikacji randkowej MatchMe: w weekendy jeździ od Lunigiany do Maremmy, żeby spotkać się ze swoimi matches. Poluje zawzięcie, ale nie szuka pierwszych lepszych portek, tylko wielkiej, prawdziwej miłości.

Problem w tym, że szuka księcia, a znajduje same żaby, być może dlatego, że jedynym warunkiem, który stawia, jest to, aby mężczyzna nie pochodził z Belvedere.

- Mamy to! Za lodówką jest jedna kreska. Hej, mam trzy nowe dopa­sowania! - cieszy się, przeglądając powiadomienia. - Lorenzo z Ceciny... Jacopo z Pizy...

- Na miłość boską! - woła mama.

- O, ten jest niezły: Simone z Viareggio. Szkoda, że zdjęcie profilowe jest trochę rozmyte. Poproszę go na czacie o jakieś lepsze. Nie będę w ciemno jeździć do Viareggio.

- Żeby nie było jak z tym z San Macario in Piano - przypominam jej.

Koleś wcisnął jej zdjęcie jakiegoś modela pobrane z Google'a i od tamtej pory Giada ma się na baczności.

- Ta, cholerny Gherardo - mruczy. - O! Już mi odpowiedział!

- Pokaż! - nakazuje jej Donatella, która ma dość radykalną opinię o mężczyznach: nikt nie spełnia jej standardów.

Giada kaszle z udawanym zakłopotaniem.

- To nie do końca zdjęcie twarzy.

- Pokazuj! - wołamy chórkiem, mama, Donatella i ja.

Gromadzimy się wokół Giady i z niedowierzaniem wpatrujemy się w ekran jej komórki.

- A co to? Słup energetyczny? - dziwi się Donatella.

- To się aplikuje pod znieczuleniem, prawda? - pytam.

- Toż to nie należy do człowieka - zauważa mama. - Prędzej do konia.

- O czym mówicie? - Linda podnosi głowę znad książek.

- O niczym - odpowiadamy zgodnie.

- Mogę zobaczyć? - nalega.

- Ojej, jak już późno. - Załamuję ręce. - Lindo, czas do łóżka.

- Ale jest dopiero dziewiąta - sprzeciwia się.

- Tak, ale gdzieś na świecie jest już późno - odpowiadam.

Ona jednak nie odpuszcza.

- Przecież są wakacje.

- Za trzy tygodnie zaczyna się szkoła, musisz się przyzwyczajać. - Podchodzę do niej i całuję ją w głowę. - Zaraz przyjdę powiedzieć ci dobranoc, dobrze, Misiu?

- Daj spokój, mamo - mruczy. - I nie nazywaj mnie Misią! To przezwisko dla dzieci!

Tak, to ja jestem "mamą". Z kolei "Misia" to pieszczotliwe przezwisko, którym nazywam ją od zawsze, bo od małego ma swojego ulubionego pluszowego misia, już podartego i zniszczonego, z którym zawsze śpi.

Burcząc pod nosem, Linda zbiera swoje książki i kieruje się w stronę oficyny. Wiem, że tu zanosi się na pikantny temat, i mimo że ma już trzynaście lat, chciałabym jeszcze przez chwilę chronić jej niewinność.

- Trochę przesadzasz, Eliso, przecież mogła zostać - karci mnie Giada. - W końcu prędzej czy później jakiegoś zobaczy.

- Mam nadzieję, że nie natrafi na takiego giganta, bo do końca życia się nie pozbiera. A przynajmniej nie przed osiemnastką.

- Ach, więc jesteś za wprowadzeniem przymusowego celibatu do momentu osiągnięcia pełnoletności? - wtrąca mama.

- Oczywiście, mamo! - oburzam się. - Spójrz na mnie! Gdyby tak było, nie urodziłabym Lindy w wieku siedemnastu lat.

Donatella wzrusza ramionami.

- Tak czy tak, to nieśmiała dziewczyna; gdyby coś takiego zobaczyła, od razu by uciekła.

- No mam nadzieję - dorzucam zbulwersowana. - No dobra... Co odpowiedziałaś temu ogierowi z Dzikiego Zachodu? - pytam Giadę, aby zmienić temat.

- Spytałam, gdzie i kiedy się spotkamy - odpowiada, nie prze­rywając klikania.

- Kiedy nawet nie wysłał ci zdjęcia twarzy! - obrusza się Donatella.

- Postanowiłam mu zaufać.

- Zaufać? Tak się to teraz nazywa? - droczę się.

- A nie lepiej poszukać kogoś bliżej niż w Viareggio? Zawsze wynajdujesz tych facetów Bóg wie gdzie - zauważa mama.

- A gdzie mam ich szukać? Tutaj? - pyta z przerażeniem Giada. - Tu najbardziej pożądane partie to syn Colliego z zakładu pogrzebowego i Ceccarelli od czyszczenia szamba.

- Nawet w najgorszych czasach ludzie nie przestaną srać ani umierać - wyrokuje mama.

- Belvedere to nie jest kraj dla singli - zgadzam się.

- Właśnie. Poza tym nie zostanę tu na zawsze. Jak tylko zbiorę wystarczająco dużo pieniędzy, wyjadę do Londynu. W mieście liczącym dziewięć milionów mieszkańców mam większe szanse spotkać miłość życia. Każdy, kto miał odrobinę rozumu, przy pierwszej okazji już stąd dawno wyjechał.

- Ekhm, ekhm - protestuję.

- Ma na myśli wszystkich tych, którzy nie zostali rodzicami w okresie dojrzewania, gwiazdeczko - mówi zgryźliwie Donatella.

- W każdym razie, zanim stąd ucieknę, nie widzę powodu, dla którego miałabym w międzyczasie zamykać się w klasztorze.

- Pokaż nam jeszcze raz to zdjęcie - nakazuje Donatella.

Wszystkie pochylamy się nad telefonem Giady, aby ponownie obejrzeć to kuriozalne dzieło Matki Natury.

- Na nabrzmiałą Zytę! - wykrzykuje mama. - Jak myślicie, kiedy tego używa, krew dopływa mu do mózgu czy mdleje?

- I gdzie kupuje takie duże gacie?

- Może szyje na miarę...

Puk, puk, puk.

Pukanie do drzwi to dla nas zaskoczenie. Wzdrygamy się.

- Kogo diabli niesą o tej porze? - burczy mama, zmierzając do drzwi.

- No i? - Na progu stoi Giliola, trzyma pod rękę swoją córkę, Reginę. Nawet nie zadaje sobie trudu, aby powiedzieć "dobry wieczór".

- Mój Boże - mruczy Donatella z aurą wyższości. - Gdybym wiedziała, że przylezą te wiedźmy, dodałabym do herbaty podwójną porcję rumu.

- No i? - powtarza mama ostrym tonem. Ona i Giliola nie przepadają za sobą; ich rywalizacja w kuchni zdążyła już obrosnąć legendą.

- Przyjechał?

- Kto taki?

- Jak to kto? - bulwersuje się Giliola swoim nosowym głosem. - Wnuk starego Ricasolego!

- Nikogo tu nie było - przerywa mama, pokazując im gestem, że mają sobie iść.

- Jaka szkoda! - wykrzykuje Giliola, ignorując aluzję. Bezceremonialnie obchodzi kuchnię, sondując każdy kąt, podczas gdy Regina z rozczarowaniem spuszcza wzrok na tartę, którą trzyma w ręku.

- Zrobiłaś dżem morelowy? - pyta Giliola podejrzliwie, wskazując na rząd parujących słoików ustawionych na półce.

Mama wzdycha z irytacją.

- A jak myślisz?

- Za długo czekałaś! - krytykuje ją natychmiast Giliola. - Morele były najlepsze w zeszłym tygodniu.

- My zrobiłyśmy w sobotę i dodałyśmy do tarty - dodaje Regina swoim tonem prymuski.

- Tym razem pamiętałaś, żeby użyć cukru, a nie soli? - pyta bez ogródek Donatella. W zeszłym roku podczas loterii z okazji święta patrona pół miasteczka miało przez nią mdłości.

- O czym rozmawiałyście? - dopytuje Giliola, udając, że nie słyszała złośliwości.

- O koniach - odpowiadamy szybko.

Wzrusza ramionami bez większego zainteresowania. Gdyby tylko wiedziała...

- Miejmy nadzieję, że Charles zdąży na Festiwal schiacciaty *. Trzeba powiedzieć komitetowi Pro Loco, żeby go włączyli do jury jako sędziego honorowego.

Festiwal schiacciaty to bezwzględna rywalizacja, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone: akcje sabotażowe względem wyrastającego ciasta, kradzież składników, manipulowanie pokrętłami piekarnika...

Jeszcze pięć lat temu schiacciaty robiło się w domu i przynosiło przed oblicze jury gotowe do degustacji, ale odkąd Giliola oskarżyła moją mamę o to, że swój chleb zakupiła w piekarni, bo wyglądał jej zbyt idealnie jak na domowy, cała procedura odbywa się na głównym placu w miasteczku. Ku wielkiemu rozczarowaniu swojej przeciwniczki mama wygrała również rok później, udowadniając tym samym, że to ona jest mistrzynią schiacciaty.

- Ach, więc to stąd ta niezapowiedziana wizyta - zauważa zgryźliwie Giada. - Założę się, że już nie może się pani doczekać.

- Mężczyźni lubią kobiety, które potrafią gotować - odgryza się Giliola. - Ale co ty, dziewucho, możesz wiedzieć o gotowaniu! Z takimi pazurami! Nie umiałabyś nawet obrać ziemniaków.

- W takim razie mam szczęście, bo obieranie ziemniaków obchodzi mnie tyle samo, co zeszłoroczny śnieg. - Giada odbija piłeczkę, a ja w duchu biję jej brawo.

Puk, puk, puk.

Znów rozlega się pukanie. Giliola ze swoją latoroślą aż kipią z ekscytacji, ale kiedy w otwartych drzwiach ukazują się Angela z córką Sarą i tacą grzanek z wątróbką, na ich twarzach pojawia się grymas rozczarowania.

- Przyjechał? - pyta z niepokojem Angela.

- Nie - odpowiada sucho Donatella.

- Och, myślałyśmy, że o tej porze już tu będzie. Razem z Vannuccim mieli dotrzeć tu pod wieczór.

- Nikt się jeszcze nie pojawił - powtarza mama.

Angela i Sara również wchodzą, wymieniając gniewne spojrzenia z Giliolą i jej córką.

- Ach, i wy tutaj...

- Tak samo jak wy - ripostuje Giliola.

- Jaka miła atmosfera - komentuję ironicznie. - Zaparzyć rumianku? Chcecie coś na uspokojenie? Może bromku?

- A masz tubkę kleju? - pyta Giliola. - Raz na zawsze zakleimy Angeli usta.

- Komu chcesz zamknąć usta? - oburza się druga z kobiet.

- Słyszałaś doskonale. Wiem, że opowiadasz wkoło, że jestem skąpa, ty stara papuciaro.

- Kiedy to prawda! Poprosiłaś mnie o zwrot aluminiowej formy do cannelloni, a kiedy powiedziałam, że ją wyrzuciłam, wkurzyłaś się i zażądałaś, żebym ci ją odkupiła - ripostuje Angela.

- To ja sprezentowałam ci te cannelloni, a teraz jeszcze wychodzę na sknerę!

- A jakże, zrobiłaś je z jajek od moich osobistych kur, które ci dałam!

- Nic mi nie dałaś! - Giliola jest coraz bardziej wojownicza. - Pozbyłaś się ich, bo miałaś ich za dużo, inaczej byś je wyrzuciła.

Donatella wstaje od stołu z filiżanką naparu w dłoni.

- Myślę, że nie zaszkodzi nieco wzmocnić herbatkę.

Puk, puk, puk.

Tym razem w drzwiach stają Fiorella i Paola ze słynnymi ciasteczkami cantuccini według uproszczonego przepisu.

Nie mają czasu nawet otworzyć ust, mama z miejsca studzi ich entuzjazm:

- Nie, Charlesa nie ma, jeszcze nie przyjechał. I guzik wiemy.

Fiorella jest wyraźnie rozczarowana. Gdy tylko dostrzega Angelę i Giliolę, zerka na mnie z urazą, jakby chciała powiedzieć: "A ja dałam ci dziesięć euro, żebyś zadzwoniła najpierw do mnie".

Widać, że w Belvedere na nowo wybuchła matrymonialna gorączka, i nie zdziwiłabym się, gdyby w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin w kiosku wyprzedały się wszystkie numery "Ślubu i Wesela".

W powietrzu trzaskają estrogeny rywalizujących matek i ich polujących na mężów córek, a nasz kwartet życiowych rozbitków - zrzędliwa wdowa, zgorzkniała stara panna, nastoletnia (kiedyś) matka i puszczalska - obserwuje tę jatkę z dystansu.

Po czwartym "puk, puk, puk" mama jest na skraju załamania nerwowego.

- Teraz ja się tym zajmę - odgraża się, chwytając wałek do ciasta.

Ku naszemu zdumieniu, zamiast kolejnej pary matka­-córka, w drzwiach pojawia się notariusz Vannucci.

- Jestem nieuzbrojony. - Na widok mamy i wałka unosi ręce do góry.

- Och, pan Vannucci, w końcu. Mamy tu jeden wielki cyrk na kółkach! Proszę wejść i uspokoić te tygrysice, bo my już nie dajemy rady.

Onieśmielony notariusz wchodzi do kuchni z miną kogoś, kto wolałby być gdzie indziej.

- Dobry wieczór paniom.

Matki i córki zasypują go gradem pytań:

- Gdzie Charles? Czy pan nam go dziś przedstawi? Jadł już kolację?

Vannucci drapie się po głowie, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

- Właściwie to przyszedłem poinformować panie Donatellę i Elisę, że Charles postanowił zrzec się spadku.

W kuchni zapada pełna niedowierzania cisza. Tylko Giliola, otrząsnąwszy się z pierwszego zdumienia, ma odwagę otworzyć usta.

- Więc nie przyjechał z panem?

- Został w Londynie i zamierza odstąpić posiadłość najbliższym krewnym.

- Wiedziałam! - burczy mama. - Tym jaskiniowcom, Ricasolim z Pontassieve! Cóż, mamy zepsutą bramę, problem z bojlerem i składzikiem, zatkany komin, i tak muszą wyłożyć trochę grosza, bo inaczej wszystko pójdzie na marnację.

Jak na gospodynię z prawdziwego zdarzenia przystało, ma podejście praktyczne i nie myśli o rozczarowanych dziewczętach, które spuściły nos na kwintę i opłakują niespełnione marzenia o zamążpójściu.

- Przykro mi. Na dniach powinienem otrzymać formalną rezygnację. Teraz wybaczcie, ale muszę iść. Dobranoc.

Jednak jego nadzieje na dyskretne wymknięcie się rychło pryskają, bo matki z miejsca podążają za nim, zasypując go pytaniami o to, dlaczego Charles nie przyjął spadku i jak to w ogóle możliwe.

Zostajemy same i w kuchni w końcu zapada cisza, ale zamiast ulgi czuję jakby ukłucie w piersi.

Bo kiedy dowiedziałam się o możliwej wizycie Charlesa, moje myśli natychmiast powędrowały do jego najlepszego kumpla, Michaela. On i jego starszy brat George zawsze przyjeżdżali tu latem z Bingleyami; byliśmy z Michaelem bardzo zżyci. Oboje mieliśmy taki sam talent do pakowania się w rozmaite kłopoty. Nie potrafiliśmy usiedzieć w miejscu, zawsze szukaliśmy nowych wrażeń i wyciągaliśmy biednego Carletta na nasze dzikie eskapady.

I może to głupota - w końcu minęło już piętnaście lat - ale wyobrażałam sobie, że wraz z Charlesem, tak jak w dzieciństwie, przyjedzie również Michael.

* Schiacciata - tradycyjny toskański chleb, zazwyczaj bez soli (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczek).

3

Michael

Dwa tygodnie później

To, co uznałem za wyjątek, stało się już regułą: budzi mnie dzwonek telefonu i beznamiętny głos mojej asystentki, Penny, która wyrywa mnie ze snu bezosobowym: "Spóźniłeś się. Znowu".

Wyskakuję z łóżka, wściekły na siebie za to, że nie jestem w stanie usłyszeć budzika. A właściwie budzików - czterech.

Wypijam potrójną kawę, ale to nie przynosi efektu, więc przed wyjściem wrzucam jeszcze do ekspresu czwartą kapsułkę ultramocnej i hiperskoncentrowanej mieszanki, jednocześnie zapinając koszulę.

Nie zdążyłem nawet się ogolić ani zawiązać krawata, a na telefonie mam już sześć wiadomości od Saxtona, z których ostatnia, bardzo lakoniczna, brzmi: "Czekamy na ciebie".

Podczas krótkiej podróży taksówką z Grosvenor Square do Maryle­bone zaczynam się denerwować.

- Saxton rozpoczął spotkanie z Bradfordami bez ciebie - informuje mnie Penny od progu. - Są w sali Windsor.

Cudownie, to po przeciwnej stronie budynku. Już mam zrobić w tył zwrot, ale ona chwyta mnie za marynarkę.

- Krawat. Perfumy. Wyglądasz okropnie - stwierdza stanowczo, wręczając mi jedwabny krawat marki Drake's, który trzymam w biurze; zawiązuję go, a ona spryskuje mnie swoim Eau de Guerlain.

- To kobiecy zapach! - zżymam się.

- Przeżyjesz. Idź już.

Wchodzę do sali Windsor, wywołując poruszenie wśród osób zgromadzonych przy stole z polerowanego mahoniu. Bracia Bradford są zdezorientowani, a Saxton wygląda, jakby chciał mnie zabić.

- Przepraszam, były koszmarne korki - tłumaczę się.

- W porządku, D'Arcy - odzywa się najstarszy z braci. - Praktycznie już skończyliśmy. Lawrence wyjaśnił nam wszystkie wątpliwości związane z inwestycjami dywersyfikacyjnymi dla naszego portfela.

Ach, już skończyli. Chociaż spóźniłem się z własnej winy, jestem zły, że nie poczekali na moje propozycje.

- W wypadku jakichkolwiek wątpliwości dzwońcie bez wahania - odpowiadam, rozpływając się w uprzejmościach.

Żegnają się z nami uściskiem dłoni i wychodzą. Już mam opuścić salę, ale Saxton mnie zatrzymuje.

- Usiądź, Michael. Musimy pogadać.

Posłusznie siadam, udając, że nie ma żadnego problemu.

- Zamieniam się w słuch.

- Tak dłużej nie może być.

- Wydawało mi się, że Bradfordowie byli zadowoleni z mojego planu inwestycyjnego - blefuję.

- Jesteś zbyt inteligentny, żeby nie rozumieć, o czym mówię. - Siada naprzeciwko mnie. - Ale skoro tak ci na tym zależy, to wszystko ci wypunktuję: podczas piątkowego briefingu zasypiałeś.

- Myślałem nad czymś.

- Spałeś, Michaelu.

- Masz rację - przyznaję.

W pracy narzuciłem sobie takie tempo, że trudno mi je utrzymać, i przez to całe zmęczenie tracę formę. Ale nie sądziłem, że aż tak to widać.

- Na spotkaniu z HSBC przedstawiłeś niepoprawiony draft prezentacji.

- I tak świetnie mi poszło - bronię się.

Piorunuje mnie wzrokiem.

- Przestań dyskutować, to mnie irytuje.

Podnoszę ręce w geście poddania się, a on jedzie dalej z listą skarg i zażaleń:

- W tym tygodniu opuściłeś dwa spotkania i... od jak dawna się nie golisz?

- Daję skórze odpocząć.

- Może odpocząć w weekend.

- No dobrze, przyznaję, że ostatnio moje wyniki leciutko spadły, ale mój instynkt biznesowy ma się doskonale.

- Jesteś najlepszy, Michaelu, nawet lepszy od swojego świętej pamięci brata, ale jeśli nie jesteś w szczytowej formie, nie mam z ciebie żadnego pożytku.

Na wzmiankę o bracie zaciskam szczękę. Cały świat sądzi, że porównanie z nim to dla mnie komplement, ale w rzeczywistości uważam to za najgorszą zniewagę.

- Chcesz się mnie pozbyć? - pytam wprost.

- W żadnym wypadku, jesteśmy równorzędnymi partnerami, ale trzeba coś zmienić. - Saxton wstaje, wkłada ręce do kieszeni i zaczyna krążyć wokół stołu. - Mam już swoje lata, chcę się nacieszyć starością, wnukami, pieniędzmi. Może nie powinienem ci tego mówić, ale myślę, że nadszedł czas, żebyś się dowiedział: odchodząc, zamierzam przekazać ci cały swój udział w spółce; staniesz się jedynym właścicielem.

Z zaskoczenia prawie opada mi szczęka.

- Mówisz poważnie? Sax, nie wiem, jak mam ci dziękować, ja...

- Ale nie w tych okolicznościach - przerywa mi poważnym głosem.

- W jakich znów okolicznościach?

- Jesteś uzależniony od pracy, ale nie dasz rady udźwignąć nadludzkiego ciężaru, który na siebie wziąłeś. Jesteś tak obsesyjnie skupiony na firmie, na interesach, że sam już nie wiesz, co robisz: pracujesz wieczorami, pracujesz w weekendy, podczas posiłków, pracujesz nawet podczas snu...

- I dlatego jestem tak cholernie dobry! - oburzam się.

- Nie, dlatego jesteś tak cholernie wyczerpany. Sam wszystkiego nie ogarniesz i jeśli się nie opamiętasz, zacznę się rozglądać za kimś innym, komu przekażę swoje udziały.

- Czy ty mi grozisz?

- Bynajmniej, po prostu chcę cię zachęcić, żebyś o siebie zadbał. Mógłbyś być moim synem, Bóg jeden wie, czy się za niego uważasz, ale jeśli nie rozumiesz, o czym mówię, zmuszasz mnie, żebym podjął decyzję za ciebie.

- Skoro nie chcesz mnie wywalić, to co zamierzasz?

Sax zatrzymuje się tuż przede mną.

- Wysłać cię na wakacje.

Co takiego?

- Nie bardzo rozumiem.

- Od jak dawna nie odpoczywałeś? Kiedy ostatnio byłeś na urlopie?

- Chyba... kilka miesięcy temu? - zgaduję.

Zawsze sobie obiecuję, że zrobię sobie przerwę, ale potem na horyzoncie pojawia się interesująca okazja albo nowy klient, i w końcu odkładam to na później.

- Cztery lata temu - oznajmia Sax. - Sprawdziłem dziś rano w dziale kadr.

- Czas szybko leci, kiedy człowiek się dobrze bawi - komentuję sarkastycznie.

- Tak, uważasz się za niepokonanego; w twoim wieku też tak o sobie myślałem, ale mam złą wiadomość: też jesteś człowiekiem i jak wszyscy potrzebujesz odpoczynku.

- Zmuszasz mnie do wzięcia urlopu?

- Chcę, żebyś potem wrócił i był tu na sto procent, a nie tak jak teraz, na pół gwizdka, zaspany i roztargniony. Twoja dekoncentracja może kosztować naszych klientów miliony funtów, a firmę - reputację. Mam obowiązek zadbać o to, żeby nasza działalność nie była narażona na takie ryzyko.

Ta ojcowska połajanka zaczyna mnie wnerwiać.

- Czy ty aby nie przesadzasz, Sax? Raz się spóźniłem i wielkie halo.

- Być może, ale w wieku sześćdziesięciu lat potrafię rozpoznać problem, kiedy go widzę, a ty jesteś tykającą bombą zegarową. Od dzisiaj masz miesiąc urlopu. To polecenie służbowe, Michaelu.

- Mogę wnieść sprzeciw?

- Nie.

Zrezygnowany, opuszczam wzrok na słoje na powierzchni stołu.

- Zgoda, ale dlatego, że nie mam wyboru, a nie dlatego, że chcę.

- Kiedy przejdę na emeryturę, przekażę ci swoje udziały nie dlatego, że chcę, ale dlatego, że na to zasługujesz.

- A jak mam na to zasłużyć, skoro nie wpuszczasz mnie do biura? To takie... upokarzające.

- Przestań zachowywać się jak urażony książę i miej na tyle oleju w głowie, żeby przyznać, że nie jesteś w najlepszej formie. Teraz tego nie widzisz, ale uwierz, że w ten sposób ci pomagam. Każ Penny przekazać mi twój terminarz i zmykaj do domu.

- Jak to obowiązkowy urlop? - Siedzimy z Charlesem na lunchu w Nobu, przed sobą mamy talerze z sushi. - I jeszcze narzekasz? Chętnie wezmę wolne za ciebie! Najbardziej zbliżoną do wakacji rzeczą, jaką planuję w najbliższym czasie, jest wyjazd pojutrze do Mediolanu z próbkami dla klientów na przyszły sezon jesienno­-zimowy.

- Saxton twierdzi, że jestem zmęczony. - Jakie to irytujące, na samą myśl podnosi mi się ciśnienie. - Serio, powiedz, czy wyglądam na wyczerpanego?

- Nie, wcale. - Uśmiecha się drwiąco.

- I co w końcu postanowiłeś zrobić ze spadkiem? - pytam.

Choć poprosił mnie o radę, nie wypowiedziałem się, jemu pozostawiając decyzję.

- Odrzucę. Bardzo żałuję, ale minusy przeważają nad plusami.

To było do przewidzenia: skoro Charles nie zaplanował posiadania domu w Toskanii w przyszłości, to ów dom nigdy się w jego życiu nie pojawi.

- To rozsądna decyzja... Chwila... - przerywam, bo w mojej głowie kiełkuje opcja, której nie braliśmy pod uwagę. Albo inaczej: to normalne, że Charles jej nie rozważał, zupełnie nie ma smykałki do inwestycji, ale że też mnie nie przyszło to do głowy? Wstyd. Być może Saxton ma rację, potrzebuję urlopu.

- O co chodzi? - pyta mnie przyjaciel z pełnymi ustami.

- Wysłałeś już formalne zrzeczenie się spadku?

- Podpisałem, ale jeszcze nie wysłałem - odpowiada, przeżuwając.

- Nie rób tego - mówię stanowczym tonem.

- Czemu?

- Bo go przyjmujesz.

- Przyjmuję?! - pyta z zaskoczeniem, przełknąwszy kęs. - Ale kiedy właśnie ci powiedziałem, że wady przeważają nad zaletami.

- Przyjmujesz, a potem sprzedajesz posiadłość temu, kto da najwięcej - wołam, chwytając nigiri i celując nim w niego jak bronią. - Posłuchaj: po co oddawać majątek krewnym, których nawet nie znasz? Za to, co zyskasz, sprawisz sobie piękną willę w Primrose Hill, gdzie wychowasz swoje przyszłe dziatki, a Caroline za swoją część kupi sobie ten swój wymarzony penthouse w Nicei i wreszcie zniknie ci z oczu.

- Brzmi sensownie - przyznaje Charles. - Tyle że sprzedaż to też kłopot, którego wolałbym uniknąć: trzeba znaleźć agencję, zainteresowani klienci nagle znikają, miesiące oczekiwań, niekończące się negocjacje...

- Wśród klientów Saxton & D'Arcy jest mnóstwo potencjalnych nabywców posiadłości w Chianti.

- Naprawdę? - pyta z ulgą.

- Naprawdę. Pozwól mi się tym zająć, a znajdę najszybsze i najkorzystniejsze rozwiązanie.

- W takim razie masz wolną rękę, Michaelu. Wiesz, że bez wahania powierzyłbym ci nawet własne życie.

- Jedyne, o co cię proszę, to żebyś zrobił dla mnie wizję lokalną i sprawdził przepisy budowlane, żebyśmy poznali możliwości ewentualnej przebudowy.

- Ja? Zajmuję się tkaninami, a nie inwestycjami w nieruchomości.

- W przyszłym tygodniu będziesz we Włoszech, prawda? Przedłuż trochę podróż i skocz do Toskanii.

- W takim razie leć ze mną! Masz miesiąc urlopu, spędzisz go w posiadłości, a przy okazji sfinalizujesz transakcję. Pomyśl, jakie wrażenie zrobisz po powrocie, jeśli faktycznie znajdziesz mi nabywcę wśród waszych klientów.

- Właściwie... - Już mam zaprotestować, ale trudno mi znaleźć jakiekolwiek minusy jego propozycji. Powód jest ważny, a czasu mi nie brakuje.

- Nie odmawiaj, Michaelu, wiesz, że to dobry pomysł. Czym się przejmujesz? Zanim się zorientujesz, będzie po sprawie. Zawsze szydzisz z mojego przywiązania do rutyny, ale ty też nie potrafisz się oderwać od swoich nawyków. "Przybądź, zobacz i sprzedaj". I tyle.

Rzeczywiście. W końcu w czym problem? Przybędę, zobaczę i spieniężę. I tyle.