To nie gaslighting - Isabelle Morley

Kup ebooka

69.00 zł
55.20 zł (69,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

W 2021 roku, kiedy uświadomiłam sobie, że wielu moich pacjentów i przyjaciół błędnie diagnozuje swoich byłych partnerów jako socjopatów, napisałam artykuł zatytułowany "Czy twój były partner jest socjopatą?". Oprócz tego, że udzieliłam w nim odpowiedzi - "prawdopodobnie nie" - przedstawiłam argumenty przemawiające za tym, że osoby wysuwające takie twierdzenia pomijają istotne informacje (takie jak stopień cierpienia byłego partnera po rozstaniu), a diagnoza służy im głównie do tego, żeby poczuć się lepiej z tym, że ich związek dobiegł końca. To dotychczas mój drugi najczęściej czytany wpis na blogu. (Ciekawostka: wyprzedziła go analiza skomplikowanego związku Shiv i Toma z serialu Sukcesja - na temat problemów tej pary można by napisać książkę).

Chyba wiele osób zastanawia się, czy ich były partner jest socjopatą.

Z tego powodu publikowałam na blogu kolejne artykuły zachęcające do tego, by analizy swoich relacji z innymi dokonywać wnikliwiej. Później, gdy pojawiło się pojęcie "używania mowy terapeutycznej jako broni", dziennikarze zaczęli zwracać się do mnie jako specjalistki z prośbą o opinię na temat problemów związanych z nadużywaniem terminologii terapeutycznej. Modne stało się wyłapywanie sytuacji, w których gwiazdy wykorzystywały terminologię terapeutyczną na swoją korzyść. Skala problemu bardzo mnie zaskoczyła. Dotarło do mnie, że określenia kliniczne i diagnozy często beztrosko opuszczają gabinet terapeuty i pojawiają się w codziennym życiu i w spontanicznych rozmowach. Wzrost popularności mediów społecznościowych oraz powszechniejszy dostęp do informacji na temat zdrowia psychicznego i terapii sprawiły, że każdy uważa się za eksperta. Nagle nieustannie słyszymy wokół siebie o "czerwonych flagach", "triggerowaniu" i osobach z zaburzeniami afektywnymi dwubiegunowymi. Nasze teściowe charakteryzuje osobowość typu borderline. Ojcowie zmagają się z zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi. Przyjaciele naruszają nasze granice. Partnerzy podczas kłótni stosują gaslighting, a później bombardują nas miłością. Byli partnerzy są narcyzami, socjopatami albo jednym i drugim!

Zaprzyjaźnieni terapeuci i ja zamiast pracować z pacjentami nad rozwiązaniem ich problemów, zaczęliśmy skupiać się na zwracaniu im uwagi, że nadużywają (lub niewłaściwie stosują) mowę terapeutyczną w odniesieniu do swoich problemów. W trakcie wizyty nie było szans na przejście do konkretów - nie wystarczało na to czasu! Przekonywaliśmy ludzi do tego, by zaniechali diagnozowania innych z fotela, żebyśmy mogli zająć się skuteczną pracą terapeutyczną. Pacjenci tak bardzo koncentrowali się na analizowaniu problemów wszystkich innych osób, że przestali pragnąć zrozumienia samych siebie.

Poważnie zaczęłam się martwić, gdy zauważyłam, że język terapeutyczny staje się bronią podczas sesji terapii dla par. Oczywiście, podczas terapii indywidualnej pacjenci zawsze próbowali diagnozować lub etykietować osoby ze swojego otoczenia, nigdy jednak nie zetknęłam się z tym, żeby ludzie pozostający w związku diagnozowali się nawzajem w mojej obecności, w dodatku tak zaciekle i z przekonaniem o własnej nieomylności. Nagle czułam się zmuszona do zaprzeczania wnioskom wyciąganym przez pacjentów (co często nie było dobrze przyjmowane) i do poświęcania mnóstwa czasu na wyjaśnianie prawdziwego znaczenia słów, których używali. Musiałam również zajmować się ograniczaniem szkód i pomaganiem obojgu partnerom w dojściu do siebie po niesłusznych i nierzadko ostrych ocenach, którymi się obrzucali.

Prawdziwy niepokój poczułam jednak, gdy zaczęły do mnie docierać informacje o tym, że terminologii specjalistycznej nadużywają sami terapeuci, na podstawie opowieści swoich pacjentów diagnozując osoby, których nigdy nie widzieli. Szafowali zwrotami takimi jak "bombardowanie miłością", "borderline", "czerwona flaga" i "narcyz" i zachęcali pacjentów do większej czujności w związkach. Słyszałam niejedną historię o terapeucie, który podczas sesji powiedział parze, że jedna z osób stosuje wobec drugiej gaslighting, choć było to niepotrzebne, nieetyczne i po prostu złe. Chcąc utrzymać pozycję specjalisty w gabinecie, uniknąć ryzyka niedopatrzenia i sprawdzić się w roli najlepszego orędownika pacjentów, terapeuci zaczęli stosować te same ekstremalne środki i terminy.

To przejaw trwającej od dawna tendencji. Jasne, wielu z nas w obecności terapeuty lub przyjaciół zastanawiało się głośno nad tym, czy nasz były partner jest socjopatą, czy osoba, z którą się spotykamy, przekroczyła pewne granice, ale używanie terminów z dziedziny psychologii na tym się kończyło. Sformułowania terapeutyczne pozostawały w gabinecie psychologa lub pojawiały się w rozmowach poza nim; niemniej partnerzy nie używali ich jako broni przeciwko sobie nawzajem. Nie twierdzę, że powinniśmy przestać zastanawiać się nad diagnozą czy zaniechać oceny zachowania, uważam jednak, że należy przestać przenosić terminologię terapeutyczną na grunt związków.

Stosowanie wspomnianych sformułowań do niesłusznego etykietowania bliskich lub do oczyszczania siebie z potencjalnej winy nie rozwiązuje problemów, lecz wywołuje nowe. Takie słowa sygnalizują, że w związku dzieje się coś bardzo niedobrego - że musimy wprowadzić poważne zmiany, że ktoś potrzebuje fachowej pomocy lub że musimy z tego związku się uwolnić. Istnieją one po to, żeby pokazać nam, że mamy do czynienia z poważnym problemem, żebyśmy mogli podjąć decyzję, co zrobić. Z założenia nie służą one wyładowaniu frustracji lub jej uzasadnieniu, ani tym bardziej wymuszeniu na kimś zmiany. Jeśli używałeś ich w tym celu, to wiesz, że nie skutkują.

Obserwując coraz częstsze nadużywanie mowy terapeutycznej, zrozumiałam, że parę wpisów na blogu nie uzmysłowi ludziom, iż odwoływanie się do terminologii psychologicznej w celu rozwiązania problemów w związku niczemu nie służy. Dlatego napisałam tę książkę, a przyświecały mi dwa główne cele. Po pierwsze, chciałam pokazać, że lepsze zrozumienie kwestii zdrowia psychicznego i związków jest bardzo wskazane, ale wykorzystywanie terminologii terapeutycznej do diagnozowania lub krytykowania osób, które kochamy, już nie. Chcę, żeby terapia nadal edukowała i wzmacniała ludzi, ale prawdziwe wzmocnienie ma miejsce wtedy, gdy ludzie zyskują zrozumienie i rozwijają w sobie zdolność do wprowadzania pozytywnych zmian. Wykorzystywanie żargonu terapeutycznego jako broni może pomóc zrozumieć problem, ale sprawia, że ludzie nim operujący czują się uprawnieni do mówienia innym, jak mają się zmienić.

A prawda jest taka, że zmienić możemy tylko siebie.

Czasami wiąże się to z wyrażaniem swoich opinii w relacjach, wskazywaniem złych zachowań i proszeniem innych o to, żeby zastanowili się nad sobą i wprowadzili zmiany. Ale to niejedyna rzecz, którą możemy czy powinniśmy zrobić. Zawsze należy zaczynać od zajrzenia w głąb siebie i dostrzeżenia tego, co my musimy zmienić w swoich myślach i w zachowaniu, a następnie można zająć się naprawianiem relacji. Wykorzystywanie języka terapeutycznego jako broni pozbawia nas tej możliwości rozwoju.

Drugim celem książki jest ochrona prawdziwego znaczenia wspomnianych terminów. Słowa najczęściej wykorzystywane jako broń odnoszą się do agresorów lub okoliczności, w których dochodzi do przemocy. Nadużywanie lub niewłaściwe używanie tych słów prowadzi do sytuacji jak z bajki Ezopa Chłopiec, który wołał o pomoc - prawdziwe obawy nie zostają potraktowane poważnie. Dla tej jednej ze stu kobiet, która rzeczywiście jest żoną narcyza siejącego w jej życiu spustoszenie, rzeczą druzgocącą jest słuchanie dziewięćdziesięciu dziewięciu innych kobiet twierdzących, że mąż jest narcyzem dlatego, że rzuca ubrania na podłogę[1]. Jeszcze bardziej niepokojące, jak wyjaśnię później, jest to, że partnerzy przejawiający agresję z entuzjazmem zaczęli stosować żargon terapeutyczny, żeby wzmocnić oparte na agresji taktyki kontroli. Terminologia terapeutyczna stała się nowym sposobem manipulowania rzeczywistością. Widziałam osoby stosujące przemoc psychiczną, które oskarżały swoich partnerów o manipulację, żeby samemu móc nimi manipulować. To wyższy poziom wyrafinowania. Powinniśmy być świadomi, że ten szokujący rozwój sytuacji wywołuje poważne konsekwencje. Musimy chronić słowa, aby zachowały właściwe znaczenie, żeby osoby potrzebujące pomocy mogły ją uzyskać, a te, które stosują przemoc, nie były w stanie naginać ich znaczenia dla własnych celów.

Jak korzystać z książki

Jeśli zerknąłeś na spis treści, prawdopodobnie wypatrzyłeś jeden lub dwa rozdziały, które chcesz przeczytać. Zaletą tej książki jest jej elastyczność. Choć bez problemu możesz przejść do dowolnego rozdziału, zalecam rozpoczęcie lektury od pierwszych trzech rozdziałów w odpowiedniej kolejności. Dzięki temu będziesz mógł w pełni wykorzystać zawartość kolejnych części dotyczących konkretnych diagnoz lub terminów. Rozdział 1 rozpoczyna się od wyjaśnienia, czym jest używanie mowy terapeutycznej jako broni, jak doszło do tego, że tak się rozpowszechniło, i jakie problemy wywołuje u pojedynczych osób i w ich relacjach. Rozdział 2 dotyczy oficjalnego kompendium, z którego korzystają terapeuci w celu diagnozowania zaburzeń klinicznych, oraz omawia jego przeznaczenie, a także ograniczenia. Rozdział 3 przedstawia wybrane kluczowe aspekty definiujące relacje oparte na przemocy psychicznej, które pomagają określić, czy ktoś jest agresywny, czy po prostu nieodpowiednio się zachowuje.

Po przeczytaniu pierwszych trzech rozdziałów możesz przeskoczyć do dowolnego miejsca. Nie ma konieczności czytania rozdziałów od 4 do 12 w kolejności, ponieważ każdy z nich charakteryzuje ten sam układ:

- Na początku przeczytasz historię przedstawiającą scenariusz, do którego dany termin ma zastosowanie.

- Następnie zaznajomisz się z kliniczną definicją tego, co naprawdę oznacza ten termin. (Warto zauważyć, że niektóre określenia, takie jak "czerwona flaga", nie mają oficjalnej definicji klinicznej. W takich przypadkach omówię tylko ich zamierzone znaczenie). Przybliżę kryteria diagnostyczne (gdy mają zastosowanie) i podkreślę istotne cechy, które pomagają odróżnić definicję kliniczną terminu od popularnych błędnych przekonań.

- Następnie przedstawię przykład ilustrujący, w jaki sposób termin ten jest powszechnie (i nieprawidłowo) używany. (Ten sposób użycia najprawdopodobniej wyda ci się znajomy). Dzięki temu będziemy mogli wyjaśnić, na czym polega błędne potoczne znaczenie terminu i w jakich okolicznościach jest on najczęściej nadużywany, oraz omówimy negatywne skutki, jakie niesie wykorzystywanie go w roli broni. Pokażę, dlaczego potoczne używanie terminu klinicznego nie pomaga w naprawieniu relacji ani w rozwiązywaniu konfliktów, a wręcz może zaszkodzić tobie i twoim więziom.

- Na koniec udzielę kilku praktycznych rad, z których możesz skorzystać, jeśli ktoś niesprawiedliwie zarzucił ci winę, używając omawianego terminu lub danej diagnozy.

Poradzę również, co zrobić, jeśli podejrzewasz, że ktoś z twojego otoczenia faktycznie spełnia kryteria, by zostać określonym tym terminem.

Jak wspomniałam, między rozdziałami 4-12 możesz przeskakiwać. Rozdział 13 ma charakter uzupełniający; krótko omawiam w nim trzy dodatkowe terminy, które są często źle rozumiane i niewłaściwie używane. Po zapoznaniu się z tymi rozdziałami polecam przeczytanie dwóch ostatnich części - pomogą ci one utrwalić wiedzę na temat omawianego trendu społecznego i nabrać gotowości do pracy nad zasadniczo zdrowymi relacjami i zakończenia tych, w których dochodzi do przemocy. Na końcu znajduje się również część dotycząca źródeł z tytułami znakomitych książek, które możesz przeczytać, jeśli chcesz zgłębić którekolwiek z omawianych pojęć lub dowiedzieć się więcej na temat tego, jak stworzyć zdrowy związek.

Możliwe, że podczas lektury przyjdzie ci do głowy osoba z twojego otoczenia, która mogłaby skorzystać z tej książki lub z niektórych jej rozdziałów. Moim marzeniem jest to, by tę książkę przeczytał każdy; gdybyśmy wszyscy posiedli wiedzę na temat granicy między zachowaniami normalnymi i patologicznymi, być może traktowalibyśmy siebie nawzajem z większą empatią. Wiem jednak, że nie żyjemy w świecie moich marzeń, więc najlepszym rozwiązaniem może być zaznaczenie niektórych rozdziałów lub akapitów, by przeczytali je twoi bliscy. Łatwiej jest słuchać czegoś, czego nie jesteś świadomy lub co ci się nie podoba, jeśli mówi o tym ktoś, z kim nie łączy cię bliska więź - być może to właśnie ja będę osobą, która edukuje ciebie i innych, żebyście mogli odejść od używania terapeutycznego żargonu i zacząć skuteczniej rozwiązywać problemy.

Mam nadzieję, że ta książka stanie się dla ciebie źródłem informacji, do którego będziesz mógł wracać, gdy będziesz chciał przypomnieć sobie znaczenie omawianych terminów lub poszukać konkretnych wskazówek, jeśli znajdziesz się w trudnej sytuacji i usłyszysz niesprawiedliwy zarzut wykazywania jednego z tych zaburzeń. Liczę również na to, że jeśli po przeczytaniu tej książki uświadomisz sobie, że tkwisz w niezdrowej relacji z kimś, kto być może cierpi na jedno z omawianych tutaj zaburzeń lub wykazuje agresywne zachowania, poczujesz się zachęcony do szukania pomocy i pracy nad przemianą tej relacji lub do jej zakończenia.

Moim największym pragnieniem jest to, żeby lektura tej książki pomogła ci nauczyć się doceniać cudowną niedoskonałość ludzi. Rosnąca obsesja na punkcie optymalizacji siebie i swojego życia sprawia, że wydaje się, iż łatwiej dziś osiągnąć ideał, a przecież to zupełnie niemożliwe. Zamiast dążyć do stworzenia związków idealnych, zaakceptujmy fakt, że każdy z nas nosi emocjonalne blizny, operuje niepomocnymi strategiami radzenia sobie z różnymi sytuacjami i stosuje szkodliwe mechanizmy obronne, a także zdarzają mu się chwile egoizmu lub zmiennych nastrojów, co nie znaczy, że każdy z nas wymaga terapii. Ludzie są niezwykłymi istotami, które pomimo własnych problemów tworzą między sobą silne, ważne więzi. Z takich relacji możemy czerpać szczęście, poczucie przynależności, bezpieczeństwa i miłości, nawet jeśli bywają one niedoskonałe. Zaakceptujmy więc (a wręcz pokochajmy!) nieodłączny chaos ludzkich doświadczeń i nauczmy się, jak odejść od języka terapeutycznego i okazywać współczucie ludziom, których kochamy.

Rozdział 1Jak to się stało, że język terapeutyczny opuścił gabinety i stał się bronią

Zacznę od wyznania: zmagałam się ze wszystkimi zaburzeniami psychicznymi opisanymi w tej książce. Z ciężką depresją, zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi, zespołem lęku uogólnionego, zespołem stresu pourazowego, ADHD... Mało tego, przez kilka tygodni doświadczałam nawet narcystycznych zaburzeń osobowości (był to trudny okres, zwłaszcza dla mojego ówczesnego chłopaka). Przeszłam wszystko, co można sobie wyobrazić.

Oczywiście zaburzenia te zdiagnozowałam samodzielnie, błędnie, nękana obawami podczas studiów doktoranckich z psychologii klinicznej. Na szczęście (a może nieszczęście) nie byłam w tym osamotniona; moi koledzy również byli psychologicznymi nieszczęśliwcami. Za każdym razem, gdy wykładowca przedstawiał nowe zaburzenie, cała grupa drżała z przerażenia, bo do wszystkich docierało, że charakteryzuje ono każdego z nas, w punkt.

Nie tylko siebie postrzegaliśmy jako trudne przypadki kliniczne. Z zapałem diagnozowaliśmy również wszystkich, których znaliśmy. W miarę nabywania coraz rozleglejszej wiedzy uświadamialiśmy sobie, że wszystkie zachowania i uczucia, które kiedyś postrzegaliśmy jako frustrujące, ale "normalne", były w rzeczywistości objawami przewlekłych zaburzeń psychicznych i emocjonalnych. Nikt spośród moich znajomych nie był bezpieczny - gdy tylko dowiadywałam się o nowym zaburzeniu, przychodziła mi na myśl osoba pasująca do opisu. Kuzynka wykazywała zaburzenia osobowości typu borderline, rodzic z pewnością był emocjonalnie niedostępny, przyjaciółka miała problemy z koncentracją, a chłopak, z którym zerwałam, był psychopatą. Jaką ulgę przynosiło mi znalezienie wyjaśnienia przypadłości każdej z osób, która sprawiła mi jakikolwiek ból lub wywoływała irytację!

Mówię o tym, ponieważ ostatnią rzeczą, jakiej chcę, jest to, żebyś podczas lektury tej książki czuł się obwiniany. Uwierz mi, rozumiem cię. Ja też zastanawiałam się nad tym, czy spełniam kryteria rozmaitych zaburzeń i czy moi partnerzy, przyjaciele lub członkowie mojej rodziny zmagają się z problemami wymagającymi terapii - co nie oznacza, że jestem skrzywiona. Po prostu podobnie jak tobie, mnie również często trudno było zrozumieć samą siebie i osoby w moim otoczeniu, i poszukiwałam przekonującego wyjaśnienia, dlaczego życie czasami wydaje się tak trudne.

Wszyscy chcemy zrozumieć, co dzieje się w nas i w naszych relacjach, a język terapeutyczny podsuwa terminy, które wydają się obiektywne i zasadne w sytuacjach, gdy czujemy się zdezorientowani, zranieni i nie wiemy, do kogo się zwrócić ani komu zaufać. Dzięki nim możemy nawet stworzyć plan działania dotyczący tego, jak rozwiązać problem i uniknąć ponownej tego typu bolesnej sytuacji. Etykietowanie lub diagnozowanie czegoś (lub kogoś) może wydawać się sposobem na oszczędzenie sobie cierpienia. Nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, że równie często może działać na naszą niekorzyść. Porozmawiajmy o tym, dlaczego tak jest.

Wprowadzenie: mowa terapeutyczna jako broń

Dorastanie w czasach rosnącej świadomości społecznej dotyczącej zdrowia psychicznego jest pod wieloma względami czymś wspaniałym, sprzyja jednak niekorzystnej tendencji do etykietowania, diagnozowania i medykalizacji, której ja jako młoda, pilna studentka często ulegałam.

Znalezienie wyjaśnienia tego, czego doświadczamy, i dysponowanie scenariuszami (oczekiwanymi wzorcami zachowań w określonych sytuacjach) oraz podręcznikami (poradnikami) pomagającymi właściwie reagować na to, przez co przechodzimy, jest pocieszające. Ludzie tworzą skróty poznawcze, próbując w ten sposób poukładać elementy życia pełnego chaosu i nonsensu. Wydaje się, że obiecują one także sposób na uniknięcie bólu - odkrywając i klasyfikując złe zachowania lub cechy ludzi, w przyszłości możemy unikać takich osób. Jednak podejmując próby zrozumienia swoich doświadczeń i decyzji, zaczęliśmy zapożyczać język terapeutyczny, by etykietować innych lub kierować wobec nich zarzuty. Nazywamy to używaniem mowy terapeutycznej jako broni.

Nie jest nowym zjawiskiem to, że ludzie w sposób swobodny, czy wręcz lekceważący, operują terminami terapeutycznymi, chcąc opisać siebie lub innych. Nie od dziś kogoś, kto zachowuje się irracjonalnie lub jest okrutny, nazywamy "psycholem". Szczerze mówiąc, nie widzę wielkiego problemu w swobodnym używaniu tych słów podczas rozmowy, jeśli chcemy dobitnie wyrazić swoje zdanie. Nie twierdzimy przecież, że dana osoba rzeczywiście jest psychopatą, a jedynie potępiamy jej zachowanie jako odbiegające od normy lub niedopuszczalne. Robiąc to, nadużywamy języka terapeutycznego, ale niekoniecznie wykorzystujemy go jako broń. Nasze diagnozy są ewidentnie nieprawidłowe, ale nie chodzi o to, by były trafne - mają służyć wyrażeniu pewnej myśli.

Tendencja do wykorzystywania mowy terapeutycznej jako broni oznacza coś zupełnie innego. Terminologia psychologiczna używana jest obecnie w sposób otwarty i z przekonaniem, by obarczyć winą jedną osobę w związku i jednocześnie zwolnić drugą z odpowiedzialności za jakiekolwiek przewinienia. Słowa, które z założenia miały pozostać w gabinecie terapeutycznym - gdzie pomagają nam lepiej zrozumieć otaczający świat i pozwalają dowiedzieć się, jak się w nim poruszać - stały się sposobem na wymuszanie zmiany na innych. Większa świadomość problemów związanych ze zdrowiem psychicznym i z tym, czym jest przemoc, spowodowała, że normalne trudności emocjonalne lub problemy związane z relacjami mylimy z tymi, które odbiegają od normy.

Terminów psychologicznych używamy często jako środków ochronnych, żeby uwolnić się od toksycznych partnerów i zmniejszyć ryzyko "marnowania" czasu lub energii emocjonalnej na członków rodziny lub przyjaciół, którzy nie są tego warci. Jednak operowanie wspomnianą terminologią może również wywoływać poczucie, że jest się zwolnionym z odpowiedzialności za swoje działania wobec bliskich. Można się tłumaczyć: "Musiałem to zrobić, mam zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne" albo "Nie wyszło nam, bo ona jest narcyzem", zamiast podjąć wysiłek, dostrzec swoją rolę w problemie i próbować go rozwiązać.

Zajmuję się terapią par, dlatego szczególnie niepokoi mnie to, że entuzjastyczne, lecz nieprecyzyjne posługiwanie się terminologią psychologiczną utrudnia utrzymanie zdrowych więzi romantycznych. Nic nie rujnuje sesji bardziej niż pacjent, który zarzuca partnerowi zaburzenia i zwraca się do mnie, oczekując potwierdzenia rzuconej przez siebie diagnozy, podczas gdy druga osoba (choć rzadko słyszy te słowa po raz pierwszy) z niepokojem czeka, aż ocenię, czy rzeczywiście jest socjopatą, bombarduje miłością, czy wpisuje się w jakąkolwiek inną etykietę, jaką została oznaczona. Wykorzystywanie terminologii psychologicznej sprawia, że sesja terapeutyczna zamienia się w wykład z podstaw psychologii i nie jest tym, czym powinna być: badaniem przyczyn bólu, który doprowadził do sformułowania wspomnianych zarzutów.

Najbardziej niepokoi mnie jednak to, że trend ten padł na podatny grunt w przypadku osób stosujących przemoc. Sprawców przemocy - we własnym mniemaniu wieczne ofiary - zawsze cechowała skłonność do obwiniania swoich partnerów o wszelkie odczuwane przez siebie negatywne emocje. Teraz swoje przeświadczenie podpierają mową terapeutyczną. Partner spotkał się z przyjacielem płci przeciwnej? To naruszenie granic i toksyczne zachowanie. Przyjaciel nie zgadza się z wypaczonym sposobem postrzegania sytuacji lub nieproporcjonalną reakcją drugiej osoby? Jest pozbawionym empatii narcyzem, który stosuje manipulację. (W rzeczywistości to dobrze znana taktyka przemocy, o której powiemy w rozdziale 3). Ponieważ większość z nas instynktownie skłania się ku językowi naukowemu lub terapeutycznemu, kwestionowanie lub całkowite sprzeciwianie się używaniu wspomnianej terminologii wydaje się niewłaściwe; jednak akceptowanie tego rodzaju zarzutów pozwala sprawcy przemocy tworzyć fałszywą narrację, która daje mu przewagę w relacji. Podczas jednej z moich sesji, którą doskonale zapamiętałam, pacjent zdołał oskarżyć partnerkę o narcyzm, manipulację, bombardowanie miłością, obwinianie ofiary, brak odpowiedzialności, brak empatii oraz ogólne znęcanie się, manipulowanie i toksyczne zachowanie... a wszystko w ciągu dwudziestu minut. Partnerka pacjenta nie wykazywała tych cech, ale dopóki nie zaakceptowała wszystkich tych etykiet i nie zgodziła się ze słowami drugiej osoby, zarzutom prawdopodobnie nie byłoby końca.

Wykorzystywanie mowy terapeutycznej jako broni nie jest problemem jednej grupy społecznej ani jednego etapu życia, i właśnie dlatego tak ważne jest przyjrzenie się tej kwestii. Stało się ono niemal powszechnym zjawiskiem zarówno wśród nastolatków, jak i wśród osób dorosłych i zostało entuzjastycznie przyjęte przez sprawców przemocy. Nie jest czymś, do czego posuwamy się jako niedojrzali nastolatkowie i z czego ostatecznie wyrastamy. To zachowanie, z którego musimy świadomie zrezygnować, a nie zrobimy tego, dopóki nie dowiemy się, dlaczego jest ono niewłaściwe i że możemy postępować inaczej. Właśnie dlatego powstała ta książka.

Używanie mowy terapeutycznej jako broni medykalizuje normalne zachowania

Jedną kwestią jest zbyt pochopne etykietowanie innych ludzi, co często zdarza nam się w swobodnych rozmowach z przyjaciółmi, gdy analizujemy swoje relacje. Terminy zaczerpnięte z języka terapeutycznego mogą przecież być pomocne w szybkim zrozumieniu czyjejś sytuacji bez zagłębiania się w szczegóły i konieczności odwoływania się do przykładów. Zupełnie inną sprawą jest medykalizowanie czyjegoś całkiem normalnego zachowania (nawet jeśli jest ono niewłaściwe lub krzywdzące) i obarczanie tej osoby całą winą. Do tego dochodzi radość, z jaką sprawcy przemocy nauczyli się wykorzystywać mowę terapeutyczną, żeby przedstawiać siebie jako ofiary - ten problem jest najbardziej niepokojący.

Przyjrzyjmy się związkom romantycznym, żeby zobaczyć, jak to wygląda w praktyce. W przypadku zdecydowanej większości par wina leży po obu stronach i obie muszą rozwiązać problem. Oczywiście, jedna z osób może zachowywać się gorzej niż druga, ale reakcja tej drugiej osoby również determinuje wynik. Wykorzystując mowę terapeutyczną jako broń, jedna osoba próbuje zrzucić całą winę na swojego partnera. Krótko mówiąc, oznajmia: "Oczywiście, ja też jestem w tym związku, ale uważam, że problem powstał z twojej winy, a nie z mojej, więc ja nie muszę się angażować w jego rozwiązywanie".

Mam uprawnienia do prowadzenia terapii skoncentrowanej na emocjach (metodą EFT) dla par, która jest formą terapii opartej na teorii przywiązania. Nie będę się nad tym zbytnio rozwodziła (to temat na całą książkę), w skrócie wyjaśnię, że EFT pomaga parom zidentyfikować i zająć się "negatywnym wzorcem", żeby uwolnić się od niewskazanych wzorców interakcji, gdy czują się zranione. Bada okoliczności, w jakich pojawia się uczucie bólu (takie jak odrzucenie, zawstydzenie, poczucie niższości), gdy partner jest z nas niezadowolony, oraz jakie strategie radzenia sobie z tymi uczuciami przyjmujemy. Ponieważ uczucie bólu i bezbronności często jest konsekwencją ran z wczesnego dzieciństwa, z którymi dość trudno funkcjonować, strategie radzenia sobie z nimi zazwyczaj obejmują mechanizmy obronne, takie jak dewaluacja, zaprzeczenie lub racjonalizacja. Na przykład jeśli czujesz się jak nieudacznik, ponieważ zawiodłeś swojego partnera, możesz natychmiast podjąć próbę dewaluacji jego uczuć, mówiąc mu, że nie powinien tak gwałtownie reagować na taką błahostkę. (Dla wszystkich, którzy się zastanawiają, to nie jest gaslighting). To sprawia, że czuje się on niezrozumiany i ma wrażenie, że się nie liczy, więc denerwuje się jeszcze bardziej, ty oceniasz jego reakcję jako teatralną, i tak w kółko.

Warto zrozumieć ten negatywny wzorzec, ponieważ tkwiący w nim ludzie mogą zachowywać się źle, czasami do tego stopnia, że dają podstawy do tego, by przylgnęła do nich etykieta osoby z problemami lub żeby postawiono im "diagnozę". Jednak diagnozowanie człowieka przeżywającego konflikt z ukochaną osobą - kiedy zachowuje się nieprzyjemnie, próbując chronić się przed silnym cierpieniem emocjonalnym - nie zapewnia sprawiedliwej oceny. Gdybyś widział mnie w trakcie ostrej kłótni z moim mężem Lucasem, na pewno opisałbyś mnie jednym czy dwoma terminami z gabinetu terapeuty, ale nie byłyby one trafne, ponieważ odnosiłyby się jedynie do niewielkiego wycinka mojego życia, bez uwzględnienia całego kontekstu naszego związku. Pominięty zostałby również fakt, że Lucas, choć wspaniały, nie zachowuje się podczas kłótni idealnie i on również przyczynił się do eskalacji konfliktu.

Negatywny wzorzec w praktyce

Przyjrzyjmy się konkretnemu przykładowi: załóżmy, że partner informuje cię, że zraniłeś jego uczucia, ponieważ spóźniłeś się na jego imprezę firmową tego wieczoru. Natychmiast czujesz się zawstydzony tym, że rozczarowałeś partnera, ale chcesz się uwolnić od tego nieprzyjemnego uczucia, więc przyjmujesz postawę obronną i wyjaśniasz, dlaczego się spóźniłeś. Mówisz, że przed wyjściem posprzątałeś kuchnię, ponieważ wiesz, że twój partner lubi wracać do czystego domu. Dzięki temu czujesz się lepiej, a poczucie winy łagodnieje, jednak taka postawa skutkuje tym, że bliska ci osoba dochodzi do wniosku, że się z nią nie liczysz, nie obchodzą cię jej uczucia i że za całą sytuację obwiniasz ją.

W odpowiedzi bardziej szczegółowo przedstawia, dlaczego twoje spóźnienie było bolesne, i przytacza przykłady twoich spóźnień z przeszłości. W dodatku rozszerza zarzut, mówiąc, że to właśnie z powodu kiepskiego zarządzania czasem nie potrafisz posprzątać kuchni w sposób efektywny i na czas.

Ta uwaga potęguje twoje poczucie wstydu i sprawia, że czujesz się jak skończony nieudacznik. Myślisz, że partner postrzega cię jako osobę leniwą, wiecznie spóźnioną i nieefektywną. Nie uznajesz tego za sprawiedliwe, ponieważ sprawa, z powodu której się denerwuje, jest błaha (naprawdę tak się złości o to, że spóźniłeś się dziesięć minut?), a przecież spóźniłeś się tylko dlatego, że sprzątałeś kuchnię, żeby go uszczęśliwić, więc zachowujesz się jeszcze bardziej defensywnie. Nie poprzestajesz na przyjęciu obronnej postawy; mówisz partnerowi, że prawdziwym problemem jest to, w jaki sposób zachowuje się w trudnych sytuacjach, i że swoją nadmierną krytyką zepsuł idealny wieczór. Gdyby nie zostawił w zlewie brudnych naczyń po śniadaniu, nie musiałbyś poświęcać dodatkowego czasu na sprzątanie.

Widzisz, jak problem eskaluje?

Gdybym zatrzymała cię w tym momencie i porozmawiała na osobności z tobą i z twoim partnerem, jestem pewna, że medykalizowalibyście wzajemnie swoje zachowania. Ty mógłbyś twierdzić, że twój partner jest toksyczny i ma osobowość typu borderline, ponieważ jest emocjonalnie niestabilny i nie potrafi wybaczać. Mógłbyś ocenić, że jego uczucia są nieproporcjonalne do problemu, a słowne ataki ocierają się o przemoc.

Twój partner z kolei mógłby powiedzieć, że jesteś narcyzem, który stosuje wobec niego gaslighting, nie chcąc uznać jego uczuć, nie okazując empatii wobec niezadowolenia z powodu twojego spóźnienia i zrzucając winę na niego (tak jak zrobiłby to narcyz).

Obie strony wyciągałyby błędne wnioski, ale jak widać, miałyby podstawy, by do nich dojść. Gdyby te wnioski nie zostały zweryfikowane, partnerzy zaczęliby szukać kolejnych dowodów na ich potwierdzenie. Mowa o efekcie potwierdzenia, czyli sytuacji, gdy w jakiejś kwestii mamy z góry przyjęte przekonanie i napływające dane filtrujemy tak, by dostrzegać wyłącznie informacje potwierdzające nasze wnioski, a pomijać dowody, które ich nie potwierdzają.

Wykorzystywanie mowy terapeutycznej jako broni służy próbie zrozumienia ludzi i sytuacji w naszym życiu, ale jest również strategią pozwalającą unikać odpowiedzialności. Prowadzi do obciążania winą wyłącznie drugiej strony, a nam samym pozwala ignorować swoją rolę w pojawieniu się problemu. Wspomniana tendencja sprawia, że normalne zachowanie wydaje się problemem wymagającym terapii, ponieważ osoby stosujące język psychologiczny w życiu codziennym nie biorą pod uwagę faktu, że ludzie, gdy są zdenerwowani, zachowują się źle. Trudno precyzyjnie wskazać granicę pomiędzy zachowaniem "normalnie złym" a zachowaniem "klinicznie złym", szczególnie w związkach romantycznych, a język terapeutyczny wykorzystywany jako broń nie tylko nie pomaga, lecz jeszcze bardziej utrudnia zadanie.

Jak Internet i media społecznościowe sprawiły, że uważamy się za specjalistów

W przeszłości języka specjalistycznego używali przede wszystkim lekarze do medycznej kwalifikacji zachowań, czyli do wyznaczania granicy pomiędzy funkcjonowaniem normalnym i nienormalnym. (Więcej na ten temat w rozdziale 2). Celem stosowania terminologii specjalistycznej było nazwanie emocji i zachowań powodujących upośledzenie funkcjonowania danej osoby po to, by opracować odpowiedni plan leczenia. Pojęcia z dziedziny psychologii nigdy nie miały obrażać, oskarżać ani lekceważyć czyichś zachowań. Terminologia ta została stworzona z myślą o specjalistach, aby mogli identyfikować problemy, z którymi borykają się ich pacjenci, i dzięki temu udzielać im odpowiedniej pomocy.

Terapeuci przechodzą gruntowne szkolenia, by umieć prawidłowo stosować terminy kliniczne i nauczyć się rozważnego stawiania diagnoz. Poza tym praktykujący już terapeuci uczestniczą w konsultacjach grupowych i podlegają superwizji, żeby trafnie diagnozować i leczyć pacjentów. Diagnoza jest potężnym narzędziem, które może wywrzeć istotny wpływ na życie danej osoby - dlatego wymaga obiektywnej perspektywy wykwalifikowanego specjalisty. Nawet klinicyści z wieloletnim doświadczeniem nie powinni próbować diagnozować siebie samych ani osób ze swojego otoczenia, a tym bardziej nie powinien robić tego ktoś, kto swoją "wiedzę" czerpie z mediów społecznościowych.

Terminologia z dziedziny psychologii wcześniej była dostępna jedynie dla specjalistów zajmujących się zdrowiem psychicznym, ale język terapeutyczny spopularyzował się wskutek upowszechnienia się terapii psychologicznej i coraz częstszego poruszania tematów z dziedziny zdrowia psychicznego. Początki tego trendu wiążą się z Internetem, który otworzył ludziom dostęp do artykułów na temat rozmaitych problemów związanych ze zdrowiem psychicznym oraz do relacji osób cierpiących na różne zaburzenia. Później na scenę wkroczyły media społecznościowe, które jeszcze bardziej zwiększyły dostępność podobnych informacji. Należy jasno powiedzieć, że Internet i media społecznościowe przyczyniły się do złagodzenia stygmatyzacji spowodowanej przypadłościami psychicznymi, co jest rzeczą bardzo pozytywną. Dzięki normalizacji problemów związanych ze zdrowiem psychicznym zmagające się z nimi osoby mogły wyzbyć się wstydu, przyznać się do choroby i uzyskać pomoc. Obecnie ludzie chorujący na depresję nie muszą cierpieć w milczeniu; jest uznawana za problem medyczny, o którym można mówić na głos i w związku z którym należy szukać pomocy. To bez wątpienia wielka zmiana.

Nieprzewidzianą konsekwencją tej zmiany jest to, że ludzie obecnie nadmiernie medykalizują problemy własne i cudze. W mediach społecznościowych można znaleźć posty lub filmiki przedstawiające konkretne objawy, z którymi niemal każdy może się utożsamić. Na przykład, zmagasz się z problemami z koncentracją? Masz zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi (ADHD), tak jak influencer, którego treści właśnie oglądasz! W swoim filmiku wyjaśnia on, że rozprasza się podczas wykonywania zadań i przeskakuje z jednej rzeczy do drugiej, zaczyna coś, ale nigdy niczego nie kończy, a ty dostrzegasz w sobie podobny problem. Później oglądasz kolejną rolkę tej osoby na temat tego, jak trudno jest rozpocząć jakieś na pozór łatwe zadanie, takie jak sprzątanie, i ponownie czujesz, że to także dotyczy ciebie. W pewnym momencie samodzielnie diagnozujesz u siebie ADHD. Zaczynasz wyszukiwać kolejne filmiki na temat objawów tego zespołu. Algorytm już cię rozgryzł. Aplikacja nieustannie podsuwa ci treści na temat ADHD, a ty utwierdzasz się w swoim przekonaniu, ponieważ widzisz tylko filmy potwierdzające twoje podejrzenia, a nie takie, które by je podważały. (Szczerze mówiąc, tych ostatnich jest prawdopodobnie bardzo niewiele).

Ciekawym skutkiem łatwiejszego dostępu do wiedzy jest także to, że świadomość dotycząca "najlepszych" i "najzdrowszych" sposobów życia rozbudziła wysokie oczekiwania. Od potencjalnych lub obecnych partnerów wymagamy ujawnienia stanu zdrowia psychicznego, tego, jak o siebie dbają, nad jakimi problemami pracują, jakie są ich granice, styl przywiązania, typ osobowości według Myers-Briggs, historia terapii, problemy związane z przeniesieniem, język miłości i tak dalej. Żeby dojść do takiego poziomu świadomości, musimy czytać poradniki psychologiczne i poznać odpowiedni język. Biada ci, jeśli tego wszystkiego nie wiesz, ponieważ oznacza to, że nie angażujesz się w swój rozwój osobisty.

Dążąc do tego, żeby być osobą odpowiedzialną i uzdrowioną, zaczęliśmy nadmiernie medykalizować normalne uczucia i działania. Pomija się skomplikowane, pełne niuansów doświadczenie człowieczeństwa. Próby sklasyfikowania siebie samych lub innych osób odbywają się z pominięciem faktu, że ludzkie zachowania i emocje istnieją w pewnym spektrum. Możemy zachowywać się źle, ale nie okazywać agresji. Możemy zachowywać się niewłaściwie i nie spełniać kryteriów osoby zaburzonej. Nieustanne próby etykietowania siebie (i innych) nie pozwalają nam dostrzec i zaakceptować tego, że ludzie są emocjonalnie i behawioralnie chaotyczni - i choć chaos ten bywa uciążliwy, nie jest zjawiskiem patologicznym.

Dziesięć lat temu, kiedy rozpoczynałam praktykę terapeutyczną, nie spodziewałam się, ile osób zjawi się w moim gabinecie z diagnozą postawioną w oparciu o informacje zaczerpnięte z mediów społecznościowych. Instagram był wtedy jedynie aplikacją do udostępniania zdjęć, a TikToka nawet jeszcze nie wymyślono. W ówczesnym świecie sprzed pojawienia się filmików internetowych wszelkie informacje na temat zaburzeń ze sfery zdrowia psychicznego pochodziły głównie od pracowników ochrony zdrowia. Obecnie influencerzy są w stanie przekonać obserwatorów, że cierpią na zaburzenia psychiczne lub że ich rodzice wykazują zachowania wymagające leczenia. Każdy może zostać uznany za eksperta, jeśli ma odpowiednio dużą platformę. Jednak terminologia specjalistyczna, choć jest nadużywana, zachowała swoją moc, i w tym właśnie tkwi problem.

Pokusa etykietowania i kategoryzowania nie powinna dziwić. Człowieczeństwo wiąże się z wieloma trudnościami, więc jeśli istnieje szansa, że coś jest problemem medycznym, nad którym można pracować, a nie doświadczeniem nierozerwalnie związanym z byciem człowiekiem, kto nie chciałby z niej skorzystać? Jednak, jak już wyjaśniłam, wykorzystywanie mowy terapeutycznej jako broni uniemożliwia rozpoznanie obszarów rozwoju, rani i alienuje drugą osobę oraz tworzy kulturę szukania winnego i medykalizowania normalnych zachowań.

Po części winni są terapeuci

Ponieważ coraz więcej osób rozpoczyna terapię z gotowymi wnioskami na temat siebie i swoich bliskich, doszło do interesującego, nieoczekiwanego rozwoju sytuacji: pacjenci oczekują od terapeutów potwierdzenia postawionej przez siebie diagnozy, zamiast współpracować z wykwalifikowanym specjalistą w celu zrozumienia problemów, z jakimi zmagają się w swoich relacjach.

Terapia nie jest już sceną dla ciekawej i opartej na współpracy eksploracji; ludzie chcą, by terapeuta potwierdził wcześniej wyciągnięte przez nich wnioski. W rezultacie terapeuta, choć jest specjalistą, staje się "świadkiem diagnozy", zamiast ją stawiać. Terapeuci znajdują się w trudnej sytuacji: mają podważyć nieuzasadnioną diagnozę i ryzykować utratę zaufania pacjenta, co może skutkować przerwaniem terapii i jej przedwczesnym zakończeniem, czy też zgodzić się z autodiagnozą pacjenta, nawet jeśli może być nieprawidłowa? Każda z opcji wiąże się z ryzykiem. Niektórzy terapeuci wybierają drugie podejście i z biegiem czasu delikatnie zachęcają pacjentów do zastanowienia się nad innym wyjaśnieniem swoich objawów lub do poddania się badaniom psychologicznym w celu potwierdzenia (lub wykluczenia) diagnozy.

Pacjenci przychodzący na terapię z diagnozą dotyczącą swoich bliskich stawiają terapeutów w szczególnie trudnej sytuacji. Jeśli terapeuta nie zgadza się z diagnozą, ryzyko przerwania terapii jest jeszcze większe, ponieważ pacjent ma wrażenie, że terapeuta podważa jego autorytet (czy wręcz stosuje wobec niego gaslighting) i staje po stronie drugiej osoby. Pacjenci mogą poczuć się obwiniani o problemy w związku, a przecież zależy im na tym, żeby wina została przypisana drugiej stronie.

Nie ulega wątpliwości, że stawianie diagnozy osobie, z którą terapeuta nie miał do czynienia, byłoby nieodpowiedzialne (a przy okazji stanowiłoby naruszenie kodeksu etycznego). Niemniej jednak coraz częstsze stosowanie mowy terapeutycznej jako broni doprowadziło do pojawienia się niepokojącej tendencji - terapeuci z coraz większą swobodą diagnozują lub etykietują przyjaciół, partnerów i krewnych swoich pacjentów - osoby, których nigdy nie badali ani nie leczyli.

Pracując z parami, wielokrotnie miałam do czynienia z pacjentami, którzy mówili mi, że podczas terapii indywidualnej ustalili wraz z terapeutą diagnozę dotyczącą partnera. Prowadziłam na przykład terapię pewnego małżeństwa, które tkwiło w bardzo niekorzystnych schematach, przez co oboje czuli się atakowani, samotni i rozgoryczeni. Po latach kłótni i walki o to, kto ma rację, przyznali, że nie potrafią sobie radzić z konfliktami. Podczas sesji indywidualnej żona wyznała mi, że w trakcie terapii indywidualnej ona i jej terapeuta zdiagnozowali męża jako narcyza. To według niej tłumaczyło, dlaczego nie przyjmował do siebie żadnych uwag, ilekroć ona zgłaszała prośbę lub skargę. Terapeuta, wyłącznie na podstawie wersji żony, zasugerował diagnozę dotyczącą męża. Ja jednak byłam świadkiem tego, w jaki sposób żona zgłaszała swoje "skargi", często poprzez krytykowanie cech charakteru męża ("Jesteś nieodpowiedzialny, bo matka przez całe życie cię rozpieszczała!"), przy czym wyciągała dziesięć innych rzeczy, które zrobił "źle". Wobec jej podejścia postawa obronna mężczyzny była o wiele bardziej zrozumiała. Tymczasem terapeuta kobiety usłyszał zupełnie inną wersję wydarzeń ("Poprosiłam go, żeby zamówił ręczniki papierowe, a on powiedział, że to nie jego zadanie!") i na tej podstawie wyciągnął błędny wniosek.

Niestety, ten terapeuta nie należy do wyjątków; często słyszę podobne historie. I po części rozumiem, jak może dochodzić do takich sytuacji. Nie zliczę, ile razy na początku swojej drogi zawodowej konsultację jednego z partnerów związku kończyłam z myślą: "Boże, ten partner to prawdziwy potwór. Nie wiem, dlaczego jeszcze od niego nie odeszła", po czym spotykałam się na sesji z tym partnerem i słyszałam zupełnie inną, równie przekonującą wersję. W rezultacie ogarniało mnie zawstydzenie z powodu wcześniejszego potępienia tej osoby. Teraz, po latach pracy z parami, wiem, jak się sprawy mają.

Wiem, że... ludzie mogą prezentować wiarygodne opinie i wspomnienia dotyczące tego, jak zostali zranieni przez partnerów, ale wspomniani partnerzy zazwyczaj mają równie przekonującą wersję i odniesione rany.

Wiem, że... z jednej interakcji możemy wyciągnąć wiele wniosków, a sposób, w jaki postrzegamy naszych partnerów, może mieć ogromny wpływ na to, do jakich wniosków dojdziemy.

Wiem, że... terapeuta wykazuje większą skłonność do wzmacniania negatywnego obrazu partnera u pacjenta znajdującego się w stanie, który naukowiec zajmujący się terapią par John Gottman nazywa negatywnym nastawieniem do słabości partnera. W przypadku osób z takim nastawieniem wszystko, co mówi lub robi partner, zdaje się potwierdzać ten negatywny obraz, a sposób, w jaki dana osoba o nim opowiada, również to odzwierciedla.

Ja już o tym wiem, ale terapeuci, którzy jeszcze nie posiedli tej wiedzy, z łatwością mogą ulec przekonaniu, że partner pacjenta jest człowiekiem z poważnymi problemami i potrzebuje pomocy. Tymczasem całkiem możliwe, że pacjent potrzebuje terapeuty, który subtelnie nakłoni go do zastanowienia się nad potencjalnymi okolicznościami łagodzącymi, które mogłyby wyjaśnić zachowanie partnera, do poszukiwania dowodów podważających wnioski, które wyciągnął pacjent, oraz do poszukiwania w sobie empatii i nabycia umiejętności spojrzenia na sytuację z perspektywy drugiej osoby. Pacjent może potrzebować terapeuty, który sprawi, że przestanie się on skupiać na tym, co robi źle jego partner, a zamiast tego skoncentruje się na tym, na co sam ma wpływ, i w ten sposób przyczyni się do pozytywnej zmiany. Na przykład, być może partner pacjenta zbytnio się denerwuje, gdy widzi na łóżku nieposkładane pranie, a chłodna, lekceważąca reakcja pacjenta na uwagi partnera z pewnością nie pomaga w rozładowaniu napięcia.

Terapeuci, którzy nie prowadzą terapii par, mogą nie mieć możliwości poznania problemu z perspektywy obu stron. Mogą tak bardzo skupiać się na pozyskiwaniu zaufania i potwierdzaniu racji pacjenta, że umyka im myśl o tym, by pomóc pacjentowi przeanalizować sytuację w sposób bardziej wyważony, z wyrozumiałością. Delikatnie przypomnę więc wszystkim moim kolegom terapeutom czytającym ten tekst: powinniśmy obdarzać ludzi kredytem zaufania, dopóki nie zostanie udowodnione, że im się nie należy (na podstawie naprawdę mocnych dowodów). Powinniśmy przestać zakładać najgorsze na temat osób z otoczenia naszych pacjentów i przyjąć, że mogą mieć one równie ważną perspektywę, której nie widzimy. Powinniśmy być wyczuleni na symptomy przemocy psychicznej, ale nie twierdzić z miejsca, że ona istnieje. Potwierdzeniem mojego stanowiska są dane statystyczne - większość partnerów nie jest sprawcami przemocy psychicznej, socjopatami ani narcyzami; są po prostu ludźmi o skomplikowanej osobowości, którzy czasami zachowują się źle. I choć matematyka nie jest moją mocną stroną, wiem, że socjopaci stanowią co najwyżej 6% populacji, zatem rzeczą oczywistą jest, że nie każdy były partner jest socjopatą.

Pozwolę sobie również zauważyć, że istotnym elementem pracy terapeutycznej może być obserwowanie osób z otoczenia pacjenta lub podsuwanie alternatywnych wyjaśnień dotyczących ich zachowań. Na przykład pacjent może nie zdawać sobie sprawy z tego, że obsesja jego matki na punkcie czystości sugeruje, że cierpi ona na mizofobię, chorobliwy lęk przed zarazkami. Pacjent uważał się w dzieciństwie za brudasa i niedbalucha, z powodu którego w domu praktycznie nie dało się mieszkać. W tym przypadku bardzo pomocne może być uświadomienie mu, że kłótnie z matką w tamtym okresie, kiedy karciła go za to, że zostawił resztki pasty do zębów na umywalce w łazience, były dowodem jej problemów ze zdrowiem psychicznym, a nie jego porażki jako "złego dziecka". Jednak stawianie diagnozy zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych u matki oraz poświęcanie czasu na analizowanie jej zachowań i obwinianie jej jest niewskazane (i, powtórzę, nieetyczne).

Tym sposobem dochodzimy do podstawowej zasady terapii: terapeuci muszą starać się pomóc pacjentom dostrzec, jaki wpływ wywarły na nich inne osoby, aby mogli lepiej zrozumieć swoją sytuację, a następnie wziąć odpowiedzialność za wprowadzenie zmian w swoim życiu. Nie chodzi o to, żeby obwiniać innych i poprzestawać na pełnym satysfakcji gniewie. To niczemu nie służy. Istnieje sposób, by rozpoznać, jaki wpływ - zarówno pozytywny, jak i negatywny - wywarli na nas inni ludzie, i następnie wykrzesać z siebie siły do podjęcia odpowiedniego działania.

Obawiam się, że coraz częstsze wykorzystywanie mowy terapeutycznej jako broni odciąga nas od tego schematu, skłaniając do obwiniania innych, zamiast brania odpowiedzialności za rolę, jaką samemu odegrało się w danej sytuacji. Etykietując drugą stronę mianem jedynego sprawcy problemu, czy to członka rodziny, współpracownika, przyjaciela, czy partnera, odbieramy sobie szansę na naprawę relacji.