Kochani Leo, Auroro, Noahu, Albo, Julio i Máni!
Usiadłem przy komputerze, żeby napisać do Was list, ale akurat w tej
chwili lekko łaskocze mnie w brzuchu. Trochę dziwnie się czuję,
kontaktując się z Wami w ten sposób.
Mam taki plan, aby to, co napiszę, stało się jednocześnie niewielką
książką do przeczytania również przez innych ludzi. Taki tekst - który
przeczytać może każdy, chociaż jest przede wszystkim skierowany do
jednej konkretnej osoby lub niewielkiej grupy - nazywa się listem
otwartym.
Nie będziecie więc mogli przeczytać tego listu, dopóki nie zostanie
wydrukowany. To jednak nie powinno być dla Was przykre, ponieważ nie
zamierzam żadnemu z Was mówić o tej książce, dopóki nie zostanie
"wydana", jak się to określa, przez jakieś wydawnictwo. Cieszę się, że
będą mógł ją oddać w ręce każdego z Was z osobna, już to zaplanowałem i wyobrażam sobie, że to będzie bardzo uroczysty moment zarówno dla Was,
jak i dla mnie. Zobaczymy jeszcze, czy dostaniecie list od dziadka
podczas spotkania w cztery oczy, czy też może zorganizujemy wielką
uroczystość w domu u kogoś z nas, aby uczcić to wydarzenie.
Nie pierwszy raz piszę taki literacki list. Wiele moich książek miało
taką właśnie formę, listy te były jednak skierowane do wymyślonych osób.
Jedynym wyjątkiem jest list pewnej kobiety - który miałem przyjemność
ułożyć sam - do słynnego biskupa, "ojca Kościoła", żyjącego w Afryce
Północnej tysiąc sześćset lat temu. Chciałem udzielić tej kobiecie
głosu. Była ona prawdziwą osobą, którą znamy z Wyznań tegoż biskupa,
lecz wiemy o niej niedużo więcej ponad to, że ów ojciec Kościoła po
wielu latach współżycia pewnego dnia wyrzucił ją z domu. Nie wiemy
nawet, jak się nazywała, lecz nadałem jej imiona Floria Emilia.
Biskup, rzecz jasna, nigdy nie przeczytał listu od Florii, ale ja
chciałem, aby jak największa liczba jego żyjących dzisiaj zwolenników
miała szansę się z nim zapoznać, i pisząc tę książkę, bawiłem się myślą
o tym, że naprawdę otrzymał on list od tej nieszczęśliwej kobiety, którą
kiedyś tak bardzo kochał.
Ale ojciec Kościoła dokonał wyboru. Zdecydował, że postawi na życie
wieczne w zaświatach, a nie na miłość do kobiety w życiu ziemskim. Żył
bowiem w przekonaniu, że jedno wyklucza drugie.
Nas chyba najbardziej zastanawia, dlaczego zrezygnował z tak wielkiej
części życia na tym świecie w zamian za zestaw wyobrażeń o tym drugim
świecie. Ten problem nie stracił na aktualności od ponad tysiąca
sześciuset lat i między innymi takie kwestie filozofii życiowej będę
poruszał w tej książce.
Zupełną nowością jest dla mnie pisanie listu otwartego do prawdziwych
ludzi żyjących współcześnie. Jesteście w różnym wieku. W chwili, kiedy
to piszę, macie od kilku tygodni po blisko osiemnaście lat. Trzy
dziewczynki i trzech chłopców. Ale coś Was łączy i wcale nie chodzi mi
przede wszystkim o to, że macie wspólnego dziadka. Nie, nie, myślę o czymś zupełnie innym, o wiele ważniejszym: wszyscy urodziliście się w XXI wieku i większość z Was, może nawet cała szóstka, przeżyje do jego
końca, a na starość - miejmy nadzieję - zdąży nawet zajrzeć w XXII
stulecie.
Ja natomiast urodziłem się w połowie XX wieku, zatem to, co teraz piszę,
rozciągnie się na ponad sto pięćdziesiąt lat. Nie zawaham się przed
oświadczeniem, że właśnie tych sto pięćdziesiąt lat może się okazać
najbardziej decydującym okresem w historii życia rodzaju ludzkiego, a tym samym w historii naszej planety.
Chciałbym Wam parę rzeczy opowiedzieć, a także przedstawić pewne sposoby
patrzenia. Spojrzenie na życie, na cywilizację i na naszą własną
wrażliwą planetę we Wszechświecie. Mam nadzieję, że uda mi się ująć to
wszystko w jeden w miarę powiązany ciąg myśli. Ale jednocześnie spróbuję
skupić się na jednym wybranym temacie naraz.
Poza tym zamierzam w trakcie pisania zadać Wam kilka pytań. Na niektóre
sam nigdy nie uzyskam odpowiedzi, ale na wiele z nich Wy pewnego dnia
zdołacie odpowiedzieć, jeśli przeczytacie ten list (kolejny raz!) pod
koniec stulecia. Starajcie się wówczas nie odpowiadać mnie osobiście.
Wasze odpowiedzi nigdy do mnie nie dotrą, podobnie jak list Florii
Emilii nie mógł dotrzeć do biskupa z Afryki Północnej.
Można z powodzeniem zwracać się do swoich potomków, czy też do
przyszłych pokoleń. Ale ci, którzy przyjdą po nas, nigdy nie będą mogli
się odwrócić i odkrzyknąć czegoś w odpowiedzi.
Aby wyjaśnić, o co mi chodzi, mogę równie dobrze już teraz zadać takie
pytanie:
Jak wygląda świat pod koniec XXI wieku?
Zadanie tego pytania już w tej chwili może się okazać sprytne - im
wcześniej, tym lepiej - bo chociaż dzisiaj nikt nie zna na nie
odpowiedzi, to właśnie od nas, żyjących teraz, zależy stworzenie końca
XXI wieku. No cóż, to stwierdzenie jest być może nieco, a nawet bardzo
przesadzone. Ale na pewno rozumiecie, o co mi chodzi, i kiedyś, w dalekiej przyszłości, będziecie mieć nową szansę na przemyślenie sobie,
dlaczego dziadek wyraził się właśnie w taki sposób.
Jesteście zatem w różnym wieku, a najmłodsi z Was mogą się kilka lat
wstrzymać z czytaniem tego listu. Zwracam się do moich dorosłych
wnucząt, a przez dorosłych mam na myśli tych w wieku około szesnastu,
siedemnastu lat. To oznacza, że Aurora i Leo są już dostatecznie
dojrzali, aby śledzić strumień dziadkowych myśli, a przynajmniej duże
jego części. (Od czasu do czasu chyba jednak będziecie musieli kliknąć w jakiś link do internetowego leksykonu, ponieważ z całą pewnością użyję
wielu obcych słów i pojęć). Ale jednocześnie mam nadzieję, że ta książka
może być czytana wielokrotnie, w miarę jak każde z Was będzie dorastało
i nabywało większego doświadczenia życiowego. Dlatego w takim samym
stopniu piszę to do Noaha, Alby i Julii, a także do Ciebie, maleńki
Máni. Witaj na świecie! Pisząc to, mam przed oczami Was wszystkich.
Będę się zwracał do sześciorga młodych ludzi. Cóż za okazja, jaki
przywilej! Sześcioro młodych obywateli świata!
Zaczarowany świat
Dorastałem na zupełnie kiedyś nowym przedmieściu Oslo. Dzielnica ta
nazywa się Tonsenhagen, a przeprowadziłem się do niej, kiedy miałem
trzy, może cztery lata. Mieszkałem tam około dziesięciu lat i z tego
dzieciństwa na podmiejskim osiedlu zachowałem wiele wyraźnych, lecz
niepowiązanych ze sobą obrazów, przypominających kawałeczki ukryte w głębi mrocznego kalejdoskopu.
Jeden z owych fragmencików wyciągnę teraz, a zalicza się on do tych
najwyraźniejszych.
Pewnego dnia w południe, mogła to być niedziela, nagle drgnąłem
przestraszony i ujrzałem świat jakby po raz pierwszy. Jakbym otworzył
oczy w zaczarowanym świecie. Śpiew ptaków brzmiał niczym dźwięki fletów
i brzęk szkła. Na ulicach bawiły się dzieci, opromienione niemal
nieziemskim blaskiem. Wszystko stało się baśnią, cudem. A ja byłem w tej
baśni. Znajdowałem się we wnętrzu głębokiej tajemnicy, w zagadce, której
nikt nie potrafił odgadnąć, zamknięty w niej, jakbym zabłąkał się do
innej rzeczywistości, do innej bańki, z elementami Królewny Śnieżki i Kopciuszka. Roszpunki. Czerwonego Kapturka.
Samo oczarowanie, to wrażenie zagadki, trwało zaledwie kilka sekund, ale
słodki szok, który wywołało, utkwił we mnie na długo i nigdy już mnie
nie opuścił.
W ciągu tych samych kilku sekund po raz pierwszy dotarło też do mnie, że
umrę. Taka była cena za przebywanie w tym świecie.
Znalazłem się w baśni i ogarnęło mnie cudowne uczucie, jakby spełniło
się moje największe marzenie. Ale przebywałem tu jedynie z wizytą. A myśli o tym, że nie należę do tego miejsca na stałe, nie dawało się
znieść.
Byłem związany ze światem jedynie w luźny sposób, przez ograniczony
czas. Przez ten czas, do jakiego ograniczało się moje życie.
To nie był mój dom. To był dom tych rozświetlonych niczym elfy dzieci.
Byłem na świecie sam, tak jak człowiek jest sam we śnie. Nawet kiedy sen
odwiedzają inni - jako goście ze snu - wciąż jesteśmy tak samo
pozostawieni sami sobie. Dusze się nie łączą. One tylko zbliżają się do
siebie.
Ów senny dystans dzielący mnie od innych ludzi mógł się po części
ujawniać nie tylko we śnie. Mimo wszystko musiałem komuś opowiedzieć o swoim przeżyciu.
Oszczędziłem jednak kolegów. Jak miałbym im to wytłumaczyć?
W drodze do szkoły rozmawialiśmy o Juriju Gagarinie - który poleciał w kosmos! - o wyścigach kłusaków na torze Bjerke lub o igrzyskach
olimpijskich w Innsbrucku... Gdybyśmy tylko mieli licznik Geigera,
znaleźlibyśmy mnóstwo uranu i mielibyśmy forsy jak lodu... - A gdyby nasz
rolls-royce miał awarię silnika, to natychmiast helikopter przywiózłby
mechanika, który naprawiłby luksusowy samochód na miejscu...
Nie mogłem się zwierzyć chłopakom, że według mnie "dziwnie" jest żyć ani
że ja, zdrowy jedenasto- czy dwunastolatek, boję się, że umrę. Nie
pasowałoby to do utrwalonego stylu rozmów, opierającego się na pewnej
formie przewidywalności. Nie opowiadało się takich głupot!
Zwróciłem się więc do nauczycieli i rodziców. Oni powinni wykazać
głębsze zrozumienie dla spraw mających związek z życiem i śmiercią. Byli
przecież dorośli.
Próbowałem rzucić im wyzwanie. Pytałem: Czy to nie dziwne, że żyjemy?
Czy to nie dziwne, że istnieje świat? Że w ogóle cokolwiek istnieje?
Ale oni mieli w sobie większą pustkę niż dzieci. W każdym razie większą
niż ja. Najpewniej dlatego, że pytałem o coś, z czego już wyrośli.
Tylko na mnie patrzyli, jakbym to ja był dziwny.
Dlaczego po prostu nie odpowiedzieli twierdząco? Mogli zwyczajnie
powiedzieć: Owszem, to rzeczywiście dziwne, że żyjemy. Mogli nawet
przyznać, że to trochę tajemnicze. Albo że to szaleństwo, wariactwo. O ile jednak mogłem zrozumieć, zakłopotali się tylko koniecznością
odniesienia się do moich pytań. Może bali się, co jeszcze mogłoby mi
przyjść do głowy. Uciekali spojrzeniem, patrzyli w inną stronę. To było
druzgocące, bo przecież ja odkryłem świat!
Początkowo błądziłem po omacku, niepewnie i niezdarnie. Czyżbym to ja za
bardzo się czepiał? Czy możliwe, żebym coś przeoczył albo czegoś nie
zrozumiał? Może czegoś związanego ze śmiercią? No bo co ja w zasadzie o niej wiedziałem?
A może chodziło jedynie o to, że to dorośli nie chcieli rozmawiać o świecie?
O tym, że coś istnieje! Że coś jest!
Akurat na ten temat nie mieli nic do powiedzenia.
Było to na początku lat sześćdziesiątych XX wieku, w czasach, gdy
większość dorosłych nie żyła już w przekonaniu, że to wszechmogący Bóg
naprawdę stworzył niebo i ziemię w ciągu sześciu dni.
Dobrze znałem tę historię, uczyliśmy się o niej w szkole. Potrafiono nam
zadać do domu przeczytanie całej tej niesamowitej opowieści, a co
najmniej raz zagrożono nawet, że następnego dnia będziemy z niej
odpytywani. Ale teraz nikt z dorosłych nie powołał się na tę historię.
To, o co pytałem, jakby nie miało związku z przedmiotem nazywanym
religią ani z wiedzą o najbliższym otoczeniu czy nawet z geografią. Po
prostu o takie rzeczy nie wypadało pytać. Mniej więcej tak samo, jak nie
wypadało prosić o wyjaśnienie, skąd właściwie biorą się dzieci, które
tak nagle same z siebie zaczynają się wiercić w brzuchach matek. Ale z tym pytaniem już się rozprawiłem.
Odkryłem książkę z ilustracjami, schowaną na półce za innymi tomami.
Zrozumiałem, że nowiuteńkie dzieci powstają w brzuchach matek na
bieżąco, ale z niewymawialnego powodu - cóż, taki był porządek świata,
nic nie dało się na to poradzić - nie należało zdradzać dzieciom, w jaki
sposób się to dzieje. Dzieci nie mogły dotrzeć do sedna tej sprawy,
ponieważ nie tolerowały brzemienia wstydu rodziców, a ja pod tym
względem nie byłem żadnym wyjątkiem. Po przejrzeniu tej książki już
nigdy nie mogłem patrzeć spokojnie na żadną matkę prowadzącą wózek
dziecięcy.
Ale rozmowa o tym, skąd wziął się świat, łączyła się jakby z jeszcze
większym wstydem, ten temat nie nadawał się do omawiania z rodzicami w pokoju czy kuchni w świetle dnia.
Potrafiłem podnieść na dorosłych wzrok i dodać niemal błagalnie: Więc wy
uważacie, że świat jest całkowicie normalny?
Wtedy na ogół miarka się przebierała. Tak, świat jest normalny,
zapewniano mnie, oczywiście, że tak. Najzupełniej normalny.
Być może mówiono to dość zdecydowanym tonem. A potem mogły nastąpić
słowa: Uważam, że nie powinieneś zbyt dużo rozmyślać o takich sprawach.
O takich sprawach?
Wydawało mi się, że rozumiem, o co im chodzi. Uważali, że sam mogę
zwariować, jeżeli bez przerwy będę myślał o tym, że świat nie jest
normalny.
Rodzice i nauczyciele uważali najwyraźniej, że świat - ten świat! - jest
w zasadzie całkiem zwyczajny. Przynajmniej tak mówili. Ale ja
wiedziałem, że jeśli nie kłamią, to muszą się mylić!
Wiedziałem, że to ja mam rację, i postanowiłem, że nigdy nie dorosnę.
Przyrzekłem sobie, że nigdy nie stanę się osobą, która przyjmuje świat
za oczywistość.
Wiele lat później obejrzałem film Stevena Spielberga Bliskie spotkania
trzeciego stopnia.
Tytuł nawiązywał do stopniowania rodzajów spotkań z "obcymi z kosmosu".
Ktoś, kto widzi na niebie UFO, przeżywa "bliskie spotkanie" pierwszego
stopnia. Ktoś, kto widzi fizyczne dowody wizyty obcych, przeżywa
"bliskie spotkanie" drugiego stopnia. A ten, kto ma to szczęście - lub
nieszczęście - i nawiązuje z obcymi fizyczną bliskość, doświadcza
kontaktu trzeciego stopnia. Ach! I co wtedy?
Ale gdy tamtego wieczoru wyszedłem z kina, uświadomiłem sobie, że nawet
tym ostatnim w zasadzie nie ma się co chwalić. Przecież doświadczyłem
bliskiego spotkania czwartego stopnia.
Sam byłem tajemniczą istotą z kosmosu, czułem to całym sobą.
Od tamtej pory wielokrotnie o tym myślałem. Codziennie rano budzę się w łóżku z "obcymi". A ten obcy to ja!
Biedronki
Zupełnie innego rodzaju przeżycia doświadczyłem kiedyś jako nastolatek.
Znalazłem się sam głęboko w lesie, była wczesna jesień, ciągle pamiętam
owoce jarzębiny, kępy krzewinek czarnych jagód i chłodny fiolet wrzosów.
Obudziłem się na leśnym poszyciu w zielonym śpiworze, którego używałem
podczas wszystkich wycieczek z harcerzami, ale ta epoka już minęła.
Dlaczego tam byłem? No cóż, miałem coś do przemyślenia, coś przykrego,
ruszyłem więc przed siebie i w końcu położyłem się spać pod gołym
niebem.
Ale kiedy się obudziłem, nie mogłem dostrzec nieba. Gęsta mgła spowiła
okolicę, chociaż może tylko do koron drzew. Leżałem więc o świcie,
skazany na obserwowanie biedronek, pająków i mrówek krążących po leśnym
poszyciu, te maleńkie stworzonka były tak niesłychanie pełne życia.
Właśnie wtedy nagle całym ciałem i duszą poczułem, że jestem naturą, tak
samo jak te mikroskopijne maleństwa wśród mchu. Wkrótce pojawiła się też
głębsza myśl: składam się z tych samych cząsteczek, co wszystko inne, co
żyje wokół mnie. Repertuar był różny, ale nuty dokładnie te same.
Nie tylko przybyłem na świat z wizytą, wpadłem na chwilę do
psychodelicznej baśni. Znajdowałem się we właściwym dla mnie żywiole,
jak ryba w wodzie, jak pająk w mchu.
Byłem w domu, w swoim własnym świecie, ponieważ należałem do tego
świata, byłem tym światem. I miało to trwać również po tym, jak pewnego
dnia moje ciało zniknie...
Ogarnął mnie wręcz nieopisany spokój, niespodziewana błogość, która nie
miała nic wspólnego z wypoczęciem, ponieważ spałem źle. Ale w ciągu
jednej króciutkiej sekundy lub dwóch jakbym porzucił siebie samego i oddał się czemuś innemu, czemuś większemu, cieplejszemu. Albo stopił się
z tym czymś innym, pozwolił się przez to coś wchłonąć. Odczułem to jako
duchowe przekazanie siebie wszystkiemu, co istnieje, jako przeniesienie
tożsamości, chociaż może precyzyjniej byłoby nazwać to, co się
wydarzyło, przywróceniem. Przywróciłem jakąś część siebie naturze.
Stan ten trwał zaledwie kilka sekund, ale trwał. Wystarczająco długo,
żebym zdążył się rozejrzeć i jakby rozpoznać białe pnie brzóz otaczające
niewielką polanę w lesie, na której rozbiłem obozowisko. Te pnie były
moje, również one były mną. Czułem też dalekie pokrewieństwo z maleńkimi
stworzonkami w leśnym poszyciu. Doświadczenie cieniutkiego jak włos
pokrewieństwa istniejącego między mną a biedronką zależało jedynie od
tego, jak głęboko zdecyduję się zapuścić sondę.
Przez kilka króciuteńkich chwil miałem kontakt z głębszą warstwą natury
i samego siebie, czy też z tym, co wiele lat później zacząłem w myślach
nazywać "prafundamentem".
Potem wróciłem do śpiwora. Wemknąłem się z powrotem w swoje własne
indywidualne istnienie.
Poczułem, że jest chłodno. Zmarzłem.
I co dalej? Czy to, co przeżyłem w ów poranek, było jedynie urojeniem?
Czy doświadczyłem tego pod wpływem snu, który przyśnił mi się w lesie,
czy też faktycznie mówiło to coś o mnie samym i o świecie?
Ludzie przecież przeżywają tyle różnych rzeczy. Niektórzy twierdzą, że
doświadczają obecności Boga albo że Bóg czy ich przodkowie do nich
przemawiają. Osobiście nigdy nie miałem podobnych doświadczeń.
Ale to, co przeżyłem tamtego poranka, wytrzyma chyba próbę najbardziej
krytycznej oceny. Bo w czym jest lepszy niemal na siłę naciągany - czy
wręcz udawany - indywidualizm od bardziej żywiołowego przeżycia
stanowienia jedności ze wszystkim, czy też, mówiąc prościej, od
doświadczenia tego, że się istnieje?
W późniejszych latach często zastanawiałem się nad odpowiedziami na
podobne pytania.
Wtedy, w lesie, ewidentnie pozostawałem bierny. Nagle po prostu -
pstryk! - wprowadzono mnie w inny stan świadomości. A potem drugi
pstryk! no i już po wszystkim!
Ale gdy później wracałem myślą do tego przeżycia, uświadomiłem sobie, że
ta zmiana może się dokonywać w sposób bardziej aktywny, sterowany własną
wolą. Mogłem w każdej chwili zdecydować się na rozpięcie większego żagla
i w pewnym sensie reprezentować coś więcej aniżeli to, co na co dzień
uważałem za siebie i za swoje. Mogłem - przynajmniej na chwilę -
wykonywać w myślach takie swobodne skoki.
Nie tylko znajdowałem się w naturze. Byłem naturą...