Rozdział 2
- Agata, czy twoje dzieci też tak dużo płakały? - Róża sama była bliska łez. - Bo on prawie nie przestaje! Ma już trzy miesiące, ile to jeszcze potrwa? - Kołysząc Kacperka na rękach, krążyła po pokoju. Mały, zmęczony płaczem, właśnie zasnął z główką wtuloną w jej pierś.
- Kochanie, tylko się nie denerwuj, bo tym mu nie pomożesz. To z pewnością zwykłe kolki, które wkrótce się skończą.
- A jeśli to coś poważniejszego, może jest chory?
- Rozumiem, że jesteś przewrażliwiona, to syndrom większości młodych mam, ale zaufaj mi, dzieci tak mają. Nie pamiętasz, jak moje się darły?
- No właśnie nie pamiętam, żeby aż tak krzyczały.
- Bo tylko własne na tyle dają w kość, że nigdy się tego nie zapomina. Z pewnością jesteś przemęczona, dlatego reagujesz na wszystko bardziej nerwowo niż zazwyczaj.
- To prawda. Od urodzenia Kacperka nie przespałam ani jednej całej nocy. Ale jeśli on jest zdrowy, to ja zniosę wszystko.
- Mirka powiedziałaby teraz: "a nie mówiłam?".
Na to wspomnienie obie smutno się uśmiechnęły. Echo Mirki ciągle do nich powracało, często przytaczały jej powiedzenia i poglądy na wiele spraw. Mówieniem o niej rekompensowały sobie jej fizyczną nieobecność, brak kontaktu z nią starały się traktować jako coś przejściowego, niedogodność, która wkrótce minie.
- Za kilka dni przylatuję do Polski po moje dzieciaki i trochę zostanę, obiecuję, że zajmę się wtedy Kacperkiem, chociaż tyle, żebyś mogła porządnie się wyspać. Do tego czasu musisz wytrzymać.
- Jasne, dam radę, nie jest tak źle. Wiesz... - westchnęła Róża. - Bardzo nam ciebie tutaj brakuje, zwłaszcza teraz, kiedy szukamy Mirki.
- Uwierz mi, że wolałabym być z wami, niż tu, gdzie jestem. Mam czasami takie chwile, gdy naprawdę tylko siłą woli powstrzymuję się przed powrotem. Kiedy nachodzi mnie chandra, to nawet nie myślę o pakowaniu czy transporcie, po prostu chcę założyć buty i biec - przerwała, zastanowiła się, po czym dokończyła: - biec tak długo, aż dobiegnę do was.
- Jak ten Forrest Gump?
- Dokładnie tak. To wszystko mnie przerasta, jest dużo trudniej, niż myślałam.
- Ale o co chodzi, Agatko, z Tomkiem źle ci się układa? - Róża ostrożnie ułożyła śpiącego chłopca w łóżeczku i delikatnie okryła go lekką kołderką. - Śpi, mamy jakieś dwadzieścia minut, żeby porozmawiać, więc opowiadaj - poinformowała, wychodząc na balkon. Wygodnie rozciągnęła się na leżaku, którego nie używała od tygodni. Sierpniowe powietrze przesiąknięte było wilgocią, ale jej zmęczone ciało czerpało z niego orzeźwiającą przyjemność.
- Nie chcę cię obciążać moimi problemami, one nie są teraz najbardziej istotne.
- Mów, każdy potrzebuje się wygadać, a następna taka okazja nieprędko może nam się zdarzyć.
- Widzisz, bo tu nic nie jest takie, jak to sobie przed wyjazdem wymyśliłam. - Róża w głosie przyjaciółki wyraźnie rozpoznała rozgoryczenie. - Owszem, ludzie są mili, finansowo jest łatwiej i nie ma tego cholernego wyścigu szczurów jak u nas, ale na tym koniec zalet. Myślałam, że moje dzieciaki szybciej się zaaklimatyzują, a tymczasem po półrocznym pobycie one wciąż chcą wracać do kraju. Teraz już wiem, że okres dojrzewania to najgorszy czas na tak drastyczne zmiany. A z Tomkiem... cholera, to trudne - przerwała. Przełożyła słuchawkę do drugiej ręki, w międzyczasie szukając najbardziej odpowiednich słów, którymi mogłaby zdefiniować to, co czuła. - Bardzo chciałam wrócić do stanu, w jakim byliśmy kiedyś, ale tego po prostu nie da się zrobić. Żyjąc razem, stanowiliśmy jeden sprawnie działający mechanizm, a wyjazd Tomka rozłożył nas na części, które nawet zebrane i złożone do kupy nie pracują już w ten sam sposób. Co chwila ujawniają się nowe usterki, coś zgrzyta, coś się zawiesza i nie ma mądrego, który potrafiłby to naprawić. Niedawno przyszło mi do głowy, że najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby Tomek mnie po prostu zostawił. Zrobiłabym to sama, ale chyba nigdy nie zdobędę się na tyle odwagi. - W chwili, gdy Agata przelewała na przyjaciółkę swoje problemy, oczekując zapewne podpowiedzi, co ma z nimi zrobić albo przynajmniej pocieszenia, Róża kompletnie nie miała pomysłu na to, jak ma się zachować. Wiedziała, że powinna coś powiedzieć, ale nic mądrego nie przychodziło jej do głowy. - Jesteś tam? - upewniała się Agata.
- Tak, zastanawiam się. Nie rozumiem, dlaczego.
- Ja też tego nie rozumiem, Tomek jest przecież wzorowym mężem, tak bardzo się stara...
- To raczej słaby powód do rozstania.
- Niby tak, tylko że mnie ta jego dobroć drażni. Wszystko, co robi, działa mi na nerwy, nawet kiedy przynosi mi prezent, mam ochotę wrzucić go do śmietnika, bez oglądania. Uwierz, że sama siebie nie poznaję, a jednocześnie nie umiem nad tym zapanować.
- A co z obowiązkami małżeńskimi?
- Już brakuje mi argumentów, żeby się wykręcać. Wszystko ograniczyłam do minimum, moje libido - zero, pozytywne emocje - zero. Wiem, że go ranię, ale to jest silniejsze ode mnie.
- Wygląda tak, jakbyś była na niego zła za to, że tam jesteś...
- A pomysł przecież był mój...
- Tyle tylko, że wtedy myślałaś, że historia z Jankiem zostanie definitywnie pogrzebana z chwilą, gdy przekroczysz granicę, że romans nie pozostawi na tobie żadnego piętna, a tymczasem...
- A tymczasem umieram z tęsknoty za nim... - dokończyła ściszonym głosem, przyznając się tym samym do prawdy, którą bezskutecznie starała się wyprzeć z własnej świadomości. - Od świtu do nocy, a nawet we śnie powracam do wspomnień o nim, o rzeczach, jakie z nim robiłam. Ciągle widzę, jak się kochamy do utraty zdrowych zmysłów. Zadręczam się pytaniami, z kim on teraz jest i czy tej kolejnej mówi to, co mówił mnie? Jestem gotowa własnymi rękoma zabić każdą lafiryndę, która go dotknie! Mogę znieść obecność żony, ale nikogo, absolutnie nikogo innego! - Zawołała do telefonu tak głośno, że Róża odruchowo odsunęła go od ucha. Minęło kilka sekund, nim się uspokoiła, ale wtedy poczuła się oczyszczona. Ta spowiedź była jej bardzo potrzebna, pozwoliła na przynajmniej chwilowe zrzucenie ciążącego jej balastu.
- Boże... Agatko... - Róży wciąż brakowało słów. - Nie myślałam, że to aż tak... Ty się zakochałaś i to nie na żarty. A ja myślałam, że miłość, która odbiera rozum, zdarza się tylko nastolatkom.
- Tak mi wstyd - wyznała Agata, a Róża miała wrażenie, że przyjaciółka jest bliska płaczu. - Przecież to, o czym ci opowiadam, to głupoty. Rafałek umarł, Mirka zniknęła, ty szczęśliwie zostałaś mamą, to są naprawdę ważne sprawy, a nie jakieś tam scenariusze brazylijskich seriali.
- Kochanie, wszystko, co buduje nasze życie, jest ważne, miłosne rozterki również. Od tego jestem twoją przyjaciółką, aby cię wysłuchać, tak przecież było z nami zawsze. Żałuję tylko, że nie potrafię ci pomóc. - Z wnętrza mieszkania dobiegły do Róży zagadkowe pomruki, wstała więc ze swojego wygodnego miejsca na leżaku i weszła do pokoju. Nachylając się nad łóżeczkiem i bezwiednie uśmiechając do wciąż śpiącego synka, szepnęła do telefonu: - Kręci się, ale jeszcze nie krzyczy.
- Już mi pomogłaś - kontynuowała Agata. - Naprawdę jest mi dużo lżej - wyznała zgodnie z prawdą. - Dziękuję i przepraszam, zabrałam ci czas, który mogłaś wykorzystać na drzemkę.
- Nic nie szkodzi, Lesiu wraca dzisiaj wcześniej, a wieczorem przyjedzie moja mama, więc trochę odeśpię.
- Mama przyjedzie sama?
- Niestety, tata wciąż bardzo się na mnie gniewa. Nie pojmuję tego. Kacperek jest przecież takim cudownym dzieckiem, a on nie chce go nawet zobaczyć. Teraz żałuję, że powiedziałam mu o in vitro, mama miała rację, trzeba było to przemilczeć. Ale ja chciałam być uczciwa, idiotka...
- Faktycznie trudno to zrozumieć, twój ojciec zawsze był mądrym człowiekiem. Jak mógł pozwolić, aby ci katoliccy fanatycy tak go omotali, że stracił zdolność samodzielnego myślenia?
- To przykre i nielogiczne. - Róża starała się nie unosić głosu, mimo że miała ochotę krzyczeć. - W imię miłości do Boga wyrzekł się miłości do córki i wnuka.
- A twoja mama nie może go jakoś przekonać?
- Nikt nie jest w stanie tego zrobić, no chyba że ksiądz z ambony. Uwierzył we wszystkie brednie, które moherowe berety głoszą dookoła.
- Umysły niektórych ludzi nie nadążają za rozwojem tego świata. - Był to jedyny wniosek, jaki Agata zdołała wyciągnąć. - Może to wcale nie jest ich wina?
Nagle kołderka w dziecięcym łóżeczku podskoczyła, uniesiona małymi nóżkami, a pokój wypełnił krzyk zniecierpliwionego niemowlęcia.
- Słyszysz, znowu płacze, ale teraz to chyba z głodu, muszę podgrzać mleko.
- Wiem, kochanie, już ci nie przeszkadzam, do zobaczenia za kilka dni. I nie martw się o Kacperka, po krzyku poznaję, że jest zdrowy jak ryba.
Od dłuższego czasu Agata miała nawracające poczucie, że działa wbrew sobie, że nie kontroluje biegu wydarzeń, tylko płynie z nurtem niczym zdechła ryba. Ludzie, których kochała, nie byli w jej zasięgu, co coraz bardziej jej doskwierało. Nie miała przy sobie nawet dzieci, całe wakacje przesiedziały u dziadków. Tomek ostatnimi czasy pracował więcej niż zazwyczaj, a nowe znajomości, które nawiązała po przyjeździe, były wprawdzie niczego sobie, ale jakoś nie odczuwała potrzeby szczególnego ich pielęgnowania.
Dni upływały jej zatem na nauce angielskiego, do której konsekwentnie się przymuszała, na zgłębianiu tajników jogi, co robiła z czystą przyjemnością i na zadręczaniu się pytaniem: "co ja tutaj robię?". To ostatnie działo się bez udziału jej woli.
W dni, w które nie była zmuszona do wyjścia z domu, nie robiła makijażu i nie dbała o ubiór. Zwykły dres, założony rano, zdejmowała dopiero przed położeniem się do łóżka. W Polsce coś takiego było nie do pomyślenia, człowiek zawsze musiał być przygotowany na wizytę niezapowiedzianych gości - tutaj każda wizyta poprzedzona była telefonicznym uprzedzeniem.
Rozmyślania nad własnym życiem Agata prowadziła na zmianę z rozmyślaniami o Mirce. Niepokój o przyjaciółkę ani na chwilę jej nie opuszczał. Czuła się winna, że w żaden sposób nie pomaga w poszukiwaniach, że właściwie nie robi dla niej nic. W rozmowach Ewka, Róża i Agata pocieszały się wzajemnie, dodawały sobie otuchy, ale kiedy zostawały same ze sobą nie były już takimi optymistkami. Każda z nich bała się na swój własny sposób.
Ewka oczyma wyobraźni widziała Mirkę pijaną i sponiewieraną, tułającą się po melinach z najgorszymi elementami przestępczego półświatka lub po kanałach razem z bezdomnymi.
Różę dręczyła myśl, że Mirka wskutek szoku i braku profesjonalnej pomocy popadła w obłęd albo dostała amnezji i siedzi w jakimś ośrodku na oddziale zamkniętym, bo choroba uniemożliwia j ej identyfikację.
Agaty natomiast nie opuszczało przeczucie, że Mirka stała się ofiarą wypadku bądź czyjejś agresji i nie doczekawszy się pomocy, leży pod stertą liści w jakiejś zdziczałej części lasu. Stan, w jakim była Mirka, gdy widziała ją po raz ostatni, nie wykluczał również możliwości, że sama targnęła się na swoje życie. Każdego dnia Agata rozmawiała z nią w myślach, nakłaniając do powrotu, o ile to jeszcze było możliwe. Nie znosiła swojego czarnowidztwa, a jednocześnie nie mogła się go wyzbyć. Kiedy przestawała zadręczać się rozważaniami na temat przyjaciółki, nachodziły ją inne, równie melancholijne a wręcz depresyjne spekulacje. Ich bohaterem niezmiennie pozostawał Janek.
Od swojego wyjazdu skontaktowała się z nim tylko raz, dzwoniąc z zastrzeżonego numeru telefonu. Gdy usłyszała w słuchawce znajomy głos, nie zdołała wydusić z siebie ani jednego słowa. W milczeniu łowiła jego oddech, a później rozłączyła się i rozpłakała. Przez kolejne dwa dni, symulując migrenę i nie wychodząc z łóżka, dochodziła do siebie. Po tym doświadczeniu postanowiła zarzucić wszelkie próby kontaktu, tym bardziej, że nie miała pojęcia, czego oczekiwała, dzwoniąc do niego.
Ależ bałagan zapanował w moim życiu - po raz pierwszy Agata doznawała tak wielkiego, wewnętrznego rozdarcia. Jak ja mam nad tym zapanować? Czy ktokolwiek pomoże mi to posprzątać, czy niestety jestem skazana tylko na siebie? Niespodziewanie przez głowę przemknęła jej zaskakująca i, co dziwne, wcale nie dotycząca Janka myśl. W pierwszej chwili Agata uśmiechnęła się do niej lekceważąco. Pomysł, niczym zabłąkany wróbel, który wpada przez wybite okno, narobił zamieszania, więc nie mógł pozostać niezauważony. Uśmiech znikł z twarzy Agaty, a zamiast niego pomiędzy brwiami pojawiła się głęboka zmarszczka. Kobieta świadoma jej istnienia "rozprostowała ją" i środkowym palcem rozmasowała zagnie-cenie w skórze.
- Właściwie, dlaczego nie? - Nie przestając pocierać miejsca powstania zmarszczki, zapytała samą siebie: - Może nie rozwiązuje ona problemów, ale potrafi sugerować więcej, niż początkowo myślałam. - Czuła, że pomysł jest niezły, ale potrzebowała konsultacji, zadzwoniła, więc do Ewki.
- Cześć Agaciu, co u ciebie? - Przyjaciółka przywitała ją radosnym szczebiotem.
- Cześć, słuchaj, właśnie doznałam niespodziewanego olśnienia i sądzę, że musimy je wykorzystać. - Agata, wręcz przeciwnie, mówiła rzeczowo i bez niepotrzebnego przedłużania. - Pamiętasz Gizellę, tę wróżkę, u której byłam kiedyś z Mirką?
- Pamiętam, że byłaś z niej niezadowolona.
- Wtedy tak, ale zastanawiając się nad tym, co powiedziała, po czasie doszłam do wniosku, że ona przewidziała śmierć Rafałka.
- Coś takiego mówiłyście... - Ewka przywoływała strzępy odległego wspomnienia.
- Właśnie. Nie powiedziała tego konkretnie, ale ostrzegała.
- Mirkę, tylko że żadna z nas się tym nie przejęła. - W tej chwili Ewka domyśliła się już, na czym polega pomysł przyjaciółki.
- Myślisz, że ona mogłaby pomóc odszukać Mirkę?
- Tak, a przynajmniej mogłaby potwierdzić, czy jeszcze żyje. - Agata natychmiast pożałowała, że nieopatrznie wypowiedziała na głos swoją obawę.
- Oczywiście, że żyje! Jak możesz w to wątpić?
- Przepraszam, nie to chciałam powiedzieć. Mam po prostu nadzieję, że być może udzieli nam jakiejś wskazówki, coś doradzi.
- Warto spróbować. - Ewka zaskakująco szybko zaakceptowała pomysł, nigdy przecież nie była zwolenniczką rozwiązań tego typu. - Kto do niej pójdzie?
- Ja. Zadzwonię i umówię się na przyszły tydzień.
- To dobrze, bo u mnie nie najlepiej z wolnym czasem - wytłumaczyła się. Ale naprawdę chodziło o to, że sama wcale nie miała ochoty iść do kogoś takiego. Zwyczajnie gardziła wróżbitami i innymi czarodziejami, uważając ich za szarlatanów i naciągaczy.
- Dużo masz pracy?
- Sporo, jednak nie praca najbardziej mi ciąży. Teraz prowadzę dwa domy, mówiłam ci już. Codziennie jestem u Macieja, muszę go pilnować, żeby jadł, nawet o goleniu mu przypominam. Staram się z nim rozmawiać, co nie jest łatwe. Róża z Leszkiem też go odwiedzają, ale wiesz, jak jest przy małym dziecku, nie mają wiele czasu. A we własnym domu to, co zwykle, lekcje, rehabilitacje, zajęcia pozaszkolne, jednym słowem młyn.
- Czyli u Sebastiana nic nowego?
Pierwszą odpowiedzią było prychnięcie, będące oczywistym objawem pogardy i bezsilności.
- Jeżeli pytasz o stosunki rodzinne, to oczywiście, że się nie zmienił, bo dawno stracił nad sobą kontrolę. Ale mam wrażenie, że opuściła go pewność siebie. Czasami odwiedza Macieja, chyba rozmawiają, bo wtedy mój mąż wraca jakby odmieniony. Idzie do pokoju dziewczynek, czyta im, przytula, gadają ze sobą jak za dawnych czasów, aż miło popatrzeć. Ale czar pryska szybko, gdy tylko zasiada przed komputerem.
- Może się jeszcze opamięta. - Agata próbowała pocieszyć przyjaciółkę, nie zabrzmiała jednak przekonująco, bo nikt już w to nie wierzył. Ewka zignorowała tę nadzieję bez pokrycia.
- Teraz bardziej niż jego potrzebuję tutaj ciebie. Przyjedź w końcu.
- Przyjadę, jeszcze kilka dni.
- Jasne... po dzieciaki. I za chwilę znowu cię nie będzie. - Jej głos ledwo dosłyszalnie, ale jednak pękał.
- Tylko nie becz! - zakazała Agata. Czuła, że jej samej do rozklejenia się też niewiele brakuje.
- Nie beczę - odpowiedziała niewyraźnie Ewka. - Tylko, że wszystko jest takie... do dupy. Ile człowiek może znieść, dlaczego nic nas nie ochrania?
- Nie wiem, kochanie... - W gardle Agaty zaległa wielka miękka klucha. - Same musimy się chronić, siebie i swoich bliskich...
- Ciągle o nim myślę, każdego wieczoru... Był takim słodkim dzieciaczkiem, czym sobie zasłużył? - Dłuższe powstrzymywanie płaczu okazało się niemożliwe, Ewka poddała się, zawodząc przejmująco. Nie trzeba było długo czekać, żeby te łzy rozkleiły Agatę i teraz obie, choć fizycznie daleko od siebie, to jednak bardzo sobie bliskie, po raz kolejny doświadczały potwornego żalu.