To lepsze życie - Agnieszka Bednarska

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Za­le­d­wie kilka ty­go­dni temu to luk­su­sowe miesz­ka­nie w cen­trum mia­sta było azy­lem, bez­piecz­nym do­mem dla ro­dziny. Dziś sta­no­wiło tylko stra­szący pustką me­traż - ściany, su­fit, okna i drzwi. Nie­gdyś roz­brzmie­wały w nim głosy lu­dzi - roz­mowy i śmiech, grało ra­dio, dzwo­nił te­le­fon, a nie­sa­mo­wity za­pach świeżo pa­rzo­nej kawy łą­czył się z sub­telną wo­nią ko­bie­cych per­fum. Te­raz chłód tego miej­sca pa­ra­li­żo­wał, a zło­wiesz­cza ci­sza ude­rzała w twarz każ­dego, kto prze­kra­czał jego próg. Mimo że me­ble wciąż stały tak jak do­tych­czas, a po­kryte ku­rzem oso­bi­ste rze­czy do­mow­ni­ków za­le­gały w róż­nych ką­tach, był to już zu­peł­nie inny świat.

Ewka przy­cho­dziła tu od pię­ciu ty­go­dni co­dzien­nie. Za każ­dym ra­zem czuła to samo - ja­kiś bli­żej nie­zi­den­ty­fi­ko­wany nie­po­kój, psy­chiczny dys­kom­fort, coś, co spra­wiało, że jej mię­śnie bez­wied­nie na­pi­nały się, a zmy­sły wy­czu­lały na bodźce. Za­nim na­ci­snęła klamkę, za­trzy­mała się na chwilę i wzięła głę­boki od­dech, mo­bi­li­zu­jąc siły do wej­ścia.

Cho­ciaż miała klucz po­mię­dzy szpar­ga­łami w to­rebce, nie mu­siała go użyć. Wie­działa, że nie­za­leż­nie od tego, czy Ma­ciej był w domu, czy nie, drzwi są otwarte. Za­wsze były.

Ka­te­go­rycz­nie za­bro­nił ich za­my­ka­nia. Twier­dził z prze­ko­na­niem, że kiedy Mirka wróci do domu, musi wejść do niego bez prze­szkód. Bał się, że je­śli za­sta­łaby drzwi za­mknięte, znów mo­głaby odejść.

- Cześć, już je­stem - przy­wi­tała Ma­cieja jak co dzień. Nie od­po­wie­dział, tylko na chwilę zwró­cił twarz ku niej i ski­nął głową. Nie prze­ja­wia­jąc dal­szego za­in­te­re­so­wa­nia jej przyj­ściem, po­wró­cił do wy­pa­try­wa­nia przez ku­chenne okno Bóg wie czego.

Osie­dlowe po­dwórko zu­peł­nie opu­sto­szało, szary, desz­czowy, mimo że jesz­cze wa­ka­cyjny, dzień sku­tecz­nie prze­pę­dził wszyst­kich. W od­dali ano­ni­mowy "ktoś" sku­lony pod pa­ra­so­lem prze­mknął w po­śpie­chu, ja­kiś zbłą­kany pies wy­si­kał się pod la­tar­nią i nio­sąc pysk przy ziemi, od­szedł w po­szu­ki­wa­niu su­chego schro­nie­nia.

Z tego punktu ob­ser­wa­cyj­nego Ma­ciek miał do­sko­nały wi­dok na trze­pak, znie­na­wi­dzony ele­ment kra­jo­brazu, sto­jący w ogrom­nej ka­łuży. Pa­trzył na niego każ­dego dnia.

Ewka, sta­wia­jąc ba­weł­nianą torbę na bla­cie, za­częła opróż­niać jej za­war­tość. Zupa, którą przy­nio­sła w sło­iku owi­nię­tym ście­reczką, wciąż była go­rąca.

- Dzi­siaj ka­la­fio­rowa - po­wie­działa, sta­ra­jąc się za­cho­wać w miarę po­godny ton głosu. - Nie wiem, czy lu­bisz, ale aku­rat taką mia­łam. - Wlała nie­wielką jej ilość do ta­le­rza, po czym wy­jęła z szu­flady łyżkę i po­ło­żyła obok. - Zjedz, pro­szę, za­nim wy­sty­gnie.

- Póź­niej.

- Już na­la­łam, wy­sty­gnie - po­wtó­rzyła i wy­cze­ku­jąco wpa­try­wała się w niego. Wie­działa, że je­żeli nie zje obiadu przy niej, to nie zje go wcale. Za każ­dym ra­zem, gdy do niego przy­cho­dziła, za­bie­rała pra­wie nie­tknięte lub zu­peł­nie nie­tknięte je­dze­nie, które mu zo­sta­wiła po­przed­niego dnia.

- Ma­ciek... - Wy­czu­wał jej ocze­ki­wa­nie, ale mimo wszystko nie re­ago­wał. - Przy­no­szę to spe­cjal­nie dla cie­bie, usiądź.

- Mó­wi­łem ci, że ni­czego nie po­trze­buję. - Na­chal­ność ko­le­żanki iry­to­wała go.

- Sia­daj! - na­ka­zała gło­śniej, niż za­mie­rzała, ale po­skut­ko­wało. Zro­bił, co po­wie­działa i au­to­ma­tycz­nie wziął do ręki łyżkę. - Mu­sisz jeść, ina­czej zu­peł­nie opad­niesz z sił. Jak wtedy bę­dziesz bie­gał po tych wszyst­kich dwor­cach i noc­le­gow­niach?

- Je­stem w do­sko­na­łej for­mie - rzu­cił od nie­chce­nia, a ona miała ochotę się ro­ze­śmiać. Za­jęła miej­sce po dru­giej stro­nie stołu i do­bro­dusz­nie po­kle­pała Ma­cieja po chu­dym nad­garstku le­żą­cym na bla­cie. Czuj­nie ob­ser­wo­wała, jak po­woli pod­nosi do ust tylko w po­ło­wie na­peł­nioną łyżkę i czym prę­dzej prze­łyka jej za­war­tość, ni­czym gorz­kie le­kar­stwo.

- Po­sie­dzę z tobą tro­chę, w domu i tak nie mam co ro­bić - skła­mała, da­jąc mu do zro­zu­mie­nia, że nie wyj­dzie, za­nim zupa z ta­le­rza nie znik­nie.

Kil­ku­dniowy za­rost nie był w sta­nie ukryć jego za­pad­nię­tych po­licz­ków, a prze­krwione oczy zdra­dzały pro­blemy ze snem. Od mo­mentu znik­nię­cia Mirki nie sy­piał pra­wie wcale. No­cami włó­czył się po mie­ście, za­glą­dał w małe uliczki, prze­cze­sy­wał dworce, parki, noc­le­gow­nie. Mury i drzewa okle­jał ulot­kami z jej zdję­ciem, znali go we wszyst­kich skle­pi­kach, ka­wiar­niach i ko­ścio­łach, i wszę­dzie tam, gdzie two­rzyły się ludz­kie sku­pi­ska. Wy­na­jął na­wet pry­wat­nego de­tek­tywa, ale re­zul­ta­tów wciąż nie było. Wie­rzył jed­nak, że Mirka jest bli­sko, a jej po­wrót opóź­nia je­dy­nie strach przed kon­fron­ta­cją z do­mem, w któ­rym nie ma

Ra­fałka, ze­tknię­cie z jego ubra­niami i za­baw­kami. Roz­pa­try­wał rów­nież taką wer­sję, że pod wpły­wem szoku mo­gła do­znać amne­zji lub stać się czy­jąś ofiarą, ani na mo­ment nie tra­cił jed­nak na­dziei na jej od­na­le­zie­nie i po­wrót.

- Za­dzwo­ni­łeś pod nu­mer, który ci da­łam? - za­py­tała Ewka, gdy od­su­nął od sie­bie ta­lerz.

- Jesz­cze nie i chyba tego nie zro­bię. Na­prawdę nie wi­dzę sensu - mó­wił ze wzro­kiem utkwio­nym w ścia­nie, po­nad jej głową.

- Ma­ciek, to ważne. - Po raz ko­lejny pró­bo­wała go prze­ko­nać. - To może po­móc nie tylko to­bie, ale ca­łej na­szej spra­wie.

- W jaki spo­sób? Nie mam po­trzeby opo­wia­dać gru­pie po­dob­nych do mnie nie­szczę­śni­ków o swoim lo­sie. A tym bar­dziej nie mam ochoty wy­słu­chi­wać o nie­szczę­ściach, ja­kich oni do­świad­czyli, mało mnie to ob­cho­dzi. Ja chcę tylko jed­nego - spoj­rzał na Ewkę - od­na­leźć swoją żonę. - W jego gło­sie nie było ani żalu, ani pre­ten­sji, ani na­dziei. Jego głos był taki jak on - wy­pa­lony do zgliszcz.

- Ma­ciek, ale tam lu­dzie mogą pod­su­nąć ci nowe po­my­sły, coś, na co jesz­cze nie wpa­dli­śmy, może ktoś prze­cho­dził po­dobne rze­czy jak ty. Roz­dasz ulotki, opo­wiesz o Mirce, im wię­cej osób jest za­an­ga­żo­wa­nych w po­szu­ki­wa­nia, tym szanse na jej zna­le­zie­nie są więk­sze. - Ewka usil­nie sta­rała się na­kło­nić go do przy­łą­cze­nia się do grupy wspar­cia dla osób, które stra­ciły ko­goś bli­skiego. W ża­den inny spo­sób nie po­tra­fiła mu po­móc, a co­dzien­nie pa­trzyła na to, jak nik­nie w oczach, sa­mot­nie opła­ku­jąc śmierć swo­jego dziecka i ob­wi­nia­jąc się za znik­nię­cie żony.

- Wyjdę z tobą - po­wie­dział, wsta­jąc od stołu, cho­ciaż Ewka jesz­cze ni­g­dzie się nie wy­bie­rała. - Przejdę się po mie­ście. - Na chwilę znik­nął w ko­ry­ta­rzu, a kiedy wró­cił, miał na so­bie prze­ciw­desz­czową kurtkę i pa­ra­sol w ręku. Ewka bez po­śpie­chu po­zbie­rała kilka brud­nych na­czyń i wło­żyła je do zmy­warki.

- Przy­nio­słam jesz­cze pie­rogi, zjedz je póź­niej, szkoda, żeby się zmar­no­wały.

- Do­brze - zgo­dził się, byle tylko nie za­częła na niego na­ci­skać. Ob­ser­wo­wał, jak do lnia­nej torby pa­ko­wała swoje rze­czy, a gdy była go­towa do wyj­ścia, raz jesz­cze usły­szał:

- Za­dzwoń tam. Prze­cież, jak ci się nie spodoba, bę­dziesz mógł się wy­co­fać.

Wy­szli, nie prze­krę­ca­jąc klu­cza w zamku. Szaro-bure niebo wi­siało ni­sko nad pa­ra­so­lami prze­chod­niów. Ma­ciej szedł po­mię­dzy ludźmi, któ­rych oczy utkwione były w chod­nik, trzy­mał swój pa­ra­sol zło­żony, tuż przy no­dze. Nie­po­trzeb­nie go za­brał. Chro­niąc się pod nim, znacz­nie ogra­ni­czyłby so­bie pole wi­dze­nia.

Pod wia­duk­tem, na dy­wa­nie uło­żo­nym z kar­to­nów, sie­działo dwóch męż­czyzn. Po­dzie­lili się bułką, ale wino każdy z nich miał wła­sne. Na wi­dok Ma­cieja ski­nęli gło­wami.

- Nie było jej tu­taj - za­wo­łał je­den z nich.

- Dzię­kuję. - Ma­ciej przy­sta­nął na chwilę. - Wie­czo­rem przy­niosę wam pie­rogi, ale wie­cie, że ma­cie być czujni.

- To się ro­zu­mie, sze­fie. - Na myśl o cie­płej ko­la­cji męż­czy­zna po­ka­zał w uśmie­chu sze­reg po­czer­nia­łych zę­bów.

Od­kąd Mirka znik­nęła, Ma­ciej na­prawdę do­brze po­znał mia­sto, zwłasz­cza małe uliczki, za­ułki i skró­towe przej­ścia, o któ­rych ist­nie­niu wcze­śniej nie miał naj­mniej­szego po­ję­cia. Po­znał też lu­dzi, któ­rzy tam ko­czo­wali, kie­dyś uni­kał na­wet ich wzroku, dziś znał ich imiona i losy.

Prze­szedł pod wia­duk­tem a na­stęp­nie skrę­cił w wą­ską jed­no­kie­run­kową uliczkę. Mi­nął ma­leńki sklep z pa­sman­te­rią, nie­czynną od lat pie­kar­nię i stary dom prze­zna­czony do roz­biórki, w któ­rym po­nie­wie­rali się ni­komu nie­po­trzebni lu­dzie. Dziś już tam za­glą­dał, więc nie za­trzy­mał się, tylko kro­czył przed sie­bie, aż wy­szedł na ru­chliwą ulicę Bo­ha­te­rów Wojny pro­wa­dzącą do mo­stu Trzech Or­łów. Ocię­żale su­nął chod­ni­kiem, mi­ja­jąc sa­mo­chody sto­jące w gi­gan­tycz­nym korku. Im bli­żej był mo­stu, tym więk­sze było znie­cier­pli­wie­nie kie­row­ców. Za­nim Ma­ciej na niego wszedł, z od­dali za­uwa­żył błę­kitne, ob­ro­towe świa­tła ra­dio­wo­zów. Na­wet na dep­taku zro­biło się cia­sno, a po chwili oka­zało się, że ruch pie­szych rów­nież jest nie­moż­liwy. Tłum mo­krych, ale cie­kaw­skich ga­piów zbił się w ru­chomą masę, kie­ru­jąc swoje spoj­rze­nia za ba­rierki, na pły­nącą pod ulicą rzekę. Ma­ciej za­trzy­mał się po­śród lu­dzi, do­piero po chwili zda­jąc so­bie sprawę, że wła­ści­wie jest unie­ru­cho­miony, za ple­cami miał wciąż na­ra­sta­jącą i co­raz bar­dziej zbitą grupę cie­kaw­skich.

- To musi być na­prawdę po­ważny wy­pa­dek, skoro za­blo­ko­wany jest na­wet chod­nik. - Usły­szał ja­kiś głos za sobą.

- Wszy­scy ga­pią się na rzekę, praw­do­po­dob­nie spadł tam ja­kiś sa­mo­chód - do­niósł gruby męż­czy­zna i sam, prze­ci­ska­jąc się bru­tal­nie mię­dzy in­nymi, za­czął szu­kać w wo­dzie śla­dów to­piel­ców.

- Wujku, to nie wy­pa­dek - za­wo­łał chło­piec sto­jący o kilka me­trów bli­żej cen­trum zda­rze­nia. - Ja­kaś ko­bieta stoi pod mo­stem i chce ska­kać. Po­li­cja z nią roz­ma­wia.

Ma­ciej po­czuł, jak groza wbiła mu w kark swoje ostre szpony. Nie ba­cząc na okrzyki obu­rze­nia, prze­pchnął się do przodu tyle, ile zdo­łał.

- Co za cham! - wrza­snęła pod­sta­rzała mod­ni­sia z fo­lio­wym wor­kiem na gło­wie. - Nie pchaj się tak pro­staku, każdy chce zo­ba­czyć!

Dud­nie­nie w uszach za­głu­szyło wrzawę pod­nie­sioną na niego przez lu­dzi, prze­py­chał się, co chwila za­glą­da­jąc za ba­rierkę, roz­pacz­li­wie wy­pa­tru­jąc tam ko­biety. Był już na sa­mym przo­dzie, gdy w końcu ją do­strzegł. Stała na wą­skim fi­la­rze, go­towa do skoku. Z tej od­le­gło­ści wzro­stem przy­po­mi­nała lalkę, jej syl­wetka zle­wała się z tłem, mimo to Ma­ciej wy­raź­nie wi­dział, jak silny wiatr szar­pał brą­zo­wymi, pół­dłu­gimi wło­sami we wszyst­kie strony. Miała na so­bie roz­klo­szo­waną su­kienkę prze­wią­zaną w pa­sie, sza­mo­cącą się ni­czym po­rwany ża­giel. Stała tam, ni­czym nie­osło­nięta, zdana na sza­le­jący w dole wiatr. Ze spusz­czoną głową i wzro­kiem utkwio­nym w zło­wro­gim, by­strym nur­cie wy­glą­dała tak, jakby się mo­dliła.

- Mirka! - wrza­snął tak przej­mu­jąco, że oczy wszyst­kich zwró­ciły się na niego.

Lu­dzie roz­stą­pili się nieco, ro­biąc mu wolne doj­ście do ba­rierki. Chwy­cił ją obu­rącz i wy­chy­la­jąc się nie­bez­piecz­nie nad wartką wodę, po­now­nie za­wo­łał roz­dzie­ra­ją­cym gło­sem: - Mirka!

Po­dmu­chy, gwiż­dżące na me­ta­lo­wej kon­struk­cji, po­rwały i uci­szyły jego wo­ła­nie. Nie od­ry­wa­jąc od ko­biety oczu, co chwila wo­ła­jąc jej imię, biegł, mi­ja­jąc po­li­cyjne za­bez­pie­cze­nia. Na dro­dze sta­nął mu czło­wiek w mun­du­rze.

- Pro­szę się za­trzy­mać! - za­wo­łał.

- To moja żona!

Po­li­cjant spoj­rzał pod most. De­spe­ratka tkwiła kilka me­trów ni­żej, wy­da­wała się zmę­czona i słaba, sza­mo­tana wia­trem. Na­wet nic nie ro­biąc, w każ­dej chwili mo­gła ru­nąć w dół.

Pa­trząc na Ma­cieja, ze współ­czu­ciem zwol­nił mu przej­ście i od­po­wied­nim ge­stem po­wstrzy­mał ko­le­gów przed in­ter­wen­cją.

I wtedy ko­bieta zro­biła je­den ma­leńki krok przed sie­bie. Jej stopa na uła­mek se­kundy za­wi­sła w pu­stej prze­strzeni za że­la­znym fi­la­rem, a nie ma­jąc w ni­czym opar­cia, wci­snęła się w po­wie­trze jak w mięk­kie błoto. Cię­żar ca­łego ciała po­dą­żył za nią. Roz­po­starte ra­miona przez chwilę przy­po­mi­nały skrzy­dła, ale szybko stały się bez­władne i splą­tały się w lo­cie z su­kienką. Ciało pę­dziło, tra­cąc kształt i bez­gło­śnie tnąc po­wie­trze, aż ru­nęło w szarą ot­chłań. Wy­da­wało się, że rzeka cze­kała na to spo­tka­nie - ła­ko­mie we­ssała ofiarę, zwi­niętą w kłę­bek, w swoje zimne cze­lu­ści, po czym za­mknęła się nad nią, nie po­zo­sta­wia­jąc po swo­jej ha­nieb­nej chci­wo­ści żad­nego śladu.

Ma­ciej padł na ko­lana, wci­snął twarz po­mię­dzy me­ta­lowe ba­rierki i z rę­koma wy­cią­gnię­tymi przed sie­bie, za­marł z nie­mym krzy­kiem w otwar­tych ustach.

Roz­dział 2

- Agata, czy twoje dzieci też tak dużo pła­kały? - Róża sama była bli­ska łez. - Bo on pra­wie nie prze­staje! Ma już trzy mie­siące, ile to jesz­cze po­trwa? - Ko­ły­sząc Kac­perka na rę­kach, krą­żyła po po­koju. Mały, zmę­czony pła­czem, wła­śnie za­snął z główką wtu­loną w jej pierś.

- Ko­cha­nie, tylko się nie de­ner­wuj, bo tym mu nie po­mo­żesz. To z pew­no­ścią zwy­kłe kolki, które wkrótce się skoń­czą.

- A je­śli to coś po­waż­niej­szego, może jest chory?

- Ro­zu­miem, że je­steś prze­wraż­li­wiona, to syn­drom więk­szo­ści mło­dych mam, ale za­ufaj mi, dzieci tak mają. Nie pa­mię­tasz, jak moje się darły?

- No wła­śnie nie pa­mię­tam, żeby aż tak krzy­czały.

- Bo tylko wła­sne na tyle dają w kość, że ni­gdy się tego nie za­po­mina. Z pew­no­ścią je­steś prze­mę­czona, dla­tego re­agu­jesz na wszystko bar­dziej ner­wowo niż za­zwy­czaj.

- To prawda. Od uro­dze­nia Kac­perka nie prze­spa­łam ani jed­nej ca­łej nocy. Ale je­śli on jest zdrowy, to ja zniosę wszystko.

- Mirka po­wie­dzia­łaby te­raz: "a nie mó­wi­łam?".

Na to wspo­mnie­nie obie smutno się uśmiech­nęły. Echo Mirki cią­gle do nich po­wra­cało, czę­sto przy­ta­czały jej po­wie­dze­nia i po­glądy na wiele spraw. Mó­wie­niem o niej re­kom­pen­so­wały so­bie jej fi­zyczną nie­obec­ność, brak kon­taktu z nią sta­rały się trak­to­wać jako coś przej­ścio­wego, nie­do­god­ność, która wkrótce mi­nie.

- Za kilka dni przy­la­tuję do Pol­ski po moje dzie­ciaki i tro­chę zo­stanę, obie­cuję, że zajmę się wtedy Kac­per­kiem, cho­ciaż tyle, że­byś mo­gła po­rząd­nie się wy­spać. Do tego czasu mu­sisz wy­trzy­mać.

- Ja­sne, dam radę, nie jest tak źle. Wiesz... - wes­tchnęła Róża. - Bar­dzo nam cie­bie tu­taj bra­kuje, zwłasz­cza te­raz, kiedy szu­kamy Mirki.

- Uwierz mi, że wo­la­ła­bym być z wami, niż tu, gdzie je­stem. Mam cza­sami ta­kie chwile, gdy na­prawdę tylko siłą woli po­wstrzy­muję się przed po­wro­tem. Kiedy na­cho­dzi mnie chan­dra, to na­wet nie my­ślę o pa­ko­wa­niu czy trans­por­cie, po pro­stu chcę za­ło­żyć buty i biec - prze­rwała, za­sta­no­wiła się, po czym do­koń­czyła: - biec tak długo, aż do­bie­gnę do was.

- Jak ten For­rest Gump?

- Do­kład­nie tak. To wszystko mnie prze­ra­sta, jest dużo trud­niej, niż my­śla­łam.

- Ale o co cho­dzi, Agatko, z Tom­kiem źle ci się układa? - Róża ostroż­nie uło­żyła śpią­cego chłopca w łó­żeczku i de­li­kat­nie okryła go lekką koł­derką. - Śpi, mamy ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut, żeby po­roz­ma­wiać, więc opo­wia­daj - po­in­for­mo­wała, wy­cho­dząc na bal­kon. Wy­god­nie roz­cią­gnęła się na le­żaku, któ­rego nie uży­wała od ty­go­dni. Sierp­niowe po­wie­trze prze­siąk­nięte było wil­go­cią, ale jej zmę­czone ciało czer­pało z niego orzeź­wia­jącą przy­jem­ność.

- Nie chcę cię ob­cią­żać mo­imi pro­ble­mami, one nie są te­raz naj­bar­dziej istotne.

- Mów, każdy po­trze­buje się wy­ga­dać, a na­stępna taka oka­zja nie­prędko może nam się zda­rzyć.

- Wi­dzisz, bo tu nic nie jest ta­kie, jak to so­bie przed wy­jaz­dem wy­my­śli­łam. - Róża w gło­sie przy­ja­ciółki wy­raź­nie roz­po­znała roz­go­ry­cze­nie. - Ow­szem, lu­dzie są mili, fi­nan­sowo jest ła­twiej i nie ma tego cho­ler­nego wy­ścigu szczu­rów jak u nas, ale na tym ko­niec za­let. My­śla­łam, że moje dzie­ciaki szyb­ciej się za­akli­ma­ty­zują, a tym­cza­sem po pół­rocz­nym po­by­cie one wciąż chcą wra­cać do kraju. Te­raz już wiem, że okres doj­rze­wa­nia to naj­gor­szy czas na tak dra­styczne zmiany. A z Tom­kiem... cho­lera, to trudne - prze­rwała. Prze­ło­żyła słu­chawkę do dru­giej ręki, w mię­dzy­cza­sie szu­ka­jąc naj­bar­dziej od­po­wied­nich słów, któ­rymi mo­głaby zde­fi­nio­wać to, co czuła. - Bar­dzo chcia­łam wró­cić do stanu, w ja­kim by­li­śmy kie­dyś, ale tego po pro­stu nie da się zro­bić. Ży­jąc ra­zem, sta­no­wi­li­śmy je­den spraw­nie dzia­ła­jący me­cha­nizm, a wy­jazd Tomka roz­ło­żył nas na czę­ści, które na­wet ze­brane i zło­żone do kupy nie pra­cują już w ten sam spo­sób. Co chwila ujaw­niają się nowe usterki, coś zgrzyta, coś się za­wie­sza i nie ma mą­drego, który po­tra­fiłby to na­pra­wić. Nie­dawno przy­szło mi do głowy, że naj­lep­szym roz­wią­za­niem by­łoby, gdyby To­mek mnie po pro­stu zo­sta­wił. Zro­bi­ła­bym to sama, ale chyba ni­gdy nie zdo­będę się na tyle od­wagi. - W chwili, gdy Agata prze­le­wała na przy­ja­ciółkę swoje pro­blemy, ocze­ku­jąc za­pewne pod­po­wie­dzi, co ma z nimi zro­bić albo przy­naj­mniej po­cie­sze­nia, Róża kom­plet­nie nie miała po­my­słu na to, jak ma się za­cho­wać. Wie­działa, że po­winna coś po­wie­dzieć, ale nic mą­drego nie przy­cho­dziło jej do głowy. - Je­steś tam? - upew­niała się Agata.

- Tak, za­sta­na­wiam się. Nie ro­zu­miem, dla­czego.

- Ja też tego nie ro­zu­miem, To­mek jest prze­cież wzo­ro­wym mę­żem, tak bar­dzo się stara...

- To ra­czej słaby po­wód do roz­sta­nia.

- Niby tak, tylko że mnie ta jego do­broć drażni. Wszystko, co robi, działa mi na nerwy, na­wet kiedy przy­nosi mi pre­zent, mam ochotę wrzu­cić go do śmiet­nika, bez oglą­da­nia. Uwierz, że sama sie­bie nie po­znaję, a jed­no­cze­śnie nie umiem nad tym za­pa­no­wać.

- A co z obo­wiąz­kami mał­żeń­skimi?

- Już bra­kuje mi ar­gu­men­tów, żeby się wy­krę­cać. Wszystko ogra­ni­czy­łam do mi­ni­mum, moje li­bido - zero, po­zy­tywne emo­cje - zero. Wiem, że go ra­nię, ale to jest sil­niej­sze ode mnie.

- Wy­gląda tak, jak­byś była na niego zła za to, że tam je­steś...

- A po­mysł prze­cież był mój...

- Tyle tylko, że wtedy my­śla­łaś, że hi­sto­ria z Jan­kiem zo­sta­nie de­fi­ni­tyw­nie po­grze­bana z chwilą, gdy prze­kro­czysz gra­nicę, że ro­mans nie po­zo­stawi na to­bie żad­nego piętna, a tym­cza­sem...

- A tym­cza­sem umie­ram z tę­sk­noty za nim... - do­koń­czyła ści­szo­nym gło­sem, przy­zna­jąc się tym sa­mym do prawdy, którą bez­sku­tecz­nie sta­rała się wy­przeć z wła­snej świa­do­mo­ści. - Od świtu do nocy, a na­wet we śnie po­wra­cam do wspo­mnień o nim, o rze­czach, ja­kie z nim ro­bi­łam. Cią­gle wi­dzę, jak się ko­chamy do utraty zdro­wych zmy­słów. Za­drę­czam się py­ta­niami, z kim on te­raz jest i czy tej ko­lej­nej mówi to, co mó­wił mnie? Je­stem go­towa wła­snymi rę­koma za­bić każdą la­fi­ryndę, która go do­tknie! Mogę znieść obec­ność żony, ale ni­kogo, ab­so­lut­nie ni­kogo in­nego! - Za­wo­łała do te­le­fonu tak gło­śno, że Róża od­ru­chowo od­su­nęła go od ucha. Mi­nęło kilka se­kund, nim się uspo­ko­iła, ale wtedy po­czuła się oczysz­czona. Ta spo­wiedź była jej bar­dzo po­trzebna, po­zwo­liła na przy­naj­mniej chwi­lowe zrzu­ce­nie cią­żą­cego jej ba­la­stu.

- Boże... Agatko... - Róży wciąż bra­ko­wało słów. - Nie my­śla­łam, że to aż tak... Ty się za­ko­cha­łaś i to nie na żarty. A ja my­śla­łam, że mi­łość, która od­biera ro­zum, zda­rza się tylko na­sto­lat­kom.

- Tak mi wstyd - wy­znała Agata, a Róża miała wra­że­nie, że przy­ja­ciółka jest bli­ska pła­czu. - Prze­cież to, o czym ci opo­wia­dam, to głu­poty. Ra­fa­łek umarł, Mirka znik­nęła, ty szczę­śli­wie zo­sta­łaś mamą, to są na­prawdę ważne sprawy, a nie ja­kieś tam sce­na­riu­sze bra­zy­lij­skich se­riali.

- Ko­cha­nie, wszystko, co bu­duje na­sze ży­cie, jest ważne, mi­ło­sne roz­terki rów­nież. Od tego je­stem twoją przy­ja­ciółką, aby cię wy­słu­chać, tak prze­cież było z nami za­wsze. Ża­łuję tylko, że nie po­tra­fię ci po­móc. - Z wnę­trza miesz­ka­nia do­bie­gły do Róży za­gad­kowe po­mruki, wstała więc ze swo­jego wy­god­nego miej­sca na le­żaku i we­szła do po­koju. Na­chy­la­jąc się nad łó­żecz­kiem i bez­wied­nie uśmie­cha­jąc do wciąż śpią­cego synka, szep­nęła do te­le­fonu: - Kręci się, ale jesz­cze nie krzy­czy.

- Już mi po­mo­głaś - kon­ty­nu­owała Agata. - Na­prawdę jest mi dużo lżej - wy­znała zgod­nie z prawdą. - Dzię­kuję i prze­pra­szam, za­bra­łam ci czas, który mo­głaś wy­ko­rzy­stać na drzemkę.

- Nic nie szko­dzi, Le­siu wraca dzi­siaj wcze­śniej, a wie­czo­rem przy­je­dzie moja mama, więc tro­chę ode­śpię.

- Mama przy­je­dzie sama?

- Nie­stety, tata wciąż bar­dzo się na mnie gniewa. Nie poj­muję tego. Kac­pe­rek jest prze­cież ta­kim cu­dow­nym dziec­kiem, a on nie chce go na­wet zo­ba­czyć. Te­raz ża­łuję, że po­wie­dzia­łam mu o in vi­tro, mama miała ra­cję, trzeba było to prze­mil­czeć. Ale ja chcia­łam być uczciwa, idiotka...

- Fak­tycz­nie trudno to zro­zu­mieć, twój oj­ciec za­wsze był mą­drym czło­wie­kiem. Jak mógł po­zwo­lić, aby ci ka­to­liccy fa­na­tycy tak go omo­tali, że stra­cił zdol­ność sa­mo­dziel­nego my­śle­nia?

- To przy­kre i nie­lo­giczne. - Róża sta­rała się nie uno­sić głosu, mimo że miała ochotę krzy­czeć. - W imię mi­ło­ści do Boga wy­rzekł się mi­ło­ści do córki i wnuka.

- A twoja mama nie może go ja­koś prze­ko­nać?

- Nikt nie jest w sta­nie tego zro­bić, no chyba że ksiądz z am­bony. Uwie­rzył we wszyst­kie bred­nie, które mo­he­rowe be­rety gło­szą do­okoła.

- Umy­sły nie­któ­rych lu­dzi nie na­dą­żają za roz­wo­jem tego świata. - Był to je­dyny wnio­sek, jaki Agata zdo­łała wy­cią­gnąć. - Może to wcale nie jest ich wina?

Na­gle koł­derka w dzie­cię­cym łó­żeczku pod­sko­czyła, unie­siona ma­łymi nóż­kami, a po­kój wy­peł­nił krzyk znie­cier­pli­wio­nego nie­mow­lę­cia.

- Sły­szysz, znowu pła­cze, ale te­raz to chyba z głodu, mu­szę pod­grzać mleko.

- Wiem, ko­cha­nie, już ci nie prze­szka­dzam, do zo­ba­cze­nia za kilka dni. I nie martw się o Kac­perka, po krzyku po­znaję, że jest zdrowy jak ryba.

Od dłuż­szego czasu Agata miała na­wra­ca­jące po­czu­cie, że działa wbrew so­bie, że nie kon­tro­luje biegu wy­da­rzeń, tylko pły­nie z nur­tem ni­czym zde­chła ryba. Lu­dzie, któ­rych ko­chała, nie byli w jej za­sięgu, co co­raz bar­dziej jej do­skwie­rało. Nie miała przy so­bie na­wet dzieci, całe wa­ka­cje prze­sie­działy u dziad­ków. To­mek ostat­nimi czasy pra­co­wał wię­cej niż za­zwy­czaj, a nowe zna­jo­mo­ści, które na­wią­zała po przy­jeź­dzie, były wpraw­dzie ni­czego so­bie, ale ja­koś nie od­czu­wała po­trzeby szcze­gól­nego ich pie­lę­gno­wa­nia.

Dni upły­wały jej za­tem na na­uce an­giel­skiego, do któ­rej kon­se­kwent­nie się przy­mu­szała, na zgłę­bia­niu taj­ni­ków jogi, co ro­biła z czy­stą przy­jem­no­ścią i na za­drę­cza­niu się py­ta­niem: "co ja tu­taj ro­bię?". To ostat­nie działo się bez udziału jej woli.

W dni, w które nie była zmu­szona do wyj­ścia z domu, nie ro­biła ma­ki­jażu i nie dbała o ubiór. Zwy­kły dres, za­ło­żony rano, zdej­mo­wała do­piero przed po­ło­że­niem się do łóżka. W Pol­sce coś ta­kiego było nie do po­my­śle­nia, czło­wiek za­wsze mu­siał być przy­go­to­wany na wi­zytę nie­za­po­wie­dzia­nych go­ści - tu­taj każda wi­zyta po­prze­dzona była te­le­fo­nicz­nym uprze­dze­niem.

Roz­my­śla­nia nad wła­snym ży­ciem Agata pro­wa­dziła na zmianę z roz­my­śla­niami o Mirce. Nie­po­kój o przy­ja­ciółkę ani na chwilę jej nie opusz­czał. Czuła się winna, że w ża­den spo­sób nie po­maga w po­szu­ki­wa­niach, że wła­ści­wie nie robi dla niej nic. W roz­mo­wach Ewka, Róża i Agata po­cie­szały się wza­jem­nie, do­da­wały so­bie otu­chy, ale kiedy zo­sta­wały same ze sobą nie były już ta­kimi opty­mist­kami. Każda z nich bała się na swój wła­sny spo­sób.

Ewka oczyma wy­obraźni wi­działa Mirkę pi­janą i spo­nie­wie­raną, tu­ła­jącą się po me­li­nach z naj­gor­szymi ele­men­tami prze­stęp­czego pół­światka lub po ka­na­łach ra­zem z bez­dom­nymi.

Różę drę­czyła myśl, że Mirka wsku­tek szoku i braku pro­fe­sjo­nal­nej po­mocy po­pa­dła w obłęd albo do­stała amne­zji i sie­dzi w ja­kimś ośrodku na od­dziale za­mknię­tym, bo cho­roba unie­moż­li­wia j ej iden­ty­fi­ka­cję.

Agaty na­to­miast nie opusz­czało prze­czu­cie, że Mirka stała się ofiarą wy­padku bądź czy­jejś agre­sji i nie do­cze­kaw­szy się po­mocy, leży pod stertą li­ści w ja­kiejś zdzi­cza­łej czę­ści lasu. Stan, w ja­kim była Mirka, gdy wi­działa ją po raz ostatni, nie wy­klu­czał rów­nież moż­li­wo­ści, że sama tar­gnęła się na swoje ży­cie. Każ­dego dnia Agata roz­ma­wiała z nią w my­ślach, na­kła­nia­jąc do po­wrotu, o ile to jesz­cze było moż­liwe. Nie zno­siła swo­jego czar­no­widz­twa, a jed­no­cze­śnie nie mo­gła się go wy­zbyć. Kiedy prze­sta­wała za­drę­czać się roz­wa­ża­niami na te­mat przy­ja­ciółki, na­cho­dziły ją inne, rów­nie me­lan­cho­lijne a wręcz de­pre­syjne spe­ku­la­cje. Ich bo­ha­te­rem nie­zmien­nie po­zo­sta­wał Ja­nek.

Od swo­jego wy­jazdu skon­tak­to­wała się z nim tylko raz, dzwo­niąc z za­strze­żo­nego nu­meru te­le­fonu. Gdy usły­szała w słu­chawce zna­jomy głos, nie zdo­łała wy­du­sić z sie­bie ani jed­nego słowa. W mil­cze­niu ło­wiła jego od­dech, a póź­niej roz­łą­czyła się i roz­pła­kała. Przez ko­lejne dwa dni, sy­mu­lu­jąc mi­grenę i nie wy­cho­dząc z łóżka, do­cho­dziła do sie­bie. Po tym do­świad­cze­niu po­sta­no­wiła za­rzu­cić wszel­kie próby kon­taktu, tym bar­dziej, że nie miała po­ję­cia, czego ocze­ki­wała, dzwo­niąc do niego.

Ależ ba­ła­gan za­pa­no­wał w moim ży­ciu - po raz pierw­szy Agata do­zna­wała tak wiel­kiego, we­wnętrz­nego roz­dar­cia. Jak ja mam nad tym za­pa­no­wać? Czy kto­kol­wiek po­może mi to po­sprzą­tać, czy nie­stety je­stem ska­zana tylko na sie­bie? Nie­spo­dzie­wa­nie przez głowę prze­mknęła jej za­ska­ku­jąca i, co dziwne, wcale nie do­ty­cząca Janka myśl. W pierw­szej chwili Agata uśmiech­nęła się do niej lek­ce­wa­żąco. Po­mysł, ni­czym za­błą­kany wró­bel, który wpada przez wy­bite okno, na­ro­bił za­mie­sza­nia, więc nie mógł po­zo­stać nie­zau­wa­żony. Uśmiech znikł z twa­rzy Agaty, a za­miast niego po­mię­dzy brwiami po­ja­wiła się głę­boka zmarszczka. Ko­bieta świa­doma jej ist­nie­nia "roz­pro­sto­wała ją" i środ­ko­wym pal­cem roz­ma­so­wała za­gnie-ce­nie w skó­rze.

- Wła­ści­wie, dla­czego nie? - Nie prze­sta­jąc po­cie­rać miej­sca po­wsta­nia zmarszczki, za­py­tała samą sie­bie: - Może nie roz­wią­zuje ona pro­ble­mów, ale po­trafi su­ge­ro­wać wię­cej, niż po­cząt­kowo my­śla­łam. - Czuła, że po­mysł jest nie­zły, ale po­trze­bo­wała kon­sul­ta­cji, za­dzwo­niła, więc do Ewki.

- Cześć Aga­ciu, co u cie­bie? - Przy­ja­ciółka przy­wi­tała ją ra­do­snym szcze­bio­tem.

- Cześć, słu­chaj, wła­śnie do­zna­łam nie­spo­dzie­wa­nego olśnie­nia i są­dzę, że mu­simy je wy­ko­rzy­stać. - Agata, wręcz prze­ciw­nie, mó­wiła rze­czowo i bez nie­po­trzeb­nego prze­dłu­ża­nia. - Pa­mię­tasz Gi­zellę, tę wróżkę, u któ­rej by­łam kie­dyś z Mirką?

- Pa­mię­tam, że by­łaś z niej nie­za­do­wo­lona.

- Wtedy tak, ale za­sta­na­wia­jąc się nad tym, co po­wie­działa, po cza­sie do­szłam do wnio­sku, że ona prze­wi­działa śmierć Ra­fałka.

- Coś ta­kiego mó­wi­ły­ście... - Ewka przy­wo­ły­wała strzępy od­le­głego wspo­mnie­nia.

- Wła­śnie. Nie po­wie­działa tego kon­kret­nie, ale ostrze­gała.

- Mirkę, tylko że żadna z nas się tym nie prze­jęła. - W tej chwili Ewka do­my­śliła się już, na czym po­lega po­mysł przy­ja­ciółki.

- My­ślisz, że ona mo­głaby po­móc od­szu­kać Mirkę?

- Tak, a przy­naj­mniej mo­głaby po­twier­dzić, czy jesz­cze żyje. - Agata na­tych­miast po­ża­ło­wała, że nie­opatrz­nie wy­po­wie­działa na głos swoją obawę.

- Oczy­wi­ście, że żyje! Jak mo­żesz w to wąt­pić?

- Prze­pra­szam, nie to chcia­łam po­wie­dzieć. Mam po pro­stu na­dzieję, że być może udzieli nam ja­kiejś wska­zówki, coś do­ra­dzi.

- Warto spró­bo­wać. - Ewka za­ska­ku­jąco szybko za­ak­cep­to­wała po­mysł, ni­gdy prze­cież nie była zwo­len­niczką roz­wią­zań tego typu. - Kto do niej pój­dzie?

- Ja. Za­dzwo­nię i umó­wię się na przy­szły ty­dzień.

- To do­brze, bo u mnie nie naj­le­piej z wol­nym cza­sem - wy­tłu­ma­czyła się. Ale na­prawdę cho­dziło o to, że sama wcale nie miała ochoty iść do ko­goś ta­kiego. Zwy­czaj­nie gar­dziła wróż­bi­tami i in­nymi cza­ro­dzie­jami, uwa­ża­jąc ich za szar­la­ta­nów i na­cią­ga­czy.

- Dużo masz pracy?

- Sporo, jed­nak nie praca naj­bar­dziej mi ciąży. Te­raz pro­wa­dzę dwa domy, mó­wi­łam ci już. Co­dzien­nie je­stem u Ma­cieja, mu­szę go pil­no­wać, żeby jadł, na­wet o go­le­niu mu przy­po­mi­nam. Sta­ram się z nim roz­ma­wiać, co nie jest ła­twe. Róża z Lesz­kiem też go od­wie­dzają, ale wiesz, jak jest przy ma­łym dziecku, nie mają wiele czasu. A we wła­snym domu to, co zwy­kle, lek­cje, re­ha­bi­li­ta­cje, za­ję­cia po­zasz­kolne, jed­nym sło­wem młyn.

- Czyli u Se­ba­stiana nic no­wego?

Pierw­szą od­po­wie­dzią było prych­nię­cie, bę­dące oczy­wi­stym ob­ja­wem po­gardy i bez­sil­no­ści.

- Je­żeli py­tasz o sto­sunki ro­dzinne, to oczy­wi­ście, że się nie zmie­nił, bo dawno stra­cił nad sobą kon­trolę. Ale mam wra­że­nie, że opu­ściła go pew­ność sie­bie. Cza­sami od­wie­dza Ma­cieja, chyba roz­ma­wiają, bo wtedy mój mąż wraca jakby od­mie­niony. Idzie do po­koju dziew­czy­nek, czyta im, przy­tula, ga­dają ze sobą jak za daw­nych cza­sów, aż miło po­pa­trzeć. Ale czar pry­ska szybko, gdy tylko za­siada przed kom­pu­te­rem.

- Może się jesz­cze opa­mięta. - Agata pró­bo­wała po­cie­szyć przy­ja­ciółkę, nie za­brzmiała jed­nak prze­ko­nu­jąco, bo nikt już w to nie wie­rzył. Ewka zi­gno­ro­wała tę na­dzieję bez po­kry­cia.

- Te­raz bar­dziej niż jego po­trze­buję tu­taj cie­bie. Przy­jedź w końcu.

- Przy­jadę, jesz­cze kilka dni.

- Ja­sne... po dzie­ciaki. I za chwilę znowu cię nie bę­dzie. - Jej głos le­dwo do­sły­szal­nie, ale jed­nak pę­kał.

- Tylko nie becz! - za­ka­zała Agata. Czuła, że jej sa­mej do roz­kle­je­nia się też nie­wiele bra­kuje.

- Nie be­czę - od­po­wie­działa nie­wy­raź­nie Ewka. - Tylko, że wszystko jest ta­kie... do dupy. Ile czło­wiek może znieść, dla­czego nic nas nie ochra­nia?

- Nie wiem, ko­cha­nie... - W gar­dle Agaty za­le­gła wielka miękka klu­cha. - Same mu­simy się chro­nić, sie­bie i swo­ich bli­skich...

- Cią­gle o nim my­ślę, każ­dego wie­czoru... Był ta­kim słod­kim dzie­ciacz­kiem, czym so­bie za­słu­żył? - Dłuż­sze po­wstrzy­my­wa­nie pła­czu oka­zało się nie­moż­liwe, Ewka pod­dała się, za­wo­dząc przej­mu­jąco. Nie trzeba było długo cze­kać, żeby te łzy roz­kle­iły Agatę i te­raz obie, choć fi­zycz­nie da­leko od sie­bie, to jed­nak bar­dzo so­bie bli­skie, po raz ko­lejny do­świad­czały po­twor­nego żalu.

Roz­dział 3

Ma­ciej sie­dział w pu­stym po­koju na ko­mi­sa­ria­cie po­li­cji. Nie wie­dział, ile go­dzin czeka, ani który wy­pija ku­bek kawy. Wła­ści­wie nic nie miało już zna­cze­nia. Nur­ko­wie szu­kali w rzece ciała jego żony, co mo­gło po­trwać jesz­cze długo, ale do­póki nikt nie za­kłó­cał jego bez­ce­lo­wej eg­zy­sten­cji w tym po­miesz­cze­niu po­zba­wio­nym me­bli, ukry­wał się w nim przed oczy­wi­stą prawdą.

Zmę­cze­nie skle­jało mu oczy. Cięż­kie po­wieki, ni­czym że­liwne włazy, opa­dały, a wtedy uka­zy­wała mu się Mirka tuż przed sko­kiem. Sły­szał swój głos wo­ła­jący jej imię i wi­dział, jak ona od­wraca się, za­dziera głowę i pa­trzy na niego. Na twa­rzy ma spo­kój, że­gna się z nim le­dwo do­strze­gal­nym uśmie­chem i wy­sta­wia stopę poza kra­wędź. Jej su­kienka sza­mo­cze się bez­gło­śnie.

Wtedy Ma­ciej nad­ludz­kim wy­sił­kiem otwie­rał oczy i ob­raz zni­kał. Wnętrz­no­ści miał ści­śnięte, w uszach sły­szał szum, a ściany po­koju wy­da­wały się ru­chome. Wy­cień­czony or­ga­nizm wal­czył o na­leżny mu od­po­czy­nek, o sen i po­ży­wie­nie. Po­woli tra­cił ro­ze­zna­nie, nie wie­dział już, co w rze­czy­wi­sto­ści zo­ba­czył na mo­ście. Czy Mirka na­prawdę na niego spoj­rzała, czy uśmiech był jej ostat­nim pre­zen­tem dla męża, a może to jego sko­ło­wana wy­obraź­nia pła­tała mu nie­zdrowe fi­gle?

Wsparł głowę na dłoni i znowu przy­snął. Obu­dził go od­głos kro­ków zbli­ża­ją­cych się do drzwi, przy­mu­sił się do otwar­cia oczu, a na­stęp­nie do utrzy­ma­nia głowy w pio­nie. Ktoś wszedł do po­koju i sta­nął przed nim. Mi­nęło kilka se­kund, za­nim źre­nice Ma­cieja wy­chwy­ciły ostrość, zo­ba­czył wtedy star­szego męż­czy­znę w spodniach od mun­duru i w swe­trze.

- Nur­ko­wie wy­do­byli ciało - po­in­for­mo­wał. - Za kilka mi­nut nasz funk­cjo­na­riusz za­wie­zie pana do kost­nicy, nie­zbędna jest iden­ty­fi­ka­cja.

- Je­stem go­tów. - Ma­ciej wstał i na no­gach jak z waty wy­szedł wraz z męż­czy­zną na za­tło­czony ko­ry­tarz.

Kost­nica mie­ściła się na ty­łach szpi­tala. We­wnątrz, tuż przy wej­ściu, stało biurko, a za nim na ob­ro­to­wym krze­śle sie­dział czło­wiek w bia­łym far­tu­chu, praw­do­po­dob­nie le­karz. Jego zu­peł­nie po­zba­wiona owło­sie­nia głowa lśniła jakby zo­stała zro­biona ze szkła. Ostre świa­tło ja­rze­nió­wek od­bi­jało się od na­pię­tej skóry.

- Pro­szę o do­ku­ment toż­sa­mo­ści - zwró­cił się do Ma­cieja, któ­rego spo­wol­nione pro­cesy my­ślowe spra­wiły, że nie od razu zro­zu­miał po­le­ce­nie. Ospały mózg wy­łą­czał się stop­niowo, brak snu siał w nim spu­sto­sze­nie.

Po kil­ku­na­sto­se­kun­do­wej ana­li­zie prośby wy­jął z tyl­nej kie­szeni spodni do­wód oso­bi­sty i po­dał go czło­wie­kowi za biur­kiem. Całą siłą woli sta­rał się utrzy­mać chwiejne sku­pie­nie, ale kiedy usły­szał, że po­wi­nien iść za nim do po­miesz­cze­nia, w któ­rym do­kona iden­ty­fi­ka­cji, znowu się za­wa­hał. Przez krótką chwilę nie wie­dział, po co przy­szedł, a na­wet gdzie wła­ści­wie był. Do­piero gdy w prze­stron­nej sali wy­ło­żo­nej bia­łymi ka­flami zo­ba­czył me­ta­lowy stół na kół­kach, świa­do­mość wró­ciła mu w pełni. Na bla­cie, pod prze­ście­ra­dłem nie­wy­raź­nie za­ry­so­wy­wała się syl­wetka ko­bie­cego ciała, z któ­rego wciąż ka­pała woda. Nie­wiel­kie ka­łuże spły­wały wą­skim stru­mie­niem w stronę od­pływu umiesz­czo­nego w pod­ło­dze.

Ma­ciej pod­szedł do stołu, po prze­ciw­nej stro­nie sta­nął męż­czy­zna bez wło­sów, spoj­rzeli na sie­bie. Odu­rzony zmę­cze­niem or­ga­nizm Ma­cieja na­gle od­zy­skał, wy­da­wa­łoby się, nad­zwy­czajną spraw­ność. Serce wzmo­gło pracę, w po­śpie­chu prze­ta­cza­jąc sza­leń­czo pul­su­jącą w ży­łach krew, mię­śnie na­pięły się ni­czym cię­ciwy go­towe do uży­cia, a płuca szyb­ciej niż za­zwy­czaj uno­siły klatkę pier­siową. Męż­czy­zna w ki­tlu prze­niósł swoje wiel­kie dło­nie nad cia­łem, chwy­ta­jąc w nie prze­ście­ra­dło oka­la­jące twarz de­natki. Ma­ciej po­czuł nie­od­partą chęć, aby za­ci­snąć po­wieki, po­wstrzy­mał się jed­nak i, mi­mo­wol­nie wstrzy­mu­jąc od­dech, ob­ser­wo­wał, jak białe płótno unosi się, od­kry­wa­jąc naj­pierw mo­kre ko­smyki wło­sów, a na­stęp­nie po­pie­latą skórę z si­nymi wy­bro­czy­nami. Wie­dział już, że ni­gdy w ży­ciu nie zdoła za­po­mnieć tego wi­doku. Czło­wiek trzy­ma­jący prze­ście­ra­dło cze­kał na re­zul­tat oka­za­nia zwłok.

- Czy ta ko­bieta na­zywa się Mi­ro­sława Ko­secka i jest pań­ska żoną? - za­py­tał znie­cier­pli­wiony prze­dłu­ża­ją­cym się mil­cze­niem.

Ma­ciej spoj­rzał na niego wzro­kiem bez wy­razu.

- Nie, to nie jest moja żona - oznaj­mił chłodno.

Do domu wró­cił ra­dio­wo­zem, ale nie pa­mię­tał tego. Wy­cień­czone ciało nie za­mie­rzało mu dłu­żej słu­żyć. Trzy­ma­jąc się ścian, do­tarł do sy­pialni i bez­wład­nie zwa­lił się na łóżko. Prze­spał dwa dni.

Roz­dział 4

Le­szek sta­ran­nie okrył wó­zek fo­lio­wym po­krow­cem, za­ło­żył nie­prze­ma­kalną kurtkę i go­tów do wyj­ścia, sta­nął przed żoną.

- Od­pocz­nij, ko­cha­nie, nas, dziel­nych chło­pa­ków, ża­den deszcz nie za­trzyma. Idziemy na spa­cer - oświad­czył dum­nie.

- Tylko nie prze­sa­dzaj, pro­szę. - Róża z tro­ską po­pra­wiała okry­cie wózka. - Nie chcę, aby Kac­pe­rek do­stał ka­taru.

- O mnie to już nikt się te­raz nie mar­twi... - Młody oj­ciec udał za­smu­ce­nie. - Można by po­wie­dzieć, że wy­gryzł mnie wła­sny syn.

- Te­ściowa się o cie­bie mar­twi, Le­siu! - Fi­li­gra­nowa ko­bieta po­de­szła i, lekko wzno­sząc się na pal­cach, uca­ło­wała zię­cia w po­li­czek. - Dla­tego za­raz za­ka­sam rę­kawy i upiekę ci coś słod­kiego, że­byś miał do kawy, jak wró­cisz.

- Dzię­kuję mamo, ale nie prze­mę­czaj się.

- Ja aku­rat je­stem w do­brej for­mie, to twoja żona wy­gląda jak z krzyża zdjęta. Do­pil­nuję, aby się prze­spała, gdy wyj­dzie­cie.

Kiedy ko­biety zo­stały same, matka ob­jęła córkę w pa­sie i po­pro­wa­dziła do po­koju. Obie były ni­skie i drobne, z da­leka mo­głyby ucho­dzić za dziew­czynki wra­ca­jące ze szkoły.

- Nie żar­to­wa­łam - po­wie­działa, sa­dza­jąc Różę na ka­na­pie. - Masz się prze­spać, ja zajmę się wszyst­kim. A je­śli twoje sa­mo­po­czu­cie wkrótce się nie po­prawi, bę­dziesz mu­siała od­wie­dzić le­ka­rza, moż­liwe, że masz ane­mię.

- Nie, ma­muś, to chyba nie ane­mia, tylko wy­nik stresu po tym wszyst­kim, co się ostat­nio wy­da­rzyło. Moje ży­cie sta­nęło na gło­wie. Uro­dziny Kac­perka, śmierć Ra­fałka, strata po­karmu, znik­nię­cie Mirki, wy­jazd Agaty, za dużo tego. - Róża po­czuła chłód, pod­kur­czyła nogi i gło­śno roz­tarła dło­nie. Matka zdjęła koc z fo­tela obok i tro­skli­wie okryła nim córkę, która przy­jęła go z wdzięcz­no­ścią. - A do tego wszyst­kiego tata... - do­koń­czyła z wy­rzu­tem. - Co ja mam zro­bić, żeby mnie zro­zu­miał i za­ak­cep­to­wał Kac­perka? Chcę, żeby go ko­chał tak samo jak inne swoje wnuki, żeby brał go na ko­lana i za­bie­rał na dłu­gie spa­cery, tak jak ro­bił to ze mną. Bra­kuje mi go. - Prze­cze­sała włosy pal­cami i oparła się o za­głó­wek.

- Stary głu­piec! - Matka usia­dła na kra­wę­dzi łóżka. Dla niej to rów­nież była trau­ma­tyczna sy­tu­acja. Do­sko­nale wie­działa, co czuje córka, jak bo­le­śnie rani ją od­trą­ce­nie ojca. - Wciąż go prze­ko­nuję, tłu­ma­czę, czym jest in vi­tro, w tym celu prze­czy­ta­łam wszyst­kie ma­te­riały, ja­kie mi da­łaś, a on na­dal swoje. Nie­ugię­cie po­wta­rza: "To dziecko jest wy­ni­kiem eks­pe­ry­mentu! Aby mo­gło się uro­dzić, wiele in­nych po­czę­tych istot zo­stało wy­rzu­co­nych do ko­sza".

- Ależ to bzdura! - Róża nie mo­gła słu­chać tych bredni. - Prze­cież za­płod­nione ja­jeczka z mo­jego wnę­trza od­rzu­ciła na­tura, to jak na­tu­ralne po­ro­nie­nie, ni­czyja wina, mamo... - Bez­sil­ność wo­bec uporu ojca od­bie­rała jej za­pał do wy­szu­ki­wa­nia ko­lej­nych ar­gu­men­tów na swoją obronę. Sku­liła się jesz­cze bar­dziej i za­rzu­ciła koc na głowę. Zwi­nięta w kłę­bek prze­chy­liła się na bok i za­mknęła oczy.

- Dajmy mu jesz­cze tro­chę czasu. - Głos matki do­cho­dził do niej jakby z od­dali. - Nie­któ­rzy lu­dzie my­ślą bar­dzo po­woli i wiele wody musi w rzece upły­nąć, za­nim co­kol­wiek do nich do­trze. - Gła­ska­nie po­marsz­czo­nej, drob­nej dłoni przy­nio­sło Róży uko­je­nie, któ­rego po­trze­bo­wała. Za­snęła szybko.

Roz­dział 5

Póź­nym wie­czo­rem Agata po­sta­wiła przy drzwiach spa­ko­waną wa­lizkę. Nie za­bie­rała ze sobą wiele, le­ciała tylko na ty­dzień, a w domu ro­dzi­ców na­dal miała mnó­stwo swo­ich rze­czy.

Mimo że od lotu dzie­liła ją jesz­cze cała noc, już cho­dziła zde­ner­wo­wana, cho­ciaż nie był to ten sam pa­niczny strach, jaki od­czu­wała, za­nim po raz pierw­szy od­wa­żyła się wsiąść do sa­mo­lotu. Lęk przed la­ta­niem po­ko­nała na tyle, że nie po­trze­bo­wała za­ży­wać środ­ków uspa­ka­ja­ją­cych, ale wie­działa, że ni­gdy tego nie po­lubi.

Z za­do­wo­le­niem przy­jęła po­mysł Tomka, który wró­cił do domu z bu­telką jej ulu­bio­nego wina - al­ko­hol, co by o nim nie mó­wić, po­tra­fił od­prę­żać.

- Wy­pi­jemy za twój szczę­śliwy lot - za­pro­po­no­wał, roz­le­wa­jąc tru­nek do kie­lisz­ków. - W obie strony.

- Z chę­cią to zro­bię. I może jesz­cze za to, żeby Ni­kola i Mi­chał nie po­ucie­kali na mój wi­dok i dali za­cią­gnąć się na lot­ni­sko.

- Gdy­byś miała z nimi kło­poty, za­dzwoń. Nie ma to jak silne ar­gu­menty ojca. - Po­dał żo­nie kie­li­szek i usiadł bli­sko niej. Sym­bo­licz­nie ude­rzyli szkłem o szkło i upili po łyku.

To­mek rów­nież wy­da­wał się po­de­ner­wo­wany, wi­docz­nie po­dróż żony była stre­su­jąca dla nich obojga. Miał roz­bie­gany wzrok, któ­rego nie po­tra­fił sku­pić na ni­czym, a już na pewno nie na niej.

- Za­sta­na­wiam się, czy nie po­stą­pi­li­śmy zbyt okrut­nie, za­bie­ra­jąc dzie­ciaki tu­taj. -Agata po raz pierw­szy od przy­jazdu gło­śno po­dała w wąt­pli­wość wła­sny, bądź co bądź, po­mysł. - Z ma­łymi dziećmi jest dużo ła­twiej, z na­sto­lat­kami trzeba chyba po­stę­po­wać roz­waż­niej.

Mina Tomka jed­no­znacz­nie zdra­dziła to, o czym w tej chwili po­my­ślał. Mimo że było to dla Agaty draż­niące, udało się jej zi­gno­ro­wać wy­raz oczu męża.

- Cie­kawe, czy one kie­dyś zro­zu­mieją, że zro­bi­li­śmy to dla ich do­bra - kon­ty­nu­owała. - A może ni­gdy nam nie wy­ba­czą i wy­jadą stąd za­raz po uzy­ska­niu peł­no­let­no­ści.

- Nie po­win­naś się tyle mar­twić, do peł­no­let­no­ści mają jesz­cze dużo czasu, więc zdążą się przy­zwy­czaić i zro­zu­mieć twoje, prze­pra­szam, na­sze mo­tywy. - Uśmiech­nął się dwu­znacz­nie i przy­su­nął jesz­cze bli­żej. Nie pa­trząc w oczy żony, od­gar­nął włosy z jej ra­mie­nia i po­ca­ło­wał w od­sło­niętą szyję. Drugą rękę wsu­nął pod cie­niutki swe­te­rek i de­li­kat­nie wo­dził nią po jej cie­płych ple­cach.

Agata nie czer­pała szcze­gól­nej przy­jem­no­ści ani z po­ca­łunku, ani z do­tyku męża. Nie­ła­two jej było po­wstrzy­mać się w ta­kich chwi­lach przed po­rów­ny­wa­niem tego, co ro­bił To­mek z piesz­czo­tami Janka.

Wie­działa, że jest nie­spra­wie­dliwa, ocze­ku­jąc od niego cze­goś, czego on nie był w sta­nie jej dać z jed­nej pro­stej przy­czyny: nie mógł być kimś, kogo ona na­prawdę pra­gnęła. Tylko sku­pie­nie się na czymś zu­peł­nie in­nym po­zwa­lało jej za­cho­wać zimną krew i nie od­trą­cić go gwał­tow­nym ge­stem. Gdy usta męża pie­ściły jej skórę, my­ślała o spra­wach zwy­czaj­nych, co­dzien­nych, a kiedy jej wzrok za­trzy­mał się na sto­ją­cej przy drzwiach wa­lizce, po­my­ślała: "Że­bym tylko nie za­po­mniała za­brać szczo­teczki do zę­bów!".

Tego wie­czoru wino miało być środ­kiem ła­go­dzą­cym stres i ele­men­tem gry wstęp­nej przed nocą, którą To­mek za­mie­rzał do­brze wy­ko­rzy­stać.

- Na­pijmy się jesz­cze. - Agata zgrab­nie wy­wi­nęła się z jego uści­sku. - Jest ta­kie do­bre...

- Za­wsze wy­bie­ram ta­kie, jak lu­bisz.

- Wiem i dzię­kuję. - Cmok­nęła go w po­li­czek.

- Je­steś pewna, że nie chcesz, abym cię rano od­wiózł na lot­ni­sko?

- Ab­so­lut­nie nie ma ta­kiej po­trzeby, po co masz zry­wać się z pracy? Pół go­dziny au­to­bu­sem i wy­sia­dam nie­malże na pa­sie star­to­wym, nie zgu­bię się.

- Ale dla mnie to ża­den kło­pot, prze­cież wiesz.

Kie­dyś Agata uwa­żała się za szczę­ściarę, ma­jąc męża wiecz­nie go­to­wego słu­żyć jej po­mocą. Dziś jego słu­żeb­ność uwa­żała za iry­tu­jącą nad­gor­li­wość.

- Wiem, To­muś - po­sta­no­wiła, że ostat­niego wie­czoru przed wy­jaz­dem nie da się spro­wo­ko­wać do kłótni i bę­dzie dla niego miła. - Gdy­bym cho­ciaż miała duży ba­gaż, to może byłby sens, ale ja za­bie­ram tylko to... - Ge­stem wska­zała na torbę przy drzwiach. - Więc po co masz tra­cić dzień urlopu, który kie­dyś można bę­dzie wy­ko­rzy­stać w mil­szy spo­sób?

- No do­brze, jak chcesz - ustą­pił na­resz­cie. - Za­tem bę­dziemy mu­sieli po­że­gnać się już dzi­siaj, bo rano, jak są­dzę, wy­mkniesz się ukrad­kiem za­nim wstanę.

- Tak, o pią­tej trzy­dzie­ści. - Świa­do­mie nie wspo­mniała o że­gna­niu się, czu­jąc, co To­mek ma na my­śli. Ale on nie za­mie­rzał z ni­czego re­zy­gno­wać, po­now­nie przy­cią­gnął żonę do sie­bie i wci­snął twarz po­mię­dzy jej szyję a bark. Ca­ło­wał ją de­li­kat­nie, chcąc być bar­dzo na­mięt­nym, jego sta­ra­nia jed­nak przy­no­siły efekty inne niż za­mie­rzał. Co­raz od­waż­niej­sze piesz­czoty nie spo­tkały się na szczę­ście z od­mową, bo Agata, kon­se­kwent­nie trzy­ma­jąc się swo­jego po­sta­no­wie­nia, była miła, za­częła na­wet uda­wać za­an­ga­żo­wa­nie.

Świ­tało, gdy ostroż­nie wy­su­nęła się spod koł­dry. Czu­jąc w gło­wie skutki nad­mier­nej ilo­ści wy­pi­tego wina, za­ko­ły­sała się, sta­jąc na no­gach. Nie chciała obu­dzić Tomka, miał przed sobą długi dzień pracy. Wzięła szybki prysz­nic, w kuchni wy­piła kawę i zja­dła to­sta z dże­mem.

Ra­dio grało ci­cho, spi­ker mó­wiący w ob­cym ję­zyku czy­tał wia­do­mo­ści, z któ­rych po­tra­fiła wy­ło­wić i zro­zu­mieć tylko po­je­dyn­cze słowa. Mimo że nie spała zbyt długo, nie czuła zmę­cze­nia, pod­nie­ce­nie wy­jaz­dem za­głu­szyło je. Noc nie była dla niej do­świad­cze­niem zmy­sło­wym, To­mek za­snął jed­nak w pełni usa­tys­fak­cjo­no­wany. Nie­jed­no­krot­nie za­sta­na­wiała się nad tym, jak to moż­liwe, że on nie od­czuwa dy­stansu ist­nie­ją­cego w ich in­tym­nych re­la­cjach. A może od­czu­wał, tylko tak jak ona uda­wał, że go nie ma.

Ja­dąc au­to­bu­sem w stronę lot­ni­ska, roz­my­ślała, czy za­ob­rącz­ko­wa­nie na­sila w lu­dziach po­trzebę wza­jem­nego okła­my­wa­nia się.

Gdy zna­la­zła się na miej­scu, jak za­wsze za­stała tłum. Dzieci, po­wy­ry­wane ze snu, gło­śnym pła­czem pro­te­sto­wały prze­ciwko pla­nom po­dróży. Zde­ner­wo­wani do­ro­śli w po­śpie­chu szu­kali wła­ści­wych sta­no­wisk od­prawy. Ja­kiś męż­czy­zna ści­szo­nym gło­sem peł­nym nie­na­wi­ści mó­wił do żony: "Na jaką cho­lerę bra­łaś osiem par dżin­sów, te­raz trzeba za­pła­cić za nad­ba­gaż".

Inna ko­bieta w po­dobny spo­sób sar­kała do swo­jego fa­ceta: "Mó­wi­łam ci, że po­win­ni­śmy wy­je­chać wcze­śniej, ale nie, ty za­wsze je­steś naj­mą­drzej­szy". Jed­nym sło­wem - dom wa­ria­tów.

Bę­dąc mi­mo­wol­nym wi­dzem tych peł­nych dra­ma­ty­zmu scen, Agata cie­szyła się, że leci sama i od ni­kogo nie jest za­leżna. Może poza pi­lo­tem. Nie­stety, le­d­wie zdą­żyła po­krze­pić się tą my­ślą, w bo­le­sny spo­sób uświa­do­miono jej, że była w błę­dzie. Oka­zało się bo­wiem, iż jej los za­le­żał jesz­cze od in­nych czyn­ni­ków, np. od wa­run­ków po­go­do­wych. Zwię­zły ko­mu­ni­kat na ta­blicy od­lo­tów in­for­mo­wał, że lot z po­wodu mgły zo­stał prze­su­nięty na go­dzinę dwu­na­stą.

- Ja­sna cho­lera! - klęła pod no­sem. - Co mam tu ro­bić przez pięć go­dzin? Pierw­szy po­mysł, jaki się jej na­su­nął, był taki, żeby za­dzwo­nić po Tomka, je­chać do domu i ode­spać to, co stra­ciła w nocy.

Aku­rat się przy nim wy­śpię... - zre­flek­to­wała się po chwili. - Znowu bę­dzie chciał się że­gnać i wrócę tu jesz­cze bar­dziej zmę­czona, niż je­stem te­raz. Po­sta­no­wiła więc po­je­chać do domu au­to­bu­sem, wsko­czyć do wciąż cie­płego łóżka i nic ni­komu nie mó­wiąc, nad­ro­bić za­rwaną noc.

Po dro­dze, z my­ślą o dru­gim śnia­da­niu, ku­piła świeże pie­czywo. We­szła do domu i ro­ze­brała się w ko­ry­ta­rzu, wie­sza­jąc wszyst­kie swoje rze­czy w jed­nym miej­scu, aby przed wyj­ściem ni­czego nie za­po­mnieć. Jazda au­to­bu­sem roz­le­ni­wiła ją, po­wo­du­jąc upo­rczywe skle­ja­nie się po­wiek. Po­krę­ciła się po kuchni, wy­piła szklankę wody i ści­szyła ra­dio sto­jące na pa­ra­pe­cie okna. Wtedy do­piero usły­szała coś dziw­nego, za­sty­gła w bez­ru­chu, na­słu­chu­jąc przez chwilę. Z pię­tra do­cho­dził ta­jem­ni­czy ha­łas, a wła­ści­wie nie ha­łas, tylko szmer, tak jakby ktoś prze­su­wał coś po pod­ło­dze. Jesz­cze bar­dziej przy­ci­szyła ra­dio, była pewna, że na gó­rze ktoś był. Mimo że przed chwilą zu­peł­nie swo­bod­nie we­szła do miesz­ka­nia i po­ru­szała się po nim w zwy­czajny spo­sób, te­raz przy­brała po­zy­cję ko­cura, cza­tu­ją­cego na spa­ce­ru­ją­cego wró­bla. Ostroż­nie po­de­szła do scho­dów i po­ko­nała je, wciąż na­słu­chu­jąc. Dźwięki do­cho­dziły z sy­pialni.

To­mek za­spał do pracy - do­my­śliła się. Jed­nak dla­czego łóżko trzesz­czało w tak cha­rak­te­ry­stycz­nym ryt­mie? Wie­dziona in­stynk­tem, ale ab­so­lut­nie nie­przy­go­to­wana na to, co za chwilę miała zo­ba­czyć, po­ko­ny­wała ostat­nie me­try dzie­lące ją od drzwi sy­pialni. Za­nim de­li­kat­nym pchnię­ciem je uchy­liła, usły­szała nie­zna­jomy ko­biecy głos:

- Tę­sk­ni­łam za tobą, skar­bie...

Szept, który jej od­po­wie­dział, roz­po­znała na­tych­miast, tylko nie mo­gła uwie­rzyć, że to prawda: - Ma­rzy­łem o tej chwili, Li­luś...

Agata, przez ni­kogo nie­zau­wa­żona, stała w progu dłu­żej, niż po­winna, nie była jed­nak w sta­nie ani się po­ru­szyć, ani nic po­wie­dzieć. Przy­glą­dała się, jak ciem­no­włosa ko­bieta o bra­zy­lij­skich po­ślad­kach sie­działa okra­kiem na jej mężu, pod­rzu­cana ku gó­rze jego ener­gicz­nymi ru­chami, peł­nymi eks­tazy.

- Moc­niej, moc­niej! - krzy­czała, nie ma­jąc świa­do­mo­ści, że tuż za nią stoi pra­wo­wita wła­ści­cielka ogiera, któ­rego wła­śnie ujeż­dżała. Silne dło­nie Tomka wbi­jały się w jej wielką pupę, zna­cząc na niej blade ślady.

Wy­star­czy­łoby, żeby otwo­rzył oczy, wtedy zo­ba­czyłby Agatę, ale był zbyt bli­ski fi­nału, więc za­ci­snął je tak, jak to miał w zwy­czaju. Nie­ocze­ki­wa­nie oboje bar­dzo gło­śno oznaj­mili do­tar­cie do mety, wy­ry­wa­jąc tym sa­mym Agatę z osłu­pie­nia. Szczęka wi­siała jej ni­sko, a w gło­wie miała taki huk, jakby przez po­kój prze­le­ciał sa­mo­lot od­rzu­towy.

- Śnię... - po­wie­działa do sie­bie, bę­dąc o tym szcze­rze prze­ko­naną. Gdyby nie re­ak­cja pulch­nej lali i fa­ceta pod nią, długo mo­głaby tkwić w ta­kim prze­świad­cze­niu. Dziew­czyna wy­glą­dała, jakby zo­ba­czyła du­cha wła­snej babci, ze­sko­czyła z "sio­dła" i cią­gnąc za sobą koł­drę, po­bie­gła do ła­zienki.

- Agata?

- A co, nie po­zna­jesz?

- Skar­bie... Twój lot...

Do­bór słów od­po­wied­nich do za­sta­nej sy­tu­acji nie szedł do­brze żad­nemu z nich.

- Nie wie­dzia­łam, że tak po­tra­fisz! - Agata nie miała po­ję­cia, jaka siła po­ru­sza jej ustami, ale nie za­mie­rzała się nad tym za­sta­na­wiać. Wy­ko­nała zde­cy­do­wany od­wrót, zbie­gła po scho­dach, za­brała rze­czy z ko­ry­ta­rza i trza­ska­jąc drzwiami w po­śpie­chu, opu­ściła dom.

- Za­cze­kaj! - Znaj­du­jąc się przy wy­lo­cie ulicy, usły­szała głos męża: - Wy­tłu­ma­czę ci!

Szczę­śli­wym tra­fem au­to­bus wła­śnie pod­je­chał. Za­jęła miej­sce na sa­mym końcu i oparła czoło o szybę. Do­piero te­raz bar­dzo po­woli za­czy­nało do niej do­cie­rać, co na­prawdę wi­działa i co to dla niej ozna­cza. Na­raz jej wszyst­kie we­wnętrzne or­gany za­częły drżeć, mu­siała od­dy­chać głę­biej, aby nad sobą za­pa­no­wać.

- Ja pier­dolę, kurwa mać! - po­wie­działa gło­śno piękną pol­sz­czy­zną. Osoby sie­dzące w po­bliżu rzu­ciły jej prze­lotne spoj­rze­nia, po czym wró­ciły do swo­ich świa­tów.

Nie po­tra­fiła tego wy­ja­śnić, ale prze­kra­cza­jąc próg lot­ni­ska, uśmie­chała się już sze­roko. Je­stem nie­nor­malna i będę tego ża­ło­wała - my­ślała, wy­krę­ca­jąc nu­mer do Janka.

- Słu­cham? - za­py­tał, nie roz­po­zna­jąc nu­meru.

- To ja, jadę do cie­bie.

- Agata? Ko­cha­nie, to na­prawdę ty? - Nie do­wie­rzał.

- Ja. Zwol­nij wszyst­kie swoje dziwki, za­re­zer­wuj po­kój w ho­telu i za­łatw so­bie so­lidne alibi na co naj­mniej dwa dni. Za kilka go­dzin będę w kraju, wtedy za­dzwo­nię.

Wsia­da­jąc do sa­mo­lotu, nie czuła żad­nego na­pię­cia. Miała ab­so­lutną pew­ność, że ad­re­na­lina, którą w tej chwili pro­du­ko­wał jej or­ga­nizm, by­łaby w sta­nie utrzy­mać ma­szynę w po­wie­trzu, na­wet gdyby za­wio­dły wszyst­kie sil­niki.