Alternatywa
Mam mądre koleżanki. One często powtarzały mi:
- Nie bądź głupia, nie ufaj facetom! Jeśli któryś mówi ci to czy tamto, to wcale nie musi być prawda... A ty, jak tylko usłyszysz to, co chcesz, to od razu jesteś gotowa... uwierzyć.
W życiu nie ma tak.
Często mi tak mówiły, a ja, niczym ofiara babskiej propagandy, by nie powiedzieć prania mózgu, zaczęłam im ulegać. Kiedyś nieopatrznie ujawniłam im, że między mną a moim wybranym nie układa się tak, jak bym chciała. Triumfowały, jedna przez drugą prześcigały się z tymi swoimi "a widzisz, widzisz, a nie mówiłam!".
Po jakimś czasie przeszły do kolejnego etapu:
- Musisz mieć alternatywę.
Próbowałam bronić się:
- Jak to? To byłoby nie fair, tak nie można.
Ponownie usłyszałam, że jestem głupia, że nic w tym złego, że to od razu nie musi oznaczać trójkąta.
Uległam. Złożyły się na to dwa czynniki. Pierwszym był Jacek, gdy powiedział, że byłam jego niespełnioną, szkolną miłością, która przez tyle lat jest obecna w jego sercu. Która kobieta by nie uwierzyła. Wprawdzie miał za sobą nieudany związek, ale od razu dodawał: "Formalnie jestem wolny. Dorosły syn też marzy o szczęściu ojca"...
Jedna kawa, druga... Nie był natarczywy, przeciwnie, podkreślał, że nauczony smutnym doświadczeniem, nie pali się do nowego związku. Był wyrozumiały i delikatny: "Nie będę na ciebie naciskał, nie spiesz się". Nawet nie wiem, kiedy powiedziałam mu o swoich problemach, jaka jestem zaangażowana i jak jest mi źle, że nie dostaję tego, co bym chciała. Czułam, jak świetnie mnie rozumie.
Nie wiem, co byłoby dalej, bo musiał wypłynąć. Może to lepiej, zresztą, czy to ma jakieś znaczenie? Mamy XXI wiek; wiek komórek, e-maili, Skype'ów, jak tylko chcemy, to kontakt możemy mieć bardzo ścisły. Chcieliśmy. Nasze relacje zacieśniały się. Aha, jeszcze był drugi czynnik, ale on przestał mieć znaczenie, bo zdominował go ten pierwszy.
Jak się poczułam? Świetnie! Znalazłam swoją alternatywę. Moje notowania u koleżanek wzrosły. A czy miałam jakieś wyrzuty sumienia? No, bez przesady! A niby czemu? Mój ukochany, dla ułatwienia tak będę nazywała mego wybranego, tego pierwszego, potrafił być cudowny. Działał na mnie tak, że wydawało mi się, iż jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. Ale potrafił też boleśnie ranić. Początkowo wierzyłam, że nieświadomie, ale to chyba naturalne, że z czasem pojawiły się momenty zwątpienia. Skoro się kocha, a tak twierdził, to nie robi się nic przeciw tej ukochanej osobie, prawda? Ja to co innego.
Jacuś, tak od pewnego czasu zwracałam się do niego, on też pieszczotliwie zdrabniał moje imię, był taki dobry, serdeczny. Musiał domyślać się, skąd biorą się moje zmienne mailowe nastroje, bo zauważał je, ale wytykał delikatnie, ze zrozumieniem. Nie muszę mówić, jak bardzo mi to pasowało.
Nawet nie wiem, jak to się stało, ale zauważyłam, że coraz częściej o nim myślę. Odpowiadało mi to, że jest daleko, a jednocześnie coraz bliżej. Maile mają to do siebie, że można je wielokrotnie czytać, odnajdując coraz to nowe treści.
Mój - już nie tak jednoznacznie - ukochany nie domyślał się niczego. Ciągle zapracowany, zalatany. Niby wiedziałam, co robi, ale nawet nie próbowałam cokolwiek zmienić w jego życiu. Ot, będzie, co będzie.
Kumpelki regularnie organizowały babskie posiedzenia. Zwykle w nich nie uczestniczyłam, ale ostatnio coraz trudniej przychodziło mi wykręcać się. Zresztą powiem wprost, ich namowy też robiły swoje. No i tyle zaczynało dziać się w moim życiu... Zaczęłam bywać.
Te posiedzenia są bardzo przyjemne, gospodyni wspina się na wyżyny sztuki kulinarnej, to znaczy upichci coś pysznego, drinki są rewelacyjne i atmosfera szybciutko staje się coraz frywolniejsza.
- Ja wczoraj zrobiłam temu swojemu tak dobrze, że jutro idziemy na zakupy.
- A ja mojemu tak dogodziłam, że w weekend lecimy do Paryża...
- A ty co? tak zamilkłaś nagle - wyrwały mnie z chwilowego odrętwienia.
- Co z twoim ukochanym?
- Którym? - spytałam odruchowo.
Spojrzały na siebie porozumiewawczo, a potem na mnie z politowaniem. Gocha nie wytrzymała:
- Ty jednak głupia jesteś!
Jolka od razu stanęła w mojej obronie: - Nie obrażaj jej, ona jest po prostu... niereformowalna. Ona już nie ma alternatywy...
Babuleńka
Od zawsze byłam ukochaną babcią Filipa. Jak chodziliśmy na plac zabaw, w trójkę, z jego mamą, to najpierw przybiegał do mnie, by pokazać mi, co zbudował w piaskownicy. Dopiero później zwracał się do matki:
- Babcia, chodź zobacz!
- Babciu - strofowała go moja córka. A on, jakby nic nie słyszał, powtarzał w kółko:
- Ale babcia, proszę!
Albo jak upadł i nabił sobie guza, to leciał do mnie:
- Babcia, podmuchaj, to nie będzie bolało - dmuchałam i ból znikał natychmiast.
Gdy szłam do piaskownicy podziwiać jego zamek, to serce pękało mi z dumy, że to ja jestem tą pierwszą... Ale nie przesadzałam. Jak córka zwracała mi uwagę, że ona jest tą ważniejszą, to odpowiadałam jej zdecydowanym tonem:
- Matka jest tylko jedna, nie pamiętasz?
Czasem próbowała być zazdrosną i też w żartach dąsała się:
- Ja nie miałam takiej babci.
- Co nie jest twoją winą - zamykałam temat. Nie byłabym też sobą, gdybym nie dodawała:
- Tamta babcia też miała szansę...
- To prawda, ale wiesz, że Filip zraził się do niej...
- Bo kto to widział, żeby od małego dziecka tylko wymagać. Jemu trzeba pokazać, zachęcić go, a dopiero potem... a najlepiej razem...
- Oj, mamo. Mówisz tak do mnie, jakbym nie wiedziała. A kiedy mam to robić, jak ciągle pracuję...
- Wiem, córeczko: od tego są babcie - Nie dodawałyśmy, że nie wszystkie, ale każda z nas wiedziała swoje.
Któregoś dnia córka wróciła z pracy bardzo podekscytowana:
- Mamo, życiowa szansa, proponują nam wyjazd do Holandii, najpierw na szkolenie, a potem wybiorą najlepszych i zaproponują im kontrakt.
- A co z Filipem?
- Zostanie z tobą.
- Pytałaś go?
- Ależ mamo, on poza tobą świata nie widzi! Będzie nam lżej i nie będę musiała nikogo błagać o alimenty. Mam swoje ambicje.
- To pięknie, ale alimenty są dla dziecka...
- Wiem, ale co z tego, jak jego ojciec ciągle narzeka, że nie ma pieniędzy... Dziecko rośnie i jego wymagania też...
- Myślisz, że on tego nie widzi?
- Pewnie widzi, ale ma nową rodzinę i ona jest mu bliższa.
Ciężka była rozmowa z moją córką. Ona wiedziała swoje i jak się uparła, to trudno było ją przekonać.
- To co, mamo? Bo jutro ostateczna decyzja...
- Co ci mam powiedzieć? Czy ja kiedykolwiek chciałam źle dla mojej córki albo wnuka?
- W końcu masz jego jednego.
- To nie zamierzasz mieć więcej dzieci?
Córka zasępiła się, ale nie trwało to długo. Zaraz dodała ze śmiechem:
- A co byś powiedziała na takiego małego Holendra? Biegałby za tobą w drewniakach.
- Z jednym sobie nie mogę poradzić.
- No, nie przesadzaj! Filip mówi, że jesteś najlepszą babcią na świecie i najukochańszą...
- Tak? A wiesz, że kiedyś chciał się ze mną żenić?
- Tego mi nie mówiłaś.
- Nie mówiłam, bo to miała być nasza tajemnica... A tobie mogłoby być przykro.
- Ach tak, rozumiem... A dużo ich macie?
Nie zliczyłabym, ale nie mówiłam o tym córce. Wyjechała, a jej pobyt w Holandii przedłużał się. Z początku bardzo tęskniła i dopytywała się o synka, interesowała każdym szczegółem naszego życia. Z czasem przyzwyczaiła się, że nieźle sobie radzimy. Mniej wypytywała o to, co u nas, a częściej opowiadała o tym, co u niej. Urządziła się, pozawierała nowe znajomości, ale o małym Holenderku nawet nie wspominała...
Z Filipem rzeczywiście radziliśmy sobie świetnie. Był naprawdę zdolnym dzieckiem, więc dodatkowych zajęć mu przybywało, a matka finansowała je bez problemów.
- Widzisz, stać nas teraz na więcej. Warto było, prawda?
- Prawda - myślałam sobie. Tylko ja jestem coraz słabsza.
Pierwszy szok przeżyłam, gdy Filip stanął kiedyś przy mnie i krótko stwierdził:
- Ja idę w górę, a ty w dół! - wsparł się lekko na palce. - Ja już jestem prawie tak duży jak ty!
- Bo ja jestem babuleńką. Będę coraz mniejsza, aż skurczę się zupełnie...
- Co to, to nie! - zaprotestował energicznie. - Babuleńką możesz być, ale na skurczoną się nie zgadzam!
Od tego dnia zostałam jego babuleńką i tylko tak się do mnie zwracał. Czasem dodawał "moja", czasem "kochana", ale to rozumiało się samo przez się.
Córka regularnie przyjeżdżała na święta, które przygotowywaliśmy razem z Filipem. Chwaliła go, że świetnie gotuje i mówiła, że udał jej się syn i da sobie radę w życiu.
Zgadzałam się z nią.
Nie wspominała nic o powrocie, a ja też nie dopytywałam się, kiedy zamierza wracać. Kupiła nowy samochód i częściej mowa była o prawie jazdy Filipa, niż scaleniu naszej rodziny.
Jak już wspominałam, mój wnuk piął się w górę, podczas gdy ja powolutku zmierzałam w przeciwnym kierunku. Ani spostrzegłam się, kiedy Filip wrócił do domu i zapytał mnie z tajemniczą miną:
- Mogę ci kogoś przedstawić?
- Naturalnie!
Następnego dnia przyszli razem. Filip przedstawił nas sobie:
- Moja dziewczyna, moja babuleńka!
Zosia miała ujmujący uśmiech, a gdy powiedziała mi, że nigdy nie miała prawdziwej babci, tylko takie przyszywane, zawojowała mnie kompletnie:
- W moim sercu jest miejsce i dla wnuczki! - uścisnęłyśmy się serdecznie.
Drugi szok przeżyłam, gdy Filip oznajmił mi:
- Zosia wyjeżdża do Holandii, mama znalazła jej tam pracę...
- Czyja mama?
- Jak to: czyja? Nasza! To znaczy: moja - poprawił się.
- A ty?
- Dojadę do niej tak szybko, jak to będzie możliwe.
- A ja? - wyrwało mi się.
- Ciebie też tam ściągniemy.
- Filipku, starych drzew... - Filip stanął przede mną jak kiedyś, gdy sprawdzaliśmy, kto z nas jest wyższy. Stanęłam i ja, i spojrzałam w górę: był wyższy ode mnie o głowę. Tak jakoś przytulił mnie do siebie i wyszeptał do czubka mojej głowy:
- To co ja mam zrobić? Moja babuleńko...
Chrzciny
Z facetami nigdy mi nie wychodziło. Jak już któryś poczuł się zbyt pewnie, to zaraz pozwalał sobie na zbyt dużo. Chciał to albo tamto. Owszem, czasem było to powiedziane wprost, ale czasem tak zakręcone, że gdyby nie moja czujność, to w życiu nie połapałabym się, o co w tym wszystkim chodzi.
A sprawa jest prosta: faceci są wygodni. Oczekują obsługi, zaspokajania rozmaitych fantazji, fanaberii. Czasem są użyteczni, nie powiem, ale generalnie, to więcej z nimi kłopotów niż pożytku. Nieraz sobie myślałam, że może ja mam pecha, że to może ze mną jest coś nie tak, ale jak zorientowałam się w temacie, to okazało się, że jednak nie. Nie jestem w tym odosobniona.
Wolę jednak o innych nie mówić. Każda ma swoje racje. Mnie z facetami nie wychodziło i to jest dla mnie najważniejsze. Odkąd sięgam pamięcią... Powiem krótko: starałam się. Bardzo się starałam. Robiłam więcej, niż było to możliwe. Na pewno więcej, niż niejedna, w mojej sytuacji.
Jak byłam ze Zbyszkiem, to kumpele mówiły, że mam świętą cierpliwość. Świętą? Bez przesady, ale żadne jego zachcianki, żadne zachciewajki, nie były dla mnie problemem albo zadaniem nie do wykonania. Cierpliwie spełniałam wszystko, co tylko wymyślił. Za to od niego nic: zero wymagań, żadnych próśb czy - nie daj Boże - poleceń. Życzysz sobie tak? Proszę bardzo. Chcesz inaczej? Nie ma sprawy. Myślałam wtedy, że doceni jaka jestem bezkonfliktowa, jaki mam charakter, wręcz anielski, chciałoby się powiedzieć.
Nie wytrzymałam dopiero wtedy, gdy pojawiła się mamusia. Rozpoczęła niewinnie, ale szybko zaczęła się wtrącać do wszystkiego, wchodzić w całe nasze życie, krytykować mnie nieustannie. To jeszcze bym wytrzymała, ale jak doszło do tego, że dowiedziała się, co Zbyszek robi i jak w strefach łóżkowych, to nie zdzierżyłam. Znosiłam wszystko do czasu, ale miarka się przebrała. Powiedziałam krótko: basta! Na więc sobie nie pozwolę. Znaczy: nie sobie, ale jej.
Początkowo próbowałam łagodnie. Mówiłam Zbyszkowi, że chłopcy długo są mali, ale w końcu dojrzewają, wyrastając z krótkich spodenek. On odpowiedział:
- Mnie nie przeszkadzają krótkie spodnie u faceta. Wszystko zależy od temperatury i czy są markowe.
- Ale ja tak w przenośni. Tak ogólnie...
- Tak ogólnie, to taka gadka o niczym. Facet jest konkretny i zawsze wie, czego chce.
- A czego ty chcesz?
- Żebyś słuchała się mamusi, mojej mamusi.
- Ale przecież ja mam swoją i ona nie wtrąca się do naszego życia.
- Jeszcze by tego brakowało, żeby się wtrącała.
- Ale ja nie chcę twojej mamy w pakiecie. Ty się dla mnie liczysz, przede wszystkim ty!
No wiem. Trochę przegięłam wtedy, ale zaraz potem usłyszałam:
- Cały czas mnie ostrzegała, że chcesz ze mnie zrobić pantoflarza! I proszę, jak zwykle się nie myliła!
Pożegnaliśmy się bez żalu, przynajmniej z mojej strony, a właściwe to rozstaliśmy się bez specjalnych pożegnań.
Długo byłam sama - całe dwa miesiące. Właśnie wtedy postanowiłam sobie, że z facetami to będę krótko... Bo jak już się taki wprowadzi, to już go nie wyprowadzisz. Rozumiem: noc, dwie - najlepiej zresztą na neutralnym gruncie. Na przykład jakiś wyjazd, nawet wyjazd za miasto, na krótko właśnie, na krótko i bez zobowiązań...
Całkiem nieźle mi to wychodziło. Robiłam, co chciałam, z kim chciałam i kiedy chciałam. Ciężko pracowałam, więc miałam za co. Zresztą tatuś powtarzał, ciągle dając mi kasę: "masz, żebyś nie była zależna od faceta... Inaczej, to już koniec". Dobrze to zapamiętałam, przyjmując ją. A jak jeszcze powtarzał: "masz i pamiętaj, mam ciebie jedną i to co moje, to i twoje", to już zupełnie pozbyłam się wszelkich wątpliwości.
Matka zawsze zgadzała się z ojcem, więc byliśmy naprawdę zgodną rodziną. Na przykład jak szliśmy na wesele, to wszyscy nas podziwiali. Słyszałam tylko: "niezła rodzinka, nie ma co...". Bawiliśmy się wtedy znakomicie, a tatuś rzadko przesadzał z alkoholem. Jeśli nawet się zdarzyło, to mama nie miała mu tego za złe. Mówiła wtedy: "wesela to nie niedziela, są nawet rzadziej niż święta".
Tak się złożyło, że w ostatnie Boże Narodzenie byliśmy zaproszeni na chrzciny. Ale takie chrzciny jak małe wesele, na kilkadziesiąt osób. Zjechały się rodziny, przyszli znajomi. Pod koniec imprezy ojciec trochę zmarkotniał i normalnie zrobiło mi się żal staruszka. Spytałam:
- A tobie co? Nie podoba ci się impreza? Nie jest fajnie?
- Podoba mi się. Czemu: nie? Wszystko w porządku, tylko szwagier sąsiada zagadnął mnie mimochodem: "a kiedy ty będziesz urządzał swoje?" Zgłupiałem i nic nie powiedziałem...
Zaniepokoiły mnie jego słowa, bo ojciec ciągle był markotny, jakby rzeczywiście przejmował się tą gadaniną. Podumał dłuższą chwilę i w końcu wykrztusił z siebie:
- Albo to człowiek wie, ile mu jeszcze pisane?
Przejęłam się tymi słowami i wzięłam je sobie do serca. Kto to wie, co będzie. Może już czas najwyższy, żebym sobie zrobiła dziecko. W końcu ojca ma się tylko jednego...
Córka
- Widzę, że dzisiaj przyszła pani bardzo poruszona...
- A tak! Idąc do pana, spotkałam młodą sąsiadkę, biedaczka była tak zapłakana, że nie mogła się uspokoić.
- A co się stało, coś ją bolało?
- Też tak spytałam, ale okazało się, że ma kłopoty z córką.
- To córka choruje?
- Nie, ale matka kocha ją za bardzo i cierpi z tego powodu.
- Co też pani mówi, czy można kochać za bardzo?
- Czepia się pan słów! Oczywiście, że można, to taki rodzaj miłości, jakby to powiedzieć, kiedy ktoś zaślepiony uczuciem nie widzi, nie słyszy, nie akceptuje, nic do niego nie dociera...
- Nie rozumiem związku, to chyba każda miłość jest taka...
- Proszę posłuchać - Ania jest jedynaczką; rozpieszczona przez tatusia, pupilka mamusi; postrzegałam ich jako dobrą rodzinę, porządnych, uczciwych ludzi...
- Obiecujący początek...
Nie speszyłem jej tym wtrętem.
- Przez wiele lat nie było z nią żadnych kłopotów; taka grzeczna, ułożona dziewczynka - myślałam sobie. Po szkole podstawowej poszła do prywatnego gimnazjum. Po roku, przypadkiem, jak zwykle w takich sytuacjach, wyszło, że nie zapłaciła za jeden miesiąc czesnego. Wzięła z domu pieniądze, do szkoły ich już nie doniosła i co? Ubłagała matkę, żeby ta nie mówiła nic ojcu, że to pierwszy i ostatni raz, tak pięknie prosiła, ale nie umiała wyjaśnić, na co wydała te pieniądze...
- A jak pani myśli - narkotyki? haracz?
- Spytałam matkę Ani, a ona tylko wzruszyła ramionami - nie wie!
- Jak to? Nie zainteresowała się, co dzieje się z jej córeczką, to kupa forsy jak na małolata!
- Gorzej, twierdzi, że nie zauważyła, kiedy jej córka uciekła od niej, zaczęła żyć w swoim świecie, do którego matka nie miała już dostępu...
- Ale u nastolatków to typowe, że zaczynają mieć swoje tajemnice, swoje problemy, często nam, dorosłym, niezrozumiałe, czy wręcz śmieszne, to jeszcze o niczym nie świadczy...
- Też tak mówiłam, ale matka Ani wie swoje. Wyjawiła mi tajemnicę - jej ojciec, ten wydawałoby się cichy staruszek, pił, a gdy upijał się, stawał się obrzydliwym, złośliwym i agresywnym facetem. Nieraz dostawała od niego za wyimaginowane winy, nieraz była świadkiem jak bił matkę. Zdradziła mi, że modliła się... aby umarł!
- Zaraz, zaraz, powiedziała pani o nim "spokojny staruszek"?
- Bo za takiego go miałam, ale okazało się, że kiedy pił, potrafił całymi dniami nie wychodzić z domu, a swoją żonę zmuszał, by przynosiła mu wódkę... To wszystko działo się w czterech ścianach. Pan Bóg nie chciał wysłuchać matki Ani i nie zabrał ojca, miał widać inne plany, bo skrócił niedolę jego żony. Zmarła we śnie, a on przez parę dni nawet nie zauważył tego; wypijał domowe zapasy i może tylko dziwił się, że tak cicho wkoło, albo i nie dziwił...? Pochowali ją bez rozgłosu, a on podobno już na stypie...
- Kiedy to było?
- Nie wiem, nie tak dawno, mama Ani mówiła, że jej ojciec wkrótce potem poszedł do szpitala. Wątroba nie wytrzymała tego alkoholu... Ania rozpoczęła naukę w gimnazjum, no tak, to musiało być w ubiegłym roku. Jak tylko znalazł się w szpitalu, zaczął wydzwaniać do córki; przynieś to, przynieś tamto... Przynosiła. Szybko zrozumiała, że on po prostu się boi. Został zupełnie sam - mówiła. Wtedy wymyśliła, że jedzenie szpitalne mu nie służy i po parę godzin siedziała przy ojcu.
- A Ania?
- No właśnie, niby nie miała nic przeciwko temu, w końcu to jej dziadek, ale nigdy nie jeździła z matką. Później tłumaczyła się, a to że zapach szpitala jej nie służył, bo jest alergikiem, a to że właśnie uczyła się...
- A faktycznie?
- Tego nikt nie wie, nie jeździła i już! Jej matka nie przyznała się nikomu, że z każdym dniem mocniej gryzły ją wyrzuty sumienia, że wymodliła śmierć ojca, bo czuła, że gdy zbliżała się do niego, to...
- Mówiła pani o nim "staruszek".
- Tak mi się wydawało, potem, w nekrologu przeczytałam, że miał raptem pięćdziesiąt dziewięć lat, wie pan, co może alkohol?...
- No tak, trochę wiem.
- Ale matka Ani wymyśliła coś przedziwnego, wymyśliła, że to dziadek umierając wziął ze sobą wnuczkę, chcąc ukarać ją, swoją córkę, za te modlitwy... Mówiła, że wziął jej wszystkie dobre cechy: miłość, dobroć, łagodność, zostawiając...
- Dość! to jest "chore" myślenie, zupełnie nieprawdopodobne! Ona wymyśliła, że Ania poczuła się zaniedbywana przez matkę i dlatego szukała oparcia poza domem? Znalazła w dziadku, tak?! Alkoholiku?!
- Nie wiem, co o tym myśleć... Ta zmiana zachowania dziecka, ta kradzież, kłamstwa. Matka Ani pogubiła się zupełnie, siebie obwinia za wszystko; o spowodowanie śmierci ojca, o przedwczesny zgon matki, o uleganie córce i - jak to określiła - wejście w koalicję ze złodziejem, który nawet nie okazuje skruchy...
- No, a czemu dzisiaj tak płakała?
- Dostała telefon ze szkoły z pytaniem o zdrowie Ani, ona od dwóch tygodni nie chodzi na lekcje, ktoś mówił, że choruje... Odruchowo potwierdziła i teraz stwierdza, że brnie coraz głębiej.
- Bo to prawda! A Ania zachorowała, rzeczywiście, ale "na głowę"; pogubiła się w życiu i teraz trzeba jej pomóc...
- Jak?
- Gdyby to było takie proste?!
- Porozmawia pan z nią?
- Z Anią czy z jej matką?
- A jak pan myśli?
- Myślę, że pomoc potrzebna jest im obu, tylko ta młodsza jeszcze o tym nie wie... pewnie od razu nie będzie chciała...
- To co robić?
- Gdy słyszę to pytanie, często odpowiadam: być, zwyczajnie być!
- I co?
- Widzę wtedy niezrozumienie na twarzy rozmówcy, podobne do tego u pani...
Uśmiechnęła się, ale wyraz niepewności nie opuścił jej całkowicie.
Dieta
- Lubi pan gotować?
- Nie!
- Bo nie umie, czy nie musi?
- A co? Chce się pani wprosić na obiad?
- Wyglądam na tak głodną? - była niezwykła z tym swoim kokieteryjnym uśmiechem - z pięćdziesiąt lat temu to kto wie, ale teraz?
- Teraz możemy na przykład uczcić spóźniony Dzień Babci, znam sympatyczną knajpkę...
- Ale ja pytałam o gotowanie...
- A ja o jedzenie!
- Ach, ci mężczyźni!
- A kto wymyślił, że "przez żołądek"? Już o tym mówiliśmy...
- Nic takiego nie mówiłam...
- Nic takiego nie jadłem... chociaż raz, gulasz na dwa sposoby...
- Nie chciałam wywoływać wspomnień, tylko opowiedzieć...
- No dobrze, zamieniam się w słuch. Czas akcji?
- Godzinę temu.
- Ale ja poważnie.
- Ja też
- To już nie przeszkadzam...
- Nareszcie...
Zamilkłem w przekonaniu, że jak zaraz nie zacznie...
- Spotkałam go na skwerku, niósł małą siateczkę z zakupami; wyprostowany, dystyngowany, na pewno nie ciążyła mu jego dziewięćdziesiątka! Ukłonił się, uprzejmie uchylając kapelusza. Odpowiedziałam skinieniem głowy, a on przystanął, i jakby tłumacząc się, powiedział:
- Przejąłem kuchnię.
Tak dosłownie: przejąłem kuchnię!
Nie wiedziałam, co to znaczy, a on wyjaśniał:
- Żona już nie radzi sobie, wie pani gaz, zapałki... Kupiłem czajnik elektryczny, bezprzewodowy...
- To wodę zagotuje?!
- On się sam wyłącza...
- A jak się żona czuje?
- Dobrze, poznaje mnie, uśmiecha się... Je sama i nie grymasi!
- A czemu miałaby grymasić?
- Bo wie pani - sprawiał wrażenie zakłopotanego - ciągle jajka, szynka i parówki..
- To na śniadanie, a na obiad? Co pan gotuje?
Moje pytanie sprawiło mu wyraźny kłopot:
- Mówię, parówki...
Musiałam mieć niepewną minę, bo zaczął tłumaczyć się:
- Ja całe życie naprawiałem zegarki...
Chciałam być mądra:
- Panie Józefie; przecież są różne gotowe, wie pan takie...
Mówią na to półfabrykaty... O! Wie pan, na przykład mrożonki...
- Te jajka są od jednej pani, ze trzydzieści lat od niej bierzemy... A parówki są takie mięciutkie, prawie gryźć nie trzeba...
Bezradnie przełożył siateczkę do drugiej ręki.
- Najważniejsze, że jest zadowolona, prawda? - szukałam wyjścia z niezręcznej sytuacji.
Ucieszył się:
- Tak, jest zadowolona! A wie pani - zmienił temat - na naszych diamentowych godach pytali nas o receptę... Ci dziennikarze... To ja im mówiłem, że trzeba się kochać... I dodali tytuł do gazety:
"Najważniejsza jest miłość"
- Bo to prawda!
Pożegnaliśmy się i idąc do pana myślałam, jak tu zapytać... Czy oni mogą tak się odżywiać?
- A ja pewnie mam mówić o piramidzie zdrowego żywienia i profilaktyce miażdżycy. To pani chciała usłyszeć?
- Miażdżycy to on chyba nie ma?
- Pewnie trochę ma, ale mniejsza o to, wie pani, co jest najważniejsze?
Dostrzegłem błysk w jej oku i już wiedziałem, że jest w swoim żywiole:
- ... że nauczy się pan gotować!
- To kto przez ten żołądek trafiał...
Wyciągnęła rękę:
- Oj, chyba zepsuł mi się zegarek...
Dziadek
Wyróżniał się na parkiecie nie tylko wiekiem. Był sam. Niewysoki, z krótko przystrzyżonymi włosami, gdy pochylał się w tańcu, wydawał się jeszcze niższy niż w rzeczywistości. Wykonywał te swoje obroty, przysiady, przyklęki niezwykle starannie, jakby to był egzamin w szkole baletowej, a nie poniedziałkowy wieczór w statkowej kawiarni. Zdarzyło się, że potrącił go jeden czy drugi młody, dynamiczny tancerz, pewny swej sprawności fizycznej i dumny z tego, co potrafi. Ale on nie zrażał się tym, nie ustępował miejsca na parkiecie. Tańczył, jakby było to jego powinnością, tajemną misją, od spełnienia której zależy bardzo wiele. Trwał tak wśród tańczących, choć szybko wilgotniała jego koszula, a czoło pokrywały krople potu. Wkrótce zaczęto go zauważać, któraś z kobiet zaprosiła nawet do wspólnych pląsów, ale odmówił ruchem głowy. Zachęcali go inni, też nie wyrażał zgody. Rytmicznie zginał i prostował ręce wymachując nimi jak żołnierz podczas defilady. To też go wyróżniało, nikt już tak nie tańczył. A w nim było tyle determinacji. Oddawał się temu, co robił, bez reszty, nie widząc nikogo wokoło. Budziło to początkowo zdumienie, w końcu podziw i uznanie.
Dwóch barmanów poszeptało coś między sobą i po chwili kelner przyniósł mu szklankę coli. Wypił jednym haustem, podziękował ruchem ręki i tańczył dalej. Orkiestra zmieniła repertuar, skończyła długą wiązankę melodii greckich i zagrała walca. Zakręciło się na parkiecie, zawirowały suknie i spódnice. Dopiero teraz zszedł i usiadł przypadkowo przy moim stoliku. Wyciągnął z kieszeni dużą chustkę, dokładnie wycierał twarz i szyję.
- Bardzo pan zmęczony?
- Tak - odparł patrząc gdzieś w przestrzeń.
- To dlaczego - przerwałem, bo pytanie wydało mi się nie na miejscu.
Milczał obserwując tańczących. Na parkiecie królowało teraz tango i starsza generacja podróżnych; skoordynowane ruchy, pełnia gracji i wdzięku. Patrzył na nich, a po policzku wąską stróżką spływała mu łza. Nie wycierał jej, płakał cichutko, niemal niezauważalnie. W pewnej chwili zwrócił się do mnie i wyszeptał:
- Też tak chciałem, tak bardzo chcieliśmy...
- A co się stało?
- Przedwczoraj zmarła mi żona...
Film
Zamykam oczy i obraz powraca. Właściwie to nie obraz, to cała sekwencja obrazów układających się w barwny film z dominującym błękitem.
Stop klatka. Morze, na jego krańcach styk z niebem osnuty tajemniczą mgiełką, zupełnie jak u impresjonistów. W centrum powietrze podgrzane słońcem i temperaturą chwili zdawało się drgać tajemniczo. A na pierwszym planie oni. Szczęśliwi i mocni wiarą, że im na pewno, a ci wszyscy, którym się nie udało, musieli albo według innych kryteriów, albo po prostu zabrakło im spoiwa. Nie czuli do siebie tego, co oni teraz...
Kamera ruszyła. Zbliżenie na twarze i znowu błękit. To jego oczy! Twarz ożywiona szerokim uśmiechem przesłania cały kadr. Po chwili biel, z niej wyłania się jej sukienka. Poruszona delikatną bryzą przylega na moment do wcięć i krągłości, eksponując dziewczęce kształty, obiekt zazdrości lub pożądania.
Obraz oddala się, stoją nad skrajem urwiska, mocno trzymając się za ręce. W dole kamienie i głazy, brunatnobrązowe bloki skalne wychylające się z morza, otoczone wianuszkiem piany i chmurą kropel powstającą przy każdej próbie przedarcia się przez ten szaniec upartych fal, które usiłując przedostać się przez niego, chciały zakłócić spokój tej naturalnej studni, kuszącej tajemną głębią, zwodzącej spoglądających w nią, jakby coś obiecywała.
Stop klatka. Zmiana planu, mały kościółek z nie wiedzieć czemu szeroko otwartymi drzwiami i uchylonymi drewnianymi żaluzjami. Przed ołtarzem oni. Mocno splecione dłonie, jakby ten uścisk był gwarancją nierozerwalności związku.
Znowu skraj przepaści i złączone dłonie, jakby ten uścisk był gwarancją nierozerwalności związku.
Obraz wolno opada pionową ścianą, postrzępioną ostrymi krawędziami i głębokimi bruzdami. Prawie dotyka tafli wody i powoli wraca na krawędź urwiska. Poruszone stopą kamienie spadają, odbijając się od ściany, zmieniają kierunek ruchu, by omijać błękitną studnię, wylądować gdzieś w wąskich rozpadlinach wkoło niej, wzbijając kolejne fontanny i chmury kropel nakładających się jedna na drugą.
Droga z kościółka nad brzeg morza trwa ułamek sekundy. Kolejny kadr filmu. Niemego. Niby nic się nie dzieje, ale od początku wiemy, co ma się wydarzyć. Już nawet nie jest istotne pytanie, czy skoczą, bo wydaje się, że nie mają żadnej alternatywy i takie jest ich przeznaczenie.
Może to jakaś uwspółcześniona wersja Romea i Julii albo koszmarny wyrok rosyjskiej ruletki, bo przecież nie jakiś egzamin sprawności, czy, co gorsza, efekt bezsensownej próby.
A oni wciąż nad przepaścią, trzymając się za ręce. Wydaje się, że stoją jeszcze bliżej siebie. Jakie to rozsądne, jeśli muszą skoczyć, to im będą bardziej złączeni, tym większe mają szanse być razem do końca. Wylądują w wodzie, która zamortyzuje upadek i otworzy im dalszą, wspólną drogę... albo wylądują na skałach, po krótszej drodze, wprawdzie też wspólnej, ale jakie to wtedy ma znaczenie. W obu wersjach siła ciążenia jest taka sama, fizyki nie da się oszukać.
Rozpatrując zagadnienie w kategoriach racjonalnych, możemy mówić o stopniu prawdopodobieństwa. Ale nie w tym wypadku. Siły uczucia nie można przecież zmierzyć, a ona, równoważąc grawitację, powoduje, że na przykład unosimy się albo zgoła szybujemy gdzieś tam wysoko, nad ziemią, oderwani od rzeczywistości, kierując się sobie tylko wiadomymi drogowskazami.
Więc ten skok to nie w dół, a we wspólne życie?
Otwieram oczy i pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy, to pytanie: czy zakochani, jak ja, gdy zamykają oczy, to widzą coś wtedy?
Gdańszczanka
Jestem Gdańszczanką. Byłam nią przed wojną, zostałam i po wojnie. Mogłam wyjechać do Niemiec pod koniec wojny, ale tu był mój dom. Chodziłam do niemieckiej szkoły, w domu mówiliśmy po polsku. Ojca wywieźli do obozu w Sztutowie, ale zwolnili go. Wybronił go piekarz, u którego pracował, Niemiec. Żadnej listy nie podpisywał, ale robił u niego za dwóch. Dzięki ojcu mieliśmy chleb i przeżyliśmy. Zostałyśmy z matką same, bo ojca zabili Ruscy w czterdziestym piątym. Ktoś powiedział, że pracował u Niemca.
Ojciec był dobrym piekarzem i dobrym człowiekiem. Pracowitym, uczciwym. Mama mówiła, że jego charakter mógłby być wzorem dla wielu.
Jak kończyła się wojna, miałam czternaście lat. Oczywiście, że pamiętam ojca, ale jego obraz zaciera się w pamięci. Wstyd mi przyznać, ale najczęściej widziałam go, jak spał. Oddychał wtedy spokojnie, równo. Tak śpi zmęczony pracą człowiek, który zasnął, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
Moje dwie starsze siostry zmarły. Jedna w czterdziestym pierwszym, druga w czterdziestym drugim roku. Raz tylko matce wyrwało się, że Pan Bóg ulitował się nad nimi i nie doświadczyły tego, co później ich koleżanki. Jedna z sióstr miała siedemnaście lat, jak umierała, a druga - osiemnaście.
Mama nas wszystkie traktowała sprawiedliwie. Nie pamiętam, bym miała jakieś przywileje jako ta najmłodsza. Kiedyś tylko wspomniała, jak już zostałyśmy same, że gdyby i mnie się coś przytrafiło, to nie przeżyłaby tego. A co miałoby mi się stać? - myślałam sobie. - Przecież uważam na siebie, a i tata powiedział, że jestem roztropna i nad wyraz rozumna. Ale mama wiedziała swoja. Nieraz mówiła: "czuję to. Czuję, że coś się stanie!".
Wyzwolenie Gdańska nie było dla nas wyzwoleniem. Ruscy palili równo, grabili i mordowali. O tacie wspomniałam. Dla nich nie byliśmy Polakami. Nie dociekali kto, co i dlaczego. Gdy dowiedzieli się, że byliśmy tu przed wojną, to wystarczyło im do tego, by uznać nas za wrogów. Zaczęłyśmy z mamą ukrywać się. Moje przyjaciółki ze szkoły zdążyły wyjechać do Niemiec, ale tylko te, które były Niemkami. Ich ojcowie i bracia albo byli w niewoli, albo zginęli.
Nie rozumiałam polityki. Dla mnie wojna była okropieństwem i choć mama chroniła mnie, jak mogła, to moje dziecinne doświadczenia rosły w oszałamiającym tempie.
Tamtego dnia byłyśmy z mamą w piwnicy domu na starówce. Trzypiętrowa kamienica wydawała się być solidnym schronieniem, a my we cztery siedziałyśmy w jej piwnicy. Na górze słychać było eksplozje, huk spadających cegieł. Dym z palących się mebli unosił się wszędzie. W pewnym momencie ten potworny hałas ustąpił i wtedy te dwie starsze panie, które były z nami, podniosły się z ziemi i zaczęły otrzepywać kurz ze swoich sukienek. Pamiętam te szczegóły. Takie migawki zapamiętałam z tego dnia, który chciałabym, po prostu, wymazać ze swojego życia.
One stały i jedna pomagała drugiej. Nagle drzwi wyleciały z futryną i stanął w nich żołnierz z czerwoną gwiazdą na czapce. Wyciągnął z kabury pistolet i bez słowa zastrzelił te dwie kobiety. Oddał tylko dwa strzały i wyciągnął lewą rękę do mnie. Mama wczołgała się między nas, a on ją kopnął i oddał trzeci strzał. Pamiętam, jak stał nade mną i rozpinał rozporek, a w drzwiach pojawiło się jeszcze dwóch...
Nie wiem, jak długo leżałam, ale kiedy wydostałam się z piwnicy, była ciemna noc. Całą sukienkę miałam brudną i zakrwawioną. Nie mogłam chodzić. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Nagle podeszła do mnie jakaś kobieta. Powiedziała tylko: "ja cię znam, dziecko". I chwyciła mnie za rękę.
Nie wiem, jak znalazłam się w Oliwie, nie wiem, kiedy przyjechała babcia, mama mojej mamy. Nie byłam na jej pogrzebie. Dopiero po latach odważyłam się pójść na cmentarz, ten w Oliwie, gdzie tata też jest pochowany.
Człowiek dużo może wytrzymać, a przeżyć jeszcze więcej, nawet jakby nie chciał... Pan Bóg jest miłosierny i sprawiedliwy. Zesłał mi cudownego męża, który ma charakter mojego ojca. Nie wiem, jak on to zniósł, ale długo po ślubie nie dotknął mnie nawet. Cała jego rodzina wiedziała, że straciłam swoją i nikt mi niczego nie wyrzucał. Mąż był nieprawdopodobnie cierpliwy i chyba to spowodowało, że pokochałam go całym sercem. Oddałam mu wszystkie uczucia, których resztki zostały we mnie...
Urodziłam mu trzy córki, a one z kolei obdarzyły go przeogromną miłością. Dla nich był kochanych tatusiem, tatulkiem, wyrocznią i opoką. Z czasem stał się ich oczkiem w głowie i obiektem wielkiego oddania. Oczywiście, że matka była dla nich ważna, ale nie aż tak, jak tata. Kiedyś, gdy zwróciłam mu na to uwagę, powiedział tylko: "Ty mi je dałaś i one są takie po tobie". Nie rozwijaliśmy tego tematu, starałam się być dobrą żoną i dobrą matką.
Naszą rocznicę ślubu mieliśmy w naszej katedrze w Oliwie. Mąż uzgodnił z proboszczem, że powie kilka słów. I powiedział:
- Dziękuję mojej wspaniałej żonie, bez której nie umiałbym żyć, jak żyję. Dziękuję za rodzinę, dzięki której moje życie jest spełnione... - mówił coś jeszcze, ale popłakałam się pierwszy raz w życiu i już nie słuchałam.
Wieczorem wyszliśmy na spacer i wtedy pierwszy raz spytałam go o to:
- Nie chciałeś wiedzieć, co się stało? - trzymaliśmy się wtedy za ręce, jak małolaty.
- A po co? Kocham ciebie!
Mocno mnie trzymał za rękę, a ja czułam, że po tylu latach muszę to z siebie wyrzucić. Przez tyle lat z nikim o tym nie rozmawiałam, chciałam z nim, ale bałam się... Teraz przyszłam do pana...
- Dziękuję, że pani przyszła...
Guwernantka
- Czy ja panu mówiłam, jak zakończyła się moja kariera guwernantki?
- Nawet nie wiedziałem, że taka była.
- Bo właściwie to do niej nie doszło...
- Kariery? Pracowała pani bez sukcesów?
- Widzę, że muszę zacząć od początku. Miałam jakieś dwadzieścia lat, gdy moja mama stwierdziła, że czas, bym swoją wiedzę przekazywała innym. Mówiłam biegle po francusku, nieźle znałam angielski, tak zwaną wiedzę humanistyczną i przyrodniczą miałam na zupełnie przyzwoitym poziomie. To, zdaniem mamy, wystarczało, abym podjęła pracę guwernantki. Nie muszę chyba dodawać, że poza tym moje maniery były nienaganne.
Wyjechałam do Warszawy i tam, już nie pamiętam, jak nazywała się ta dzielnica, rozpoczęłam poszukiwanie pracy. Chodziłam od domu, do domu grzecznie przedstawiałam się, pokazywałam opinię i referencje i najczęściej słyszałam, że mam czekać na odpowiedź; czasem odmawiano mi od razu. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, dlaczego. Rozmawiałam z kobietami, które były matkami dzieciom, często zmęczonymi i nieradzącymi sobie z nadmiarem obowiązków, sfrustrowanymi i nierzadko zaniedbanymi.
A ja byłam elegancko ubrana, opalona resztkami wakacyjnego słońca. Podobno tryskała ze mnie młodość i uroda. Okazało się, że byłam realnym zagrożeniem, w ich ocenie, spokoju domowego i rodzinnego szczęścia.
Moje ewentualna praca wiązała się ze wspólnym zamieszkiwaniem, a to już byłaby za duża pokusa dla pana domu, zapewne tak uważały, bo ich postawa w czasie naszych spotkań była... odstręczająca.
Zrozumiałam to wszystko i postanowiłam zaprzestać poszukiwań. Wychodziłam już z uliczki, na której spotkały mnie same niepowodzenia, gdy naraz zza muru otaczającego posesję wypadła szmaciana lalka i upadła wprost pod moje nogi. Podniosłam ją i oglądałam zaciekawiona, gdy nagle otworzyła się furtka i wybiegł z niej sympatyczny, może 8-letni chłopiec. Stanął przede mną i bez słowa wyciągnął rękę. Kucnęłam przed nim:
- To ty jeszcze bawisz się lalkami?
Zaczerwienił się i uciekł. Stałam zaskoczona, gdy po chwili z tej samej furtki wyszła kobieta. Wyglądała na trzydzieści parę lat, uśmiechnęła się promiennie:
- Mojego syna już pani poznała? To dobry, ale nieśmiały dzieciak. Może wstąpi pani do nas na herbatkę?
Stałam niezdecydowana.
- Zapraszam serdecznie, właśnie zaparzyłam i będę szczęśliwa, jeśli dotrzyma mi pani towarzystwa - było w niej tyle serdeczności, tak, właśnie serdeczności, że nie zastanawiałam się długo. Tego brakowało mi najbardziej.
- Dziękuję, z przyjemnością - nie wiem, jak to się stało, ale już po chwili siedziałyśmy w saloniku i od słowa do słowa opowiedziałam o sobie, o poszukiwaniach pracy, o zamiłowaniu do malarstwa i miłości do zwierząt. Słuchała mnie nie przestając uśmiechać się.
Pojawił się zaciekawiony Krzyś, który okazał się mieć dopiero siedem lat, i jego pięcioletni brat Andrzej.
- Proszę pani, ja się nie bawię lalkami, podrzucałem ją w górę, bo wtedy Kajtek tak śmiesznie podskakiwał i potem przynosił ją w pysku. Przy ostatnim rzucie trochę mi nie wyszło...
- Nieprawda! Świetnie ci wyszło, bo potraktowałam to jako zaproszenie z nieba... Uśmiechnął się i spostrzegłam, jak bardzo podobny jest do matki. Ona wciąż uśmiechała się i nagle spytała:
- Zostaniesz z nami? - tak bezpośrednio zwróciła się do mnie, pytając bez żadnych ceregieli.
- Oczywiście! - poczułam się szczęśliwa.
- Jedno nakrycie więcej? - nie wiem skąd pojawiła się przy nas kucharka, a zegar wybijał właśnie trzynastą...
- Tak, tak, pani zostaje na obiedzie i w ogóle będzie z nami - przechodziliśmy do jadalni; gdy drzwi wejściowe otworzyły się i stanął w nich... Tego nigdy nie zapomnę; powiedzieć o nim przystojny to mało! Wysoki, kruczoczarne włosy, zielone oczy, bielutkie zęby i ten wąsik, który lekko unosił się podczas uśmiechu; przeszywał mnie wzrokiem, prześwietlał, zniewalał, czułam jak krew odpływa mi z twarzy...
- Pozwól Henryku, że ci przedstawię nową guwernantkę, pani... Przepraszam, zapomniałam pani imienia.
Nie odzywałam się skonsternowana; malutka Asia rzuciła się ojcu na szyję, który, tuląc małą do siebie, nie spuszczał ze mnie wzroku...
- Miło mi, cieszę się z wyboru żony - a po chwili, dodał zbliżając usta do uszka dziecka:
- będziemy panią kochali, prawda?
Otworzyłam drzwi i wybiegłam... Nie oglądałam się, nic nie słyszałam, nie widziałam. Zatrzymałam się dopiero po jakiejś godzinie. Jeszcze dzisiaj rumienię się na wspomnienie tamtej chwili.
- Bała się pani?
- Wierzy pan w przeznaczenie? - ja resztkami sił uciekłam, nie wiem czemu, rozum mi nie kazał, wtedy było to chyba instynktowne...
- I co, żałuje pani?
Uśmiechnęła się i wiedziałem już, że nie do mnie - do zielonookiego mężczyzny, własnej młodości, może niespełnionej miłości?
Jesień
- Lubi pan jesień? - zagadnęła od wejścia.
- Uwielbiam!
Spojrzała podejrzliwie:
- Mówi pan tak, żeby zrobić mi przyjemność?
- To pani też lubi?
Uśmiech opromienił jej całą twarz, wydała się małą dziewczynką uradowaną z otrzymanego prezentu albo radosną z samego faktu istnienia:
- A nie pomyślał pan, że zacznę narzekać jak wiele starszych ludzi, że wszystko się Panu Bogu udało, tylko nie starość...
- Nie pomyślałem! Nie wiem, dlaczego, ale nie wyobrażam sobie, żeby pani nie lubiła jesieni.
- A może dlatego tak pan myśli, bo jestem malarką? - wyraźnie podtrzymywała lekki ton rozmowy uśmiechając się do mnie; rozluźniona, jakby pozbyła się jakiegoś ciężaru, czy dręczącego koszmaru...
- Może dlatego, a może nie? - chciałem podroczyć się z nią, ale nie dała się.
- No dobrze, lubię jesień; tańce opadających liści, lecące kasztany, żołędzie; lubię te kolory, których nie skomponuje ludzka ręka...
- A propos kolorów, kiedyś spotkałem młodą kobietę; jeszcze rano była jasną blondynką, a po południu...
- Nie poznał pan jej, bo przefarbowała włosy.
- Skąd pani wie?
- I jaka była? Ruda?!
- No... ciepło, ciepło... To były "barwy jesieni" - czy jakoś tak, nie znam się na tym, ale to chyba takie pasemka na brązowym tle...
- Tak, z chłopem to tylko o kolorach!
- Przybrała mentorski wyraz twarzy!
- O, przepraszam, a najsłynniejsi malarze świata, to jakiej byli płci?
Nie dała się sprowokować:
- Proponuję rozejm, znam te argumenty, znowu uśmiechnęła się i już wiedziałem, że jej dobry nastrój jest bardzo zaraźliwy...
- Opowiem panu o pewnym spotkaniu; w Krakowie, na Rynku, obok pomnika Mickiewicza...
- Wiem, wśród kwiatów i kwiaciarek - jest bardzo kolorowo...
- Musi mi pan przerywać?
- Już nie będę!
- Były tam gołębie i spacerowały po całym Rynku, ale ja je karmiłam obok Mickiewicza. Byłam już sporym podlotkiem, który cierpiał, bo ciągle coś mu się w sobie nie podobało; a to nos, a to usta, nawet oczy, które podobno były całkiem, całkiem, też wydawały mi się okropne. Rzucałam te kawałki bułki, rozżalona na cały świat; na chłopców, którzy nie chcieli we mnie dostrzec obiektu westchnień, i na mamę, która mówiła: nie przejmuj się, ja w twoim wieku... na wszystko!
To mnie wtedy nie interesowało, ja cierpiałam i tylko to się liczyło, to było najważniejsze; moje cierpienie i mój wygląd; cierpienie spowodowane wyglądem!
Gołębie nie zwracały na mnie uwagi, dla nich ważna była bułka! - tak sobie myślałam, zapatrzona w siebie i, jak już mówiłam, w swoje cierpienie. Nie zauważyłam, że jak przygląda mi się śmieszna staruszka, drobniutka, lekko przygarbiona, w dziwnym kapelusiku ze zmiętą kokardą. Tak pochylała głowę, że bałam się, że kapelusik zaraz jej spadnie, ale nie, trzymał się jak przywiązany i gdy chciałam coś powiedzieć, ona przemówiła. Jej głos zabrzmiał jak śpiew odlatujących ptaków, a słowa płynęły w przestworzach, nie napotykając żadnych oporów. - kochaniuchna, nie martw się, ja za młodu też byłam brzydula, dopiero teraz jestem piękna - tak śpiewała. I proszę sobie wyobrazić, stał się cud: wszystko się zatrzymało, moje łzy płynące po policzku, gołębie, które ciągle są w tym miejscu, i mój smutek, ustępujący miejsca radości...
- No, a co ma wspólnego z tym jesień?
- To było w dniu jej przyjścia.
Jyo
- Niech pan napisze o niej, dobrze? - w jej oczach więcej było napięcia i wyczekiwania niż prośby.
- To stało się tak dawno, a ciągle o tym myślę, była taka młoda...
- Proszę o niej opowiedzieć...
Jej spojrzenie zmieniło się, złagodniało, zdawało się odpływać daleko do Indii, wracać do wspomnień, a może relacji zasłyszanej od kogoś bliskiego.
- Miała trzy latka, gdy zginął jej ojciec. Matka zmarła przy porodzie. Właściwie od początku swego życia obcowała głównie z mężczyznami. Oczywiście najważniejszy był ojciec; zastanawiałam się, jak on sobie radził z pielęgnacją, niemowlęcia z tym ciągłym karmieniem, przewijaniem, kąpielami. Mimo, że jest lekarzem, sam nie wytrzyma - mówili sąsiedzi, ale potem zgodnie przyznawali, że był najlepszą matką, jaką znali.
W sąsiednim domu mieszkał Tom i, choć to niespotykane u kilkunastolatka, to właśnie on najczęściej wpadał do doktora... Pobyć i pobawić się z Małą. Przepadała wprost za nim, aż doktor zwierzył się kiedyś, że był nawet zazdrosny, widząc jak jego parotygodniowa wówczas córeczka wyciąga do Toma rączki i uśmiecha się tak promiennie, jak tylko potrafi radosne i szczęśliwe maleństwo. Mimo tego to właśnie Toma prosił, by z nią zostawał, gdy wzywany wieczorami do pacjenta musiał opuścić córkę i udać się z wizytą do chorego.
Tom nigdy nie zawiódł doktora; był dla niej niańką, bratem, ojcem. Rzeczywiście, doktor ufał mu bezgranicznie, a Mała z nim była spokojna i czuła się bezpiecznie. Było więc oczywiste dla wszystkich, że po tym tragicznym wypadku doktora dom Toma będzie jej drugim domem. Nikt nawet nie wyobrażał sobie innego rozwiązania.
Podobno doktor przewidział swoją śmierć i w testamencie rodziców Toma ustanowił kuratorami swego majątku i opiekunami jedynaczki. Nie wiem, jak załatwiono te formalności, ale stało się tak, jak sobie życzył.
Rodzice Toma byli zamożnymi ludźmi i Tom był ich jedynym dzieckiem, więc pewnie przygarnęliby sierotę nawet, gdyby była biedna, ale skoro doktor tak chciał... To brzmiało jak nakaz. Wiem, że dbali o nią i jestem przekonana, że oddali jej cząstkę swego serca.
Minęło parę lat. Tom rozpoczął studia medyczne w Madrasie, do domu przyjeżdżał coraz rzadziej i było to zrozumiałe dla wszystkich, tylko nie dla Małej. Słyszałam, że ciągle czekała na niego, tęskniąc niewyobrażalnie.
Nie wiadomo, kiedy wyrosła na piękną panienkę, której uroda szybko zasłynęła w okolicy. Cieszyło to rodziców Toma, ale chcieli oni, by ich przybrana córka miała również staranne wykształcenie. Sprowadzali jej kolejnych nauczycieli, którzy uczyli Małą rozmaitych umiejętności. Różnili się wiekiem, płcią, łączyło ich jedno: opinia, że drugiego dziecka o tak smutnych oczach w życiu nie spotkali.
- To dlatego, że jest sierotą - twierdzili rodzice Toma i sama się zastanawiałam, czy wierzyli w to, czy tylko tak mówili...
Skracam opowieść, minęło kolejnych kilka lat i Tom zaskoczył wszystkich swą decyzją - wracam do domu - brzmiało to zdecydowanie i nieodwołalnie!
Młody, zdolny chirurg, któremu wróżono wielką karierę w Madrasie, wybiera prowincję? To było zupełnie niezrozumiałe. Miejscowa społeczność podzieliła się w opiniach i tylko rodzice Toma pękali z dumy i radości.
Ktoś spostrzegł, że Mała - już nie taka mała! - zaczęła się uśmiechać; nieśmiało, niepewnie, ale na tyle dostrzegalnie, że zostało to zauważone.
Chaotycznie opowiadam, ale mimo upływu lat to wszystko jest we mnie nadal takie świeże...
Nie wiem, jak wyglądało powitanie Toma, mogę przypuszczać, że było to wydarzenie na miarę... nie przychodzi mi do głowy żadne porównanie, no, na pewno było to wydarzenie!
Dla pobliskiego szpitala Tom był zastrzykiem świeżej krwi, nośnikiem nowoczesnej medycyny, nowych metod leczenia; personel cieszył się, że wraz z Tomem pojawiają się nowe perspektywy i nowe możliwości, nie tylko dla oddziału chirurgicznego.