Malin woła córkę, dopóki zupełnie nie ochrypnie. Ale Juno nie odpowiada. Podbiega do mężczyzny idącego ścieżką rowerową.
- Nie widział pan gdzieś małej dziewczynki? - pyta. - Ciemne włosy, pięć lat. Miała ciemnozieloną kurtkę.
Mężczyzna wpatruje się w nią i do Malin dociera, że jej przerażenie go odstrasza. Zostawia ją, odchodząc w kierunku centrum Högdalen.
Malin dalej przeszukuje park, sprawdza znów te same miejsca, mając nadzieję, że Juno nagle magicznie się tam zjawi. Niczego bardziej nie pragnie, niż żeby Juno nagle pojawiła się na huśtawce, na której jeszcze przed chwilą siedziała, wołając: "Nabrałam cię!".
Ale nic takiego się nie dzieje.
Kobieta z wózkiem zatrzymuje się nieopodal miejsca do grillowania i poprawia osłonę przeciwdeszczową na wózku. Teraz pada już całkiem solidnie, ale do Malin ledwie to dociera. Biegnie i łapie kobietę za ramię.
- Widziała pani małą dziewczynkę w ciemnozielonej kurteczce? Ma na imię Juno.
Kobieta zsuwa kaptur płaszcza przeciwdeszczowego i się rozgląda.
- Uciekła?
Dziecko w wózku podnosi wzrok na Malin. Chłopczyk nie może mieć więcej niż rok. Ma wielkie, okrągłe oczy i małe usteczka. Jego broda jest cała obśliniona.
- Ktoś ją zabrał - odpowiada Malin.
Kobieta blednie.
- O Boże. Ile ma lat? I od jakiego czasu jej nie ma?
Oddech Malin jest krótki i urywany.
- Pięć lat. I nie wiem, może z dziesięć minut.
Chłopiec zaczyna narzekać, mama podaje mu mus w tubce - truskawka i banan. Juno też je uwielbiała, kiedy była malutka.
- Dzwoniła pani na policję? - pyta nieznajoma.
Malin wyjmuje z kieszeni telefon i wybiera 112. Ma wrażenie, że czekanie trwa w nieskończoność. Gdy wreszcie łączy się z centralą, trudno jej cokolwiek wydusić.
- Moja córka została porwana!
Siada na ławce przy piknikowym stole. Deszcz przesiąka przez materiał spodni, ale Malin nie wstaje. Boi się, że zemdleje, jeśli spróbuje się podnieść. Świat wokół niej nie przestaje wirować.
- Jak to się stało? - pyta dyspozytorka.
- Byłyśmy tylko na placu zabaw - mówi Malin. - Ale teraz jej nie ma. Moje dziecko zniknęło!
Ma świadomość, że to się dzieje naprawdę, ale wszystko jest tak nierzeczywiste, że wydaje jej się, że śni.
Dyspozytorka zadaje pytania: ile Juno ma lat, jak długo jej nie ma... Malin jękliwie odpowiada.
- Gdzie pani teraz jest?
- Na placu zabaw przy centrum Högdalen. Nie wiem, jak się nazywa! - Jej głos przechodzi w falset.
- Ma pani telefon z GPS-em?
Drżącymi dłońmi Malin otwiera mapy i podaje adres.
- Wysyłamy patrol, w pobliżu jest radiowóz - mówi kobieta po drugiej stronie.
Malin się rozłącza, czując, że cała się trzęsie.
W czasie jej rozmowy z dyspozytorką kobieta z wózkiem zdążyła zatrzymać kilku przechodniów. Malin nie jest w stanie opowiedzieć, co się stało, ale tamta już im wszystko wyjaśniła.
- Ma pani jakieś zdjęcie córeczki? - pyta.
Malin wyciąga fotografię Juno, którą zrobiła chwilę wcześniej, gdy jadły razem podwieczorek. Siedziały przy tym samym stole, przy którym Malin siedzi teraz sama. Czuje obezwładniającą pustkę, choć od zniknięcia córki minęła zaledwie chwila.
Pokazuje zdjęcie wszystkim, którzy się zatrzymali, aby pomóc w poszukiwaniach.
- To było dosłownie kilka minut temu - mówi tak cicho, że muszą się pochylić, żeby ją usłyszeć. Kobieta z wózkiem kładzie dłoń na jej ramieniu.
- Ja i ta pani zrobimy kółko dookoła parku, zechcą państwo spojrzeć na ten obszar tutaj? - Zatacza krąg ręką.
Malin chciałaby wyrazić, jak bardzo jest jej wdzięczna za pomoc, ale nie może wydusić ani słowa.
Już wkrótce niewielka grupa ludzi krąży po parku i nawołuje Juno. Kilkoro znika w zagajniku po drugiej stronie parku.
Starsze małżeństwo, każde ze swoim czerwonym parasolem, idzie do centrum Högdalen sprawdzić, czy Juno nie pobiegła do sklepu z zabawkami, a dwudziestoparoletni chłopak dzwoni do drzwi domów wokół parku.
Malin raz za razem dzwoni do ojca Juno, ale bez skutku.
Kiedy radiowóz wjeżdża na trawnik, Malin biegnie naprzeciw i dopada do policjantów wysiadających z auta.
- To pani córka zaginęła? - pyta policjant, zerkając w niebo. Deszcz się nasila, więc otwiera drzwi samochodu, żeby Malin mogła usiąść na tylnym siedzeniu na czas rozmowy.
Malin powtarza wszystko, co już mówiła przez telefon: jej córka ma na imię Juno, ma pięć lat, ciemne włosy do ramion, była ubrana w dżinsy i zieloną kurtkę.
- A o której mniej więcej zniknęła?
Malin nie ma pojęcia, ile minęło czasu. To mogły być minuty albo całe godziny. Wtedy przypomina sobie, że ktoś do niej dzwonił, i zerka na telefon.
- Zniknęła w momencie, kiedy pobiegłam odebrać telefon. To było czterdzieści pięć minut temu.
Policjant patrzy na nią uważnie.
- A więc zostawiła ją pani bez opieki?
- Maksymalnie na pół minuty - odpowiada Malin z drżeniem. - On pewnie do mnie zadzwonił, żeby odwrócić moją uwagę od dziecka. To pewnie część planu.
Policjanci spoglądają na siebie.
- On ją porwał.
Kiedy Malin wypowiada te słowa, modli się w duchu, żeby istniało jakieś inne wytłumaczenie, że Juno po prostu odeszła na chwilę, ale jest w okolicy.
Rozlega się trzask krótkofalówki. Malin ciągnie dalej:
- Musicie się pospieszyć. Boję się, że on coś jej zrobi. Musicie ją zaraz znaleźć.
Policjant odchyla się do tyłu z przedniego siedzenia i kładzie dłoń na kolanie Malin. Ten gest miał ją zapewne uspokoić, ale sprawił tylko, że zaczęła ją ogarniać coraz większa panika.
- Mówi pani, że ktoś ją porwał?
- Arvid. Mój były. Ojciec Juno.