To ja, Szpilka. Klub - Marcin Ciszewski

-
Proszę czekać

To ja, Szpilka.

Biegnę. Biegnę tak szybko jak potrafię, na granicy wytrzymałości i wydolności organizmu. Niby jestem niska, równe sto sześćdziesiąt jeden i pół centymetra, ale mam niezłe proporcje i całkiem długie nogi. Trzydzieści cztery lata na karku, jednak, odpukać, na kondycję nie narzekam, w końcu dbam o nią przynajmniej trzy razy w tygodniu, na siłowni przecznicę od mojego mieszkania.

Mężczyzna przede mną skręca w prawo i przeskakuje przez płot, ja tuż za nim. Zbliżam się, słyszę, jak rzęzi. Skracam dystans do jakichś dwudziestu metrów. Czy się boję? Przed chwilą bałam się jak cholera, teraz już o tym nie myślę. Adrenalina robi swoje. Taser obija mi udo, w kieszeni sportowej bluzy tkwią plastikowe kajdanki. Mam też coś, z czym się nigdy nie rozstaję i co zaraz zrobi lepszą robotę niż paralizator.

Przesadzam kolejne ogrodzenie i wpadam prosto między nieduże domki, zadbane grządki i ule. Gnamy przez ogródki działkowe przy Odyńca na Mokotowie - zielony skansen w środku Warszawy, w którym po ciemku cholernie łatwo skręcić kark. Facet rozpaczliwym susem pokonuje jakiś rów. Moje zmysły działają na najwyższych obrotach, a motywacja jest równie wielka jak jego desperacja.

Już wiem, że dopadnę skurwysyna. W dupie mam zasługi, szczerze mówiąc. Chcę po prostu znowu spędzić z nim chwilę sam na sam. Tym razem na moich warunkach.

W akcji bierze udział pół komendy, ale pierwsze skrzypce gram ja. Jeszcze pięć minut temu robiłam za przynętę - zresztą na własną prośbę. Jestem drobna, mam raczej chudy tyłek i mały biust. Na okoliczność dzisiejszego wieczoru wcisnęłam na głowę perukę. Efekt? Przed rozpoczęciem przedstawienia chłopaki zgodnie orzekli, że wyglądam na piętnaście, góra szesnaście lat. Dokładnie takie ofiary wybierał.

Złowiliśmy gnoja na TikToku. Przez kilka tygodni zarzucaliśmy sieć, aż w końcu chwyciło. Założyłam fikcyjny profil jako Dora, nastolatka w ostrym konflikcie z rodzicami. Wirtualny flirt szybko nabrał tempa, a wiadomości gęstniały od coraz bardziej pikantnych podtekstów, aż facet przeszedł do rzeczy. Zaproponował spotkanie. Obiecał, że kupi mi jakieś ciuchy, kosmetyki i sypnie gotówką. Przyjęłam ofertę ze starannie zaprojektowanym entuzjazmem.

Na miejsce przyjechał punktualnie. Samochód miał tani i potwornie przeciętny - genialny kamuflaż, co zrozumiałam dopiero później. Wsiadłam z bijącym sercem. Jasne, byłam uzbrojona, wyszkolona i na podsłuchu, a wsparcie pilnowało mnie czule, ale strach i tak ściskał gardło. Mężczyzna okazał się przyjacielski, wręcz czarujący. Miły uśmiech, dobre perfumy, świetnie ubrany czterdziestolatek. Przy tym, niestety, wyglądający na cholernie silnego. W ciasnym wnętrzu auta obezwładniłby mnie bez trudu. Jechałam zjeżona, spięta, bez śladu niedawnego luzu, machinalnie patrząc na zmieniający się za oknem krajobraz.

Zdawał się tego nie dostrzegać. Przez dłuższą chwilę tokował o pieniądzach, które rzekomo zarabia, po czym znienacka położył mi dłoń na udzie. Gdy ją odruchowo strząsnęłam, zapytał, cedząc słowa, dlaczego tak sympatyczna panienka nie może być odrobinę bardziej uległa. Co za galanteria, nieomal przedwojenna. I wtedy, w blasku migających za oknami latarni, dostrzegłam, że jego twarz zaczyna się zmieniać. Mimika mu szalała, z czarującego faceta w ułamku sekundy wylazł pysk szakala. Przestraszyłam się nie na żarty. Stanowczym tonem zażądałam powrotu do domu, co było całkowicie sprzeczne z planem - mieliśmy przecież dotrzeć do miejsca, gdzie ukrywał poprzednie ofiary. Ale spanikowałam. Nagle złapał mnie za przegub tak mocno, że aż krzyknęłam. Zaczęliśmy się szarpać. Dowodzący akcją, słysząc, co się dzieje, natychmiast dał sygnał do ataku. Błyskawicznie pojawiły się trzy samochody wsparcia, próbując zatarasować drogę. Skurwiel wykazał się refleksem: puścił mnie i gwałtownie dodał gazu. Z piskiem opon wjechaliśmy w ślepą odnogę Racławickiej, po północnej stronie ogródków działkowych. Moi koledzy przegapili skręt. Powrót na trasę pościgu zajął im dobre pół minuty. Ten czas facetowi wystarczył, by dojechać do końca ulicy. Tam zatrzymał gwałtownie samochód, wyskoczył jak na sprężynie i zaczął uciekać. Nie wiem, na co liczył; pewnie nie myślał racjonalnie. Po sekundzie, trzęsąc się jak osika, ale czując jakiś wewnętrzny przymus, ruszyłam za nim. Za plecami słyszałam ostro hamujące samochody. I tak zaczął się ten bieg z przeszkodami.

Uciekający ponownie skręca, drogę zagradza mu jeszcze jeden płot. Jednak tym razem ogrodzenie jest znacznie wyższe niż poprzednie, więc nie potrafi go przesadzić wystarczająco szybko. Zresztą jest już zmęczony. Gładkie podeszwy eleganckich butów ześlizgują się z metalowych oczek - słyszę, jak sapie i klnie wściekle. Siatka rezonuje, a on z mozołem próbuje piąć się wyżej.

Sięgam do kieszeni.

Facet jest już całkiem blisko szczytu, gdy go dopadam.

Jeden płynny ruch i baton - sześćdziesięciocentymetrowa pałka teleskopowa - rozkłada się z trzaskiem. Przy pewnej wprawie okazuje się skuteczną bronią, choćby z racji zasięgu lepszą niż nóż, a przy tym nieczyniącą szkód nieodwracalnych. Ja wprawę mam, bo namówiłam jednego gościa z jednostki specjalnej, żeby udzielił mi paru lekcji. Nasza znajomość szybko zamieniła się w cotygodniowe treningi. Spotykamy się już od dwóch lat, choć liczył na coś więcej tylko na samym początku. Może rozwijam jego horyzonty intelektualne.

Pierwszy cios idzie w mięsień dwugłowy uda. Wkładam w niego maksymalną siłę. Gnojek traci oparcie, ześlizguje się z siatki i wrzeszczy jak szalony, co mnie nie dziwi. Baton okazuje się piekielną bronią: podczas treningów instruktor uderzył mnie, na moją wyraźną prośbę, bez pełnego zaangażowania - można by nawet rzec oszczędnie - w łydkę i udo, bo jak kretynka chciałam wiedzieć, z czym mam do czynienia. Upadłam i płakałam z bólu; przez chwilę nie mogłam się ruszyć. Siniaki zeszły po dwóch tygodniach - i nim zniknęły, były piękne, w niemal wszystkich kolorach tęczy.

Walę jeszcze raz, tym razem w mięsień naramienny, a zaraz potem w triceps. Bydlak znów krzyczy, w końcu puszcza metal i ciężko upada na plecy. Oczy ma pełne udręki. Dokładnie ten strach chcę w nich widzieć. To dla mnie najlepsza zapłata, choć i tak wciąż za mało w porównaniu z tym, co zgotował tym nieszczęsnym dziewczynkom.

Biorę obszerny zamach i atakuję dokładnie między rozchylone kolana, wkładając w cios całą latami gromadzoną wściekłość. Tym razem skurwiel wyje, a ten dźwięk brzmi jak najwspanialsza muzyka. Dokładam w staw łokciowy. Staram się, by ból sparaliżował mu całe ramię, ale kość przetrwała. Nie jestem głupia.

- Szpila - słyszę trzeszczenie umieszczonej w uchu słuchawki. - Szpilka, zgłoś się.

Przewracam skurwiela na brzuch. Wykręcam ręce. Jest oszołomiony, bezwolny, nie stawia najmniejszego oporu.

- Najbliższe dwie doby spędzisz na dołku. I ode mnie zależy, z kim - syczę mu wprost do ucha. - Powiesz, że spadłeś z płotu i się potłukłeś, rozumiesz?

Nie reaguje.

- Jeśli tak powiesz, dostaniesz pojedynczą celę. Poskarżysz się - nocujesz z ludźmi z miasta, którzy zanim trafisz na blok, będą wiedzieć, kim jesteś i co zrobiłeś.

Jęk. Brak reakcji. Chyba mówię zbyt długimi zdaniami.

- Poskarżysz się, masz przechlapane. - Starannie zapinam kajdanki, o jeden ząbek za ciasno.

- Szpilka, kurwa mać, gdzie jesteś? - trzeszczy głos mojego przełożonego.

Dźgam faceta końcem pałki w dołek. Wbija we mnie dziki wzrok.

- Wiesz, co masz powiedzieć? - dociskam.

- Że spadłem z płotu.

- Dobrze.

Dopiero w trzeciej próbie udaje mu się klęknąć. Jest na razie zbyt słaby, by wstać.

- Oni ci tego nie darują - stęka. Oprócz cierpienia widzę w jego oczach coś nowego. Jest ciemno, mogę się mylić, ale słowo daję - patrzy na mnie z czymś w rodzaju satysfakcji. W jego sytuacji to naprawdę osobliwe zachowanie. Wpadł. Uciekał w desperacji, złapany niemal na gorącym uczynku. Stać go na pierwszorzędnego adwokata, ale nawet pierwszorzędny adwokat nie wybroni go zupełnie, może tylko uda mu się wywalczyć najniższy wymiar kary. Jeśli udowodnimy mu tylko część zbrodni - a jest na to olbrzymia szansa - kanalia pójdzie na wiele lat do pudła. Więc skąd ta bezczelna mina?

- Kto? - pytam. - Kto mi nie daruje?

- ...dowiesz się.

- Pochwal się teraz. Potem możesz nie mieć okazji.

Sięgam pod bluzę, kciukiem wykonuję nieznaczny ruch przy urządzeniu nadawczym, akurat sekundę przed tym, zanim pada na mnie snop ostrego światła.

- Nie darują ci. Dowiesz się szybko... szybciej niż myślisz.

- Jesteś zatrzymany pod zarzutem gwałtu i morderstwa - recytuję formułkę chłodnym, urzędowym tonem. - Masz prawo do pomocy medycznej, adwokata i wniesienia zażalenia.

***

Jako pierwszy dopada nas nadkomisarz Kowalczuk, na którego wszyscy, nie wiedzieć czemu, uparcie, choć za plecami, mówią Klocek, co idealnie oddaje jego toporną naturę. Potem, jednocześnie, zjawia się sześciu gości z wydziału realizacyjnego. Spóźnili się, ale za to nadrabiają groźnymi minami. Następnie nadciąga mój, pożal się Boże, partner, komisarz Dołęga, sprawiający wrażenie człowieka w stanie przedzawałowym. I na końcu dostojny duet - prokurator Maliński (wołamy na niego Malina, na co się nie obraża; pewnie woli to od Maliniaka, czemu właściwie trudno się dziwić) oraz Dziadek, nasz wydziałowy matuzalem, czyli podkomisarz Andrzej Wagner. Chłop jest tuż przed emeryturą, w policji od zawsze, a dzisiejsza akcja wieńczy jego wieloletnią służbę.

Malina patrzy na zatrzymanego, potem przenosi wzrok na mnie.

- W porządku? - pyta.

Kiwam głową.

A jakże, w porządku.

Nie będę mu przecież opowiadać, że najadłam się strachu jak nigdy dotąd. Że spękałam w samochodzie i za wcześnie odrzuciłam zaloty. Że później nie zareagowałam, chociaż miałam wystarczająco dużo czasu, by porazić faceta taserem, ale tego nie zrobiłam. I że jak debil goniłam sama po ciemnych działkach gwałciciela-mordercę.

Sama się zgłosiłam; nie zamierzam teraz narzekać ani się obwiniać.

Założenia były dobre: cel namierzony, wsparcie zapewnione. Malina chciał go złapać na gorącym uczynku - żeby wątły stosik dowodów zamienić w pewność nie do podważenia.

A że się nie udało?

No cóż, plany taktyczne rzadko u nas dożywają kontaktu z rzeczywistością.

Prokurator znów wbija wzrok w zatrzymanego.

- Zawijamy go. - Wypuszcza głośno powietrze, jakby nagle zrzucił z pleców ogromny ciężar.

Ciągnąca się od przeszło pół roku sprawa, mimo że wypełniona po brzegi drastycznymi szczegółami, w zasadzie nie została nagłośniona przez media, co, podejrzewam, miało związek z małomiasteczkowym pochodzeniem ofiar; po prostu te nieszczęsne nastolatki nie były nikim ważnym ani znanym. Malina jednak liczy, że zatrzymanie sprawcy posłuży mu jako trampolina w drodze na szczyt - w poniedziałek ogłosi sukces i zrobi to, jak go znam, w sposób spektakularny. Zasługi przypisze sobie; nic zaskakującego, klasyka gatunku. Mimo to Malina jest w porządku - o ile tak w ogóle można powiedzieć o jakimś prokuratorze.

Dochodzi jedenasta. Dopiero teraz czuję, że wieje silny wiatr. Zimno, choć sierpień. Idziemy. Zatrzymany w środku. Ja na końcu. Dołęga obok. Sapie.

- Nic ci nie zrobił? - pyta.

Wytężam słuch i słyszę w jego głosie jakąś czułą nutę. Nowe zjawisko. Może Dołęga się starzeje, bo na razie nie dopuszczam myśli, że przechodzi od szorstkiej tolerancji do koleżeństwa i wynikającej z niego troski.

- Nie zdążył.

Mój partner oddycha głęboko.

- Dobra robota, Szpilka. - Dołęga kiwa z uznaniem głową. - Ale gdybym miał decydować jeszcze raz... nie puściłbym cię.

Wyjmuję z ucha maleńką słuchawkę systemu łączności, odpinam przyczepiony do wewnętrznej strony rękawa równie mikroskopijny bezprzewodowy mikrofon.

- Nie ty decydowałeś. A gdybym chciała stawiać w życiu na bezpieczeństwo, zostałabym przedszkolanką.

Dochodzimy do radiowozów. Zatrzymany znika w jednym z nich. My w pozostałych. Konwój rusza.

Wygląda na to, że jakoś się udało, nie idealnie, ale zdecydowanie na plus.

***

Nazywam się Marianna Kohut. Ale wyjaśnijmy na początku jedną rzecz, żeby potem do tego nie wracać, niech Pan Bóg ma w opiece tego, kto się do mnie zwróci w ten sposób. Z miejsca robię się złośliwa, a zaraz potem trzaskam drzwiami. Mam ksywkę Szpila, życzliwsi mówią Szpilka. Toleruję obie formy. I niech tak zostanie.

Jestem policjantką w stopniu podkomisarza. Moje życie obfitowało w rozmaite zakręty. Na jednym, z punktu widzenia dalekosiężnych skutków, chyba najważniejszym, doszłam do wniosku, że wstąpienie w szeregi policji okazało się nie tylko jedynym sensownym wyjściem, ale i moim obowiązkiem. Chciałam szukać sprawiedliwości. Patetyczne i w gruncie rzeczy głupie, a na pewno dalece odbiegające od rzeczywistości, wiem. Skończyłam wyższe studia (zaocznie, do czego zmusiły mnie okoliczności życiowe), proponowano mi nawet zostanie na uczelni. Odmówiłam, po czym poszłam do szkoły policyjnej w Szczytnie. Ukończyłam ją z wyróżnieniem i w ten sposób ja, Szpilka - mól książkowy i fanka Judas Priest oraz Iron Maiden - zostałam gliniarzem. Ta metamorfoza bawi moich bliższych i dalszych znajomych i właściwie każdego, kogo spotkam. Gdyby nie okoliczności, bawiłoby również mnie. Mam najniższy stopień oficerski i etat w Wydziale do Walki z Przestępczością Przeciwko Życiu i Zdrowiu Komendy Rejonowej Policji na Mokotowie. W wydziale pracuje również dwudziestu paru kolegów. Dzielą się na tych, którzy otwarcie deklarują, że chcieliby mnie przelecieć, i na tych, którzy zachowują te pragnienia dla siebie. Na szczęście żaden nie wyskakuje z łapami; na stwierdzeniach się kończy. Co najbardziej zabawne, szefową tego na wskroś wypełnionego testosteronem grajdołka jest kobieta, a to stanowi największy problem. Paradoks, ale tylko pozorny, choć Basieńka jest naprawdę w porządku. Czemu? Ano dlatego, że moi koledzy jak jeden mąż orzekli, że dostałam się do wydziału, bo baba ciągnie drugą babę. Biorą pod uwagę wyłącznie solidarność jajników, względnie w najłagodniejszej wersji twierdzą, że szefowa jest jakąś moją, bliższą czy dalszą, rodziną. Co jest kompletną nieprawdą, ale tak się sprawy mają - i może wydarzyć się wszystko, a oni i tak nie zmienią zdania.

Czy mam jakieś atuty w tej walce? Tak, kilka mam.

Jeśli kiedyś będę w dobrym humorze, co nie jest oczywiste, może o tym opowiem.

Na razie noc nie chce się skończyć. Jest po drugiej, a ja nadal siedzę w ciasnej salce konferencyjnej na drugim piętrze komendy. Składam obszerne zeznanie (owszem, gliniarze też bywają świadkami i muszą je składać) - Malina zdobył się na propozycję, by zrobić to rano, ale ja wolę od razu, póki jeszcze pamiętam każdy najdrobniejszy szczegół. Relacjonuję wszystko przez czterdzieści minut, podczas gdy Malina zadaje pytania, a Klocek, Dołęga i Basieńka uważnie słuchają. Szefowa nigdy nie wychodzi z pracy później niż o szóstej wieczorem, ale tym razem pofatygowała się, by o północy wrócić do komendy. Podobno w trosce o mnie. Faktem jest, że osobiście zrobiła mi kawę, co zdarza się raz na stulecie.

Piję ostatni łyk służbowej lury rozpuszczalnej i kończę relację. Zerkam w zawieszone za plecami Maliny lustro. Nadal mam na głowie perukę. Na twarzy napięcie. Wyglądam inaczej. Naprawdę inaczej.

Prokurator wzdycha.

- To wszystko?

- Tak - odpowiadam. - Skułam go, wygłosiłam formułę, pojawiło się wsparcie.

Malina marszczy brwi. Jest przystojny. Cień zarostu zdążył od rana pokryć policzki, co tylko dodaje mu uroku. Jechał z zatrzymanym jednym samochodem. Wiem, co będzie dalej.

- Pod koniec pościgu straciliśmy z tobą łączność - oznajmia. Jego aplikant, Kenig, przez cały jutrzejszy dzień będzie porównywał moje słowa z protokołem odtworzenia zapisu dźwiękowego. U Maliny całość musi się zgadzać. Nie znosi niedomówień i wątpliwości, które mogą być powodem porażki w sądzie.

Robię bezradną minę.

- Może coś się rozłączyło.

- Nigdy się nie rozłącza. - Klocek wchodzi mi w słowo bez pardonu. Rusza nozdrzami jak rasowy myśliwski pies. Szóstym zmysłem wyczuwa okazję. I nie zamierza jej zaprzepaścić. - To najnowszy sprzęt.

- Goniłam go. Nie miałam czasu zajmować się sprzętem.

Prokurator drapie się po głowie, po czym odwraca się do Dołęgi i Klocka.

- Panowie, poproszę, żebyście wyszli.

Obaj policjanci woleliby, z różnych powodów, zostać, ale bez protestu opuszczają pomieszczenie. Klocek po drodze patrzy na mnie drwiącym wzrokiem. Choć pokazuję, że mam go centralnie gdzieś, on uśmiecha się triumfalnie.

Malina nie zwraca uwagi na tę pantomimę. Przyjmuje pozę zatroskanego urzędnika państwowego, dla którego wartością nadrzędną jest przestrzeganie prawa.

- Szpilka, jesteś bardzo dobrą policjantką. Zaangażowaną i dokładną. Masz zawsze porządek w papierach.

- Ale?

Wszystko, co słyszy się przed "ale", jest guzik warte.

- Chcę, żeby w tej sprawie wszystko się zgadzało. - Nachyla się nad stołem. - Szukaliśmy go prawie pół roku. Wszyscy się naharowaliśmy jak woły, ty najbardziej. Udało się. Mamy dowody i mamy sprawcę. Zamordował trzy osoby, kolejna pewnie do końca życia nie wyjdzie z psychiatryka. Robił straszne rzeczy. Społeczeństwo oczekuje, żeby poniósł surową karę, żeby już nigdy nie wyszedł z pierdla. Ja się z tym zgadzam, Szpilka.

- Ja też.

- Właśnie - podchwytuje szybko. - I może zgadzasz się trochę za bardzo.

- Nie rozumiem. - Robię niewinną minę.

W tym akurat jestem naprawdę dobra.

- Słuchaj. - Prokurator zniża głos, jakby chciał mi zdradzić tajemnicę bez świadków, co brzmi jak żart, bo metr dalej siedzi Basieńka i chłonie każde słowo. - Znam twoją przeszłość i wiem, przez co przeszłaś. Bardzo szanuję cię za to, jak z tym wszystkim sobie radzisz. Ale widzę też, że masz do sprawy stosunek osobisty.

Nie da się ukryć.

- Wszelkie czynności odbyły się zgodnie z rozpiską - zapewniam chłodno.

- Oby - odpowiada, prostując się. Jest niezwykle poważny. - Bo jeśli okaże się, że dzięki twoim pozaprawnym działaniom przy zatrzymaniu ten zwyrodnialec się wykręci, bo jego adwokat wskaże na uchybienia formalne, osobiście wsadzę twoją głowę do beczki z wrzącą smołą, podkomisarzu.

- On się na coś skarżył?

- Nie.

- Sam widzisz. - Dopiero teraz z całą siłą dopada mnie zmęczenie. Dwadzieścia minut drogi do własnego łóżka. Pół godziny leżenia w wannie. Drink, może dwa. I długi sen, nawet do południa. Za kilka godzin mam niby służbę, ale szefowa zgodziła się, żebym jeśli nic się nie wydarzy, siedziała w domu, byle pod telefonem. Ledwo trzymam się na nogach. Nie miałam urlopu od dwóch lat.

Prokurator nadal na mnie patrzy. Staram się zachować obojętną minę.

- Dobra. - Rysuje coś długopisem na marginesie akt. - Muszę mieć jego wyjaśnienia.

- Okej - potakuję. - Niech posiedzi trochę. W niedzielę będzie rozmowniejszy.

Malina unosi brwi.

- Chcesz go przesłuchać dopiero w niedzielę?

- Podejrzanemu zawsze dobrze robi chwila samotności. Byle z nikim nie gadał.

Prokurator waha się tylko przez moment.

- Niech będzie. - Zamyka teczkę. - Rano wystąpię o sanki na trzy miesiące. Tylko żeby w areszcie nie było żadnych jaj.

- Pojedyncza cela z monitoringiem.

- Twoja odpowiedzialność.

Zgadzam się, choć to nie do końca tak.

- Dzisiaj przeszukajcie jego mieszkanie - zarządza prokurator.

- O świcie wyślę tam ludzi - potakuje Basieńka.

- Może już skończymy? - proponuje szefowa. - Ona pada z nóg. A już prawie trzecia.

- W porządku. - Maliński nie czeka na moją reakcję. - Do domu, odpoczywać. Widzimy się w poniedziałek.

W jego głosie pobrzmiewa wahanie. Nie uspokoiłam go.

Przy drzwiach odwraca się.

- Tak na marginesie, dobrze ci w tej peruce.

***