To ja już będę lecieć - Piotr Tosz
0.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Cześć. To ja, Wariatka. Gdyby nie to, że dzieli nas ta kartka papieru, objęłabym Cię mocno i przytuliła. Tak po prostu, jak robią to dobrzy przyjaciele. Nie znam Cię, ale wiem, że już nim jesteś i stałeś się nim w dniu narodzenia. Masz ręce, nogi, głowę, mózg i wreszcie serce, wszystko to, co czyni Cię człowiekiem. Może to trochę dziwne, ale bliski jest mi każdy, kto wyposażony jest w zdolność odczuwania bólu. A czujesz go czasem, prawda? Może czułeś go właśnie dziś, albo nawet w tej chwili? Pewnie wbił się w twe serce, jak połyskujący szpikulec, dokładnie tam, gdzie boli najbardziej. Przytulam Cię więc i głaszczę po głowie. Poznajmy się. Miło Cię poznać. Jestem Wariatka.
Dziś, zaraz gdy rano zwlokłam się z łóżka i spojrzałam w okno, pomyślałam, że to dobry dzień na zaczynanie. Zaczynam pisać więc, gryzmolić w notesie te parę słów, klecić razem z sobą. Ołówek żółty, twardości HB co chwilę trzeszczy mi w zębach, przygryzam go, by zatuszować tremę. Gumkę spożyłam wczoraj na zadaniu z algebry, tak że na końcu w jej miejscu został jedynie metalowy, pognieciony kikut. Czym ja się tak w ogóle stresuję? Właściwie to nie wiem. Ściska mnie od środka, jakby ktoś na żołądku zamontował mi imadło. Do tego oczy pieką jak gdyby dostał się pod powieki piasek, zupełnie tak samo, jak po dobrze przepłakanej nocy.
A nocą mój mózg nabiera największego tempa. Jeżeli porównać neuronowe drogi w głowie do ulic z samochodami, to rano auta po nich jeżdżą z dozwoloną prędkością, w południe posypałyby się już mandaty, a wieczorami i w nocy słychać jedynie wściekły ryk silników, bo są tak szybkie, że nie można ich nawet zauważyć, widać jedynie jak co chwila migają jakieś światła, jak szybkie błyski fleszy. Każdy z nich niesie jakąś myśl, wspomnienie czegoś, co już było, a co zapisało się tam jedynie z powodu jakiejś dawnej krzywdy. I tak sobie jeżdżą, we wszystkie strony świata, czy raczej mózgowia.
Mam tam w głowie cały olbrzymi parking, z którego wyruszają. Wypolerowane, wymuskane w każdym calu, że można się w ich chromach przejrzeć. Ruszają w trasę. Wczoraj też jechały - niestety - przywołując stare wspomnienia ze szkoły. Retrospekcje jedne z takich, które chciałoby się wymazać, a od których człowieka odpycha jak od śmierdzącej, zaniedbanej toalety. Świat byłby na pewno prostszy, gdyby ich nie było, gdyby nie trzeba ich ciągle i ciągle przeżywać. Jeżdżą tam i z powrotem. Małe, drobne, chirurgicznie dokładne detale, wbijają się w umysł, jak ciernie czy pinezki. Zresztą, to nawet nie ludzie, nie sytuacje czy sińce pod okiem, lecz po prostu - słowa. Tak, tak, takie zwykłe literki z alfabetu. Zapisują się w mózgu, programują mnie na stałe, są gorsze od jakichkolwiek ciosów. Tną jak rzeźnickie noże, bolą bardziej i docierają głębiej niż najdłuższe szpikulce, a ich rany goją się trudniej, albo i wcale się nie goją. I to jest smutne. Dość na dziś.
- Znów coś bazgrolisz? - zapytał Julek, próbując zajrzeć na kartkę przez ramię.
To mój młodszy brat. Piszę "młodszy", choć to słowo nie całkiem do niego pasuje. Umysłem prześcignął mnie już dawno temu. Czasem łudzę się, że może jednak nie, że to nie on jest taki bystry, tylko ja taka tępa. Jakkolwiek by nie było, fakt jest faktem, że widać różnicę. Nawet rodzice o tym czasem mówią, a szczególnie mama. Juliusz to, Juliusz tamto, znów olimpiada w szkole, znów świadectwo z paskiem. A Olga klasycznie przynosi same tróje, totalne minimum, aby tylko przetrwać. Już nawet nie bronię się, tylko odpuszczam, bo co mam niby powiedzieć, że trudniej mi się myśli? Albo, że psychotropy mnie spowalniają? Życie to nie wyścig, choć wielu tak się zdaje. Żeby najlepiej, żeby na cacy. Chcą? Niech gnają.
- Bazgrolę o tobie - odparłam.
- Na pewno - zaśmiał się Julek. - Sam widziałem, że o przytulasach piszesz, a nie o mnie.
- Ech, sam jesteś przytulas.
No, może pod jednym względem jeszcze nie dorósł - emocjonalnym. Jest na etapie myślenia, że komputerem można zrobić wszystko. Składa je, rozkłada, programuje, skryptuje i kto wie tam jeszcze, co z nimi robi. Zapalony miłośnik techniki z rozszalałą pasją. Jeszcze nie dotarł w rozwoju do tego, że do życia potrzebne jest coś więcej niż ekran monitora. Czasem z rodzicami o nim żartujemy, że nawet ożeni się z komputerem. Ja jednak obstawiam, że prędzej nabawi się przy nim garba. Już zresztą się garbi.
Gdy tak patrzę na niego, myślę, że jesteśmy do siebie trochę podobni, oboje nie garniemy się do życia społecznego. Różnica jest tylko taka, że on nie czuje potrzeby, a mnie od ludzi zwyczajnie odrzuca. Każdy ma chyba takie pudełeczko w sobie, małe puzderko na znajomości, które trochę uwiera, jak pozostaje puste. Julek wpakował tam te swoje komputery. A ja? Mam takie wrażenie, że swoje wypchałam watą po brzegi, by nikt się tam już więcej nie zmieścił. Po ostatniej próbie wpuszczenia tam kogoś nie wyszłam na tym za dobrze. Nie chce mi się nawet o tym myśleć, bo zepsuję dzień. Nie chcę w ogóle myśleć, ani pamiętać. Słowa jednak zostają i przypominają, nie można ich tak łatwo usunąć, wydłubać z głowy czy wytrawić żrącym kwasem. Krążą powoli w zwojach mózgowych jak soki w jakimś drzewie i tak jak one, zostają w środku do samego końca.
Do pokoju wszedł ojciec. Nie wyglądał za dobrze. Jego kwaśna mina i przekrwione oczy świadczyły, że dla niego noc też nie była łatwa. Cierpi na bezsenność, czy raczej boi się zasypiać, tylko o tym głośno nie mówi, jakby było to jakimś wstydem. My w domu i tak wiemy, że obawia się koszmarów. Nachodzą go nazbyt często, jakieś natrętne demony przeszłości. Czasem przez sen krzyczy tak głośno, że budzi sąsiadów. Żal mi go.
- Jak tam, bąki? Gotowi do szkoły? - zapytał ojciec.
- Sie wie - odpowiedział Julek.
- A ty? - tata spojrzał na mnie.
Nie lubię, jak nazywa mnie bąkiem. No bo kto chciałby być tak nazywany? Gdyby w szkole dowiedzieli się, że tak na nas mówi, hołota podchwyciłaby to od razu i zostałabym bąkiem na amen. Na szczęście nikt nas ze szkoły w domu nie odwiedza.
- Sie nie wie - odparłam przekornie. - Chciałabym zostać w domu.
- Co ci?
- W sumie... - westchnęłam. - W sumie to nie wiem. Jakoś tak zwyczajnie mi się normalnie nie chce. Uwierzysz?
- Ech, Olga. Nie zdajesz sobie sprawy, jak ważna jest szkoła - ojciec włączył moralizatorski ton. - Jakbyś to wiedziała, to zwyczajnie by ci się chciało. Kiedyś za parę lat jeszcze docenisz.
Kim będę za parę lat? I czy kimkolwiek w ogóle? Jakoś specjalnie nie mam ochoty się tego dowiadywać.
- Pójdziesz, pójdziesz - uspokajał ojciec. - A póki co, łyknij leki - dodał, kładąc dwie tabletki przede mną na biurku.
To taki nasz rodzinny rytuał, że przynosi mi lekarstwa. Pilnuje tego, abym na pewno je zażyła. Pod tym względem mnie rozumie, bo sam też dostaje podobne psychotropy. Czuję z nim jedność bardziej niż z kimkolwiek innym, bo cierpi prawie tak samo jak ja. Dzięki genetyce myślimy podobnie, działamy podobnie i mamy podobne okablowanie w głowach. Jakbyśmy wyszli spod tej samej formy, ten sam producent i ten sam model, jak dwa egzemplarze z jednej fabryki.
Zgarniam tabletki i wkładam do ust. Zapijam herbatą pozostałą po śniadaniu. Robię to wszystko dla świętego spokoju, aby tata się o mnie nie martwił. W rzeczywistości nie wierzę w skuteczność tych prochów. Otumaniają jedynie, że człowiek prawie nie myśli, no i do tego wyłączają chorobowe głosy, co akurat nie jest do końca takie całkiem złe. Moim zdaniem żaden lekarz nie powinien jednak nazywać tego leczeniem, bo nikt nie wie, skąd ta choroba pochodzi i nie wie, jak ją leczyć, w pełnym sensie tego słowa. Wiedzą jedynie jak ją tymczasowo tłumić, a to nie to samo co leczenie. Przypomina mi to wiązanie dzikiego zwierzęcia, które spokojne jest jedynie wtedy, gdy jest przywiązane. Wystarczy tylko go na moment odwiązać i znów szaleje, gryzie. Wszystko przez to, że sznury nie są w stanie wyleczyć go z dzikości. Dlatego myślę, że zwierzę trzeba przede wszystkim oswoić, bo tylko tak przestanie szaleć. I to jest coś, co w tym wypadku nazwałabym leczeniem. Tylko czy ten mój zwierz da się w ogóle oswoić?
Po ostatnich próbach jego oswajania zostały mi dwie blizny na nadgarstkach. To właśnie od tamtego czasu ojciec podaje mi leki. Wierzy, że dzięki temu będzie mógł mnie od tego powstrzymać, jakby te prochy załatwiały problem. Nie zdaje sobie sprawy, że gdzieś w głębi tajemnicze źródełko wciąż śle sygnały i żadna tabletka nic tu nie poradzi. To taki telegram wprost z podświadomości, wiadomość zaszyfrowana dla ludzi z zewnątrz, lecz dla mnie zupełnie zrozumiała. Jest jak bomba, taki niewybuch zakopany w ziemi, z którym trzeba obchodzić się bardzo ostrożnie. Jeden gwałtowny ruch może zmienić wszystko. A telegrafista cały czas nadaje, uderza palcem w przycisk urządzenia, wydając przy tym charakterystyczny dźwięk stukotu elektrycznej igły: krótki, krótki, krótki, długi i znów długi... Nadaje sygnał S.O.S.