To ja, Aleks. Nie ma jak u mamy. Tom 1 - Aleksandra Giersch-Amundsen

-
Proszę czekać

Prolog

"- Za nas! - wykrzyknął gromko nestor rodu. - Za to, żebyśmy chcieli i mogli, a nie musieli! - powiedział donośnym głosem kierując kieliszek najpierw w kierunku kobiet i mężczyzn siedzących przy jego stole, a następnie skinął głową w stronę stolików, przy których zasiedli pracownicy jego hotelu.

- Za nas - odpowiedzieli mu wszyscy zebrani na sali podnosząc kieliszki na wysokość twarzy.

Sędziwy mężczyzna wychylił duszkiem alkohol i usiadł spełniony.

- Za nowego szefa! - kontynuowali toast pracownicy.

- Postaram się was nie zawieść - odpowiedział elegancki mężczyzna powstając na chwilę.

Po spełnieniu toastu, najstarszy z rodu, porozumiewawczo skinął na syna.

- Potem idziemy na nocne łowy?

- Nie wiem, co powie na to mama, a i przyszła matka może mieć obiekcje... - cicho odpowiedział syn.

- Co tam szepczecie? - zainteresowały się kobiety. - Jakie łowy? Nie macie sprzętu!

- Patrz, wiedzą o nas wszystko - powiedział ze śmiechem syn obejmując ramieniem ojca.

- Teraz już macie - powiedziała przyszła mama kładąc na stole dwa starannie zapakowane prezenty. - Tylko błagam, złapcie coś i nie przynieście mrożonek z supermarketu..."

- To dobry tekst Aleksandro - nauczycielka ściągnęła okulary patrząc się prosto w oczy nastolatki. - To fragment? - zapytała odkładając plik kartek na stół.

- Tak - potwierdziła szybko Aleks. - To środek końca.

- Hmm - zamyśliła się nauczycielka. - Język jest trochę... - wymachiwała w powietrzu okularami szukając odpowiednich słów. - Trochę zbyt dorosły. Jak na twój wiek - dodała. - Dzieci tak nie mówią. Musisz trochę nad nim popracować.

- Mówią - powiedziała sięgając po rękopis. - Mówią - powtórzyła zasłaniając się papierem jak tarczą. - To ja tak mówię... - powiedziała cicho i następnie powtórzyła głośniej - To ja, Aleks.

Koń wodny

Następnego dnia udało się jej ponownie odwiedzić ogród. Znów przez chwilę była szczęśliwa i spokojna. Po powrocie dokończyła lekcje na poniedziałek, zajęła się psem, poukładała książki na półce. Wszystko odhaczone. Do snu zostało jej nie więcej niż dwie godziny.

- Mogę? - zapytała mamy niepewnie chowając się za framugą drzwi.

- Jestem zmęczona, idź się już wreszcie wykąpać - odpowiedział jej głos ze srebrnej jaskini.

- Mogę? Będę cicho. Usiądę sobie z boku - starała się przekonać mamę.

Odpowiedziała jej cisza. Aleks zerknęła w głąb pokoju. Mama była wpatrzona w migający telewizor. Nie słysząc odpowiedzi stała przez chwilę wpatrując się w ekran jednym okiem śledząc przygody pary bohaterów. Czasami oglądała ten serial z mamą. Nie lubiła kryminałów. Nie ze względu na to, że giną ludzie. Powodem do płaczu było zabójstwo psa. Zawsze wtedy płakała.

- Mamo? - wypowiedziała słowo prawie bezgłośnie przesuwając się krok do przodu.

Mama ani drgnęła.

Oglądanie przewidywalnych historii kryminalnych w sumie nie przeszkadzało jej, pod warunkiem, że mama zechciała ją przytulać. Wtedy nawet nudna historia i trupy jej nie przeszkadzały. Oglądała parę minut i wystarczyło to jej, aby wiedzieć, kto jest złoczyńcą. Kiedyś podzieliła się tą nowiną z mamą, ale doprowadziło to do awantury, więc wiedziała już, że taką informację trzeba zatrzymać dla siebie. Nikt nie lubi, gdy zakończenie jest opowiedziane przed końcem historii. Gorzej, gdy miała oglądać romanse. Nie rozumiała, po co tyle hałasu by dostać na koniec buziaka i przytulić się w pięknych okolicznościach przyrody. Kiedy film jej nie interesował, wciskała się pod koc mamy i przytulała do niej mocno.

- Mamo? - szepnęła równie cicho jak poprzednio i posunęła się o pół kroku w głąb pokoju.

Ostatnio jednak ani mama, ani ona nie miały na to ochoty. To znaczy Al miała ochotę, ale szybko jej przechodziło, gdy słyszała: "zabierz te zimne nogi" albo "jesteś już za duża na siedzenie na mamie, dzidzia się znalazła", albo zwykłe "jestem zmęczona, idź się już wreszcie wykąpać".

- Mamo? - szept nie wyszedł jej z ust, lecz zdradziło nadepnięcie na pudełko po lekach.

- Powiedziałam, że masz się wykąpać! - głos nieruchomej mamy wpatrzonej przed siebie rozdał przestrzeń.

Aleks wybiegła wprost do łazienki. Włączyła wodę i bezwiednie dodała płyn do kąpieli. Ze złością ścisnęła plastikową butelkę, a płyn rozlał się po jej dłoniach.

- Brawo Al. Brawo - mówiła przez zaciśnięte zęby patrząc na swoje odbicie w lustrze.

Zrzuciła ubranie, złapała książkę ze sprayem na okładce i zanurzyła się po szyję

Woda wystygła niespodziewanie szybko, gdzieś w trakcie przelotu do Szwajcarii. Al stopą podniosła uchwyt baterii. Gorąca woda chowała się pomiędzy góry piany. Rzeczywistość powróciła do łazienki razem z rodzicielką.

- Ty znowu marnujesz wodę? - zapytała mama z wyrzutem.

- Przepraszam - wybąknęła Al odkładając książkę na pralkę.

- Podnieś się - powiedziała stanowczo mama.

Aleks poczuła dłonie mamy na swoich plecach, zimny dotyk był szokujący. Wzdrygnęła się więc i próbowała odsunąć

- Nie ruszaj się! - mama wydała suche polecenie.

Aleksandra posłuchała. Mama pochyliła się nad nią i dłonią odgarnęła resztki piany. Al czuła szczupłe palce przesuwające się po jej plecach. Palce zatrzymały się gdzieś pomiędzy łopatkami. Aleks nie widziała twarzy mamy, lecz czuła, że wzrok skupiła na jednym punkcie.

- Co się dzieje? - zapytała podkurczając nogi.

- Szukam raka.

- A mam? - zapytała wystraszona.

Mama jeszcze raz uważnie obejrzała plecy, tors i szyję dokonując badania jak certyfikowany personel medyczny.

- Jeszcze nie... - mama wstała i popatrzyła prosto w oczy Aleks. - Ale możesz mieć. Twój dziadek zmarł na raka.

- No tak. Ale babcia mówiła, że on pił jak marynarz i palił jak kolejarz. A ja jeszcze nie.

- Jeszcze nie! Toś dowcipna jest - w głosie matki usłyszała irytację.

- Przepraszam, mamo - powiedziała na wszelki wypadek, chcąc uniknąć ciosania kołków na głowie za nieudany żart.

- Spróbuj tylko, to na pewno będziesz chora - warknęła - a ja nie będę cię wtedy leczyć. Wychodź już!

- Przepraszam - wyjąkała Al stając całkowicie naga przed mamą.

- Twoje przeprosiny na nic. Ubieraj się i idź spać - słowa i ręcznik zostały rzucone by zabolało. Przez niedomknięte drzwi wdarł się chłód.

Dziecko posłuszne woli matki poszło szybko do łóżka. Zgasło światło. Próbowała trzymać oczy zamknięte. Jednak jak można spać, gdy wyobraźnia podpowiada czarne jak czerniak i złośliwe jak on scenariusze. Choroba i śmierć na dobranoc. Nie takie ukojenie powinna mieć przed snem. Lubiła dotyk mamy, lubiła jej głos i przytulanie. Niby wszystko dzisiaj było, ale jakieś inne. Na opak. Dłoń Aleks wędrowała po futrze psa. Nieświadomie szukała zaburzeń na fakturze skóry. Palec zatrzymał się na małym kroście na brzuchu Toma. Świadomość wróciła błyskawicznie.

- A! - odsapnęła. - To tylko cycuszek.

Psychologia niestosowna

- Tom! Spacer - Al zawołała Toma na poranną przechadzkę.

Stanęła przed bramą kuląc się przed chłodem budzącego się dnia. Tom radośnie wskoczył w trawę zbierając całą rosę na swoją sierść.

Al westchnęła i mocniej wbiła ręce w kieszenie spodni. Życie z mamą, pod wspólnym dachem, stawało się coraz bardziej nieznośne. Nie potrafiła nazwać zmian, ale coraz częściej przybywało dni, gdy nie rozmawiały ze sobą, częściej dostawała reprymendę. Zastanawiała się, czy mamy ktoś nie podmienił. Jednak doszła do wniosku, że ona coś robi nie tak. Na pewno ona. Mama ją bardzo kocha, nie pozwoliłaby, by była smuta. Tak powiedziała po tym, gdy ojciec przegrał walkę o opiekę. Że wszystko będzie dobrze i ona o nią zadba. I dbała. Było dobrze, do czasu, gdy mama miała dni pełne smutku i siadała przed telewizorem.

- Tom wracamy - przywołała psa. Tom podbiegł karnie, lecz w ostatniej chwili zrobił unik i radośnie szczekając pobiegł w kierunku śmietnika.

Aleks miała wrażenie, że ostatnio nawet mama omija szerokim łukiem. Widziały się tylko, gdy ciocia podawała obiad. Krzesła w nim obrosły ubraniami, a pod łóżkiem panował taki bałagan, że nawet już miejsca na potwory nie było. Trochę się zdziwiła, że przedmioty same nie znikają i w cudowny sposób nie układają się w szafie. Nie myślała jednak o tym zbyt intensywnie, miała inne problemy.

- Tom. No błagam cię - krzyknęła Aleks, gdy pies pojawił się u jej nóg ze zdechłym szczurem w pysku.

Po powrocie ze szkoły postanowiła posprzątać pokój. Wykonując mechanicznie czynności miała dużo czasu na myślenie. Więc pomyślała: że zimno bijące od mamy przecież może być przez to, że przestała ją ostatnio przytulać, że do snu czytała sobie sama i mama zostawała w drugim pokoju, że nie było pocałunku na dobranoc. Może to był problem.

- To moja skarpetka! Oddawaj zbóju - nakrzyczała na psa, który wyjął z koszyka zwitek i zaczął go obgryzać.

Nigdy jednak nie odmówiła mamie przytulenia... Mama nie pozwalała już jej wchodzić rano do jej łóżka. Tłumaczyła, że Al brudne nogi, bo idzie z pokoju bez kapci. To mogła zrozumieć. Ale kiedy wracała ze szkoły, to też nie mogła usiąść na jej łóżku, bo była brudna i ponoć tarzała się po podłodze w szkole. Tego nie mogła zrozumieć. Nie tarzała się nigdzie; no i co mama robi po południu w łóżku? Jakby siedziała na kanapie, albo była w kuchni, to przecież przytulanie byłoby łatwiejsze.

- Ty tak na poważnie? - Al złapała się pod boki patrząc jak pies układa się w koszu na brudną bieliznę.

Ufne wielkie oczy psa prosiły, aby go nie ruszać z pojemnika.

- Chyba potrzebujesz przytulenia - zawyrokowała. - Tak jak i ja.

Dzisiaj był dzień, gdy zakończyć się miał eksperyment przytulankowy. Przez parę dni nie prosiła mamy o przytulenie pierwsza. Czekała na to, co zrobi ona. I nic. Nie działo się nic. Omijały się szerokim łukiem. A mimo to nikt nie zgłaszał pretensji. Mama wygrywała, a Aleks chciała przegrać i to już, w tej chwili. Była tak bardzo stęskniona za bliskością i czułością, że mogłaby kogoś zamordować. Przytulanie ma różny smak. Mogła się przytulić do brata, ale to nie to samo. Poza tym mama jej nie lizała, tylko fajnie cmokała. Przytulanie ojca raz na dwa tygodnie, albo nawet rzadziej, tylko podsycało jej pragnienie bliskości. Mały Książę to miał dobrze. Jak już oswoił lisa, to był dla niego na zawsze. Aż do śmierci. A ona miała różę.

Popłakała się cichutko. Wtuliła w psa i wytarła o niego twarz. Przetarła oczy i zdecydowała, że ten właściwy moment już nadszedł. Nie mogła dłużej czekać. Potrzebowała bliskość mamy tu i teraz.

- Tom! Zostań - wskazała psu na posłanie. - Zostań! Tak. Grzeczny piesek.

Wyszła z pokoju cichutko i stanęła za progiem. Pokój stołowy jak zwykle rozświetlała srebrzysta poświata telewizora. Dźwięk wypełniał ciche mieszkanie. Stała i czekała na właściwy moment. Obserwowała mamę siedzącą w bezruchu. Dla niej była najpiękniejszą kobietą na świecie. Szczupła, wysoka, z pięknymi blond włosami. Tylko twarz w magicznym świetle srebrnego ekranu wyglądała na zmęczoną. Srebro zmieniło się w tęczowe kolory pulsując żwawo po ścianach. Muzyka i głosy rozbrzmiały donośniej i pogodniej. Al oderwała się od framugi. Teraz nadszedł ten właściwy moment. Wskoczyła radośnie na kanapę, jak zwykła to robić przez lata, i z całej siły objęła mamę. Zasypała ją gradem pocałunków. Mama odepchnęła ją jednym ruchem ręki. Aleks spadła plecami na podłogę. Straciła na chwilę możliwość oddychania, zdziwiona tak, że nie poczuła bólu w plecach. Złapała łapczywie powietrze i otworzyła oczy. Matka wykonała gest, jakby chciała ją zaprosić na kanapę. Dziewczynka wstała z podłogi i zaczęła wdrapywać się jak kot wyginając grzbiet i przesadnie stawiając kroki rękoma.

Źle zinterpretowała ten sygnał. W ramionach mamy nie było dla niej miejsca. Kobieta wyciągnęła rękę przed siebie by podnieść pilota z ławy i położyć go na piersi.

- Nie widzisz, że jestem zajęta? - z wyrzutem wskazała dłonią na telewizor.

Chwilę temu przerwano serial i nadawano reklamy. Córka czekała przez kwadrans na ten moment. Dziwne, że nie był właściwy. Usiadła na rękach i obserwowała mamę bez słowa. Na ekran wróciły cudowne klify, na których rozgrywała się wspaniała historia zakochanej pary z morderstwem w tle. Niebieskie oczy wlepione w jeden punkt pozostawały nieruchome. Umysł mamy lewitował gdzieś poza tym pokojem, gdzieś nad nierealną scenerią, chłonąc opary cudzej fałszywej szczęśliwości. Pojawił się nawet uśmiech. Czas płynął wolniej i spokojniej. Cudze szczęście smakuje jak bita śmietana. Nawet jeśli ktoś nie ma naturalnych składników pod ręką, to zawsze może raczyć się szczęściem z puszki.

Al siedziała jeszcze chwilę, czekając, aż mama zmieni zdanie i wpuści ją na swoje kolana. Mogła usiąść obok niej i zanurzyć się w emocje sztucznych ludzi. Nie tego jednak potrzebowała. Potrzebowała realnej bliskości. Tak mocno, że aż bolało. Przesunęła się w bok, tak, aby wstając, nie zasłonić mamie ekranu. Pomyślała, jakie to było niepotrzebne - ten cały eksperyment z przytulaniem. Chciała nawet zhańbić dobre imię nauki i zafałszować wyniki, byleby tylko wyszło, że nie ma racji. Obserwator eksperymentu, jeśli jest jego uczestnikiem, ma zawsze wpływ na wynik. Chyba. Bo tym razem nie miała.

Bez słowa wróciła do pokoju. Cokolwiek by powiedziała, cokolwiek chciałaby na głos wyrazić, doprowadziłoby do awantury. Nie dlatego, że spodziewała się takiego scenariusza, ale dlatego, że powtórne przerwanie programu wprowadziłoby nieoczekiwane skutki. Przepraszamy za usterki. To Al musiałaby przepraszać.

Upadła ciężko na łóżko i zawinęła się kocem. To tyle na dzisiaj. Już na nic nie ma ochoty. Wyciągnęła rękę i w ciemnościach wymacała głowę brata. On nie musiał robić testu przytulania. Dotyk potraktował jako zaproszenie i wskoczył na łóżko. Całym ciężarem uwalił się na dziewczynce. Rozwinęła koc i objęła go jak pluszaka. Mokrą twarz wtuliła w ciepłą sierść. On nigdy nie odmawiał pieszczot. Ona też.

Latający potwór spaghetti

Poranny rytuał: ubieranie, krótki spacer z psem, zęby, zabrać kanapki, złapać szkolny autobus, przeżyć lekcje. Południowy rytuał: zjeść obiad, przeżyć resztę lekcji i zdążyć na autobus. Popołudniowy rytuał: wyprowadzić psa i obiadokolacja. I już. Późne popołudnie i wieczór same się układały. Nie było stałych planów. Wracała do domu i w zależności od humoru mamy, dzień płynął albo stawał kołkiem w gardle. Pamiętała jeszcze swoje szczęśliwe dni. Nie miała czasu się nudzić. Ciągle w ruchu, ciągle coś się działo. Pamiętała, że gdy było ciepło, chodziły do parku. Mama siadała na ławce wystawiając buzię do słońca, a ona mogła pohasać do woli. A teraz? Teraz, od kilku miesięcy, nie chodzą razem nawet na zakupy. Właściwie nie chodzą nigdzie, nie licząc wyjść do lekarza i cioci.

Od świąt mama znacznie się zmieniła. Aleksandra dobrze zapamiętała moment, w którym mama otworzyła prezent od siostry. Zmarszczyła czoło i cisnęła w połowie rozwiniętą paczką prosto w twarz Dżesiki. Nigdy nie dowiedziała się co tam było, ale dzięki temu "czemuś" została sama na święta. Wściekła mama trzasnęła drzwiami do sypialni i schowała się przed światem. Obrażona siostra wyszła trzaskając drzwiami wyjściowymi. Obu nie było przez dwa dni. Dobrze, że jedzenie było przygotowane i nie głodowała. To był ten dzień, gdy wszystko się zawaliło.

Stosunki matki z córką pogarszały się systematycznie. Niby było wszystko w porządku. Zadbane dziecko z dobrej rodziny. Tylko jakby miłości coraz mniej było. I rodzina była nie pełna.

Za to siostrzane relacje poprawiły się bardzo szybko. Zaczęły spędzać więcej czasu ze sobą. Rozmawiały godzinami. Były prawie nierozłączne. Odkąd się tutaj przeprowadziły, siostra została mamy jedyną przyjaciółka. Al spytała kiedyś ciotki o to, ale usłyszała tylko śmiech i krótkie "chyba opiekunką". Od świąt nikt inny nie przychodził do mamy. Wcześniej był taki pan, który odwiedził mamę parę razy na jesieni. Ale po wspólnym obiedzie już nie wrócił. Mama powiedziała, że to jej wina, bo była naburmuszona i kopnęła go pod stołem. A ona wiedziała swoje. Nie lubił kuchni mamy. Bo kto ją lubi? A jak się nie ma to co się lubi, to się lubi to co się ma. On widocznie nie chciał iść na kompromisy.

Wrzuciła plecak pod stół. Wyszła na krótki spacer z Tomem. Miała jeszcze trochę czasu do obiadu. Zabrała książkę z pokoju i usadowiła się na taborecie po oknem. Mama krzątała się po kuchni. Al zupełnie odpłynęła tropiąc Yeti. Nie zauważyła, że stół się zapełnił i mama usiadła, z wyrzutem patrząc ponad parującymi potrawami na córkę. Nie odzywała się. Tylko patrzyła. Al zakończyła rozdział i przeniosła wzrok na stół.

- Ooo, to co zwykle! - skomentowała pojawianie się potraw na stole. - Jak wybornie!

Menu nie zmieniało się od dawna. Gotowany kurczak, spaghetti, rosół, pomidorowa, pierogi i gotowane warzywa. Czasami przynosiła posiłki dla Al od cioci. A wtedy, pomimo że jedzenia było dość i tak dla siebie przygotowywała ten sam zestaw dietetyczny zestaw.

Dziewczynka złapała z werwą za widelec. Nakręcała makaron i wijące się nitki wciskała do ust. Drugą ręką trzymała książkę i pochłaniała słowa w zamyśleniu. Fascynujące były przygody Tomka. Też by tak chciała.

Mama siedziała na przeciwnej stronie stołu, powoli podnosząc widelec do ust. Patrzyła na jedzenie z takim samym wyrzutem, z jakim patrzyła na Aleks. Odłożyła widelec układając go wzdłuż talerza i poprawiając parę razy, aż uzyskał idealnie położenie. W milczeniu przypatrywała się córce, która zaczytana, lewą ręką ponad książką, przenosiła ogromne sploty makaronu wprost do ust. Mama obserwowała każdy jej ruch siedząc z zaciśniętymi wargami, które zniknęły prawie całkowicie z twarzy pozostawiając jedynie wąską kreskę. Ręce miała oparte na kolanach, miętoszące serwetę. Al nie odrywając wzroku, sięgała kolejno po makaron, systematycznie opróżniając talerz. Widelec przesuwał się po nim wydając wysoki pisk. Usta mamy schowały się całkowicie, a oczy zmrużyły. Słowa pojawiły się nad zastawą niemal mechanicznie

- Czemu nie jesz normalnie? - syknęła.

- Przecież jem - powiedziała Aleks, unosząc oczy sponad książki i zastanawiając, co się musiało zadziać, że twarz mamy stała się tak mocno spięta.

- Nie jesz. Tylko czytasz. Dlaczego czytasz przy stole? - słowa wysączyła pojedynczo.

- Nigdy ci to nie przeszkadzało.

- Teraz przeszkadza.

Dziewczynka widząc, że atmosfera robi się nieznośna, chciała przerwać dalszą słowną potyczkę żartem.

- To też strawa, tylko duchowa.

Zamknęła książkę, wtykając zakładkę. Podniosła ją na wysokość swojego noska i powąchała tak, jakby wąchała danie przygotowane przez najlepszego kucharza.

- Pachnie przewybornie. Chcesz spróbować? No powąchaj moją strawę - rzuciła Aleks, wysilając się na miły ton.

Mama odebrała to jako atak na siebie. Już niewiele było potrzeba, by sprowokować wybuch. Wstała gwałtownie od stołu odrzucając krzesło do tyłu, wyrzuciła ręce do przodu i wyrwała córce książkę. Cofnęła się z całą gwałtownością i prawie tracąc równowagę, oparła się na stole trzymając oburącz zdobycz. Aleks patrzyła na nią nic nie rozumiejąc.

- Uważasz mnie za wariatkę? Mówisz, że jem nienormalnie, a to ty tak jesz. Jak jakieś dziwadło - wysyczała mama.

Książka z impetem poleciała przez całe mieszkanie lądując w stołowym.

- Sama wąchaj. I posprzątaj jak skończysz. Ja już skończyłam.

Wstała i poszła do pokoju. Po drodze kopnęła leżącą książkę. Odbiła się od meblościanki i zatrzymała pod stołem. Mama włączyła telewizor, położyła się i przykryła kocem. Po czym zrzuciła koc i gwałtownie wróciła do kuchni. Otworzyła jedną z szuflad i spośród pudełek z makaronem wyciągnęła czekoladę. Wróciła przed szklany ekran i pokruszyła starannie tabliczkę. Przełożyła kostka za kostką na talerz. Z równą starannością wpakowała sobie wszystkie kawałki jeden za drugim do ust.

Aleks z bratem patrzyli w jej stronę zdziwieni. Nie rozumieli tej agresji. Dlaczego mama powiedziała, że uważa ją za wariatkę?! Przecież nie krytykowała jej, jak ciotka, za monotonne jedzenie. Była głodna. Jedzenie dobre. Książka też dobra.

Posprzątała rozrzucone jedzenie i włożyła brudne talerze do zmywarki. Ubrała się i przywołała psa. Złapała za smycz, ale obroża zaczepiła się na haku.

- Dlaczego mamuś zawsze zostawia obrożę spiętą ze smyczą, to takie denerwujące. Muszę zawsze ją poprawiać - sapnęła poirytowana.

Zabrała klucz od piwnicy i nie niepokojona uciekła na resztę dnia do ogrodu.

"Jestem".

"Wracam".

Jej wiadomości trafiły w próżnię.

Geneza Aleksandrii

Aleks cichutko otworzyła drzwi. Miała nadzieję, że uda się jej wejść niepostrzeżenie do domu. Wyszła tylko na chwilę wyprowadzić psa, a wracają upstrzeni jak choinka pokryci kolorowymi kleksami. Od strzałów bolało ciało i dusza. Widziała ich, jak się bawią w paintball przed śmietnikiem. Ganiali kryjąc się za samochodami i drzewami. Dziwna zabawa. Strzelać do siebie i mieć z tego ubaw. No, ubaw po pachy. Skręciła szybko za budynek i poszła mostem w kierunku rzeki. Spuściła Toma ze smyczy i rzucała mu patyk. Walczył z nim, gryzł i szarpał, aby za chwilę odnieść, i z przechyloną głową czekać na następny rzut. I następny. I następny. Następny rzut trafił chłopca ubranego w upaćkane moro. Uderzony patykiem padł na ziemię zawodząc strasznie. Podbiegła do niego chcąc mu pomóc. Pojawiła się reszta bandy. Chłopiec odrzucił podaną dłoń i wspierając się na karabinku wstał. Broń nie wytrzymała ciężaru i złamała się w pół. Upadł na kolana. Ściągną gogle i z nienawiścią wrzasnął na dziewczynkę:

- Patrz idiotko, co zrobiłaś!

W rękach trzymał osobno lufę i korpus. Wstał i podszedł parę kroków.

- Zapłać za to!

- Przepraszam. Nie mam pieniędzy - powiedziała przestraszona.

- Zapłać, bo jak nie... - zamachnął się lufą.

Al odsunęła się odruchowo do tyłu, zasłaniając ręką twarz. Z zarośli wyskoczył Tom. Warknął i zagrodził swoim ciałem dostęp do pani. Oparł się na tylnych łapach gotowy do skoku. Obnażył białe kły.

Chłopak włożył lufę w zatrzask kolby i zaśmiał się nieprzyjemnie.

- Zaiście, milordzie, idiotka - zwrócił się do kolegi. - Nie wie, że się składa. Ha ha ha.

Grupa zawtórowała mu śmiechem.

Pierwsze trzy strzały nie były celne. Pozostałe kilkanaście trafiło w ciało psa. Zaskowyczał i skulił się. Aleks pochyliła się nad nim zasłaniając go przed napastnikami. Tym razem wszystkie wystrzelone tęczowe pociski trafiły do celu. To była egzekucja.

- Byłoby zabawniej, jakbyś uciekała, krowo - wysyczał ten chłopak.

Podszedł i uderzył ją delikatnie lufą w głowę.

- Bang. Nie żyjesz.

Odsunął się wznosząc ręce w geście zwycięstwa. Obrócił i wycelował ponownie w głowę Aleks. Położył rękę na spuście.

- Chodź - jeden z chłopców złapał za lufę kierując jej wylot w powietrze.- Starczy już.

Padł strzał. Suche plumknięcie. Pocisk przeleciał kilka metrów obok, rozbijając się na szybie jadącego samochodu. Kierowca przystanął i wysiadł z pojazdu, szacując szkody.

- Chodźmy, zanim tatusia zawoła. - Ten chłopak wydał grupie polecenie, przykrywając złość śmiechem.

Schowali się w wysokiej, wysuszonej trawie zostawiając Al płaczącą nad swoim psem.

Wstała i na skróty pobiegła do domu niosąc Toma na rękach. Stojąc w przedpokoju ciągle trzymała na rękach trzęsącego się brata.

- Kto to był w takim razie?

- Marcin, Robert, Kamil, A trzech to nie znam.

- Przestań, bo niedobrze mi się robi. To przecież chłopcy z dobrego domu. Mogłabyś inną historię wymyślić.

- Nie. Nie kłamię. Nie zrobiłam tego specjalnie. To ci chłopcy.

Położyła Toma na ziemi. Pies zataczając się wszedł do pokoju Al i schował się pod łóżkiem.

- Pewnie ich zaczepiałaś, albo prowokowałaś! Znów ich poszczułaś psem?

- Nigdy nikogo nie szczułam Tomem.

- Tak, jak nigdy nie kłamiesz!

- Nie kłamię!

- Patrz mi się prosto w oczy!

Podniosła spuszczony wzrok i wykonała polecenie w oczy. Niespodziewanie cały gniew matki przerodził się w troskę. Złapała jej głowę w obie ręce i spojrzała głęboko w oczy.

- Ty masz fioletowe oczy.

- Nieee. Niebieskie - rzekła zbita z tropu.

- Fioletowe. I jesteś rozgrzana. Masz czerwone policzki i szybkie tętno. Masz gorączkę? Ty jesteś chora!

Rozebrała szybko córkę i nakazała położyć się w łóżku.

Sama zaś poszła do pokoju i otworzyła laptopa. Wpisała symptomy do wyszukiwarki. Szybko znalazła to, czego szukała. Filetowe oczy. Oprócz paru sugestywnych fotografii ludzi z fioletowymi oczami wyświetliły się linki do choroby zwanej Alexandria Genesis:

"Ludzie urodzeni z Alexandria's Genesis najpierw mają niebieską lub szarą barwę oczu. Po sześciu miesiącach ich oczy zaczynają się zmieniać z oryginalnego koloru na fiolet. Proces ten trwa do sześciu miesięcy. Podczas dojrzewania kolor może się pogłębić do ciemnego, głębokiego lub niebiesko-fioletowego koloru. Potem pozostaje niezmienny przez parę lat do śmierci. Ta mutacja nie dotyka zmysłu wzroku. Niszczy jednak mózg degenerując istotę szarą. Osobom z tą śmiertelną chorobą nigdy nie wyrosną żadne włosy na twarzy, ciele, ani w miejscach intymnych."

Wstukała jeszcze: "Choroba Aleksandra" po polsku, przeleciała wzrokiem po nagłówkach i przeczytała pobieżnie informacje:

"... choroba może prowadzić w ciągu kilku miesięcy do śmierci, większość dzieci umiera w stanie wegetatywnym..."

- Niedziela. Co robić? Jechać od razu na pogotowie? - miała mętlik w głowie.

Dobro dziecka było najważniejsze. To przecież śmiertelna choroba! Zadzwoniła do zaprzyjaźnionego lekarza homeopaty. Cud, że odebrał. Krótko opowiedziała, że jej dziecko ma Chorobę Aleksandra i nie wie co robić. Powiedział, że oddzwoni, gdy zasięgnie opinii innego lekarza.

Mama patrzyła na przerażoną córkę. Sama też była przerażona. Jej dziecko umiera. Jeszcze wczoraj wszystko było dobrze, a dzisiaj umiera.

Ze złych myśli wyrwał ją telefon. Wstała i poszła do kuchni, by spokojnie porozmawiać i przy okazji zrobić sobie ziółek na uspokojenie.

Odebrała rozmowę.

- Umówiłem was na wtorek do najlepszego neurologa w mieście. Jeśli potwierdzi się to, co mówisz, to i tak trzy dni jej nie zbawi. O dziewiątej masz wizytę.

- Coś można jej podać?

- Belladonna 9CH będzie odpowiednie.

- Ale nie ma rozszerzonych źrenic.

- A miała zaczerwienione policzki?

- Tak.

- Sanguinaria canadensis 9CH pomoże, tylko dawkuj zgodnie z zasadą, w potencjach D30.

- Mam. Dziękuję.

- Oddzwoń, jak już coś będziesz wiedzieć.

- Tak. Jeszcze raz dziękuję.

- Doliczę przy następnej wizycie.

- Tak. Jeszcze raz dziękuję. Do widzenia.

Odłożyła słuchawkę.

Potrzebowała czegoś na uspokojenie. Zagotowała wodę i zalała zioła. Usiadła przy stole wpatrując się tak długo w szklankę, aż napar nabrał ciemnobrunatnego koloru. Przelała napój przez sitko. Wyciągnęła Xanax i popiła ziołami.