Prolog
Prolog
---
Dahlia
Boston, jedenaście lat wcześniej
Jednego moi rodzice na pewno nie mogli mi zarzucić. Mianowicie - że nie
robiłam wszystkiego, by zarobić na studia, które były moją pasją.
Ojciec był strażakiem, mama pielęgniarką, a wszystkie z ich pięciorga
dzieci postanowiły kontynuować naukę w college'u. Kiedy oznajmiłam, że
złożyłam podanie do akademii sztuk pięknych, Cian i Sorcha McGuire'owie
nie wyglądali na uszczęśliwionych. Po Dermocie, który zmieniał posady
jak rękawiczki, i Dillon, najmłodszej z nas, uczennicy szkoły
kosmetycznej, miałam być kolejnym dzieckiem w rodzinie, które wybierało
się na wyższą uczelnię. Rodzice uznali mój wybór za kosztowny i nieużyteczny. Dlaczego nie mogłam studiować czegoś praktycznego jak
Davina, która poszła na zarządzanie, albo Darragh, absolwent
dziennikarstwa?
Rzeczywiście, bardzo praktyczne wybory.
No dobrze, były bardziej praktyczne niż studia w szkole artystycznej,
ale pragnienie tworzenia rzeczy pięknych stanowiło istotną część mojej
osobowości.
Nawet biorąc pod uwagę stypendium i możliwą pomoc finansową, szkoła była
droga - a to oznaczało, że przez cały rok musiałam pracować w kilku
miejscach, żeby pomóc w opłacaniu czesnego. Mieszkałam z rodzicami, co
obniżało koszty utrzymania, ale też utrudniało życie towarzyskie.
Starałam się znaleźć prace związane z działalnością artystyczną, sama
musiałam jednak przyznać, że praca, którą w tej chwili wykonywałam,
nieco wykraczała poza sztukę. Jedynym powodem, dla którego stałam teraz
półnaga, było wysokie wynagrodzenie.
Wystawa odbywała się w małej galerii w Allston i była poświęcona pracom
artysty K. Lowinskiego. Nosiła tytuł Więcej niż, a składała się z abstrakcyjnych obrazów, które emanowały taką energią, jakby miały za
chwilę ożyć i wyskoczyć z ram. Żeby przyciągnąć gości, galeria oprócz
mnie wynajęła jeszcze dwie inne dziewczyny i trzech chłopaków w charakterze żywych dzieł sztuki. Mieliśmy stać nieruchomo na niewielkich
podestach, poruszając się tylko od czasu do czasu. Można by zapytać, co
w tym takiego ekscytującego?
Ano to, że wydawaliśmy się kompletnie nadzy.
Mieliśmy na sobie cienkie, przezroczyste trykoty, które K. Lowinski
artystycznie przyozdobił jedynie w strategicznych miejscach.
Byłam niską, hojnie obdarzoną kobiecymi krągłościami dwudziestolatką, a artystyczne elementy z trudem zakrywały pewne części mojego ciała, jeśli
wiecie, o czym mówię. Kiedy pierwszy raz włożyłam ten trykot, myślałam,
że za żadne skarby nie pokażę się w nim w sali wystawowej. Byłam prawie
naga! Potem przypomniałam sobie o pieniądzach i o tym, że nikt z moich
znajomych nie miał w zwyczaju odwiedzania galerii sztuki.
Rodzice na pewno się o tym nie dowiedzą.
A co ważniejsze, nie dowie się o tym Gary, mój chłopak w typie macho.
Spotykaliśmy się zaledwie od dwóch miesięcy, zresztą i tak nie miał
prawa mną rządzić. Gary był jednak dowcipny, przystojny, a przede
wszystkim jako pierwszy facet potrafił doprowadzić mnie do orgazmu. Nie
chciałam tego zepsuć.
Nie. Nikt się nie dowie, że wystawiam się na widok publiczny na pokazie
malarstwa.
Właśnie tak się sprawy miały.
Miałam ochotę roześmiać się z własnego dowcipu, ale zamiast tego
skupiłam się na trwaniu w bezruchu, jednocześnie starając się ignorować
ból kręgosłupa. Kiedy decydowałam się na tę pracę, nie zdawałam sobie
sprawy, jak trudno będzie stać nieruchomo przez tak długi czas. Tkwienie
w jednym miejscu nie leżało w mojej naturze. Gary twierdził, że nie zna
nikogo równie energicznego. I wcale nie był to dla niego powód do
narzekań. Wiecie, co mam na myśli.
Wróciłam myślami do moich zajęć na uczelni. W tym semestrze zapisałam
się na zajęcia z metaloplastyki oraz się zakochałam. Naprawdę zakochałam
się w tym przedmiocie. Znalazłam swoje powołanie. Tworzyłam biżuterię,
którą zachwycał się mój profesor. Na urodziny podarowałam mamie
naszyjnik własnej roboty, i nawet ona, tak dotąd krytyczna wobec mojego
wyboru Sorcha McGuire, uznała, że jest piękny. Oczywiście zaraz potem
zepsuła miłą atmosferę, pytając, jak zamierzam się utrzymać z robienia
biżuterii. Ale nieważne.
Dahlia McGuire, przyszła złotniczka. Brzmiało nieźle, prawda? Jak
powtarzał mój brat Dermot, "zajebiście".
Otrząsnęłam się z rozmyślań, kiedy poczułam na skórze dziwne mrowienie.
Właściwie nie było to mrowienie, tylko gorący dreszczyk, który przebiega
człowieka, kiedy ktoś mu się przygląda. Ponieważ stałam tam niemal naga,
przyglądali mi się wszyscy, więc skąd nagle to uczucie? Przebiegłam
wzrokiem salę.
Jest!
Sprawca gorącego, przyjemnego dreszczyku stał oparty o ścianę obok
jednego z obrazów.
Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się, a mnie przebiegł
jeszcze gorętszy dreszcz.
Oderwałam od niego wzrok, ale wciąż miałam przed oczami jego chłopięcy,
łobuzerski uśmiech.
Zapamiętałam też wąskie biodra, szerokie ramiona i prosty granatowy
T-shirt.
"Dahlio, przestań myśleć o tym przystojniaku", nakazałam sobie w duchu.
Byłam przecież w pracy - i miałam chłopaka.
Chłopaka, który wiedział, jak się obchodzić z moją łechtaczką.
Za nic nie chciałam tego stracić!
Chociaż starałam się uspokoić, nadal czułam na sobie spojrzenie
nieznajomego.
Gapił się na mnie.
Gapił się cały czas.
To chyba niemożliwe. Pewnie poniosła mnie wyobraźnia.
A, co mi tam. Ukradkiem zerknęłam w jego stronę i zesztywniałam, kiedy
zobaczyłam, że nie tylko nadal mnie obserwował, lecz na dodatek
przysunął się bliżej.
Tym razem przyjrzałam mu się uważniej.
Gary był od niego wyższy, ale szczuplejszy, miał ciemne włosy, śliczne
niebieskie oczy i widoczne tatuaże. Pochodził z Southie, robotniczej
dzielnicy Bostonu, ale wyglądał jak lalusiowata gwiazda rocka.
Ten facet miał bardziej szorstką powierzchowność, ciemnoblond włosy i ciemne oczy. Grubo ciosane rysy twarzy zupełnie nie pasowały do pięknie
wykrojonych ust.
Widząc, że mu się przypatruję, uśmiechnął się znacząco.
Zmrużyłam oczy.
On nie przyszedł tu dla sztuki.
Zboczeniec!
Na chwilę zapomniałam, że jestem w pracy, i skrzywiłam się ironicznie,
ale to tylko go rozbawiło.
Zjeżyłam się wewnętrznie i zdecydowałam, że w tej sytuacji najlepiej
będzie zignorować faceta, który najwyraźniej miał chęć na darmowy
striptiz. To powinno stłumić dreszczyk podniecenia. I stłumiło.
Były tu też inne dziewczyny.
"Gap się na nie!"
Musiałam uczciwie przyznać, że przyłapałam go jedynie na wpatrywaniu się
w moją twarz... ale na pewno, kiedy tak jak teraz odwracałam wzrok, gapił
się na inne części mojego ciała.
Wcale mi to nie pochlebiało, tylko napawało niesmakiem i irytowało.
"Jestem żywym dziełem sztuki, gnojku, nie wystawą okienną w dzielnicy
czerwonych latarni w Amsterdamie!"
Kogo chciałam oszukać? Nawet tak zwani entuzjaści sztuki przyszli tutaj
gapić się na półnagich ludzi. Właśnie po to galeria nas zatrudniła.
Inni przynajmniej udawali miłośników malarstwa.
Czując narastającą irytację - sama nie wiedziałam, czy nie wywołało jej
przyspieszone bicie mojego serca w reakcji na jego spojrzenie - znów
zerknęłam na przystojniaka, który nie chciał oderwać ode mnie wzroku.
Tak. Nadal się na mnie gapił.
Na dodatek w jego oczach zobaczyłam ogień, który spowodował u mnie
skurcz w podbrzuszu i ciepło rozchodzące się między udami.
Co, do cholery!
Przerażona, że nieznajomy facet wywołał u mnie taką reakcję (co to w ogóle było?), doszłam do wniosku, że najwyższy czas się poruszyć i pokazać mu, co myślę. Wolno, z wdziękiem ugięłam kolano i uniosłam
ramię.
Na ten widok wzrok nieznajomego zapłonął.
Szlag.
Co za zbok!
Zbliżyłam dłoń do policzka, zacisnęłam w pięść, ale jeden palec,
środkowy, pozostał wyprostowany. Dotknęłam palcem policzka i posłałam
facetowi spojrzenie, które uzupełniało ten znaczący gest.
A co on zrobił, widząc, że pokazuję mu środkowy palec?
Odchylił głowę w tył i wybuchnął śmiechem, zwracając na siebie uwagę
wszystkich. Ja natomiast opuściłam dłoń, nie chcąc, żeby szef zobaczył
mój obelżywy względem klienta gest.
Śmiech umilkł. Patrząc na mnie błyszczącymi oczami, nieznajomy posłał mi
zaskakująco czuły uśmiech, a potem odszedł. Zniknął za rogiem, a ja
odetchnęłam z ulgą.
A może był to jęk rozczarowania?
***
Godzinę później, już we własnym ubraniu, wyszłam z ciasnej komórki,
którą udostępniono nam jako szatnię. Żałowałam, że nie mam pieniędzy na
masaż. Plecy mi zesztywniały od czterogodzinnego stania w jednym miejscu
z zaledwie dwiema krótkimi przerwami.
Tego samego dnia miałam jeszcze po raz pierwszy iść do pracy w barze w Malden, miasteczku sąsiadującym z Everett, gdzie mieszkałam. Kiedyś
pracowała tam moja siostra Davina, więc kiedy obcięli mi godziny w uczelnianym barku, przeniosłam się do konkurencji. Płacili kiepsko, ale
nie zawsze dostaje się to, czego się pragnie, prawda?
Mijając lustro na tyłach galerii, odgarnęłam kosmyk włosów z czoła. Do
pracy tutaj nie pozwalano nam nakładać makijażu, z wyjątkiem tuszu do
rzęs, więc wyglądałam bardzo młodo. I nieciekawie. Od trzech lat moim
modowym guru była Dita von Teese. Uwielbiałam ubrania w stylu vintage,
czarne kreski na powiekach i czerwoną szminkę na ustach. Zerknęłam na
swoją nieumalowaną twarz i postanowiłam sprawić sobie grzywkę. Grzywka
wyglądałaby seksi. Bardzo w stylu vintage.
Ogólnie rzecz biorąc, byłam w tamtej chwili zupełnie do siebie
niepodobna. Ubrana w jeansy, T-shirt i tenisówki, zamiast - jak zwykle -
wąskiej spódnicy, bluzki i sandałków na wysokim obcasie. Czasami nosiłam
też urocze sukienki. Najbardziej jednak lubiłam chodzić w ołówkowych
spódnicach, które podkreślały moją wąską talię i pełne biodra.
W jeansach wyglądałam zwyczajnie.
Szef galerii zapowiedział, że w kafejce na tyłach budynku dostaniemy
darmową kawę i kanapkę, więc naturalnie postanowiłam skorzystać z tej
oferty. Odebrałam swoje zamówienie, zajęłam miejsce przy stoliku w opustoszałym lokalu i niemal jęknęłam z rozkoszy, że wreszcie mogę
usiąść.
To była jedna z tych spokojnych, miłych chwil pełnej satysfakcji.
Wygodne miejsce do siedzenia i darmowe jedzenie.
Ale on musiał to zepsuć.
Ktoś z hałasem odsunął stojące obok mnie krzesło. Kiedy zaskoczona
podniosłam wzrok, zobaczyłam, że przystojniak z rozmarzonymi oczami i zmysłowymi ustami siada przy moim stoliku. Przez długą chwilę
patrzyliśmy na siebie w milczeniu, w końcu on oparł się o blat i pochylił do przodu.
- Hej.
Przełknęłam kęs kanapki, czując, jak przyspiesza mi tętno. Miałam
nadzieję, że nie zauważył moich nagle zarumienionych policzków.
Ignorując niewytłumaczalną reakcję własnego ciała na jego obecność,
powiedziałam:
- Co za niespodzianka. Pan Zboczek się do mnie przysiadł.
Uśmiechnął się do mnie tym chłopięcym, łobuzerskim uśmiechem, od którego
poczułam łaskotanie w żołądku.
Tak właśnie było.
- Ludzie zwykle mówią do mnie Michael lub Mike. - Jego bostoński akcent
był silniejszy niż mój. Mówił podobnie jak Gary, więc zapewne również
pochodził z Southie.
- Pewnie dlatego, że nie widzieli, jak się gapisz na półnagą kobietę
niczym pryszczaty gimnazjalista.
Michael vel Mike parsknął śmiechem.
- Takie robiłem wrażenie?
- Nadal się ślinisz. - Wskazałam na kącik jego ust.
Tym razem się nie roześmiał, tylko patrzył uważnie w moją twarz, aż
zaczęłam się zastanawiać, czy czegoś na niej nie mam.
- Znów to robisz - warknęłam, jeszcze bardziej czerwieniejąc.
Michael (to imię zawsze mi się podobało w pełnym brzmieniu i nie
znosiłam, kiedy skracano je do formy Mike) wzruszył ramionami.
- Nic na to nie poradzę.
- Postaraj się. - Odgryzłam kęs kanapki. Przeżuwałam, przyglądając mu
się z dezaprobatą.
- Czy ktoś ci kiedyś powiedział, że jesteś zachwycająca?
- A czy tobie ktoś kiedy powiedział, że jesteś bezczelny?
- Zwykle nie bywam bezczelny.
- W takim razie mam szczęście, że dzisiaj postanowiłeś być.
- Ale z ciebie mądrala - stwierdził rozbawiony. - Czy twój szef wie, że
pokazujesz palec klientom, udając, że to sztuka?
- Ty byłeś pierwszy.
- Czuję się zaszczycony.
- Byłeś też pierwszym klientem, który tak otwarcie ślinił się do
modelek.
- Nieprawda. - Usadowił się wygodniej na krześle, jakby się szykował do
długiej, przyjacielskiej pogawędki.
Musiałam się go pozbyć. Serce biło mi zbyt mocno, mrowienie w żołądku
nie ustawało. Tak powinnam reagować tylko na Gary'ego. Jednak na myśl,
że Michael może za chwilę wstać i odejść, czułam głębokie rozczarowanie.
Nabijanie się z niego sprawiało mi przyjemność i... cóż, reakcja, którą we
mnie wywoływał, była bardzo podniecająca.
Oj.
- Właśnie, że prawda! - odparłam ze śmiechem. - Śliniłeś się jak jakiś
zbok.
- Patrzyłem na jedną modelkę. Na ciebie. Nie ma w tym nic zboczonego.
- A więc jesteś miłośnikiem sztuki, tak?
- Nie. Jestem początkującym gliną. Dziś mam wolny dzień. Obiecałem
podwieźć kumpla, który ma cateringową fuchę w okolicy. Wracając z kuchni
do samochodu, zajrzałem do galerii. Nie będę kłamać, przede wszystkim
rzuciło mi się w oczy piękne ciało. Potem spojrzałem na twarz i... -
Wzruszył ramionami. - Nie potrafiłem oderwać wzroku.
Może byłam idiotką, ale w jego głosie usłyszałam szczerość. To nie był
obleśny podryw. Po prostu szczerość. Michael wyglądał tak, jakbym
kompletnie go zaskoczyła. Dzięki temu nie czułam się już tak
zniesmaczona własną reakcją na niego.
Nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Nagle zrobiłaś się nieśmiała?
Przymrużyłam oczy.
- Zastanawiam się nad odpowiedzią.
- Naprawdę? - spytał rozbawiony. - W takim razie zastanawiaj się, jak
długo chcesz. Mam czas.
- Właściwie mogłabym uznać, że jesteś czubkiem.
Przechylił głowę w bok.
- Przecież taki strój jest obliczony na to, żeby ludzie się na ciebie
gapili, prawda?
- Chyba tak. - Zmarszczyłam nos. - Ale inni nie robili tego tak
otwarcie.
- Dlaczego to robisz? - Skinął głową w kierunku galerii.
- To żaden wstyd - odrzekłam defensywnie.
- Nie powiedziałem, że wstyd.
- Ale mówisz tak, jakby chodziło wyłącznie o erotykę, gdy tymczasem
chodzi o sztukę.
Michael się roześmiał. Było mu z tym do twarzy. Śmiech miał głęboki i dudniący, aż poczułam jego wibracje między nogami.
Dobry Boże!
- To ty wniosłaś tam ten erotyczny element. Szefostwo galerii dobrze
wiedziało, co robi, zatrudniając właśnie ciebie.
Speszyłam się komplementem.
- Być może. Płacą wyjątkowo dobrze, a ja studiuję sztukę. Potrzebuję
pieniędzy.
- Nie oceniam cię. Ale muszę powiedzieć, że gdybyś była moją dziewczyną,
nie byłbym uszczęśliwiony, że to robisz.
Cudownie. Kolejny neandertalczyk, jak Gary. Czy to jakaś miejscowa
plaga?
- Posłuchaj, macho za dychę, nikt mi nie będzie mówił, co mam robić.
- Ależ skarbie, to było jasne już w chwili, kiedy pokazałaś mi palec.
Czułe słówko wywołało kolejny dreszcz, ale zignorowałam go i z namysłem
przechyliłam głowę w bok.
- Skoro jesteś policjantem, to wiesz, że społeczeństwo patrzy krzywo na
zboczeńców.
Roześmiał się.
- Nie wierzę, że prowadzę tę rozmowę. Ale tak, to prawda. Zapewniam cię
jednak, że nie jestem zboczeńcem. Słowo.
- Dowody mówią co innego.
- Cholera. Gdybym wiedział, że jesteś taka bystra, tobym się nie
przysiadł - zażartował.
- W każdej chwili możesz odejść - odpaliłam, chociaż jakiś głosik we
mnie mówił: "Proszę, zostań".
- Krzesło jest wygodne, a twoje docinki bardzo mi się podobają. -
Spuścił wzrok na moje usta.
Serce zabiło mi mocniej, a jakaś niewidzialna lina spętała nas oboje,
przyciągając coraz bliżej do siebie. Nie potrafiłam tego zrozumieć.
Czułam, że każdy nerw w moim ciele lekko drży, skórę miałam rozpaloną, a ciało przyjemnie budziło się do życia.
- Mam chłopaka - wypaliłam.
Zobaczyłam, że jest wyraźnie rozczarowany. Przez kilka sekund
patrzyliśmy na siebie, a potem Michael zapytał:
- To coś poważnego?
Wzruszyłam ramionami.
- Spotykamy się od niedawna, ale to udany związek.
- Od niedawna, czyli od kiedy?
- Od dwóch miesięcy.
Wargi mu zadrżały.
- To rzeczywiście od niedawna.
Starałam się stłumić uśmiech, ale mi się nie udało.
- Uderzyłbyś do dziewczyny innego faceta?
- Nigdy mi się to nie zdarzyło, ale ty jesteś wyjątkowa.
- Naprawdę? - Serce mało nie wyskoczyło mi z piersi.
Michael skinął głową.
- Nie powiesz mi, że nie czujesz podobnie.
Zagryzłam wargę i wolno skinęłam głową.
W jego oczach zobaczyłam nagłe pragnienie.
O kurczę!
Miałam ochotę rzucić się na niego tu i teraz. Pokręciłam głową, jakbym
chciała się pozbyć tego pragnienia. To było istne szaleństwo.
- Nigdy bym nikogo nie zdradziła. Przenigdy.
- Ani ja - zapewnił. - Posiedźmy chwilę razem.
Nie byłam pewna, czy to dobry pomysł.
- O czym myślisz? - zaciekawił się.
- O tym, że podobała mi się twoja rozczarowana mina na wieść, że mam
chłopaka. Nie powinnam tak zareagować.
- Skoro o nim mowa, to czy wie, że tu pracujesz?
- Nie wie. I nie musi wiedzieć. To tymczasowa fucha, dobrze płatna za
godzinę i nikomu nie robię krzywdy.
- Pozwolę sobie mieć odmienne zdanie w tej sprawie.
- Dlaczego?
- To może krzywdzić twojego chłopaka. Gdybyś tu nie pracowała, nie
zobaczyłbym cię i nie stwierdził, że jesteś najśliczniejszą dziewczyną
pod słońcem, i nie przysiadłbym się do ciebie. Teraz już wiem, że jesteś
nie tylko śliczna, lecz także bystra i dowcipna... chociaż to już
wiedziałem, kiedy pokazałaś mi palec. A to wszystko oznacza, że nie
odejdę, póki nie wymienimy się numerami telefonów. Zrobię tak, bo wiem,
że jeśli podobam ci się chociaż w połowie jak ty mnie, to zostawisz
swojego niezbyt serio zaangażowanego chłopaka i dasz mi szansę. Jak
widać, twoja praca jednak może zrobić komuś krzywdę.
Patrzyłam na niego zdziwiona.
- Jesteś bardzo pewny siebie.
- Nie. Po prostu wiem, czego chcę.
- Mój chłopak jest świetny w łóżku. - Nagle poczułam się rozdarta i wcale mi się to nie podobało. - To nie zdarza się zbyt często.
Michael uśmiechnął się, słysząc moje bezceremonialne wyznanie.
- Skarbie, nic jeszcze o tym nie wiesz. Ile masz lat? Dwadzieścia?
Skinęłam głową.
- Dwadzieścia. I co z tego?
- Może więc mylisz znośny seks ze wspaniałym seksem. - Pochylił się
naprzód tak, że nasze nosy niemal się stykały i wyczułam bijący od niego
korzenny zapach. - Gdybym miał szczęście i trafiłabyś do mojego łóżka,
dostarczyłbym ci wrażeń, jakich istnienia nawet nie podejrzewasz. Gdybyś
była moja, nie flirtowałabyś z innymi facetami. Nawet przez myśl by ci
to nie przeszło, ponieważ wiedziałabyś, że żaden inny facet nie ceniłby
cię tak, jak ja. Uwierz mi, skarbie, wiem, kiedy trafiam na coś dobrego,
i potrafię to docenić. Nie spodziewałem się tylko, że natknę się w życiu
na coś tak doskonałego, i to w galerii sztuki.
O mój Boże!
- Co ty ze mną wyprawiasz? - odrzekłam, odsuwając się w tył, żeby
zwiększyć dystans między nami. - Mam w sobie irlandzką krew. Dorastałam
w otoczeniu Irlandczyków, którzy potrafią dziewczynie zawrócić w głowie.
Ale ty jesteś po prostu mistrzem. I nie powiesz mi, że nie jesteś
Irlandczykiem. Mam pewność, że jesteś.
- Jestem. Ale nie próbuję cię zbajerować.
Skołowana odsunęłam krzesło od stołu, wstałam i chwyciłam torebkę.
Lubiłam Gary'ego. Nieźle nam się układało! Nawet bardzo dobrze. A ten
gość mnie przerażał. Owszem, potrafiłam działać impulsywnie, ale
dotychczas nigdy nie miałam ochoty rzucić się na nieznajomego faceta i bzykać się z nim do upadłego. Dopóki nie poznałam Gary'ego, seks był dla
mnie rozładowaniem napięcia hormonalnego, którego domagało się moje
ciało, i za każdym razem wypadał rozczarowująco.
Pociąg, który czułam do Michaela, był czymś o wiele bardziej złożonym.
Tak, istniało między nami napięcie seksualne, ale też coś jeszcze. Jakaś
łączność, której nie rozumiałam. Doprowadzało mnie to do obłędu!
- Muszę już iść.
- Nie odchodź. - Wstał z niepewną miną, która zupełnie do niego nie
pasowała. Ale skąd niby to wiedziałam? Przecież się nie znaliśmy. -
Przepraszam, jeśli byłem zbyt obcesowy. Nigdy jeszcze... - zaczął i urwał.
Wyglądał teraz jak bardzo młody chłopak.
Zdałam sobie sprawę, że był młodszy, niż mi się w pierwszej chwili
wydawał. W końcu powiedział, że jest początkującym gliną. Oceniłam, że
jest mniej więcej w moim wieku lub w wieku Gary'ego, który był ode mnie
dwa lata starszy.
- Zostań. Porozmawiajmy. - Wskazał na stolik i uśmiechnął się
zachęcająco. - Powiedz mi, jak się nazywasz.
- Nie mogę. - Musiałam szybko się od niego oddalić i zobaczyć Gary'ego,
żeby sobie przypomnieć, jak świetny łączy nas związek.
Nieszczęśliwa mina Michaela poruszyła moje serce.
- Posłuchaj. Będę tu znowu w środę wieczorem, a potem w sobotę. Jeśli
mówiłeś szczerze, przyjdź. Zobaczymy, co dalej.
Widać było, że odczuł ulgę.
- Też mi się to podoba. - Uśmiechnęłam się do niego, a jego wzrok skupił
się na dołeczku w moim lewym policzku. Ten dołeczek odziedziczyłam po
tacie.
- Co ci się podoba?
- Otwarty tekst, bez ściemniania. Mówisz mi, co czujesz, nawet bez
używania słów. I podoba mi się, że odczułeś ulgę. Zakładam, że
przyjdziesz?
- Skarbie, jeszcze raz tak się do mnie uśmiechnij, z tym słodkim
dołeczkiem, a zrobię dla ciebie wszystko, co tylko jest zgodne z prawem.
A może nawet więcej - zażartował.
Uśmiechnęłam się szerzej, a jego twarz przybrała czuły wyraz. "O mamo!"
- W takim razie do szybkiego zobaczenia.
- Powiedz mi chociaż, jak ci na imię.
Odwróciłam się do niego, idąc już w stronę drzwi.
- Powiem ci następnym razem, jeśli się zjawisz w galerii.
- Flirciara!
Z beztroskim uśmiechem pokazałam mu środkowy palec i wyszłam, cały czas
słysząc jego śmiech. Kręciło mi się w głowie i czułam, jak rozpiera mnie
radość. Dziewczyna mająca stałego chłopaka nie powinna się tak czuć po
spotkaniu z nieznajomym facetem.
***
- Wszystko w porządku? - zapytała mnie Ally, kiedy wydawałam klientowi
resztę.
Moja zmiana w Wilde's Place zaczęła się dwie godziny temu. Nieźle
dawałam sobie radę za barem. Ta praca nie stanowiła dla mnie wyzwania.
Miałam już doświadczenie, a tutejsi klienci byli o wiele normalniejsi i zabawniejsi w rozmowie niż klientela uczelnianego barku.
- W jak najlepszym - odparłam z uśmiechem.
- Twój chłopak przyjedzie po ciebie?
Na myśl o Garym ogarnęło mnie poczucie winy. W zasadzie umówiłam się na
coś w rodzaju randki z innym facetem. Dotąd nie postrzegałam tego w ten
sposób, ale teraz zdałam sobie sprawę, że to, co zrobiłam, jest słabe.
Flirtowałam z obcym facetem i ustaliłam, że się znowu spotkamy. Nie
mogłam jednak zapomnieć doznań, jakie we mnie wywołał. Nadal na samą
myśl o nim czułam dreszcz podniecenia. Gary nie dostarczał mi takich
wrażeń, chociaż mi na nim zależało.
Czy warto było dla Michaela zniszczyć mój obecny związek? Gary zadzwonił
do mnie, zanim rozpoczęłam zmianę w barze, i oznajmił, że Sully ma dziś
wolny wieczór, zatem przyjedzie z nim do Wilde's Place, żebyśmy się
poznali. Sully był przyjacielem Gary'ego, ale jako policjant nie miał
zbyt wiele wolnego czasu. Pracował w bostońskiej policji od prawie dwóch
lat i dopiero teraz przydzielono mu regularne godziny służby, dające
możliwość prowadzenia życia towarzyskiego.
Trochę się denerwowałam przed tym spotkaniem. Gary dużo mi opowiadał o swym przyjacielu. Dorastali razem, a Sully nieraz ratował go z opresji,
ponieważ Gary często pakował się w kłopoty. Z tego, co wiedziałam, to
Gary był nieodpowiedzialną i lekkomyślną częścią tej przyjacielskiej
dwójki. Zanim mnie poznał, interesował się tylko przelotnym seksem i nabijał się z Sully'ego, który był zdeklarowanym monogamistą. Sully
chciał iść na studia prawnicze, ale jego rodzina nie miała na to
pieniędzy, więc jako dziewiętnastolatek zdał test policyjny i został
kadetem w bostońskiej policji. Skończywszy dwadzieścia jeden lat, stał
się policjantem, jak ojciec.
Gary, dla odmiany, zmieniał prace jak rękawiczki. Kiedy wyrzucano go z jednej, a zdarzało się to nagminnie, znajdował sobie inną. W końcu wuj
zaproponował mu pracę mechanika w swoim zakładzie. Od tego czasu Gary
się ustatkował, zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym.
Gdyby Gary i jego przyjaciel dowiedzieli się, co dzisiaj zrobiłam,
znienawidziliby mnie.
"Ale przecież nie zrobiłam nic złego", przekonywałam się w duchu.
- Cześć, ślicznotko!
Znajomy głos mojego chłopaka wyrwał mnie z zamyślenia, kiedy podawałam
piwo klientowi. Gary uśmiechał się do mnie, oparty o bar.
Przechyliłam się przez kontuar i pocałowałam go w usta. Kilku stojących
w pobliżu facetów głośno jęknęło, udając rozczarowanie, a Gary rzucił w ich stronę triumfalny uśmiech.
- Zgadza się, chłopaki. Ona jest moja, więc łapy przy sobie.
Pokręciłam głową rozbawiona.
- Jak leci?
- To ja powinienem cię o to zapytać. Wszystko gra?
- Jak najbardziej.
Skinął głową i zerknął przez ramię.
- Przyprowadziłem Sully'ego. Mówiłem ci, że nie jest wymyślony.
Roześmiałam się. Nasze spotkanie odwlekało się już tyle tygodni, że
wyrażałam wątpliwości co do istnienia Sully'ego. Spojrzałam przed
siebie, gotowa przywitać uśmiechem przyjaciela mojego chłopaka, ale
uśmiech zamarł mi na ustach.
Stałam jak zamurowana i spoglądałam w znajome ciemnobrązowe oczy.
Michael?
Przez jego twarz przemknął wyraz zaskoczenia, ale szybko udało mu się go
opanować. Wyciągnął dłoń i powiedział z naciskiem:
- Michael Sullivan. Miło mi cię poznać.
O mój Boże.
Sullivan. Sully.
No tak.
Czyż nie był to czysty koszmar? Tłumiąc zaskoczenie i rozczarowanie,
ostrożnie uścisnęłam mu dłoń. Kiedy go dotknęłam i poczułam, że jego
ręka lekko zaciska się na mojej, przebiegły mnie ciarki.
- Jestem Dahlia. - Trudno mi było wydusić te słowa. Mój głos brzmiał
cicho i niepewnie. - Mnie również miło.
- Skąd ta nagła nieśmiałość? - zdziwił się Gary.
Uśmiechnęłam się z wysiłkiem.
- To twój przyjaciel. Chcę, żeby mnie polubił.
Jasne. Nie spodziewałam się tylko, że aż tak bardzo.
- Oczywiście, że cię polubi. Prawda, Sully? Czy ona może się komuś nie
podobać?
Michael uśmiechnął się do nas sztywno.
- Tak dużo o niej mówisz, że już ją lubię.
Gary poklepał go po ramieniu i usiadł na stołku przy barze. Wymieniliśmy
z Michaelem znaczące spojrzenia, a potem on również usadowił się obok.
Starannie ukrywałam, że jestem całkiem roztrzęsiona. Czułam panikę na
myśl, że Michael opowie Gary'emu, jak z nim flirtowałam, ale chyba
ogarniał mnie jeszcze większy strach na myśl, że nie przyjdzie na
spotkanie ze mną, tak jak się umawialiśmy. Oczywiście, że nie przyjdzie!
Czy ja całkiem zwariowałam? Przecież nie zraniłby swojego przyjaciela!
Co za niedorzeczny pomysł.
Dlaczego przytrafia mi się coś takiego? Czy nie mogłam poznać Michaela w pierwszej kolejności?
I czy tego naprawdę chciałam? Spotkać go jako pierwszego? Przecież tak
niewiele o nim wiedziałam. Tylko tyle, ile usłyszałam od Gary'ego (a były to same dobre rzeczy; mój chłopak uwielbiał swojego przyjaciela), i to, co dzisiaj wyczułam, kiedy się poznaliśmy.
Ale Gary był taki miły, świetny w łóżku i tak dobrze mnie traktował.
"Cholera".
W przerwach między obsługiwaniem klientów rozmawiałam z Garym i Michaelem, starając się zachowywać wesoło i zadziornie, jak to zwykle
ja. Najgorszy moment wieczoru nadszedł, kiedy Gary przeprosił i wyszedł
do toalety, a Michael dał znak, żebym do niego podeszła.
W jego ciemnych oczach nie widziałam już błysków radości i pożądania.
Nadal spoglądały ciepło, ale z uprzejmym dystansem. Żałowałam, że nie
patrzy na mnie tak jak kilka godzin wcześniej.
- Nie powiem Gary'emu o tym, co się dzisiaj wydarzyło.
Skinęłam głową.
- Zwykle nie flirtuję z innymi facetami.
Przechylił się przez kontuar i ściszył głos.
- Domyślam się. To, co się dziś stało, zaskoczyło nas oboje.
Gary powiedział mi kiedyś, że Michael ma dwadzieścia trzy lata. Dopiero
teraz to sobie przypomniałam. Był ode mnie zaledwie trzy lata starszy,
ale miał w sobie pewną dojrzałość, której brakowało innym moim znajomym.
Nawet Gary'emu. Bardzo mnie to pociągało.
Cholera.
- To wbrew niepisanym zasadom, ale powiem ci, że Gary bardzo cię lubi.
Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby do jakiejkolwiek dziewczyny odnosił
się tak jak do ciebie. - Uśmiechnął się smutno. - I teraz rozumiem
dlaczego. Nie miał łatwego życia... i dlatego... nie mogę mu tego zepsuć.
Nie mogłam spojrzeć mu w oczy. Poczułam rozczarowanie, chociaż nie
potrafiłabym wyjaśnić dlaczego.
- Dahlio, nie przyjdę więcej do galerii.
Skinęłam głową i z trudem przełknęłam ślinę.
- Rozumiem - odrzekłam.
- Jemu na tobie zależy. Bądź dla niego dobra.
Uśmiechnęłam się blado.
- Nie zranię go.
Odeszłam na drugi koniec baru, myśląc, że rzeczywiście nie zranię
Gary'ego. Jeśli bowiem byłoby to dla niego choć w połowie tak bolesne,
jak to, co czułam w tej chwili, to nikt nie powinien tak przeze mnie
cierpieć.
Rozdział 1
1
---
Dahlia
Hartwell, Delaware, dwa miesiące wcześniej
Wiele lat temu, przez krótki czas, piłam alkohol, żeby przytępić
uczucia. Gin przesiąkał do twardej, nabrzmiałej kuli, która rozsadzała
mi pierś, i pozwalał choć na chwilę zapomnieć o bólu. Łatwiej mi było
przeżywać dzień po dniu. Alkohol tłumił jednak nie tylko ból, lecz także
niemal wszystkie inne uczucia. Omal mnie nie zabił.
W końcu skończyłam z piciem i pozwoliłam sobie znów coś poczuć. Musiałam
jednak wykazać się cierpliwością. Na szczęście czas, odległość i terapia
sprawiły to, czego nie udało się zdziałać alkoholowi. Ból łagodniał.
Zdarzały się chwile, kiedy nawet czas wydawał się ulec zawieszeniu, ale
na ogół czułam się stosunkowo szczęśliwa.
Czyli najwyraźniej zapomniałam o przeszłości.
Zapomniałam też, że życie rządzi się swoimi prawami. Nie można w nieskończoność iść beztrosko przed siebie. Pewnego dnia coś się wydarza
i trafiasz z powrotem w dawne miejsce.
Życie takie jest.
I właśnie tego dnia postanowiło mi o tym przypomnieć.
***
Lato miało się ku końcowi. Zamknęłam już swój sklep i pracownię, którą
prowadziłam przy głównym deptaku w nadmorskiej miejscowości Hartwell w stanie Delaware. Formalnie było to miasto, ale raczej niewielkie, z prowincjonalną atmosferą i mentalnością. Promenada miała nieco ponad
półtora kilometra długości. Przy jej północnej części stały budynki
komercyjne i właśnie tutaj mieścił się mój sklepik. Sprzedawałam w nim
oryginalne, unikatowe pamiątki oraz biżuterię, którą sama projektowałam
i wykonywałam w pracowni sąsiadującej ze sklepem.
Właściciele biznesów położonych przy promenadzie stanowili zgraną
społeczność. Najserdeczniej przyjaźniłam się z Bailey Hartwell,
właścicielką hoteliku Hart's Inn, który mieścił się tuż obok mojego
sklepu.
Zamknęłam sklep na godzinę, a Bailey zostawiła swój pensjonat pod opieką
kierowniczki Aydan, mogłyśmy więc napić się kawy u Emery, naszej
koleżanki, która prowadziła księgarnię połączoną z kawiarnią.
Zwykle podczas przerwy na kawę gawędziłyśmy o wszystkim i o niczym, ale
tego dnia skupiłyśmy się na jednej osobie - Bailey. Otóż na horyzoncie
pojawiła się jej młodsza siostra i zdążyła nieźle narozrabiać. Co
więcej, Bailey zaczęła się spotykać z Vaughnem Tremaine'em. W miasteczku
wywołało to wielką sensację. Dlaczego? Cóż, wszystko, co dotyczyło
Bailey, wywoływało sensację. Wywodziła się z rodziny założycieli miasta
i była tu dobrze znana. Cieszyła się powszechnym szacunkiem i sympatią.
Kiedy Vaughn Tremaine kupił stary hotel przy promenadzie, zburzył go i na jego miejscu wybudował pięciogwiazdkowy przybytek Paradise Sands,
Bailey nie była uszczęśliwiona. Nie kryła się z tym, co w końcu
doprowadziło do rozgrywającej się na oczach całego miasteczka miniwojny
między nią i tym zabójczo przystojnym przedsiębiorcą hotelowym z Manhattanu.
Jakby tego było mało, okazało się, że Tom, chłopak Bailey, z którym się
spotykała od dziesięciu lat, zdradził ją. Po ich zerwaniu napięcie
między Bailey a Vaughnem sięgnęło zenitu, aż w końcu oboje musieli
przyznać, że czują do siebie nieodparty pociąg, co zresztą wszyscy od
dawna podejrzewali.
Po długich miesiącach podchodów wreszcie zostali parą.
Bardzo mnie to cieszyło. Nikt bardziej niż Bailey Hartwell nie
zasługiwał na szczęście w życiu osobistym.
- Chcę spędzać z nim jak najwięcej czasu. Z Tomem nigdy tego nie czułam
- powiedziała moja przyjaciółka, kiedy piłyśmy kawę. Siedziałyśmy wokół
kominka w znajdującej się na podwyższeniu części księgarnio-kawiarni.
Światło sączące się przez niskie okna sprawiało, że jej rude włosy
wyglądały jak miedziana aureola. - Właściwie to nawet lubiłam, kiedy go
nie było, i to od samego początku. Tymczasem z Vaughnem chciałabym
przebywać non stop, ponieważ każda chwila razem pozwala mi dowiedzieć
się o nim czegoś nowego - poznaję jego dziwactwa, pewność siebie, jego
wady i zalety... I wiecie co? Wszystko mi się w nim podoba. Włącznie z wadami! Jak to wytłumaczyć?
Emery uśmiechnęła się rozmarzona.
- Zakochujesz się w nim.
Widząc ten uśmiech, również się uśmiechnęłam, a Bailey gwałtownie
zaprzeczyła. Szczerze mówiąc, przez ostatnie dziewięć lat trzymałam się
na uboczu i nie brałam udziału w życiu miasteczka. Emery sprowadziła się
tutaj rok po mnie, ale ponieważ była nieśmiała i towarzysko
niewyrobiona, nikt jej dobrze nie znał. Tak było do czasu, kiedy rok
temu w Hartwell pojawiła się Jessica Huntington, która najpierw
zaprzyjaźniła się z Bailey, a potem z Emery. Jessica zmieniła nazwisko
na Lawson, kiedy wyszła za mąż za Coopera, właściciela baru
sąsiadującego z księgarnią Emery. Jessica była lekarzem i jeśli udało
jej się znaleźć trochę czasu między kolejnymi pacjentami, dołączała do
naszych spotkań. Teraz jednak ona i Cooper wyjechali do Kanady w podróż
poślubną.
Nasza czwórka szybko się zgrała. Nawet Emery zaczęła wychodzić ze swojej
skorupy, choć nadal stanowiła dla nas zagadkę. Wiedziałam o niej tylko
tyle, że odziedziczyła kupę forsy po babci, między innymi dom, w którym
mieściła się księgarnia. Widziałam też, że jest nieśmiała, zwłaszcza w obecności mężczyzn, co zupełnie nie miało sensu, biorąc pod uwagę fakt,
że była jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie w życiu spotkałam. Serio.
Wysoka, szczupła, ale kobieca, z długimi włosami w naturalnym kolorze
jasnoblond, które rzadko widuje się u dorosłych kobiet, o delikatnych
rysach twarzy, przypominała postaci księżniczek z kreskówek Disneya.
Cat, siostra Coopera, często żartowała, że Emery wygląda jak Elsa z Krainy lodu.
Miałam świadomość, że Emery jest totalną romantyczką. Za każdym razem,
kiedy Bailey mówiła o Vaughnie albo Jess o Cooperze, twarz Emery
przybierała rozmarzony, pełen tęsknoty wyraz.
- Czy on nie powinien też chcieć być przy mnie przez cały czas? - Głos
Bailey wyrwał mnie z rozmyślania o Emery.
- Powinnaś z nim o tym porozmawiać. Teraz. Zanim sprawy zajdą za daleko
- poradziłam. Ostatnio Bailey i Vaughn ciągle natrafiali na jakieś
trudności w komunikacji. - Gdyby była tu Jess, powiedziałaby to samo.
- Sama nie wiem...
Natomiast ja wiedziałam to doskonale i bez problemu mogłam jej to
dobitnie zakomunikować.
Na szczęście Bailey ceniła sobie moją bezpośredniość.
- Naprawdę chcesz, żeby twój mąż i ojciec twoich dzieci stale przebywał
poza domem?
- Nie. - Pokręciła głową, a potem się wyprostowała, jakby podjęła jakąś
decyzję. - Dobrze. Pogadam z nim. To go pewnie wystraszy, ale i tak z nim porozmawiam.
- Po tym, co ci powiedział, nie sądzę, żeby cokolwiek mogło go do ciebie
zrazić - wtrąciła Emery, wyjmując mi te słowa z ust. W dniu ślubu Jess
Vaughn wdał się w bójkę z byłym chłopakiem Bailey, który okazał się jego
kolegą ze szkoły średniej. Facet obraził Bailey, za co Vaughn nieźle mu
przyłożył. Po bójce wygłosił zadziwiające przemówienie o tym, jak bardzo
ją kocha i dlaczego. Kiedy nam to opowiedziała, gotowa byłam sama się w nim zakochać.
- O tak - zgodziłam się. - Najwyraźniej kręci go twoja trudna do
zniesienia szczerość.
- Moja trudna do zniesienia szczerość? A znasz powiedzenie: "przyganiał
kocioł garnkowi"?
Roześmiałam się.
- Dobrze, dobrze. Tak czy owak, porozmawiaj z nim.
Nad drzwiami księgarni zadźwięczał dzwonek i Emery wstała, żeby powitać
klientów, a ja jeszcze raz potwierdziłam, że Bailey powinna porozmawiać
z Vaughnem. Na tym etapie zażyłości moja przyjaciółka powinna już
wiedzieć, że nie zrazi tym do siebie Tremaine'a. Patrzył na nią, jakby
była jego całym światem.
Po minucie wróciła Emery i znów usiadła przy nas.
- Chcą tylko poprzeglądać książki, więc powiedziałam, żeby mnie
zawołali, jeśli będę potrzebna - wyjaśniła. - O czym to rozmawiałyśmy?
- Zastanawiałyśmy się nad moją rozmową z Vaughnem, która może zakończyć
ten związek - odrzekła Bailey. - Ach, i o tym, że moja siostra jakby
zapadła się pod ziemię. Jeśli jej wkrótce nie znajdę, moi rodzice na
pewno tu przylecą.
- A to byłoby takie złe? - zagadnęłam.
Moim zdaniem wcale nie. Nie powinnam się mądrzyć niepytana, ale Vanessa
była urodzoną awanturnicą. Nie podobało mi się, że może sprowadzić na
siostrę kłopoty akurat teraz, kiedy Bailey nareszcie zaczęło się układać
w życiu. Może to nie był najgorszy pomysł, żeby Stacy i Aaron
Hartwellowie przylecieli tu i przejęli odpowiedzialność za Vanessę.
- W tej chwili? - spytała Bailey. - Tak. Wolałabym lepiej poznać Vaughna
bez nadzoru mojego taty. Kocham go, ale on jako jedyny w całej rodzinie
wie o Oliverze Spensie.
Oliver Spence był kiedyś chłopakiem Bailey i to właśnie jemu spuścił
lanie Vaughn. W młodości, wraz ze swoją zamożną rodziną, Oliver często
spędzał lato w Hartwell. Bailey miała dziewiętnaście lat, kiedy
powiedział jej, że ją kocha, i ona również się w nim zakochała. Łajdak
zerwał z nią jednak pod koniec lata, oznajmiwszy, że nie jest
wystarczająco dobra dla jego rodziny. Gdybym już wtedy przyjaźniła się z Bailey, znalazłabym jakiś wyrafinowany sposób, żeby się zemścić na tym
aroganckim dupku. Na przykład wrzuciłabym do jego luksusowego,
sportowego wozu tonę sera - tyle, żeby czyszczenie zajęło kilka dni, a woń sera nigdy nie dała się usunąć ze skórzanej tapicerki.
Niestety, nie było mnie wtedy w Hartwell, więc nie mogłam wprowadzić w życie tak doskonałego planu.
- Mógłby nabrać fałszywego wyobrażenia o Vaughnie. Muszę sama
rozpracować, co czuję do Tremaine'a, zanim wezmę pod uwagę opinie
innych.
- No błagam cię! Dobrze wiesz, co do niego czujesz - zaprotestowałam.
- Zaraz dostaniesz w ucho.
Roześmiałam się i nadstawiłam lewy policzek, wskazując palcem dołeczek.
- Proszę bardzo. Tylko na to czekam.
Zielone oczy Bailey błyszczały wesoło.
- Jesteś taka słodka, aż do przesady.
Żartobliwie uniosłam głowę i nonszalancko wygładziłam ubranie.
- Wiem - oznajmiłam poważnie, a koleżanki wybuchły śmiechem.
- Proszę pani! - Męski głos przebił się przez nasz głośny śmiech.
Odwróciłyśmy się i zobaczyłyśmy mężczyznę, wchodzącego po schodach z niską, ładną blondynką u boku. Wydał mi się dziwnie znajomy. Spojrzał na
Emery.
- Chcielibyśmy kupić kilka książek, jeśli można - powiedział z wyraźnym
bostońskim akcentem.
Wtedy zrozumiałam, dlaczego wydał mi się znajomy.
Szok, jaki wtedy przeżyłam, można porównać do tego, jaki przeżywa osoba
niespodziewanie potrącona przez samochód.
Nie.
Jezu Chryste, nie.
Co on tutaj robi?
Serce biło mi w piersi jak młotem. Całe ciało zalała fala gorąca i poczułam, że zaczynam się pocić. Ręce i nogi odmówiły posłuszeństwa,
więc mogłam tylko na niego patrzeć.
Michael Sullivan.
Był tutaj.
W Hartwell.
W księgarni Emery.
Nosił teraz krótką, nieporządną brodę, a wokół oczu pojawiły się
zmarszczki. Jednak niewątpliwie był to on. Wszędzie bym go poznała.
Do oczu napłynęły mi łzy, a tęsknota i ból niemal rozsadzały pierś. Nie
widziałam go od lat i teraz nagle poczułam się tak, jakbym pierwszy raz
od dekady zaczerpnęła powietrza. Tyle tylko, że ten oddech szybko uwiązł
mi w płucach, nie dając upragnionej ulgi.
Uśmiechnął się do Bailey, a potem do mnie.
Kiedy nasze oczy się spotkały, jego twarz stężała z zaskoczenia.
- Dahlia?
Skąd się tutaj wziął?
Dlaczego?
"Odejdź stąd! Odejdź! Odejdź!"
- Michael. - Jego imię samo wyrwało mi się z ust.
Michael. Tak kochałam to imię. Kochałam... Kochałam...
Miałam wrażenie, że zaraz zwariuję.
Tutaj, na jego oczach i na oczach blondynki, którą trzymał za rękę.
Nie chciałam na to patrzeć.
Nie chciałam tego widzieć.
Ale nie mogliśmy oderwać od siebie wzroku, sycąc się swoim widokiem.
Jego oczy nadal były piękne, ciemnobrązowe - takie, w których dziewczyna
może utonąć. Jasne włosy miał teraz ostrzyżone krócej niż dawniej, więc
wydawały się ciemniejsze. Szerokie ramiona robiły wrażenie jeszcze
szerszych. Miał na sobie T-shirt, pod którym wyraźnie rysowały się
mięśnie, co dowodziło, że ćwiczył więcej niż kiedyś. Dawniej też był
bardzo sprawny fizycznie, teraz jednak mięśnie stały się jeszcze
widoczniejsze. Zdałam sobie sprawę, że dzięki temu wyglądał na wyższego,
niż w rzeczywistości był. Mierzył metr osiemdziesiąt, czyli mniej niż
mężczyźni w mojej rodzinie, ale dzięki muskulaturze jego męska sylwetka
budziła respekt.
Wciąż prezentował się imponująco.
"Michaelu, co ty tutaj robisz? Proszę, odejdź".
Blondynka (nie mogłam się zmusić, żeby patrzeć bezpośrednio na nią)
pociągnęła go za rękę, a on odwrócił się do niej, przerywając nasz
kontakt wzrokowy. Ramiona mi opadły i znów byłam w stanie oddychać.
Jednak po sekundzie Michael ponownie przeszył mnie wzrokiem.
- Co tutaj robisz?
Co ja tutaj robię?
Wszystko we mnie dygotało, więc wsunęłam dłonie pod stół, gdzie nikt nie
mógł ich zobaczyć.
- Co ty tutaj robisz? - odparowałam.
"Odejdź, Michaelu. Proszę, odejdź natychmiast!"
Miałam nadzieję, że w ciągu minionych dziewięciu lat wykształcił w sobie
zdolności telepatyczne.
- Jesteśmy na wakacjach - odezwała się blondynka, przywierając do boku
Michaela. - Mike, kto to jest?
Mike? Moja rodzina również tak go nazywała, ale ja nie znosiłam
skracania tego pięknego imienia do pospolitej formy.
- Kiersten, to jest Dahlia. Młodsza siostra Dermota.
"Młodsza siostra Dermota? To jakiś żart?"
- Myślałam, że ona nie żyje - zdziwiła się blondynka.
Ból przeszył mi pierś, a Bailey pod stołem chwyciła mnie za rękę.
Spojrzałam na blondynkę. Była niska, szczupła i drobna. Wydawałaby się
ładna, gdyby nie zacięty wyraz twarzy. Przeniosłam wzrok na Michaela.
Powiedział tej kobiecie o Dillon. Czyli była dla niego wystarczająco
ważna, żeby poznać historię Dillon, ale nie na tyle ważna, żeby
dowiedzieć się o mnie? A może to ja nie byłam już dla niego ważna?
Zobaczyłam jego ponurą minę i coś ścisnęło mnie w gardle.
- To była Dillon.
Imię mojej siostry zabrzmiało niczym wystrzał z pistoletu i poczułam
paniczny skurcz w sercu. Przed oczami zatańczyły mi czarne punkciki i wiedziałam, że za chwilę stracę nad sobą panowanie.
Wykluczone.
Nie wolno mi było do tego dopuścić.
Równie dobrze mogłabym rozerwać sobie pierś i pokazać wszystkim swoje
popękane serce, w którym brakowało kilku kawałków.
- Muszę iść. - Wstałam, uwalniając dłoń z uścisku Bailey. Ze
spuszczonymi oczyma, żeby tylko nie napotkać jego wzroku, wyminęłam
Michaela Sullivana i jego blondynę z szybkością, jakiej się sama po
sobie nie spodziewałam.
- Dahlio! - zawołał, ale ja już zbiegałam z podestu. Wydawało mi się, że
od wyjścia dzieli mnie olbrzymi dystans.
Usłyszałam głos Bailey. Michael coś jej odpowiedział, ale ja już
otworzyłam drzwi, nie zwracając na nich uwagi.
Znalazłam się na zewnątrz.
Słone, oceaniczne powietrze wypełniło mi płuca, kiedy pospiesznie
maszerowałam po deskach promenady. Serce biło jeszcze mocniej. Ze
strachu, że Michael będzie mnie gonił, ruszyłam biegiem. Biegłam przez
letni tłum turystów, a podeszwy moich tenisówek chrzęściły na drobnych
ziarnkach piasku, które wiatr przenosił z plaży na deptak.
Lekki, ciepły wietrzyk rozwiewał moje długie włosy, kiedy mknęłam przed
siebie, jakby ścigało mnie stado diabłów.
Dotarłam do swojego sklepu i dopiero kiedy zamknęłam za sobą drzwi,
panika i przerażenie zaczęły ustępować. Nie zmieniłam tabliczki "Przerwa
na lunch" na "Otwarte". Nie zapaliłam światła. Skryłam się w pracowni na
tyłach sklepu, gdzie demony przeszłości próbowały mnie dopaść po raz
pierwszy od wielu lat.
Tak naprawdę nigdy mnie nie opuściły.
Nagłe pojawienie się Michaela tylko je obudziło.
Ręce mi się trzęsły, a z gardła wyrywał się spazmatyczny szloch.
Rozejrzałam się po pracowni, szukając czegoś, co stłumiłoby ból.
Dygocząc na całym ciele, włożyłam fartuch. Potem podłączyłam telefon do
głośnika, włączyłam Spotify i pomieszczenie zalała muzyka The Vaccines.
Usiadłam przy stole warsztatowym i wpatrzyłam się w srebrne kolczyki z ametystami, nad którymi właśnie pracowałam. Miały kształt wydłużonych
sylwetek kotów o ametystowych oczach. Pochyliłam się i skupiłam na
pracy, starając się odpędzić od siebie wszelkie myśli.
Będę się ukrywała przed Michaelem, dopóki nie wyjedzie z Hartwell.
Proste.
Jego widok był dla mnie szokiem.
Tego dnia życie wymierzyło mi kopniaka prosto w żołądek, ale wiedziałam,
że wszystko będzie dobrze, kiedy tylko on wyjedzie.
W końcu dotychczas upływ czasu i dystans bardzo mi pomogły. Powinny znów
zacząć działać.
Rozdział 2
2
---
Dahlia
Hartwell, Delaware, obecnie
Ogień strzelał na kominku w księgarni Emery, roztaczając miłe ciepło w ten zimny, październikowy dzień. W połowie października dni stawały się
pochmurne, temperatura spadała i chociaż księgarnia była czynna cały
rok, właśnie jesienią, mniej więcej o tej porze, ruch w interesie malał.
Tak było i w moim sklepie. Na szczęście uzyskiwałam wystarczający dochód
wiosną i latem, by przetrwać martwy sezon (czego nie można było
powiedzieć o wszystkich tutejszych firmach). Sprzedawałam swoją
biżuterię do butików w całych Stanach, zyskując dodatkowy zarobek.
Jesienny brak klientów miał swoje dobre strony - dzięki niemu mogłam się
częściej spotykać z koleżankami na kawę w lokalu Emery. W ten sposób
byłyśmy na bieżąco, jeśli chodzi o nasze życiowe sprawy.
W księgarni nie było nikogo oprócz mnie, Emery, Bailey i Jessiki.
Jess zerknęła na zegarek. Emery postawiła przed nami talerz ciasteczek,
pobrzękując przy tym licznymi srebrnymi bransoletkami, a potem usadowiła
się w fotelu stojącym najbliżej ognia.
- Śpieszysz się gdzieś? - zapytałam Jess.
- Nie, to tylko z przyzwyczajenia - westchnęła. - W dni robocze stale
sprawdzam, która godzina. Zapomniałam, że dziś niedziela i nie muszę
biec do gabinetu.
- Cieszę się, że jesteś tu z nami - wyznałam. - Potrzebuję sojuszniczki,
żeby ponabijać się z Bailey na temat jej zaręczyn z facetem, którego
kiedyś nazwała diabłem wcielonym. Emery to taka słodka istota, że chyba
w życiu z nikogo sobie nie żartowała.
Emery zerknęła na mnie znad krawędzi filiżanki. Jej urzekające
jasnoniebieskie oczy rozszerzyły się ze zdziwienia.
- Nieprawda - zaprotestowała cicho. - Potrafię się nabijać, jak każdy.
Tylko akurat nie w tym przypadku. - Uśmiechnęła się do Bailey. - Uważam,
że to niesamowite.
- Tak. I niesamowicie szokujące - dodałam. - To tak, jakby Buffy
zaręczyła się ze Spikiem. Nieoczekiwane, ale jakże emocjonujące!
Bailey krytycznie uniosła brew.
- Bardzo zabawne.
- Też tak sądzę - odrzekłam, uśmiechając się porozumiewawczo do Jess.
- W ten sposób tylko pokazujesz, jaka jesteś niedojrzała.
- Że co? Niby jestem jeszcze mniej dojrzała niż ty?
Bailey stłumiła uśmiech.
- Nie wiem, dlaczego w ogóle znoszę twoje docinki.
- Ależ wiesz. Być może Vaughn jest piekielnie przystojny, ale to ja
jestem twoją bratnią duszą, Hartwell.
- Teraz rozumiem - odezwała się Jess. - Dahlia się boi, że Vaughn
odbierze jej najbliższą przyjaciółkę.
- To niemożliwe - odrzekłam z nonszalancją. - Jestem od niego ładniejsza
i bystrzejsza. Tego, co wnoszę w życie Bailey, nie da się niczym
zastąpić.
- Vaughn zapewnia jej wielokrotne orgazmy - powiedziała Emery z szerokim
uśmiechem. - Moim zdaniem Tremaine wygrywa.
Jej komentarz zaskoczył nas do tego stopnia, że przez chwilę
siedziałyśmy jak skamieniałe, a potem naraz parsknęłyśmy gromkim
śmiechem. Te słowa nie były aż tak zabawne, ale w ustach Emery rozbawiły
nas do łez.
- Kurczę, Jess, szkoda, że poznałaś Emery z Bailey. Ta kobieta ją
zepsuła.
- W najlepszy z możliwych sposobów - przyznała Bailey.
- Po prostu teraz mówię głośno to, co kiedyś tylko sobie myślałam. Z wami czuję się tak swobodnie, że mogę sobie na to pozwolić - oznajmiła
Emery.
Emery zaintrygowała mnie już siedem lat temu, kiedy pojawiła się na
promenadzie i zamieniła Burger Hut w księgarnię. Nowa sąsiadka była
jednak tak wycofana i nieśmiała, że wraz z Bailey zrezygnowałyśmy z prób
nawiązania z nią bliższej znajomości. To Jess przetarła szlak i teraz
wszystkie się przyjaźniłyśmy, ale piękna blondynka nadal budziła naszą
wielką, niezaspokojoną ciekawość. Nic o niej nie wiedziałyśmy, a bałyśmy
się, że jeśli zaczniemy ją wypytywać, znów zamknie się w sobie.
Bardzo polubiłam cichą, inteligentną właścicielkę księgarni. W jej
oczach czaił się jakiś smutek, tak podobny do mojej melancholii. Na
pewno miała swoją tajemnicę i może tylko czekała, aż będzie mogła zaufać
komuś na tyle, żeby się z niej zwierzyć. Bardzo chciałam być jedną z tych zaufanych osób.
- Powiedz mi, Emery - zaczęłam, przybierając niezobowiązujący ton. - Czy
kiedyś przeżyłaś coś takiego? Spotkałaś kogoś takiego jak Vaughn?
Policzki jej poczerwieniały.
- Nooo... nie.
- Ten facet jest jedyny w swoim rodzaju - prychnęła Bailey.
- Chwalipięta - zganiłam ją żartobliwie.
- Tylko tyle powiesz? - Jess zignorowała nasze wzajemne docinki.
Emery gwałtownie pokręciła głową.
- Tylko tyle.
I to wszystko?
Bailey zmarszczyła nos.
- Nie było żadnego mężczyzny, na którym by ci zależało? Może jakaś
szkolna miłość?
- Mieszkałam z babcią, a ona nie pozwalała mi na randki.
Wymieniłam spojrzenia z Jess i Bailey. To wszystko wyjaśniało. A w każdym razie sporo.
- Rozumiem. - Odstawiłam kawę i skupiłam się na Emery, ogarnięta
przemożną ciekawością. - Opowiedz nam o swojej babci i o tym, jak
inteligentna, piękna, młoda kobieta, która skończyła lat...
- Dwadzieścia osiem - uzupełniła Emery.
- Zatem jak to możliwe, że taka kobieta, mieszkając w małym miasteczku,
gdzie praktycznie wszyscy się znają, jest tak nieśmiała, że dopiero po
siedmiu latach nawiązuje bliższe znajomości?
Emery ściągnęła brwi.
- To nieprawda. Przyjaźnię się z Iris, odkąd się tu sprowadziłam.
- Co takiego? - fuknęła Bailey. - Nic mi o tym nie mówiła.
- Bo wie, jaka z ciebie plotkara. - Emery skrzywiła się lekko. - Nie
chciałam, żeby zabrzmiało to tak nieprzyjemne.
Roześmiałam się.
- Zabrzmiało to dokładnie tak, jak powinno.
Bailey pokazała mi język.
- Dzieci, dzieci! - Jess przewróciła oczami. - Wróćmy do Emery i jej
babci.
- Ale... tu nie ma wiele do opowiadania. - Emery zagryzła dolną wargę,
jakby się nad czymś zastanawiała, a potem odstawiła filiżankę. Spuściła
oczy i wbiła wzrok w niski stolik przed nami. - Rodzicie i dziadek
zginęli w katastrofie lotniczej. To był prywatny samolot dziadka. Rozbił
się. Spędzałam tamto lato w Nowym Jorku na obozie muzycznym. Grałam na
wiolonczeli. Miałam dwanaście lat. Zostałam sama z babcią. - Podniosła
wzrok i spojrzała na nas śmiało. - Zachowajcie dla siebie to, co wam
powiem.
Skinęłyśmy głowami i bezwiednie pochyliłyśmy się naprzód, autentycznie
zaintrygowane.
- Moim dziadkiem był Peter Paxton, założyciel Paxton Group.
Kto taki?
Zorientowawszy się, że nie wiemy, o kim mówi, ciągnęła:
- Do Paxton Group należy American AirTravel i linie lotnicze Invictus,
włącznie z Invictus Vacation Group i Invictus Aeronautical.
"O jasna cholera!"
Emery właśnie wymieniła kilka z największych firm w Stanach. Paxton
Group musiała być korporacją wartą miliardy dolarów. Chryste. Dziadek i ojciec Emery byli miliarderami.
Czy to znaczyło...
Oszołomiona patrzyłam na Emery.
Nie wyglądała na bogaczkę.
Nie zachowywała się jak miliarderka.
Oczywiście, nie miałam pojęcia, jak zachowują się miliarderki, bo nigdy
dotąd żadnej nie spotkałam.
Widząc, że pojęłyśmy, co nam wyznała, Emery się zaczerwieniła.
- Wiodłam bardzo uprzywilejowane życie i nie byłam zbyt miłym
dzieciakiem. Po prostu nie umiałam się inaczej zachowywać. Mieszkaliśmy
w posiadłości na północy stanu Nowy Jork. Wszystko robił za nas
personel, więc byłam rozpuszczona. Kiedy rodzice zginęli, babcia
przejęła ich udziały w firmie. Zarządza nią rada nadzorcza, jest prezes,
dyrektor generalny i tak dalej. Babcia prowadziła własne interesy
związane z nieruchomościami. Była... - Emery przerwała i spuściła wzrok.
Zauważyłam, że kurczowo splotła dłonie. - Była bardzo surowa. Tak,
bardzo surowa.
- I co się z nią stało? - spytała cicho Bailey. - Co się stało z twoją
babcią?
Nagle z mojej torebki ryknęła piosenka zespołu Led Zeppelin. Wszystkie
podskoczyłyśmy jak rażone prądem.
Jess spojrzała na mnie z naganą.
- Przepraszam - powiedziałam z nerwowym chichotem. Spoważniałam, kiedy
przeniosłam wzrok na Emery. - Naprawdę przepraszam. - Szukałam w torbie
telefonu, chcąc go jak najszybciej wyłączyć. Jednak nie zrobiłam tego,
zobaczywszy, że dzwoni tata.
Dwa miesiące wcześniej, kiedy Michael Sullivan pojawił się w księgarni,
zdałam sobie sprawę, że to nie mógł być przypadek.
Jedyną osobą w rodzinie, która wiedziała, że mieszkam w Hartwell, był
tata.
Kiedy do niego zadzwoniłam, żeby poprosić o wyjaśnienie nagłej wizyty
Michaela, wyznał mi, że sam mu zasugerował samotny urlop w Hartwell,
ponieważ Michael jest z żoną w separacji i przeżywa trudne chwile. Nie
wspomniał mu, że ja tam mieszkam, ani nie uprzedził mnie, że mogę
przeżyć wstrząs. Wiedziałam, dlaczego tak zrobił i na co miał nadzieję.
Nie wziął jedynie pod uwagę, że Michael zechce dać szansę swojemu
małżeństwu i zabierze żonę na romantyczne wakacje. Nie zdziwiło mnie, że
Michael jest żonaty. Był wspaniałym kandydatem na męża. Niemniej,
słysząc tę wiadomość, poczułam ukłucie bólu.
Oględnie mówiąc, byłam na tatę wściekła.
Ale go kochałam.
Uwielbiałam.
Tylko on z całej rodziny naprawdę mnie rozumiał. Bardzo często do niego
dzwoniłam, jednak od czasu wizyty Michaela w Hartwell nasze rozmowy
stały się sztywne i niezręczne. Tak sztywne, że nosiłam się z zamiarem
wyprawy do Bostonu, żeby wszystko wyjaśnić osobiście i załagodzić
napięcie. Nie odwiedzałam rodzinnego miasta przez dziewięć lat, ale dla
ojca byłam gotowa to zrobić. Był dla mnie bardzo ważny.
Kiedy dzwonił, odbierałam telefon. Zawsze.
- Przepraszam, kochane. Muszę porozmawiać. - Wcisnęłam zielony klawisz
na telefonie. - Cześć, tato. Co tam?
- Cześć, Dzwoneczku.
Na ogół niski głos taty i jego wyraźny bostoński akcent były dla mnie
jednym z najmilszych dźwięków. Sama już dawno zatraciłam lokalny akcent
- tymczasem głos taty zawsze przypominał mi o domu.
Dzisiaj na dźwięk jego głosu zesztywniałam. Nie chodziło o pieszczotliwe
przezwisko. Tata nazywał mnie tak od dzieciństwa, ponieważ miałam oczy
niebieskie niczym ten polny kwiatek. Reszta rodzeństwa miała brązowe
oczy, po mamie. Ja jedna odziedziczyłam po tacie kolor oczu i dołeczek w policzku.
Zatem to nie użycie tego przezwiska sprawiło, że poczułam niepokój.
Sprawił to ton głosu ojca. Przez głowę przebiegł mi milion najgorszych
podejrzeń.
- Czy u was wszystko w porządku?
- W jak najlepszym. Ale chcę ci coś powiedzieć. Wolałbym nie robić tego
przez telefon, ale muszę.
Strach przykuł mnie do krzesła.
- Tato, co się dzieje?
Głosy moich koleżanek ucichły i poczułam na sobie ich zatroskane
spojrzenia.
- Wiem, że jesteś dorosła i dzielnie zniesiesz tę wiadomość. Otóż,
Dzwoneczku... mama i ja zamierzamy się rozwieść. Wyprowadziła się w zeszłym tygodniu.
Miałam wrażenie, że serce przestało mi bić.
- Jak to?
Nic nie rozumiałam.
Moje stosunki z mamą były ostatnio bardzo napięte, ale przecież Sorcha i Cian McGuire'owie byli ze sobą na dobre i na złe. Nic nie mogło ich
rozdzielić. Jak to możliwe, że postanowili się rozwieść?
Tata kochał mamę. Naprawdę kochał.
- Odeszła od ciebie?
- To była nasza wspólna decyzja, skarbie. Przestało nam się układać.
- Nie pojmuję tego.
- Kocham cię, Dahlio, dobrze o tym wiesz. Ale tak jak powiedziałem twoim
braciom i Davinie, to nie dotyczy was, naszych dzieci. To jest sprawa
wyłącznie między nami.
Słychać było, że jest zmęczony, przybity i zniechęcony. Na myśl o tym,
że tata od nie wiadomo jak dawna jest w okropnym stanie i musi sam
stawić czoła rozstaniu z mamą, ogarnęło mnie poczucie winy. Powinnam
stać u jego boku.
Słowa same wyrwały mi się z ust, zanim zdołałam je powstrzymać.
- Lecę do domu.
Westchnął ciężko.
- Nie ma takiej potrzeby, Dzwoneczku.
- Lecę - powtórzyłam, chociaż myśl o tym wywoływała we mnie mdłości.
Musiałam zobaczyć tatę, uściskać go. Odwiedzał mnie, kiedy tylko mógł,
ale to zawsze było za mało. Musiałam się upewnić, że jakoś daje sobie
radę.
- Przylecę pierwszym możliwym lotem. Zaraz wszystko załatwię. Zadzwonię,
kiedy tylko kupię bilet, i podam ci godzinę przylotu.
- Oboje wiemy, że nie uda mi się zmienić twojej decyzji, dzieciaku. - Na
wieść o tym, że wybieram się do domu, jego ton stał się wyraźnie
weselszy, a ja na chwilę zapomniałam o zmartwieniach. Cokolwiek czułam,
jakiekolwiek ciężkie chwile czekały mnie w Everett, warto było tam
jechać.
- Kocham cię, tato.
- Też cię kocham, córeczko.
- Porozmawiamy, kiedy będę na miejscu, prawda?
- Oczywiście.
Pożegnaliśmy się, ale w gardle nadal mnie ściskało z emocji.
Tata cierpiał, a mnie przy nim nie było. Zamrugałam powiekami, żeby
powstrzymać płacz, a potem zwróciłam się do zaniepokojonych
przyjaciółek.
- Moi rodzice się rozwodzą. Muszę lecieć do Bostonu i spotkać się z tatą.
Emery i Jess przytuliły mnie i wyraziły współczucie, a Bailey wzięła
mnie pod ramię i zaproponowała, że mnie odprowadzi.
Tylko ona znała moją historię.
Ramię w ramię wyszłyśmy na promenadę. Maszerowałyśmy w milczeniu, a chłodny wiatr znad oceanu smagał nam policzki.
- Może chcesz, żebym z tobą pojechała? - zapytała nagle.
Uśmiechnęłam się do niej niepewnie.
- Dziękuję. Nawet nie wiesz, jaka jestem ci wdzięczna za tę propozycję,
ale tata w tej chwili raczej nie potrzebuje wokół siebie zbyt wielu
ludzi.
- Rozumiem. A co z twoimi potrzebami?
Spojrzałam w jej pełne niepokoju zielone oczy.
- Od dziewięciu lat tata przedkładał moje potrzeby nad swoje. A może
nawet nad potrzeby naszej rodziny. Nie tylko jestem mu to winna, lecz
także robię to dla samej siebie. Nie mogę uwierzyć, że przechodzi przez
to wszystko sam, bez mojego wsparcia. - Wypuściłam drżący oddech. - On
kocha mamę. Kocha ją, jak ty Vaughna, jak ja kocham...
- Michaela - dokończyła za mnie i przyciągnęła do siebie. - A co z Michaelem, Dahlio? Jak zniesiesz jego widok? Jak zareagujesz, kiedy
zobaczysz go z żoną?
Zacisnęłam palce na połach jej bluzki i chociaż jej słowa doprowadziły
mnie do płaczu, powstrzymałam łzy.
Objęła mnie mocno ramionami, czując, że cała dygoczę.
Tu chodziło o tatę.
Kiedy tata cierpiał, cierpiałam i ja.
Tak właśnie jest, kiedy w grę wchodzi ktoś, kogo naprawdę kochasz.
Musiałam swoją obecnością wesprzeć ojca w potrzebie, nawet jeśli to
miało oznaczać bolesne spotkanie z Michaelem. Oczywiście ta perspektywa
wcale mnie nie cieszyła.
- W porządku - wyszeptałam. - Dam radę.
Przyjaciółka chwyciła mnie za ramię, pochyliła głowę i spojrzała mi
prosto w oczy.
- Oczywiście, że dasz radę. Zanim jednak wyjedziesz, poprawimy ci
makijaż. W Bostonie zjawisz się, wyglądając zabójczo seksownie.
Jęknęłam i przewróciłam oczami.
- Jadę tam, żeby pomóc tacie, po nic innego.
Ruszyłam przed siebie, a ona podążyła za mną.
- Co nie oznacza, że masz wyglądać byle jak. Tak samo byś mówiła, gdyby
chodziło o mnie i Vaughna.
- Vaughn nie ma żony. A biorąc pod uwagę przyczynę mojego wyjazdu do
Bostonu, twoje komentarze są nie na miejscu.
W milczeniu minęłyśmy pizzerię Antonio's, prowadzoną przez
zaprzyjaźnione z nami małżeństwo, Iris i Irę.
- Zapakujesz niebieską suknię, prawda? - zapytała Bailey, kiedy
zbliżyłyśmy się do mojego sklepu.
Dobrze wiedząc, którą sukienkę ma na myśli, spojrzałam na nią groźnie.
Ale po chwili zastanowienia spytałam:
- Które buty powinnam do niej zabrać?
Bailey uśmiechnęła się szeroko i przez całą drogę do zaparkowanego za
sklepem samochodu spierałyśmy się o to, dlaczego jednak chcę wziąć do
Bostonu niebieską sukienkę. Dzięki przyjaciółce na chwilę zapomniałam o problemach taty.
Właśnie to było najwspanialszym darem Bailey Hartwell.
Rozdział 3
3
---
Dahlia
Jednopiętrowy dom mojego dzieciństwa wydał mi się mniejszy, niż
pamiętałam. Stał w północno-wschodniej części Everett. Moich rodziców
było stać na takie lokum tylko dlatego, że odziedziczyli go po moich
dziadkach ze strony ojca. Dziadek zmarł, kiedy tata był jeszcze
dzieckiem, a gdy urodził się Darragh, rodzice zamieszkali z babcią.
Babcia odeszła z tego świata dwa miesiące przed moim urodzeniem, więc
nigdy jej nie poznałam. Dom zapisała w testamencie tacie.
Betonowe schody prowadziły do niebieskich drzwi wejściowych. Tata co
kilka lat odświeżał gont, pokrywający dach. Niebieskie okiennice zdobiły
frontowe okna na parterze i dwa niewielkie okna na piętrze. Boczne
wejście, miniaturowa wersja głównego, prowadziło do kuchni, największego
pomieszczenia w całym domu.
Kuchnia została wyremontowana, a salon przemeblowany. Nadal jednak
pachniało tu tak samo jak zawsze. Trudno było opisać ten zapach -
złożoną woń, która gromadziła się w tych ścianach: pasta do polerowania
mebli, niedzielny obiad i unikalny aromat rodziny McGuire'ów.
Tata zaprowadził mnie do dawnego pokoju Dermota i Darragh. Kiedyś
pachniało tu jak w szatni dla chłopców i nie można było zrobić kroku,
żeby nie nadepnąć na coś rzuconego na podłogę. Teraz był to schludny
pokój gościnny z dwoma łóżkami przykrytymi prostymi szarymi narzutami.
- Pomyślałem sobie, że będziesz wolała spać tutaj. - Głos taty brzmiał
ochryple.
Zerknęłam przez ramię na zamknięte drzwi po drugiej stronie korytarza.
Kiedyś dzieliłam ten pokój z Daviną i Dillon. Przez panującą tam
ciasnotę stale się kłóciłyśmy. Potem Davina poszła na studia, a ja
zostałam w nim sama z Dillon.
Tata się nie mylił. Nie chciałam spać w tamtym pokoju.
- Dzięki. - Pocałowałam go w policzek i weszłam do dawnego pokoju braci.
Tata położył moją walizkę na łóżku w głębi i zwrócił się do mnie.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że przyjechałaś.
Przyjrzałam mu się uważnie. Należał do tych mężczyzn, którym upływ czasu
przydaje dystynkcji. Jako strażak całe życie dbał o dobrą formę.
Awansował z porucznika na kapitana i zastępcę dowódcy, a od niemal
dekady był dowódcą Rejonu Trzeciego. Skończył pięćdziesiąt sześć lat i zbliżał się do wieku emerytalnego, ale nie potrafiłam go sobie wyobrazić
w roli emeryta.
Cian McGuire zwykle emanował pozytywną energią. Przez całe życie
wykonywał ciężką, niebezpieczną pracę i był świadkiem wielu tragedii,
ale to jakoś go nie przytłoczyło i nie pozbawiło dobrego humoru.
Teraz ta energia gdzieś się ulotniła. Już raz widziałam go w takim
stanie - po śmierci Dillon. Jednak nawet wtedy za bardzo skupiał się na
moich wybrykach, którymi niszczyłam sobie życie, żeby całkowicie
pogrążyć się w rozpaczy.
Martwiłam się o niego.
- Jesteś w depresji, tato?
Przewrócił oczami.
- W jakiej tam depresji.
- Ale jesteś smutny.
- Kończy się małżeństwo, w którym przeżyłem trzydzieści osiem lat.
Tak, kiepska sytuacja.
- Bardzo mi przykro.
W odpowiedzi przyciągnął mnie do siebie i przytulił. W jego objęciach
czułam się taka bezpieczna.
- Dziękuję, że przyjechałaś odwiedzić staruszka. Wiem, że to dla ciebie
niełatwe. Ale czy nie sądzisz, że już najwyższy czas zapomnieć o przeszłości?
- Nie wiem, czy potrafię - wymamrotałam z twarzą wtuloną w jego ramię.
- Zrobimy to razem. - W jego głosie zabrzmiała weselsza nuta. -
Potraktuj to jako coś, co odciągnie twojego ojca od rozmyślania o własnych życiowych kłopotach.
Chociaż nadal czułam lęk, roześmiałam się cicho zadowolona, że nie
stracił poczucia humoru.
Zanim zdążyłam wypytać go o separację z mamą, drzwi wejściowe na
parterze się otworzyły, następnie zamknęły z hukiem, a ja odskoczyłam od
taty.
- Tato, jesteś w domu? - Rozpoznałam głos swojej starszej siostry.
- Davina? - wyszeptałam.
- Tato? - Usłyszałam męski głos.
- Darragh?
Tata wzruszył ramionami z umiarkowanie skruszoną miną.
- Powiedziałem im, że przylatujesz. Bardzo chcieli cię zobaczyć.
- Tato! - wołała Davina.
- Jestem na górze! - zawołał w odpowiedzi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki