Dwa
Komisarz Jan Matejko nie lubił prowadzić spraw dotyczących dzieci. Nie dlatego, że były bolesne, na to zdążył się już uodpornić. Po prostu budziły w nim coś, co starał się ukryć głęboko w sobie. Coś, co miało twarz jego młodszej siostry, która kiedyś zniknęła na trzy dni. Wróciła cała, ale inna. Od tamtej pory Matejko nie lubił pustki. A zaginione dziecko to była pustka absolutna.
Nie wyglądał na śledczego. Gdyby ktoś spotkał go na ulicy, mógłby pomyśleć, że to facet z jakiejś niszowej kapeli punkowej albo instruktor wspinaczki górskiej. Nosił glany, stare i z przetarciami, które nadawały mu trochę niedbały wygląd, do tego krótką kurtkę bojówkę, ciemnozieloną z lekko odklejonym rzepem przy kieszeni. Na głowie szarą wełnianą czapkę, która zasłaniała siwiznę na skroniach. Zimą była praktyczna, latem nosił ją z przyzwyczajenia. Niektórzy do dziś nie mogli pogodzić się z faktem, że ktoś, kto się tak nazywa, nie maluje obrazów, tylko rozwiązuje sprawy kryminalne, które przypominają piekło.
W kieszeni zawsze miał paczkę papierosów, tych najmocniejszych, chociaż sam sobie obiecywał, że rzuci po każdym większym śledztwie. Nie słuchał jazzu, bluesa ani żadnej ambientowej elektroniki jak młodsi śledczy z wydziału. Tylko Queen. Freddie Mercury był dla niego kimś w rodzaju duchowego patrona - dramatyczny, nieoczywisty, niepokorny. W aucie najczęściej leciało Was It All Worth It, a gdy sprawa się komplikowała, przechodził na Innuendo albo The Prophet's Song. Twierdził, że muzyka rockowa mówi więcej prawdy o człowieku niż jakiekolwiek przesłuchanie. Ostatnio coś go gryzło. Nie mógł przestać myśleć o wydarzeniach z minionych miesięcy, które zaczynały układać się w znajomy, niepokojący wzór. Trzy zaginione dziewczyny. Wszystkie odnalezione martwe. Wszystkie potraktowane brutalnie, ale z rozmysłem. Ktoś, kto to robił, nie działał w afekcie, tylko planował zbrodnie, tworzył swoje chore dzieło. Choć modus operandi różnił się we wszystkich trzech przypadkach, Matejko czuł, że to ten sam sprawca.
Zatrzymał radiowóz przy przystanku, który znajdował się na końcu jednej z bocznych ulic w Gliwicach. Z tego miejsca łatwo można było zobaczyć, jak miasto przechodzi od tętniącej życiem, ale pełnej chaosu dzielnicy przemysłowej w kierunku spokojniejszych, bardziej zielonych rejonów. W nocy Gliwice oświetlone latarniami wyglądały jak miasto rozdarte na pół - nowoczesność zderzała się z historią.
Matejko spojrzał na raport, który wręczył mu właśnie aspirant Sławomir Kowal, wysoki, barczysty facet po czterdziestce, z twarzą zawsze lekko zmęczoną, jakby nocny dyżur nigdy się nie kończył. Miał przycięte krótko włosy, nos lekko skrzywiony po starym złamaniu i spojrzenie człowieka, którego świat dawno przestał zaskakiwać, ale jeszcze nie zdążył go całkiem znieczulić. Kowal był jak stary pies policyjny: cichy, lojalny i skuteczny, choć nikt nie pamiętał, kiedy ostatnio brał urlop.
- Plecak znaleziony na przystanku. Telefon wyłączony. Dziewczyna nie wróciła do domu, a matka stanowczo twierdzi, że to nie w jej stylu - powiedział Kowal. - To, co najbardziej mnie niepokoi, to brak jakichkolwiek wskazówek. Brak świadków, brak oznak walki.
- Zawsze jest jakiś ślad - mruknął Matejko. - Tylko czasem trzeba go dobrze poszukać. - Spojrzał na Kowala spod krzaczastych brwi. - Mamy już lokalizację telefonu? - zapytał po chwili.
- Ostatnia aktywność: godzina dziewiętnasta czterdzieści siedem, BTS w rejonie stadionu. Potem cisza.
Matejko skinął głową, wciągając do płuc dym z papierosa.
- Wyślijcie patrol w tamten rejon i zróbcie zrzut z monitoringu miejskiego w tej okolicy.
Kowal kiwnął głową i przekazał polecenie przez radio.
- Mamy numer autobusu, którym mogła wracać - dodał po chwili. - Kierowca kończył kurs kilka minut po dziewiętnastej trzydzieści. Bieniek jedzie go przesłuchać.
Komisarz patrzył przez szybę radiowozu na kobietę siedzącą na ławce. Trzymała w ręce plecak, jak gdyby był wszystkim, co jej zostało. Miała jasnobrązowe włosy, związane w niedbały kok, z którego wymykały się pojedyncze pasma. Jej twarz była delikatna, o łagodnych rysach i oczach w odcieniu ciemnego miodu, w których zgasło światło swobodnych dni. Wysoka, smukła, z naturalną gracją.
- Co mamy na temat zgłaszającej zaginięcie? - zapytał po chwili.
- Julia Maj, lat czterdzieści dwa, psycholog. Pracuje w Klinice Zdrowia Psychicznego przy Uniwersytecie Medycznym w Katowicach. Żona, matka trojga dzieci. Córka Kalina, lat szesnaście. Dobra uczennica, spokojna i lubiana. Dwoje młodszych dzieci zostało w domu z ojcem, Markiem. Żadnych zgłoszeń o problemach, żadnych powodów do ucieczki. Przynajmniej na pierwszy rzut oka - odczytał Kowal ze wstępnego raportu.
Matejko wysiadł z samochodu i podszedł do Julii, wolno i uważnie. Nie chciał jej przestraszyć ani zdominować. Kobieta stała teraz pod wiatą przystanku, skulona, z plecakiem Kaliny przyciśniętym do piersi. Miała przemoczoną kurtkę, oczy czerwone od płaczu i twarz, na której zmęczenie i panika walczyły o pierwszeństwo.
Przez ułamek sekundy tylko na nią patrzył. Nie mógł jej niczego obiecać. Nie miał prawa.
- Pani Julia Maj? Komisarz Jan Matejko, Komenda Wojewódzka Policji, Wydział Kryminalny - przedstawił się, pokazując legitymację służbową. - Musimy porozmawiać.
Julia skinęła głową, ale nie podała mu ręki.
- Córka miała wrócić po dziewiętnastej. Przysłała wiadomość "Zaraz będę" i... nic. Czekałam. Myślałam, że może się spóźnia, może autobus jej uciekł i przyjedzie kolejnym. Ale gdy znalazłam plecak...
- Czy w ostatnim czasie córka zachowywała się inaczej? Czy coś ją martwiło?
Spojrzała na niego ze smutkiem.
- Jestem psychologiem, panie komisarzu, obserwuję ludzi z natury, a mimo to niczego nie zauważyłam. Kalina była spokojna i skupiona na nauce. Miała plany, swoje pasje i mnóstwo znajomych.
- Czy wspominała o kimś nowym w swoim życiu? Z kimś pisała, spotykała się?
- Nie, ale... - Urwała na chwilę. - Teraz, jak o tym myślę, to mam wrażenie, że od kilku dni była rzeczywiście trochę bardziej wyciszona. Myślałam, że to przez szkołę.
- Czy możemy przejrzeć jej pokój?
Julia skinęła głową.
- Róbcie, co musicie. Chcę tylko, żebyście ją znaleźli. Żywą.
Kiedy komisarz podjechał pod dom Majów, panowała głęboka noc; ten moment, kiedy cisza jest czymś naturalnym i kojącym. Silnik zgasł, a światła radiowozu jeszcze przez chwilę rozświetlały fasadę jednorodzinnego domu z niskim ogrodzeniem i niedużą latarnią przy furtce. Dom wyglądał na spokojny, nawet teraz, w tym zatrzymanym tragedią czasie. Julia otworzyła mu drzwi, zanim zdążył zapukać. Stała w progu w dresie i wełnianych skarpetach, blada, z oczami przekrwionymi od niewyspania, ale wciąż czujnymi. Wpuściła go do środka bez słowa.
W jej spojrzeniu czaiło się coś więcej niż zmęczenie - była w nim kurczowo trzymana nadzieja, coś rozpaczliwego. Chciała wierzyć, że Matejko nie przyszedł z pustymi rękami, że może jego obecność sama w sobie coś rozwiąże.
Wnętrze domu było ciepłe, łagodne, nie chciało dopuścić do świadomości tego, co się wydarzyło. Drewniane podłogi skrzypiały miękko, aromat lawendy unosił się z kominka zapachowego na parapecie, a z kuchni dolatywało ciche tykanie zegara. Te drobiazgi tworzyły pozory normalności, tej codziennej rutyny, która właśnie została brutalnie przerwana.
W salonie czekał mężczyzna. Wysoki, dobrze zbudowany, z dłońmi tak delikatnymi, że nie pasowały do reszty jego sylwetki. Wstał z fotela na dźwięk kroków.
- Marek Maj - przedstawił się krótko, podając rękę. Uścisk był mocny, zbyt mocny, trwał zbyt długo. Ojciec Kaliny desperacko próbował w tym jednym geście utrzymać pozory siły i kontroli.
- Komisarz Jan Matejko, Komenda Wojewódzka - odpowiedział, patrząc mu prosto w oczy.
Przez chwilę nikt się nie odezwał. Milczenie przytłaczało. Matejko rozejrzał się po wnętrzu. Półki pełne książek, rysunki dzieci przypięte magnesami na lodówce, kilka niedbale rzuconych zabawek na kanapie. Normalny dom. Jak zdjęcie rodzinne sprzed katastrofy.
- Dzieci śpią - powiedziała Julia cicho. - Staraliśmy się... zachować spokój.
- Dobrze zrobiliście - odpowiedział. - Trzeba chronić to, co zostało.
Marek oparł się o framugę drzwi. Jego ciało wyglądało niczym rozpadający się zamek z piasku. Nie powiedział nic. Może nie miał już słów.
Komisarz nie zadawał jeszcze pytań. To był ten moment, kiedy należało pozwolić domowi przemówić. W ciszy, w jego woni, w drobnych śladach. W tym, co nie zostało wyrażone.
- Pokój Kaliny jest na górze - odezwała się Julia. - Niczego nie ruszałam.
Matejko skinął głową. Gdy wchodzili po schodach, zauważył, że Julia idzie jak w transie, krok za krokiem, bez wahania, prowadząc go przez muzeum tragedii.
Pokój był jasny, uporządkowany, dziewczęcy, ale bez przesady. Pozbawiony jakichkolwiek dramatycznych manifestów czy śladów złości, które często zdradzały wewnętrzne konflikty młodych. Ubrania ułożone w szafie, kosmetyki na toaletce. Na ścianach zdjęcia z wakacji, ze szkoły, z przyjaciółmi. Matejko naciągnął lateksowe rękawiczki na dłonie, po czym odkleił jedno z nich i wziął je do ręki. Spoglądała na niego dziewczyna z pięknym szerokim uśmiechem, o błękitnych oczach, w których było widać wiarę, że wszystko jest możliwe.
- To Kalina. - Z rozmyślań wyrwał go głos Julii.
- Mogę zachować to zdjęcie? Będzie nam potrzebne podczas śledztwa.
- Oczywiście. Proszę brać, co trzeba. Wszystko, co może pomóc.
- Zabezpieczymy laptop. Zobaczymy, z kim pisała, co czytała, czy coś ukrywała.
Julia skinęła głową i opuściła pokój, zostawiając go samego.
Matejko stał na środku pomieszczenia bez ruchu, nie analizował. Po prostu słuchał przestrzeni. Czasem trzeba pozwolić, żeby miejsce samo się odezwało. Ale ten pokój milczał. Był zbyt czysty, zbyt poukładany.
Po kilku minutach zszedł na dół. Julia czekała w kuchni z parującym kubkiem herbaty. Sama nie piła, jedynie trzymała naczynie i szukała w nim ciepła, którego już nie czuła.
- Coś pan znalazł? - zapytała.
- Na razie nic, co wskazywałoby na ucieczkę, samookaleczenie albo kontakt z kimś niebezpiecznym. Pokój czysty. Jak gdyby po prostu wyszła na chwilę.
Julia spojrzała na niego. Na jej twarzy nie było już paniki, tylko puste zmęczenie.
- Ale nie wróciła.
Matejko nie odpowiedział. Każde słowo wydawało się nie na miejscu.
Wyszedł na zewnątrz. Deszcz przestał padać, ale powietrze wciąż było ciężkie. Kowal już czekał oparty o maskę radiowozu, dłonie miał schowane w kieszeniach.
- Trzeba będzie sprawdzić wszystko: Messenger, WhatsApp, TikTok, Instagram. Jeżeli z kimś pisała, znajdziemy to.
- Zlecę to ludziom z cyber.
Komisarz zaciągnął się papierosem i zmierzył go wzrokiem.
- Coś ci się stało?
- Zakwasy - odpowiedział Sławek, robiąc przy tym zbolałą minę.
- Od czego?
- Od siłowni.
Matejko parsknął.
- Ty i siłownia?
- Trenerka mnie ciśnie.
- Ta z bicepsami większymi niż twoje?
- Właśnie ta.
Na chwilę zapadła cisza, lekka i potrzebna, a potem komisarz odezwał się już poważnie:
- Wolałbym, żeby ta sprawa nie miała nic wspólnego z tym, co się działo w Zabrzu i Bytomiu.
Kowal skinął głową.
- Trzy dziewczyny, dwa miesiące. Jeśli to ta sama ręka...
- ...to znaczy, że nie skończył - dopowiedział Matejko cicho.