Rozdział 1 Czternaście lat później
Skacząc na jednej nodze, starałam się ominąć porozrzucane wszędzie ubrania, skupiając się na szukaniu drugiego buta. Zajrzałam pod łóżko, przetrząsnęłam szafę w sypialni, a także przełożyłam poskładane pranie ściągnięte tydzień wcześniej z suszarki. Wszystko na próżno, beżowej szpilki nigdzie nie było. Spojrzałam na zegarek i zmełłam w ustach przekleństwo. Jeśli zaraz nie wyjdę, znowu się spóźnię, co wiązało się z wysłuchaniem wykładu na temat tego, dlaczego w wieku niemal dwudziestu czterech lat powinno się przykładać większą wagę do punktualności. No cóż. Ja z pewnością punktualna nie byłam.
Spanikowana rozejrzałam się po zabałaganionym pokoju, zastanawiając się, gdzie bym leżała, gdybym była szpilką z najnowszej kolekcji Jimmy'ego Choo. Ta taktyka, niestety, nie przyniosła spodziewanego efektu, dlatego zrezygnowana postawiłam na czółenka, nijak nie pasujące do grafitowych spodni i kremowej bluzki ozdobionej perełkami. Zdawało się, że nawet Pan Gatsby myśli podobnie, bo obwieścił to kilkoma głośnymi miauknięciami.
- Wiem - rzuciłam zniecierpliwiona. - Zamiast krytykować, mógłbyś pomóc szukać.
W ramach odpowiedzi mój dwuletni ragdoll okręcił się kilkukrotnie wokół własnej osi i zwinął w kłębek na stercie czystych ubrań. Pokręciłam zrezygnowana głową - naprawdę liczyłam na choć minimalne wsparcie. Włożyłam beżowy płaszcz i owinęłam się kaszmirowym szalem.
Wychodząc z mieszkania, zatrzymałam się przed lustrem w przedpokoju i wygładziłam upięte w luźny kok włosy. Podobał mi się sposób, w jaki podczas ostatniej wizyty w salonie fryzjerka przyciemniła pasma u nasady, a rozjaśniła końce. Dzięki temu twarz nabrała wyrazistości i w moim mniemaniu przestała być taka pospolita.
Chwyciłam teczkę z dokumentami i wybiegłam na zewnątrz, zatrzaskując za sobą drzwi. Odpięłam różowego holendra, mój ulubiony środek transportu, i ruszyłam w kierunku High Street. Na szczęście od Muzeum Naturalnej Historii Świata i Ohio dzieliło mnie jedynie sześć przecznic, zatem istniała jeszcze szansa, że dotrę na spotkanie o czasie lub tylko minimalne spóźniona.
Właśnie rozpoczął się październik, a jesień już na dobre zadomowiła się w Akron. Liście drzew przybrały żółtą i czerwoną barwę, sprawiając, że całe miasto zdawało się mniej szare. Dziś był czwartek i choć od początku tygodnia bez przerwy lało, tym razem los okazał się dla mnie łaskawy, bo z pochmurnego nieba nic nie kapało na głowę. Błyskawicznie pokonałam dzielącą mnie od muzeum odległość i przypięłam jednoślad do stojaka, znajdującego się na dziedzińcu olbrzymiego gmachu. Przed wejściem tłoczyli się uczniowie, którzy przyjechali tu w ramach wycieczek. Minęła dłuższa chwila, gdy w końcu stanęłam przed idealnie umalowaną i uczesaną brunetką, siedzącą przy okienku z napisem "kasa".
- Kolejka jest. - Obrzuciła mnie lekceważącym spojrzeniem.
- Tak, dzień dobry, wiem. O dziewiątej mam mieć spotkanie z dyrektorem Tremblayem - wyjaśniłam, kątem oka spoglądając na duży zegar, bezlitośnie pokazujący, że już się spóźniałam.
- W sprawie pracy? - Dziewczyna nieco się ożywiła. - Dyrektor nie lubi niepunktualnych. Leć szybko na trzecie piętro. Tam jest winda. - Wskazała na drzwi za moimi plecami. - I pośpiesz się!
Uśmiechnęłam się z wdzięcznością. Przeznaczenie jednak nade mną czuwało, ponieważ gdy tylko nacisnęłam przycisk, drzwi się rozsunęły. Z ulgą wskoczyłam do środka i po chwili już jechałam do biura. Wzięłam głęboki wdech i podczas tej krótkiej przejażdżki powtórzyłam wszystkie formułki, jakie powinna znać najlepsza kandydatka na stanowisko młodszego muzealnika. Gdyby ktoś zapytał, gdzie widzę się za pięć lat, z całą pewnością jakiekolwiek muzeum byłoby na samym końcu listy. Od zawsze interesowałam się rękodziełem i bez trudu potrafiłam z niczego stworzyć wszystko. Jednak to nie była prawdziwa praca, przynajmniej nie dla mojej matki.
Wysiadłam na trzecim piętrze i pospiesznie pokonałam odległość dzielącą mnie od pokoju numer sto jeden. Ciekawe, według jakich zasad tworzyli numerację. Szczerze wątpiłam, aby było tu aż tyle pomieszczeń, aby dało się dobić do setki. Zegar wskazywał dziewiątą osiem, gdy trzęsąc się ze zdenerwowania, zapukałam - głośno i stanowczo, tak jak uczyła mnie Victoria. Według jej filozofii na drodze do upragnionego celu wszystko ma znaczenie.
Nie minęła nawet chwila, gdy zostałam zaproszona do środka przez uśmiechniętą kobietę w średnim wieku. Przecięłyśmy niewielką poczekalnię z rzędem krzeseł pod ścianą i stojącym przy oknie biurkiem, na którym piętrzyły się dokumenty, i weszłyśmy do gabinetu mieszczącego się po lewej. To pomieszczenie wyglądało zupełnie jak w filmach. Gdyby było o połowę mniejsze, i tak robiłoby piorunujące wrażenie. Ogromne masywne biurko, butelkowa zieleń, obrazy w mosiężnych ramach i wszechobecne ciemne brązy sprawiały, że było tu trochę ponuro.
- Charlotte, już myślałem, że nie przyjdziesz. - Elijah Tremblay skierował się w moją stronę z wyciągniętą dłonią i szerokim uśmiechem.
- Przepraszam, trochę się pogubiłam na dole - gładko skłamałam.
Uścisnęłam jego rękę i odwzajemniłam uśmiech.
- Zapraszam, zapraszam. - Objął mnie delikatnie i poprowadził do głębokiego fotela stojącego przy biurku. Sam zajął miejsce po drugiej stronie. - Cindy, zrób nam proszę kawę.
- Oczywiście. - Kobieta skinęła głową i zniknęła za drzwiami.
- Victoria przesłała mi twoje CV i list motywacyjny. Przyznam, że właśnie kogoś takiego szukamy. Kończyłaś edukację o rodzinie i naukach konsumenckich na Stanowym Uniwersytecie Ohio, do tego miałaś praktyki w Muzeum Sztuki imienia Kennedy'ego, a od skończenia studiów pracujesz w Centrum Edukacji dla Dzieci i Młodzieży - czytał z trzymanych przed sobą kartek. - Dlaczego chcesz przejść do nas? - Wyprostował się i zaczął bacznie mnie obserwować.
- Myślę, że potrzebuję zmiany, a oferowane stanowisko jest doskonałą szansą na samorozwój. Z wielką przyjemnością będę współpracowała przy tworzeniu oferty muzealnych lekcji, tras i warsztatów. Jest tu świetna ekspozycja stała, a do tego jeszcze wystawy okresowe, które przyciągają zwiedzających różnorodnością - recytowałam z pamięci wyuczone formułki.
- Victoria nie przesadzała, mówiąc, że zna kogoś idealnego na to stanowisko.
Drzwi się otworzyły i pojawiła się Cindy, niosąc tacę z dwiema kawami, mleczkiem oraz cukiernicą. Postawiła ją na biurku, po czym cicho wycofała się do swojego biura.
- Przejdźmy może od razu do kwestii kluczowych. Szukamy kogoś, kto przygotuje ofertę dla szkół, ale zadba także o urozmaicenie wystaw czasowych. Dla odwiedzających muzeum jest czynne od wtorku do soboty w godzinach od dziesiątej do dwudziestej. Nasi muzealnicy pracują od poniedziałku do piątku od dziewiątej do szesnastej oraz w dwie soboty w miesiącu. Czy odpowiada ci taki system?
- Tak, jak najbardziej - przytaknęłam.
- Możemy zaoferować cztery tysiące czterysta dolarów miesięcznie, pełen pakiet zdrowotny oraz darmowe bilety do naszego muzeum dla rodziny. Mamy też owocowe czwartki.
- To bardzo dobra oferta - oceniłam szybko.
Teraz zarabiałam o osiemset dolarów mniej, miałam podstawowe ubezpieczenie medyczne i żaden dzień tygodnia nie był owocowy.
- Świetnie. Cindy przygotuje umowę i umówi spotkanie, aby dopełnić wszystkich formalności. Kiedy możesz zacząć? - Elijah chwycił filiżankę i upił spory łyk.
- W Centrum wiedzą, że szukam czegoś innego i nie powinni robić problemów z moim odejściem.
Prawda była taka, że lubiłam swoje warsztaty, przede wszystkim te dla dzieci z biedniejszych rodzin. Widziałam, jaką frajdą sprawiało im przygotowywanie wyklejanek, nauka origami czy haftu, zwłaszcza że ich opiekunów nie było stać na opłacanie dodatkowych zajęć.
- Co u Victorii? Nie pamiętam, kiedy ostatnio się widzieliśmy. - Zamyślił się. - Chyba na gwiazdkowym balu dobroczynnym.
- Z tego, co wiem, to wszystko u niej dobrze. Jest dość zajęta, odkąd tata przeszedł na emeryturę.
- Ano tak, no tak. W końcu teraz sama musi prowadzić rodzinny biznes. Ale znając ją, jest w swoim żywiole.
Timothy Harris wcale nie chciał rezygnować z pracy w fabryce opon, zwłaszcza że było to jego najukochańsze dziecko, ale został do tego zmuszony przez lekarzy. W wieku sześćdziesięciu sześciu lat miał za sobą dwa zawały i istniało spore ryzyko, że kolejny może go zabić. Dla kogoś, kto całe życie coś robił, emerytura stanowiła prawdziwy koszmar. Teraz zaś Harrison's Tires przeszło we władanie Victorii i byłam ciekawa, czy przedsiębiorstwo przetrwa te rządy.
Osłodziłam kawę i dolałam do niej śmietankę, po czym wypiłam zawartość zielonej filiżanki prawie na raz. Po informacji, że zostałam zatrudniona, żołądek przestał przypominać ciasny supeł.
Pół godziny później, gdy stałam w kolejce do samoobsługowej kasy w Walmarcie, zadzwonił mój telefon. Nie musiałam patrzeć na ekran, bo wiedziałam, kogo zaraz usłyszę. Westchnęłam głęboko, starając się nie denerwować. Przy takiej dawce stresu niedługo będę siwiuteńka. Wyłowiłam smartfon z torebki i przyłożyłam do ucha.
- Cześć, Victorio - starałam się brzmieć radośnie.
Jedna z zasad brzmiała, że nie mogliśmy zwracać się do niej "mamo", bo, jak uznała, bardzo ją to postarzało.
- Dlaczego o tym, że dostałaś pracę, dowiaduję się od Elijah, a nie od ciebie? - W jej tonie dominowały złość i urażona duma.
- Przecież bym zadzwoniła. Chciałam po prostu wrócić do domu... - wyjąkałam.
- W końcu znajdziesz się na odpowiednim stanowisku. To ważna, a wręcz przełomowa chwila, a ty nie chcesz się nią dzielić z najbliższymi! - prychnęła, ale już nieco mniej obrażona. - Nie tak cię wychowałam.
- Do taty też jeszcze nie dzwoniłam. Isabella i Alex również nie wiedzą - wspomniałam o przybranym rodzeństwie. - Muszę zapłacić za zakupy...
- Oczywiście. Chciałam ci tylko pogratulować normalnej pracy. W twoim wieku bieganie za jakimiś patologicznymi smarkaczami nie uchodzi. Dobrze, że się dowiedziałam, że Elijah kogoś szuka.
Nim zdążyłam coś na to odpowiedzieć, rozłączyła się.
Byłam adoptowana, a Victoria i Timothy nigdy tego nie ukrywali. Długo starali się o własne dzieci, ale żadna z metod nie zadziałała. Najpierw przygarnęli Isabellę, o rok ode mnie starszą. Potem w ich domu pojawiłam się ja, następnie pięć lat młodszy ode mnie Alexander, a na końcu najstarszy z nas - Julian. Jednak o nim nie wolno było rozmawiać. Zniknął z naszego życia, gdy jeszcze chodziłam do szkoły średniej. Reszta Harrisów odetchnęła wtedy z ulgą, ale nie ja. Mnie jego nagłe odejście złamało serce, a najgorsze, że nikomu nie mogłam tego powiedzieć.