I
Wysoki pałac w stolicy, bardzo wysoki, tak wysoki, że gdy popatrzysz w dół, ludzie wyglądają jak mrówki. Zdaje się, że bliżej jest do nieba niż do ziemi. Mam zamiar runąć w przepaść, rzucić się na łeb, na szyję. Nie jest mi łatwo, za dużo myśli tłoczy się naraz. A chociażby taka, jak długo będę spadał i co będę widział, co będę czuł. A kiedy wreszcie uderzę o ziemię, jak ogromnego bólu doświadczę, nim zginę. Mógłbym zsunąć się po ścianie, co spowolniłoby prędkość spadania, ale wówczas naraziłbym się na odarcie pleców ze skóry, a na to nie mogę sobie pozwolić. Coraz mniej czasu mam na podjęcie ostatecznej decyzji - rzucić się w przepaść, czy też nie? Patrząc, w dół można dostać zawrotów głowy. Dlaczego ja tyle myślę, zamiast uczynić wreszcie ten krok ostateczny, dla którego tu się znalazłem. Hop i już. Samobójcy nie mają przecież czasu na roztrząsanie jakichkolwiek alternatyw. Kiedyś widziałem w Bristolu, jak pewien mężczyzna skoczył z Suspension-bridge i upadł wprost na ciągnącą się pod mostem autostradę. To była sekunda - stanął na barierce i natychmiast runął w dół. Samobójcy muszą być bardzo nieszczęśliwi, pochłonięci swym niepowodzeniem do tego stopnia, że żadna inna myśl, poza tą, by zakończyć tragedię, do nich nie dociera. Nie to, co ja, stojący na szczycie najwyższego budynku w stolicy i ciągle jeszcze zastanawiający się, jak długo będę spadał albo jak wielki ból mnie czeka i jak długo będzie trwał. Toteż lepiej, jeśli powędruję za miasto i pobiegnę pośród szumiącego zboża. A kiedy znalazłem się na obrzeżach, biegnę szybko, choć tak naprawdę to w ogóle nie wiem dokąd. Ale biegnę i jest w tym biegu coś pięknego, gdyż mój strój, moje włosy, ręce, nogi, wszystko to, co widzę - stają się łanem zboża. Coraz szybciej pędzę przed siebie, stając się źdźbłem. Znalazłszy się wśród róż, zwolniłem nieco, gdyż ich kolce ranią mnie to tu, to tam. Więc już nie pędzę, nie biegnę, a idę dosyć szybko, nadal nie wiedząc dokąd. Nie jestem już źdźbłem pełnym dorodnego ziarna, jestem czerwoną różą i krwawię, sam sobie zadając rany. A kiedy na powrót wbiegłem na ulicę pełną ludzi, ciągle nie wiedząc gdzie kres mej wędrówki, rany moje zaczęły coraz bardziej krwawić, a ja zaś coraz bardziej upodabniać się do ludzi. Teraz mam do wyboru dwie drogi, choć obie wiodą przez rzekę. Pierwszy most, tuż przede mną, prowadzi wprost na rynek miasta, które położone jest na niewielkim wzniesieniu. Drugi most zaś jest nieco oddalony, więc najpierw trzeba przemierzyć brzegiem wzdłuż rzeki niewielką odległość. Wybrałem tę drugą drogę, chcąc podziwiać okolicę. Brzeg rzeki jest łagodny, więc przyjemnie się idzie, wdychając zapach płynącej w dole wody. A gdy doszedłem na miejsce, zobaczyłem przed mostem ludzi ustawionych w kolejce. Most rozciąga się, niemal dotykając wody, i zachodzi obawa, że gdy tylko znajdzie się na nim zbyt dużo ludzi, może natychmiast zatonąć. Kiedy nadeszła moja kolej, przeżegnałem się i delikatnie zacząłem stawiać stopy, idąc po rozchybotanej belce. Woda nieznacznie się podniosła i zrobiło się jeszcze bardziej niebezpiecznie. Przylgnąłem całym ciałem do belki i zacząłem wiosłować rękami, by jak najprędzej osiągnąć drugi brzeg. Jeszcze tylko kilka energicznych pociągnięć ramionami i jestem na brzegu. Prawie zupełnie nagi, gdyż wzburzona rzeka okradła mnie z łachmanów. Aż wstyd pokazać się między ludźmi. Dobrze, że niedaleko są stragany. Podszedłem do jednego z nich. Sprzedawca poleca podkoszulki w dobrej cenie. Wziąłem jeden, a nie rozumiejąc ile za niego żąda, nie zapłaciłem mu. Nawet się nie awanturował, gdyż zaraz za mną stojące małżeństwo domagało się szybkiej obsługi. Założyłem na siebie podkoszulek i ruszyłem w kierunku miasta. Podejście od tej strony jest łagodne, przyjemne, nadal można podziwiać piękny krajobraz roztaczający się wokół. Minąłem niewielką furtkę, za którą było zejście po schodach do piwnicy. Jacyś mężczyźni, po kolana w wodzie, ustawiają drabinę, którą ponoć dopiero można wejść na rynek miasta. Szarpią tą drabiną, pociągają, przestawiają. Już nie wiadomo, czy można na nią wchodzić, czy nie i kto ma zacząć. Koszulka przed chwilą założona jest na mnie za mała i uwiera mnie pod pachami, toteż tym trudniej będzie mi wspinać się po drabinie. No dalej, na co czekamy? Szczebel po szczeblu zacząłem wznosić się do góry. Czapka z głowy mi spadła, więc podarowałem ją jednemu z tych, co ustawiali drabinę. Będąc blisko szczytu zauważyłem stojącego na nim strażnika, który wszystkich wchodzących dokładnie obmacywał. Tych, którzy mu się nie poddali odstawiał na bok, innych zaś przepuszczał dalej. Przestraszyłem się, choć właściwie nie miałem powodów. A jednak zwrócił uwagę na moją koszulkę - nie mam pojęcia, skąd się dowiedział, że nie zapłaciłem za nią. Tak być nie może! A na dodatek jeszcze skierował mnie w inne miejsce niż pozostałych. Nie mam pieniędzy, nic nie posiadam, nawet majtek nie mam na sobie - nie widać? Upływają powoli dni moje, gdy tak stoję po kolana i odzieram ryby ze skóry, śledzie pachnące dalekim morzem, które wystarczy pozbawić kręgosłupa, żeby je zjeść. Jedne dają się łatwo skórować, inne trudniej. Najgorsze są miejsca tuż przy ogonie, gdzie skóra ryb przylega najściślej do korpusu. Zdarza się, że kawałki mięsa zostają mi w palcach i jest to bardzo nieprzyjemne, bo nie wiem, czy je zjeść, czy wyrzucić do kosza. Śnieg sypie, zasypuje moje ryby świąteczne, ptaki przelatują nisko, stragany już porozkładane, gdzieniegdzie ktoś odmiata puch. Jeden chłopiec stawia zamki na lodzie, drugi zaś, czego by się nie dotknął, zamienia w złoto. Proszę, oto ryby wigilijne, obrane ze skóry i ości. Tymczasem pozwolę sobie na małą przejażdżkę saniami w dół ulicą Kolejową. A wy tam siedźcie sobie na górce i palcie swoje skręty, żeby łatwiej było wam trzymać los w swoich rękach. Z drogi! Z drogi!, bo jadą ruskie pierogi. Zręcznie omijam przechodniów idących na targ. W połowie drogi, widzę, tu gdzie kiedyś mieszkał pan Kasprzak, fryzjer damsko-męski, stoi kondukt żałobny, trumnę wynoszą w ośmiu i kładą na furmankę. Skręciłem saniami w prawo i ledwie co wyminąłem orszak, kobiety i mężczyzn w czarnych strojach. Ale co to? Po prawej stronie, tam gdzie dom najlepszego blacharza we wsi, jeszcze większy tłum ludzi stoi, a z mieszkania wynoszą trumnę i kładą na furmankę zaprzęgniętą w dwa konie. Nic, tylko i tę ceremonię ominąć tak, by nie zauważył mnie nikt. Znalazłszy się na dole, ujrzałem tam wiosnę, i dobrze, gdyż łatwo będę mógł przesiąść się na rower. Sań nie mam już sił ciągnąć za sobą. Tym bardziej że teren zrobił się płaski, most stoi a w dole rzeka płynie i śniegu ani krzty nie uświadczysz. Zaraz do was dołączę, nie czekajcie na mnie, tylko dokręcę koło i już pędzę za wami. Rower jakiś mały, nie mieszczę się na nim, siodełko uwiera, sporo trzeba się namęczyć, by na pedał naciskać, i jeszcze koło zaczęło się blokować tak, że po chwili skontrowało na dobre. Dalej ani rusz. Szczęście od Boga, że zatrzymałem się tuż obok stadionu, z ulicy dokładnie widać, jak nasi biegają za piłką. Dowiedziałem się, że wynik jest korzystny dla nas, bo wróciliśmy z dalekiej podróży, a pomocnicy wykonują precyzyjne prostopadłe podania. Już gwizdek. Między liście zagląda opieszale wieczór. Przywykły do marnotrawienia czasu dosyć długo stałem w kolejce, zanim lekarz wezwał mnie do swojego gabinetu, by przeprowadzić specjalistyczne badanie mojej głowy. Ale już po chwili okazało się, że z moją głową jest wszystko w porządku, że to chodzi o głowę mojego ojca, który od jakiegoś czasu leży w pościeli nieprzytomny. Lekarz pokazał mi elektroencefalogram, na którym widoczne są zmiany organiczne w mózgu. Muszę natychmiast zatelefonować do domu i powiedzieć matce o tym, co przed chwilą widziałem. Niestety, nie mam przy sobie karty telefonicznej. Ale ujrzawszy kolegę, poprosiłem go, by użyczył mi swojej. - Nie będę długo rozmawiał, tylko kilka znaczących zdań, które niczego nie zmienią, nie wywrócą do góry nogami. Kolega powiedział, że nie ma karty telefonicznej, ale wie jak zadzwonić bez niej, że to bardzo proste, dzwoni się na koszt jakiegoś frajera, który nie ma pojęcia, że się go grabi. Nie mogłem się na to zgodzić, to zbyt podejrzane, a ojciec nie może dłużej czekać, gdyż w każdej chwili może umrzeć. Pomyślałem, że najlepiej zrobię, jeśli udam się do sklepu i kupię brakujące impulsy. Pokonałem kilka stopni i zatrzymałem się przed drzwiami, które nijak nie dały się sforsować. Zamknięte na cztery spusty. Pukam, dzwonię - nic z tego. Stojący pod drzewem mężczyzna krzyczy, żebym nie dawał za wygraną, ktoś przecież powinien być w domu. - Na pewno jest ktoś w środku, przecież przed chwilą z niego wyszedł. - Ach, te dzieci, spać będą do południa, a pieniędzy nie ma kto zarabiać, ja im pokażę, tak im wyłoję skórę, że popamiętają na wszystkie czasy. - Nie tracąc czasu, poszedłem do drugiego sklepu, w którym obsługująca mnie znajoma ekspedientka powiedziała, że nie mają żądanego przeze mnie towaru. W dodatku zrobiła mi okropną awanturę o to, że nie przywitałem się z Gośką, która prawie się na mnie za to obraziła. - Nie chciałem jej urazić, po prostu nie zauważyłem jej za ladą, taki tłok, spieszę się, czekają na mnie, jeśli chce, to umówię się z nią i poszalejemy jak dawniej. - Wyszedłszy ze sklepu, uświadomiłem sobie, że przecież do domu mam niedaleko, więc po co dzwonić, nerwy sobie szarpać, pieniądze wydawać, jak to tylko parę kroków. Dalejże przed siebie, mam w kieszeni dwie mandarynki, przydadzą się. Janusz, który idzie obok mnie, mówi, że pić mu się chce. Ale ja nie zdradziłem się ze swoimi mandarynkami, nie ma głupich, na Równi jest sklep z napojami, kupimy coś na miejscu. Tylko po co ten Janusz przyplątał się do mnie, czego on chce, wcale nie potrzebuję jego towarzystwa, wręcz przeciwnie, nienawidzę go za to, co nagadał ostatnio na mnie do ludzi. Zbliżając się do rzeki, Janusz odezwał się. Wcale już mu się nie chce pić, powiedział, że czeka nas walka z wymagającym przeciwnikiem. Więc co? Do kogo będziemy strzelać? Każdy do swego wroga. Czyli każdy do bramki swojego rywala. Niech i tak będzie. Wcale się tym nie przejmuję. Do domu muszę jak najszybciej się dostać. Tylko pod tę górę jeszcze wejdę, popodziwiam nasze piękne szczyty i wejdę do kuchni. O, mateczko kochana, poczęstuj mnie papierosem, widzisz jaki zmęczony jestem, pójdę do swojego pokoju, zdrzemnę się kapkę, zadbaj o to, by nikt mi nie przeszkadzał. Dobrze wiem, że w wyśnionej przeze mnie wodzie nie ma ryb. Płynę to tu, to tam, ale najlepiej czuję się, płynąc wzdłuż prawego brzegu. Ciepła woda przytulała mnie do serca. I wszystko byłoby na swoim miejscu, gdyby nie dwóch pijanych mężczyzn, którzy zaczęli awanturować się przy wejściu. Zaczęli się szarpać, rozbierać. Jeden z nich pokazał na mnie palcem. Drugi wszedł do wody i zaczął podążać za mną wielkimi krokami. Uciekać, uciekać. Rozbryzguję wodę rękami tak, że chwilami, jak mi się zdaje, jestem zupełnie niewidoczny. Dopłynąłem do drabinki, po której łatwo dostałem się na brzeg. Pijani mężczyźni utonęli w świetle przebijającego się przez szklany dach słońca. Teraz powinienem natychmiast ubrać się i pójść na zajęcia praktyczno-techniczne do sali numer pięć. Podszedłem do ściany, pod którą zostawiłem na ławce ubranie. Koledzy tłoczyli się gwarnie wokół, rzucając na ziemię jednozłotowe monety. Ubrania jak nie było, tak nie ma. - Panowie, przepraszam, nie widział ktoś moich spodni albo koszuli. Butów też nie ma. Ktoś pewnie ukradł, albo schował dla żartu. Posuńcie się, posuńcie się trochę dalej, może za wami coś leży, jakaś mysz, szczur, trup. Kto mógł zrobić mi taki żart? Kogo zapytać? Posuńcie się, posuńcie. W szafce też nie ma moich sznurówek. Jeżeli goły pójdę na rozmowę kwalifikacyjną, znowu będę musiał powtarzać rok. Przepraszam, przepraszam. - Wybiegłem na dwór i dalej biegnę przed siebie na przystanek autobusowy. Być może tornister zostawiłem tam na ławce, na której jeszcze niedawno siedziałem, gdym tu do szkoły przyjechał. Nie widział kto moich ciuchów, łachmanów? Wziąłem za nogi małego chłopca i zacząłem wraz z nim kręcić się dookoła. Tylko nie płacz, maleńki, powiedz, gdzie schowałem moje ubranie, a nic ci nie zrobię. Mów natychmiast! Nie chcesz mówić, to dobrze. Wypuściłem go z rąk, a on, niczym ptak, pofrunął przed siebie i wylądował, by usiąść na butach poszukiwanych przeze mnie od dawna. O, są moje buciki, cholewki malutkie, chodźcie tu do pana, wskoczcie mu na nóżki. Tylko bez wygłupów, bardzo was proszę. - A ty, dokąd idziesz? - Żona mnie wkurwiła, nie chce zajmować się moimi dziećmi z poprzedniego małżeństwa, w ogóle moje dzieci nie interesują jej. Pierdolę to. Zabrałem tylko buciki i wynoszę się z domu na zawsze, na zawsze zostawiam ją samą. - Uwolniwszy się spod pręgierza, zacząłem wokół niego gonić, uciekać przed rozwścieczonym obywatelem miasteczka, chcącym chłostać me plecy nahajką. Raz dookoła, raz dookoła, dokolutka, dokolusia. Zabawnie to musi wyglądać, gdy tak uciekam przed karą i uciekam, aż wreszcie udało mi się zniknąć z pola widzenia. Ukryłem się pod mostem łączącym dwa nieprzyjacielskie brzegi. Nagle, widzę, z naprzeciwka idą wrogowie, a nad ich głowami powiewają proporce. Nadciąga zza miedzy zastęp uzbrojonych mężczyzn. Nie ma sensu, bym sam próbował przeciwstawić się tej ciżbie. Pozostanę w ukryciu, niech przejdą obok. Najwyżej pobiegnę na ukos i skrzyknę strażaków, niech wezmą topory, osęki, odeprzemy atak. Tak, Zagórze do boju, na Łowczów, na Łowczów, pogonić nieprzyjaciela. To nasza miedza, nasza kraina dzieciństwa. Pobiegłem bitą glinianą drogą co tchu, aż do zakrętu, za którym spotkam Marysię. Idzie sobie jak gdyby nigdy nic, nie mając pojęcia o czyhającym zewsząd zagrożeniu. Kiedy idzie, jej stopa drży leciutko na obcasie. - A dokąd to tak spieszno, Marysiu? - Nie widzisz, przed nami moja matka z bratem idą, niosąc naręcza kwiatów. Śledzę ich, nie wiem, dokąd oni tak drałują. Na cmentarz? A może do figurki Bolesnej, a może na dworzec, witać przyjezdnych? No, już sama nie wiem! - Pospieszmy się, to ich dogonimy i zapytamy. - Matka z bratem skręcili w lewo i weszli do oszklonego budynku. Za szybami widać pełno rosnących roślin, wijących się wokół palisad. - Za nimi, za nimi, nie ma na co czekać. - Schody prowadzą w dół, gdzie asfaltowe boisko pokryte jest kałużami. Chłopcy grają w kosza oryginalną piłką do koszykówki. Nieźle trzeba się natrudzić, by sprytnie omijać kałuże, chcąc nie zamoczyć stóp, a i piłkę uchronić przed zabrudzeniem. - Do mnie, do mnie, podaj do mnie, jestem na czystej pozycji. A masz, gnojku jeden, i tak nic z tego nie będzie. - Dopiero Janusz umieścił piłkę w koszu. Chwała mu za to.
w serii kwadrat ukazały się:
"2008", "2011", "2014" - antologie współczesnych polskich opowiadań
Marcin Bałczewski "Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"
Waldemar Bawołek "To co obok"
Kostia Berezin (Paweł Laufer) "Buty Mesjasza"
Dariusz Bitner "Książka"
Roman Ciepliński "Diabelski młyn"
Tomasz Dalasiński "Nieopowiadania"
Krzysztof Gedroyć "Przygody K"
Andrzej Grodecki "Iluzje"
Brygida Helbig "Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"
Lech M. Jakób "Ciemna materia"
Bogusław Kierc "Bazgroły dla składacza modeli latających"
Wojciech Klęczar "Wielopole"
Bogusława Latawiec "Ciemnia"
Ryszard Lenc "Chimera"
Artur Daniel Liskowacki "Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz", "Skerco"
Miłka O. Malzahn "Fronasz", "Kosmos w Ritzu"
Agnieszka Masłowiecka "Pyszne ciało", "Splątanie"
Jarosław Maślanek "Ferma ciał"
Dariusz Muszer "Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"
Krzysztof Niewrzęda "Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Second life", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"
Ewa Elżbieta Nowakowska "Apero na moście"
Paweł Orzeł "Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"
Paweł Przywara "Zgrzewka Pandory"
Krystyna Sakowicz "Księga ocalonych snów", "Praobrazy"
Alan Sasinowski "Pełna kontrola", "Rupieć", "Sycyerz facet"
Grzegorz Strumyk "Kra", "Nierozpoznani"
Łukasz Suskiewicz "Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"
Leszek Szaruga "Dane elementarne", "Podróż mego życia", "Zdjęcie"
Izabela Szolc "Śmierć w hotelu Haffner"
Łukasz Szopa "Kawa w samo południe"
Andrzej Turczyński "Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncert muzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"
Anatol Ulman "Cigi de Montbazon i Robalium Platona"
Emilia Walczak "Hey, Jude!"
Miłosz Waligórski "Kto to widział"
Maciej Wasilewski "Jednodniowy spacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodej Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"
Bartosz Wójcik "Christiania. Historie z tamtej strony dobra"
Grzegorz Wróblewski "Nowa Kolonia"
Maciej Wróblewski "Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"
Tadeusz Zubiński "Rzymska wojna"