3
IZABELA
W sobotę pracuję do czternastej. Wesela, imieniny i inne familijne okazje - głów chętnych do farbowania i strzyżenia nie brakuje, zwłaszcza w wiosenny weekend, kiedy, dzięki słońcu i wyraźnej poprawie pogody, ludzie zaczynają się otrząsać z zimowego marazmu i radośnie wracać do życia towarzyskiego.
Pierwszej klientki nie znam. Albo jest nowa w mieście, albo do niedawna chodziła się strzyc zupełnie gdzie indziej. Kiedy siada w fotelu, usiłuję wciągnąć ją w rozmowę, ale szybko zdaję sobie sprawę, że młoda blondynka nie ma ochoty na pogawędkę. Milknę więc i delikatnie nakładam na jej włosy mieszankę farby.
Dopiero, kiedy ją modeluję, pyta, czy może zapisać do nas swoją siostrę, a później znowu milknie, zajęta swoim telefonem. Na jej palcu widzę wąską ślubną obrączkę, na szyi wisiorek ze złotą zawieszką w kształcie serca i przez chwilę się zastanawiam, jak bardzo idealne jest jej życie. Wygląda na pewną siebie, szczęśliwą i kochaną - są ludzie roztaczający wokół tego typu aurę, a ja rozpoznaję ich bez trudu, zresztą to akurat proste - emanują szczęściem, promienieją, każdy ich gest zdaje się współgrać z chęcią cieszenia się każdym dniem. Zazdroszczę jej. Młodości, tego, co jeszcze przed nią, nieskomplikowanego życia. Bo takie właśnie chyba jest - nieskomplikowane. Ale może to tylko pozory? Zastanawiam się nad tym, wyciągając na szczotce kolejne pasmo jej długich jasnoblond włosów.
Żegnamy się szybko i raczej oficjalnie.
- Dziękuję bardzo - mówi tylko blondynka i nie zostawiając mi napiwku, wychodzi z salonu, z telefonem przy uchu.
Kolejna zjawia się Elżbieta Dobrowolska, jedna z największych plotkar w okolicy, zbliżająca się do sześćdziesiątki matka dwóch dorosłych synów, z których od kilku lat jeden jest w zakonie, a drugi w wojsku.
- Jak zwykle, pani Elu? - pytam, pewna, że Dobrowolska zażyczy sobie podcięcia końcówek i zrobienia odrostu, ale tym razem klientka mnie zaskakuje.
- No właśnie nie - mówi. - Inaczej jakoś bym chciała - dodaje, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze, ale nie potrafi sprecyzować, o co tak właściwie jej chodzi. - Niechże pani coś zaproponuje, pani Izo kochana - odzywa się, wyraźnie właśnie we mnie pokładając wielkie nadzieje na spodziewaną metamorfozę.
Wsuwam palce w jej cienkie, sięgające ramion, proste włosy, które od lat farbuje na platynowy blond, chcąc ukryć niewielką siwiznę srebrzącą się gdzieniegdzie w jej odroście, a później uśmiecham się na widok jej dużych, orzechowych oczu w ciemnej oprawie i proponuję przejście na rudy.
- Co też pani, pani Izo? - Słysząc to, Dobrowolska aż się wzdryga. - Te rude to wredne przecież jakieś, fałszywe. - Krzywi się. - Pomijając panią, pani Izuniu kochana - dodaje, zorientowawszy się, jaką właśnie palnęła gafę.
- Moja dziewczyna jest ruda - wtrąca pracujący przy stanowisku obok Kuba, masując jednocześnie głowę leżącej w fotelu klientce. - I nie jest wredna. To znaczy czasem bywa, ale z całą pewnością nie jest wredniejsza od blondyny, z którą byłem przed nią - dodaje i kilka obecnych w salonie osób parska śmiechem.
- No, skoro pana dziewczyna jest ruda, panie Kubusiu kochany, to może ja też spróbuję. - Dobrowolska szybko zmienia zdanie i prosi o nowy odcień. - Ale nie na jakąś marchewkę? - zastrzega jeszcze, a ja pochylam się nad nią i mówię:
- Będzie pani zachwycona.
I faktycznie, niecałą godzinę później Dobrowolska przygląda się sobie z zachwytem w oczach, nie potrafiąc oderwać wzroku od lustra, przed którym siedzi. Na głowie ma jasny odcień, elegancki, stonowany. Nowy kolor podkreśla jej orzechowe oczy i pięknie współgra z szafirowo-zieloną sukienką, którą ma na sobie.
- Pani Elu, petarda! - Kuba puszcza do niej oczko i Dobrowolska dosłownie się rozpromienia.
- Ja też jestem zachwycona - zapewniam ją, a ona kręci głową na boki, delikatnie przeczesuje włosy palcami i w końcu wstaje, by mnie uściskać.
Nie lubię tego, że niektóre klientki czują potrzebę tak wylewnych powitań i pożegnań, ale wiem, że czasem w życiu trzeba poudawać. Pozwalam się więc objąć, starając nie myśleć o tym, jak przeraźliwie Dobrowolska cuchnie potem, a później proponuję jej zdjęcie.
Mamy w salonie kącik VIP, jak żartobliwie nazywamy ustawiony przy recepcji pikowany butelkowozielony fotel z wysokim zagłówkiem, który w towarzystwie lustra w złoconych ramach, palmy w dekoracyjnej donicy i pomalowanej na lawendowo komódki z fikuśnie wygiętymi nogami stanowi estetyczne tło dla tych klientek, które chcą sobie zrobić zdjęcie w nowej fryzurze.
Dobrowolska nigdy wcześniej tego nie robiła i wyraźnie się waha.
- Gdzie taka stara baba do zdjęcia? Modelka ze mnie żadna - mamrocze, ale kiedy Kuba podchodzi do niej z komórką w ręku, daje się namówić i rozsiada się w fotelu.
- A chciałem być kiedyś fotografem - mruga do niej Kuba. - I wygląda, że trochę jestem - dodaje i prosi, żeby lekko przechyliła głowę. - Cudnie, o to chodzi, pani Elu! Zdjęcie zaraz pani wyślę, będzie pamiątka.
- Pokaż mi je - proszę go, a on wyciąga wytatuowane przedramię i podsuwa mi pod nos swoją komórkę.
- Petarda, nie? - mówi.
- Jest ogień - przyznaję.
- Pani Elu, da mi pani swój numer? Wyślę od razu. Bez obaw, nie będę pani zasypywał sprośnymi esemesami, mam dziewczynę - zwraca się do rozpromienionej Dobrowolskiej, a klientka, zalana potokiem komplementów, dosłownie się rozpływa.
Jakub jest prawdziwym skarbem, myślę. Potrafi dowartościować kobietę w każdym wieku i w dużej mierze to dzięki niemu mamy w salonie taki duży ruch. Jest też cwany i sprytny, a jego komplementy nie zawsze są szczere. Czasem trochę mnie to irytuje, ale przecież... Dla dobra biznesu wszystko.
- Elżbieta Potem Zajeżdżająca wyszła, wietrzymy! - rzuca Jakub i, gdy tylko za Dobrowolską zamykają się drzwi, otwiera na oścież wszystkie okna w salonie i psika wokół przyniesionym z łazienki cytrusowym odświeżaczem powietrza. - Ta baba cuchnie gorzej niż mój świętej pamięci wujek Gienek, który latami miał ksywę Skunks, niech mu ziemia lekką będzie - dodaje, wachlując się trzymanym w dłoni katalogiem z fryzurami.
- Fałszywiec z ciebie, Kubusiu - śmieje się siedząca w recepcji Jowita, a on obojętnie wzrusza ramionami.
- Czemu? Byłem dla niej miły, bo to miła kobieta. Nie widzę jednak przyczyny, dla której szczerze nie miałbym teraz przyznać, że baba po prostu śmierdzi. No przecież nos urywa, same czujecie - mruczy Kuba, spryskując odświeżaczem fotel, na którym przed momentem siedziała Dobrowolska.
- Może już wystarczy? Udusisz nas - rzucam, a on przewraca oczyma.
- Nie moja wina, że Elżbieta Potem Zajeżdżająca... - Jakub przerywa w pół zdania na widok wyłaniającej się z pokoju do masażu klientki i posyła jej szeroki uśmiech. - W tej długości wygląda pani jak nastolatka, pani Agnieszko - komplementuje ją, chociaż ta musiała już przekroczyć pięćdziesiątkę i bardziej niż nastolatkę na moje oko przypomina buldoga.
Uśmiecham się pod nosem i wracam, by posprzątać wokół mojego stanowiska, zanim pojawi się kolejna klientka.
Następna jest Hanka Zajączkowska z mojej ulicy. Kiedyś chodziłyśmy razem do podstawówki, przez jakiś czas siedziałyśmy nawet w jednej ławce, a odkąd zostałam fryzjerką, jest mi wierna i zawsze strzyże się u mnie.
- Hej, kochana. - Dawna szkolna koleżanka wita mnie wylewnie i wręcza mi pudełko nadziewanych ajerkoniakowym likierem czekoladek. - Na smuteczki - dodaje balsamicznym głosem, który moduluje tak sztucznie, jak niektórzy księża na kazaniach, a później rozsiada się w fotelu i pyta, czy trzeba już podcinać końcówki.
- Mogę je podciąć, ale nic się nie stanie, gdy przetrzymamy je jeszcze kilka tygodni - mówię, a ona pyta, czy wiadomo coś w sprawie Igi. - Policja coś wam w ogóle mówi? Są jakieś nowe tropy? - szepcze i ledwo ją słyszę po tym, jak Kuba włączył suszarkę.
Nie chcę rozmawiać o mojej córce i nie znoszę klientek, które, niby przypadkiem, podejmują temat jej zaginięcia. Najchętniej ostrym tonem odpowiedziałabym, że to nie jej sprawa, ale nie zamierzam przecież zrazić do siebie Hanki, która - jak by nie było - jest od lat moją wierną klientką.
Mówię więc, że niestety nic nie wiadomo, a później celowo szarpię ją za włosy, udając, że to przypadkiem, i wylewnie ją przepraszam. Cóż, najwidoczniej nie tylko Kuba bywa fałszywy, uśmiecham się pod nosem, kiedy Hanka z opuszczoną głową grzebie w torebce w poszukiwaniu dzwoniącego telefonu.
Po pracy idę do wróżki. W domu mam być przed szesnastą, jedziemy z Robertem pod Ostródę, ale nie chcę odwoływać spotkania, na które umówiłam się miesiąc wcześniej i punktualnie o czternastej trzydzieści pukam do drzwi madame Izydy. Kobieta przyjmuje w jednej z kamienic w centrum, kilka przecznic od naszego salonu. Znam większość wróżek i jasnowidzów z naszej okolicy i nie tylko, ale u niej nigdy nie byłam.
Wygląda zwyczajnie - szczupła szatynka koło czterdziestki, jasne oczy, krótko przycięte i nawet niemuśnięte lakierem paznokcie, ładna cera - madame Izyda nie ma w sobie nic z filmowych wróżek, które zazwyczaj noszą cygańskie kiecki, mocno się malują i pobrzękują zdobiącymi przeguby bransoletkami.
- Proszę, niech pani wejdzie - mówi, kiedy otwiera mi drzwi.
Jej mieszkanie też wygląda zwyczajnie, w niczym nie przypomina widywanych w filmach salonów, w których przyjmują wróżki. Tu jest jasno, czysto i nijako, króluje Ikea oraz Jysk, a w oknach zamiast ciężkich aksamitnych zasłon są na wpół opuszczone rolety.
Kiedy siadam naprzeciwko niej, a ona rozkłada karty, czuję pęczniejący gdzieś we mnie niepokój. Powinnam natychmiast przestać odwiedzać tego typu ludzi, którzy i tak nigdy w żaden konkretny sposób mi nie pomogli, myślę, ale pokusa jest silniejsza.
Wiem, że ludzkość od zarania dziejów szuka pomocy u wróżbitów. Wróży się z wosku, dłoni, badając ludzkie i rybie wnętrzności, patrzy się w dym, śledzi ruchy węży, odczytuje przyszłość, obserwując ogień, a nawet nasłuchując szczekania psa. Istnieje pseudonauka zwana rumpologią, którą można by określić jako wróżenie z pośladków. Znana ponoć w starożytnych Babilonie, Indiach i Grecji łączyła kształt pupy z odpowiednimi cechami ludzkimi, takimi jak próżność, cierpliwość czy optymizm. Pewna Amerykanka twierdzi, że przewidziała wynik wyborów, wróżąc z zadków swoich dobermanów. Zawsze, kiedy o tym myślę, czuję się nieco mniej szalona, siedząc naprzeciwko kogoś takiego jak madame Izyda.
- Karty mówią mi, że osoba, której szukasz, żyje - odzywa się nagle, a ja zaciskam dłonie w pięści i przygryzam wargę, żeby nie krzyczeć z bezsilności.
- To gdzie jest?! Gdzie jest moja córka?! - pytam ostro, zaczepnie, a wróżka rozkłada ręce.
- Widzę tylko, że jej zaginięcie ma związek z mężczyzną, który może ją przetrzymuje. To zły człowiek, w Tarocie reprezentuje go karta Diabła.
- Czy Iga się odnajdzie? - pytam, a wróżka wpatruje się w karty i mówi, że nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie.
- To za co ja płacę?! - Zrywam się z krzesła i, wzburzona, wybiegam z jej salonu.
W korytarzu prawie wpadam na wielkiego czarnego kota, który, przeraźliwie miaucząc, czmycha mi spod nóg. Szarpię za klamkę i wybiegam na ciemną, ponurą klatkę starej kamienicy.
To jakiś żart?! Przetrzymuje ją mężczyzna? Też mi odkrycie! Tyle to ja sama wiem, myślę. Kobiety raczej nie uprowadzają jedenastoletnich dziewczynek. Nagle zaczynam płakać. Siadam na schodach, ukrywam twarz w dłoniach i szlocham tak rozpaczliwie, że z trudem łapię powietrze.
Moja córeczka... Kim jesteś, bydlaku, który mi ją zabrałeś? Zalewajm się łzami na cuchnącej gotowaną kapustą ciemnej klatce schodowej.
Kiedy w końcu uspokajam się na tyle, żeby wstać, wytrzeć oczy i zejść na parter, zdaję sobie sprawę, że nie zapłaciłam za wizytę i robi mi się głupio. To przecież nie jest wina tej kobiety, że niczego konkretnego nie zobaczyła. Czasem karty nie chcą podobno przemówić, tak chyba gdzieś czytałam.
Wracam więc na górę, pukam do jej drzwi, a kiedy otwiera, nalegam, że zapłacę, ale madame Izyda nie chce moich pieniędzy.
- W niczym pani nie pomogłam, a pani z kolei nie zajęła mi wiele czasu - mówi.
Chowam więc pieniądze z powrotem do torebki i schodzę na dół.
Robert dzwoni, kiedy pieszo idę przez park.
- Kupisz coś do jedzenia? - pyta.
- Jest jeszcze leczo, zjedz je - mówię, świetnie wiedząc, że sama w najbliższym czasie nie zdołam niczego przełknąć.
- Nie ma już, zjadłem je w nocy - przyznaje.
- Ile razy cię prosiłam, żebyś nie plądrował lodówki nocami? - pytam go, ale oczy mi się śmieją.
Myszkowanie w kuchni to cecha, która zawsze mnie w Robercie roztkliwiała. Jest coś uroczego w dorosłym mężczyźnie, który, niczym mały chłopiec, ukradkiem przeszukuje lodówkę i szafki w poszukiwaniu ulubionych smakołyków.
- Kupię krokiety - obiecuję więc, bo akurat mijam sklep z garmażerką, a mąż rzuca "dzięki" i dodaje, żebym się pośpieszyła.
Stojąc w kolejce do garmażerii, obserwuję czekające na obsłużenie kobiety. W jednej rozpoznaję klientkę, która kiedyś do nas przychodziła, a później gdzieś przepadła, inne są mi kompletnie obce. Wszystkie wyglądają na mniej lub bardziej zmęczone, są lepiej lub gorzej ubrane i pewnie tyle samo je łączy, co dzieli, ale idę o zakład, że żadna z nich nie przeżywa tego, co ja. Żadnej nie zaginęło dziecko. Statystycznie rzecz biorąc, to raczej niemożliwe.
Może któraś z nich kiedyś poroniła albo straciła dziecko na późniejszym etapie, ale z całą pewnością nikt nie porwał im jedenastoletniej córki. W tym niewielkim sklepie, czekając przy olbrzymich lodówkach z żarciem, tylko ja jestem wybranką podłego losu, kobietą, która straciła wszystko, myślę i nagle czuję, że nie mogę oddychać.
Ze sklepu wybiegam bez krokietów, po prostu nie jestem w stanie dłużej stać w kolejce. Później zachodzę do niewielkich delikatesów, w których kupuję kluski, gotowy sos pesto i kilka drobiazgów na weekend.
Po kwadransie, już w domu, wchodząc do kuchni, zastanawiam się, co teraz robi Daria. Wieczorem ją poznam, dociera do mnie. Matkę, która jest moim lustrzanym odbiciem. Nagle czuję euforię przemieszaną ze strachem. Chcę, żeby czas przyspieszył i zwolnił jednocześnie, boję się i chcę już ją zobaczyć.
- Masz z nimi kontakt na Facebooku? - pytam męża, który czeka, aż wrzucę do wrzątku kluski i podam mu je z pesto.
- Z kim? - pyta Robert, nie odrywając wzroku od trzymanego w ręku telefonu.
- Z Darią i Wojciechem, tak trudno się domyślić? - fukam na niego.
- Tak, a co?
- Mogę ich zobaczyć? - pytam, wyjmując jednocześnie z szafki wściekle różowy cedzak, do którego za kilka minut przerzucę gotujące się kluski.
- Jasne. - Mąż wchodzi na Facebooka i jako pierwsze pokazuje mi zdjęcie Darii, na którym, oparta o porośnięty bluszczem ukruszony kamienny mur, w długiej do połowy łydki zielonej sukience z falbanami, kobieta stoi i nieśmiało uśmiecha się do aparatu.
Ma mniej więcej tyle samo lat, co ja, ale na tym podobieństwa między nami się kończą. Ja jestem ruda i wysoka, po kobiecemu zaokrąglona. Ona drobna, szczuplutka i jakaś taka mysia. Cienkie, ciemnoblond włosy spięte w kitkę, zadarty nosek, smutek w jasnych oczach... Jest niebrzydka, ale sprawia wrażenie przygaszonej i nieśmiałej. Ciekawe, czy zdjęcie zrobiono przed czy po zaginięciu ich córki, zastanawiam się, tymczasem Robert podsuwa mi pod nos fotografię Wojciecha, na którego widok aż uchylam usta ze zdumienia.
Taki przystojny facet z tą szarą myszą? Wow! To chyba jednak prawda, że czasem przeciwieństwa się przyciągają, myślę, chociaż nigdy w to nie wierzyłam, i jednocześnie przyglądam się świetnie zbudowanemu blondynowi z kilkudniowym zarostem, który z nagim torsem, w samych krótkich spodenkach stoi na drabinie z pędzlem w dłoni i szerokim uśmiechem na twarzy.
- Zjem i jedziemy - mówi tymczasem Robert, a ja zdaję sobie sprawę, że przegotowałam kluski i w pośpiechu zdejmuję garnek z kuchenki.
- Mogą być rozgotowane - uprzedzam, a on obojętnie wzrusza ramionami.
- Obojętnie. Przebieraj się, zaraz ruszamy - mruczy, otwierając słoik z pesto.
Gówniana ze mnie żona, myślę. Karmię go kupnym żarciem, jak psa, nie umiem go pocieszyć, nie potrafię sprawić, żeby znowu mnie zapragnął... Ale czy on jest dla mnie dobrym mężem? Pod pewnymi względami również nie najlepszym, dociera do mnie smutna prawda.
Wyjmując z komody dżinsy, zastanawiam się, czy Robertowi podoba się Daria. Po chwili dociera jednak do mnie, że nie ma to żadnego znaczenia. Jedziemy tam poznać ludzi, którzy, jak my, stracili córkę. Nie wybieramy się bynajmniej na spotkanie swingersów, myślę i parskam nerwowym śmiechem. Człowiek ma czasem idiotyczne myśli, nawet będąc w totalnej rozsypce, mówię sobie, w pośpiechu spinając długie, proste włosy w luźny kok. Prysznica wziąć nie zdążę. Trudno, kąpałam się rano.
- Jedziemy?! - wrzeszczę.
- Tak! - odkrzykuje Robert.
Boję się tego spotkania, ale to przyjemny, pobudzający strach. Chyba raczej powinnam powiedzieć, że jestem podekscytowana.