Tommy Guptill miał kiedyś odziedziczoną po ojcu
farmę mleczną, leżącą w odległości około trzech kilometrów
od Amgash w stanie Illinois. To było wiele lat temu, ale do dziś
Tommy budził się czasem w nocy, czując ten sam silny lęk, jaki
ogarnął go tamtej nocy, kiedy farma doszczętnie spłonęła. Wiatr
rzucił iskry na stojący nieopodal obór dom, który również spalił
się do cna. Winę za pożar ponosił Tommy - przynajmniej zawsze tak
uważał - ponieważ wieczorem nie sprawdził, czy dojarki zostały
właściwie wyłączone, a właśnie tam zaczął się pożar. Stracili
wszystko oprócz mosiężnej ramy lustra z salonu, którą Tommy
nazajutrz znalazł w zgliszczach i tam też zostawił. Sąsiedzi
zorganizowali zbiórkę. Przez kilka tygodni dzieci chodziły do
szkoły w ubraniach kolegów. W końcu Tommy wziął się w garść,
podsumował oszczędności, sprzedał ziemię sąsiadowi, ale nie
dostał za nią wiele. Potem on i jego żona, drobna, ładna kobieta
imieniem Shirley, kupili nowe ubrania, a także nowy dom. Przez cały
ten czas Shirley zachowywała podziwu godną pogodę ducha. Nawet wtedy,
gdy musieli kupić dom w podupadającym Amgash, gdzie dzieci poszły
do szkoły, chociaż wcześniej mogły chodzić w Carlisle, bo farma
leżała na linii łączącej oba miasteczka. Tommy zatrudnił się jako
woźny szkolny w Amgash. Na szczęście regularność nowego zajęcia
przypadła mu do gustu, bo nigdy nie zdobyłby się na pracę w czyimś
gospodarstwie. Miał wtedy trzydzieści pięć lat.
Dzisiaj dzieci były już dorosłe, miały własne
dzieci, też już duże, a Tommy i Shirley nadal mieszkali w domu,
wokół którego ona sadziła kwiaty, niezwykły obyczaj w tej
mieścinie. Pożar spowodował, że Tommy zaczął martwić się
o dzieci. Wcześniej miały dom będący celem wycieczek szkolnych -
każdego roku na wiosnę uczniowie piątej klasy z Carlisle przychodzili
tu na cały dzień, jedli lunch przy drewnianych stołach obok obór,
potem snuli się po oborach, przyglądali się dojeniu krów, patrzyli,
jak biały, pienisty płyn wędruje w przezroczystych plastikowych
rurkach. Po pożarze dzieci musiały oglądać ojca zamiatającego
"magiczny pył" sypany na wymiociny jakiegoś dzieciaka na korytarzu;
ojca w szarych spodniach i białej koszuli z naszytym czerwonym
napisem TOMMY.
Cóż. Wszyscy jakoś to przeżyli.
*
W słoneczny majowy sobotni ranek Tommy jechał
powoli do Carlisle załatwić sprawunki. Do osiemdziesiątych drugich
urodzin jego żony pozostało zaledwie kilka dni. Wszędzie wokół
rozciągały się pola ze świeżo posianą kukurydzą i soją. Część
pól wciąż była brązowa po orce, ale przede wszystkim błękitniało
wysokie niebo z białymi obłokami na horyzoncie. Tommy minął
drogowskaz prowadzący do domu Bartonów. Wciąż widniał na nim napis
SZYCIE I PRZERÓBKI KRAWIECKIE, chociaż Lydia Barton, która zajmowała
się szyciem i poprawkami, nie żyła od wielu lat. Z racji skrajnej
nędzy i dziwactwa Bartonowie byli wyrzutkami nawet w miasteczku
takim jak Amgash. Najstarszy syn imieniem Pete mieszkał tam teraz
samotnie, środkowe dziecko wylądowało dwa miasteczka dalej, podczas
gdy najmłodsza córka, Lucy Barton, uciekła dawno temu i w końcu
zamieszkała w Nowym Jorku. Dawniej Tommy sporo myślał o Lucy. Od
czwartej klasy do ostatniej licealnej zostawała sama w szkole po
lekcjach, ale dopiero po kilku latach odważyła się spojrzeć mu
w oczy.
Teraz jednak Tommy jechał przez okolicę, gdzie
kiedyś znajdowała się jego farma - nie został po niej nawet
ślad, wszędzie pola po horyzont - i myślał, jak często mu
się to zdarzało, o dawnym życiu. To były dobre czasy, ale nie
żałował tego, co się stało. Żal nie leżał w naturze Tommy'ego,
a w noc pożaru - czując narastający lęk - pojął, że na tym
świecie liczą się tylko żona i dzieci; pomyślał też, że ludzie
przeżywają całe życie, nie rozumiejąc tego tak wyraźnie i trwale
jak on. Skrycie wierzył, że pożar był znakiem danym przez Boga po
to, by Tommy mocno chronił swój dar. Skrycie dlatego, że nie chciał
uchodzić za człowieka szukającego usprawiedliwień dla tragedii; nie
chciał, by ktokolwiek - nawet droga, ukochana żona - myślał,
że mógłby to robić. Ale tamtej nocy, kiedy żona pilnowała dzieci
przy drodze - wygonił ich z domu, gdy ujrzał, że obora płonie -
patrzył na potężne płomienie buchające w nocne niebo, potem
usłyszał straszne ryki ginących krów, czuł wtedy wiele rzeczy, ale
w chwili, gdy dach runął prosto na sypialnię i salon ze zdjęciami
dzieci i rodziców, kiedy widział to wszystko, poczuł niezbicie
coś, co mógł nazwać jedynie obecnością Boga, i zrozumiał,
dlaczego anioły zawsze przedstawiano jako istoty skrzydlate, czuło
się bowiem poszum, nawet nie odgłos, i było tak jakby Bóg, który
nie miał twarzy, niemniej był Bogiem, przywarł do niego i przekazał
bez słów - ulotnie, pospiesznie - wiadomość, którą Tommy
zrozumiał jako: "Wszystko będzie dobrze, Tommy". I Tommy pojął,
że naprawdę jest dobrze. Chociaż przekraczało to jego zdolność
rozumienia, było w porządku. Często myślał, że jego dzieci
stały się bardziej wyrozumiałe dzięki temu, że musiały pójść
do szkoły z biednymi dziećmi, a nie pochodzącymi z domów, jakie
znały wcześniej. Od tamtej pory kilkakrotnie czuł obecność Boga,
jakby bliskość złotego koloru, ale Bóg już nigdy nie nawiedził
go tak namacalnie, jak tamtej nocy. Tommy doskonale wiedział, co
powiedzieliby ludzie, dlatego do końca życia postanowił zachować
znak od Boga dla siebie.
Mimo to w taki wiosenny ranek woń ziemi przypominała
mu zapachy krów, wilgoć ich chrap, ciepło brzuchów, widok obór -
miał dwie obory - i Tommy pozwalał myślom błądzić po fragmentach
napływających obrazów. Może dlatego, że właśnie minął farmę
Bartonów, pomyślał o Kenie Bartonie, ojcu tych biednych, smutnych
dzieci, który sporadycznie pracował dla Tommy'ego, wspominał
też - co często mu się zdarzało - Lucy, która wyjechała na
studia i wylądowała w Nowym Jorku. Została pisarką.
Lucy Barton.
Prowadząc, Tommy nieznacznie potrząsnął
głową. W ciągu ponadtrzydziestoletniej pracy woźnego dowiedział
się o wielu sprawach. Słyszał o ciążach dziewcząt, pijanych
matkach, niewiernych współmałżonkach, ponieważ uczniowie rozmawiali
o tym w małych grupkach przy toaletach albo koło stołówki. Tommy
rozumiał, że pod wieloma względami jest niewidzialny. Najbardziej
jednak niepokoił się o Lucy Barton. Inni uczniowie, a także
niektórzy nauczyciele okropnie pogardzali właśnie nią, jej siostrą
Vicky i bratem Pete'em. Ponieważ Lucy całymi latami często
zostawała w szkole po lekcjach - choć rzadko się odzywała -
znał ją najlepiej. Pewnego razu, gdy chodziła do czwartej klasy, a dla
Tommy'ego był to pierwszy rok pracy, otworzył drzwi i znalazł
Lucy śpiącą na trzech zestawionych krzesłach przy kaloryferach,
przykrytą płaszczem. Patrzył na unoszącą się i opadającą
pierś dziewczyny, na ciemne kręgi pod oczami, rzęsy rozłożone
jak maleńkie połyskujące gwiazdki, ponieważ na powiekach lśniła
wilgoć, jakby płakała przed zaśnięciem. Tommy wycofał się powoli,
najciszej, jak potrafił, bo takie podglądanie wydało się mu prawie
nieprzyzwoite.
Pewnego razu - teraz sobie przypomniał, musiała
wtedy chodzić już do gimnazjum - gdy wszedł do klasy, zastał Lucy
na rysowaniu kredą po tablicy. Kiedy tylko się pojawił, dziewczyna
znieruchomiała.
- Rysuj dalej - powiedział.
Na tablicy widniało pnącze z wieloma drobnymi
listkami. Lucy odsunęła się od tablicy i nieoczekiwanie się
odezwała.
- Złamałam kredę. - Tommy zapewnił ją, że nic
się nie stało. - Zrobiłam to specjalnie - dodała z przelotnym
uśmiechem i odwróciła wzrok.
- Specjalnie? - spytał, a ona przytaknęła, znów
nieznacznie się uśmiechając. Tommy podszedł, wziął całą kredę,
złamał na pół i mrugnął do Lucy. W jego wspomnieniu dziewczyna
niemal zachichotała. - Ty to narysowałaś? - spytał, pokazując
pnącze z drobnymi listkami. Lucy wzruszyła ramionami i odwróciła
się.
Najczęściej jednak widywał ją, jak siedziała
w ławce, czytała lub odrabiała lekcje.
Teraz zatrzymał się przed znakiem stopu i cicho
powiedział do siebie:
- Lucy, Lucy, Lucy B. Dokąd i jak powiało
cię?
Tommy wiedział dokąd. Na wiosnę, w ostatniej klasie
liceum, spotkał ją po lekcjach na korytarzu. Z nagłą śmiałością,
szeroko otwierając oczy, oznajmiła:
- Panie Guptill, jadę na studia!
- Och, Lucy, to cudownie - odparł.
Lucy objęła go i nie chciała puścić, więc Tommy
też ją objął. Na zawsze zapamiętał ten uścisk, bo Lucy była taka
szczupła; czuł jej kości i drobne piersi, a później zastanawiał
się, jak często - lub raczej, jak rzadko - tę dziewczynę
obejmowano.
Tommy minął znak stopu, wjechał do miasteczka i zaraz
znalazł wolne miejsce. Zaparkował, wysiadł z samochodu i zmrużył
oczy w słońcu.
- Tommy Guptill - zawołał ktoś. Odwróciwszy
się, Tommy ujrzał Griffa Johnsona zbliżającego się swoim
charakterystycznym krokiem, bo miał jedną nogę krótszą i nawet
but ortopedyczny nie niwelował utykania.
Griff wyciągnął rękę na powitanie.
- Griffith - powiedział Tommy.
Długo ściskali sobie dłonie, a samochody sunęły
wolno ulicą Main. Griff zajmował się w miasteczku ubezpieczeniami
i w przeszłości był bardzo dobry dla Tommy'ego. Kiedy dowiedział
się, że Tommy nie ubezpieczył należycie farmy, powiedział:
- Za późno cię poznałem. - Co było
prawdą. Jednak Griff, ze swoją serdeczną twarzą i pokaźnym
brzuchem, nadal był dobry dla Tommy'ego. W zasadzie Tommy nie
znał nikogo, kto nie okazywał mu dobroci. Omiatani lekkim wiatrem,
rozmawiali o dzieciach i wnukach. Wnuk Griffa brał narkotyki, co,
zdaniem Tommy'ego, było bardzo smutne. Słuchał, potakiwał, zerkał
na drzewa przy Main pokryte świeżą zielenią; w końcu usłyszał
o drugim wnuku, który studiował medycynę.
- Hej, to świetnie.
Potem uścisnęli sobie ręce i każdy ruszył w swoją
stronę.
W sklepie odzieżowym, gdzie dzwonek oznajmił jego
wejście, Marilyn Macauley przymierzała beżową sukienkę w czerwone
róże.
- Co cię tu sprowadza, Tommy?
Marilyn nosiła się z myślą o jej kupnie na chrzciny
wnuczki, mające się odbyć w niedzielę za kilka tygodni, wyjaśniła
Tommy'emu, wygładzając sukienkę. Zdjęła buty i stała w samych
pończochach. Zdaniem Marilyn kupowanie nowej sukienki na taką okazję to
ekstrawagancja, ale miała taką ogromną ochotę. Tommy, który znał
Marilyn od lat - jeszcze z liceum w Amgash - dostrzegł jej
zakłopotanie i zapewnił, że to wcale nie jest ekstrawagancja. Potem
powiedział:
- Marilyn, czy przy okazji pomogłabyś mi znaleźć
coś dla żony?
Natychmiast się zakrzątnęła, zapewniając,
że oczywiście pomoże. Zniknęła w przebieralni, skąd wyszła
w normalnym stroju, czyli w czarnej spódnicy i niebieskim swetrze,
w czarnych butach na płaskiej podeszwie, po czym zaprowadziła
Tommy'ego do działu z szalami.
- Proszę - powiedziała, wyciągając czerwony
szal ze złotym wzorem. Tommy wziął go, ale drugą dłonią sięgnął
po szal w kwiaty.
- Może ten? - spytał.
- Tak, to pasuje do Shirley - odparła Marilyn,
a Tommy zrozumiał, że czerwony szal podobał się samej Marilyn,
ale nigdy by sobie na niego nie pozwoliła. Pamiętał, kiedy zaczął
pracę na posadzie woźnego, Marilyn była uroczą dziewczyną;
ilekroć go widziała, wołała: "Dzień dobry, panie Guptill!",
teraz jednak postarzała się, była nerwowa, chuda, ze ściągniętą
twarzą. Tommy, podobnie jak inni, uważał, że to dlatego, że jej
mąż wrócił z Wietnamu odmieniony. Gdy Tommy widywał w miasteczku
Charliego Macauleya, biedak zawsze sprawiał wrażenie nieobecnego,
Marilyn podobnie. Tommy przez chwilę trzymał czerwony szal ze złotym
wzorem, jakby się zastanawiał, wreszcie rzekł:
- Chyba masz rację, ten jest bardziej w typie
Shirley. - Potem poszedł do kasy z szalem w kwiaty i podziękował
Marilyn za pomoc.
- Myślę, że ona się w nim zakocha -
powiedziała Marilyn, a Tommy zapewnił, że tak się stanie.
Po wyjściu ze sklepu ruszył do księgarni, gdzie
chciał poszukać książki o ogrodnictwie, która mogłaby się
spodobać jego żonie. Kiedy wszedł, na samym środku księgarni
zobaczył wystawioną nową książkę Lucy Barton. Sięgnął po
nią - na okładce widniał miejski budynek - i spojrzał
na tylne skrzydełko z jej zdjęciem. Pomyślał, że gdyby ją
dziś spotkał, pewnie by jej nie poznał. Tylko dlatego że kiedyś
ją znał, dostrzegał dawne podobieństwo w tym samym nieśmiałym
uśmiechu. Ponownie przypomniało mu się tamto popołudnie, kiedy celowo
złamała kredę, ta jej zabawna mina. Teraz była starszą kobietą;
na zdjęciu miała włosy ściągnięte do tyłu, a im dłużej się
jej przyglądał, tym wyraźniej dostrzegał dawną dziewczynę. Tommy
ustąpił z drogi matce z dwójką małych dzieci, mówiąc:
- Przepraszam bardzo.
- Ależ nic nie szkodzi - odparła kobieta, a on
zaczął się zastanawiać, co czasem mu się zdarzało, jak też
żyło się Lucy w odległym Nowym Jorku.
Odłożył książkę, odszukał sprzedawczynię
i zapytał o książkę o ogrodnictwie.
- Chyba mamy dokładnie to, czego pan szuka. - Po
tych słowach dziewczyna, która właściwie nie była dziewczyną, ale
ostatnio Tommy tak właśnie postrzegał wszystkie kobiety, przyniosła
książkę z hiacyntami na okładce.
- Och, doskonale - ucieszył się.
Dziewczyna spytała, czy życzy sobie, by zapakować
książkę, na co odparł, że bardzo chętnie, i patrzył, jak owija
ją w srebrzysty papier. Sprzedawczyni miała paznokcie pomalowane
na niebiesko, koniuszek języka wysuwała nieznacznie, kiedy się
koncentrowała. Przykleiła kawałek taśmy, posłała mu szeroki
uśmiech i gotowe.
- Doskonale - powtórzył.
- Życzę miłego dnia - powiedziała dziewczyna,
a Tommy odpowiedział tym samym. Wyszedł z księgarni na zalaną
słońcem ulicę i postanowił, że opowie Shirley o książce
Lucy. Shirley kochała Lucy, ponieważ on ją kochał. Włączył silnik,
wyjechał z miejsca parkingowego i ruszył w drogę powrotną do
domu.
Tommy'emu przyszedł na myśl wnuk Johnsona, który nie
mógł zerwać z nałogiem, potem pomyślał o Marilyn Macauley i jej
mężu Charliem, następnie przyszedł mu do głowy starszy brat, zmarły
kilka lat wcześniej. Tommy myślał o tym, jak brat - który
walczył podczas drugiej wojny światowej i uczestniczył w wyzwalaniu
obozów - wrócił z wojny odmieniony; małżeństwo się rozpadło,
dzieci go nie lubiły. Niedługo przed śmiercią brat opowiedział
Tommy'emu o tym, co widział w obozach; mówił też o tym, jak razem
z innymi oprowadzał po obozach zwiedzających. Podczas oprowadzania
grupy kobiet niektóre płakały, ale inne zadzierały głowy wysoko,
gniewnie, jakby chciały pokazać, że nikomu nie uda się wzbudzić
w nich złego samopoczucia. Ten obraz na zawsze pozostał z Tommym,
który zastanawiał się, czemu przypomniał sobie o nim właśnie
teraz. Im był starszy - a bardzo się postarzał - tym dobitniej
pojmował, że nie rozumie tej niejasnej walki dobra ze złem i może
zrozumienie tego nie jest pisane ludziom na ziemi.
Zbliżając się do znaku z napisem SZYCIE I PRZERÓBKI
KRAWIECKIE, zwolnił i skręcił w długą drogę wiodącą do domu
Bartonów. Od śmierci Kena, ojca Pete'a, Tommy miał zwyczaj odwiedzać
Pete'a, który oczywiście nie był już chłopcem, ale dorosłym
mężczyzną. Mieszkał w domu samotnie, a Tommy nie widział go od
paru miesięcy.
Jechał długą drogą przez pustkowie. Przez lata
Tommy i Shirley rozmawiali o tym, że odludzie nie jest dobre
dla dzieci. Po jednej stronie drogi rozciągały się pola kukurydzy,
po drugiej rosła soja. Olbrzymie samotne drzewo na polu kukurydzianym
kilka lat wcześniej trafił piorun i teraz leżało, wyciągając ku
niebu nagie potrzaskane konary.
Ciężarówka stała obok małego domu, którego nie
odmalowywano już tyle lat, że całkiem wyblakł; zbielały gont na dachu
miejscami się wyszczerbił. Żaluzje jak zwykle były opuszczone. Tommy
wysiadł z samochodu, podszedł do drzwi i zapukał. Ponownie pomyślał
o Lucy Barton, o tym, jak straszliwie chudym była dzieckiem; miała
długie jasne włosy i prawie nigdy nie patrzyła mu w oczy. Pewnego
razu, gdy Lucy była jeszcze mała, wszedł po lekcjach do klasy, gdzie
czytała, i dziewczynka dosłownie podskoczyła ze strachu.
- Spokojnie, wszystko w porządku - powiedział
Tommy pospiesznie.
Tego dnia, gdy podskoczyła i ujrzał na jej twarzy
przerażenie, domyślił się, że muszą ją bić w domu. Na pewno
tak było, skoro otwierane drzwi budziły w niej taką grozę. Kiedy to
sobie uzmysłowił, zaczął uważniej jej się przyglądać i niekiedy
na szyi lub rękach dziewczynki dostrzegał sińce, żółte lub
niebieskawe. Opowiedział o tym żonie.
- Co mamy zrobić, Tommy? - zapytała
Shirley.
Po zastanowieniu uznali, że nie zrobią nic. Jednak
tego dnia, gdy o tym rozmawiali, Tommy opowiedział żonie, co
kiedyś widział. Działo się to w czasach, kiedy Tommy miał
jeszcze farmę, a Ken Barton, ojciec Lucy, niekiedy pracował
u niego jako mechanik. Tommy wszedł za oborę i ujrzał Kena, ze
spodniami spuszczonymi do kostek, jak szarpał własne przyrodzenie
i przeklinał. Co za widok!
- Nie życzę sobie tu takich rzeczy, Ken -
powiedział Tommy, na co tamten odwrócił się, wsiadł do ciężarówki,
odjechał i przez tydzień nie pojawiał się w pracy.
- Tommy, dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? -
spytała przerażona Shirley, otwierając szeroko niebieskie oczy.
Tommy odparł, że wydało mu się to zbyt okropne,
by o tym mówić.
- Musimy coś zrobić, Tommy - powiedziała wtedy
jego żona. Rozmawiali jeszcze przez pewien czas, ale ponownie doszli
do wniosku, że nic nie można zrobić.
*
Żaluzje poruszyły się, drzwi się otworzyły
i w progu stanął Pete Barton.
- Witaj, Tommy - powiedział, wyszedł przed dom,
zamykając za sobą drzwi, i podszedł do Tommy'ego, który zrozumiał,
że Pete nie chce zapraszać go do środka. Poczuł przykrą woń,
może pochodzącą od samego Pete'a.
- Właśnie przejeżdżałem i pomyślałem, że
zajrzę zobaczyć, jak ci się wiedzie - powiedział lekkim tonem
Tommy.
- Dzięki, wszystko w porządku. Dziękuję. -
W jasnym słońcu Pete miał bladą twarz; włosy niemal całkiem
posiwiały, upodobniając się do wyblakłego gontu na dachu.
- Pracujesz u Darra? - spytał Tommy.
Pete potwierdził. Praca była już prawie na
ukończeniu, ale miał nagraną nową, w Hanston.
- To dobrze - stwierdził Tommy. Mrużąc oczy,
popatrzył w stronę horyzontu na jasną zieleń pól sojowych,
kontrastującą z brunatną ziemią. Na horyzoncie widniała obora
Pedersonów.
Mężczyźni zaczęli rozmawiać o rozmaitych
urządzeniach, a także o turbinach wiatrowych postawionych niedawno
między Carlisle a Hanston.
- Chyba musimy się do nich przyzwyczaić -
stwierdził Tommy, na co Pete przyznał mu rację. Gałęzie samotnego
drzewa przy podjeździe, które wypuściło listki, zakołysały się
na wietrze.
Pete oparł się o samochód Tommy'ego i splótł
ręce na piersi. Chociaż był wysoki, z powodu chudości miał niemal
wklęsłą klatkę piersiową.
- Walczyłeś na wojnie, Tommy? - spytał.
- Nie - odparł Tommy, zdziwiony pytaniem. -
Nie, byłem za młody. Za to mój brat walczył. - Gałęzie szybko
uniosły się i opadły, jakby reagując na podmuch wiatru, którego
Tommy nie czuł.
- Gdzie on walczył?
Po chwili wahania Tommy odparł:
- Pod koniec wojny przydzielono go do
obozów. Brat służył w oddziałach, które skierowano do obozów
w Buchenwaldzie. - Tommy spojrzał w niebo, wyjął z kieszeni
okulary przeciwsłoneczne i założył. - Potem mój brat się
zmienił. Nie potrafię powiedzieć jak, ale się zmienił. - Podszedł
i oparł się o samochód obok Pete'a.
Po chwili Pete Barton zwrócił się do Tommy'ego
głosem pozbawionym napastliwości, wręcz nieco przepraszającym:
- Posłuchaj, Tommy, wolałbym, żebyś tu nie
przyjeżdżał. - Wpatrzony w ziemię Pete zwilżał językiem
ziemiste spierzchnięte usta.
Tommy miał wrażenie, że się przesłyszał.
- Ja tylko... - zaczął, ale Pete zerknął na
niego przelotnie i dodał:
- Robisz to, żeby się nade mną znęcać. Chyba
już dość.
Tommy odsunął się od auta, wyprostował i spojrzał
na Pete'a przez ciemne okulary.
- Znęcać się? - spytał. - Pete, nie
przyjeżdżam tu, żeby się nad tobą znęcać.
Nagły podmuch wiatru wzbił pył u nich stóp. Tommy
zdjął okulary, żeby Pete widział jego oczy. Z troską patrzył
na Bartona.
- Zapomnij, że to powiedziałem. Przepraszam. -
Pete spuścił głowę.
- Po prostu lubię czasem do ciebie wpadać -
wyjaśnił Tommy. - Wiesz, po sąsiedzku. Mieszkasz tu całkiem
sam. Wydaje mi się, że sąsiedzi powinni się odwiedzać od czasu
do czasu.
Pete uśmiechnął się gorzko do Tommy'ego
i rzekł:
- Cóż, jesteś jedynym mężczyzną, który to
robi. Nie robi tego też żadna kobieta. - Pete zaśmiał się
z zakłopotaniem.
Stali tak; Tommy rozplótł ręce i wsunął dłonie
do kieszeni, Pete uczynił to samo. Potem kopnął kamień i spojrzał
na pola.
- Pedersonowie powinni uprzątnąć to drzewo. Nie
wiem, czemu tego nie robią. Dopóki stało, dało się orać dookoła,
ale teraz, kurczę...
- Słyszałem, że zamierzają je uprzątnąć. -
Tommy nie bardzo wiedział, co robić, i dziwnie się z tym
czuł.
Wciąż wpatrując się w przewrócone drzewo, Pete
mówił:
- Mój ojciec był na wojnie. Całkiem go
tam pokręciło. - Mrużąc oczy w słońcu, spojrzał na
Tommy'ego. - Opowiedział mi o tym, kiedy umierał. Przeżył
straszne rzeczy, a potem... potem zastrzelił dwóch niemieckich
żołnierzy. To były niemal dzieci. Ojciec powiedział mi, że
każdego dnia myślał o tym, że w zamian powinien był odebrać
sobie życie.
Tommy słuchał tego chłopca-mężczyznę, patrząc
na niego bez okularów przeciwsłonecznych, które trzymał w dłoni
schowanej w kieszeni.
- Przykro mi - powiedział. - Nie wiedziałem,
że twój ojciec był na wojnie.
- Mój ojciec... - W oczach Pete'a zalśniły
łzy. - Mój ojciec był przyzwoitym człowiekiem.
Tommy powoli przytaknął.
- Robił pewne rzeczy, ponieważ nie potrafił się
opanować. Dlatego... - Pete odwrócił się, potem częściowo
znowu skierował się do Tommy'ego i dokończył: - Dlatego
tamtej nocy poszedł, włączył dojarki i wszystko się spaliło,
a ja nigdy, przenigdy o tym nie zapomniałem. Wiedziałem, że on to
zrobił. Wiedziałem też, że ty wiesz.
Tommy poczuł, jak skóra na głowie pokrywa mu się
gęsią skórką. Słońce wydawało się bardzo jasne, ale tak jakby
świeciło tylko wokół niego.
- Synu - powiedział mimowolnie. - Nie wolno
ci tak myśleć.
- Posłuchaj - odparł Pete, a jego twarz
nabrała nieco kolorów. - Ojciec wiedział, że z dojarkami może
być problem, mówił o tym. Uważał, że to niezbyt wyszukany system
i mogą się przegrzać.
- Miał rację - przyznał Tommy.
- Wściekał się na ciebie. On ciągle był na
kogoś wściekły, ale na ciebie zawsze. Nie wiem, co się wydarzyło,
ale pracował u ciebie, a potem przestał. Chyba w końcu wrócił,
ale już nigdy nie lubił cię po tym, co się stało.
Tommy założył okulary i rzekł z rozmysłem:
- Zastałem go na bawieniu się z samym sobą,
Pete. Robił sobie dobrze za oborą, a ja oświadczyłem, że nie wolno
mu tam tego robić.
- O rany. - Pete otarł nos. - O rany. -
Popatrzył w niebo, potem pospiesznie spojrzał na Tommy'ego
i dodał: - Cóż, ojciec cię nie lubił. W noc przed pożarem
wyszedł... Czasem tak robił, nie pił, ale po prostu wychodził z domu,
i tak właśnie wtedy zrobił. Wrócił około północy. Pamiętam,
bo moja siostra nie mogła zasnąć, a matka... - Pete umilkł,
jakby łapiąc oddech. - Matka czuwała z moją siostrą, pamiętam,
jak powiedziała: "Lucy, idź spać, już północ". Potem ojciec
wrócił. Nazajutrz w szkole usłyszeliśmy, co się stało. Wtedy po
prostu się domyśliłem.
Tommy oparł się o samochód i milczał.
- A teraz ty też wiesz - dokończył Pete. -
Dlatego tu przychodzisz, żeby mnie dręczyć.
Obaj mężczyźni długo stali w milczeniu. Wiatr
się wzmógł i Tommy czuł, jak szarpie mu rękawy koszuli. Wreszcie
Pete odwrócił się, żeby wrócić do środka; drzwi otworzyły się,
skrzypiąc.
- Pete - zawołał Tommy. - Pete, posłuchaj. Nie
przychodzę tu, żeby cię dręczyć. Nadal nie wiem, nawet po tym,
co mi powiedziałeś, czy to prawda.
Pete odwrócił się; po chwili zamknął za sobą
drzwi i wrócił do Tommy'ego. Oczy miał wilgotne, choć Tommy nie
wiedział, czy od wiatru, czy od łez. Pete zaczął mówić niemal
ze znużeniem:
- Po prostu ci mówię, Tommy. On nie powinien jechać
na wojnę i robić tego, co musiał robić. Ludzie nie powinni mordować
innych ludzi. Mój ojciec to robił, robił straszne rzeczy, straszne
rzeczy przydarzyły się jemu i nie potrafił ze sobą żyć. Właśnie
to usiłuję ci powiedzieć. Inni ludzie potrafili, ale nie on, to go
zniszczyło i...
- A co z twoją matką? - zapytał nagle
Tommy.
Twarz Pete'a przybrała beznamiętny wyraz.
- Co z nią? - spytał.
- Jak to znosiła?
Pytanie najwyraźniej przerastało Pete'a.
- Nie wiem - odparł, powoli kręcąc głową. -
Nie znałem swojej matki.
- Ja też właściwie nigdy jej nie poznałem -
powiedział Tommy. - Widywałem ją tylko od czasu do czasu. -
W tej chwili uzmysłowił sobie, że nigdy nie widział tej kobiety
uśmiechniętej.
Wpatrując się w ziemię, Pete wzruszył ramionami
i powtórzył:
- Nic nie wiem o swojej matce.
Tommy opanował mętlik w głowie; znowu poczuł
się sobą.
- Pete, cieszę się, że opowiedziałeś
mi o wojennych przeżyciach ojca. Wyraźnie usłyszałem, co
mówiłeś. Powiedziałeś, że był przyzwoitym człowiekiem, a ja
ci wierzę.
- Bo był! - niemal zawył Pete, wpatrując się
w Tommy'ego bladymi oczami. - Ilekroć coś zrobił, zawsze czuł
się potem okropnie, a po twoim pożarze był tak... tak poruszony,
Tommy, całymi tygodniami, nigdy nie widziałem go w podobnym
stanie.
- W porządku, Pete.
- Nie jest w porządku.
- Właśnie, że jest - powiedział Tommy
zdecydowanym tonem. Podszedł do niego i na chwilę położył mu
rękę na ramieniu. Potem dodał: - Zresztą nie wydaje mi się,
że on to zrobił. Myślę, że sam zapomniałem wyłączyć dojarki
tamtej nocy, a twój ojciec był na mnie wściekły i pewnie czuł
się źle w związku z tym, co się stało. Nigdy nie powiedział ci,
że to zrobił, prawda? Kiedy umierał, przyznał ci się do zabicia
tamtych ludzi na wojnie, ale nigdy nie wyznał, że spalił moje
obory. Prawda?
Pete potrząsnął głową.
- Wobec tego radzę, żebyś to sobie odpuścił,
Pete. I tak musiałeś się zmagać z wieloma rzeczami.
Pete zmierzwił włosy.
- Zmagać się? - spytał, nieco
zdezorientowany.
- Widziałem, jak cię traktują w mieście,
Pete. Ciebie i twoje siostry. Widziałem to wszystko, kiedy pracowałem
jako woźny. - Tommy'emu trochę brakowało tchu.
Pete wzruszył ramionami, wciąż lekko
oszołomiony.
- No, dobra - powiedział. - W takim razie
w porządku.
Jeszcze przez chwilę stali na wietrze, aż Tommy
powiedział, że będzie się zbierał.
- Poczekaj - poprosił Pete. - Pojadę z tobą
do drogi. Czas, żebym usunął ten znak mojej matki. Od dawna się
zbieram i zrobię to teraz.
Tommy czekał przy samochodzie, podczas gdy Pete wszedł
do domu, skąd po chwili wyszedł z młotem dwuręcznym. Tommy usiadł
za kierownicą, Pete zajął miejsce obok niego i ruszyli w kierunku
drogi. Woń stęchlizny, którą Tommy poczuł wcześniej, nasiliła
się, gdy mężczyzna usiadł blisko niego. Po drodze Tommy przypomniał
sobie nagle, jak pewnego razu, jeszcze w gimnazjum, położył
ćwierćdolarówkę na ławce, gdzie miała siedzieć Lucy. Zawsze
chodziła do klasy pana Haleya, który przez rok uczył nauk społecznych,
zanim nie wzięli go do wojska. Musiał być dobry dla Lucy, ponieważ
Lucy upodobała sobie właśnie tę klasę, później przerobioną
na laboratorium. Pewnego dnia Tommy położył ćwierćdolarówkę
na ławce, w której, jak wiedział, miała siedzieć. W szkole
właśnie pojawił się automat, gdzie za ćwierć dolara można było
kupić lody, więc zostawił monetę w takim miejscu, by Lucy ją
zauważyła. Wieczorem, kiedy poszła do domu, Tommy wszedł do klasy
i znalazł ćwierćdolarówkę nietkniętą na tym samym miejscu.
Na końcu języka miał pytanie o Lucy; chciał
wiedzieć, czy Pete utrzymuje z nią kontakt, ale właśnie dotarli do
drogowskazu z napisem SZYCIE I PRZERÓBKI KRAWIECKIE, więc powiedział
tylko:
- Jesteśmy. Trzymaj się!
Pete podziękował mu i wysiadł.
Po pewnym czasie Tommy spojrzał w lusterko
wsteczne i zobaczył, jak Pete Barton wali młotem w znak. Siła,
z jaką to robił, kazała Tommy'emu patrzeć uważnie. Widział
chłopca-mężczyznę uderzającego w szyld coraz mocniej, a gdy
samochód na moment wpadł w koleinę i Pete zniknął mu z oczu,
Tommy pomyślał: poczekaj. Gdy samochód znowu się podniósł,
spojrzał w lusterko i zobaczył, jak ten chłopiec-mężczyzna tłucze
w znak z zaskakującą gwałtownością; zdumiała go wściekłość,
z jaką tamten walił młotem. Tommy'emu przyszło na myśl, że
podglądanie tej sceny jest nieprzyzwoite, ponieważ udręka Pete'a
dorównywała temu, co jego ojciec robił wtedy za oborą. Jadąc dalej,
Tommy zrozumiał: chodziło o matkę. To matka musiała być prawdziwie
niebezpieczna.
Zwolnił i zawrócił. Zbliżając się, zobaczył,
że Pete przestał tłuc w znak i kopał odłamki ze znużonym
zniechęceniem. Gdy Tommy podjechał, Pete podniósł na niego zdziwiony
wzrok. Tommy nachylił się, opuścił okno od strony pasażera
i powiedział:
- Wsiadaj, Pete. - Tamten się zawahał. Pot
perlił się mu na twarzy. - Wsiadaj - powtórzył Tommy.
Pete wsiadł do samochodu i Tommy ruszył w drogę
powrotną do domu Bartonów. Po wyłączeniu silnika powiedział:
- Pete, posłuchaj mnie bardzo, ale to bardzo
uważnie.
Na twarzy Pete'a pojawił się lęk, a Tommy
na chwilę położył mu dłoń na kolanie. To był ten sam wyraz
przerażenia, jaki zobaczył na twarzy Lucy, gdy zaskoczył ją
w klasie.
- Chcę powiedzieć ci coś, czego nie zamierzałem
mówić nigdy nikomu. W noc pożaru... - Tommy opowiedział mu
szczegółowo, jak poczuł, że Bóg przyszedł do niego i przekazał,
że wszystko będzie dobrze. Pete słuchał uważnie, czasem spuszczając
wzrok, czasem patrząc na Tommy'ego, a kiedy ten skończył, Pete
spojrzał na niego w zdumionym zachwycie.
- Czyli wierzysz w to? - spytał Pete.
- Ja w to nie wierzę - odparł Tommy. - Ja
to wiem.
- I nigdy nie powiedziałeś żonie?
- Nigdy.
- Ale dlaczego?
- Chyba o pewnych rzeczach w życiu nie mówi
się innym.
Pete spojrzał na swoje dłonie, a Tommy również
zatrzymał na nich wzrok. Zdziwił go widok tych dużych dłoni o silnych
palcach, dłoni dorosłego mężczyzny.
- Mówisz więc, że mój ojciec wykonywał dzieło
Boże. - Pete powoli potrząsnął głową.
- Nie, mówię ci o tym, co wydarzyło się tamtej
nocy.
- Wiem, słyszę, co do mnie mówisz. - Pete
patrzył przez przednią szybę. - Nie wiem tylko, jak mam to
rozumieć.
Tommy spojrzał na stojącą obok domu ciężarówkę,
ze zderzakiem połyskującym w słońcu. Stara ciężarówka miała
szarobury kolor, prawie taki jak dom. Odniósł wrażenie, że już
bardzo długo wpatruje się w tę ciężarówkę zbliżoną kolorem
do domu.
- Powiedz, jak się miewa Lucy - poprosił Tommy,
poruszył nogami i usłyszał, jak szurają po piachu na podłodze
samochodu. - Widziałem, że ukazała się jej nowa książka.
- Lucy ma się dobrze - odparł Pete i twarz mu
pojaśniała. - Ma się dobrze i to dobra książka. Przysłała mi
egzemplarz promocyjny. Jestem z niej bardzo dumny.
- Wiesz, Lucy nie wzięła nawet ćwierćdolarówki,
którą kiedyś dla niej zostawiłem - rzekł Tommy i opowiedział
o całym zdarzeniu.
- Lucy nigdy nie wzięłaby grosza, który do niej
nie należał - potwierdził Pete i dodał: - Co innego moja
siostra Vicky. Założę się, że ona wzięłaby ćwierć dolara
i poprosiła o więcej. - Zerknął na Tommy'ego. - Tak,
ona by wzięła.
- Cóż, pewnie stale toczy się walka między tym,
co można robić, a czego nie wolno robić - stwierdził Tommy,
siląc się na dowcip.
- Co? - spytał Pete, a Tommy powtórzył.
- Ciekawe - uznał Pete.
Tommy poczuł, że nie siedzi obok dorosłego, ale obok
dziecka i ponownie popatrzył na dłonie Pete'a.
W ciszy rozległo się tykanie silnika.
- Pytałeś o moją matkę - powiedział w końcu
Pete. - Nikt wcześniej nie pytał mnie o matkę. Prawda jest taka,
że nie wiem, czy matka nas kochała, czy nie. Słabo ją znałem. -
Spojrzał na Tommy'ego, który przytaknął. - Ale ojciec nas
kochał. Wiem, że nas kochał. Miał problemy, och, jakie on miał
problemy. Ale nas kochał.
Tommy znów skinął głową.
- Powiedz mi więcej o tym, o czym mówiłeś przed
chwilą - poprosił Pete.
- O czym? Co takiego mówiłem?
- O walce. Między tym, co powinniśmy, a tym,
czego nie powinniśmy robić.
- Ach, o tym. - Tommy wyjrzał przez przednią
szybę na podniszczony dom stojący cicho w słońcu, z opuszczonymi
żaluzjami podobnymi do znużonych powiek. - Oto przykład na dużą
skalę. - Opowiedział Pete'owi o tym, co brat Tommy'ego widział
podczas wojny, o kobietach zwiedzających obozy, o tym, jak niektóre
płakały, ale inne miały wściekły wyraz twarzy i nie dały się
skłonić do złego samopoczucia. - Wydaje mi się, że nieustannie
trwa walka, współzawodnictwo. Skrucha. Zdolność do okazywania skruchy,
żalu z powodu krzywdy wyrządzonej innym sprawia, że pozostajemy
ludźmi. - Tommy położył dłoń na kierownicy. - Tak mi się
wydaje.
- Mój ojciec okazywał skruchę. Był jednoosobowym
współzawodnictwem, o jakim mówisz.
- Chyba masz rację.
Słońce wzeszło tak wysoko, że nie było go widać
z samochodu.
- Nigdy nie rozmawiam w ten sposób - powiedział
Pete, a Tommy po raz kolejny zdumiał się, że Barton sprawiał
wrażenie młodego chłopca. Tommy poczuł w sercu drobne ukłucie,
najwyraźniej związane z Pete'em.
- Jestem stary - powiedział Tommy. - Jeśli
mamy odbywać podobne rozmowy, chyba powinienem częściej cię
odwiedzać. Może spotkamy się w sobotę za dwa tygodnie?
Spostrzegł zdziwiony, że Pete zacisnął pięści
i uderzył się nimi w kolana.
- Nie - powiedział Pete. - Nie. Nie
musisz. Nie.
- Ale chcę - zapewnił Tommy, ale w chwili,
gdy wymawiał te słowa, zrozumiał, że to nieprawda. Ale czy to miało
znaczenie? Nie miało.
- Nie potrzebuję, żeby ktokolwiek odwiedzał mnie
z obowiązku - powiedział cicho Pete.
Ciąg dalszy w wersji pełnej