To, co chcemy zostawić za sobą - Lucy Score

Kup ebooka

45.00 zł
35.10 zł (27,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

PO­GRZE­BOWE BUR­RITO

SLO­ANE

Huśtawka ryt­micz­nie skrzy­piała, kiedy od­py­cha­łam się stopą od pod­łogi na ganku. Chłodne palce stycz­nia wśli­zgi­wały się pod koc i war­stwy mo­ich ciu­chów, choć w su­mie mo­gły to so­bie da­ro­wać, bo ja i tak by­łam już skost­niała w środku.

Moje spoj­rze­nie przy­cią­gnął oklap­nięty bo­żo­na­ro­dze­niowy wie­niec na dum­nie fio­le­to­wych drzwiach wej­ścio­wych.

Będę mu­siała go zdjąć.

Będę mu­siała wró­cić do pracy.

Będę mu­siała iść na górę i użyć dez­odo­rantu, o któ­rym za­po­mnia­łam.

Wy­glą­dało na to, że mu­sia­łam zro­bić mnó­stwo rze­czy, a wszyst­kie wy­da­wały się mo­nu­men­talne, jakby wej­ście po scho­dach do mo­jej sy­pialni wy­ma­gało przy­naj­mniej ta­kiej sa­mej ener­gii, jak wspię­cie się na szczyt Mo­unt Eve­re­stu.

Przy­kro mi, Knoc­ke­mout, bę­dziesz mu­siało ja­koś wy­trzy­mać z ca­piącą bi­blio­te­karką.

Wcią­gnę­łam do płuc po­wie­trze ostre jak ży­letki. Dziwne, że mu­sia­łam przy­po­mi­nać so­bie o czymś rów­nie au­to­ma­tycz­nym jak od­dy­cha­nie. Ża­łoba miała to do sie­bie, że wszystko nią prze­sią­kało, na­wet kiedy czło­wiek był na nią przy­go­to­wany.

Zbli­ży­łam do ust na­le­żący do taty ku­bek z na­pi­sem JE­STEM PRAW­NI­KIEM NIE MA­GI­KIEM i za­czerp­nę­łam wzmac­nia­jący łyk śnia­da­nio­wego wina.

Resztę dnia spę­dzę w upior­nym cie­ple Sztyw­nego Na Amen, po­my­słowo na­zwa­nego domu po­grze­bo­wego. Tem­pe­ra­tura na ter­mo­sta­cie w tym przy­bytku za­wsze była usta­wiona na co naj­mniej dwa­dzie­ścia cztery stop­nie, do­sto­so­wu­jąc się do rzad­szej krwi tłu­mów star­szych klien­tów, jacy naj­czę­ściej tam by­wali.

Zro­bi­łam wy­dech i z mo­ich ust wy­do­stał się sre­brzy­sty ob­ło­czek pary. Kiedy się roz­pro­szył w po­wie­trzu, znowu mia­łam wi­dok na dom są­sia­dów.

Był to ni­jaki, dwu­kon­dy­gna­cyjny bu­dy­nek z be­żo­wym si­din­giem i do bólu prak­tycz­nym obej­ściem.

Tak po praw­dzie to, w po­rów­na­niu z moją wy­myślną cha­wirą w stylu wik­to­riań­skim z gan­kiem do­okoła i mało sub­telną wie­życzką, więk­szość do­mów wy­da­wała się nudna. Ale w tym domu po są­siedzku kryła się pustka, która czy­niła ten kon­trast jesz­cze bar­dziej wi­doczny. Od po­nad de­kady je­dy­nymi ozna­kami ży­cia były przy­jazdy ekipy zaj­mu­ją­cej się utrzy­my­wa­niem w do­brym sta­nie te­renu wo­kół domu oraz spo­ra­dyczne wi­zyty od­py­cha­ją­cego wła­ści­ciela.

Za­sta­na­wiało mnie, dla­czego go po pro­stu nie sprze­dał albo nie spa­lił. Albo nie zro­bił tego, co ab­sur­dal­nie bo­gaci lu­dzie ro­bią z miej­scami, w któ­rych mu­rach skry­wają się cie­nie i se­krety.

Po­twor­nie iry­to­wał mnie fakt, że na­dal jest jego wła­ści­cie­lem. Że na­dal cza­sem tu bywa. Żadne z nas nie miało ochoty wra­cać do prze­szło­ści. Żadne z nas nie miało ochoty dzie­lić gra­nicy po­se­sji.

Drzwi się otwo­rzyły i na ga­nek wy­szła moja matka.

Ka­ren Wal­ton od za­wsze uwa­ża­łam za piękną ko­bietę. Na­wet dziś, z wy­ry­tymi na twa­rzy bruz­dami roz­pa­czy, na­dal była uro­cza.

- No i co po­wiesz? My­ślisz, że to prze­sada? - za­py­tała, wy­ko­nu­jąc po­wolny ob­rót w no­wej ma­łej czar­nej.

De­kolt w łódkę i dłu­gie rę­kawy sta­no­wiły tę część skromną; dół z czar­nego, po­ły­sku­ją­cego tiulu wy­glą­dał z ko­lei jak kiecka im­pre­zowa. Ja­sne włosy ob­cięte na boba przy­trzy­my­wała ak­sa­mitna opa­ska.

Kilka dni temu moja przy­ja­ciółka Lina za­brała nas na za­kupy, aby po­móc zna­leźć stroje na po­grzeb. Moja suk­nia była krótka i do­pa­so­wana. Uszyto ją z he­ba­no­wej dzia­niny z ukry­tymi w szwach kie­sze­niami. Była piękna i ni­gdy wię­cej nie za­mie­rza­łam jej wkła­dać.

- Świet­nie wy­glą­dasz. Su­kienka jest ide­alna - za­pew­ni­łam i ty­tu­łem za­pro­sze­nia unio­słam róg koca.

Mama usia­dła, a kiedy przy­kry­łam nas obie, po­kle­pała mnie po ko­la­nie.

Ta huś­tawka od za­wsze sku­piała przy so­bie na­szą ro­dzinę. Gro­ma­dzi­ły­śmy się tu­taj na po­szkolne prze­ką­ski i plotki. Moi ro­dzice raz w ty­go­dniu, nie­ważne lato czy zima, urzą­dzali so­bie na niej go­dzinną schadzkę. A kiedy w Święto Dzięk­czy­nie­nia na­czy­nia były już po­zmy­wane, za­le­ga­li­śmy na niej wszy­scy z cie­płymi ko­cami i ulu­bio­nymi książ­kami.

Odzie­dzi­czy­łam to ab­sur­dalne do­misz­cze z oliw­ko­wymi, fio­le­to­wymi i gra­na­to­wymi ścia­nami dwa lata temu, kiedy moi ro­dzice prze­pro­wa­dzili się do Wa­szyng­tonu, aby mieć bli­żej do le­ka­rzy taty. Za­wsze uwiel­bia­łam to mia­sto. Nie ist­niało na świe­cie żadne inne miej­sce, w któ­rym czu­ła­bym się jak w domu. Tyle że w chwi­lach ta­kich jak ta do­cie­rało do mnie, że na­sza ro­dzina za­miast się roz­ra­stać, staje się co­raz mniej­sza.

Mama wy­pu­ściła po­wie­trze.

- To wszystko jest do dupy.

- To prawda, ale przy­naj­mniej do­brze wy­glą­damy - stwier­dzi­łam.

- Tak już mają Wal­to­no­wie - przy­tak­nęła.

Drzwi po­now­nie się otwo­rzyły i do­łą­czyła do nas moja sio­stra Ma­eve. Miała na so­bie pro­ste czarne spodnium i weł­niany płaszcz, a w rę­kach ści­skała ku­bek z pa­ru­jącą her­batą. Wy­glą­dała jak za­wsze ład­nie, ale jej twarz na­zna­czona była zmę­cze­niem. Za­no­to­wa­łam so­bie w my­ślach, aby po po­grze­bie spró­bo­wać z niej wy­cią­gnąć, czy po­wo­dem tego jest coś wię­cej niż śmierć taty.

- Gdzie jest Chloe? - za­py­tała mama.

Ma­eve prze­wró­ciła oczami.

- Za­wę­ziła wy­bór do dwóch stro­jów i oświad­czyła mi, że przed pod­ję­ciem osta­tecz­nej de­cy­zji musi spę­dzić z każ­dym tro­chę czasu - od­parła, po czym wci­snęła się na po­du­chę obok mamy.

Moja sio­strze­nica była fa­shio­nistką naj­wyż­szego ka­li­bru. A przy­naj­mniej ta­kiego, na jaki mo­gła so­bie po­zwo­lić dwu­na­sto­latka z ogra­ni­czo­nym kie­szon­ko­wym w pro­win­cjo­nal­nym re­jo­nie Wir­gi­nii.

Przez ja­kiś czas ko­ły­sa­ły­śmy się w mil­cze­niu, każda po­grą­żona we wła­snych wspo­mnie­niach.

- Pa­mię­ta­cie, jak wasz oj­ciec przy­niósł cho­inkę tak roz­ło­ży­stą, że nie chciała przejść przez drzwi? - za­py­tała mama. W to­nie jej głosu po­brzmie­wał uśmiech.

- Po­czą­tek na­szej tra­dy­cji cho­inki na ganku - przy­po­mniała so­bie Ma­eve.

Zro­biło mi się wstyd, bo w mi­nione święta nie mia­łam cho­inki na ganku. Ani w domu. Je­dyną bo­żo­na­ro­dze­niową de­ko­ra­cję sta­no­wił ten zwię­dły wie­niec, który ku­pi­łam na kier­ma­szu w szkole Chloe. Rak miał dla na­szej ro­dziny inne plany.

Po­sta­no­wi­łam, że pod­czas przy­szłych świąt wy­na­gro­dzę nam to. Za­go­ści tu ży­cie. Ro­dzina. Śmiech, cia­steczka, al­ko­hol i kiep­sko za­pa­ko­wane pre­zenty.

Tego wła­śnie pra­gnął tata - aby mimo na­szej ogrom­nej tę­sk­noty za nim ży­cie pły­nęło da­lej.

- Wiem, że wasz oj­ciec był mi­strzem mów do­pin­gu­ją­cych - za­częła mama. - Ale obie­ca­łam mu, że przejmę po nim pa­łeczkę. Więc tak to bę­dzie wy­glą­dać: udamy się do domu po­grze­bo­wego i urzą­dzimy mu naj­lep­szy cho­lerny po­grzeb, jaki wi­działo to mia­steczko. Bę­dziemy się śmiać i pła­kać, i pa­mię­tać, jak wiel­kie mia­ły­śmy szczę­ście, że tak długo był obecny w na­szym ży­ciu.

Ma­eve i ja po­ki­wa­ły­śmy gło­wami, a do oczu już zdą­żyły nam na­pły­nąć łzy. Szybko za­mru­ga­łam. Ostat­nie, czego po­trze­bo­wały moja mama albo sio­stra, to ko­niecz­ność okieł­zna­nia mo­jego wul­kanu smutku.

- Mogę pro­sić o "tak jest, mamo"?

- Tak jest, mamo - po­wtó­rzy­ły­śmy drżą­cymi gło­sami.

Mama spoj­rzała naj­pierw na mnie, a po chwili na moją sio­strę.

- Ża­ło­sne to było, wie­cie?

- Rany. Prze­pra­szamy, że na myśl o po­grze­bie taty nie ska­czemy z ra­do­ści - po­wie­dzia­łam cierpko.

Mama wło­żyła rękę do kie­szeni su­kienki i wy­jęła z niej ró­żową pier­siówkę.

- To po­winno po­móc.

- Jest dzie­wiąta trzy­dzie­ści dwie - za­pro­te­sto­wała Ma­eve.

- Ja piję wino - zri­po­sto­wa­łam, uno­sząc swój ku­bek.

Mama wrę­czyła mo­jej sio­strze wy­tworną pier­siówkę.

- Jak ma­wiał wasz oj­ciec, "je­śli nie za­czniemy od razu, to nie bę­dziemy mo­gli pić cały dzień".

Ma­eve wes­tchnęła.

- Niech wam bę­dzie. Ale je­śli za­czniemy pić już te­raz, to na po­grzeb po­je­dziemy Ly­ftem.

- W po­rządku - zgo­dzi­łam się.

- Na zdro­wie, tato - rze­kła i po­cią­gnęła łyk z pier­siówki, nie­mal na­tych­miast się krzy­wiąc.

Od­dała ją ma­mie, która unio­sła pier­siówkę w mil­czą­cym to­a­ście.

Drzwi znowu się otwo­rzyły i tym ra­zem na ga­nek wpa­ro­wała Chloe. Moja sio­strze­nica wy­stro­iła się w szorty z fio­le­to­wej sa­tyny, prąż­ko­wany golf i czarne, wzo­rzy­ste raj­stopy. Włosy miała upięte w dwa czarne koczki na czubku głowy. Ma­eve naj­wy­raź­niej prze­grała dzi­siaj ma­ki­ja­żową walkę, po­nie­waż po­wieki Chloe po­ma­lo­wane były na głę­boki od­cień fio­letu.

- My­śli­cie, że będę od­wra­cać zbyt wiele uwagi od dziadka? - za­py­tała, przy­bie­ra­jąc pozę z rę­kami na bio­drach.

- Do­bry Boże - mruk­nęła moja sio­stra i po­now­nie chwy­ciła za pier­siówkę.

- Pięk­nie wy­glą­dasz, ko­cha­nie - po­wie­działa mama, uśmie­cha­jąc się do je­dy­nej wnuczki.

Chloe wy­ko­nała ob­rót.

- Dzię­kuję. Wiem.

Na we­randę wy­mknęła się odzie­dzi­czona ra­zem z do­mem spa­siona, zrzę­dliwa kotka. Ten na wpół dziki pchlarz otrzy­mał kró­lew­skie imię Lady Mil­dred Miau­ing­ton, które z cza­sem ule­gło skró­ce­niu do Milly Miau Miau. Obec­nie jed­nak, kiedy mu­szę krzy­czeć po raz osiem­na­sty, aby nie dra­pała opar­cia ka­napy, uży­wam je­dy­nie formy Miau Miau albo Hej, Dupku.

- Wra­caj do środka, Miau Miau, ina­czej spę­dzisz cały dzień na dwo­rze - rzu­ci­łam ostrze­gaw­czo.

Ko­cica nie za­szczy­ciła mnie żadną re­ak­cją. Za­miast tego otarła się o czarne raj­stopy Chloe, po­tem zaś usia­dła i za­jęła się my­ciem od­bytu.

- Fuj - mruk­nęła Ma­eve.

- Su­per. Mu­szę te­raz od­kła­czyć raj­stopy - po­skar­żyła się Chloe i tup­nęła nogą.

- Pójdę po­szu­kać rolki - za­ofe­ro­wa­łam się. Wsta­łam z huś­tawki i szturch­nę­łam ko­cicę nogą, a ta po­ło­żyła się na ple­cach, pre­zen­tu­jąc wy­datny brzuch. - Kto ma ochotę na śnia­da­niowe wino?

- Wiesz prze­cież, co się mówi - rze­kła mama i rów­nież wstała. - Char­don­nay to naj­waż­niej­szy po­si­łek dnia.

-

Mniej wię­cej w dru­giej go­dzi­nie po­bytu w domu po­grze­bo­wym za­częło mi mi­jać lek­kie al­ko­ho­lowe oszo­ło­mie­nie. Wcale nie mia­łam ochoty stać przed urną ze stali nie­rdzew­nej w po­miesz­cze­niu z na­stro­jową ta­petą w pa­wie, przyj­mo­wać kon­do­len­cji i wy­słu­chi­wać opo­wie­ści o tym, ja­kim to wspa­nia­łym czło­wie­kiem był Si­mon Wal­ton.

Do­tarło do mnie, że te­raz nie po­ja­wią się już żadne nowe opo­wie­ści. Mój ko­chany, ge­nialny, ser­deczny, nie­zdarny tata od­szedł na za­wsze. A nam zo­stały je­dy­nie wspo­mnie­nia, które ni­gdy nie zdo­łają wy­peł­nić wy­rwy uczy­nio­nej przez jego śmierć.

- Nie mam po­ję­cia, co po­czniemy bez wujka Si­mona - oświad­czyła moja ku­zynka Nessa, ko­ły­sząc na bio­drze pu­co­ło­wa­tego nie­mow­laka, pod­czas gdy jej mąż mo­co­wał się z ich dru­gim dziec­kiem, trzy­let­nim chłop­czy­kiem pod muszką. Mój tata za­wsze no­sił mu­chy. - On i twoja mama przy­jeż­dżali do nas raz w mie­siącu i zaj­mo­wali się dzie­cia­kami, że­by­śmy mo­gli z Wil­lem wy­brać się na randkę.

- Tata uwiel­biał spę­dzać czas z wa­szymi dziećmi - za­pew­ni­łam ją.

Moi ro­dzice nie kryli się z tym, że ma­rzą o wiel­kiej ro­dzi­nie. To wła­śnie dla­tego ku­pili osiem­na­sto­po­ko­jowy dom w stylu wik­to­riań­skim, w któ­rego ja­dalni stał stół na dwa­dzie­ścia osób. Ma­eve po­słusz­nie wy­pro­du­ko­wała jed­nego wnuka, a ra­czej wnuczkę, ale roz­wód i dy­na­micz­nie roz­wi­ja­jąca się ka­riera praw­niczki tym­cza­sowo za­blo­ko­wały plany na dru­gie dziecko.

No i ja. By­łam kie­row­niczką w naj­lep­szej bi­blio­tece pu­blicz­nej w trzech oko­licz­nych hrab­stwach, ha­ro­wa­łam nad po­sze­rza­niem na­szego księ­go­zbioru, pro­gra­mów i usług. Ale by­łam rów­nie da­leka od mał­żeń­stwa i dzieci jak wtedy, kiedy mia­łam trzy­dzie­ści lat. Co było... kurde. Dość dawno temu.

Có­reczka Nessy mla­snęła do mnie. Wy­glą­dała na nie­zwy­kle z sie­bie za­do­wo­loną.

- Oho - mruk­nęła moja ku­zynka.

Spoj­rza­łam tam, gdzie ona, czyli na kil­ku­latka, który igno­ro­wał ojca i bie­gał wo­kół pod­wyż­sze­nia z urną.

- Przy­trzy­maj ją - rzu­ciła Nessa, po­da­jąc mi dziecko. - Mama musi spo­koj­nie i z gra­cją ura­to­wać sy­tu­ację.

- Wiesz - po­wie­dzia­łam do ma­lut­kiej - mój tata byłby pew­nie za­chwy­cony, gdyby twój bra­ci­szek nie­chcący wy­sy­pał dziś jego pro­chy. Uznałby to za prze­za­bawne.

Przy­glą­dała mi się z cie­ka­wo­ścią naj­więk­szymi i naj­bar­dziej nie­bie­skimi oczami, ja­kie w ży­ciu wi­dzia­łam. Była pra­wie zu­peł­nie łysa, a je­dyne rzad­kie, ja­sne wło­ski zo­stały sta­ran­nie wsu­nięte pod sty­lową ró­żową ko­kardę. Unio­sła za­śli­nioną piąstkę i prze­su­nęła pal­cem po moim po­liczku.

Za­sko­czył mnie jej uśmiech dzią­słami oraz ra­do­sny chi­chot do­bie­ga­jący gdzieś z okrą­głego brzuszka. Wez­brało we mnie ży­wio­łowe szczę­ście.

- Kry­zys za­że­gnany - oświad­czyła Nessa, po­ja­wia­jąc się obok nas. - Ooo, po­lu­biła cię!

Moja ku­zynka wzięła ode mnie có­reczkę, a mnie zdzi­wiło, że na­tych­miast za­tę­sk­ni­łam za jej cie­płym, roz­chi­cho­ta­nym cię­ża­rem na rę­kach. Oszo­ło­miona przy­glą­da­łam się, jak ich ro­dzinka prze­suwa się w ko­lejce do tego, aby przy­wi­tać się z moją matką i sio­strą.

Mia­łam oka­zję sły­szeć, że do uru­cho­mie­nia się ze­gara bio­lo­gicz­nego wy­star­czało ko­bie­cie po­wą­cha­nie główki nie­mow­lę­cia, ale że miało się to stać na po­grze­bie? To z pew­no­ścią pierw­szy taki przy­pa­dek.

Oczy­wi­ście pra­gnę­łam mieć ro­dzinę. Za­wsze za­kła­da­łam, że znajdę na to czas... po stu­diach, po­tem po zna­le­zie­niu pierw­szej pracy, po­tem po zna­le­zie­niu wy­ma­rzo­nej pracy w ro­dzin­nym mia­steczku, po­tem po prze­nie­sie­niu bi­blio­teki do no­wego bu­dynku.

Nie ro­bi­łam się młod­sza. Moje ja­jeczka nie sta­wały się w cu­downy spo­sób co­raz śwież­sze. Je­śli chcia­łam mieć wła­sną ro­dzinę, mu­sia­łam bez­zwłocz­nie się tym za­jąć.

Kurde.

Górę nade mną wzięły in­stynkty ewo­lu­cyjne i zmie­rzy­łam wzro­kiem Buda Nic­kel­bee, który sta­nął przede mną i zło­żył kon­do­len­cje. Chudy i pa­ty­ko­waty Bud jak za­wsze miał na so­bie ogrod­niczki. Jako że sama no­si­łam oku­lary, nie prze­szka­dzały mi jego le­nonki. Ale ce­chami wy­bit­nie nie­po­żą­da­nymi były długi, siwy ku­cyk i plany przej­ścia na eme­ry­turę oraz wy­bu­do­wa­nia bun­kru gdzieś w Mon­ta­nie.

Po­trze­bo­wa­łam męż­czy­zny wy­stra­cza­jąco mło­dego, aby chciał prze­cier­pieć ra­zem ze mną okres nie­mow­lęcy na­szych dzieci. Naj­le­piej tu­taj, gdzie mam bli­sko do Co­stco i Tar­getu.

Olśnie­nie do­ty­czące mo­jego ze­gara bio­lo­gicz­nego prze­rwało po­ja­wie­nie się Knoxa i Na­omi Mor­ga­nów. Bro­daty nie­grzeczny chło­pak z Knoc­ke­mout stra­cił głowę dla tej ucie­ka­ją­cej panny mło­dej, która przed ro­kiem przy­była do mia­steczka. Ra­zem udało im się stwo­rzyć tego ro­dzaju szczę­śliwe za­koń­cze­nie, któ­rymi się za­chwy­ca­łam na kart­kach ksią­żek jako na­sto­latka... i już nie na­sto­latka... i nie da­lej niż w ze­szłym ty­go­dniu.

A skoro mowa o in­stynk­tach ewo­lu­cyj­nych, to zrzę­dliwy Knox w gar­ni­tu­rze - i krzywo za­wią­za­nym kra­wa­cie, jakby nie mógł się po­sta­rać i za­wią­zać go pro­sto - z całą pew­no­ścią sta­no­wił ma­te­riał na ojca. Za nim w po­li­cyj­nym mun­du­rze po­ja­wił się jego bar­czy­sty brat Nash, za­bor­czo ści­ska­jący rękę swo­jej na­rze­czo­nej, ślicz­nej i mod­nej Liny. Obaj męż­czyźni byli do­sko­na­łymi daw­cami spermy.

Otrzą­snę­łam się z pro­kre­acyj­nych roz­my­ślań.

- Dzięki, że przy­szli­ście - po­wie­dzia­łam do nich.

Na­omi wy­glą­dała bar­dzo ko­bieco w su­kience z gra­na­to­wej dzia­niny i z ciem­nymi wło­sami uło­żo­nymi w sprę­ży­ste fale. Kiedy mnie uści­skała, po­czu­łam de­li­katny za­pach cy­try­no­wego środka do pie­lę­gna­cji me­bli. Uśmiech­nę­łam się. Kiedy Na­omi się stre­so­wała, nu­dziła albo była szczę­śliwa, wtedy sprzą­tała. To był jej ję­zyk mi­ło­ści. Od­kąd zo­stała ko­or­dy­na­torką lo­kal­nych pro­gra­mów po­mocy, bi­blio­teka lśniła jak ni­gdy do­tąd.

- Bar­dzo nam przy­kro z po­wodu Si­mona. Był na­prawdę wspa­nia­łym czło­wie­kiem - po­wie­działa z ża­lem Na­omi. - Tak się cie­szę, że go po­zna­łam pod­czas Święta Dzięk­czy­nie­nia.

- Ja też - po­twier­dzi­łam.

To było ostat­nie ofi­cjalne święto w ro­dzi­nie Wal­to­nów. Dom do­słow­nie pę­kał w szwach od przy­ja­ciół, człon­ków ro­dziny i je­dze­nia. Tak. Dużo. Je­dze­nia. Po­mimo cho­roby tata był prze­szczę­śliwy.

To wspo­mnie­nie spra­wiło, że za­lała mnie nowa fala roz­pa­czy, i wiele wy­siłku mnie kosz­to­wało, aby się nie roz­be­czeć. Kiedy wy­plą­ta­łam się z ob­jęć Na­omi, zdo­ła­łam to za­tu­szo­wać pod po­sta­cią czkawki.

- Sorry. Za dużo wina na śnia­da­nie - skła­ma­łam.

Miej­sce Na­omi za­jęła te­raz Lina. Sek­sowne spodnium i bo­skie szpilki tylko pod­kre­ślały jej dłu­gie nogi. Z gry­ma­sem na twa­rzy się na­chy­liła i skrę­po­wana mnie uści­snęła. Lina nie była wy­lewna w sto­sunku do ni­kogo z wy­jąt­kiem Na­sha. Tym bar­dziej do­ce­ni­łam jej gest.

Acz­kol­wiek je­śli lu­dzie nie prze­staną być dla mnie tacy mili, w końcu pęk­nie tama po­wstrzy­mu­jąca bez­kre­sny re­zer­wuar roz­pa­czy.

- Jest bez­na­dziej­nie - szep­nęła, za­nim mnie pu­ściła.

- Tak. To prawda - przy­zna­łam.

Od­chrząk­nę­łam, sta­ra­jąc się stłu­mić emo­cje. Nie mia­ła­bym nic prze­ciwko gnie­wowi. Gniew był pro­sty, czy­sty i prze­mie­nia­jący, a na­wet pe­łen mocy. Ale nie czu­łam się kom­for­towo, dzie­ląc się z in­nymi tymi bar­dziej skom­pli­ko­wa­nymi uczu­ciami.

Lina zro­biła krok w tył i wsu­nęła się gładko pod ra­mię Na­sha.

- Co ro­bisz po tej... im­pre­zie? - za­py­tała.

Od razu się do­my­śli­łam, dla­czego pyta. Gdy­bym po­pro­siła, zja­wi­łyby się tu po mnie. Ba, na­wet gdy­bym tego nie zro­biła. Gdyby choć przez chwilę uwa­żały, że po­trzebne mi ra­mię, na któ­rym będę się mo­gła wy­pła­kać, po­rządny kok­tajl albo umy­cie pod­łóg w domu, mo­głam li­czyć na Na­omi i Linę.

- Mama za­re­zer­wo­wała noc­leg w spa z przy­ja­ciół­kami, a Ma­eve or­ga­ni­zuje wie­czo­rem ko­la­cję dla przy­jezd­nych go­ści - po­wie­dzia­łam.

To nie było kłam­stwo. Moja sio­stra rze­czy­wi­ście za­pro­siła do sie­bie na­sze ciotki, wuj­ków i ku­zy­no­stwo. Ale ja mia­łam już plany: za­mie­rza­łam udać, że do­pa­dła mnie mi­grena i spę­dzić wie­czór na nu­rza­niu się w smutku w za­ci­szu wła­snego domu.

- Spo­tkajmy się ja­koś nie­długo. Ale nie w pracy - do­dała su­rowo Na­omi. - Masz wziąć tyle wol­nego, ile bę­dziesz po­trze­bo­wała.

- Tak. Jak naj­bar­dziej. Dzięki - bąk­nę­łam.

Moje przy­ja­ciółki prze­su­nęły się w ko­lejce do mo­jej mamy, zo­sta­wia­jąc ze mną oj­ców swo­ich przy­szłych dzieci.

- To jest, kurwa, do bani - po­wie­dział szorstko Knox, kiedy mnie przy­tu­lił.

Uśmiech­nę­łam się do jego torsu.

- Masz stu­pro­cen­tową ra­cję.

- Gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wała, Slo­aney Ba­lo­ney... - ode­zwał się Nash.

Tym ra­zem to on mnie przy­tu­lił. Nie mu­siał koń­czyć zda­nia. Ra­zem się wy­cho­wa­li­śmy. Wie­dzia­łam, że mogę na niego li­czyć w każ­dej sy­tu­acji. Na Knoxa też, choć on aku­rat nic by nie po­wie­dział. Po pro­stu zja­wiłby się i kie­ro­wany tro­ską mru­kli­wie wy­ko­nał ja­kieś za­da­nie, po czym wku­rzyłby się, gdy­bym pró­bo­wała mu dzię­ko­wać.

- Dzię­kuję wam.

Nash od­su­nął się i prze­cze­sał spoj­rze­niem tłum, który wy­le­wał się aż na ko­ry­tarz. Na­wet na po­grze­bie ko­men­dant miej­sco­wej po­li­cji był ni­czym pies ochronny, upew­nia­jący się, że jego stadu nic nie grozi.

- Ni­gdy nie za­po­mnie­li­śmy tego, co twój tata zro­bił dla Lu­ciana - rzekł.

Cała się spię­łam. Za każ­dym ra­zem, kiedy ktoś wy­po­wia­dał imię tego męż­czy­zny, mia­łam wra­że­nie, że w mo­jej czaszce roz­brzmiewa dzwon, re­zo­nu­jąc w ko­ściach, jakby miało to coś zna­czyć. Ale nie zna­czyło. Już nie. Chyba że słowa "nie­na­wi­dzę tego fa­ceta" li­czyły się jako "coś".

- Tak, no cóż... tata po­mógł w swoim ży­ciu wielu oso­bom - po­wie­dzia­łam sztywno.

To prawda. Si­mon Wal­ton udzie­lał się jako praw­nik, tre­ner, men­tor i opie­kun. Jakby tak się nad tym za­sta­no­wić, przy­pusz­czal­nie to on i jego wspa­nia­łość byli od­po­wie­dzialni za to, że nie mia­łam męża ani dzieci. No bo jak mia­łam zna­leźć ży­cio­wego part­nera, skoro ża­den nie do­rów­nałby mo­jemu ojcu?

- O wilku mowa - rzu­cił Knox.

Spoj­rze­li­śmy na znaj­du­jące się na końcu po­miesz­cze­nia drzwi, które na­gle zro­biły się małe, kiedy sta­nął w nich zło­wiesz­czy męż­czy­zna w kosz­mar­nie dro­gim gar­ni­tu­rze.

Lu­cian Rol­lins. Luce albo Lucy dla przy­ja­ciół, któ­rych miał do­prawdy nie­wielu. Lu­cy­fer dla mnie i jego licz­nych wro­gów.

Nie zno­si­łam tego, w jaki spo­sób moje ciało re­aguje na tego fa­ceta, ile­kroć się po­ja­wia. Tej wy­wo­łu­ją­cej ciarki świa­do­mo­ści, jakby każdy nerw w moim ciele otrzy­mał jed­no­cze­śnie tę samą wia­do­mość.

Ja­koś so­bie ra­dzi­łam z tym in­stynk­tow­nym, bio­lo­gicz­nym ostrze­że­niem o zbli­ża­ją­cym się nie­bez­pie­czeń­stwie. Bądź co bądź w tym męż­czyź­nie nie było nic bez­piecz­nego. Nie po­tra­fi­łam jed­nak po­ra­dzić so­bie z tym, że to mro­wie­nie na­tych­miast prze­ra­dzało się w cie­płe, ra­do­sne, od­ru­chowe: "Na­resz­cie je­steś", jak­bym wstrzy­my­wała od­dech, cze­ka­jąc, aż się po­jawi.

Uwa­ża­łam sie­bie za wolną od uprze­dzeń, w miarę doj­rzałą osobę do­ro­słą. A mimo to nie by­łam w sta­nie znieść Lu­ciana. Sa­mym swoim ist­nie­niem dzia­łał na wszyst­kie moje zmy­sły. I wła­śnie tak się działo za każ­dym cho­ler­nym ra­zem, kiedy się po­ja­wiał, jakby zo­stał przy­wo­łany z ja­kie­goś głu­piego, peł­nego de­spe­ra­cji miej­sca w mo­jej psy­chice. Aż w końcu przy­po­mi­na­łam so­bie, że nie jest już tym pięk­nym, ob­rot­nym chło­pa­kiem z mo­ich na­sto­let­nich ma­rzeń mola książ­ko­wego.

Nie było już Lu­ciana, ma­rzy­ciel­skiego, po­god­nego chło­paka, który dźwi­gał o wiele za duży cię­żar. Za­stą­pił go zimny, bez­względny męż­czy­zna, nie­na­wi­dzący mnie rów­nie mocno, jak ja jego.

"Ufa­łem ci, Slo­ane. A ty nad­uży­łaś tego za­ufa­nia. Wy­rzą­dzi­łaś o wiele wię­cej szkody, niż on byłby w sta­nie".

By­li­śmy te­raz zu­peł­nie in­nymi ludźmi. Na­sze spoj­rze­nia się spo­tkały, nie­chęt­nie re­je­stru­jąc wza­jemną obec­ność.

Dziwne to było, że łą­czyła mnie ta­jem­nica z tym chło­pa­kiem, któ­rego kie­dyś ko­cha­łam, a te­raz dzie­li­łam ją z męż­czy­zną, któ­rego nie po­tra­fi­łam znieść. Każda in­te­rak­cja kryła w so­bie pod­tek­sty. Zna­cze­nie, któ­rego nie ro­zu­miał nikt oprócz nas dwojga. I może to ten mały, nie­mą­dry, mroczny frag­ment mnie czuł eks­cy­ta­cję za każ­dym ra­zem, kiedy na­sze spoj­rze­nia się krzy­żo­wały. Jakby ta ta­jem­nica zwią­zała nas ze sobą w spo­sób, który na za­wsze po­zo­sta­nie nie­ro­ze­rwalny.

Lu­cian ru­szył przed sie­bie, a tłum roz­stę­po­wał się wo­kół niego, jakby wła­dza i za­moż­ność wy­ty­czały swój wła­sny szlak.

Ale nie pod­szedł do mnie. Udał się pro­sto do mo­jej matki.

- Mój słodki chło­piec.

Mama roz­ło­żyła sze­roko ra­miona, a Lu­cian przy­tu­lił ją w spo­sób zdra­dza­jący nie­po­ko­jącą za­ży­łość.

Jej słodki chło­piec?! Lu­cian był czter­dzie­sto­let­nim me­ga­lo­ma­nem.

Bra­cia Mor­gan do­łą­czyli do przy­ja­ciela.

- Jak te­raz so­bie wszy­scy ra­dzi­cie, Slo­ane? - za­py­tała pani Twe­edy, star­sza są­siadka Na­sha i jed­no­cze­śnie fanka za­jęć na si­łowni.

Miała na so­bie czarny we­lu­rowy dres, a włosy ozdo­biła po­waż­nie wy­glą­da­jącą opa­ską.

- Ja­koś da­jemy so­bie radę. Bar­dzo dzię­kuję za pani obec­ność - od­par­łam, ści­ska­jąc jej twardą od od­ci­sków dłoń.

Ką­tem oka do­strze­głam, że mama od­suwa się lekko od Lu­ciana.

- Nie wiem, jak mam ci dzię­ko­wać. Ni­gdy nie od­płacę ci się za to, co zro­bi­łeś dla Si­mona. Dla mnie. Dla na­szej ro­dziny - rze­kła do niego ze łzami w oczach.

Co ta­kiego? Moje spoj­rze­nie od­ru­chowo prze­su­nęło się na sza­tań­sko przy­stojną twarz Lu­ciana.

Boże, jaki on był piękny. Okaz stwo­rzony przez bo­gów. Spło­dziłby za­chwy­ca­jące sza­tań­skie dzieci.

Nie. Nie. Nie ma mowy. W żad­nym ra­zie. Nie po­zwolę, aby spa­ni­ko­wany ze­gar bio­lo­giczny ka­zał mi pa­trzeć na Lu­ciana Rol­linsa jak na po­ten­cjal­nego dawcę spermy.

- Wiesz, mó­wią, że na ża­łobę do­bre jest dźwi­ga­nie cię­ża­rów. Po­win­naś zaj­rzeć w tym ty­go­dniu na si­łow­nię. Moja ekipa do­brze się tobą zaj­mie - za­skrze­czała pani Twe­edy, pod­czas gdy ja wy­tę­ża­łam słuch, aby usły­szeć moją matkę i Lu­ciana.

- To ja mam u was obojga dług wdzięcz­no­ści - oświad­czył chra­pli­wie.

O czym oni, u li­cha, roz­ma­wiali? Ja­sne, kiedy Lu­cian był nie­sfor­nym na­sto­lat­kiem z są­siedz­twa, łą­czyły go bli­skie re­la­cje z mo­imi ro­dzi­cami. Ale mia­łam wra­że­nie, że cho­dzi im o coś głęb­szego, bar­dziej ak­tu­al­nego. Co się działo i dla­czego o tym nie wie­dzia­łam?

Na­gle czy­jeś palce chwy­ciły moją twarz, wy­ry­wa­jąc mnie z za­my­śle­nia.

- Do­brze się czu­jesz, dziew­czyno? Je­steś blada. Chcesz coś zjeść? Mam przy so­bie pro­te­ino­wego ba­tona i ter­mos - po­wie­działa pani Twe­edy, grze­biąc w spor­to­wej tor­bie.

- Wszystko w po­rządku, Slo­ane? - za­py­tała mama, do­strze­ga­jąc, co się dzieje.

Za­równo ona, jak i Lu­cian pa­trzyli te­raz pro­sto na mnie.

- Tak - szybko ją za­pew­ni­łam.

- Wy­łą­czyła się - do­nio­sła pani Twe­edy.

- Na­prawdę nic mi nie jest - upie­ra­łam się, uni­ka­jąc spoj­rze­nia Lu­ciana.

- Sto­isz tu już po­nad dwie go­dziny. Może za­czerp­niesz tro­chę świe­żego po­wie­trza? - za­su­ge­ro­wała mama. Już, już mia­łam za­uwa­żyć, że ona stoi tu rów­nie długo, kiedy spoj­rzała na Lu­ciana. - Wy­szedł­byś z nią?

Kiw­nął głową, a po­tem na­gle zna­lazł się przede mną.

- Nic mi nie jest - po­wtó­rzy­łam i spa­ni­ko­wana cof­nę­łam się o krok.

Moją ucieczkę za­blo­ko­wała duża ko­lek­cja kwia­tów po­grze­bo­wych. Mój ty­łek zde­rzył się ze sto­ja­kiem i wią­zanka od miej­sco­wej straży po­żar­nej nie­bez­piecz­nie się za­chwiała.

Lu­cian przy­trzy­mał kwiaty, na­stęp­nie po­ło­żył wielką, cie­płą dłoń na dol­nej czę­ści mo­ich ple­ców. Mia­łam wra­że­nie, że krę­go­słup po­ra­ził mi pio­run.

Za­wsze się pil­no­wa­łam, żeby go nie do­tknąć, bo kiedy do­cho­dziło do kon­taktu fi­zycz­nego, działy się we mnie dziwne rze­czy.

Nie było tak, że świa­do­mie pod­ję­łam de­cy­zję o po­zwo­le­niu, aby mnie wy­pro­wa­dził z rzędu osób przyj­mu­ją­cych kon­do­len­cje. Mimo to szłam przed nim jak po­słuszny gol­den re­trie­ver.

Za­nie­po­ko­jone Na­omi i Lina za­częły się pod­no­sić ze swo­ich miejsc, ale ja po­krę­ci­łam głową. Dam so­bie radę.

Lu­cian wy­pro­wa­dził mnie z roz­grza­nego po­miesz­cze­nia do szatni, a po nie­ca­łej mi­nu­cie zna­la­złam się na chod­niku przed do­mem po­grze­bo­wym, po­zo­sta­wiw­szy za sobą przy­tła­cza­jący tłum i szum roz­mów. Była po­nura, zi­mowa środa. Na­wet oku­lary mi za­pa­ro­wały. Ni­sko na nie­bie wi­siały cięż­kie, sza­ro­nie­bie­skie chmury za­po­wia­da­jące, że jesz­cze dziś spad­nie śnieg.

Tata uwiel­biał śnieg.

- Pro­szę - rzekł po­iry­to­wany Lu­cian, po­da­jąc mi płaszcz.

On był wy­soki, ciem­no­włosy i pa­skudny.

Ja by­łam ni­ska, ja­sno­włosa i za­rą­bi­sta.

- To nie mój - oświad­czy­łam.

- Mój. Włóż go, za­nim za­mar­z­niesz.

- Czy je­śli to zro­bię, pój­dziesz so­bie?

Chcia­łam zo­stać sama. Za­czerp­nąć po­wie­trza. Spoj­rzeć w chmury i po­wie­dzieć ojcu, że za nim tę­sk­nię, że nie­na­wi­dzę raka, że je­śli spad­nie śnieg, to się na nim po­łożę i zro­bię dla niego aniołka. Może zdą­ży­ła­bym na­wet uro­nić kilka tych łez, które du­si­łam w so­bie.

- Nie.

Wziął sprawy w swoje ręce i na­rzu­cił mi płaszcz na ra­miona.

Zo­stał uszyty z gru­bego, ciem­nego ma­te­riału przy­po­mi­na­ją­cego kasz­mir, miał także sa­ty­nową pod­szewkę. Bo­gaty. Zmy­słowy. Wi­siał na mnie jak koł­dra ob­cią­że­niowa. Pach­niał... Nie­biań­sko to nie­wła­ściwe słowo. Roz­kosz­nie nie­bez­piecz­nie. Za­pach tego męż­czy­zny był ni­czym afro­dy­zjak.

- Ja­dłaś coś dzi­siaj?

Za­mru­ga­łam.

- Słu­cham?

- Czy coś dziś zja­dłaś? - Każde jego słowo na­zna­czone było iry­ta­cją.

- Nie bę­dziesz na mnie dzi­siaj war­czał, Lu­cy­fe­rze. - Ale moim sło­wom bra­ko­wało zwy­cza­jo­wego ognia.

- W ta­kim ra­zie ro­zu­miem, że nie.

- Wy­bacz, że za­miast śnia­da­nia wy­pi­ły­śmy whi­skey i wino.

- Chry­ste - burk­nął. A po­tem wy­cią­gnął ręce w moją stronę.

Za­miast od­sko­czyć albo ni­czym ka­ra­teka przy­ło­żyć mu w szyję, sta­łam oszo­ło­miona. Czy on czy­nił nie­zdarną próbę uści­ska­nia mnie? Ob­ma­ca­nia?

- Co ty wy­pra­wiasz? - pi­snę­łam.

- Nie ru­szaj się - po­le­cił.

Jego dło­nie znik­nęły w kie­sze­niach płasz­cza.

Był wyż­szy ode mnie o do­kład­nie trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów. Wie­dzia­łam, bo kie­dyś się zmie­rzy­li­śmy. Na drzwiach w mo­jej kuchni na­dal wid­niała na­ry­so­wana ołów­kiem li­nia. Część hi­sto­rii, która - jak oboje uda­wa­li­śmy - nie ist­nieje.

Wy­jął z kie­szeni pa­pie­rosa i srebrną za­pal­niczkę.

Na­wet złe na­wyki nie miały kon­troli nad Lu­cia­nem Rol­lin­sem. Ten czło­wiek po­zwa­lał so­bie na jed­nego pa­pie­rosa dzien­nie. Strasz­nie mnie iry­to­wała jego sa­mo­kon­trola.

- Na pewno chcesz już te­raz zro­bić so­bie prze­rwę na fajkę? - za­py­ta­łam. - Jest do­piero po­łu­dnie.

Zgro­miw­szy mnie wzro­kiem, za­pa­lił pa­pie­rosa, scho­wał za­pal­niczkę i wy­jął te­le­fon. Przez chwilę jego kciuki tań­czyły nad wy­świe­tla­czem, po czym scho­wał ko­mórkę. Wy­rwał z ust pa­pie­rosa i wy­pu­ścił nie­bie­skawy dym, nie spusz­cza­jąc ze mnie groź­nego wzroku.

Każdy jego ruch był dra­pieżny, oszczędny i wku­rza­jący.

- Nie mu­sisz mnie niań­czyć. Po­ka­za­łeś się. Mo­żesz już iść. Je­stem pewna, że w środę masz znacz­nie waż­niej­sze rze­czy do ro­boty niż bu­ja­nie się w Knoc­ke­mout - oświad­czy­łam.

Przyj­rzał mi się bez słowa. Ten męż­czy­zna miał w zwy­czaju ob­ser­wo­wać mnie tak, jak­bym była czymś fa­scy­nu­ją­cym i jed­no­cze­śnie od­ra­ża­ją­cym. Ja w taki spo­sób pa­trzy­łam na śli­maki bez muszli w moim ogro­dzie.

Skrzy­żo­wa­łam ręce na piersi.

- W po­rządku. Skoro tak się upie­rasz przy tym, aby zo­stać, to po­wiedz mi, dla­czego moja mama twier­dzi, że ma u cie­bie dług wdzięcz­no­ści? - za­py­ta­łam.

Nie prze­sta­wał mi się przy­glą­dać, nie od­zy­wa­jąc się przy tym ani sło­wem.

- Lu­cian.

- Slo­ane.

Wark­nął moje imię tak, że za­brzmiało jak ostrze­że­nie. I choć wzdłuż ple­ców prze­bie­gły mi lo­do­wate palce zimna, to w środku po­czu­łam coś cie­płego i nie­bez­piecz­nego.

- Mu­sisz być cią­gle taki wstrętny?

- Nie chcę się z tobą dzi­siaj kłó­cić. Nie tu­taj.

Strasz­nie upo­ka­rza­jące było to, że moje oczy na­tych­miast się wy­peł­niły go­rą­cymi łzami.

Znowu za­lała mnie fala roz­pa­czy. Z ca­łych sił pró­bo­wa­łam ją od sie­bie od­su­nąć.

- Nie bę­dzie żad­nych no­wych hi­sto­rii - szep­nę­łam.

- Co? - wark­nął Lu­cian

Po­krę­ci­łam głową.

- Nic.

- Po­wie­dzia­łaś, że nie bę­dzie żad­nych no­wych hi­sto­rii - upie­rał się.

- Mó­wi­łam do sie­bie. Nie będę już miała żad­nego no­wego wspo­mnie­nia zwią­za­nego z tatą. - Ku mo­jemu po­twor­nemu za­że­no­wa­niu głos mi się za­ła­mał.

- Kurwa - mruk­nął Lu­cian. - Sia­daj.

Taka by­łam za­jęta ukry­wa­niem łez przed moim naj­więk­szym wro­giem, że le­d­wie za­re­je­stro­wa­łam to, że po­py­cha mnie de­li­kat­nie, abym usia­dła na kra­węż­niku. Jego dło­nie po­now­nie ob­szu­kały kie­sze­nie płasz­cza i przed moją twa­rzą po­ja­wiła się chu­s­teczka.

Za­wa­ha­łam się.

- Je­śli do wy­tar­cia nosa uży­jesz mo­jego płasz­cza, bę­dziesz mu­siała mi go od­ku­pić, a nie stać cię na to - ostrzegł, ma­cha­jąc chu­s­teczką.

Wy­rwa­łam mu ją z ręki.

Usiadł obok mnie, pil­nu­jąc, aby dzie­liło nas kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów.

- Nie chcę sły­szeć, jak ma­ru­dzisz, że ubru­dzi­łeś so­bie gar­ni­tur - burk­nę­łam, po czym gło­śno wy­dmu­cha­łam nos w tę ab­sur­dalną chu­s­teczkę. Kto w dzi­siej­szych cza­sach uży­wał jesz­cze chu­s­te­czek z ma­te­riału?

- Będę uwa­żać - po­wie­dział spo­koj­nie.

Sie­dzie­li­śmy w mil­cze­niu, a ja w tym cza­sie ro­bi­łam, co mo­głam, żeby od­zy­skać pa­no­wa­nie nad sobą. Od­chy­li­łam głowę i spoj­rza­łam na cięż­kie chmury, za­kli­na­jąc łzy, aby obe­schły. Lu­cian był ostat­nią osobą na ziemi, która mo­gła mnie wi­dzieć w sta­nie ta­kiej bez­bron­no­ści.

- Je­śli chcesz wie­dzieć, to le­piej by było, gdy­byś od­wró­cił moją uwagę fajną, nor­malną kłót­nią - rzu­ci­łam oskar­ży­ciel­skim to­nem.

Wes­tchnął, wy­pusz­cza­jąc ko­lejny kłąb dymu.

- W po­rządku. To, że rano nic nie zja­dłaś, było głu­pie i ego­istyczne. Te­raz twoja matka mar­twi się o cie­bie, przez co ten dzień jest dla niej jesz­cze gor­szy. Twoja sio­stra i przy­ja­ciele nie­po­koją się, że so­bie nie ra­dzisz. A żeby oni mo­gli da­lej od­da­wać się ża­ło­bie, ja mu­szę tu­taj pil­no­wać, że­byś nie ze­mdlała.

Wy­pro­sto­wa­łam się.

- Wiel­kie dzięki za twoją tro­skę.

- Masz dzi­siaj jedno za­da­nie. Za­pew­niać wspar­cie swo­jej matce. Dzie­lić z nią smu­tek. Zro­bić, co w two­jej mocy, aby być córką, któ­rej ona dzi­siaj po­trze­buje. Stra­ci­łaś tatę, ale ona stra­ciła part­nera. Ty mo­żesz roz­pa­czać póź­niej. Ale dzi­siaj naj­waż­niej­sza jest ona, a spra­wia­nie, że się o cie­bie mar­twi, jest ku­rew­sko ego­istyczne.

- Ale z cie­bie ku­tas, Lu­cy­fe­rze. - Prze­ni­kliwy, nie do końca nie­ma­jący ra­cji ku­tas.

- Weź się w garść, Cho­chliku.

Dawna ksywka za­dzia­łała, blo­ku­jąc nie­ubła­gany smu­tek so­lidną dawką wście­kło­ści.

- Je­steś naj­bar­dziej aro­ganc­kim, za­wzię­tym...

Przed nami z pi­skiem opon za­trzy­mał się zde­ze­lo­wany pick-up z na­kle­jo­nym na drzwiach na­pi­sem "Ja­dło­daj­nia w Knoc­ke­mout". Lu­cian po­dał mi pa­pie­rosa.

A kiedy szyba się opu­ściła, wstał.

- Pro­szę bar­dzo, pa­nie Rol­lins.

Bean Tay­lor, ko­ści­sty, fre­ne­tyczny kie­row­nik ja­dło­dajni wy­chy­lił się i po­dał Lu­cia­nowi pa­pie­rową torbę. Bean co­dzien­nie ży­wił się pie­czo­nymi na głę­bo­kim tłusz­czu przy­sma­kami ze swo­jego lo­kalu i nie tył ani grama. Wy­star­czyło, że jego warg do­tknęła sa­łatka, a przy­by­wały mu całe ki­lo­gramy.

Lu­cian wrę­czył mu bank­not pięć­dzie­się­cio­do­la­rowy.

- Reszty nie trzeba.

- Dzięki! Bar­dzo mi przy­kro z po­wodu two­jego taty, Slo­ane - za­wo­łał do mnie.

Uśmiech­nę­łam się blado.

- Dzięki, Bean.

- Mu­szę wra­cać. Zo­sta­wi­łem na kuchni żonę, a ona za­wsze przy­pala placki ziem­nia­czane.

Od­je­chał, a Lu­cian po­sta­wił mi torbę na ko­la­nach.

- Jedz.

A po­tem od­wró­cił się na pię­cie i po­ma­sze­ro­wał w stronę wej­ścia do domu po­grze­bo­wego.

- Ro­zu­miem, że płaszcz mam za­trzy­mać! - za­wo­ła­łam za nim.

Kiedy już by­łam pewna, że wszedł do środka, otwo­rzy­łam torbę, która skry­wała za­wi­nięte w fo­lię moje ulu­bione śnia­da­niowe bur­rito. Ja­dło­daj­nia nie miała w ofer­cie do­wozu. A Lu­cian nie po­wi­nien wie­dzieć, ja­kie jest moje ulu­bione śnia­da­nie.

- Ten czło­wiek do­pro­wa­dza mnie do szału - mruk­nę­łam, po czym zbli­ży­łam do ust za­koń­czony fil­trem ko­niec pa­pie­rosa, dzięki czemu nie­mal po­czu­łam smak Lu­ciana.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki