To, co bezcenne - Samantha Young

Kup ebooka

39.90 zł
33.92 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog. Emery

Pro­log

Emery

Har­twell

Teraz

Orze­chowy, dymny, kar­me­li­zo­wany zapach kawy uno­sił się wokół mnie jesz­cze długo po tym, jak skoń­czy­łam pracę. Dobrze, że lubi­łam ten zapach. Spra­wiał, że czu­łam się zre­lak­so­wana, opa­no­wana i bez­pieczna. Ozna­czał bowiem, że byłam w swoim ulu­bio­nym miej­scu.

W mojej księ­gar­nio-kawiarni.

Sto­jąc jed­nak przed prze­my­sło­wym eks­pre­sem Mastrena, wcale nie byłam zado­wo­lona. Pró­bo­wa­łam sku­pić się na zapa­rze­niu cap­puc­cino dla klienta, a nie na swoim wcze­śniej­szym nie­doj­rza­łym zacho­wa­niu.

Bailey chciała zapro­sić Ivy Green do naszego kręgu przy­ja­ció­łek.

A ponie­waż ja nie czu­łam się kom­for­towo z tym pomy­słem, dziew­czyny zre­zy­gno­wały.

Jak­by­śmy były w gim­na­zjum.

Jęk­nę­łam pod nosem, czu­jąc żar na policz­kach. Gdy poda­łam klien­towi kawę, wzię­łam za nią pie­nią­dze i pode­szłam do kolej­nego klienta, tylko połowa mnie była za ladą. Druga połowa utknęła w mojej gło­wie i nie zamie­rzała się stam­tąd wynieść. Ile­kroć zro­bi­łam coś kło­po­tli­wego, gry­złam się tym potem przez długi czas. Nawet kiedy w końcu odpusz­cza­łam, tak naprawdę ni­gdy nie robi­łam tego do końca, bo to coś wra­cało wiele mie­sięcy póź­niej, żeby mnie dener­wo­wać tak dla zabawy.

Ivy Green była córką Iris. Uwiel­bia­łam Iris. Iris była jedyną bli­ską mi osobą, dopóki Jes­sica Hun­ting­ton - teraz już Law­son - nie przy­je­chała do Har­twell na waka­cje i nie zde­cy­do­wała się zostać. Jes­sica miała w sobie coś, czemu instynk­tow­nie zaufa­łam, a zaufa­nie komuś nie było dla mnie łatwe.

Zaufa­łam też Iris.

A teraz tak odpła­ca­łam jej za przy­jaźń? Wyko­rzy­stu­jąc swój wpływ na przy­ja­ciółki, by odsu­nąć jej córkę od naprawdę fan­ta­stycz­nej grupy kobiet, które mogłyby jej pomóc w tym trud­nym okre­sie?

Mówiąc "trudny", mia­łam na myśli to, że Ivy miesz­kała w Hol­ly­wood, pra­co­wała jako sce­na­rzystka i była zarę­czona ze sław­nym reży­se­rem Oli­ve­rem Fro­stem, który, nie­stety, przedaw­ko­wał i zmarł. Ivy wró­ciła do Har­twell w strasz­nym sta­nie, a tutaj zastępca sze­ryfa Fred­die Jack­son zagro­ził jej bro­nią, by wymu­sić od niej pie­nią­dze tuż po tym, jak zamor­do­wał miej­sco­wego biz­nes­mena Stu Devlina. Moja dobra przy­ja­ciółka Dah­lia McGu­ire weszła na linię strzału, by ura­to­wać Ivy. A potem Ivy roz­biła Fred­diemu Jack­sonowi łeb swoim Osca­rem, aby ura­to­wać Dah­lię przed kolej­nym postrza­łem.

Witamy w Har­twell!

W ostat­nich latach wiele się u nas działo.

Iris mar­twiła się o córkę jesz­cze przed śmier­cią Oli­vera, ponie­waż Ivy zerwała kon­takty z rodzi­cami, gdy była w tym związku. Roz­ma­wia­łam o tym z Iris, wie­lo­krot­nie zachę­ca­łam ją, by wycią­gnęła rękę do Ivy. Ale ta kobieta jest taka uparta. Wie­dzia­łam, że teraz żałuje tego uporu.

Iris chcia­łaby, by Ivy miała wspar­cie. Potrze­bo­wała takich wspa­nia­łych przy­ja­ció­łek. Wie­dzia­łam, że nie powin­nam jej tego unie­moż­li­wiać, nawet jeśli bałam się, że nowa osoba zmieni dyna­mikę naszej grupy, grupy, która stała się moją rodziną. Zacho­wy­wa­łam się tro­chę zabor­czo w sto­sunku do dziew­czyn.

Nie było powodu, żeby kogoś wyklu­czać.

Wes­tchnę­łam. Dziew­czyny nic teraz nie zro­bią. Jes­sica powie­działa, że trzeba pozwo­lić, by wszystko poto­czyło się natu­ral­nie. Może jed­nak Ivy potrze­bo­wała wię­cej tro­ski.

Na mnie spo­czy­wało teraz zada­nie, by się do niej zbli­żyć i zapro­sić ją do naszego grona.

Na samą myśl czu­łam ucisk w żołądku.

Nie było mi łatwo zda­wać się na innych ludzi. A jeśli Ivy odrzuci moją pro­po­zy­cję przy­jaźni?

Zara­zem otwo­rzy­łam się na Jess, Bailey i Dah­lię, co oka­zało się naj­lep­szą decy­zją, jaką kie­dy­kol­wiek pod­ję­łam.

Sta­łam się czę­ścią ich życia. Byłam druhną na ślu­bie Jess i Coopera, znów mia­łam być druhną na ślu­bie Bailey i Vau­ghna pod koniec lata. Do tego zaj­mo­wa­łam miej­sce w pierw­szym rzę­dzie, z któ­rego oglą­da­łam zej­ście się Dah­lii i Micha­ela, co było praw­dzi­wym zrzą­dze­niem losu, bio­rąc pod uwagę pełne cier­pie­nia lata, kiedy nie byli razem.

Wisienka na tor­cie? Jess wła­śnie poin­for­mo­wała nas, że zosta­niemy ciot­kami! Naprawdę powie­działa "ciotki". Mia­łam zostać cio­cią. Jess była w dwu­dzie­stym tygo­dniu, a ja już zaczę­łam kupo­wać przez inter­net pre­zenty dla maluszka.

Tak wiele dobrego wyda­rzyło się w moim życiu dzięki tym kobie­tom. Czy mia­łam prawo sądzić, że Ivy nie dołoży się do tej dobroci? Jeśli w czym­kol­wiek przy­po­mi­nała swoją adop­cyjną matkę Iris, nie było wąt­pli­wo­ści, że tak się sta­nie.

Klient krzyk­nął na mnie z kanapy obok kominka, żebym podała mu czy­stą łyżeczkę. Sta­no­wi­łam jed­no­oso­bowy per­so­nel i choć wie­dzia­łam, że powin­nam zatrud­niać kogoś do pomocy w szczy­cie sezonu, lubi­łam być zajęta. Byłoby jed­nak cudow­nie, gdyby klienci czy­tali tabliczki wska­zu­jące tacę ze sztuć­cami i sami sobie radzili. Nie pro­wa­dzi­łam restau­ra­cji.

Prze­pro­si­łam osoby w kolejce i wyszłam zza lady, by podać face­towi łyżeczkę. Nawet nie podzię­ko­wał.

Dupek.

Oczy­wi­ście ni­gdy nie odwa­ży­ła­bym się powie­dzieć mu tego w twarz. Nawet Bailey, naj­bar­dziej bez­po­śred­nia, śmiała kobieta, jaką zna­łam, nie odwa­ży­łaby się nazwać klienta dup­kiem. W twarz.

Gdy odwró­ci­łam się, żeby wró­cić za ladę, zadzwo­nił dzwo­nek nad drzwiami, przy­ku­wa­jąc moją uwagę. Mój żołą­dek wyko­nał salto jak na kolejce gór­skiej.

Jack Devlin.

Ode­rwa­łam wzrok od jego sku­pio­nej twa­rzy, moje serce pod­sko­czyło, uzna­łam więc, że powin­nam się skon­cen­tro­wać na innych klien­tach. Wie­dzia­łam jed­nak, że się czer­wie­nię, i wie­dzia­łam, że on wie dla­czego.

To on zawsze wywo­ły­wał u mnie ten prze­klęty rumie­niec!

Prze­kli­na­łam swoją jasną cerę codzien­nie... Nie, co godzinę!

Po co przy­szedł?

Nie przy­cho­dził po kawę od zeszłego lata, od tam­tego "incy­dentu". Tak to nazy­wa­łam.

Lepiej było nazy­wać to tak niż naj­go­ręt­szym - i naj­bar­dziej upo­ka­rza­ją­cym - momen­tem mojego dotych­cza­so­wego życia. Pew­nie nie wie­dzie­li­ście, że te dwa uczu­cia mogą iść w parze.

Sza­nu­jąc moją prośbę, by zosta­wił mnie w spo­koju, od tam­tej pory Jack mnie uni­kał. Zre­zy­gno­wał nawet z mojej kawy, choć wie­dzia­łam, że ją uwiel­bia, ponie­waż codzien­nie rano przy­cho­dził po ame­ri­cano.

Poprzed­nie lato nie było jed­nak naszym ostat­nim spo­tka­niem.

Cier­pia­łam, gdy wspo­mi­na­łam tamtą chwilę pomię­dzy nami.

- Dałam dzie­sięć dola­rów.

Wzbu­rzony głos wyrwał mnie z zamy­śle­nia. Chri­stine Roth­well, prze­wod­ni­cząca komi­sji przy­zna­ją­cej kon­ce­sje w Har­twell, zmie­rzyła mnie gniew­nym spoj­rze­niem.

- Słu­cham?

Zaci­snęła wargi, po czym odparła:

- Dałam dzie­sięć dola­rów. - Mówiła okrop­nie wolno, jak­bym była za głu­pia, żeby zro­zu­mieć. - Kawa - wska­zała pal­cem kubek - kosz­tuje cztery dolary. Nadą­żasz?

Nie wolno obra­żać klien­tów. Nie wolno obra­żać klien­tów.

- Tak.

- Wyda­łaś mi dolara.

- Prze­pra­szam. - Moje policzki stały się jesz­cze bar­dziej czer­wone, gdy pomy­śla­łam, że Jack jest świad­kiem mojego roz­ko­ja­rze­nia. Poda­łam Chri­stine pię­cio­do­la­rowy bank­not, który wyrwała mi z ręki, po czym wyma­sze­ro­wała z lokalu. Dzwo­nek nad drzwiami zabrzę­czał agre­syw­nie, gdy trza­snęła drzwiami.

Kolejny klient uśmiech­nął się do mnie ze współ­czu­ciem.

- Ktoś chyba zapo­mniał dzi­siaj o dobrych manie­rach.

Odwza­jem­ni­łam uśmiech, nieco się odprę­ża­jąc. Cóż, na tyle, na ile mogłam się odprę­żyć, prze­by­wa­jąc w jed­nym pomiesz­cze­niu z Jac­kiem.

Czyli nie za bar­dzo.

Ręce mi się trzę­sły, kiedy ogo­nek się skra­cał, a Jack pod­cho­dził coraz bli­żej. Po nim nie wszedł już nikt wię­cej.

Czu­jąc roz­sza­lały puls, wypro­sto­wa­łam ramiona, aby zmie­rzyć się z Jac­kiem, gdy pod­szedł do lady. Po co przy­szedł?

Jed­nym z naj­dziw­niej­szych aspek­tów decy­zji Jacka, by pra­co­wać dla ojca i anga­żo­wać się w nik­czemne kno­wa­nia rodziny Devli­nów, była oczy­wi­sta odraza, którą czuł do nich wszyst­kich. Wystar­czyło spoj­rzeć Jac­kowi w oczy, aby wie­dzieć, że nie jest złym czło­wie­kiem. Wręcz prze­ciw­nie, miał naj­mil­sze oczy, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łam.

A gdy na mnie patrzył... Widział mnie. Wpa­try­wał się w moją twarz tak inten­syw­nie, jakby nie chciał patrzeć na nic wię­cej. Trudno było się oprzeć tak otwar­tej inten­syw­no­ści.

Mnie się nie udało.

W rezul­ta­cie zeszłego lata zła­mał mi serce. I to nie po raz pierw­szy.

Zacho­wa­łam to dla sie­bie. Nawet dziew­czyny nie wie­działy o sekret­nych rela­cjach łączą­cych mnie z Jac­kiem Devli­nem.

W tych miłych oczach cza­sami pło­nął jed­nak ogień, a fasada udrę­czo­nego, ponu­rego boha­tera prze­sta­wała już na mnie dzia­łać. Jack miał paskudny nawyk przy­cią­ga­nia mnie, a potem odpy­cha­nia. Nie­ce­lowo, tyle wie­dzia­łam.

Ale mia­łam już tego dość.

Ofia­ro­wa­łam mu wspar­cie na plaży trzy mie­siące temu, ponie­waż nie­za­leż­nie od wszyst­kiego nie chcia­łam patrzeć, jak cierpi.

Nie zamie­rza­łam jed­nak posu­nąć się dalej.

Ode­rwa­łam od niego oczy, nie mogłam pozwo­lić, by znów mnie to wcią­gnęło.

- Co podać?

Zawa­hał się.

- To, co zwy­kle, Emery.

Uwiel­bia­łam jego głos. Był głę­boki i łagodny. Jak kar­mel aro­ma­ty­zo­wany whi­sky. Wywo­ły­wał u mnie fizyczną reak­cję.

Niech to szlag.

Odwró­ci­łam się i zaczę­łam robić mu kawę, sto­jąc do niego ple­cami.

Czu­łam na sobie jego wzrok, robi­łam, co mogłam, by nie zwie­sić ramion pod jego bacz­nym spoj­rze­niem.

- Duży dzi­siaj ruch - zauwa­żył.

Wzru­szy­łam ramio­nami.

- Ktoś kupo­wał książki czy tylko kawę?

Nie pró­buj nawią­zy­wać ze mną bła­hej poga­wędki.

- No - odpar­łam ogól­ni­kowo.

Jack prych­nął nieco poiry­to­wany.

- To była odpo­wiedź?

Nie zare­ago­wa­łam.

Gdy odwró­ci­łam się z kawą do lady, minę miał pochmurną.

- Tak teraz będzie mię­dzy nami?

Prze­su­nę­łam kawę w jego stronę, a on prze­cią­gnął kartą po ter­mi­nalu.

Skrzy­wił się.

- Hm, poważ­nie zamie­rzasz mnie igno­ro­wać?

- Nie zamie­rzam cię igno­ro­wać. - Wzię­łam głę­boki oddech i prze­nio­słam wzrok na półki z książ­kami. - Pro­si­łam, żebyś tu nie przy­cho­dził. Nic się w tej kwe­stii nie zmie­niło. Po raz kolejny zasu­ge­ruję więc, byś zna­lazł sobie inne miej­sce na poranną kawę.

- Spójrz mi w oczy, kiedy to mówisz, a być może wezmę twoją suge­stię pod uwagę.

Z deter­mi­na­cją popa­trzy­łam mu pro­sto w oczy. Na jego twa­rzy gniew wal­czył z tro­ską. Pochy­lił ku mnie głowę.

- Posłu­chaj, Em...

- Nie. - Odsu­nę­łam się.

- Nie zamie­rza­łem cię poca­ło­wać, słońce - szep­nął.

Zigno­ro­wa­łam ból w sercu obu­dzony przez czułe słowo, któ­rym zaczął mnie nazy­wać wiele lat temu.

- Wiem. Ale zamie­rza­łeś pochy­lić się bli­żej, żeby spró­bo­wać mnie zmięk­czyć, a ja tego nie chcę.

- Em...

Nagle roz­legł się ostry dźwięk tele­fonu.

Jack wes­tchnął, posta­wił kubek na bla­cie i się­gnął do wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki po komórkę. Jego mina mówiła wyraź­nie, że jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy, gdy odsu­nął się od lady, przy­ci­ska­jąc apa­rat do ucha.

Nie chcia­łam pod­słu­chi­wać, ale nie mogłam się powstrzy­mać przed obser­wo­wa­niem go.

Miał silną, kan­cia­stą szczękę pokrytą kłu­ją­cym zaro­stem. Prze­stał się gładko golić ponad rok temu. Wie­dzia­łam to, ponie­waż rok temu poczu­łam kłu­cie tego zaro­stu na skó­rze.

Obla­łam się rumień­cem i wbi­łam wzrok w blat.

- Co zro­biła? - Gniewny głos Jacka przy­kuł moją uwagę.

Wbi­jał wzrok w ścianę, mię­sień w jego szczęce drżał, gdy słu­chał osoby po dru­giej stro­nie linii.

- Kurwa - wysy­czał. - Okej, już jadę. - Zakoń­czył roz­mowę i odwró­cił się do mnie.

Serce mi zało­mo­tało, gdy dostrze­głam w jego oczach strach.

- Co się stało?

- To Rebecca.

Rebecca była jego sio­strą. Przez kilka ostat­nich lat miesz­kała w Anglii, dokąd została tak jakby zesłana przez rodzinę Devli­nów.

- Co z nią?

- Wró­ciła do domu dwa dni temu... Dzwo­nił sze­ryf King.

- Jack?

Oparł ręce na bla­cie i pochy­lił głowę.

Poczu­łam lęk.

- Jack?

- Wła­śnie... oddała się w ręce poli­cji.

O Boże!

Się­gnę­łam po jego dłoń.

Uniósł głowę i wbił we mnie udrę­czony wzrok.

Wie­dzia­łam, co to ozna­cza.

Wie­dzia­łam coś, czego nikt inny nie wie­dział o Devli­nach.

Zna­łam praw­dziwy powód, dla któ­rego Jack zde­cy­do­wał się pra­co­wać dla rodziny i dla któ­rego zdra­dził Coopera, swo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela.

Wie­dzia­łam wszystko.

Wszystko to miało na celu chro­nić Rebeccę Devlin.

- Och, Jack - szep­nę­łam, czu­jąc, jak pęka mi serce.

1. Jack

1

Jack

Har­twell

Dzie­więć lat temu

Nie­ważne, czy w sezo­nie, czy po sezo­nie, wie­czo­rami w Cooper's Bar zawsze był ruch. Z szafy gra­ją­cej lecieli Cre­edence Cle­ar­wa­ter Revi­val, rywa­li­zu­jąc z meczem fut­bo­lo­wym wyświe­tla­nym na dwóch pła­skich ekra­nach tele­wi­zo­rów nad barem. Liga dopiero ruszyła, wielu miej­sco­wych przy­cho­dziło do Coopera zjeść, napić się i obej­rzeć ulu­biony mecz. Stan Dela­were nie miał dru­żyny NFL, więc więk­szość Har­twell kibi­co­wała Patrio­tom.

Jack dzie­lił uwagę pomię­dzy ham­bur­gera, zer­ka­nie na ekran nad barem i roz­mowę z Coopem, pod­czas gdy kum­pel obsłu­gi­wał klien­tów.

Typowy wie­czór.

Jack był bry­ga­dzi­stą w swo­jej fir­mie budow­la­nej. Zazwy­czaj funk­cję tę peł­nił ktoś star­szy, ale Jack pra­co­wał na budo­wach, odkąd skoń­czył czter­na­ście lat. Zatrud­nił Raya Engli­sha, faceta, który nauczył go wszyst­kiego o zawo­dzie, pod­kradł­szy go kon­ku­ren­cji. Byli z Rayem bar­dziej jak współ­bry­ga­dzi­ści.

Tego dnia zamknęli plac, na któ­rym pra­co­wali, wcze­śniej niż zwy­kle. Było to pry­watne osie­dle małych domów jed­no­ro­dzin­nych nie­da­leko Jim­town. Jack sta­rał się nie pra­co­wać w week­endy, ale cza­sami, kiedy klient pro­po­no­wał wysoką stawkę za nad­go­dziny, trudno było odmó­wić. W ten week­end jego ekipa nie tylko nie pra­co­wała, lecz za pozwo­le­niem klien­tów dostała wolne także w pią­tek, żeby wszy­scy mogli na luzie obej­rzeć roz­po­czę­cie sezonu przy kilku piwach w czwart­kowy wie­czór.

Jego ludzie pra­co­wali ciężko przez całe lato i zasłu­gi­wali na dodat­kowy dzień wol­nego. Jack nato­miast cie­szył się, że będzie mógł popra­co­wać nad domem, który kupił sześć mie­sięcy temu w North Har­twell, nie­da­leko domu Coopa.

Tak, nie było nic nie­zwy­czaj­nego w tym, że Jack sie­dział w barze Coopera, jadł, pił i gawę­dził ze swoim kum­plem i z ich zna­jo­mymi z oko­licy.

Stary Archie zajął miej­sce na końcu baru; wyglą­dał nie­ska­zi­tel­nie od stóp do głów, cho­ciaż wedle wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa był pijany jak bela od czter­dzie­stu ośmiu godzin. Naprawdę nazy­wał się Archi­bald Brown, pocho­dził z zamoż­nej rodziny. Był też alko­ho­li­kiem, któ­rego dwa­dzie­ścia lat temu zosta­wiła żona, zabie­ra­jąc ze sobą dzieci.

Ludzie pró­bo­wali mu pomóc. Jack pró­bo­wał.

Bez­sku­tecz­nie.

Stary Archie nie chciał pomocy.

Jack musiał się nauczyć mu odpusz­czać.

- Święci wyglą­dają nie­źle. - Stary Archie wska­zał gestem ekran.

Jack poki­wał głową. Grali z Min­ne­sota Vikings.

- No.

- A gdzie Dana, Coop? - zapy­tał Stary Archie. - Zwy­kle przy­cho­dzi na pierw­szy mecz sezonu.

Na wzmiankę o mał­żonce Coopera Jack zer­k­nął na kum­pla z ukosa. Cooper nale­wał piwo, nie patrzył więc na Sta­rego Archiego, gdy odpo­wie­dział:

- Nie miała dzi­siaj ochoty. Została w domu, ogląda jakąś gów­nianą kome­dię roman­tyczną i ma coś, co nazywa "cza­sem dla sie­bie".

Jack znów spoj­rzał na ekran, oba­wia­jąc się, że pogarda, którą czuł, uwi­doczni się na jego twa­rzy. Czas dla sie­bie? Laska pra­co­wała osiem godzin tygo­dniowo w salo­nie fry­zjer­skim jako recep­cjo­nistka, nie robiła nic wię­cej. Nie poma­gała Coopowi w domu. Nie poma­gała mu w barze. Nie dawała face­towi żad­nego wspar­cia poza tym, co miała mu do zaofe­ro­wa­nia w sypialni. Kupo­wała za to mnó­stwo szajsu, na który Cooper musiał się zaha­ro­wy­wać - Jack oba­wiał się, że pew­nego dnia Dana puści Coopera z tor­bami.

Jak nie gorzej.

Fakty były takie, że Jack Devlin nie pałał sym­pa­tią do Dany Kel­ler­man Law­son.

W sumie to ona spro­wo­ko­wała pierw­szą poważną kłót­nię pomię­dzy nim a Coopem.

Cza­sami Jack wciąż nie mógł uwie­rzyć, że Cooper zlek­ce­wa­żył jego opi­nię.

Przez wiele lat żar­to­wali z tego, że Jack ma super­moc - zdol­ność do wyczu­wa­nia fał­szu na kilo­metr. Może przez to, że dora­stał w domu, w któ­rym fał­szywy skur­czy­byk czaił się za każ­dym rogiem. W każ­dym razie miał nosa do ludzi i traf­nie ich oce­niał. Nie pamię­tał, kiedy ostat­nio się co do kogoś pomy­lił.

Kiedy Dana Kel­ler­man wró­ciła do Har­twell po stu­diach i uparła się, że upo­luje Coopera, Jack pró­bo­wał prze­mó­wić przy­ja­cie­lowi do rozumu. Coop widział tylko urodę Dany i jej fał­szy­wie słodki uśmiech. A także to, że wyda­wała się cał­ko­wi­cie na nim pole­gać, co napę­dzało popie­przony opie­kuń­czy instynkt samca alfa, który Coop od zawsze prze­ja­wiał wobec kobiet w swoim życiu.

Jack przej­rzał Danę od razu. Zaj­rzał za fasadę jej urody gwiazdy fil­mo­wej i co zoba­czył?

Abso­lut­nie nic.

Laska pra­gnęła Coopera tylko dla­tego, że pra­gnęły go inne kobiety i nie udało im się go zdo­być.

Pew­nie nie prze­szka­dzało jej też to, że był wła­ści­cie­lem lukra­tyw­nego biz­nesu przy pro­me­na­dzie.

Chciała mieć przy­stoj­nego męża, który będzie jej kupo­wać ładne rze­czy i wszyst­kim się zaj­mie, a Cooper to gwa­ran­to­wał. Serio, nie kiwała nawet pal­cem. Mieli gospo­się, która dbała o ich śred­niej wiel­ko­ści dom z trzema sypial­niami, na co Cooper narze­kał, bo mama wycho­wała go tak, żeby sam po sobie sprzą­tał.

Co gor­sza, ile­kroć Cooper miał jakiś pro­blem albo mar­twił się o bar, Dana nie chciała o tym sły­szeć. Dla­tego Cooper wywnę­trzał się przed Jac­kiem. Po co komu żona, która nie jest part­nerką, nie wspiera cię? Jack zada­wał takie pyta­nia, a Coop za każ­dym razem go uci­szał, więc prze­stał pytać.

Ostrzegł kum­pla, żeby nie oświad­czał się Danie: powie­dział, że laska jest płytka jak bro­dzik. Cooper nie odzy­wał się potem do niego przez kilka dni. W końcu Jack musiał prze­pro­sić, bo wie­dział, że straci przy­ja­ciela, jeśli nie pozwoli mu zro­bić tego, co uwa­żał, że musi zro­bić z Daną.

Druż­bo­wa­nia na jego ślu­bie nie zali­czyłby jed­nak do naj­lep­szych dni swo­jego życia. Cooper był mu bra­tem bar­dziej niż jego rodzeni bra­cia i Jack pra­gnął dla niego wszyst­kiego, co naj­lep­sze.

Coop zasłu­gi­wał na kogoś lep­szego niż Dana, co z każ­dym mija­ją­cym rokiem sta­wało się coraz bar­dziej oczy­wi­ste.

Dana szybko zro­zu­miała, że Jack jej nie lubi, i nie miała poję­cia, co z tym zro­bić. Ocze­ki­wała, że wszy­scy męż­czyźni będą w zachwy­cie padać jej do stóp, a to, że Jack się do tego nie kwa­pił, ode­brała jako wyzwa­nie.

Ostat­nio coraz czę­ściej pchała mu się przed oczy, zaczął więc brać nad­go­dziny, żeby jej uni­kać, co wcale nie było łatwe, bio­rąc pod uwagę fakt, że była żoną jego naj­lep­szego kum­pla.

- Czas dla sie­bie? - prych­nął Stary Archie. - A po cho­lerę jej czas dla sie­bie? Nic innego nie robi całymi dniami, tylko dba o sie­bie.

Zamknięte na szyjce butelki usta Jacka zadrżały mimo­wol­nie, na­dal jed­nak z deter­mi­na­cją wpa­try­wał się w ekran.

- Pra­cuje - odparł Cooper swo­bod­nie. - W salo­nie.

- Przez jeden dzień w tygo­dniu, i to tylko po to, żeby usły­szeć naj­now­sze plotki - ode­zwał się ktoś za ple­cami Jacka, więc obej­rzał się przez ramię. Iris Green i jej mąż Ira byli wła­ści­cie­lami Anto­nio's, wło­skiej piz­ze­rii przy pro­me­na­dzie. Nie byli Wło­chami, ale ich jedze­nie zde­cy­do­wa­nie pocho­dziło z Ita­lii. Ski­nął Iris głową.

Uśmiech­nęła się do niego i pokle­pała go po ramie­niu, po czym spoj­rzała na Coopera.

- Masz ten sto­lik na trzy osoby, który zare­zer­wo­wa­łam?

- Jasne, zare­zer­wo­wa­łem wam lożę. - Cooper ski­nął głową na tyły baru. - Przed­sta­wisz nas?

Zasta­na­wia­jąc się, o co Coopowi cho­dzi, Jack wychy­lił się, by zaj­rzeć za plecy Iris.

Zauwa­żył Irę i wysoką kobietę o jasno­blond wło­sach, które spły­wały po szczu­płych ple­cach w atrak­cyj­nych falach. Miała na sobie długą gra­na­tową sukienkę z mate­riału, który otu­lał jej ciało. I to jakie ciało! Przy­naj­mniej z tego, co mógł zoba­czyć od tyłu. Wąska talia, deli­kat­nie zaokrą­glone bio­dra, sukienka ukła­dała się na tyłeczku tak, że cała krew w jego ciele spły­nęła na połu­dnie.

"O kurwa", pomy­ślał. "Odwróć się, żebym zoba­czył twarz".

- Emery jest tro­chę nie­śmiała. - Słowa Iris spra­wiły, że prze­niósł uwagę z nie­zna­jo­mej na wła­ści­cielkę piz­ze­rii.

- Emery? - Dla­czego imię zabrzmiało zna­jomo?

- To ona odzie­dzi­czyła Bur­ger Shack - wyja­śnił Cooper, opie­ra­jąc się na bla­cie baru.

- To ona zamieni lokal w księ­gar­nię? - Jack o niej sły­szał. Wszy­scy sły­szeli. Nie­ru­cho­mo­ści przy pro­me­na­dzie były wyjąt­kowe. Jego ojciec Ian Devlin miał dużo pose­sji w Har­twell. Żad­nej przy pro­me­na­dzie. Jack musiał co dwa tygo­dnie jeź­dzić do rodzi­ców na nie­dzielny rodzinny obiad. Gdy roze­szły się wie­ści o przy­jeź­dzie Emery, jego ojciec nie był zado­wo­lony, mówiąc oględ­nie. "Jakaś par­we­niuszka z Nowego Jorku odzie­dzi­czyła Bur­ger Shack po babci i mi go nie sprzeda, bo pla­nuje otwo­rzyć tam firmę. Idiotka. Wie­cie, że prze­pro­wa­dza się tutaj pod fał­szy­wym nazwi­skiem? Myśli, że miej­scowi biz­nes­meni są za głupi, żeby ją spraw­dzić. Nie jest tym, za kogo się podaje. To księż­niczka ze śmie­tanki towa­rzy­skiej, która ma wię­cej forsy niż rozumu. Jest warta mają­tek".

Kiedy Cooper powie­dział mu, że Emery Saun­ders remon­tuje sąsiedni lokal, Jack nie zdra­dził, że kobieta ma pie­nią­dze. Nikt nie musiał tego wie­dzieć, a choć ufał Coope­rowi, nie wie­rzył w to, że kum­pel nie wygada się żonie.

A gdyby dowie­działa się Dana, wie­dzia­łoby całe mia­sto.

- Jak mówię "nie­śmiała" - Iris pochy­liła się ku nim kon­spi­ra­cyj­nie - mam na myśli, że naprawdę jest nie­śmiała. Musimy ją oswa­jać powoli.

Jack prych­nął i znów zer­k­nął na nie­zna­jomą.

- To nie jest koń, Iris.

- Uwierz mi, Jack. - Iris wes­tchnęła. - Wiem, co mówię.

Wła­śnie wtedy, gdy Jack znów na nią spoj­rzał, Emery się odwró­ciła.

I typowy wie­czór w barze Coopera stał się kom­plet­nie nie­ty­powy.

Jego serce zało­mo­tało, jakby wła­śnie ukoń­czył mara­ton. Zaschło mu w ustach.

Niech to szlag.

Emery Saun­ders była abso­lut­nie naj­pięk­niej­szą kobietą, jaką Jack Devlin kie­dy­kol­wiek widział.

- Ma dopiero dwa­dzie­ścia lat - dodała Iris.

Jej głos roz­brzmie­wał mu w uszach, gdy wbił spoj­rze­nie w osza­ła­mia­jąco nie­bie­skie oczy Emery. Rumie­niec zabar­wił jej blade, gład­kie policzki, jej wargi się roz­chy­liły jak w wyra­zie zasko­cze­nia.

Poczuł ucisk w żołądku.

- A jeśli spo­sób, w jaki reaguje na męż­czyzn, może coś powie­dzieć, dziew­czyna jest nie­winna jak Kró­lewna Śnieżka. - Iris pokle­pała Jacka po ramie­niu, a on nie­chęt­nie odwró­cił wzrok. Uśmiech­nęła się do niego zna­cząco. - To nie turystka, z którą można się zaba­wić... Rozu­miesz, o czym mówię?

Jack zmarsz­czył brwi, ale zanim zdo­łał odpo­wie­dzieć, Iris ode­szła. Zapro­wa­dziła Emery i Irę na drugą stronę baru, do zare­zer­wo­wa­nej loży. Emery posłała Jac­kowi jesz­cze jedno nie­śmiałe, ukrad­kowe spoj­rze­nie przez ramię, po czym usia­dła na kana­pie, a dłu­gie włosy zako­ły­sały się na jej szczu­płych ple­cach.

- Praw­dziwa pięk­ność - oświad­czył Stary Archie.

Jack z tru­dem prze­łknął ślinę, zasta­na­wia­jąc się, dla­czego jego serce nie zwal­nia, ode­rwał wzrok od kobiety i wbił go w do połowy pusty talerz.

- Jack?

Popa­trzył na Coopera. Przy­ja­ciel był wyraź­nie roz­ba­wiony.

- Lepiej wytrzyj brodę. Tro­chę się obśli­ni­łeś.

- Odpier­dol się - mruk­nął Jack pogod­nie.

Minuty mijały, a on nie potra­fił wró­cić do oglą­da­nia meczu. Zamiast tego raz po raz oglą­dał się przez prawe ramię, pró­bu­jąc ją doj­rzeć.

W końcu prze­grał tę wewnętrzną walkę i otwar­cie spoj­rzał na drugą stronę baru.

Dziew­czyna uśmie­chała się łagod­nie do Iris, która coś mówiła.

Poczuł pokusę, żeby zsu­nąć się ze stołka, przejść przez salę i się przed­sta­wić.

Ni­gdy nie myślał o tym, by się ustat­ko­wać. Spo­dzie­wał się, że może kie­dyś, może po trzy­dzie­stce, od czego dzie­liło go jesz­cze parę lat. W sumie chciał mieć dzieci. Kogoś, do kogo można wra­cać.

Odkąd jed­nak skoń­czył trzy­na­ście lat, z rado­ścią ska­kał z kwiatka na kwia­tek. Podo­bała mu się pozy­cja, jaką zaj­mo­wali z Coope­rem w liceum. Obaj grali w dru­ży­nie fut­bo­lo­wej. Dziew­czyny uwa­żały, że są przy­stojni. Ni­gdy nie miał pro­ble­mów z tym, żeby umó­wić się na randkę.

Życie w mia­steczku będą­cym atrak­cją tury­styczną słu­żyło face­towi, który nie chciał się ustat­ko­wać, ale nie lubił też ranić uczuć kobiet. Wyko­rzy­stu­jąc wro­dzony urok oso­bi­sty, kiedy widział atrak­cyjną kobietę, pod­cho­dził do niej i nawią­zy­wał lekką roz­mowę, która pro­wa­dziła do opar­tej na sek­sie rela­cji trwa­ją­cej tak długo, jak długo trwały waka­cje rze­czo­nej kobiety w Har­twell.

Trzy­mał się z daleka od miej­sco­wych.

Nie­mniej kiedy patrzył teraz przez bar na Emery Saun­ders, nie chciał trzy­mać się z daleka. Wręcz prze­ciw­nie. Krew roz­pa­lała mu jakaś gów­nia­nie jaski­niowa potrzeba zagar­nię­cia jej dla sie­bie, zanim zrobi to jakiś bydlak.

- Jack.

Znów ode­rwał od niej wzrok i odwró­cił się do Coopera. Roz­ba­wie­nie na twa­rzy przy­ja­ciela znik­nęło, zastą­pione nie­do­wie­rza­niem.

- Co?

Cooper zer­k­nął na Emery, potem znów spoj­rzał na Jacka. Nagle chyba coś pojął, bo uśmiech­nął się sze­roko.

- Serio?

Jack poczuł się tak, jakby ktoś przy­ła­pał go na jakimś występku. Wzru­szył ramio­nami i potarł dło­nią kark, który był dzi­wacz­nie gorący.

Cooper pochy­lił się nad barem i zni­żył głos.

- Piękna kobieta. Iris jest nią zachwy­cona, a to dużo mówi. Wiesz, że ona nie znosi głup­ców.

Racja.

- Ale sły­sza­łeś. Nie­winna jak cho­lerna Śnieżka. - Uniósł brew. - Nie wolno zaba­wiać się kimś takim.

Nie. Nie wolno. Jack ni­gdy by tego nie zro­bił.

Przy­po­mniał sobie wyra­cho­wany wyraz oczu ojca w tamtą nie­dzielę, kiedy roz­ma­wiali o Emery, i zro­zu­miał, że nie może się do niej zbli­żyć - nawet jeśli pra­gnął ją poznać z gwał­tow­no­ścią, któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie czuł.

Nikt nie wie­dział - a Ian Devlin trzy­mał to w tajem­nicy zapewne po to, by w przy­szło­ści to wyko­rzy­stać - że Emery Saun­ders naprawdę nazy­wała się Louisa Emery Paxton. Odzie­dzi­czyła więk­szo­ściowy pakiet akcji w fir­mie zmar­łego dziadka, Paxton Group, war­tej miliardy dola­rów kor­po­ra­cji, do któ­rej nale­żały linie lot­ni­cze i pro­du­cent samo­lo­tów.

Gdyby Jack spró­bo­wał wkro­czyć w życie Emery, Ian na pewno wyko­rzy­stałby to, by się do niej dobrać.

Poczuł ucisk w piersi jak zawsze, kiedy myślał o ojcu i bra­ciach. Robił, co mógł, żeby się od nich odse­pa­ro­wać. Od czasu do czasu któ­ryś z nich się poja­wiał, żeby na powrót zapę­dzić go do stada. A on sta­wał na gło­wie, by niczego nie spie­przyć i nie dać Ianowi powodu do szan­tażu.

Przez cały ten czas mu się uda­wało. Był wolny i bez­pieczny.

Teraz zro­zu­miał jed­nak, że się łudził.

Kiedy w końcu się ustat­kuje, zrobi to z kimś prze­cięt­nym. Z kimś, kogo Ian nie będzie mógł wyko­rzy­stać.

Nie mogła to być kobieta tak zamożna jak Emery Saun­ders.

Przy­gnio­tło go roz­cza­ro­wa­nie nie­pro­por­cjo­nalne do całej tej sytu­acji, bio­rąc pod uwagę, że prze­cież nie zamie­nił z Emery nawet słowa.

Cooper musiał dostrzec coś na jego twa­rzy, bo znów z tro­ską zmarsz­czył brwi.

- W porządku?

- W porządku - odparł Jack wypra­nym z emo­cji gło­sem. - Wła­śnie do mnie dotarło, że masz rację. Nie jestem gotowy na poważny zwią­zek.

Kum­pel powoli poki­wał głową, ale w jego oczach na­dal malo­wała się podejrz­li­wość.

Jack znów wbił wzrok w ekran, robiąc unik.

Przez następne dwie godziny sta­rał się igno­ro­wać pra­gnie­nie spo­glą­da­nia przez bar na Emery. Pró­bo­wał na nią nie patrzeć, kiedy Iris i Ira pode­szli się poże­gnać, pod­czas gdy ona została nieco z tyłu. Gdyby Iris nie uprze­dziła ich o jej nie­śmia­ło­ści, Jack pomy­ślałby, że nowo­jor­ska księż­niczka jest wynio­sła.

Nie wyglą­dała jak nowo­jor­ska księż­niczka w tej dłu­giej obci­słej sukience.

Chry­ste, wizja tej sukienki wyryła mu się na wnę­trzach powiek.

Kiedy Gre­eno­wie wycho­dzili, a Emery za nimi, ska­pi­tu­lo­wał i spoj­rzał. W tej samej chwili Emery zer­k­nęła na niego przez ramię. Ich oczy się spo­tkały, a ona znów oblała się rumień­cem.

Spra­wiła, że poczuł ból w piersi.

Cho­lerny ból.

I znik­nęła.

Zabo­lało moc­niej.

Wie­dział, że prze­sa­dza. Ale nic nie mógł pora­dzić na to, że tak się czuł.

Po raz pierw­szy od nie wia­domo jak dawna tego wie­czoru bar­dzo, bar­dzo się upił.

2. Emery

2

Emery

Har­twell

Dzie­więć lat temu

Sta­łam za ladą swo­jej księ­gar­nio-kawiarni i roz­glą­da­łam się wokół z zachwy­tem. Nikt by nie uwie­rzył, że nie­wielki budy­nek, który do nie­dawna był sie­dzibą Bur­ger Shack, może tak wyglą­dać.

Przed śmier­cią bab­cia zapi­sała mi wszystko, łącz­nie z nie­ru­cho­mo­ściami pod wyna­jem, które sku­po­wała na całym Wschod­nim Wybrzeżu. Wiele tygo­dni prze­glą­da­łam doku­menty z zarzą­dza­ją­cym jej mająt­kiem doradcą finan­so­wym Hague'em Wil­liam­sem. Hague miał pra­wie sześć­dzie­siąt lat, był ostry jak brzy­twa i rów­nie oddany mnie, jak mojej babci.

Wie­dzia­łam, że nie chcę zostać w jej posia­dło­ści w Wes­t­che­ster. Dom był za duży, czu­łam się w nim zbyt samotna. Od dzie­ciń­stwa marzy­łam o otwo­rze­niu księ­garni i chcia­łam uciec od życia śmie­tanki towa­rzy­skiej naj­da­lej, jak tylko się da. Tak jak bab­cia, powie­rzy­łam zarzą­dza­nie Paxton Group innym ludziom, aby móc reali­zo­wać wła­sne marze­nia.

Pasją babci były nie­ru­cho­mo­ści. Lubiła podró­żo­wać po kraju w poszu­ki­wa­niu budyn­ków na pierw­szy rzut oka nie­atrak­cyj­nych, lecz lukra­tyw­nych. Na przy­kład takich jak Bur­ger Shack w małym nad­mor­skim mia­steczku Har­twell na Dela­were's Cape. Har­twell ma prawa miej­skie, ale jest naprawdę malut­kie.

Kupiła budy­nek na wyna­jem, ponie­waż nie­ru­cho­mo­ści przy pro­me­na­dach w ośrod­kach tury­stycz­nych są warte mnó­stwo pie­nię­dzy.

Kiedy zaczę­łam prze­gląd jej nie­ru­cho­mo­ści, robi­łam to oso­bi­ście. Poje­cha­łam do wszyst­kich miejsc, które mnie zain­te­re­so­wały. Gdy tylko wje­cha­łam do Har­twell, zro­zu­mia­łam, że to miej­sce dla mnie. Dałam najem­com Bur­ger Shack trzy mie­siące wypo­wie­dze­nia, aby mogli poczy­nić inne usta­le­nia i wbrew radom Hague'a hoj­nie wyna­gro­dzi­łam im kło­poty. Musia­łam jakoś ukoić poczu­cie winy. Likwi­do­wa­łam czyjś biz­nes, aby móc uru­cho­mić wła­sny.

- To jest twój budy­nek, Emery - oświad­czył nieco roz­draż­niony Hague. - Należy do cie­bie. Nie do nich. W umo­wie najmu jest napi­sane, że wypo­wie­dze­nie wynosi sześć tygo­dni.

Wie­dzia­łam to, ale...

Następ­nie zaczę­łam szu­kać miej­sca do miesz­ka­nia. Jakimś cudem - ja uzna­łam to za cud - ktoś wysta­wił na sprze­daż domek przy plaży poło­żony o kilka minut spa­ceru od mojej przy­szłej księ­garni. Domek oka­zał się cał­kiem spory, z salo­nem na pla­nie otwar­tym, bie­gnącą naokoło werandą i trzema poko­jami. Od razu się w nim zako­cha­łam. Głów­nie dla­tego, że poprzedni wła­ści­ciele wybu­do­wali na ganku osza­ła­mia­jącą huś­tawkę, wielką nie­mal jak łóżko. Wyobra­zi­łam sobie, że sia­dam na niej po turecku każ­dego ranka z kub­kiem kawy w dłoni i obser­wuję, jak słońce wstaje nad oce­anem.

Ide­al­nie.

Kosz­to­wał dużo.

Ale było warto.

A teraz naprawdę tu byłam.

Po lewej stro­nie od wej­ścia do kawiarni stała duża lada, a za nią eks­presy do kawy. Po pra­wej roz­cią­gała się księ­gar­nia o ścia­nach w odcie­niu bla­dej sza­ro­ści i bia­łych drew­nia­nych meblach. Na wprost na pod­wyż­sze­niu znaj­do­wała się strefa kawiar­niana z uro­czymi małymi bia­łymi sto­li­kami i krze­słami. Po lewej od niej wygodne fotele i sofa ota­czały otwarty komi­nek. Usta­wi­łam w sali lampy Tif­fany'ego z domu w Wes­t­che­ster, aby dodać wnę­trzu przy­tul­no­ści. Za ladą mie­ściły się drzwi do mojego biura i pry­wat­nej łazienki. Łazienka dla gości kryła się za drzwiami naprze­ciwko kominka.

Przy­gry­złam wargę, roz­glą­da­jąc się po skle­pie - po moim skle­pie. Sza­rość była spo­kojna, taką wybra­łaby bab­cia. Pomy­śla­łam, że może kiedy przyj­dzie pora na odświe­że­nie wnę­trza, zde­cy­duję się na coś odważ­niej­szego - mor­ski albo tur­ku­sowy. Roz­wa­ża­łam też sprze­da­wa­nie kana­pek do kawy. Mogła­bym robić je ran­kiem przed otwar­ciem. Musia­ła­bym zdo­być pozwo­le­nie, ale na pewno nale­żało wziąć to pod uwagę.

Księ­gar­nia i Kawiar­nia Emery była otwarta od tygo­dnia.

W pierw­szy week­end pano­wał duży ruch dzięki tury­stom i miej­sco­wym. Był to dla mnie sza­le­nie trudny okres, kiedy to nie­raz zasta­na­wia­łam się, czy popeł­ni­łam potworny błąd. Byłam nie­śmiała - nie dało się tego ina­czej ująć. Nie tylko krę­po­wały mnie błahe poga­wędki, mia­łam także pro­blemy z zaufa­niem komu­kol­wiek, co spra­wiało, że trudno było mi odsło­nić się na tyle, by się z kim­kol­wiek zaprzy­jaź­nić.

Od prze­pro­wadzki do Har­twell dwa mie­siące temu zaprzy­jaź­ni­łam się z Iris i Irą Gre­enami. Byli wła­ści­cie­lami Anto­nio's, piz­ze­rii przy pro­me­na­dzie. Zaufa­łam im nie­mal od razu. Mieli w sobie szczerą dobroć, choć Iris bywała obce­sowa. Przy­po­mi­nała mi nieco bab­cię, nie miała w sobie tylko jej lodo­wa­tej bez­względ­no­ści. Pomo­gła mi nawet zna­leźć ekipę, która stwo­rzyła wnę­trza księ­garni i kawiarni. Pró­bo­wała nauczyć mnie, jak zacho­wy­wać się na tyle aser­tyw­nie, by powie­dzieć im, czego dokład­nie chcę.

Chyba zauwa­żyła moje prze­ra­że­nie, gdy wpa­dła do kawiarni w pierw­szy week­end. Uspo­ko­iła mnie krótką roz­mową, pod­czas któ­rej uświa­do­miła mi, że to wcale nie będzie tak wyglą­dać. Ludzie byli po pro­stu cie­kawi.

Miała rację. Pod koniec tygo­dnia zro­biło się spo­koj­niej. Więk­szość klien­tów sta­no­wili tury­ści, a jako że zro­biło się gorąco, zazwy­czaj wpa­dali tylko po lek­turę na plażę i mro­żoną her­batę. Poja­wili się też stali klienci, któ­rzy każ­dego ranka przy­cho­dzili po kawę, ale poranny szczyt wła­śnie się koń­czył.

- Mam swój biz­nes - wymam­ro­ta­łam pod nosem, się­ga­jąc po książkę w mięk­kiej opra­wie, którą czy­ta­łam, po czym usia­dłam na stołku za ladą. Ceni­łam te rzad­kie i błogo spo­kojne chwile. Szybko się oka­zało, że zawsze jest coś do zro­bie­nia, nawet po godzi­nach, więc uzna­łam, że muszę czy­tać, kiedy tylko się da.

Zadźwię­czał dzwo­nek nad drzwiami, przy­cią­ga­jąc moją uwagę.

Na widok męż­czy­zny, który wszedł do środka, zaparło mi dech w piersi.

Jack Devlin.

Iris powie­działa mi, jak się nazy­wał, kiedy przy­ła­pała mnie na oglą­da­niu się na niego po raz setny w Cooper's Bar kilka tygo­dni temu.

Jack był wysoki. Widu­jąc go w mia­steczku, uświa­do­mi­łam sobie, jak bar­dzo wysoki. Gdy teraz szedł do lady z lek­kim uśmie­chem na ustach, uzna­łam, że musi mieć mniej wię­cej metr dzie­więć­dzie­siąt. Ide­al­nie dla mnie, bo byłam od niego niż­sza o nieco ponad dzie­sięć cen­ty­me­trów.

"Nie, nie ide­al­nie dla mnie", napo­mnia­łam się w myślach.

Iris ostrze­gała, że to kobie­ciarz.

Zna­łam ten typ.

Nie żebym chciała się zaan­ga­żo­wać w zwią­zek z Devli­nem. Ani w ogóle z kim­kol­wiek. Moja księ­gar­nia sta­no­wiła dla mnie prio­ry­tet.

Trudno było jed­nak o tym wszyst­kim pamię­tać, gdy wpa­try­wa­łam się w jego przy­stojną twarz. Reago­wa­łam tak od pierw­szej chwili, kiedy go zoba­czy­łam. Miał na sobie dżinsy, zwy­kły biały pod­ko­szu­lek i jasno­brą­zowe buty robo­cze. W moim świe­cie męż­czyźni nosili gar­ni­tury i mun­durki pry­wat­nych uczelni.

Jack i jego naj­lep­szy przy­ja­ciel Cooper ubie­rali się podob­nie i razem sta­no­wili wręcz nie­przy­zwo­icie sek­sowny duet.

Sam Jack był... Ojej.

Miał piękne, wyra­zi­ste oczy, a teraz znaj­do­wał się tak bli­sko, że zauwa­ży­łam, jak ich gra­na­towa sza­rość kon­tra­stuje z natu­ral­nie sma­głą cerą. Jego gęste ciem­no­blond włosy były zmierz­wione, jakby bez­u­stan­nie prze­cze­sy­wał je pal­cami. Nie był w tak oczy­wi­sty spo­sób przy­stojny jak Cooper, ale moim zda­niem jesz­cze sek­sow­niej­szy. Przez ten jego wzrost, swo­bodny chód, siłę, która biła z jego sze­ro­kich bar­ków, choć ogól­nie był szczu­pły. Miał coś w oczach i szel­mow­sko unie­siony kącik ust, czemu trudno było się oprzeć.

- Emery, tak? - Zatrzy­mał się przed ladą, a ja zesko­czy­łam ze stołka, żeby się z nim przy­wi­tać.

Mia­łam wra­że­nie, że moje policzki i szyja płoną żywym ogniem, wie­dzia­łam więc, że czer­wie­nię się jak wariatka, co jesz­cze bar­dziej mnie zawsty­dziło i pogłę­biło rumie­niec.

Jego wargi zadrżały, gdy objął mnie wzro­kiem.

- Jestem Jack Devlin. - Wycią­gnął do mnie rękę.

Zaszo­ko­wało mnie to, że nawet się nie zasta­na­wia­łam. Chcia­łam poczuć jego dłoń w swo­jej, więc jej dotknę­łam. Gdy tylko to zro­bi­łam, on zaci­snął swoją. Nasze oczy się spo­tkały, oddech uwiązł mi w gar­dle, a moje ramiona pokryły się gęsią skórką.

Jack zmru­żył powieki, wzmac­nia­jąc uścisk.

Nie uści­snął mi ręki.

On po pro­stu ją trzy­mał.

To spra­wiło, że poczu­łam sen­sa­cje w dole brzu­cha i wyda­łam z sie­bie niski okrzyk zasko­cze­nia.

Jack spoj­rzał na moje usta i zaci­snął zęby.

Nagle wypu­ścił moją rękę, a ja musia­łam świa­do­mie ją zatrzy­mać, żeby nie ude­rzyła o ladę.

Odchrząk­nął i rozej­rzał się po skle­pie.

- Roz­go­ści­łaś się już?

Ucie­szy­łam się z tego pyta­nia.

Dzięki niemu przy­po­mnia­łam sobie, że Jack jest Devli­nem, a jego ojca Iana Devlina należy za wszelką cenę uni­kać. Nie tylko dla­tego, że Iris i Ira podzie­lili się ze mną infor­ma­cjami na temat wszyst­kich miesz­kań­ców mia­steczka.

Sły­sza­łam o Ianie Devli­nie, zanim prze­pro­wa­dzi­łam się do Har­twell.

Zło­żył pro­po­zy­cję zakupu Bur­ger Shack, gdy tylko dowie­dział się o śmierci mojej babci.

Hague sobie z nim pora­dził, ale ostrzegł mnie, że mam uni­kać Devlina. Powie­dział, że to pozba­wiony skru­pu­łów biz­nes­men, który dzięki usłu­gom pry­wat­nych detek­ty­wów poznał moją praw­dziwą toż­sa­mość. Krę­po­wała mnie świa­do­mość, że ktoś tutaj wie, kim naprawdę jestem, ale Hague wyda­wał się prze­ko­nany, że w inte­re­sie Devlina nie leży powie­dzieć o mnie całemu mia­steczku.

Z opo­wie­ści Iris wyni­kało, że jego naj­starsi syno­wie Stu i Kerr pra­co­wali dla niego i byli tak samo jak on nie­lu­biani w oko­licy. Wyjąt­kami byli jego córka Rebecca i młod­szy syn Jack, któ­rzy wdali się w swoją matkę Rosa­lie. Rosa­lie była powszech­nie lubiana, zanim stała się odlud­kiem. Jamie, najmłod­szy Devlin, uro­dził się znacz­nie póź­niej i nie można było jesz­cze okre­ślić, na kogo wyro­śnie.

O Jacku Iris mówiła wyłącz­nie dobre rze­czy. Ale ostrze­gła mnie, że to miej­scowy pod­ry­wacz, który "uma­wia się" tylko z turyst­kami.

Nie był dla mnie.

Nawet gdy­bym nie była nie­śmiałą, mam­ro­czącą dwu­dzie­sto­latką, która nie potrafi nikomu zaufać.

- Tak, dzię­kuję - odpar­łam na jego pyta­nie, stu­diu­jąc jego mocny pro­fil.

Odwró­cił się do mnie, a ja zaczer­wie­ni­łam się jesz­cze bar­dziej, gdy przy­ła­pał mnie na tym, że się na niego gapię.

Jego wargi wykrzy­wiły się w tym szel­mow­skim uśmieszku.

- Jak ci się podoba w Har­twell?

Towa­rzy­skie poga­wędki.

Byłam w nich bez­na­dziejna.

Poki­wa­łam głową.

- Podoba mi się.

Uśmiech­nął się. A mnie znów zabra­kło tchu.

O matko.

Miał naj­ład­niej­szy uśmiech, jaki kie­dy­kol­wiek widzia­łam. Kiedy się uśmie­chał, w kąci­kach jego oczu poja­wiały się takie sek­sowne zmarszczki. Był to uśmiech łobu­zer­ski, uśmiech kogoś, kto knuje coś nie­do­brego - sta­no­wił cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo dobroci w jego oczach. Ogólny efekt miał dru­zgo­cący wpływ na moje serce.

Na moich policz­kach można by opie­kać pianki.

Jego oczy roz­bły­sły. Serio!

- Cie­szymy się, że cię tu mamy, Emery.

Na dźwięk głę­bo­kiego głosu, któ­rym wypo­wie­dział moje imię, mój żołą­dek znów wyko­nał salto. Ode­tchnę­łam głę­boko.

- K-kawy? - wyją­ka­łam, odwra­ca­jąc się do cen­nika za swo­imi ple­cami.

Gdy nie odpo­wie­dział, znów na niego spoj­rza­łam.

Wpa­try­wał się w srebrne bran­so­letki na moim nad­garstku.

Dziwne.

Pod­niósł wzrok na moją twarz, a jego głos stał się nieco bar­dziej szorstki:

- Ame­ri­cano.

Cie­sząc się, że mogę czymś zająć dło­nie, obró­ci­łam się, żeby zro­bić kawę. Nikt nie powie­dział już ani słowa.

Kiedy poda­wał mi pie­nią­dze, ode­bra­łam od niego pię­cio­do­la­rowy bank­not tak, żeby nasze palce się nie zetknęły. Resztę prze­su­nę­łam po ladzie.

- Dzięki.

Zmu­si­łam się, by znów spoj­rzeć mu w oczy.

- Nie ma za co.

- Do zoba­cze­nia.

Poki­wa­łam głową.

Uniósł kubek na wynos w moją stronę jak do toa­stu, po czym odwró­cił się do wyj­ścia. Wstrzy­my­wa­łam oddech przez cały ten czas. Dzwo­nek zabrzę­czał nad drzwiami, gdy wycho­dził.

Wypu­ści­łam powie­trze niczym prze­kłuty balo­nik i osu­nę­łam się na ladę.

"To takie typowe dla mnie", pomy­śla­łam. "Zabu­jać się w jedy­nym face­cie, któ­rego nie powin­nam chcieć".

3. Jack

3

Jack

Har­twell

Sie­dem lat temu

Pobudka z powodu tele­fonu od Iana nie była dla Jacka wyma­rzo­nym począt­kiem dnia. Ode­brał, bo wie­dział, że ojciec będzie dzwo­nić do skutku. Ode­brał, cho­ciaż domy­ślał się, o czym będą roz­ma­wiać. Mniej wię­cej co dwa mie­siące Ian dzwo­nił do Jacka i gro­mił go za to, że nie chce pra­co­wać w rodzin­nej fir­mie. Jack nie miał poję­cia, co poza ziry­to­wa­niem syna ojciec pró­buje tymi tele­fo­nami osią­gnąć.

Był jed­nak lek na obecny nastrój Jacka. Znaj­do­wał się przy pro­me­na­dzie.

Emery robiła naj­lep­szą kawę w mie­ście, więc cho­dził do niej codzien­nie rano od ponie­działku do piątku, aby kupić sobie coś do picia przed pracą. Kiedy rano bie­gali z Coope­rem po plaży, szli do Emery razem, a Cooper odgry­wał rolę bufora.

Cooper uwa­żał nie­śmia­łość Emery za cho­ler­nie kło­po­tliwą. Gdyby nie kawa, pew­nie uni­kałby tego miej­sca.

Ale nie Jack.

Jack uwa­żał każdy jej rumie­niec, każde zająk­nię­cie się za tak uro­cze, że z tru­dem nad sobą pano­wał. Emery Saun­ders miała w sobie coś tajem­ni­czo kobie­cego. Pra­gnął poznać wszyst­kie jej sekrety. Pra­gnął ją roz­śmie­szać, aby dowie­dzieć się, jak brzmi jej śmiech.

Pra­gnął być tym, który się prze­kona, czy cała oblewa się rumień­cem.

Emery miesz­kała w Har­twell od dwóch lat, a ludzie na­dal nie­wiele o niej wie­dzieli. Miesz­kańcy mia­steczka sza­no­wali to, że jest roz­pacz­li­wie nie­śmiała, nie cho­dziło więc o to, że jej nie lubili. Po pro­stu uwa­żali ją za out­si­derkę, a ona nie brała udziału w życiu Har­twell i z nikim się nie zaprzy­jaź­niła.

Jacka to wku­rzało. Uwa­żał, że ktoś powi­nien zdo­być się na wysi­łek. Roz­ma­wiał o tym z Bailey Har­twell, która pró­bo­wała zbli­żyć się do dziew­czyny, ale nic z tego nie wyszło. Bailey nie miała żad­nych hamul­ców, wyde­du­ko­wali więc z Jac­kiem, że oka­zała się nieco zbyt onie­śmie­la­jąca dla Emery.

Przy­jaźń nie­śmia­łej nowo przy­by­łej mógł zdo­być tylko ktoś bar­dziej do niej podobny. Jack uznał, że powi­nien poga­dać o tym z Cat, sio­strą Coopera. Była rów­nie bez­po­śred­nia jak Bailey, ale nie miała tej samej przy­tła­cza­ją­cej ener­gii ani repu­ta­cji miej­sco­wej księż­niczki.

Nie­stety, Cat była podobna do brata i pło­chli­wość Emery ją krę­po­wała.

Z podejrz­li­wo­ścią odnio­sła się też do moty­wów Jacka, tak jak Cooper i Bailey... W końcu więc Jack prze­stał pro­sić ludzi, żeby zaopie­ko­wali się Emery.

Uznał, że będzie musiał to robić sam, tyle że z daleka.

Nie podej­rze­wał nawet, że pierw­sza oka­zja nada­rzy się tego samego ranka.

Popchnął drzwi do kawiarni, a na jego usta wypły­nął uśmiech na samą myśl, że zaraz ją zoba­czy. Uśmiech znik­nął na widok męż­czy­zny, który agre­syw­nie krzy­czał na Emery.

- Kupi­łem ją wczo­raj! Dla­czego nie mogę jej zwró­cić? - Męż­czy­zna wyma­chi­wał jej książką przed nosem.

Emery była pur­pu­rowa ze wstydu i zde­ner­wo­wa­nia.

- P-pro­szę pana... Już... już tłu­ma­czy­łam, książka jest znisz­czona. Widać, że ją pan czy­tał...

- Żądam zwrotu pie­nię­dzy, ty idiotko, i koniec dys­ku­sji! - wrza­snął męż­czy­zna, a Emery aż się cof­nęła ze stra­chu.

Roz­wście­czony Jack wci­snął się przed faceta, który cze­kał w kolejce, chwy­cił agre­sora za koł­nierz i ode­pchnął go od lady. Męż­czy­zna zato­czył się i pra­wie prze­wró­cił.

- Co jest, kurwa? - Zmie­rzył Jacka gniew­nym spoj­rze­niem, odzy­skaw­szy rów­no­wagę.

Jack pra­wie zaszty­le­to­wał go wzro­kiem.

- Nie będziesz się wyży­wać na kobie­tach w moim mia­steczku, dupku.

Męż­czy­zna poma­chał na niego książką.

- Ta suka nie chce mi zwró­cić forsy.

Och, tak bar­dzo chciał ude­rzyć fra­jera. Pod­szedł o krok bli­żej.

- Uwa­żaj, co mówisz, albo cię do tego zmu­szę.

Męż­czy­zna prze­łknął ślinę.

- Stary, groźby nie są konieczne. Chcę tylko zwrotu kasy.

- Groźby nie są konieczne? A twoim zda­niem wrzesz­cze­nie na kobietę w jej wła­snym lokalu to nie groźba? - Jack spoj­rzał na książkę. Grzbiet był poła­many, kartki upstrzone pia­skiem. - To nie jest cho­lerna biblio­teka. Kupi­łeś książkę, prze­czy­ta­łeś książkę, pie­przona trans­ak­cja zakoń­czona. Jasne?

- No...

Jack sta­nął tuż przed nim, co sku­tecz­nie uci­szyło agre­sora.

- Nie obcho­dzi mnie, jaki masz pro­blem i dla­czego musisz trak­to­wać kobiety jak gówno, żeby poczuć się jak praw­dziwy facet. Nie jesteś praw­dziwym face­tem. Jesteś plu­skwą. Plu­skwą, którą zmiaż­dżę butem, jeśli jesz­cze kie­dyś zoba­czę cię tutaj albo w ogóle w pobliżu Emery. Jasne?

W oczach męż­czy­zny pło­nął gniew, ale tchó­rzo­stwo wygrało. Bez słowa wyma­sze­ro­wał ze sklepu, trza­ska­jąc drzwiami.

Kutas.

Jack odwró­cił się do Emery, która wyglą­dała na oszo­ło­mioną. - Wszystko w porządku?

Poki­wała powoli głową.

Przy­wo­łał gestem męż­czy­znę, który stał w kolejce z zawsty­dzoną miną. Ta mina wzięła się pew­nie stąd, że tylko się przy­glą­dał, jak ktoś znę­cał się nad Emery. Gdy tylko dostał swoją kawę i wyszedł, Jack został w kawiarni sam na sam z dziew­czyną.

Uwiel­biał te chwile samot­no­ści i nie­na­wi­dził ich.

Emery sta­no­wiła uoso­bie­nie pokusy.

Nie mógł jej mieć.

Ale tak kurew­sko jej pra­gnął.

Krew na­dal w nim buzo­wała po potyczce z tym małym gnoj­kiem, tym trud­niej było mu więc igno­ro­wać siłę tego pra­gnie­nia.

Pod­cho­dził do lady, roz­ko­szu­jąc się tym, jak na niego patrzyła. Za każ­dym razem, gdy spo­ty­kał ją w mia­steczku, miała taki sam nie­obecny wyraz twa­rzy, jakby znaj­do­wała się gdzieś indziej. Z taką samą miną obsłu­gi­wała klien­tów. Ale nie jego. On zawsze sku­piał na sobie całą jej uwagę.

Podo­bało mu się to bar­dziej, niż potra­fiłby wyra­zić sło­wami.

- Na pewno wszystko w porządku? - zapy­tał, gdy zaczęła przy­rzą­dzać ame­ri­cano dla niego i Coopera, nie cze­ka­jąc na zamó­wie­nie.

Poki­wała głową, zer­ka­jąc na niego przez ramię.

- Dzię­kuję.

- To się czę­sto zda­rza?

- Nie­za­do­wo­leni klienci?

- No. - Nie podo­bała mu się myśl, że przez więk­szość czasu jest tutaj sama. Powinna kogoś zatrud­nić. Myślał, że to zrobi. Ale od dwóch lat pra­co­wała sama.

- Cza­sami, ale rzadko bywają nie­mili. - Posta­wiła jego kawę na ladzie. - Na pewno nie do tego stop­nia. Przy­kro mi, że musia­łeś być tego świad­kiem. Żałuję, że nie radzę sobie lepiej w kon­fron­ta­cjach.

- Ja nie żałuję. Cie­szę się, że mogłem przy tym być. Ten dupek ma ze sobą jakieś pro­blemy. Nie cho­dziło o cie­bie.

Znów poki­wała głową.

Fru­stro­wała go ta tro­ską o nią, którą czuł.

- Dla­czego się z kimś tutaj nie zaprzy­jaź­nisz?

Znów się zaczer­wie­niła. Biała sukienka pod krót­kim far­tusz­kiem miała dekolt karo, Jack zauwa­żył więc, że jej skóra tam rów­nież oblała się rumień­cem. Sta­rał się nie patrzeć. Wiecz­nie sta­rał się nie patrzeć. Rękawy sukienki były wąskie od barku do łok­cia, wydy­mały się pomię­dzy łok­ciem a nad­garst­kiem i koń­czyły ścią­ga­czami. Góra sukienki była obci­sła, pod­kre­ślała ide­alne piersi i wąską talię, a roz­klo­szo­wy­wała się na bio­drach. Emery stała za ladą, więc nie potra­fił okre­ślić dłu­go­ści spód­nicy, widział tylko luźny mate­riał wokół bio­der.

Miała na sobie mnó­stwo srebr­nej biżu­te­rii, a włosy splo­tła na boku w wymyślny war­kocz, który spły­wał na jej prawą pierś.

Emery Saun­ders wyglą­dała jak księż­niczka z bajki, która ożyła.

Albo jak anioł.

Wła­śnie. Jak cho­lerny anioł.

Jack od razu zapra­gnął chro­nić ją przed wszyst­kim, uzbroić ją w meta­fo­ryczny miecz i nauczyć wal­czyć o sie­bie, chciał pobru­dzić te aniel­skie skrzy­dła kotło­wa­niną w łóżku, pod­czas któ­rej mia­łaby na sobie tylko tę srebrną biżu­te­rię. Chciał usły­szeć jej pobrzę­ki­wa­nie tak bar­dzo, że aż bolało.

Chry­ste, do tego stop­nia pogrą­żył się w wygłod­nia­łych myślach, że w sumie zapo­mniał, o co ją zapy­tał, gdy odpo­wie­działa:

- To nie takie łatwe.

Przy­po­mniał sobie, że pytał o zawie­ra­nie przy­jaźni, oparł dło­nie na ladzie i pochy­lił się ku niej. Jej wzrok padł na jego usta, a on poczuł ucisk w żołądku.

Wie­dział, że ją pociąga.

Ta świa­do­mość spra­wiała, że opie­ra­nie się poku­sie było cho­ler­nie trudne.

- Dla­czego?

- T-trudno mi roz­ma­wiać z ludźmi.

- Ze mną umiesz roz­ma­wiać.

- Cóż... - Zmarsz­czyła czoło. - Nie sądzę, aby oma­wia­nie mojej nie­śmia­ło­ści kwa­li­fi­ko­wało się jako roz­mowa.

- Okej. - Odsu­nął się od lady i skrzy­żo­wał ręce na piersi. - Emery, piękny mamy dzi­siaj dzień, nie sądzisz?

Jej wargi zadrżały z roz­ba­wie­nia, a on urósł od tego o pięć metrów.

- Tak, jest bar­dzo przy­jem­nie.

- Duży dzi­siaj ruch?

- Każ­dego ranka jest duży ruch. Ludzie potrze­bują kawy. Idziesz do pracy?

Zachwy­cony tym, że zadała mu pyta­nie, uśmiech­nął się do niej sze­roko.

- Tak. Jadę do restau­ra­cji w Dewey Beach, którą odna­wiamy.

- Lubisz swoją pracę?

- Ow­szem. A ty swoją?

- Dziwne, ale tak. Kiedy otwie­ra­łam, uzna­łam, że może to błąd... No wiesz, w związku z tym, jak trudno mi się roz­ma­wia z ludźmi. Ale lubię to. Uwiel­biam być oto­czona książ­kami. - Objęła gestem stosy ksią­żek za jego ple­cami, a srebrne bran­so­letki zabrzę­czały na jej nad­garstku.

- Jak długo cią­gnie się ten romans z książ­kami?

Uśmiech­nęła się do niego otwar­cie, a on odczuł to jak ude­rze­nie w splot sło­neczny. Naj­słod­szy uśmiech, jaki kie­dy­kol­wiek widział. Uśmiech jak wschód słońca nad oce­anem. Jego zda­niem nie było na świe­cie nic pięk­niej­szego niż obser­wo­wa­nie, jak słońce roz­po­czyna swoją leniwą wędrówkę po nie­bie. Jak prze­suwa się ponad wodą, a niebo nabiera przez to odcieni od fio­letu do różu i poma­rań­czy. Ni­gdy nie widział nic rów­nie zachwy­ca­ją­cego jak wschód słońca nad Hart's Boar­dwalk. Dopóki nie zoba­czył uśmie­chu Emery Saun­ders. Chry­ste, była taka piękna. I nie miała o tym poję­cia. Sta­no­wiła cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo żony Coopera, która wie­działa, że jest pięk­no­ścią, i wyko­rzy­sty­wała ten atut, by dostać to, czego chciała.

- Odkąd skoń­czy­łam pięć lat. Prze­kształ­cił się w obse­sję, gdy mia­łam dwa­na­ście.

- Dla­czego?

Opu­ściła wzrok.

- Zgi­nęli wtedy moi rodzice i dzia­dek. Zamiesz­ka­łam z bab­cią. - Pod­nio­sła na niego oczy, jakby nie mogła uwie­rzyć, że mu to powie­działa.

Oczy­wi­ście spraw­dził ją już wcze­śniej i wie­dział z prasy o śmierci jej rodziny w kata­stro­fie pry­wat­nego samo­lotu.

- Bar­dzo mi przy­kro, Em.

Jej oczy zogrom­niały, być może z powodu tego zdrob­nie­nia.

- Dzię­kuję. To było dawno temu.

- I tak ci współ­czuję.

Po kilku sekun­dach przy­glą­da­nia się mu zapy­tała:

- Czy ty i Cooper...

Urwała, gdy zabrzę­czał dzwo­nek nad drzwiami, i odwró­ciła się w stronę wcho­dzą­cego klienta.

Jack obej­rzał się przez ramię poiry­to­wany tym, że im prze­rwano. Jego iry­ta­cja jesz­cze się pogłę­biła, gdy zoba­czył, kto im prze­szko­dził.

Dana.

Wysoka, szczu­pła i opa­lona wła­ści­cielka wyspor­to­wa­nego ciała i nie­złych cyc­ków weszła do środka pew­nym kro­kiem, który wyglą­dałby sek­sow­nie w przy­padku każ­dej innej kobiety. Jack rozu­miał, co pod kątem czy­sto wizu­al­nym Cooper widział w swo­jej mał­żonce. Miała gęste, jedwa­bi­ste, jasno­brą­zowe włosy i lodo­wato nie­bie­skie oczy unie­sione w kąci­kach jak u kota. Ide­alny mały nosek i pełne, zmy­słowe usta. Wyso­kie kości policz­kowe. Nie­ska­zi­telną cerę.

Prze­szła przez salę, mie­rząc Emery i Jacka lodo­wa­tym wzro­kiem. Nawet nie zauwa­żył, co miała na sobie. Wiecz­nie popi­sy­wała się swoją figurą w let­nich sukien­kach, które jego zda­niem wszyst­kie wyglą­dały tak samo, róż­niły się tylko kolo­rem.

- Tak mi się wyda­wało, że cię widzia­łam, gdy prze­cho­dzi­łam. - Zatrzy­mała się przy ladzie i spoj­rzała na niego i na Emery z nikłym uśmiesz­kiem, który nie objął oczu. - Nazy­wam się Dana Law­son.

Emery z zawsty­dze­niem prze­stą­piła z nogi na nogę i poki­wała głową.

Dana unio­sła ide­al­nie wysku­baną brew.

- Umiesz mówić?

- Dana - mruk­nął ostrze­gaw­czo Jack.

- To tylko pyta­nie. - Uśmiech­nęła się do niego. - W sumie weszłam, by cię zapy­tać, czy lubisz mostek pie­czony, Jack. Kupi­li­śmy wol­no­war i Cooper myśli o tym, żeby zro­bić mostek na obiad w czwar­tek. Chciał cię zapro­sić.

- W porządku.

Nie zamie­rzała wycho­dzić, choć patrzył na nią zna­cząco.

Ode­pchnęła się od lady.

- Odpro­wa­dzę cię do Coopera.

Przy­zna­jąc, że wszel­kie postępy, które poczy­nił z Emery, zasto­po­wała iry­tu­jąca mał­żonka jego naj­lep­szego kum­pla, wes­tchnął ciężko. Spoj­rzał na dziew­czynę za ladą, która mie­rzyła jego i Danę swo­imi inte­li­gent­nymi oczami. Zapła­cił jej za kawę. - Życzę ci wspa­nia­łego dnia, Emery. - Uśmiech­nął się do niej lekko.

Odwza­jem­niła uśmiech, bio­rąc od niego pie­nią­dze.

- Ja tobie rów­nież, Jack.

Po raz pierw­szy zwró­ciła się do niego po imie­niu.

Nie zamie­rzał kła­mać - poczuł to w pod­brzu­szu, kuta­sie i w nagle przy­spie­szo­nym tęt­nie.

Pra­gnie­nie, by pie­przyć to wszystko, chwy­cić ją za kark i zaca­ło­wać na śmierć, ode­zwało się niczym nie­mal nie­po­ha­mo­wane swę­dze­nie tuż pod skórą. Zamiast się mu pod­dać, uniósł kawę jak do toa­stu i wyszedł z księ­gar­nio-kawiarni razem z Daną.

Gdy tylko sta­nęli na chod­niku, Dana prych­nęła śmie­chem.

- Pro­szę, powiedz mi, że z nią nie flir­to­wa­łeś.

Nabur­mu­szyła się, kiedy nie zare­ago­wał.

- Jack, stać cię na znacz­nie wię­cej niż nie­śmiały mól książ­kowy.

- Nie uga­niam się za Emery Saun­ders - syk­nął, otwie­ra­jąc drzwi do baru Coopera. - Wiesz, że nie szu­kam poważ­nego związku.

Ta odpo­wiedź ją usa­tys­fak­cjo­no­wała. Aż za bar­dzo.

Ostat­nio nieco prze­sad­nie inte­re­so­wała się tym, kogo Jack zapra­sza do łóżka. To go nie­po­ko­iło.

Uspo­ko­iło go tro­chę poja­wie­nie się Coopera, który wyszedł zza baru, wziął od niego kawę i objął Danę ramie­niem w pasie.

Dana przy­tu­liła się do męża, uśmie­cha­jąc się do niego tak, jakby naprawdę go kochała.

Być może Jack prze­sa­dzał z podejrz­li­wo­ścią wobec niej.

Winił o to dora­sta­nie w domu Iana Devlina.

Cooper upił łyk kawy z kubka i wes­tchnął.

- Ta dziew­czyna bez wąt­pie­nia umie zapa­rzyć dobrą kawę.

Dana prych­nęła drwiąco.

- W zasa­dzie tylko to potrafi. Ludzie myślą, że to nie­śmia­łość, ale moim zda­niem jest tro­chę tępa.

Cooper prze­wró­cił oczami.

- Nie sądzę.

- Daj spo­kój. Przy­wi­ta­łam się z nią, a ona miała taką minę, jakby mnie w ogóle nie zauwa­żyła.

- I to jest dowód na to, że wcale nie jest tępa. - Jack odwró­cił się na pię­cie i wyszedł, zanim Coope­ro­wie zare­ago­wali na ukrytą obe­lgę.

Nikt nie będzie w jego obec­no­ści kry­ty­ko­wać Emery Saun­ders.

Ni­gdy.

4. Emery

4

Emery

Har­twell

Sie­dem lat temu

Po cią­gną­cych się tygo­dniami nie­zbyt sub­tel­nych alu­zjach Iris do dorocz­nego let­niego festi­walu muzycz­nego orga­ni­zo­wa­nego w Har­twell pod­da­łam się i zgo­dzi­łam się wziąć w nim udział.

Zamknę­łam lokal na całe popo­łu­dnie i prze­szłam po pro­me­na­dzie ku Main Street. Kiedy mija­łam Cooper's Bar, budy­nek sąsia­du­jący z moim, zauwa­ży­łam, że jest otwarty, co ozna­czało zapewne, że per­so­nel pra­cuje. Według Iris sam Cooper uczest­ni­czył we wszyst­kich orga­ni­zo­wa­nych w mia­steczku impre­zach.

Za barem znaj­do­wał się Old Boar­dwalk Hotel, naj­więk­szy i naj­wyż­szy budy­nek przy pro­me­na­dzie. Pocho­dził z prze­łomu wie­ków, został wybu­do­wany z czer­wo­nej cegły, miał małe okna w bia­łych ramach. Ile­kroć go mija­łam, zachwy­ca­łam się jego histo­rią, ale żało­wa­łam, że z poko­jów nie można się cie­szyć spek­ta­ku­lar­nym wido­kiem na ocean.

Jego wła­ści­ciel nie miesz­kał w Har­twell. Był grubą rybą w świe­cie nie­ru­cho­mo­ści, pocho­dził z Flo­rydy, a zarzą­dza­nie hote­lem powie­rzał per­so­ne­lowi. Z cie­ka­wo­ści zaj­rza­łam kie­dyś do środka - nieco pach­nące stę­chli­zną wnę­trza doma­gały się reno­wa­cji.

Iris mówiła, że hotel Bailey, Hart's Inn, na pół­noc­nym końcu pro­me­nady zawsze jest cał­ko­wi­cie zabu­ko­wany, ponie­waż ludzie woleli zatrzy­my­wać się tam niż w Old Boar­dwalk. Nie dzi­wi­łam się im. Pen­sjo­nat w stylu Nowej Anglii był piękny, kryty bia­łym gon­tem, z roz­ło­ży­stą werandą i tara­sem na dachu, z któ­rego widać było wodę.

Z Old Boar­dwalk Hotel sąsia­do­wał skle­pik z pamiąt­kami Geo­rge'a Bec­kwi­tha, sprze­da­jący uwiel­biane przez tury­stów tan­detne suwe­niry. Obok sklepu stała Anto­nio's, tego dnia dzia­ła­jąca pod kie­row­nic­twem Iry, ponie­waż Iris umó­wiła się ze mną na Main Street za dzie­sięć minut.

Minę­łam piz­ze­rię, sklep dla sur­fe­rów i budkę z lodami pana Shic­kle'a, aż doszłam do sceny przy Main, na któ­rej jakiś zespół już roz­sta­wiał sprzęt. Mia­sto wyna­jęło kilka grup muzycz­nych na cały dzień, a miej­scowi przed­się­biorcy usta­wili sto­iska, na któ­rych sprze­da­wali wszystko, od pamią­tek muzycz­nych po biżu­te­rię.

Na przy­krę­co­nej do podium tabliczce można było prze­czy­tać legendę o Har­twell, która wyja­śniała tury­stom, dla­czego pro­me­nada nazywa się "Hart's Boar­dwalk". W 1909 roku ulu­bie­nicą mia­steczka była Eliza, sio­stra pra­babci Bailey Har­twell. Rodzina zało­ży­cieli Har­twell miała pie­nią­dze i wła­dzę, a od Elizy, naj­star­szej córki, ocze­ki­wano, że dobrze wyj­dzie za mąż. Spo­tkała jed­nak hut­nika pra­cu­ją­cego dla poło­żo­nej poza mia­stem Sta­tion Rail­road Com­pany i zako­chała się w nim. Jonasa Kel­ler­mana, przodka Dany Kel­ler­man Law­son, uwa­żano za nie­od­po­wied­nią par­tię dla Elizy... A poza tym był zna­nym oszu­stem. Zabro­niono im się pobrać.

Rodzina dopro­wa­dziła do zarę­czyn Elizy z synem zamoż­nego przed­się­biorcy. W wigi­lię swo­jego ślubu zroz­pa­czona dziew­czyna weszła do oce­anu. Jonas spa­ce­ro­wał po pro­me­na­dzie z przy­ja­ciółmi, zoba­czył ją i pobiegł za nią. Legenda gło­siła, że udało mu się do niej dopły­nąć, ale fale zabrały ich oboje. Ni­gdy wię­cej ich nie widziano. Jonas poświę­cił życie dla swo­jej miło­ści, co dało począ­tek magii. Po śmierci Elizy i Jonasa kolejne poko­le­nia uro­dzo­nych w Har­twell spo­ty­kały mał­żon­ków na deskach pro­me­nady, a ich miłość trwała przez całe życie. Wszy­scy, któ­rzy spa­ce­ro­wali po pro­me­na­dzie i darzyli się praw­dziwą miło­ścią, mogli liczyć na to, że miłość ta będzie trwać wiecz­nie, nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści.

Choć było to tra­giczne wyda­rze­nie, bar­dzo mi się podo­bało, że mia­sto zostało zbu­do­wane na takiej legen­dzie. Prze­ma­wiała ona do mojej duszy roman­tyczki... i mogła przy­czy­nić się do tego, że zamiesz­ka­łam w Har­twell.

Obser­wu­jąc ruchliwą Main Street i tłumy oble­ga­jące sto­iska, ludzi, któ­rzy spa­ce­ro­wali i roz­ma­wiali, znów zaczę­łam się zasta­na­wiać nad tą decy­zją. Miesz­ka­łam w Har­twell od dwóch lat i wciąż nie zadzierz­gnę­łam innych rela­cji niż ta z Iris Green.

Przy czym nawet jej dawa­łam tylko tyle, by nie wycho­dzić poza swoją strefę kom­fortu. Czyli nie­dużo. Poczu­łam przy­pływ melan­cho­lii.

Czas i dystans una­ocz­niły mi, że moja nie­śmia­łość bez wąt­pie­nia się­gała korze­niami zacho­wa­nia moich rodzi­ców. Kiedy mówi­łam do nich jako dziecko, igno­ro­wali mnie, w oczy­wi­sty spo­sób ich nudzi­łam, cza­sami wręcz mnie lek­ce­wa­żyli. Doszło do tego, że nie chcia­łam mówić z obawy, że padnę ofiarą kpin albo zostanę uznana za nie­ważną. Łatwiej było stać się nie­wi­doczną, niż zno­sić to, że oni mnie taką czy­nili. Byłam przy nich nie­śmiała, ponie­waż zale­żało mi na tym, co o mnie myślą.

Z kolei cał­kiem ina­czej zacho­wy­wa­łam się wobec domo­wego per­so­nelu, w tym mojej niani. Przy nich nie byłam nie­śmiała. Byłam wście­kła. Nie przy­po­mi­na­łam pogod­nego dziecka. Tak bywa w przy­padku osób, które otrzy­mują wszystko, czego chcą... poza miło­ścią i uwagą rodzi­ców.

Zanie­dby­wana i igno­ro­wana przez dwie osoby, które powinny naj­bar­dziej mnie kochać, wyła­do­wy­wa­łam swój gniew i fru­stra­cję na ota­cza­ją­cym mnie per­so­nelu.

Wzdry­gnę­łam się.

Musieli mnie naprawdę nie­na­wi­dzić.

To wszystko się zmie­niło, kiedy zamiesz­ka­łam z bab­cią. Bab­cia nie ema­no­wała cie­płem, wie­rzyła w kla­so­wość, sta­tus i pozy­cję spo­łeczną. Uwa­żała, że nasza rodzina prze­wyż­sza wszyst­kie inne pod każ­dym wzglę­dem, ale też że wszyst­kim, w tym rów­nież per­so­ne­lowi domo­wemu, należy się naj­wyż­szy sza­cu­nek. Raz usły­szała, jak war­czę na jej gospo­dy­nię - kazała mi prze­pro­sić ją przy wszyst­kich pra­cow­ni­kach, a do tego prze­nio­sła mnie do pozba­wio­nego wszel­kich roz­ry­wek pokoju gościn­nego. Po powro­cie ze szkoły mogłam odro­bić zada­nie domowe i zjeść, a potem byłam odsy­łana do pokoju, gdzie przez dwa tygo­dnie usy­cha­łam z nudów.

Co cie­kawe, spodo­bało mi się, że babci zależy na mnie na tyle, by nauczyć mnie manier.

Ni­gdy wię­cej nie ode­zwa­łam się do członka per­so­nelu w podobny spo­sób. Zamiast tego wobec nich rów­nież zaczę­łam zacho­wy­wać się nie­śmiało, bo stało się dla mnie ważne to, co o mnie myślą. Zale­żało mi też na opi­nii babci.

Kocha­łam ją, ale nie­ła­two się z nią miesz­kało. Za surową fasadą ukry­wała zła­mane serce, prze­ra­żała ją myśl, że utraci jedy­nego członka rodziny, który jej pozo­stał. Byłam więc chro­niona. Nie pozwa­lano mi na żadne zaję­cia pozasz­kolne, chyba że odby­wały się na tere­nie posia­dło­ści. Żad­nych chłop­ców, szkol­nych wycie­czek, uczelni wyż­szych poło­żo­nych poza sta­nem Nowy Jork. Nie pozwo­liła mi nawet wziąć udziału w balu debiu­tan­tek, choć pozwo­liła na to mojemu ojcu, który towa­rzy­szył mojej matce, gdy debiu­to­wała w towa­rzy­stwie.

Cał­ko­wite wyklu­cze­nie z nor­mal­nego nasto­let­niego życia spra­wiło, że dla dzie­cia­ków w mojej szkole sta­łam się out­si­derką. Zaczęły się drwiny i zastra­sza­nie - tak jak w przy­padku rodzi­ców, mia­łam coraz więk­sze trud­no­ści z wypo­wia­da­niem się w oba­wie przed reak­cjami. Zamknę­łam się więc w sobie. Przesta­łam snuć plany na stu­dia. Na jaką­kol­wiek przy­szłość.

Tripp Van Der Byl tylko pogor­szył sytu­ację.

Wyrzu­ci­łam go z myśli, gdy tylko w nie wkro­czył.

Od śmierci babci upły­nęły trzy lata, a ja na­dal nie wie­dzia­łam, jak zbu­rzyć ten obronny mur, któ­rym się oto­czy­łam, gdy mia­łam dwa­na­ście lat.

Pokusa, by zawró­cić, oka­zała się silna, ale obie­ca­łam Iris, że się z nią spo­tkam. Roz­glą­da­łam się w tłu­mie, aż w końcu zauwa­ży­łam ją przy jed­nym ze sto­isk, pogrą­żoną w roz­mo­wie z dwiema kobie­tami, które roz­po­zna­łam.

O cho­lera.

Sto­isko nale­żało do osza­ła­mia­ją­cej bru­netki o gład­kiej oliw­ko­wej cerze. Była niska, lecz miała piękną, krą­głą syl­wetkę.

Dah­lia McGu­ire.

Uśmie­chała się i witała się ze mną, ile­kroć mija­ły­śmy się na ulicy, ale poza tym wie­dzia­łam o tej mło­dej kobie­cie tylko tyle, że pro­wa­dziła sklep z upo­min­kami poło­żony obok pen­sjo­natu Bailey. W prze­ci­wień­stwie do Geo­rge'a Dah­lia sprze­da­wała jed­nak, zda­niem Iris, rze­czy uni­ka­towe, w tym biżu­te­rię wła­snej roboty. Uzna­łam, że to wspa­niałe, iż Dah­lia jest złot­niczką - gdyby nie to, że uni­ka­łam miej­sco­wych, któ­rzy na pewno chcie­liby o różne rze­czy pytać, już dawno odwie­dzi­ła­bym jej sklep.

Nie chcia­ła­bym, by ktoś się dowie­dział, z jakiej rodziny pocho­dzę.

Ludzie zaczy­nali trak­to­wać cię ina­czej, kiedy oka­zy­wało się, że jesteś warta miliardy dola­rów.

To dla­tego przed­sta­wia­łam się jako Emery Saun­ders. Było to moje dru­gie imię i panień­skie nazwi­sko mojej matki. Fakt, nie trzeba geniu­sza, aby mnie zde­ma­sko­wać (jak udo­wod­nił Ian Devlin), ale nazwi­sko Paxton na pewno przy­cią­ga­łoby wię­cej uwagi.

Gdyby to ode mnie zale­żało, odsprze­da­ła­bym swoje więk­szo­ściowe udziały w fir­mie innym udzia­łow­com, ale obie­ca­łam babci, że tego nie zro­bię. Cią­żyła mi ta obiet­nica.

Nie chcia­łam takiej odpo­wie­dzial­no­ści.

Co wię­cej, dzie­dzic­two Paxto­nów wiele mnie już kosz­to­wało. Dla moich rodzi­ców i dziadka firma zawsze była naj­waż­niej­sza. Zna­czyła wiele dla mojej babci, ale nie tyle co ja. Z sza­cunku dla cięż­kiej pracy swo­jego męża kazała mi jed­nak zło­żyć tę obiet­nicę.

Czu­jąc ner­wowy ucisk w żołądku, uto­ro­wa­łam sobie drogę do Iris, która poma­chała do mnie, kiedy tylko mnie zauwa­żyła. Przy sto­isku stała z nimi jesz­cze Bailey Har­twell.

Bailey była eks­pan­sywną osobą, którą wszy­scy wokół uwiel­biali. Jej rodzice nie­dawno prze­szli na eme­ry­turę i pozo­sta­wili jej pro­wa­dze­nie pen­sjo­natu, dzięki czemu Bailey zna­la­zła się, według Iris, w siód­mym nie­bie.

Szczu­pły rudzie­lec nale­żał do tych kobiet, które stają się o wiele bar­dziej atrak­cyjne, gdy zaczy­nasz z nimi roz­ma­wiać. Na pierw­szy rzut oka ze swoją brzo­skwi­niowo-kre­mową cerą i chmurą zło­tych pie­gów na nosie i policz­kach wyda­wała się typową dziew­czyną z sąsiedz­twa. Kiedy jed­nak tro­chę się ją poznało, okre­śle­nie "dziew­czyna z sąsiedz­twa" nagle sta­wało się zbyt przy­ziemne. Bailey była cha­ry­zma­tyczna, przy­ja­ciel­ska, elo­kwentna i miała cudowny uśmiech.

Onie­śmie­lała mnie swoją bez­po­śred­nio­ścią. Głów­nie dla­tego, że nie wie­działa, co to są gra­nice, i zada­wała bar­dzo oso­bi­ste pyta­nia, na które nie chcia­łam odpo­wia­dać.

Dla­tego też uni­ka­łam Bailey.

Chyba że Iris pod­stę­pem sta­wiała mnie w takich sytu­acjach jak ta.

Niech to szlag.

Mam­ro­cząc do sie­bie pod nosem, zmu­si­łam się, by iść dalej.

- Tu jesteś! - zawo­łała Iris, gdy się zbli­ży­łam.

Uśmiech­nę­łam się do niej słabo, a ona roze­śmiała się zna­cząco.

- Cześć, Emery! - Bailey wyj­rzała spo­nad ramie­nia Iris i roz­pro­mie­niła się na mój widok. - Przy­szłaś!

Jej rów­nież posła­łam słaby uśmiech. Zaraz jed­nak mój wzrok przy­cią­gnęły meta­lowe bły­ski na ladzie i biżu­te­ria Dah­lii szybko pochło­nęła całą moją uwagę.

Pode­szłam bli­żej.

- Cześć, chyba jesz­cze się nie znamy.

Ode­rwa­łam wzrok od biżu­te­rii. Dah­lia wycią­gnęła do mnie rękę. Zauwa­ży­łam jej akcent i przy­po­mnia­łam sobie, jak Iris mówiła, że Dah­lia pocho­dzi z Bostonu. Uści­snę­łam jej dłoń.

- Cześć.

- Jestem Dah­lia.

- Emery. - Znów sku­pi­łam się na biżu­te­rii.

Dziew­czyna miała talent. Zoba­czy­łam co naj­mniej pięć par kol­czy­ków, które chcia­łam mieć.

Chcia­łam rów­nież wszyst­kie pier­ścionki.

- Lubisz sre­bro, co?

Srebrne bran­so­letki zabrzę­czały na moim nad­garstku, gdy zało­ży­łam włosy za ucho.

Biżu­te­ria była moim jedy­nym prze­ja­wem buntu wobec babci. Ona pre­fe­ro­wała perły i dia­men­towe kol­czyki. Pro­sta ele­gan­cja.

Ja wie­rzy­łam, że nie ist­nieje coś takiego jak "za dużo ozdób". A kiedy skoń­czy­łam osiem­na­ście lat, przy­ję­łam wła­sny styl.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki