Prolog. Emery
Prolog
Emery
Hartwell
Teraz
Orzechowy, dymny, karmelizowany zapach kawy unosił się wokół mnie
jeszcze długo po tym, jak skończyłam pracę. Dobrze, że lubiłam ten
zapach. Sprawiał, że czułam się zrelaksowana, opanowana i bezpieczna.
Oznaczał bowiem, że byłam w swoim ulubionym miejscu.
W mojej księgarnio-kawiarni.
Stojąc jednak przed przemysłowym ekspresem Mastrena, wcale nie byłam
zadowolona. Próbowałam skupić się na zaparzeniu cappuccino dla klienta,
a nie na swoim wcześniejszym niedojrzałym zachowaniu.
Bailey chciała zaprosić Ivy Green do naszego kręgu przyjaciółek.
A ponieważ ja nie czułam się komfortowo z tym pomysłem, dziewczyny
zrezygnowały.
Jakbyśmy były w gimnazjum.
Jęknęłam pod nosem, czując żar na policzkach. Gdy podałam klientowi
kawę, wzięłam za nią pieniądze i podeszłam do kolejnego klienta, tylko
połowa mnie była za ladą. Druga połowa utknęła w mojej głowie i nie
zamierzała się stamtąd wynieść. Ilekroć zrobiłam coś kłopotliwego,
gryzłam się tym potem przez długi czas. Nawet kiedy w końcu
odpuszczałam, tak naprawdę nigdy nie robiłam tego do końca, bo to coś
wracało wiele miesięcy później, żeby mnie denerwować tak dla zabawy.
Ivy Green była córką Iris. Uwielbiałam Iris. Iris była jedyną bliską mi
osobą, dopóki Jessica Huntington - teraz już Lawson - nie przyjechała do
Hartwell na wakacje i nie zdecydowała się zostać. Jessica miała w sobie
coś, czemu instynktownie zaufałam, a zaufanie komuś nie było dla mnie
łatwe.
Zaufałam też Iris.
A teraz tak odpłacałam jej za przyjaźń? Wykorzystując swój wpływ na
przyjaciółki, by odsunąć jej córkę od naprawdę fantastycznej grupy
kobiet, które mogłyby jej pomóc w tym trudnym okresie?
Mówiąc "trudny", miałam na myśli to, że Ivy mieszkała w Hollywood,
pracowała jako scenarzystka i była zaręczona ze sławnym reżyserem
Oliverem Frostem, który, niestety, przedawkował i zmarł. Ivy wróciła do
Hartwell w strasznym stanie, a tutaj zastępca szeryfa Freddie Jackson
zagroził jej bronią, by wymusić od niej pieniądze tuż po tym, jak
zamordował miejscowego biznesmena Stu Devlina. Moja dobra przyjaciółka
Dahlia McGuire weszła na linię strzału, by uratować Ivy. A potem Ivy
rozbiła Freddiemu Jacksonowi łeb swoim Oscarem, aby uratować Dahlię
przed kolejnym postrzałem.
Witamy w Hartwell!
W ostatnich latach wiele się u nas działo.
Iris martwiła się o córkę jeszcze przed śmiercią Olivera, ponieważ Ivy
zerwała kontakty z rodzicami, gdy była w tym związku. Rozmawiałam o tym
z Iris, wielokrotnie zachęcałam ją, by wyciągnęła rękę do Ivy. Ale ta
kobieta jest taka uparta. Wiedziałam, że teraz żałuje tego uporu.
Iris chciałaby, by Ivy miała wsparcie. Potrzebowała takich wspaniałych
przyjaciółek. Wiedziałam, że nie powinnam jej tego uniemożliwiać, nawet
jeśli bałam się, że nowa osoba zmieni dynamikę naszej grupy, grupy,
która stała się moją rodziną. Zachowywałam się trochę zaborczo w stosunku do dziewczyn.
Nie było powodu, żeby kogoś wykluczać.
Westchnęłam. Dziewczyny nic teraz nie zrobią. Jessica powiedziała, że
trzeba pozwolić, by wszystko potoczyło się naturalnie. Może jednak Ivy
potrzebowała więcej troski.
Na mnie spoczywało teraz zadanie, by się do niej zbliżyć i zaprosić ją
do naszego grona.
Na samą myśl czułam ucisk w żołądku.
Nie było mi łatwo zdawać się na innych ludzi. A jeśli Ivy odrzuci moją
propozycję przyjaźni?
Zarazem otworzyłam się na Jess, Bailey i Dahlię, co okazało się
najlepszą decyzją, jaką kiedykolwiek podjęłam.
Stałam się częścią ich życia. Byłam druhną na ślubie Jess i Coopera,
znów miałam być druhną na ślubie Bailey i Vaughna pod koniec lata. Do
tego zajmowałam miejsce w pierwszym rzędzie, z którego oglądałam zejście
się Dahlii i Michaela, co było prawdziwym zrządzeniem losu, biorąc pod
uwagę pełne cierpienia lata, kiedy nie byli razem.
Wisienka na torcie? Jess właśnie poinformowała nas, że zostaniemy
ciotkami! Naprawdę powiedziała "ciotki". Miałam zostać ciocią. Jess była
w dwudziestym tygodniu, a ja już zaczęłam kupować przez internet
prezenty dla maluszka.
Tak wiele dobrego wydarzyło się w moim życiu dzięki tym kobietom. Czy
miałam prawo sądzić, że Ivy nie dołoży się do tej dobroci? Jeśli w czymkolwiek przypominała swoją adopcyjną matkę Iris, nie było
wątpliwości, że tak się stanie.
Klient krzyknął na mnie z kanapy obok kominka, żebym podała mu czystą
łyżeczkę. Stanowiłam jednoosobowy personel i choć wiedziałam, że
powinnam zatrudniać kogoś do pomocy w szczycie sezonu, lubiłam być
zajęta. Byłoby jednak cudownie, gdyby klienci czytali tabliczki
wskazujące tacę ze sztućcami i sami sobie radzili. Nie prowadziłam
restauracji.
Przeprosiłam osoby w kolejce i wyszłam zza lady, by podać facetowi
łyżeczkę. Nawet nie podziękował.
Dupek.
Oczywiście nigdy nie odważyłabym się powiedzieć mu tego w twarz. Nawet
Bailey, najbardziej bezpośrednia, śmiała kobieta, jaką znałam, nie
odważyłaby się nazwać klienta dupkiem. W twarz.
Gdy odwróciłam się, żeby wrócić za ladę, zadzwonił dzwonek nad drzwiami,
przykuwając moją uwagę. Mój żołądek wykonał salto jak na kolejce
górskiej.
Jack Devlin.
Oderwałam wzrok od jego skupionej twarzy, moje serce podskoczyło,
uznałam więc, że powinnam się skoncentrować na innych klientach.
Wiedziałam jednak, że się czerwienię, i wiedziałam, że on wie dlaczego.
To on zawsze wywoływał u mnie ten przeklęty rumieniec!
Przeklinałam swoją jasną cerę codziennie... Nie, co godzinę!
Po co przyszedł?
Nie przychodził po kawę od zeszłego lata, od tamtego "incydentu". Tak to
nazywałam.
Lepiej było nazywać to tak niż najgorętszym - i najbardziej
upokarzającym - momentem mojego dotychczasowego życia. Pewnie nie
wiedzieliście, że te dwa uczucia mogą iść w parze.
Szanując moją prośbę, by zostawił mnie w spokoju, od tamtej pory Jack
mnie unikał. Zrezygnował nawet z mojej kawy, choć wiedziałam, że ją
uwielbia, ponieważ codziennie rano przychodził po americano.
Poprzednie lato nie było jednak naszym ostatnim spotkaniem.
Cierpiałam, gdy wspominałam tamtą chwilę pomiędzy nami.
- Dałam dziesięć dolarów.
Wzburzony głos wyrwał mnie z zamyślenia. Christine Rothwell,
przewodnicząca komisji przyznającej koncesje w Hartwell, zmierzyła mnie
gniewnym spojrzeniem.
- Słucham?
Zacisnęła wargi, po czym odparła:
- Dałam dziesięć dolarów. - Mówiła okropnie wolno, jakbym była za
głupia, żeby zrozumieć. - Kawa - wskazała palcem kubek - kosztuje cztery
dolary. Nadążasz?
Nie wolno obrażać klientów. Nie wolno obrażać klientów.
- Tak.
- Wydałaś mi dolara.
- Przepraszam. - Moje policzki stały się jeszcze bardziej czerwone, gdy
pomyślałam, że Jack jest świadkiem mojego rozkojarzenia. Podałam
Christine pięciodolarowy banknot, który wyrwała mi z ręki, po czym
wymaszerowała z lokalu. Dzwonek nad drzwiami zabrzęczał agresywnie, gdy
trzasnęła drzwiami.
Kolejny klient uśmiechnął się do mnie ze współczuciem.
- Ktoś chyba zapomniał dzisiaj o dobrych manierach.
Odwzajemniłam uśmiech, nieco się odprężając. Cóż, na tyle, na ile mogłam
się odprężyć, przebywając w jednym pomieszczeniu z Jackiem.
Czyli nie za bardzo.
Ręce mi się trzęsły, kiedy ogonek się skracał, a Jack podchodził coraz
bliżej. Po nim nie wszedł już nikt więcej.
Czując rozszalały puls, wyprostowałam ramiona, aby zmierzyć się z Jackiem, gdy podszedł do lady. Po co przyszedł?
Jednym z najdziwniejszych aspektów decyzji Jacka, by pracować dla ojca i angażować się w nikczemne knowania rodziny Devlinów, była oczywista
odraza, którą czuł do nich wszystkich. Wystarczyło spojrzeć Jackowi w oczy, aby wiedzieć, że nie jest złym człowiekiem. Wręcz przeciwnie, miał
najmilsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałam.
A gdy na mnie patrzył... Widział mnie. Wpatrywał się w moją twarz tak
intensywnie, jakby nie chciał patrzeć na nic więcej. Trudno było się
oprzeć tak otwartej intensywności.
Mnie się nie udało.
W rezultacie zeszłego lata złamał mi serce. I to nie po raz pierwszy.
Zachowałam to dla siebie. Nawet dziewczyny nie wiedziały o sekretnych
relacjach łączących mnie z Jackiem Devlinem.
W tych miłych oczach czasami płonął jednak ogień, a fasada udręczonego,
ponurego bohatera przestawała już na mnie działać. Jack miał paskudny
nawyk przyciągania mnie, a potem odpychania. Niecelowo, tyle wiedziałam.
Ale miałam już tego dość.
Ofiarowałam mu wsparcie na plaży trzy miesiące temu, ponieważ
niezależnie od wszystkiego nie chciałam patrzeć, jak cierpi.
Nie zamierzałam jednak posunąć się dalej.
Oderwałam od niego oczy, nie mogłam pozwolić, by znów mnie to wciągnęło.
- Co podać?
Zawahał się.
- To, co zwykle, Emery.
Uwielbiałam jego głos. Był głęboki i łagodny. Jak karmel aromatyzowany
whisky. Wywoływał u mnie fizyczną reakcję.
Niech to szlag.
Odwróciłam się i zaczęłam robić mu kawę, stojąc do niego plecami.
Czułam na sobie jego wzrok, robiłam, co mogłam, by nie zwiesić ramion
pod jego bacznym spojrzeniem.
- Duży dzisiaj ruch - zauważył.
Wzruszyłam ramionami.
- Ktoś kupował książki czy tylko kawę?
Nie próbuj nawiązywać ze mną błahej pogawędki.
- No - odparłam ogólnikowo.
Jack prychnął nieco poirytowany.
- To była odpowiedź?
Nie zareagowałam.
Gdy odwróciłam się z kawą do lady, minę miał pochmurną.
- Tak teraz będzie między nami?
Przesunęłam kawę w jego stronę, a on przeciągnął kartą po terminalu.
Skrzywił się.
- Hm, poważnie zamierzasz mnie ignorować?
- Nie zamierzam cię ignorować. - Wzięłam głęboki oddech i przeniosłam
wzrok na półki z książkami. - Prosiłam, żebyś tu nie przychodził. Nic
się w tej kwestii nie zmieniło. Po raz kolejny zasugeruję więc, byś
znalazł sobie inne miejsce na poranną kawę.
- Spójrz mi w oczy, kiedy to mówisz, a być może wezmę twoją sugestię pod
uwagę.
Z determinacją popatrzyłam mu prosto w oczy. Na jego twarzy gniew
walczył z troską. Pochylił ku mnie głowę.
- Posłuchaj, Em...
- Nie. - Odsunęłam się.
- Nie zamierzałem cię pocałować, słońce - szepnął.
Zignorowałam ból w sercu obudzony przez czułe słowo, którym zaczął mnie
nazywać wiele lat temu.
- Wiem. Ale zamierzałeś pochylić się bliżej, żeby spróbować mnie
zmiękczyć, a ja tego nie chcę.
- Em...
Nagle rozległ się ostry dźwięk telefonu.
Jack westchnął, postawił kubek na blacie i sięgnął do wewnętrznej
kieszeni marynarki po komórkę. Jego mina mówiła wyraźnie, że jeszcze nie
skończyliśmy, gdy odsunął się od lady, przyciskając aparat do ucha.
Nie chciałam podsłuchiwać, ale nie mogłam się powstrzymać przed
obserwowaniem go.
Miał silną, kanciastą szczękę pokrytą kłującym zarostem. Przestał się
gładko golić ponad rok temu. Wiedziałam to, ponieważ rok temu poczułam
kłucie tego zarostu na skórze.
Oblałam się rumieńcem i wbiłam wzrok w blat.
- Co zrobiła? - Gniewny głos Jacka przykuł moją uwagę.
Wbijał wzrok w ścianę, mięsień w jego szczęce drżał, gdy słuchał osoby
po drugiej stronie linii.
- Kurwa - wysyczał. - Okej, już jadę. - Zakończył rozmowę i odwrócił się
do mnie.
Serce mi załomotało, gdy dostrzegłam w jego oczach strach.
- Co się stało?
- To Rebecca.
Rebecca była jego siostrą. Przez kilka ostatnich lat mieszkała w Anglii,
dokąd została tak jakby zesłana przez rodzinę Devlinów.
- Co z nią?
- Wróciła do domu dwa dni temu... Dzwonił szeryf King.
- Jack?
Oparł ręce na blacie i pochylił głowę.
Poczułam lęk.
- Jack?
- Właśnie... oddała się w ręce policji.
O Boże!
Sięgnęłam po jego dłoń.
Uniósł głowę i wbił we mnie udręczony wzrok.
Wiedziałam, co to oznacza.
Wiedziałam coś, czego nikt inny nie wiedział o Devlinach.
Znałam prawdziwy powód, dla którego Jack zdecydował się pracować dla
rodziny i dla którego zdradził Coopera, swojego najlepszego przyjaciela.
Wiedziałam wszystko.
Wszystko to miało na celu chronić Rebeccę Devlin.
- Och, Jack - szepnęłam, czując, jak pęka mi serce.
1. Jack
1
Jack
Hartwell
Dziewięć lat temu
Nieważne, czy w sezonie, czy po sezonie, wieczorami w Cooper's Bar
zawsze był ruch. Z szafy grającej lecieli Creedence Clearwater Revival,
rywalizując z meczem futbolowym wyświetlanym na dwóch płaskich ekranach
telewizorów nad barem. Liga dopiero ruszyła, wielu miejscowych
przychodziło do Coopera zjeść, napić się i obejrzeć ulubiony mecz. Stan
Delawere nie miał drużyny NFL, więc większość Hartwell kibicowała
Patriotom.
Jack dzielił uwagę pomiędzy hamburgera, zerkanie na ekran nad barem i rozmowę z Coopem, podczas gdy kumpel obsługiwał klientów.
Typowy wieczór.
Jack był brygadzistą w swojej firmie budowlanej. Zazwyczaj funkcję tę
pełnił ktoś starszy, ale Jack pracował na budowach, odkąd skończył
czternaście lat. Zatrudnił Raya Englisha, faceta, który nauczył go
wszystkiego o zawodzie, podkradłszy go konkurencji. Byli z Rayem
bardziej jak współbrygadziści.
Tego dnia zamknęli plac, na którym pracowali, wcześniej niż zwykle. Było
to prywatne osiedle małych domów jednorodzinnych niedaleko Jimtown. Jack
starał się nie pracować w weekendy, ale czasami, kiedy klient proponował
wysoką stawkę za nadgodziny, trudno było odmówić. W ten weekend jego
ekipa nie tylko nie pracowała, lecz za pozwoleniem klientów dostała
wolne także w piątek, żeby wszyscy mogli na luzie obejrzeć rozpoczęcie
sezonu przy kilku piwach w czwartkowy wieczór.
Jego ludzie pracowali ciężko przez całe lato i zasługiwali na dodatkowy
dzień wolnego. Jack natomiast cieszył się, że będzie mógł popracować nad
domem, który kupił sześć miesięcy temu w North Hartwell, niedaleko domu
Coopa.
Tak, nie było nic niezwyczajnego w tym, że Jack siedział w barze
Coopera, jadł, pił i gawędził ze swoim kumplem i z ich znajomymi z okolicy.
Stary Archie zajął miejsce na końcu baru; wyglądał nieskazitelnie od
stóp do głów, chociaż wedle wszelkiego prawdopodobieństwa był pijany jak
bela od czterdziestu ośmiu godzin. Naprawdę nazywał się Archibald Brown,
pochodził z zamożnej rodziny. Był też alkoholikiem, którego dwadzieścia
lat temu zostawiła żona, zabierając ze sobą dzieci.
Ludzie próbowali mu pomóc. Jack próbował.
Bezskutecznie.
Stary Archie nie chciał pomocy.
Jack musiał się nauczyć mu odpuszczać.
- Święci wyglądają nieźle. - Stary Archie wskazał gestem ekran.
Jack pokiwał głową. Grali z Minnesota Vikings.
- No.
- A gdzie Dana, Coop? - zapytał Stary Archie. - Zwykle przychodzi na
pierwszy mecz sezonu.
Na wzmiankę o małżonce Coopera Jack zerknął na kumpla z ukosa. Cooper
nalewał piwo, nie patrzył więc na Starego Archiego, gdy odpowiedział:
- Nie miała dzisiaj ochoty. Została w domu, ogląda jakąś gównianą
komedię romantyczną i ma coś, co nazywa "czasem dla siebie".
Jack znów spojrzał na ekran, obawiając się, że pogarda, którą czuł,
uwidoczni się na jego twarzy. Czas dla siebie? Laska pracowała osiem
godzin tygodniowo w salonie fryzjerskim jako recepcjonistka, nie robiła
nic więcej. Nie pomagała Coopowi w domu. Nie pomagała mu w barze. Nie
dawała facetowi żadnego wsparcia poza tym, co miała mu do zaoferowania w sypialni. Kupowała za to mnóstwo szajsu, na który Cooper musiał się
zaharowywać - Jack obawiał się, że pewnego dnia Dana puści Coopera z torbami.
Jak nie gorzej.
Fakty były takie, że Jack Devlin nie pałał sympatią do Dany Kellerman
Lawson.
W sumie to ona sprowokowała pierwszą poważną kłótnię pomiędzy nim a Coopem.
Czasami Jack wciąż nie mógł uwierzyć, że Cooper zlekceważył jego opinię.
Przez wiele lat żartowali z tego, że Jack ma supermoc - zdolność do
wyczuwania fałszu na kilometr. Może przez to, że dorastał w domu, w którym fałszywy skurczybyk czaił się za każdym rogiem. W każdym razie
miał nosa do ludzi i trafnie ich oceniał. Nie pamiętał, kiedy ostatnio
się co do kogoś pomylił.
Kiedy Dana Kellerman wróciła do Hartwell po studiach i uparła się, że
upoluje Coopera, Jack próbował przemówić przyjacielowi do rozumu. Coop
widział tylko urodę Dany i jej fałszywie słodki uśmiech. A także to, że
wydawała się całkowicie na nim polegać, co napędzało popieprzony
opiekuńczy instynkt samca alfa, który Coop od zawsze przejawiał wobec
kobiet w swoim życiu.
Jack przejrzał Danę od razu. Zajrzał za fasadę jej urody gwiazdy
filmowej i co zobaczył?
Absolutnie nic.
Laska pragnęła Coopera tylko dlatego, że pragnęły go inne kobiety i nie
udało im się go zdobyć.
Pewnie nie przeszkadzało jej też to, że był właścicielem lukratywnego
biznesu przy promenadzie.
Chciała mieć przystojnego męża, który będzie jej kupować ładne rzeczy i wszystkim się zajmie, a Cooper to gwarantował. Serio, nie kiwała nawet
palcem. Mieli gosposię, która dbała o ich średniej wielkości dom z trzema sypialniami, na co Cooper narzekał, bo mama wychowała go tak,
żeby sam po sobie sprzątał.
Co gorsza, ilekroć Cooper miał jakiś problem albo martwił się o bar,
Dana nie chciała o tym słyszeć. Dlatego Cooper wywnętrzał się przed
Jackiem. Po co komu żona, która nie jest partnerką, nie wspiera cię?
Jack zadawał takie pytania, a Coop za każdym razem go uciszał, więc
przestał pytać.
Ostrzegł kumpla, żeby nie oświadczał się Danie: powiedział, że laska
jest płytka jak brodzik. Cooper nie odzywał się potem do niego przez
kilka dni. W końcu Jack musiał przeprosić, bo wiedział, że straci
przyjaciela, jeśli nie pozwoli mu zrobić tego, co uważał, że musi zrobić
z Daną.
Drużbowania na jego ślubie nie zaliczyłby jednak do najlepszych dni
swojego życia. Cooper był mu bratem bardziej niż jego rodzeni bracia i Jack pragnął dla niego wszystkiego, co najlepsze.
Coop zasługiwał na kogoś lepszego niż Dana, co z każdym mijającym rokiem
stawało się coraz bardziej oczywiste.
Dana szybko zrozumiała, że Jack jej nie lubi, i nie miała pojęcia, co z tym zrobić. Oczekiwała, że wszyscy mężczyźni będą w zachwycie padać jej
do stóp, a to, że Jack się do tego nie kwapił, odebrała jako wyzwanie.
Ostatnio coraz częściej pchała mu się przed oczy, zaczął więc brać
nadgodziny, żeby jej unikać, co wcale nie było łatwe, biorąc pod uwagę
fakt, że była żoną jego najlepszego kumpla.
- Czas dla siebie? - prychnął Stary Archie. - A po cholerę jej czas dla
siebie? Nic innego nie robi całymi dniami, tylko dba o siebie.
Zamknięte na szyjce butelki usta Jacka zadrżały mimowolnie, nadal jednak
z determinacją wpatrywał się w ekran.
- Pracuje - odparł Cooper swobodnie. - W salonie.
- Przez jeden dzień w tygodniu, i to tylko po to, żeby usłyszeć
najnowsze plotki - odezwał się ktoś za plecami Jacka, więc obejrzał się
przez ramię. Iris Green i jej mąż Ira byli właścicielami Antonio's,
włoskiej pizzerii przy promenadzie. Nie byli Włochami, ale ich jedzenie
zdecydowanie pochodziło z Italii. Skinął Iris głową.
Uśmiechnęła się do niego i poklepała go po ramieniu, po czym spojrzała
na Coopera.
- Masz ten stolik na trzy osoby, który zarezerwowałam?
- Jasne, zarezerwowałem wam lożę. - Cooper skinął głową na tyły baru. -
Przedstawisz nas?
Zastanawiając się, o co Coopowi chodzi, Jack wychylił się, by zajrzeć za
plecy Iris.
Zauważył Irę i wysoką kobietę o jasnoblond włosach, które spływały po
szczupłych plecach w atrakcyjnych falach. Miała na sobie długą granatową
sukienkę z materiału, który otulał jej ciało. I to jakie ciało!
Przynajmniej z tego, co mógł zobaczyć od tyłu. Wąska talia, delikatnie
zaokrąglone biodra, sukienka układała się na tyłeczku tak, że cała krew
w jego ciele spłynęła na południe.
"O kurwa", pomyślał. "Odwróć się, żebym zobaczył twarz".
- Emery jest trochę nieśmiała. - Słowa Iris sprawiły, że przeniósł uwagę
z nieznajomej na właścicielkę pizzerii.
- Emery? - Dlaczego imię zabrzmiało znajomo?
- To ona odziedziczyła Burger Shack - wyjaśnił Cooper, opierając się na
blacie baru.
- To ona zamieni lokal w księgarnię? - Jack o niej słyszał. Wszyscy
słyszeli. Nieruchomości przy promenadzie były wyjątkowe. Jego ojciec Ian
Devlin miał dużo posesji w Hartwell. Żadnej przy promenadzie. Jack
musiał co dwa tygodnie jeździć do rodziców na niedzielny rodzinny obiad.
Gdy rozeszły się wieści o przyjeździe Emery, jego ojciec nie był
zadowolony, mówiąc oględnie. "Jakaś parweniuszka z Nowego Jorku
odziedziczyła Burger Shack po babci i mi go nie sprzeda, bo planuje
otworzyć tam firmę. Idiotka. Wiecie, że przeprowadza się tutaj pod
fałszywym nazwiskiem? Myśli, że miejscowi biznesmeni są za głupi, żeby
ją sprawdzić. Nie jest tym, za kogo się podaje. To księżniczka ze
śmietanki towarzyskiej, która ma więcej forsy niż rozumu. Jest warta
majątek".
Kiedy Cooper powiedział mu, że Emery Saunders remontuje sąsiedni lokal,
Jack nie zdradził, że kobieta ma pieniądze. Nikt nie musiał tego
wiedzieć, a choć ufał Cooperowi, nie wierzył w to, że kumpel nie wygada
się żonie.
A gdyby dowiedziała się Dana, wiedziałoby całe miasto.
- Jak mówię "nieśmiała" - Iris pochyliła się ku nim konspiracyjnie - mam
na myśli, że naprawdę jest nieśmiała. Musimy ją oswajać powoli.
Jack prychnął i znów zerknął na nieznajomą.
- To nie jest koń, Iris.
- Uwierz mi, Jack. - Iris westchnęła. - Wiem, co mówię.
Właśnie wtedy, gdy Jack znów na nią spojrzał, Emery się odwróciła.
I typowy wieczór w barze Coopera stał się kompletnie nietypowy.
Jego serce załomotało, jakby właśnie ukończył maraton. Zaschło mu w ustach.
Niech to szlag.
Emery Saunders była absolutnie najpiękniejszą kobietą, jaką Jack Devlin
kiedykolwiek widział.
- Ma dopiero dwadzieścia lat - dodała Iris.
Jej głos rozbrzmiewał mu w uszach, gdy wbił spojrzenie w oszałamiająco
niebieskie oczy Emery. Rumieniec zabarwił jej blade, gładkie policzki,
jej wargi się rozchyliły jak w wyrazie zaskoczenia.
Poczuł ucisk w żołądku.
- A jeśli sposób, w jaki reaguje na mężczyzn, może coś powiedzieć,
dziewczyna jest niewinna jak Królewna Śnieżka. - Iris poklepała Jacka po
ramieniu, a on niechętnie odwrócił wzrok. Uśmiechnęła się do niego
znacząco. - To nie turystka, z którą można się zabawić... Rozumiesz, o czym mówię?
Jack zmarszczył brwi, ale zanim zdołał odpowiedzieć, Iris odeszła.
Zaprowadziła Emery i Irę na drugą stronę baru, do zarezerwowanej loży.
Emery posłała Jackowi jeszcze jedno nieśmiałe, ukradkowe spojrzenie
przez ramię, po czym usiadła na kanapie, a długie włosy zakołysały się
na jej szczupłych plecach.
- Prawdziwa piękność - oświadczył Stary Archie.
Jack z trudem przełknął ślinę, zastanawiając się, dlaczego jego serce
nie zwalnia, oderwał wzrok od kobiety i wbił go w do połowy pusty
talerz.
- Jack?
Popatrzył na Coopera. Przyjaciel był wyraźnie rozbawiony.
- Lepiej wytrzyj brodę. Trochę się obśliniłeś.
- Odpierdol się - mruknął Jack pogodnie.
Minuty mijały, a on nie potrafił wrócić do oglądania meczu. Zamiast tego
raz po raz oglądał się przez prawe ramię, próbując ją dojrzeć.
W końcu przegrał tę wewnętrzną walkę i otwarcie spojrzał na drugą stronę
baru.
Dziewczyna uśmiechała się łagodnie do Iris, która coś mówiła.
Poczuł pokusę, żeby zsunąć się ze stołka, przejść przez salę i się
przedstawić.
Nigdy nie myślał o tym, by się ustatkować. Spodziewał się, że może
kiedyś, może po trzydziestce, od czego dzieliło go jeszcze parę lat. W sumie chciał mieć dzieci. Kogoś, do kogo można wracać.
Odkąd jednak skończył trzynaście lat, z radością skakał z kwiatka na
kwiatek. Podobała mu się pozycja, jaką zajmowali z Cooperem w liceum.
Obaj grali w drużynie futbolowej. Dziewczyny uważały, że są przystojni.
Nigdy nie miał problemów z tym, żeby umówić się na randkę.
Życie w miasteczku będącym atrakcją turystyczną służyło facetowi, który
nie chciał się ustatkować, ale nie lubił też ranić uczuć kobiet.
Wykorzystując wrodzony urok osobisty, kiedy widział atrakcyjną kobietę,
podchodził do niej i nawiązywał lekką rozmowę, która prowadziła do
opartej na seksie relacji trwającej tak długo, jak długo trwały wakacje
rzeczonej kobiety w Hartwell.
Trzymał się z daleka od miejscowych.
Niemniej kiedy patrzył teraz przez bar na Emery Saunders, nie chciał
trzymać się z daleka. Wręcz przeciwnie. Krew rozpalała mu jakaś
gównianie jaskiniowa potrzeba zagarnięcia jej dla siebie, zanim zrobi to
jakiś bydlak.
- Jack.
Znów oderwał od niej wzrok i odwrócił się do Coopera. Rozbawienie na
twarzy przyjaciela zniknęło, zastąpione niedowierzaniem.
- Co?
Cooper zerknął na Emery, potem znów spojrzał na Jacka. Nagle chyba coś
pojął, bo uśmiechnął się szeroko.
- Serio?
Jack poczuł się tak, jakby ktoś przyłapał go na jakimś występku.
Wzruszył ramionami i potarł dłonią kark, który był dziwacznie gorący.
Cooper pochylił się nad barem i zniżył głos.
- Piękna kobieta. Iris jest nią zachwycona, a to dużo mówi. Wiesz, że
ona nie znosi głupców.
Racja.
- Ale słyszałeś. Niewinna jak cholerna Śnieżka. - Uniósł brew. - Nie
wolno zabawiać się kimś takim.
Nie. Nie wolno. Jack nigdy by tego nie zrobił.
Przypomniał sobie wyrachowany wyraz oczu ojca w tamtą niedzielę, kiedy
rozmawiali o Emery, i zrozumiał, że nie może się do niej zbliżyć - nawet
jeśli pragnął ją poznać z gwałtownością, której nigdy wcześniej nie
czuł.
Nikt nie wiedział - a Ian Devlin trzymał to w tajemnicy zapewne po to,
by w przyszłości to wykorzystać - że Emery Saunders naprawdę nazywała
się Louisa Emery Paxton. Odziedziczyła większościowy pakiet akcji w firmie zmarłego dziadka, Paxton Group, wartej miliardy dolarów
korporacji, do której należały linie lotnicze i producent samolotów.
Gdyby Jack spróbował wkroczyć w życie Emery, Ian na pewno wykorzystałby
to, by się do niej dobrać.
Poczuł ucisk w piersi jak zawsze, kiedy myślał o ojcu i braciach. Robił,
co mógł, żeby się od nich odseparować. Od czasu do czasu któryś z nich
się pojawiał, żeby na powrót zapędzić go do stada. A on stawał na
głowie, by niczego nie spieprzyć i nie dać Ianowi powodu do szantażu.
Przez cały ten czas mu się udawało. Był wolny i bezpieczny.
Teraz zrozumiał jednak, że się łudził.
Kiedy w końcu się ustatkuje, zrobi to z kimś przeciętnym. Z kimś, kogo
Ian nie będzie mógł wykorzystać.
Nie mogła to być kobieta tak zamożna jak Emery Saunders.
Przygniotło go rozczarowanie nieproporcjonalne do całej tej sytuacji,
biorąc pod uwagę, że przecież nie zamienił z Emery nawet słowa.
Cooper musiał dostrzec coś na jego twarzy, bo znów z troską zmarszczył
brwi.
- W porządku?
- W porządku - odparł Jack wypranym z emocji głosem. - Właśnie do mnie
dotarło, że masz rację. Nie jestem gotowy na poważny związek.
Kumpel powoli pokiwał głową, ale w jego oczach nadal malowała się
podejrzliwość.
Jack znów wbił wzrok w ekran, robiąc unik.
Przez następne dwie godziny starał się ignorować pragnienie spoglądania
przez bar na Emery. Próbował na nią nie patrzeć, kiedy Iris i Ira
podeszli się pożegnać, podczas gdy ona została nieco z tyłu. Gdyby Iris
nie uprzedziła ich o jej nieśmiałości, Jack pomyślałby, że nowojorska
księżniczka jest wyniosła.
Nie wyglądała jak nowojorska księżniczka w tej długiej obcisłej
sukience.
Chryste, wizja tej sukienki wyryła mu się na wnętrzach powiek.
Kiedy Greenowie wychodzili, a Emery za nimi, skapitulował i spojrzał. W tej samej chwili Emery zerknęła na niego przez ramię. Ich oczy się
spotkały, a ona znów oblała się rumieńcem.
Sprawiła, że poczuł ból w piersi.
Cholerny ból.
I zniknęła.
Zabolało mocniej.
Wiedział, że przesadza. Ale nic nie mógł poradzić na to, że tak się
czuł.
Po raz pierwszy od nie wiadomo jak dawna tego wieczoru bardzo, bardzo
się upił.
2. Emery
2
Emery
Hartwell
Dziewięć lat temu
Stałam za ladą swojej księgarnio-kawiarni i rozglądałam się wokół z zachwytem. Nikt by nie uwierzył, że niewielki budynek, który do niedawna
był siedzibą Burger Shack, może tak wyglądać.
Przed śmiercią babcia zapisała mi wszystko, łącznie z nieruchomościami
pod wynajem, które skupowała na całym Wschodnim Wybrzeżu. Wiele tygodni
przeglądałam dokumenty z zarządzającym jej majątkiem doradcą finansowym
Hague'em Williamsem. Hague miał prawie sześćdziesiąt lat, był ostry jak
brzytwa i równie oddany mnie, jak mojej babci.
Wiedziałam, że nie chcę zostać w jej posiadłości w Westchester. Dom był
za duży, czułam się w nim zbyt samotna. Od dzieciństwa marzyłam o otworzeniu księgarni i chciałam uciec od życia śmietanki towarzyskiej
najdalej, jak tylko się da. Tak jak babcia, powierzyłam zarządzanie
Paxton Group innym ludziom, aby móc realizować własne marzenia.
Pasją babci były nieruchomości. Lubiła podróżować po kraju w poszukiwaniu budynków na pierwszy rzut oka nieatrakcyjnych, lecz
lukratywnych. Na przykład takich jak Burger Shack w małym nadmorskim
miasteczku Hartwell na Delawere's Cape. Hartwell ma prawa miejskie, ale
jest naprawdę malutkie.
Kupiła budynek na wynajem, ponieważ nieruchomości przy promenadach w ośrodkach turystycznych są warte mnóstwo pieniędzy.
Kiedy zaczęłam przegląd jej nieruchomości, robiłam to osobiście.
Pojechałam do wszystkich miejsc, które mnie zainteresowały. Gdy tylko
wjechałam do Hartwell, zrozumiałam, że to miejsce dla mnie. Dałam
najemcom Burger Shack trzy miesiące wypowiedzenia, aby mogli poczynić
inne ustalenia i wbrew radom Hague'a hojnie wynagrodziłam im kłopoty.
Musiałam jakoś ukoić poczucie winy. Likwidowałam czyjś biznes, aby móc
uruchomić własny.
- To jest twój budynek, Emery - oświadczył nieco rozdrażniony Hague. -
Należy do ciebie. Nie do nich. W umowie najmu jest napisane, że
wypowiedzenie wynosi sześć tygodni.
Wiedziałam to, ale...
Następnie zaczęłam szukać miejsca do mieszkania. Jakimś cudem - ja
uznałam to za cud - ktoś wystawił na sprzedaż domek przy plaży położony
o kilka minut spaceru od mojej przyszłej księgarni. Domek okazał się
całkiem spory, z salonem na planie otwartym, biegnącą naokoło werandą i trzema pokojami. Od razu się w nim zakochałam. Głównie dlatego, że
poprzedni właściciele wybudowali na ganku oszałamiającą huśtawkę, wielką
niemal jak łóżko. Wyobraziłam sobie, że siadam na niej po turecku
każdego ranka z kubkiem kawy w dłoni i obserwuję, jak słońce wstaje nad
oceanem.
Idealnie.
Kosztował dużo.
Ale było warto.
A teraz naprawdę tu byłam.
Po lewej stronie od wejścia do kawiarni stała duża lada, a za nią
ekspresy do kawy. Po prawej rozciągała się księgarnia o ścianach w odcieniu bladej szarości i białych drewnianych meblach. Na wprost na
podwyższeniu znajdowała się strefa kawiarniana z uroczymi małymi białymi
stolikami i krzesłami. Po lewej od niej wygodne fotele i sofa otaczały
otwarty kominek. Ustawiłam w sali lampy Tiffany'ego z domu w Westchester, aby dodać wnętrzu przytulności. Za ladą mieściły się drzwi
do mojego biura i prywatnej łazienki. Łazienka dla gości kryła się za
drzwiami naprzeciwko kominka.
Przygryzłam wargę, rozglądając się po sklepie - po moim sklepie. Szarość
była spokojna, taką wybrałaby babcia. Pomyślałam, że może kiedy
przyjdzie pora na odświeżenie wnętrza, zdecyduję się na coś
odważniejszego - morski albo turkusowy. Rozważałam też sprzedawanie
kanapek do kawy. Mogłabym robić je rankiem przed otwarciem. Musiałabym
zdobyć pozwolenie, ale na pewno należało wziąć to pod uwagę.
Księgarnia i Kawiarnia Emery była otwarta od tygodnia.
W pierwszy weekend panował duży ruch dzięki turystom i miejscowym. Był
to dla mnie szalenie trudny okres, kiedy to nieraz zastanawiałam się,
czy popełniłam potworny błąd. Byłam nieśmiała - nie dało się tego
inaczej ująć. Nie tylko krępowały mnie błahe pogawędki, miałam także
problemy z zaufaniem komukolwiek, co sprawiało, że trudno było mi
odsłonić się na tyle, by się z kimkolwiek zaprzyjaźnić.
Od przeprowadzki do Hartwell dwa miesiące temu zaprzyjaźniłam się z Iris
i Irą Greenami. Byli właścicielami Antonio's, pizzerii przy promenadzie.
Zaufałam im niemal od razu. Mieli w sobie szczerą dobroć, choć Iris
bywała obcesowa. Przypominała mi nieco babcię, nie miała w sobie tylko
jej lodowatej bezwzględności. Pomogła mi nawet znaleźć ekipę, która
stworzyła wnętrza księgarni i kawiarni. Próbowała nauczyć mnie, jak
zachowywać się na tyle asertywnie, by powiedzieć im, czego dokładnie
chcę.
Chyba zauważyła moje przerażenie, gdy wpadła do kawiarni w pierwszy
weekend. Uspokoiła mnie krótką rozmową, podczas której uświadomiła mi,
że to wcale nie będzie tak wyglądać. Ludzie byli po prostu ciekawi.
Miała rację. Pod koniec tygodnia zrobiło się spokojniej. Większość
klientów stanowili turyści, a jako że zrobiło się gorąco, zazwyczaj
wpadali tylko po lekturę na plażę i mrożoną herbatę. Pojawili się też
stali klienci, którzy każdego ranka przychodzili po kawę, ale poranny
szczyt właśnie się kończył.
- Mam swój biznes - wymamrotałam pod nosem, sięgając po książkę w miękkiej oprawie, którą czytałam, po czym usiadłam na stołku za ladą.
Ceniłam te rzadkie i błogo spokojne chwile. Szybko się okazało, że
zawsze jest coś do zrobienia, nawet po godzinach, więc uznałam, że muszę
czytać, kiedy tylko się da.
Zadźwięczał dzwonek nad drzwiami, przyciągając moją uwagę.
Na widok mężczyzny, który wszedł do środka, zaparło mi dech w piersi.
Jack Devlin.
Iris powiedziała mi, jak się nazywał, kiedy przyłapała mnie na oglądaniu
się na niego po raz setny w Cooper's Bar kilka tygodni temu.
Jack był wysoki. Widując go w miasteczku, uświadomiłam sobie, jak bardzo
wysoki. Gdy teraz szedł do lady z lekkim uśmiechem na ustach, uznałam,
że musi mieć mniej więcej metr dziewięćdziesiąt. Idealnie dla mnie, bo
byłam od niego niższa o nieco ponad dziesięć centymetrów.
"Nie, nie idealnie dla mnie", napomniałam się w myślach.
Iris ostrzegała, że to kobieciarz.
Znałam ten typ.
Nie żebym chciała się zaangażować w związek z Devlinem. Ani w ogóle z kimkolwiek. Moja księgarnia stanowiła dla mnie priorytet.
Trudno było jednak o tym wszystkim pamiętać, gdy wpatrywałam się w jego
przystojną twarz. Reagowałam tak od pierwszej chwili, kiedy go
zobaczyłam. Miał na sobie dżinsy, zwykły biały podkoszulek i jasnobrązowe buty robocze. W moim świecie mężczyźni nosili garnitury i mundurki prywatnych uczelni.
Jack i jego najlepszy przyjaciel Cooper ubierali się podobnie i razem
stanowili wręcz nieprzyzwoicie seksowny duet.
Sam Jack był... Ojej.
Miał piękne, wyraziste oczy, a teraz znajdował się tak blisko, że
zauważyłam, jak ich granatowa szarość kontrastuje z naturalnie smagłą
cerą. Jego gęste ciemnoblond włosy były zmierzwione, jakby bezustannie
przeczesywał je palcami. Nie był w tak oczywisty sposób przystojny jak
Cooper, ale moim zdaniem jeszcze seksowniejszy. Przez ten jego wzrost,
swobodny chód, siłę, która biła z jego szerokich barków, choć ogólnie
był szczupły. Miał coś w oczach i szelmowsko uniesiony kącik ust, czemu
trudno było się oprzeć.
- Emery, tak? - Zatrzymał się przed ladą, a ja zeskoczyłam ze stołka,
żeby się z nim przywitać.
Miałam wrażenie, że moje policzki i szyja płoną żywym ogniem, wiedziałam
więc, że czerwienię się jak wariatka, co jeszcze bardziej mnie
zawstydziło i pogłębiło rumieniec.
Jego wargi zadrżały, gdy objął mnie wzrokiem.
- Jestem Jack Devlin. - Wyciągnął do mnie rękę.
Zaszokowało mnie to, że nawet się nie zastanawiałam. Chciałam poczuć
jego dłoń w swojej, więc jej dotknęłam. Gdy tylko to zrobiłam, on
zacisnął swoją. Nasze oczy się spotkały, oddech uwiązł mi w gardle, a moje ramiona pokryły się gęsią skórką.
Jack zmrużył powieki, wzmacniając uścisk.
Nie uścisnął mi ręki.
On po prostu ją trzymał.
To sprawiło, że poczułam sensacje w dole brzucha i wydałam z siebie
niski okrzyk zaskoczenia.
Jack spojrzał na moje usta i zacisnął zęby.
Nagle wypuścił moją rękę, a ja musiałam świadomie ją zatrzymać, żeby nie
uderzyła o ladę.
Odchrząknął i rozejrzał się po sklepie.
- Rozgościłaś się już?
Ucieszyłam się z tego pytania.
Dzięki niemu przypomniałam sobie, że Jack jest Devlinem, a jego ojca
Iana Devlina należy za wszelką cenę unikać. Nie tylko dlatego, że Iris i Ira podzielili się ze mną informacjami na temat wszystkich mieszkańców
miasteczka.
Słyszałam o Ianie Devlinie, zanim przeprowadziłam się do Hartwell.
Złożył propozycję zakupu Burger Shack, gdy tylko dowiedział się o śmierci mojej babci.
Hague sobie z nim poradził, ale ostrzegł mnie, że mam unikać Devlina.
Powiedział, że to pozbawiony skrupułów biznesmen, który dzięki usługom
prywatnych detektywów poznał moją prawdziwą tożsamość. Krępowała mnie
świadomość, że ktoś tutaj wie, kim naprawdę jestem, ale Hague wydawał
się przekonany, że w interesie Devlina nie leży powiedzieć o mnie całemu
miasteczku.
Z opowieści Iris wynikało, że jego najstarsi synowie Stu i Kerr
pracowali dla niego i byli tak samo jak on nielubiani w okolicy.
Wyjątkami byli jego córka Rebecca i młodszy syn Jack, którzy wdali się w swoją matkę Rosalie. Rosalie była powszechnie lubiana, zanim stała się
odludkiem. Jamie, najmłodszy Devlin, urodził się znacznie później i nie
można było jeszcze określić, na kogo wyrośnie.
O Jacku Iris mówiła wyłącznie dobre rzeczy. Ale ostrzegła mnie, że to
miejscowy podrywacz, który "umawia się" tylko z turystkami.
Nie był dla mnie.
Nawet gdybym nie była nieśmiałą, mamroczącą dwudziestolatką, która nie
potrafi nikomu zaufać.
- Tak, dziękuję - odparłam na jego pytanie, studiując jego mocny profil.
Odwrócił się do mnie, a ja zaczerwieniłam się jeszcze bardziej, gdy
przyłapał mnie na tym, że się na niego gapię.
Jego wargi wykrzywiły się w tym szelmowskim uśmieszku.
- Jak ci się podoba w Hartwell?
Towarzyskie pogawędki.
Byłam w nich beznadziejna.
Pokiwałam głową.
- Podoba mi się.
Uśmiechnął się. A mnie znów zabrakło tchu.
O matko.
Miał najładniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałam. Kiedy się
uśmiechał, w kącikach jego oczu pojawiały się takie seksowne zmarszczki.
Był to uśmiech łobuzerski, uśmiech kogoś, kto knuje coś niedobrego -
stanowił całkowite przeciwieństwo dobroci w jego oczach. Ogólny efekt
miał druzgocący wpływ na moje serce.
Na moich policzkach można by opiekać pianki.
Jego oczy rozbłysły. Serio!
- Cieszymy się, że cię tu mamy, Emery.
Na dźwięk głębokiego głosu, którym wypowiedział moje imię, mój żołądek
znów wykonał salto. Odetchnęłam głęboko.
- K-kawy? - wyjąkałam, odwracając się do cennika za swoimi plecami.
Gdy nie odpowiedział, znów na niego spojrzałam.
Wpatrywał się w srebrne bransoletki na moim nadgarstku.
Dziwne.
Podniósł wzrok na moją twarz, a jego głos stał się nieco bardziej
szorstki:
- Americano.
Ciesząc się, że mogę czymś zająć dłonie, obróciłam się, żeby zrobić
kawę. Nikt nie powiedział już ani słowa.
Kiedy podawał mi pieniądze, odebrałam od niego pięciodolarowy banknot
tak, żeby nasze palce się nie zetknęły. Resztę przesunęłam po ladzie.
- Dzięki.
Zmusiłam się, by znów spojrzeć mu w oczy.
- Nie ma za co.
- Do zobaczenia.
Pokiwałam głową.
Uniósł kubek na wynos w moją stronę jak do toastu, po czym odwrócił się
do wyjścia. Wstrzymywałam oddech przez cały ten czas. Dzwonek zabrzęczał
nad drzwiami, gdy wychodził.
Wypuściłam powietrze niczym przekłuty balonik i osunęłam się na ladę.
"To takie typowe dla mnie", pomyślałam. "Zabujać się w jedynym facecie,
którego nie powinnam chcieć".
3. Jack
3
Jack
Hartwell
Siedem lat temu
Pobudka z powodu telefonu od Iana nie była dla Jacka wymarzonym
początkiem dnia. Odebrał, bo wiedział, że ojciec będzie dzwonić do
skutku. Odebrał, chociaż domyślał się, o czym będą rozmawiać. Mniej
więcej co dwa miesiące Ian dzwonił do Jacka i gromił go za to, że nie
chce pracować w rodzinnej firmie. Jack nie miał pojęcia, co poza
zirytowaniem syna ojciec próbuje tymi telefonami osiągnąć.
Był jednak lek na obecny nastrój Jacka. Znajdował się przy promenadzie.
Emery robiła najlepszą kawę w mieście, więc chodził do niej codziennie
rano od poniedziałku do piątku, aby kupić sobie coś do picia przed
pracą. Kiedy rano biegali z Cooperem po plaży, szli do Emery razem, a Cooper odgrywał rolę bufora.
Cooper uważał nieśmiałość Emery za cholernie kłopotliwą. Gdyby nie kawa,
pewnie unikałby tego miejsca.
Ale nie Jack.
Jack uważał każdy jej rumieniec, każde zająknięcie się za tak urocze, że
z trudem nad sobą panował. Emery Saunders miała w sobie coś tajemniczo
kobiecego. Pragnął poznać wszystkie jej sekrety. Pragnął ją rozśmieszać,
aby dowiedzieć się, jak brzmi jej śmiech.
Pragnął być tym, który się przekona, czy cała oblewa się rumieńcem.
Emery mieszkała w Hartwell od dwóch lat, a ludzie nadal niewiele o niej
wiedzieli. Mieszkańcy miasteczka szanowali to, że jest rozpaczliwie
nieśmiała, nie chodziło więc o to, że jej nie lubili. Po prostu uważali
ją za outsiderkę, a ona nie brała udziału w życiu Hartwell i z nikim się
nie zaprzyjaźniła.
Jacka to wkurzało. Uważał, że ktoś powinien zdobyć się na wysiłek.
Rozmawiał o tym z Bailey Hartwell, która próbowała zbliżyć się do
dziewczyny, ale nic z tego nie wyszło. Bailey nie miała żadnych
hamulców, wydedukowali więc z Jackiem, że okazała się nieco zbyt
onieśmielająca dla Emery.
Przyjaźń nieśmiałej nowo przybyłej mógł zdobyć tylko ktoś bardziej do
niej podobny. Jack uznał, że powinien pogadać o tym z Cat, siostrą
Coopera. Była równie bezpośrednia jak Bailey, ale nie miała tej samej
przytłaczającej energii ani reputacji miejscowej księżniczki.
Niestety, Cat była podobna do brata i płochliwość Emery ją krępowała.
Z podejrzliwością odniosła się też do motywów Jacka, tak jak Cooper i Bailey... W końcu więc Jack przestał prosić ludzi, żeby zaopiekowali się
Emery.
Uznał, że będzie musiał to robić sam, tyle że z daleka.
Nie podejrzewał nawet, że pierwsza okazja nadarzy się tego samego ranka.
Popchnął drzwi do kawiarni, a na jego usta wypłynął uśmiech na samą
myśl, że zaraz ją zobaczy. Uśmiech zniknął na widok mężczyzny, który
agresywnie krzyczał na Emery.
- Kupiłem ją wczoraj! Dlaczego nie mogę jej zwrócić? - Mężczyzna
wymachiwał jej książką przed nosem.
Emery była purpurowa ze wstydu i zdenerwowania.
- P-proszę pana... Już... już tłumaczyłam, książka jest zniszczona. Widać,
że ją pan czytał...
- Żądam zwrotu pieniędzy, ty idiotko, i koniec dyskusji! - wrzasnął
mężczyzna, a Emery aż się cofnęła ze strachu.
Rozwścieczony Jack wcisnął się przed faceta, który czekał w kolejce,
chwycił agresora za kołnierz i odepchnął go od lady. Mężczyzna zatoczył
się i prawie przewrócił.
- Co jest, kurwa? - Zmierzył Jacka gniewnym spojrzeniem, odzyskawszy
równowagę.
Jack prawie zasztyletował go wzrokiem.
- Nie będziesz się wyżywać na kobietach w moim miasteczku, dupku.
Mężczyzna pomachał na niego książką.
- Ta suka nie chce mi zwrócić forsy.
Och, tak bardzo chciał uderzyć frajera. Podszedł o krok bliżej.
- Uważaj, co mówisz, albo cię do tego zmuszę.
Mężczyzna przełknął ślinę.
- Stary, groźby nie są konieczne. Chcę tylko zwrotu kasy.
- Groźby nie są konieczne? A twoim zdaniem wrzeszczenie na kobietę w jej
własnym lokalu to nie groźba? - Jack spojrzał na książkę. Grzbiet był
połamany, kartki upstrzone piaskiem. - To nie jest cholerna biblioteka.
Kupiłeś książkę, przeczytałeś książkę, pieprzona transakcja zakończona.
Jasne?
- No...
Jack stanął tuż przed nim, co skutecznie uciszyło agresora.
- Nie obchodzi mnie, jaki masz problem i dlaczego musisz traktować
kobiety jak gówno, żeby poczuć się jak prawdziwy facet. Nie jesteś
prawdziwym facetem. Jesteś pluskwą. Pluskwą, którą zmiażdżę butem, jeśli
jeszcze kiedyś zobaczę cię tutaj albo w ogóle w pobliżu Emery. Jasne?
W oczach mężczyzny płonął gniew, ale tchórzostwo wygrało. Bez słowa
wymaszerował ze sklepu, trzaskając drzwiami.
Kutas.
Jack odwrócił się do Emery, która wyglądała na oszołomioną. - Wszystko w porządku?
Pokiwała powoli głową.
Przywołał gestem mężczyznę, który stał w kolejce z zawstydzoną miną. Ta
mina wzięła się pewnie stąd, że tylko się przyglądał, jak ktoś znęcał
się nad Emery. Gdy tylko dostał swoją kawę i wyszedł, Jack został w kawiarni sam na sam z dziewczyną.
Uwielbiał te chwile samotności i nienawidził ich.
Emery stanowiła uosobienie pokusy.
Nie mógł jej mieć.
Ale tak kurewsko jej pragnął.
Krew nadal w nim buzowała po potyczce z tym małym gnojkiem, tym trudniej
było mu więc ignorować siłę tego pragnienia.
Podchodził do lady, rozkoszując się tym, jak na niego patrzyła. Za
każdym razem, gdy spotykał ją w miasteczku, miała taki sam nieobecny
wyraz twarzy, jakby znajdowała się gdzieś indziej. Z taką samą miną
obsługiwała klientów. Ale nie jego. On zawsze skupiał na sobie całą jej
uwagę.
Podobało mu się to bardziej, niż potrafiłby wyrazić słowami.
- Na pewno wszystko w porządku? - zapytał, gdy zaczęła przyrządzać
americano dla niego i Coopera, nie czekając na zamówienie.
Pokiwała głową, zerkając na niego przez ramię.
- Dziękuję.
- To się często zdarza?
- Niezadowoleni klienci?
- No. - Nie podobała mu się myśl, że przez większość czasu jest tutaj
sama. Powinna kogoś zatrudnić. Myślał, że to zrobi. Ale od dwóch lat
pracowała sama.
- Czasami, ale rzadko bywają niemili. - Postawiła jego kawę na ladzie. -
Na pewno nie do tego stopnia. Przykro mi, że musiałeś być tego
świadkiem. Żałuję, że nie radzę sobie lepiej w konfrontacjach.
- Ja nie żałuję. Cieszę się, że mogłem przy tym być. Ten dupek ma ze
sobą jakieś problemy. Nie chodziło o ciebie.
Znów pokiwała głową.
Frustrowała go ta troską o nią, którą czuł.
- Dlaczego się z kimś tutaj nie zaprzyjaźnisz?
Znów się zaczerwieniła. Biała sukienka pod krótkim fartuszkiem miała
dekolt karo, Jack zauważył więc, że jej skóra tam również oblała się
rumieńcem. Starał się nie patrzeć. Wiecznie starał się nie patrzeć.
Rękawy sukienki były wąskie od barku do łokcia, wydymały się pomiędzy
łokciem a nadgarstkiem i kończyły ściągaczami. Góra sukienki była
obcisła, podkreślała idealne piersi i wąską talię, a rozkloszowywała się
na biodrach. Emery stała za ladą, więc nie potrafił określić długości
spódnicy, widział tylko luźny materiał wokół bioder.
Miała na sobie mnóstwo srebrnej biżuterii, a włosy splotła na boku w wymyślny warkocz, który spływał na jej prawą pierś.
Emery Saunders wyglądała jak księżniczka z bajki, która ożyła.
Albo jak anioł.
Właśnie. Jak cholerny anioł.
Jack od razu zapragnął chronić ją przed wszystkim, uzbroić ją w metaforyczny miecz i nauczyć walczyć o siebie, chciał pobrudzić te
anielskie skrzydła kotłowaniną w łóżku, podczas której miałaby na sobie
tylko tę srebrną biżuterię. Chciał usłyszeć jej pobrzękiwanie tak
bardzo, że aż bolało.
Chryste, do tego stopnia pogrążył się w wygłodniałych myślach, że w sumie zapomniał, o co ją zapytał, gdy odpowiedziała:
- To nie takie łatwe.
Przypomniał sobie, że pytał o zawieranie przyjaźni, oparł dłonie na
ladzie i pochylił się ku niej. Jej wzrok padł na jego usta, a on poczuł
ucisk w żołądku.
Wiedział, że ją pociąga.
Ta świadomość sprawiała, że opieranie się pokusie było cholernie trudne.
- Dlaczego?
- T-trudno mi rozmawiać z ludźmi.
- Ze mną umiesz rozmawiać.
- Cóż... - Zmarszczyła czoło. - Nie sądzę, aby omawianie mojej
nieśmiałości kwalifikowało się jako rozmowa.
- Okej. - Odsunął się od lady i skrzyżował ręce na piersi. - Emery,
piękny mamy dzisiaj dzień, nie sądzisz?
Jej wargi zadrżały z rozbawienia, a on urósł od tego o pięć metrów.
- Tak, jest bardzo przyjemnie.
- Duży dzisiaj ruch?
- Każdego ranka jest duży ruch. Ludzie potrzebują kawy. Idziesz do
pracy?
Zachwycony tym, że zadała mu pytanie, uśmiechnął się do niej szeroko.
- Tak. Jadę do restauracji w Dewey Beach, którą odnawiamy.
- Lubisz swoją pracę?
- Owszem. A ty swoją?
- Dziwne, ale tak. Kiedy otwierałam, uznałam, że może to błąd... No wiesz,
w związku z tym, jak trudno mi się rozmawia z ludźmi. Ale lubię to.
Uwielbiam być otoczona książkami. - Objęła gestem stosy książek za jego
plecami, a srebrne bransoletki zabrzęczały na jej nadgarstku.
- Jak długo ciągnie się ten romans z książkami?
Uśmiechnęła się do niego otwarcie, a on odczuł to jak uderzenie w splot
słoneczny. Najsłodszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widział. Uśmiech jak
wschód słońca nad oceanem. Jego zdaniem nie było na świecie nic
piękniejszego niż obserwowanie, jak słońce rozpoczyna swoją leniwą
wędrówkę po niebie. Jak przesuwa się ponad wodą, a niebo nabiera przez
to odcieni od fioletu do różu i pomarańczy. Nigdy nie widział nic równie
zachwycającego jak wschód słońca nad Hart's Boardwalk. Dopóki nie
zobaczył uśmiechu Emery Saunders. Chryste, była taka piękna. I nie miała
o tym pojęcia. Stanowiła całkowite przeciwieństwo żony Coopera, która
wiedziała, że jest pięknością, i wykorzystywała ten atut, by dostać to,
czego chciała.
- Odkąd skończyłam pięć lat. Przekształcił się w obsesję, gdy miałam
dwanaście.
- Dlaczego?
Opuściła wzrok.
- Zginęli wtedy moi rodzice i dziadek. Zamieszkałam z babcią. -
Podniosła na niego oczy, jakby nie mogła uwierzyć, że mu to powiedziała.
Oczywiście sprawdził ją już wcześniej i wiedział z prasy o śmierci jej
rodziny w katastrofie prywatnego samolotu.
- Bardzo mi przykro, Em.
Jej oczy zogromniały, być może z powodu tego zdrobnienia.
- Dziękuję. To było dawno temu.
- I tak ci współczuję.
Po kilku sekundach przyglądania się mu zapytała:
- Czy ty i Cooper...
Urwała, gdy zabrzęczał dzwonek nad drzwiami, i odwróciła się w stronę
wchodzącego klienta.
Jack obejrzał się przez ramię poirytowany tym, że im przerwano. Jego
irytacja jeszcze się pogłębiła, gdy zobaczył, kto im przeszkodził.
Dana.
Wysoka, szczupła i opalona właścicielka wysportowanego ciała i niezłych
cycków weszła do środka pewnym krokiem, który wyglądałby seksownie w przypadku każdej innej kobiety. Jack rozumiał, co pod kątem czysto
wizualnym Cooper widział w swojej małżonce. Miała gęste, jedwabiste,
jasnobrązowe włosy i lodowato niebieskie oczy uniesione w kącikach jak u kota. Idealny mały nosek i pełne, zmysłowe usta. Wysokie kości
policzkowe. Nieskazitelną cerę.
Przeszła przez salę, mierząc Emery i Jacka lodowatym wzrokiem. Nawet nie
zauważył, co miała na sobie. Wiecznie popisywała się swoją figurą w letnich sukienkach, które jego zdaniem wszystkie wyglądały tak samo,
różniły się tylko kolorem.
- Tak mi się wydawało, że cię widziałam, gdy przechodziłam. - Zatrzymała
się przy ladzie i spojrzała na niego i na Emery z nikłym uśmieszkiem,
który nie objął oczu. - Nazywam się Dana Lawson.
Emery z zawstydzeniem przestąpiła z nogi na nogę i pokiwała głową.
Dana uniosła idealnie wyskubaną brew.
- Umiesz mówić?
- Dana - mruknął ostrzegawczo Jack.
- To tylko pytanie. - Uśmiechnęła się do niego. - W sumie weszłam, by
cię zapytać, czy lubisz mostek pieczony, Jack. Kupiliśmy wolnowar i Cooper myśli o tym, żeby zrobić mostek na obiad w czwartek. Chciał cię
zaprosić.
- W porządku.
Nie zamierzała wychodzić, choć patrzył na nią znacząco.
Odepchnęła się od lady.
- Odprowadzę cię do Coopera.
Przyznając, że wszelkie postępy, które poczynił z Emery, zastopowała irytująca małżonka jego najlepszego kumpla, westchnął ciężko. Spojrzał na dziewczynę za ladą, która mierzyła jego i Danę swoimi inteligentnymi oczami. Zapłacił jej za kawę. - Życzę ci wspaniałego dnia, Emery. - Uśmiechnął się do niej lekko.
Odwzajemniła uśmiech, biorąc od niego pieniądze.
- Ja tobie również, Jack.
Po raz pierwszy zwróciła się do niego po imieniu.
Nie zamierzał kłamać - poczuł to w podbrzuszu, kutasie i w nagle
przyspieszonym tętnie.
Pragnienie, by pieprzyć to wszystko, chwycić ją za kark i zacałować na
śmierć, odezwało się niczym niemal niepohamowane swędzenie tuż pod
skórą. Zamiast się mu poddać, uniósł kawę jak do toastu i wyszedł z księgarnio-kawiarni razem z Daną.
Gdy tylko stanęli na chodniku, Dana prychnęła śmiechem.
- Proszę, powiedz mi, że z nią nie flirtowałeś.
Naburmuszyła się, kiedy nie zareagował.
- Jack, stać cię na znacznie więcej niż nieśmiały mól książkowy.
- Nie uganiam się za Emery Saunders - syknął, otwierając drzwi do baru
Coopera. - Wiesz, że nie szukam poważnego związku.
Ta odpowiedź ją usatysfakcjonowała. Aż za bardzo.
Ostatnio nieco przesadnie interesowała się tym, kogo Jack zaprasza do
łóżka. To go niepokoiło.
Uspokoiło go trochę pojawienie się Coopera, który wyszedł zza baru,
wziął od niego kawę i objął Danę ramieniem w pasie.
Dana przytuliła się do męża, uśmiechając się do niego tak, jakby
naprawdę go kochała.
Być może Jack przesadzał z podejrzliwością wobec niej.
Winił o to dorastanie w domu Iana Devlina.
Cooper upił łyk kawy z kubka i westchnął.
- Ta dziewczyna bez wątpienia umie zaparzyć dobrą kawę.
Dana prychnęła drwiąco.
- W zasadzie tylko to potrafi. Ludzie myślą, że to nieśmiałość, ale moim
zdaniem jest trochę tępa.
Cooper przewrócił oczami.
- Nie sądzę.
- Daj spokój. Przywitałam się z nią, a ona miała taką minę, jakby mnie w ogóle nie zauważyła.
- I to jest dowód na to, że wcale nie jest tępa. - Jack odwrócił się na
pięcie i wyszedł, zanim Cooperowie zareagowali na ukrytą obelgę.
Nikt nie będzie w jego obecności krytykować Emery Saunders.
Nigdy.
4. Emery
4
Emery
Hartwell
Siedem lat temu
Po ciągnących się tygodniami niezbyt subtelnych aluzjach Iris do
dorocznego letniego festiwalu muzycznego organizowanego w Hartwell
poddałam się i zgodziłam się wziąć w nim udział.
Zamknęłam lokal na całe popołudnie i przeszłam po promenadzie ku Main
Street. Kiedy mijałam Cooper's Bar, budynek sąsiadujący z moim,
zauważyłam, że jest otwarty, co oznaczało zapewne, że personel pracuje.
Według Iris sam Cooper uczestniczył we wszystkich organizowanych w miasteczku imprezach.
Za barem znajdował się Old Boardwalk Hotel, największy i najwyższy
budynek przy promenadzie. Pochodził z przełomu wieków, został wybudowany
z czerwonej cegły, miał małe okna w białych ramach. Ilekroć go mijałam,
zachwycałam się jego historią, ale żałowałam, że z pokojów nie można się
cieszyć spektakularnym widokiem na ocean.
Jego właściciel nie mieszkał w Hartwell. Był grubą rybą w świecie
nieruchomości, pochodził z Florydy, a zarządzanie hotelem powierzał
personelowi. Z ciekawości zajrzałam kiedyś do środka - nieco pachnące
stęchlizną wnętrza domagały się renowacji.
Iris mówiła, że hotel Bailey, Hart's Inn, na północnym końcu promenady
zawsze jest całkowicie zabukowany, ponieważ ludzie woleli zatrzymywać
się tam niż w Old Boardwalk. Nie dziwiłam się im. Pensjonat w stylu
Nowej Anglii był piękny, kryty białym gontem, z rozłożystą werandą i tarasem na dachu, z którego widać było wodę.
Z Old Boardwalk Hotel sąsiadował sklepik z pamiątkami George'a Beckwitha, sprzedający uwielbiane przez turystów tandetne suweniry. Obok
sklepu stała Antonio's, tego dnia działająca pod kierownictwem Iry,
ponieważ Iris umówiła się ze mną na Main Street za dziesięć minut.
Minęłam pizzerię, sklep dla surferów i budkę z lodami pana Shickle'a, aż
doszłam do sceny przy Main, na której jakiś zespół już rozstawiał
sprzęt. Miasto wynajęło kilka grup muzycznych na cały dzień, a miejscowi
przedsiębiorcy ustawili stoiska, na których sprzedawali wszystko, od
pamiątek muzycznych po biżuterię.
Na przykręconej do podium tabliczce można było przeczytać legendę o Hartwell, która wyjaśniała turystom, dlaczego promenada nazywa się
"Hart's Boardwalk". W 1909 roku ulubienicą miasteczka była Eliza,
siostra prababci Bailey Hartwell. Rodzina założycieli Hartwell miała
pieniądze i władzę, a od Elizy, najstarszej córki, oczekiwano, że dobrze
wyjdzie za mąż. Spotkała jednak hutnika pracującego dla położonej poza
miastem Station Railroad Company i zakochała się w nim. Jonasa
Kellermana, przodka Dany Kellerman Lawson, uważano za nieodpowiednią
partię dla Elizy... A poza tym był znanym oszustem. Zabroniono im się
pobrać.
Rodzina doprowadziła do zaręczyn Elizy z synem zamożnego przedsiębiorcy.
W wigilię swojego ślubu zrozpaczona dziewczyna weszła do oceanu. Jonas
spacerował po promenadzie z przyjaciółmi, zobaczył ją i pobiegł za nią.
Legenda głosiła, że udało mu się do niej dopłynąć, ale fale zabrały ich
oboje. Nigdy więcej ich nie widziano. Jonas poświęcił życie dla swojej
miłości, co dało początek magii. Po śmierci Elizy i Jonasa kolejne
pokolenia urodzonych w Hartwell spotykały małżonków na deskach
promenady, a ich miłość trwała przez całe życie. Wszyscy, którzy
spacerowali po promenadzie i darzyli się prawdziwą miłością, mogli
liczyć na to, że miłość ta będzie trwać wiecznie, niezależnie od
okoliczności.
Choć było to tragiczne wydarzenie, bardzo mi się podobało, że miasto
zostało zbudowane na takiej legendzie. Przemawiała ona do mojej duszy
romantyczki... i mogła przyczynić się do tego, że zamieszkałam w Hartwell.
Obserwując ruchliwą Main Street i tłumy oblegające stoiska, ludzi,
którzy spacerowali i rozmawiali, znów zaczęłam się zastanawiać nad tą
decyzją. Mieszkałam w Hartwell od dwóch lat i wciąż nie zadzierzgnęłam
innych relacji niż ta z Iris Green.
Przy czym nawet jej dawałam tylko tyle, by nie wychodzić poza swoją
strefę komfortu. Czyli niedużo. Poczułam przypływ melancholii.
Czas i dystans unaoczniły mi, że moja nieśmiałość bez wątpienia sięgała
korzeniami zachowania moich rodziców. Kiedy mówiłam do nich jako
dziecko, ignorowali mnie, w oczywisty sposób ich nudziłam, czasami wręcz
mnie lekceważyli. Doszło do tego, że nie chciałam mówić z obawy, że
padnę ofiarą kpin albo zostanę uznana za nieważną. Łatwiej było stać się
niewidoczną, niż znosić to, że oni mnie taką czynili. Byłam przy nich
nieśmiała, ponieważ zależało mi na tym, co o mnie myślą.
Z kolei całkiem inaczej zachowywałam się wobec domowego personelu, w tym
mojej niani. Przy nich nie byłam nieśmiała. Byłam wściekła. Nie
przypominałam pogodnego dziecka. Tak bywa w przypadku osób, które
otrzymują wszystko, czego chcą... poza miłością i uwagą rodziców.
Zaniedbywana i ignorowana przez dwie osoby, które powinny najbardziej
mnie kochać, wyładowywałam swój gniew i frustrację na otaczającym mnie
personelu.
Wzdrygnęłam się.
Musieli mnie naprawdę nienawidzić.
To wszystko się zmieniło, kiedy zamieszkałam z babcią. Babcia nie
emanowała ciepłem, wierzyła w klasowość, status i pozycję społeczną.
Uważała, że nasza rodzina przewyższa wszystkie inne pod każdym względem,
ale też że wszystkim, w tym również personelowi domowemu, należy się
najwyższy szacunek. Raz usłyszała, jak warczę na jej gospodynię - kazała
mi przeprosić ją przy wszystkich pracownikach, a do tego przeniosła mnie
do pozbawionego wszelkich rozrywek pokoju gościnnego. Po powrocie ze
szkoły mogłam odrobić zadanie domowe i zjeść, a potem byłam odsyłana do
pokoju, gdzie przez dwa tygodnie usychałam z nudów.
Co ciekawe, spodobało mi się, że babci zależy na mnie na tyle, by
nauczyć mnie manier.
Nigdy więcej nie odezwałam się do członka personelu w podobny sposób.
Zamiast tego wobec nich również zaczęłam zachowywać się nieśmiało, bo
stało się dla mnie ważne to, co o mnie myślą. Zależało mi też na opinii
babci.
Kochałam ją, ale niełatwo się z nią mieszkało. Za surową fasadą ukrywała
złamane serce, przerażała ją myśl, że utraci jedynego członka rodziny,
który jej pozostał. Byłam więc chroniona. Nie pozwalano mi na żadne
zajęcia pozaszkolne, chyba że odbywały się na terenie posiadłości.
Żadnych chłopców, szkolnych wycieczek, uczelni wyższych położonych poza
stanem Nowy Jork. Nie pozwoliła mi nawet wziąć udziału w balu
debiutantek, choć pozwoliła na to mojemu ojcu, który towarzyszył mojej
matce, gdy debiutowała w towarzystwie.
Całkowite wykluczenie z normalnego nastoletniego życia sprawiło, że dla
dzieciaków w mojej szkole stałam się outsiderką. Zaczęły się drwiny i zastraszanie - tak jak w przypadku rodziców, miałam coraz większe
trudności z wypowiadaniem się w obawie przed reakcjami. Zamknęłam się
więc w sobie. Przestałam snuć plany na studia. Na jakąkolwiek
przyszłość.
Tripp Van Der Byl tylko pogorszył sytuację.
Wyrzuciłam go z myśli, gdy tylko w nie wkroczył.
Od śmierci babci upłynęły trzy lata, a ja nadal nie wiedziałam, jak
zburzyć ten obronny mur, którym się otoczyłam, gdy miałam dwanaście lat.
Pokusa, by zawrócić, okazała się silna, ale obiecałam Iris, że się z nią
spotkam. Rozglądałam się w tłumie, aż w końcu zauważyłam ją przy jednym
ze stoisk, pogrążoną w rozmowie z dwiema kobietami, które rozpoznałam.
O cholera.
Stoisko należało do oszałamiającej brunetki o gładkiej oliwkowej cerze.
Była niska, lecz miała piękną, krągłą sylwetkę.
Dahlia McGuire.
Uśmiechała się i witała się ze mną, ilekroć mijałyśmy się na ulicy, ale
poza tym wiedziałam o tej młodej kobiecie tylko tyle, że prowadziła
sklep z upominkami położony obok pensjonatu Bailey. W przeciwieństwie do
George'a Dahlia sprzedawała jednak, zdaniem Iris, rzeczy unikatowe, w tym biżuterię własnej roboty. Uznałam, że to wspaniałe, iż Dahlia jest
złotniczką - gdyby nie to, że unikałam miejscowych, którzy na pewno
chcieliby o różne rzeczy pytać, już dawno odwiedziłabym jej sklep.
Nie chciałabym, by ktoś się dowiedział, z jakiej rodziny pochodzę.
Ludzie zaczynali traktować cię inaczej, kiedy okazywało się, że jesteś
warta miliardy dolarów.
To dlatego przedstawiałam się jako Emery Saunders. Było to moje drugie
imię i panieńskie nazwisko mojej matki. Fakt, nie trzeba geniusza, aby
mnie zdemaskować (jak udowodnił Ian Devlin), ale nazwisko Paxton na
pewno przyciągałoby więcej uwagi.
Gdyby to ode mnie zależało, odsprzedałabym swoje większościowe udziały w firmie innym udziałowcom, ale obiecałam babci, że tego nie zrobię.
Ciążyła mi ta obietnica.
Nie chciałam takiej odpowiedzialności.
Co więcej, dziedzictwo Paxtonów wiele mnie już kosztowało. Dla moich
rodziców i dziadka firma zawsze była najważniejsza. Znaczyła wiele dla
mojej babci, ale nie tyle co ja. Z szacunku dla ciężkiej pracy swojego
męża kazała mi jednak złożyć tę obietnicę.
Czując nerwowy ucisk w żołądku, utorowałam sobie drogę do Iris, która
pomachała do mnie, kiedy tylko mnie zauważyła. Przy stoisku stała z nimi
jeszcze Bailey Hartwell.
Bailey była ekspansywną osobą, którą wszyscy wokół uwielbiali. Jej
rodzice niedawno przeszli na emeryturę i pozostawili jej prowadzenie
pensjonatu, dzięki czemu Bailey znalazła się, według Iris, w siódmym
niebie.
Szczupły rudzielec należał do tych kobiet, które stają się o wiele
bardziej atrakcyjne, gdy zaczynasz z nimi rozmawiać. Na pierwszy rzut
oka ze swoją brzoskwiniowo-kremową cerą i chmurą złotych piegów na nosie
i policzkach wydawała się typową dziewczyną z sąsiedztwa. Kiedy jednak
trochę się ją poznało, określenie "dziewczyna z sąsiedztwa" nagle
stawało się zbyt przyziemne. Bailey była charyzmatyczna, przyjacielska,
elokwentna i miała cudowny uśmiech.
Onieśmielała mnie swoją bezpośredniością. Głównie dlatego, że nie
wiedziała, co to są granice, i zadawała bardzo osobiste pytania, na
które nie chciałam odpowiadać.
Dlatego też unikałam Bailey.
Chyba że Iris podstępem stawiała mnie w takich sytuacjach jak ta.
Niech to szlag.
Mamrocząc do siebie pod nosem, zmusiłam się, by iść dalej.
- Tu jesteś! - zawołała Iris, gdy się zbliżyłam.
Uśmiechnęłam się do niej słabo, a ona roześmiała się znacząco.
- Cześć, Emery! - Bailey wyjrzała sponad ramienia Iris i rozpromieniła
się na mój widok. - Przyszłaś!
Jej również posłałam słaby uśmiech. Zaraz jednak mój wzrok przyciągnęły
metalowe błyski na ladzie i biżuteria Dahlii szybko pochłonęła całą moją
uwagę.
Podeszłam bliżej.
- Cześć, chyba jeszcze się nie znamy.
Oderwałam wzrok od biżuterii. Dahlia wyciągnęła do mnie rękę. Zauważyłam
jej akcent i przypomniałam sobie, jak Iris mówiła, że Dahlia pochodzi z Bostonu. Uścisnęłam jej dłoń.
- Cześć.
- Jestem Dahlia.
- Emery. - Znów skupiłam się na biżuterii.
Dziewczyna miała talent. Zobaczyłam co najmniej pięć par kolczyków,
które chciałam mieć.
Chciałam również wszystkie pierścionki.
- Lubisz srebro, co?
Srebrne bransoletki zabrzęczały na moim nadgarstku, gdy założyłam włosy
za ucho.
Biżuteria była moim jedynym przejawem buntu wobec babci. Ona preferowała
perły i diamentowe kolczyki. Prosta elegancja.
Ja wierzyłam, że nie istnieje coś takiego jak "za dużo ozdób". A kiedy
skończyłam osiemnaście lat, przyjęłam własny styl.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki