To, co bezcenne - Danielle Steel

Kup ebooka

34.30 zł
27.78 zł (27,44 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Tim­mie Par­ker sie­dzia­ła z pod­wi­ni­ętą nogą przy biur­ku. Gdy na­ra­stał po­ran­ny stres, nie­cier­pli­wie ści­ągnęła dłu­gie blond wło­sy gum­ką, a do po­łud­nia w kit­kę we­tkni­ęte były już czte­ry ołów­ki i dłu­go­pis. Mia­ła na so­bie czy­stą, choć wy­mi­ętą ko­szu­lę w szkoc­ką kra­tę z pod­wi­ni­ęty­mi ręka­wa­mi, pod nią pod­ko­szu­lek na ra­mi­ącz­kach, a do tego po­dar­te dżin­sy, tramp­ki Co­nver­se i zero ma­k?a­żu. Po ojcu odzie­dzi­czy­ła wy­so­ką, smu­kłą syl­wet­kę. Mie­rzy­ła metr osiem­dzie­si­ąt na bo­sa­ka, li­czy­ła so­bie dwa­dzie­ścia dzie­wi­ęć lat i mia­ła uko­ńczo­ne stu­dia ma­gi­ster­skie w za­kre­sie opie­ki spo­łecz­nej na Uni­wer­sy­te­cie Co­lum­bia. Obec­nie pra­co­wa­ła w fun­da­cji, któ­rej mi­sją było wy­szu­ki­wa­nie ta­nich, do­stęp­nych miesz­kań dla spe­łnia­jących od­po­wied­nie wa­run­ki przed­sta­wi­cie­li no­wo­jor­skiej po­pu­la­cji bez­dom­nych, i od szó­stej rano sie­dzia­ła przy biur­ku, usi­łu­jąc nad­ro­bić za­le­gło­ści. Na bla­cie pi­ętrzył się stos te­czek. Tim­mie naj­chęt­niej da­ła­by dach nad gło­wą ka­żde­mu po­trze­bu­jące­mu, ale wie­dzia­ła, że je­śli będzie mia­ła szczęście, to nie­ustępli­wie ko­ła­cząc do agen­cji rządo­wych i in­nych źró­deł, z któ­rych ko­rzy­sta­li, znaj­dzie go dla jed­nej czy dwóch osób, któ­re "spe­łnia­ły wa­run­ki". To okre­śle­nie - spe­łnia­jący wa­run­ki - było wy­try­chem słu­żącym do od­fil­tro­wy­wa­nia tych, któ­rzy po­trze­bo­wa­li domu naj­bar­dziej.

Był skwar­ny lip­co­wy dzień, a kli­ma­ty­za­cja w biu­rze jak zwy­kle nie dzia­ła­ła. Już wie­dzia­ła, że będzie to je­den z tych dni, kie­dy nic nie idzie tak, jak czło­wiek by chciał, i że jej naj­bar­dziej zde­spe­ro­wa­ni pod­opiecz­ni do­sta­ną złe wia­do­mo­ści. Gorz­kie za­wo­dy to był jej chleb po­wsze­dni. Żyła w sta­nie nie­ustan­nej ura­zy i wście­kło­ści na nie­spra­wie­dli­wy sys­tem, któ­ry nie po­tra­fił sku­tecz­nie po­ma­gać po­trze­bu­jącym. Po­moc bez­dom­nym była jej pa­sją, od­kąd sko­ńczy­ła kil­ka­na­ście lat. Była wra­żli­wa i pe­łna tro­ski, choć często wpa­da­ła w gniew. Jako na­sto­lat­ka nie­rzad­ko wy­gła­sza­ła pod­czas obia­du całe ty­ra­dy na te­mat pro­ble­mów spo­łecz­nych i od­tąd cały swój czas po­świ­ęci­ła temu, by coś zro­bić w tej spra­wie. Przede wszyst­kim ni­g­dy się nie pod­da­wa­ła - nie­zmor­do­wa­nie pra­co­wa­ła na rzecz tych, któ­rym po­sta­no­wi­ła słu­żyć. Kie­dy zna­la­zła lu­dziom dom, nie opusz­cza­ła ich, na­dal była przy nich. Po­zo­sta­wie­ni sami so­bie w mi­kro­sko­p?nym rządo­wym miesz­kan­ku, bez sys­te­mu wspar­cia, na któ­rym po­le­ga­li, ży­jąc na uli­cy, nie­rzad­ko wpa­da­li w de­pre­sję i roz­pacz i na se­rio mo­żna było oba­wiać się sa­mo­bójstw.

Tim­mie mia­ła dzie­si­ąt­ki po­my­słów, jak spra­wić, żeby spra­wy szły le­piej, ale ni­g­dy nie było na to dość pie­ni­ędzy ani lu­dzi do pra­cy. W do­bie kry­zy­su go­spo­dar­cze­go ci­ęto pro­gra­my wal­ki z ubó­stwem, szczu­pla­ły też za­so­by pry­wat­nych fun­da­cji, a w rządzie ni­ko­go to nie ob­cho­dzi­ło. Pa­trząc, jak jej klien­ci ba­lan­su­ją na kra­wędzi w ocze­ki­wa­niu rok czy jesz­cze dłu­żej na bez­płat­ny de­toks albo za­kwa­li­fi­ko­wa­nie się do przy­dzia­łu ja­kie­goś da­chu nad gło­wą, Tim­mie mia­ła wra­że­nie, że usi­łu­je opró­żnić oce­an na­parst­kiem. Ko­bie­ty na uli­cy ra­dzi­ły so­bie go­rzej niż mężczy­źni, a w schro­ni­skach często sta­wa­ły się ofia­ra­mi bru­tal­nych prze­stępstw. Tim­mie co­dzien­nie wy­dep­ty­wa­ła ście­żki w urzędach i wy­ko­ny­wa­ła mnó­stwo pa­pier­ko­wej ro­bo­ty, po­ma­ga­jąc lu­dziom wy­pe­łnić po­da­nia o za­si­łek z ty­tu­łu nie­pe­łno­spraw­no­ści czy wnio­ski o wy­da­nie do­wo­du oso­bi­ste­go. Naj­bar­dziej przej­mo­wa­ła się mło­dzie­żą, ale dla mło­dych ła­twiej było zna­le­źć ja­kiś pro­gram po­mo­cy, byli też bar­dziej za­rad­ni, je­śli cho­dzi o prze­trwa­nie na uli­cy. Dziś do po­łud­nia wi­dzia­ła się już z sze­ścior­giem klien­tów, a po po­łud­niu mia­ła się spo­tkać z tu­zi­nem ko­lej­nych. Rzad­ko wy­cho­dzi­ła z biu­ra wcze­śniej niż o ósmej czy dzie­wi­ątej wie­czo­rem, cza­sem zo­sta­wa­ła do pó­łno­cy, a rano przy­cho­dzi­ła na dłu­go przed roz­po­częciem pra­cy. Pra­ca to było jej ży­cie i w tej chwi­li nie pra­gnęła ni­cze­go wi­ęcej.

Pod ko­niec stu­diów miesz­ka­ła przez ja­kiś czas z mężczy­zną, któ­ry zdra­dził ją z jej naj­lep­szą przy­ja­ció­łką. Pó­źniej była w zwi­ąz­ku z in­nym i ten też ją zdra­dził, choć przy­naj­mniej nie ze zna­jo­mą. Ze­rwa­ła z nim i od­tąd całą pa­sję i ener­gię prze­la­ła na pra­cę; od dwóch lat nie spo­ty­ka­ła się z ni­kim. Często mó­wi­ła, że ko­bie­ty w jej ro­dzi­nie nie mają szczęścia. Młod­sza sio­stra Ju­liet­te mia­ła nie­usta­jącą skłon­no­ść do sła­be­uszy. Czer­pa­li z niej, jak dłu­go się dało, wy­ko­rzy­sty­wa­li jej życz­li­wo­ść i do­broć, po czym, kie­dy już do­sta­li wszyst­ko, co mo­gli, rzu­ca­li ją dla in­nej. Przy czym je­dy­ną za­sko­czo­ną była wów­czas Ju­liet­te. Pła­ka­ła ca­ły­mi mie­si­ąca­mi, a po­tem znaj­do­wa­ła in­ne­go, któ­ry trak­to­wał ją do­kład­nie tak samo.

Mat­ka, Véro­ni­que, cho­ciaż od roz­wo­du mi­nęło dwa­dzie­ścia lat, wci­ąż była w życz­li­wych sto­sun­kach ze swo­im przy­stoj­nym, pe­łnym cza­ru eks­ma­łżon­kiem, któ­ry tak samo ją zdra­dzał. W pew­nej chwi­li zo­rien­to­wa­ła się, że przez cały czas trwa­nia ich ma­łże­ństwa mie­wał inne ko­bie­ty, aż wresz­cie wy­lądo­wał u boku dwu­dzie­sto­trzy­let­niej su­per­mo­del­ki i na tym za­ko­ńczy­ło się ich ma­łże­ństwo. Od tego cza­su ci­ągle wi­dy­wa­no go z ład­ny­mi dziew­czy­na­mi, a Véro­ni­que go uspra­wie­dli­wia­ła, mó­wi­ąc: "Wie­cie, jaki jest oj­ciec". Tim­mie bar­dzo do­brze wie­dzia­ła, jaki oj­ciec jest, i ko­niec ko­ńców do­szła do wnio­sku, że wszy­scy mężczy­źni są tacy sami. Cza­ru­sie, często przy­stoj­ni, rzad­ko uczci­wi, okła­mu­ją ko­bie­ty, zdra­dza­ją je i wy­ko­rzy­stu­ją. Wła­śnie dla­te­go ni­g­dy nie była bli­sko z oj­cem i prze­ra­zi­ło ją od­kry­cie, że jej mężczy­zna jest taki sam, choć ani tak przy­stoj­ny, ani tak pe­łen wdzi­ęku jak oj­ciec, któ­ry był mi­strzem uwo­dze­nia. Mało któ­ra po­tra­fi­ła mu się oprzeć. Uwo­dził sku­tecz­nie nie­mal wszyst­ko, co się ru­sza, i Tim­mie za­częła nie­na­wi­dzić tej ce­chy. Nie cier­pia­ła cza­ru­siów, a mat­ka i sio­stra oska­rża­ły ją, że nie cier­pi mężczyzn w ogó­le. Nie, upie­ra­ła się, wy­łącz­nie tych, co kła­mią i zdra­dza­ją, a ta­kże tych, któ­rym zda­wa­ła się po­do­bać. Na­tych­miast za­kła­da­ła, że z fa­ce­tem jest coś nie tak, sko­ro chce z nią być.

Tyl­ko naj­młod­sza sio­stra, Joy, unik­nęła tego losu. Za­wsze była ulu­bie­ni­cą ojca, bo była ślicz­na i sza­le­nie po­dob­na do mat­ki, któ­ra ma­jąc pi­ęćdzie­si­ąt dwa lata, wci­ąż ucho­dzi­ła za pi­ęk­no­ść. Obie, i Véro­ni­que, i Joy, mia­ły buj­ne ciem­ne wło­sy, por­ce­la­no­wo­bia­łą cerę i fio­łko­we oczy, choć Joy była wy­ższa od mat­ki i pod­czas stu­diów do­ra­bia­ła jako mo­del­ka. Od­kąd tyl­ko na­uczy­ła się mó­wić, za­wsze po­tra­fi­ła owi­nąć so­bie ojca wo­kół pa­lusz­ka i do­stać od nie­go wszyst­ko, co chcia­ła, z in­ny­mi była jed­nak na dy­stans. Naj­bar­dziej z nich trzech nie­za­le­żna, rów­nież mężczyzn trak­to­wa­ła z dy­stan­sem. Nie­trud­no było za­uwa­żyć, że boi się zra­nie­nia. Za­wsze za­da­wa­ła się z ta­ki­mi, któ­rzy miesz­ka­li na prze­ciw­le­głym wy­brze­żu albo byli, jak ona, sku­pie­ni na pra­cy, ła­two więc było trzy­mać ich na od­le­gło­ść. Wy­da­wa­ło się, że ka­żdy ją uwiel­bia, ale ni­g­dy żad­ne­go nie było w po­bli­żu.

Tim­mie lu­bi­ła pod­kre­ślać, że żad­na z nich ni­g­dy nie była w po­rząd­nym zwi­ąz­ku, co, jak twier­dzi­ła, wy­ni­ka z "ro­dzin­nej klątwy". We­dług niej oj­ciec ska­zał je na zgub­ny po­ci­ąg do nie­wła­ści­wych mężczyzn. Tej cząst­ki sie­bie nie po­tra­fi­ła jak do­tąd zmie­nić i wi­ęcej nie pró­bo­wa­ła. Za dużo mia­ła in­nych spraw, a za­ła­twia­nie miesz­kań dla bez­dom­nych było o wie­le wa­żniej­sze niż to, żeby spo­tkać wła­ści­we­go chło­pa­ka. W tej chwi­li na­praw­dę jej na tym nie za­le­ża­ło.

Za­dzwo­nił te­le­fon na biur­ku. Śpie­szy­ła się, lu­dzie na nią cze­ka­li i mia­ła ocho­tę nie ode­brać - niech dzwo­ni­ący zo­sta­wi wia­do­mo­ść na po­czcie gło­so­wej. Ale może to ja­kiś zroz­pa­czo­ny bez­dom­ny albo któ­raś z agen­cji miesz­ka­nio­wych, do któ­rych rano dzwo­ni­ła i ma­ilo­wa­ła? Nie­cier­pli­wie pod­nio­sła słu­chaw­kę.

- Tim­mie Par­ker - po­wie­dzia­ła szorst­ko, ofi­cjal­nie. Nie była słod­ką ko­biet­ką, choć mia­ła do­bre ser­ce, o czym świad­czy­ła jej pra­ca.

- Cze­ść, Tim­mie. Mówi Ar­nold - przed­sta­wił się dzwo­ni­ący, a Tim­mie prze­bie­gł dreszcz po ple­cach. Z miej­sca po­zna­ła ten głos. To był Ar­nold Sands, praw­nik ojca i jego naj­bli­ższy przy­ja­ciel, zna­ny jej od dziec­ka. Rok temu oj­ciec prze­sze­dł udar i od tego cza­su, nie­spraw­ny, prze­by­wał w domu opie­ki. Kie­dy wi­dzia­ła się z nim dwa ty­go­dnie temu, przez cały czas to od­pły­wał w nie­świa­do­mo­ść, to po­wra­cał, a ona sie­dzia­ła przy nim w mil­cze­niu, trzy­ma­jąc go za rękę. Lewa stro­na cia­ła była spa­ra­li­żo­wa­na i przy­kro było wi­dzieć go tak zma­la­łym i sła­bym. Za­wsze był sza­le­nie wi­tal­ny i nie wy­glądał na swo­je osiem­dzie­si­ąt lat, ale w ci­ągu roku od uda­ru stop­nio­wo za­czął od­cho­dzić. A choć Tim­mie przez całe ży­cie kry­ty­ko­wa­ła jego styl ży­cia, świa­do­mo­ść, że wci­ąż jesz­cze ma ojca, mimo wszyst­ko była ja­kąś po­cie­chą. I po­mi­mo ca­łej dez­apro­ba­ty dla jego spo­so­bu ży­cia na­dal mia­ła w so­bie ta­jem­ną, nie­wy­po­wie­dzia­ną, ma­gicz­ną wia­rę, że któ­re­goś dnia wszyst­ko się zmie­ni i oj­ciec sta­nie się in­nym czło­wie­kiem, że będzie mo­gła go po­dzi­wiać i li­czyć na nie­go, że wresz­cie będą mie­li ze sobą praw­dzi­wą re­la­cję. Wie­dzia­ła, że to ni­g­dy nie na­stąpi, ale do­pó­ki żył, trzy­ma­ła się tej na­dziei. Ni­g­dy się o nie nie trosz­czył, ani o nią, ani o mat­kę, ani o sio­stry. Mat­ka mu to wy­ba­czy­ła. Tim­mie - ni­g­dy.

- Wy­bacz, że dzwo­nię w cza­sie pra­cy - rze­kł Ar­nold po­wa­żnym to­nem i Tim­mie z miej­sca po­czu­ła, co chce jej prze­ka­zać.

- Tata?

- Uma­rł spo­koj­nie dziś w nocy.

Wszyst­kie wie­dzia­ły, że to nie­unik­nio­ne. I tak trwa­ło to dłu­żej, niż się spo­dzie­wa­ły. Ju­liet­te cho­dzi­ła do nie­go parę razy na ty­dzień, Joy nie była od dwóch mie­si­ęcy - miesz­ka­ła w Los An­ge­les, była za­jęta, a poza tym naj­wy­ra­źniej ci­ężko jej było, naj­ci­ężej z nich wszyst­kich, oglądać go w tym sta­nie. Ro­bi­ła, co mo­gła, żeby tego unik­nąć. Tim­mie od­wie­dza­ła go co dwa-trzy ty­go­dnie, choć rów­nież tego nie cier­pia­ła. A mat­ka była u nie­go przed mie­si­ącem, w czerw­cu, przed wy­jaz­dem na lato na po­łud­nie Fran­cji. Wy­na­jęła na dwa mie­si­ące dom w po­bli­żu Sa­int-Tro­pez. Spędzi­ła wów­czas z Pau­lem cały dzień, po czym zwie­rzy­ła się Tim­mie, iż oba­wia się, że wi­dzi go po raz ostat­ni, ale że po­wie­dzie­li so­bie wszyst­ko, co mie­li do po­wie­dze­nia. Nie zdra­dzi­ła tego cór­ce, ale Paul prze­pro­sił ją za to, że tyle razy za­wió­dł jako mąż, a na­wet jako przy­ja­ciel, i od­je­żdża­ła ze spo­koj­nym ser­cem. Po­go­dzi­ła się z tym wszyst­kim już wie­le lat temu. Dwa­dzie­ścia lat, któ­re upły­nęły od cza­su, gdy byli ma­łże­ństwem, to ka­wał cza­su, a Véro­ni­que po­tra­fi­ła wy­ba­czać. Nie było w niej go­ry­czy ani z po­wo­du kra­chu ma­łże­ństwa, ani z po­wo­du jego przy­czyn, ani na­wet w zwi­ąz­ku ze znacz­ną kwo­tą, jaką dała mu przy roz­wo­dzie ty­tu­łem ugo­dy, któ­rą daw­no roz­trwo­nił na inne ko­bie­ty i ró­żne luk­su­so­we wy­sko­ki. Te pie­ni­ądze nie sta­no­wi­ły fi­nan­so­we­go uszczerb­ku ani dla niej, ani dla dziew­czy­nek. Gdy były młod­sze, to ona je utrzy­my­wa­ła, ni­g­dy on.

- Mó­wi­łeś już mat­ce? - spy­ta­ła ci­cho. Prędzej czy pó­źniej spo­dzie­wa­ła się tej wia­do­mo­ści, choć nie­ko­niecz­nie aku­rat dziś. Trud­no było prze­wi­dzieć, kie­dy to się sta­nie.

- Naj­pierw chcia­łem po­wia­do­mić cie­bie. Nie wie­dzia­łem, czy ze­chcesz, żeby mó­wić mat­ce i dziew­czy­nom. Przy­pusz­czam, że będzie chcia­ła za­jąć się po­grze­bem - za­uwa­żył traf­nie. Véro­ni­que po­zo­sta­ła bli­ska by­łe­mu mężo­wi rów­nież po roz­wo­dzie, a on od tego cza­su nie zwi­ązał się na po­wa­żnie z żad­ną ko­bie­tą. Była tyl­ko nie­ko­ńcząca się pa­ra­da dziew­czyn, ostat­nio wręcz młod­szych od jego có­rek, kie­dy jed­nak za­cho­ro­wał, wszyst­kie pręd­ko się ulot­ni­ły. Nie spo­ty­kał się z ko­bie­ta­mi, któ­re trwa­ły­by przy nim w ci­ężkich cza­sach, no i nie był już w sta­nie wy­pi­sy­wać im cze­ków. Na­wet w wie­ku osiem­dzie­si­ęciu lat wci­ąż miał buj­ne ży­cie ero­tycz­ne i na­dal olśnie­wał ko­bie­ty, tak jak olśnił dwu­dzie­sto­jed­no­let­nią Véro­ni­que, gdy sam miał czter­dzie­ści dzie­wi­ęć lat. Jego pre­zen­cji, ele­gan­cji i cza­ro­wi prak­tycz­nie nie spo­sób było się oprzeć. Na­wet pie­lęgniar­ki w domu opie­ki za­chwy­ca­ły się: ja­kiż to przy­stoj­ny mężczy­zna. Tim­mie odzie­dzi­czy­ła po nim wy­gląd, ale poza tym w ogó­le go nie przy­po­mi­na­ła. Była rze­tel­na, nie­za­wod­na, pra­co­wi­ta i god­na za­ufa­nia.

- Za­dzwo­nię do mamy za parę go­dzin - rze­kła. - Mu­szę się przed­tem zo­ba­czyć z dwoj­giem pod­opiecz­nych. Czy mo­żesz za­dzwo­nić do dziew­czyn? Spo­dzie­wa­ły się tego, więc nie będzie to dla nich szok.

Na­wet jed­nak ona mu­sia­ła przy­znać, że jest jej smut­no. Ko­niec ko­ńców sta­ło się, po her­ba­cie. Oj­ciec, któ­ry ni­g­dy nie był dla nich oj­cem, od­sze­dł... a ona od­kry­ła, że ma w zwi­ąz­ku z tym mie­sza­ne uczu­cia, że czu­je ci­ężar tej stra­ty, i była pew­na, że sio­stry też go od­czu­ją. A już dla mat­ki na pew­no będzie to trud­ne. Był fi­gu­ran­tem, ale tak czy owak Véro­ni­que go ja­koś tam od trzy­dzie­stu je­den lat ko­cha­ła, jako męża, bra­ta czy przy­ja­cie­la... W ostat­nich la­tach stał się dla niej nie­mal oj­cem i z pew­no­ścią był w od­po­wied­nim do tego wie­ku. A ona mu mat­ko­wa­ła, zwłasz­cza od­kąd za­cho­ro­wał. Tim­mie ni­g­dy do ko­ńca nie ro­zu­mia­ła tej re­la­cji. Wy­da­wa­ła jej się do bólu nie­wła­ści­wa, szcze­gól­nie od stro­ny mat­ki, ale wy­gląda­ło na to, że tak im pa­su­je.

Był mi­ędzy nimi zły okres, kie­dy jaw­ny ro­mans ze słyn­ną mo­del­ką spo­wo­do­wał krach ich ma­łże­ństwa, i dru­gi, jesz­cze gor­szy, gdy Véro­ni­que od­kry­ła, że to tyl­ko ko­lej­ny z licz­nych wcze­śniej­szych sko­ków w bok męża. A jed­nak po roz­wo­dzie po­tra­fi­ła ja­koś wy­ba­czyć mu na tyle, że zo­sta­li przy­ja­ció­łmi. Ta przy­ja­ciel­ska więź trwa­ła przez dwa­dzie­ścia lat i oka­za­ła się trwal­sza niż ma­łże­ństwo. Véro­ni­que twier­dzi­ła, że robi to dla dzie­ci, Tim­mie jed­nak za­wsze czu­ła, że oni ro­bią to dla sie­bie, że się na­wza­jem po­trze­bu­ją.

- Po­wiem dziew­czy­nom, żeby nie dzwo­ni­ły do mat­ki, do­pó­ki im nie po­wiesz - rze­kł Ar­nold z wes­tchnie­niem. Wie­dział, że będzie mu bra­ko­wa­ło sta­re­go przy­ja­cie­la... Bra­ko­wa­ło mu go już od roku, od­kąd po­wa­lił go udar i na­gle za­czął wy­glądać jak sta­rzec, co było tak nie­po­dob­ne do czło­wie­ka, któ­re­go znał od tylu lat.

- Dzi­ęku­ję, Ar­nold - po­wie­dzia­ła ci­cho Tim­mie. - Będzie­my w kon­tak­cie. - Po­dzi­ęko­wa­ła mu jesz­cze raz i odło­ży­ła słu­chaw­kę. Przez chwi­lę sie­dzia­ła bez ru­chu, pa­trząc przez okno na po­nu­rą uli­cę dol­ne­go Har­le­mu, gdzie mie­ści­ło się biu­ro. Kil­ko­ro dzie­ci ba­wi­ło się koło stra­żac­kie­go hy­dran­tu. Na chwi­lę wró­ci­ła my­ślą do cza­sów dzie­ci­ństwa. Ja­kim bo­ha­te­rem wy­da­wał się jej wów­czas oj­ciec! Aż do roz­wo­du, po któ­rym nie­mal ca­łko­wi­cie znik­nął z ich ży­cia.

Kie­dy ro­dzi­ce się ro­ze­szli, mia­ła dzie­wi­ęć lat. Od tego cza­su zda­rza­ły się miłe chwi­le z oj­cem, w wa­ka­cje, na uro­dzi­ny czy w świ­ęta, gdy po­ja­wiał się na krót­ko, olśnie­wa­jący ni­czym gwiaz­dor fil­mo­wy. Był jak pi­ęk­ny ptak w lo­cie, o wspa­nia­łym, barw­nym upie­rze­niu. Nie spo­sób go było do­go­nić, mo­żna było go je­dy­nie po­dzi­wiać, gdy z po­wro­tem zni­kał w błękit­nych prze­stwo­rzach, i ni­g­dy nie wie­dzia­ła, kie­dy się znów po­ja­wi - wia­do­mo było tyl­ko, że wte­dy, kie­dy będzie to jemu od­po­wia­da­ło. Był cho­dzącą de­fi­ni­cją nar­cy­zmu. Nie był czło­wie­kiem złym, tyl­ko po pro­stu ca­łko­wi­cie skon­cen­tro­wa­nym na so­bie, no i fa­tal­nym oj­cem. Jego cór­ki pła­ci­ły za to aż do dnia jego śmier­ci - ona głębo­kim bra­kiem za­ufa­nia do mężczyzn w jego ty­pie, a wszyst­kie - nie­świa­do­mym po­ci­ągiem do fa­ce­tów ta­kich jak on. I Ju­liet­te - ko­lek­cjo­ner­ka prze­gra­nych fa­ce­tów, któ­rzy ją wy­ko­rzy­sty­wa­li, i Joy - z jej lękiem przed po­rzu­ce­niem i za­wo­dem, przez co nie po­tra­fi­ła przy­wi­ązać się na do­bre do żad­ne­go mężczy­zny. Była jed­nak mło­da, mo­gła to jesz­cze na­pra­wić. Ale co do sie­bie i Ju­liet­te Tim­mie była prze­ko­na­na, że to nie­mo­żli­we. Ko­ści zo­sta­ły rzu­co­ne, ich prze­ko­na­nia i wzo­ry za­cho­wań moc­no się za­ko­rze­ni­ły. Trud­no to zmie­nić.

Pod­nio­sła się i wy­szła zza biur­ka, żeby otwo­rzyć drzwi. W po­cze­kal­ni na spo­tka­nie z nią cze­ka­ło dwo­je lu­dzi. Uśmiech­nęła się do nich, po­pro­si­ła mężczy­znę jesz­cze o chwi­lę cier­pli­wo­ści, a ko­bie­tę za­pro­si­ła do środ­ka. Była młod­sza od Tim­mie, o ma­to­wych wło­sach i bez zębów. Na uli­cy żyła od trzech lat, jej tro­je dzie­ci było w domu dziec­ka, a ona mia­ła za sobą dłu­gi okres bra­nia nar­ko­ty­ków. Cały swój do­by­tek sta­no­wi­ły brud­ny śpi­wór i dwie fo­lio­we tor­by z rze­cza­mi. Cze­ka­ła na de­toks. Tim­mie mia­ła dla niej złe wia­do­mo­ści: ośro­dek de­tok­sy­ka­cyj­ny za­my­ka­no i mu­sia­ła pró­bo­wać jesz­cze raz gdzieś in­dziej, star­tu­jąc z sa­me­go dołu li­sty. Mo­gło to po­trwać na­wet dwa lata. Sy­tu­acja wy­da­wa­ła się bez­na­dziej­na.

Tim­mie usia­dła po dru­giej stro­nie biur­ka, żeby prze­ka­zać te wia­do­mo­ści klient­ce. Roz­ma­wia­jąc z nią, my­śla­ła za­ra­zem o ojcu. Ja­kie śmiesz­ne, skon­cen­tro­wa­ne wy­łącz­nie na so­bie sa­mym, da­rem­ne było jego ży­cie w po­rów­na­niu z jej pod­opiecz­ny­mi! Ni­g­dy nie zro­bił nic dla ni­ko­go, wy­łącz­nie dla sie­bie sa­me­go i - prze­lot­nie - dla ko­biet, z któ­ry­mi się spo­ty­kał. Jego ży­cie to było nie­usta­jące do­ga­dza­nie so­bie i częścio­wo wła­śnie dla­te­go Tim­mie pra­co­wa­ła tak ci­ężko. Do­ra­sta­jąc, za­wsze jed­no wie­dzia­ła na pew­no: że za nic w świe­cie nie chce być taka jak on. I nie była... a te­raz on uma­rł. Wró­ci­ła my­ślą do klient­ki. Trze­ba po­sta­rać się za­po­mnieć o ojcu, cho­ciaż na go­dzi­nę czy dwie, do­pó­ki nie będzie mu­sia­ła za­dzwo­nić do mat­ki z wia­do­mo­ścią o jego śmier­ci. Z trzech có­rek Véro­ni­que ona była naj­star­sza, na nią więc za­wsze spa­da­ły trud­ne za­da­nia. Ju­liet­te ni­g­dy do nich nie do­ro­sła, a Joy ucie­kła w osob­ne ży­cie w Los An­ge­les i ab­dy­ko­wa­ła.

Kie­dy Ar­nold za­dzwo­nił do Ju­liet­te, była wła­śnie pora lun­chu i w jej ma­le­ńkim skle­pie z ka­nap­ka­mi i wy­pie­ka­mi na Park Slo­pe w Bro­okly­nie trwał co­dzien­ny szczyt. Ju­liet­te uw?a­ła się, le­d­wie nadąża­jąc z ob­słu­gą go­ści - otwo­rzy­ła swo­ją Kuch­nię Ju­liet­te trzy lata temu i nie­mal z miej­sca lo­kal stał się hi­tem. Pod na­ci­skiem mat­ki po­szła na hi­sto­rię sztu­ki i uzy­ska­ła ma­gi­ste­rium na Sor­bo­nie, ale je­dy­nie po to, by - kie­dy po sko­ńcze­niu stu­diów po­szła dla hecy na warsz­ta­ty do Le Cor­don Bleu - od­kryć, że jej pa­sją jest pie­cze­nie. Co­dzien­nie wy­pie­ka­ła wy­śmie­ni­te, świe­że cro­is­san­ty, któ­re sta­no­wi­ły bazę jej ka­na­pek. W ofer­cie mia­ła ta­kże roz­ma­ite cia­sta i cia­stecz­ka, przy­rządza­ne na ba­zie prze­pi­sów przy­wie­zio­nych z Fran­cji. Po Le Cor­don Bleu jej pla­ny, że zo­sta­nie ku­ra­tor­ką w ja­ki­mś mu­zeum albo zaj­mie się na­ucza­niem, po­szły w kąt. Ni­g­dy nie była tak szczęśli­wa jak te­raz, gdy za­gląda­ła w kuch­ni do pie­ca, po­da­wa­ła star­sze­mu klien­to­wi ku­bek dy­mi­ącej kawy lub na­le­wa­ła do fi­li­żan­ki go­rącą cze­ko­la­dę dla ja­kie­goś dziec­ka i ozda­bia­ła ją cza­pecz­ką bi­tej śmie­ta­ny. Za­spo­ka­ja­ło to jej po­trze­bę kar­mie­nia lu­dzi, a jej lo­ka­lik ro­bił to do­brze i sku­tecz­nie. Po dłu­gich de­ba­tach i grun­tow­nym na­my­śle mat­ka po­ży­czy­ła jej pie­ni­ądze na jego otwo­rze­nie, choć była bar­dzo roz­cza­ro­wa­na, że Ju­liet­te zre­zy­gno­wa­ła z zaj­mo­wa­nia się sztu­ką. Mia­ła na­dzie­ję, że ta na­mi­ęt­no­ść do pie­cze­nia kie­dyś jej przej­dzie. Ju­liet­te była jesz­cze mło­da, mia­ła do­pie­ro dwa­dzie­ścia osiem lat. Véro­ni­que pra­gnęła­by dla niej cie­kaw­sze­go, bar­dziej in­te­lek­tu­al­ne­go za­jęcia niż wy­pie­ka­nie i sprze­da­wa­nie ciast. Jak miło było po­my­śleć, że cór­ka odzie­dzi­czy­ła po niej i po jej ojcu pa­sję do sztu­ki... Mie­li to we krwi! Ale Ju­liet­te zre­zy­gno­wa­ła ze sztu­ki na rzecz ro­ga­li­ków... Ko­niec ko­ńców, mat­ka mimo wszyst­ko jej po­mo­gła i po­ży­czy­ła pie­ni­ądze.

Ju­liet­te była mniej­szą i ła­god­niej­szą wer­sją swo­jej star­szej sio­stry Tim­mie. Dzie­lił je za­le­d­wie rok i w dzie­ci­ństwie były jak bli­źniacz­ki. Ale cha­rak­te­ry mia­ły kra­ńco­wo ró­żne, tak jak ró­żne są dzień i noc. Obie odzie­dzi­czy­ły po ojcu zie­lo­ne oczy, a Ju­liet­te mia­ła lek­ką nad­wa­gę, ale i tak była bar­dzo ład­na. Tim­mie była wy­ższa i szczu­plej­sza, Ju­liet­te ni­ższa i bar­dziej krągła, o ko­bie­cej syl­wet­ce, któ­ra z cza­sem tyl­ko bar­dziej się za­okrągli­ła, jako że mu­sia­ła pró­bo­wać wła­snych wy­pie­ków, by spraw­dzić prze­pi­sy. Mia­ła też po­ka­źną pupę, z któ­rej Tim­mie za­wsze się podśmie­wa­ła. Po­dob­nie jak sio­stra mia­ła dłu­gie blond wło­sy, z tym że jej były kręco­ne, a w dzie­ci­ństwie wręcz kędzie­rza­we. Pi­ęk­nie jej było w roz­pusz­czo­nych, ale w pra­cy oczy­wi­ście nie mo­gła się tak no­sić; z re­gu­ły za­pla­ta­ła je w war­kocz, z oka­la­jącą twarz mgie­łką drob­nych locz­ków, za­wsze wy­my­ka­jących się z fry­zu­ry. Wszyst­ko w niej tchnęło cie­płem i życz­li­wo­ścią i na­wet jako mło­dziut­ka dziew­czy­na mia­ła w so­bie coś ma­cie­rzy­ńskie­go. Wszyst­ki­mi chcia­ła się opie­ko­wać. Tim­mie ma­wia­ła o niej, że przy­gar­nia pod skrzy­dła wszel­kie ku­la­we ka­cząt­ka tego świa­ta, zwłasz­cza je­śli są płci męskiej.

Wszyst­kie ro­man­se Ju­liet­te za­czy­na­ły się wła­śnie tak: po­ja­wiał się mężczy­zna, któ­ry nie miał miesz­ka­nia, pie­ni­ędzy albo pra­cy. Z po­cząt­ku spał na jej ka­na­pie, po­tem wśli­zgi­wał się do sy­pial­ni, a w ko­ńcu znaj­do­wał dro­gę do jej kon­ta ban­ko­we­go, gdzie z po­mo­cą Ju­liet­te uży­wał so­bie przez ja­kiś czas, po czym, gdy go do resz­ty roz­pu­ści­ła, rzu­cał ją dla in­nej. Jak twier­dzi­ła Tim­mie, zbyt często jak do­tąd się to zda­rza­ło, by było przy­pad­ko­we - to był wzo­rzec i zły na­wyk. Ju­liet­te za­wsze do­sko­na­le szło wy­szu­ki­wa­nie mężczyzn przy­stoj­nych jak oj­ciec, któ­rzy ją wy­ko­rzy­sty­wa­li. Nie zna­la­zł się wśród nich ani je­den po­rząd­ny. Zwy­kle byli z nią oko­ło pół roku, po czym ru­sza­li da­lej. Ju­liet­te przez ja­kiś czas pła­ka­ła, szu­ka­ła po­cie­chy w pra­cy, wy­my­śla­ła kil­ka no­wych prze­pi­sów i zy­ski­wa­ła parę fun­tów wagi. A po­tem po­ja­wiał się na­stęp­ny ze zła­ma­nym skrzy­de­łkiem... Była ślicz­ną, po­ci­ąga­jącą dziew­czy­ną i ni­g­dy nie po­zo­sta­wa­ła zbyt dłu­go sama - w prze­ci­wie­ństwie do Tim­mie, któ­ra od dwóch lat była sama z wy­bo­ru, wście­kła na po­pe­łnio­ne błędy. Ju­liet­te za­wsze była go­to­wa wszyst­kim wy­ba­czyć, so­bie sa­mej rów­nież, i wy­gląda­ło na to, że ni­g­dy nie uczy się na błędach. Ale je­śli ko­goś ra­ni­ła, to wy­łącz­nie sie­bie. Naj­sil­niej­szą ce­chą jej oso­bo­wo­ści była życz­li­wo­ść dla wszyst­kich - kon­su­men­tów, ro­dzi­ny i swo­ich mężczyzn.

Kie­dy za­dzwo­nił Ar­nold, Ju­liet­te wła­śnie sko­ńczy­ła ob­słu­gę jed­ne­go ze swo­ich sta­łych go­ści. Wie­dział, że w prze­ci­wie­ństwie do Tim­mie, któ­ra była nie­na­gan­nie rze­czo­wa i zda­wa­ła się wszyst­ko przyj­mo­wać ze spo­ko­jem, Ju­liet­te bar­dzo to prze­ży­je i nie miał ocho­ty prze­ka­zy­wać jej tej wia­do­mo­ści. I jak było do prze­wi­dze­nia, za­le­d­wie po­wie­dział, że oj­ciec uma­rł tej nocy, Ju­liet­te wy­buch­nęła pła­czem. Po­łu­dnio­wy szczyt wła­śnie się sko­ńczył, ostat­ni klient wy­sze­dł, była więc przez parę mi­nut sama i mo­gła uto­nąć we łzach.

Uwa­ża­ła się za naj­bli­ższą ojcu i była go­to­wa na wszyst­ko, co w jej mocy, byle za­słu­żyć na jego mi­ło­ść. We­dług niej nie mógł zro­bić nic złe­go. Za­nim za­cho­ro­wał, dzwo­ni­ła do nie­go co­dzien­nie, by mu po­wie­dzieć, co robi, i spy­tać go o sa­mo­po­czu­cie. Oj­ciec od­wie­dził jej knajp­kę tyl­ko raz, ona jed­nak uda­wa­ła, że przy­cho­dzi sta­le. Ni­g­dy jej na­wet nie za­świ­ta­ło, że pod­trzy­my­wa­nie z nim kon­tak­tu te­le­fo­nicz­ne­go spo­czy­wa wy­łącz­nie na niej. Ni­g­dy nie za­dzwo­nił do żad­nej z có­rek i nie in­te­re­so­wał się nimi całe ty­go­dnie, a na­wet mie­si­ące, do­pó­ki to one się nie ode­zwa­ły. Ka­żda jego re­la­cja była jed­no­stron­na, wy­si­łek jej pod­trzy­my­wa­nia za­wsze spo­czy­wał na dru­giej stro­nie. Tim­mie i Joy nie wkła­da­ły w to zbyt wie­le ener­gii, ale Ju­liet­te ow­szem. Pod­rzu­ca­ła mu na­wet swo­je naj­lep­sze wy­pie­ki, by mógł spró­bo­wać jej wy­na­laz­ków. Roz­pacz­li­wie pra­gnęła jego apro­ba­ty.

Paul był dum­ny ze swo­ich pi­ęk­nych có­rek i nie kry­ty­ko­wał żad­ne­go z ich wy­bo­rów. Po pro­stu nie chciał od­gry­wać roli ojca ze wszyst­kim, co ona obej­mu­je, a kie­dy cór­ki pod­ro­sły, wo­lał być dla nich przy­ja­cie­lem. W przy­pad­ku mat­ki nie było mowy o ta­kim po­mie­sza­niu ról. Za­wsze pod­kre­śla­ła, że jest ich mat­ką, a nie ko­le­żan­ką, choć lu­bi­ła spędzać z nimi czas. To ona od­po­wia­da­ła w ca­ło­ści za ich wy­cho­wa­nie, mimo to Ju­liet­te upar­cie uwa­ża­ła się za bli­ską ojcu. Tak jak spo­dzie­wał się Ar­nold, wia­do­mo­ść o śmier­ci ojca była dla niej cio­sem, jak­by wcze­śniej nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że on wkrót­ce umrze. Dla po­zo­sta­łych nie była to nie­spo­dzian­ka. Dla Ju­liet­te tak.

- My­śla­łam, że z tego wyj­dzie - po­wie­dzia­ła, ocie­ra­jąc oczy far­tu­chem.

Ar­nold wes­tchnął. Już od paru mie­si­ęcy nie było na­dziei, Paul wy­ra­źnie od­cho­dził. Ale na­wet w ostat­nich ty­go­dniach, kie­dy rzad­ko był przy­tom­ny, Ju­liet­te mó­wi­ła do nie­go pod­czas od­wie­dzin, prze­ko­na­na, że ją sły­szy i że jesz­cze wró­ci do zdro­wia. Nie po­wró­cił i zda­niem Ar­nol­da bło­go­sła­wie­ństwem było dla nie­go, że uma­rł. Paul, któ­re­go znał i z któ­rym się przy­ja­źnił od trzy­dzie­stu lat, nie chcia­łby ta­kiej eg­zy­sten­cji. Było w nim do nie­daw­na tyle ży­cia, że pó­źniej Ar­nold z przy­kro­ścią oglądał go w tym sta­nie. Le­piej dla nie­go, że sta­ło się, jak się sta­ło, a z wie­lu roz­mów w ci­ągu ostat­nie­go roku Ar­nold wie­dział, że przy­ja­ciel był go­tów na śmie­rć i nie ża­ło­wał ży­cia. Ale Ju­liet­te naj­wy­ra­źniej nie była go­to­wa na roz­sta­nie z oj­cem i ze złu­dze­nia­mi na jego te­mat. Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach, kie­dy spró­bo­wał za­ko­ńczyć roz­mo­wę, wci­ąż jesz­cze pła­ka­ła.

- Tim­mie po­wie­dzia­ła, że za parę go­dzin za­dzwo­ni do mat­ki, więc ty na ra­zie nie dzwoń - uprze­dził ją.

- Do­brze, nie będę - zgo­dzi­ła się po­słusz­nie Ju­liet­te, a gdy się roz­łączy­li, po­de­szła do drzwi i od­wró­ci­ła ta­blicz­kę z na­pi­sem "Otwar­te" na stro­nę "Za­mkni­ęte". Po­tem przy­kle­iła do drzwi kart­kę z na­pi­sem: "Za­mkni­ęte z po­wo­du śmier­ci w ro­dzi­nie" i po­szła do domu, do swo­je­go nie­wiel­kie­go, od­le­głe­go o parę prze­cznic miesz­ka­nia. Ni­g­dy nie przy­kła­da­ła się spe­cjal­nie do jego urządze­nia - spa­ła tu tyl­ko, a cały po­zo­sta­ły czas spędza­ła w pra­cy. Przy­cho­dzi­ła do knajp­ki o czwar­tej rano, żeby upiec ro­ga­li­ki dla pierw­szych go­ści, któ­rzy po­ja­wia­li się o szó­stej, i wra­ca­ła do domu nie wcze­śniej niż o siód­mej wie­czo­rem. Wy­czer­pa­na po ca­łym dniu, z re­gu­ły za­sy­pia­ła przed te­le­wi­zo­rem. Jej ży­cie, po­dob­nie jak Tim­mie, kon­cen­tro­wa­ło się wy­łącz­nie na pra­cy.

W po­rze gdy Ju­liet­te wró­ci­ła do domu, Ar­nold dzwo­nił do naj­młod­szej z sióstr, Joy. Tak jak się spo­dzie­wał, trud­niej było ją zła­pać, jej ży­cie wy­gląda­ło zu­pe­łnie ina­czej. Joy miesz­ka­ła w Los An­ge­les, gdzie usi­ło­wa­ła zro­bić ka­rie­rę ak­tor­ki. Mia­ła au­ten­tycz­ny ta­lent mu­zycz­ny i mat­ka chcia­ła, żeby roz­wi­ja­ła go w kon­ser­wa­to­rium Ju­iliar­da. Joy tym­cza­sem przy pierw­szej oka­zji rzu­ci­ła stu­dia i wy­je­cha­ła do LA. Opła­ci­ła so­bie lek­cje emi­sji gło­su, na któ­re za­ra­bia­ła jako kel­ner­ka, i po pół roku śpie­wa­nia z ró­żny­mi ze­spo­ła­mi, któ­re pro­wa­dzi­ło do­ni­kąd, prze­rzu­ci­ła się na lek­cje ak­tor­stwa i od­tąd upar­cie wal­czy­ła o suk­ces. Wy­stąpi­ła w paru po­mniej­szych re­kla­mach i za­gra­ła kil­ka epi­zo­dów w te­le­wi­zji. Mia­ła na­dzie­ję, że do­sta­nie an­gaż w ja­ki­mś se­ria­lu, mia­ła smy­ka­łkę do ról ko­me­dio­wych. Obec­nie, w wie­ku dwu­dzie­stu sze­ściu lat, od pi­ęciu miesz­ka­ła w LA i na­dal pra­co­wa­ła jako kel­ner­ka. Jej wiel­ka szan­sa jesz­cze nie na­de­szła, ale Joy na­dal wie­rzy­ła, że tak się sta­nie. Oj­ciec ta­kże w to wie­rzył i za­wsze do­da­wał jej otu­chy.

Była wy­jąt­ko­wo pi­ęk­ną dziew­czy­ną, o dłu­gich ciem­nych wło­sach, wiel­kich fio­łko­wych oczach, nie­na­gan­nej syl­wet­ce i wspa­nia­łym gło­sie, choć rzad­ko go uży­wa­ła. Bra­ła ka­żdą pro­po­zy­cję roli, jaka jej się tra­fi­ła. Cho­dzi­ła na ka­żde prze­słu­cha­nie i mia­ła za­miar wy­trzy­mać wszel­kie trud­no­ści zwi­ąza­ne ze star­tem w za­wo­dzie ak­tor­ki. Wci­ąż była prze­ko­na­na, że kie­dyś od­nie­sie suk­ces. Sio­strom po­wie­dzia­ła, że je­śli do trzy­dziest­ki nie przy­da­rzy się jej w LA nic wa­żne­go, spró­bu­je w No­wym Jor­ku na off-Bro­ad­wayu. Na ra­zie jed­nak nie chcia­ła jesz­cze zre­zy­gno­wać z szan­sy na rolę w ja­ki­mś se­ria­lo­wym hi­cie w LA. Była zde­cy­do­wa­na od­nie­ść suk­ces w Hol­ly­wo­od. Wy­stąpi­ła już w paru te­le­no­we­lach, ale za­wsze w epi­zo­dach. Véro­ni­que ogląda­ła je w te­le­wi­zji i na­rze­ka­ła, że dają cór­ce ta­kie ról­ki.

Joy mia­ła chło­pa­ka, ta­kże ak­to­ra. Wy­stępo­wał w dru­go­rzęd­nym te­atrze ob­jaz­do­wym i rzad­ko by­wał w domu, w LA. Pra­wie się nie wi­dy­wa­li, co było ty­po­we, je­śli cho­dzi o mężczyzn w jej ży­ciu. Wy­gląda­ło na to, że za­wsze wy­bie­ra ko­goś, kto jest nie­do­si­ężny emo­cjo­nal­nie albo nie­obec­ny fi­zycz­nie. Przez ostat­nie pięć lat, za­jęta swo­ją ka­rie­rą w LA, od­da­li­ła się też od ro­dzi­ny. Ich ży­cie było tak od­mien­ne od jej ży­cia! Co­raz mniej wspól­ne­go mia­ła z sio­stra­mi i na­wet nie była do nich po­dob­na. Cza­sem od­no­si­ła wra­że­nie, że pod­mie­nio­no ją przy uro­dze­niu i w ogó­le nie jest z nimi spo­krew­nio­na. A choć oj­ciec za­wsze ro­bił wo­kół niej dużo szu­mu, głów­nie z po­wo­du jej uro­dy, któ­rą wy­ró­żnia­ła się już jako dziec­ko, z nim mia­ła jesz­cze mniej wspól­ne­go. Jej pre­zen­cja mile łech­ta­ła jego nar­cyzm, ale za­wsze czu­ła, że tak na­praw­dę jej nie zna i na­wet nie sta­ra się po­znać.

A nie­po­ro­zu­mie­nia z mat­ką ci­ągnęły się od lat. Véro­ni­que wci­ąż mia­ła jej za złe po­rzu­ce­nie stu­diów i ży­cie, ja­kie obec­nie pro­wa­dzi­ła: pra­co­wa­ła głów­nie jako kel­ner­ka, z rzad­ka tyl­ko otrzy­mu­jąc ja­kieś pod­rzęd­ne ról­ki. Nie ta­kie­go ży­cia chcia­ła­by dla niej mat­ka... Stać ją było na wi­ęcej, o wie­le wi­ęcej, a to, co ro­bi­ła, wy­gląda­ło w oczach mat­ki na śle­pą ulicz­kę. Mia­ła na­dzie­ję, że cór­ka z tym sko­ńczy i wró­ci do No­we­go Jor­ku. W tej spra­wie ro­dzi­ce ni­g­dy się nie zga­dza­li i za­wsze się o to spie­ra­li. "Po­zwól jej na tro­chę przy­jem­no­ści" - brzmia­ła za­wsze bez­tro­ska kon­klu­zja ojca, ale mat­ka się o nią mar­twi­ła. Sio­stry nie bra­ły jej po­wa­żnie. Suk­ces ak­tor­ski w Hol­ly­wo­od wy­da­wał się im rów­nie mało praw­do­po­dob­ny jak wy­gra­na na lo­te­rii; trak­to­wa­ły jej pa­sję ra­czej jak hob­by niż po­wa­żny za­wód.

Ja­kie­kol­wiek były jed­nak ich ar­gu­men­ty, Joy ro­bi­ła, co chcia­ła, oby­wa­jąc się bez ni­czy­jej po­mo­cy, i uda­wa­ło jej się prze­żyć z tego, co za­ro­bi­ła na nie­wiel­kich ról­kach i jako kel­ner­ka. Chcia­ła zna­le­źć po­rząd­ne­go me­ne­dże­ra i lep­sze­go agen­ta, ale jak do­tąd jej się nie uda­ło. Wszyst­ko to wy­ma­ga­ło cza­su. Ko­cha­ła to, co robi, i m?a­jące lata nie wy­da­wa­ły jej się stra­co­ne. Mia­ła miesz­ka­nie w Za­chod­nim Hol­ly­wo­od, któ­re bar­dzo lu­bi­ła i stać ją było na nie. Kie­dy za­dzwo­nił Ar­nold, była wła­śnie na ca­stin­gu do ja­kie­jś re­kla­my. Wie­dzia­ła, że oj­ciec jest bar­dzo cho­ry i że wkrót­ce na­dej­dzie ko­niec, ale po pro­stu nie spo­dzie­wa­ła się tego aku­rat te­raz. W ocze­ki­wa­niu na swo­ją ko­lej wy­szła do holu, by po­roz­ma­wiać z praw­ni­kiem.

- Ach, tak - po­wie­dzia­ła, gdy usły­sza­ła wia­do­mo­ść Ar­nol­da, po czym za­le­gła ci­sza. Nie wie­dzia­ła, co jesz­cze po­wie­dzieć. Po­dob­nie jak sio­stry mia­ła za sobą dłu­gą hi­sto­rię roz­cza­ro­wań co do ojca, choć się z nim nie kłó­ci­ła. Za­wsze dziw­nie się czu­ła, kie­dy mó­wił otwar­cie, przy sio­strach, że jest jego pu­pil­ką, bo ni­g­dy z nim nie roz­ma­wia­ła na­praw­dę. Oj­ciec z ni­kim na­praw­dę nie roz­ma­wiał. Ni­g­dy więc nie czu­ła, że istot­nie jest jego ulu­bie­ni­cą, było to dla niej po pro­stu coś, co mó­wił, i tyle. Ale i tak przy­kro jej było usły­szeć od Ar­nol­da wia­do­mo­ść o jego śmier­ci. Mimo wszyst­ko był jej oj­cem, je­dy­nym, ja­kie­go mia­ła, na­wet je­śli nie spi­sy­wał się w tej roli.

- Do­brze się czu­jesz? - spy­tał Ar­nold, gdy wci­ąż mil­cza­ła.

- Tak... tyl­ko chy­ba po pro­stu je­stem za­sko­czo­na. Nie my­śla­łam, że to będzie tak pręd­ko. - Ostat­ni raz wi­dzia­ła go dwa mie­si­ące temu. Nie mia­ła oka­zji, jak sio­stry, ob­ser­wo­wać, jak szyb­ko mu się po­gar­sza. - Wiesz, kie­dy będzie po­grzeb?

- Tim­mie się tym zaj­mu­je. Nie­dłu­go ma za­dzwo­nić do wa­szej mat­ki. Na pew­no się z tobą skon­tak­tu­ją - po­wie­dział po pro­stu. - Przy­kro mi, Joy. Wszy­scy wie­my, że sza­lał na two­im punk­cie. Za­wsze by­łaś jego uko­cha­ną có­recz­ką, aż do ko­ńca.

Po­ki­wa­ła gło­wą ze łza­mi w oczach.

- Wiem - po­wie­dzia­ła zdła­wio­nym gło­sem. Na­gle to do niej do­ta­rło: oj­ciec nie żyje... On przy­naj­mniej za­wsze po­pie­rał jej ma­rze­nia o ka­rie­rze ak­tor­skiej i zo­sta­niu gwiaz­dą. Cała resz­ta ro­dzi­ny trak­to­wa­ła to jak prze­lot­ny ka­prys, któ­ry jej kie­dyś przej­dzie. On był jej naj­wi­ęk­szym fa­nem. Wy­sy­ła­ła mu DVD z na­gra­nia­mi wszyst­kich swo­ich wy­stępów i praw­da to czy nie, mó­wił, że wszyst­kie oglądał i bar­dzo mu się po­do­ba to, co robi. Tyl­ko on chwa­lił jej pra­cę, nikt inny.

- Do zo­ba­cze­nia na po­grze­bie - po­wie­dział wspó­łczu­jąco Ar­nold i po za­ko­ńcze­niu roz­mo­wy Joy po­szła na ca­sting. Roli nie do­sta­ła i wró­ci­ła do domu otępia­ła, my­śląc o ojcu. Nie­ocze­ki­wa­nie jego śmie­rć za­częła jej się wy­da­wać wiel­ką stra­tą. Nie sądzi­ła, że tak to prze­ży­je.

Po po­łud­niu Joy ese­me­so­wa­ła do obu sióstr i spy­ta­ła Tim­mie, czy będzie mo­gła się u niej za­trzy­mać. Po­sta­no­wi­ła, że po­le­ci do No­we­go Jor­ku jesz­cze tej nocy. Chcia­ła się zna­le­źć w domu. Tim­mie na­tych­miast od­po­wie­dzia­ła, że jak naj­bar­dziej. Miesz­ka­ła w West Vil­la­ge, w sta­rej, mod­nej obec­nie, zre­wi­ta­li­zo­wa­nej po­prze­my­sło­wej dziel­ni­cy Me­at­pac­king, co nie było wy­god­ne ze względu na pra­cę, ale po­do­ba­ła jej się oko­li­ca. Wy­naj­mo­wa­ła miesz­ka­nie o re­gu­lo­wa­nym przez mia­sto czyn­szu, na trze­cim pi­ętrze bez win­dy, ale było sło­necz­ne i mia­ło kli­mat. Joy za­wsze wo­la­ła za­trzy­my­wać się u Tim­mie, le­piej się tu czu­ła niż w mi­kro­sko­p?nym miesz­kan­ku Ju­liet­te w Bro­okly­nie, no i lu­bi­ła cen­trum mia­sta. Mo­gła rów­nież pó­jść do mat­ki, ale u Tim­mie było swo­bod­niej. Nikt nie ko­men­to­wał tu jej ży­cia, tak jak ro­bi­ła to mat­ka, a zresz­tą roz­cza­ro­wa­nie w jej spoj­rze­niu było gor­sze niż sło­wa. Véro­ni­que nie lu­bi­ła kel­ne­ro­wa­nia Joy jesz­cze bar­dziej niż ak­tor­stwa i ten te­mat za­wsze wy­pły­wał. Naj­młod­sza w ro­dzi­nie, Joy mia­ła wra­że­nie, że trak­tu­ją ją, jak­by wci­ąż mia­ła czter­na­ście lat, a nie dwa­dzie­ścia sze­ść. Te­raz będzie mu­sia­ła sta­nąć z nimi twa­rzą w twarz i dziw­nie było po­my­śleć, że nie będzie już ojca, któ­ry na­zy­wał ją "cór­cią" i wy­chwa­lał pod nie­bio­sa. Na­gle po­czu­ła, że nie po­tra­fi wy­obra­zić so­bie świa­ta bez ojca. Gdy dzwo­ni­ła do li­nii lot­ni­czych i za­ma­wia­ła bi­let, po po­licz­kach spły­wa­ły jej łzy.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki