1
Sto dwadzieścia siedem. Przez lata właśnie tyle osób sprzedałam, by napełnić brzuch.
Dziś miałam zgarnąć sto dwudziestą ósmą.
Od południa tkwiłam w zacienionej wnęce w zaułku, a oczy łzawiły mi już od odoru moczu i gnijących odpadków. Mięśnie całkowicie mi zesztywniały, ale powstrzymywałam się przed ich rozciągnięciem, wpatrzona w wejście do kryjówki.
Nadgryziona zębem czasu kamienica stała pomiędzy dwoma rozpadającymi się blokami, a jej drzwi zdawały się tak słabe, że można by je wyłamać pojedynczym kopniakiem.
Co może zajmować aż tyle czasu? - pomyślałam.
Zazwyczaj ciągnęłam skutego kajdankami zbiega w stronę aresztu miejskiego, zanim jeszcze słońce zaczęło kryć się za szczytami wieżowców. Stamtąd przestępcę przenoszono do Endlock - więzienia znajdującego się ponad sto sześćdziesiąt kilometrów od miasta. Właśnie tam oczekiwał na swój koniec: śmierć z rąk mieszkańców Dividium.
Chociaż informator Aggie upierał się, że zbieg wyjdzie z kryjówki jeszcze przed zmrokiem, to nikt się nie pojawiał, a o tej porze Dolny Sektor tętnił życiem. Sprzedawcy pchali swoje rozklekotane wózki, krzykiem namawiając robotników schodzących po dziennej zmianie, aby pozostawili u nich część skromnych zarobków, a wśród przechodniów przemykały osoby w ciemnych kapturach na głowach, z nadzieją że podsłuchają coś, co zdołają wymienić z władzami na dodatkowe kredyty. Mijający mnie ludzie rzucali jedynie okiem w moją stronę, najprawdopodobniej uznając mnie za strażniczkę na patrolu.
Jednak byłam kimś gorszym. Łowczynią głów - zdrajczynią.
Uchyliły się drzwi kryjówki. Wcisnęłam się głębiej we wnękę, wstrzymując oddech, bo obawiałam się, że przez najmniejszy szmer skończę z pustymi rękami.
Chwilę później drzwi rozwarły się szeroko i na zewnątrz wyszła szykownie ubrana osoba. Odważnie wkroczyła na ulicę, licząc, że wtopi się w tłum.
Wyszłam z cienia i z uśmiechem ruszyłam za oddalającą się postacią.
Zaraz będzie po wszystkim. Już wyobrażałam sobie, jak kredyty na mojej opasce rosną z kilkudziesięciu, które mi jeszcze pozostały, do paru tysięcy. Wystarczy na opłacenie czynszu na kilka miesięcy do przodu, a także na racje żywnościowe na całą zimę zarówno dla mnie, jak i mojego brata. Może nawet na nowe buty, bo te, które miałam, zaczęły się rozpadać, a także na nową kurtkę dla Jeda.
- Torinie Bond! - zawołałam.
Człowiek zatrzymał się gwałtownie i obrócił głowę, z której zsunął się kaptur, odsłaniając brązowe, poprzetykane siwizną włosy. Zobaczyłam zmęczone, podkrążone oczy otoczone kurzymi łapkami.
- Stój! - nakazałam, gdy ruszył z miejsca. Sięgnęłam po kajdanki zawieszone przy pasku czarnych bojówek. - Nie chcę cię skrzywdzić.
To nie była do końca prawda. Ucieszyłaby mnie bijatyka z osobą z Górnego Sektora - jednym z bogaczy, którzy tylko brali, nawet jeśli widzieli, że my tu głodujemy.
- To tego nie rób.
Po tych słowach Torin wtopił się w gęsty tłum przechodniów, jak cień pochłonięty przez strumień poruszających się ciał.
Szlag, przeszło mi przez myśl. Stracę przewagę, jeśli dotrze do punktu kontrolnego pomiędzy Dolnym a Centralnym Sektorem. Tysiące przechodniów stały w kolejkach po każdej stronie, czekając, aż strażnicy zeskanują ich opaski, dzięki którym się identyfikowali i potwierdzali, że mają zezwolenia na opuszczenie sektora. Gdyby Torin tam dotarł, wtedy albo przepadłby w tłumie, albo któryś ze strażników dopadłby go i zgarnął moje kredyty.
Granica rozdzielająca sektory była wyraźna - w Dolnym stały ruiny dawnego świata, niezmienione od czasu, gdy po drugiej wojnie domowej Rada podzieliła miasto na trzy części. Jednak zaledwie kilka przecznic od miejsca, w którym stałam, po drugiej stronie punktu kontrolnego znajdował się już Centralny Sektor z odrestaurowanymi budynkami, w których mieszkali elegancko ubrani obywatele. Sztywne garnitury i zwiewne suknie zaledwie rozpoczynały szereg różnic pomiędzy nami.
Udało mi się wypatrzeć Torina w morzu głów. Przeciskał się między zgromadzonymi, którzy go spowalniali. Przyspieszyłam na obrzeżu tłumu, zmuszając ciało do szybszej pracy.
Kajdanki dzwoniły przy każdym moim kroku, choć niemal zagłuszał je odgłos kroków na ubitej ziemi.
Torin obejrzał się przez ramię, a potem westchnął z wyraźną ulgą, gdy mnie za sobą nie spostrzegł. Tak, jak chciałam; wybrałam tę właśnie chwilę, aby zastąpić mu drogę.
Opadła mu szczęka. Z pewnością parsknęłabym śmiechem na widok jego miny, gdyby nie wziął zamachu, celując pięścią w mój nos. Zrobiłam unik, rzuciłam się na jego nogi i powaliłam go na ulicę. Niektórzy przechodnie gwałtownie wciągali powietrze i odskakiwali, inni zaś tylko piorunowali mnie wzrokiem i nas omijali.
Torin krzyknął i zamknął w dłoni nieco ziemi, którą we mnie rzucił. Pisnęłam i zasłoniłam oczy, ale skóra na policzkach i tak zapiekła od uderzenia kamyków.
Dzięki temu zagraniu Torin zdołał podnieść się na czworaki, ale wskoczyłam mu na plecy, przez co oboje znów wylądowaliśmy na ziemi. Przeturlał się, aż przygniótł mnie na tyle, że musiałam walczyć o oddech. Pociągnęłam go z główki, zanim zdołał cokolwiek mi zrobić. Krzyk mężczyzny ucichł, gdy jego żuchwa zderzyła się z moim czołem.
- Pieprzona suka! - wrzasnął, wypluwając ząb wraz z krwią, która wylądowała na moim policzku.
- Oryginalnie - mruknęłam, krzywiąc się. - Gdyby tylko za kredyty dało się kupić nieco rozumu.
Zastanawiałam się, czy nie zachować siekacza Torina. Myśliwi, którzy odwiedzali Endlock, zazwyczaj zbierali zęby swoich ofiar i nosili je na łańcuszkach na szyi albo szlifowali, aby wyglądały jak perły. Widywałam zęby noszone również jako spinki do mankietów lub w ekstrawaganckich sygnetach, które dodatkowo ozdabiano brylantami. Makabryczne trofea - symbole wysokiego statusu. Ci, którzy nie potrafili polować, kupowali zęby w ciemnych uliczkach, żeby dopasować się do reszty; doszły mnie słuchy, że podczas wyjątkowo srogich zim moi sąsiedzi, gdy brakowało im na czynsz czy racje żywnościowe dla dzieci, wyrywali sobie trzonowce, by sprzedać je bogaczom.
Torin złapał mnie za szyję, dusząc i uniemożliwiając spójne myślenie. Macałam na oślep, poszukując broni, ale natrafiałam jedynie na ziemię. Instynktownie wbiłam mężczyźnie kolano między nogi, a następnie uderzyłam go w krtań i zepchnęłam z siebie. Kiedy znalazł się na ziemi, na brzuchu, uklęknęłam mu na plecach, pospiesznie starając się złapać oddech.
Odpięłam kajdanki od paska i zatrzasnęłam na nadgarstkach Torina. Krztusił się, a mimo to zdołał obrócić głowę tak, by na mnie spojrzeć. Nie popatrzyłam mu w oczy.
Nigdy nie nawiązuj kontaktu wzrokowego - tak brzmiała pierwsza zasada łowców głów.
- Mam dzieci - wyjęczał.
Przełknęłam ślinę. Moi rodzice, gdy Rada skazała ich na Endlock, też mieli, pomyślałam.
W Dividium po wojnie rządziło troje zwierzchników wybieranych z każdego sektora przez zgromadzenie najwyższych urzędników. W każdym sektorze prawo egzekwowała wybrana osoba: radna Elder odpowiadała za Dolny, radny Baskan za Centralny, a radny Pe?a za Górny. Wszyscy mieszkali w tym ostatnim w rezydencjach tak wielkich, że mogłyby pomieścić dziesiątki osób.
- Proszę. Nie chcę umierać - wyszeptał Torin.
Zdecydowanie mnie przeceniał, skoro myślał, że błaganie o litość jakkolwiek mu pomoże.
- Ja też nie - wymamrotałam. Empatią nie utrzymam Jeda przy życiu.
Wciąż obchodzili nas niewzruszeni przechodnie, co dobitnie świadczyło o tym, ile osób codziennie aresztowano i zsyłano do Endlock.
Odwiedzający więzienie najczęściej płacili za polowanie na przestępców niższego kalibru - większość tylko na to mogła sobie pozwolić. Jednak bogatsi uwielbiali ścigać tych wywodzących się spośród nich. A ktoś taki jak Torin? Łowcy z Górnego Sektora będą przebierać nogami, by go dorwać.
Tego ranka serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi, gdy za pomocą starego tabletu - który kilka lat temu kupiłam z drugiej ręki za uciułane kredyty - sprawdziłam bazę poszukiwanych przestępców. Wyskoczyła reklama zachęcająca do odwiedzin w biurze Endlock Experience w Dolnym Sektorze, aby omówić rezerwację przystępnego cenowo pakietu polowań, w skład którego wchodziły racje żywnościowe oraz dwa noclegi w resorcie z widokiem na teren łowiecki. Zapisz się już teraz, a otrzymasz darmowy pakiet fotograficzny oraz lepszą broń!
Prychnęłam, gdy ten tekst pojawił się na ekranie, a następnie zamknęłam reklamę, aby przeczytać zaktualizowaną listę poszukiwanych. Obok ziarnistej fotografii Torina pojawiła się suma dziesięciu tysięcy kredytów. Była to najwyższa nagroda za schwytanie człowieka, jaką kiedykolwiek widziałam, a więzienie zgarnęłoby co najmniej podwójną sumę, sprzedając jego życie myśliwym.
Nigdy nie miałam ani kasy, ani ochoty na udział w polowaniu, chociaż wysłałam już do więzienia wielu i czułam się odpowiedzialna za ich śmierć. Według mnie polowanie stanowiło takie samo uzależnienie, jak gry hazardowe albo picie alkoholu. Dawało ludziom poczucie władzy, namiastkę kontroli w społeczeństwie, które ograniczało nas nieskończonymi zasadami. Reguły dotyczyły nawet pór dnia, w których mogliśmy wychodzić z domów. Dyktowały, gdzie w Dividium możemy postawić stopę - bez pisemnego zezwolenia nie mogliśmy wychodzić poza Dolny Sektor.
Odetchnęłam głęboko, podciągnęłam Torina na nogi i popchnęłam w kierunku aresztu miejskiego.
- Co tam dziś dla mnie masz, Raven? - zagadnął kapitan Flint szorstkim, bezdusznym głosem, pasującym do otaczających nas betonowych ścian.
Areszt stanowił najnowszą strukturę w Dolnym Sektorze, a mimo to pozostawał najmniej zachęcającym budynkiem. Na frontową salę składały się tylko szare mury z zakratowanymi oknami, między którymi stało biurko, a za nim wywieszono krwistoczerwoną flagę. Pośrodku sztandaru widniały trzy czarne, splecione ze sobą kręgi - jeden na górze, dwa poniżej. Trzy koła oznaczające trzy sektory oraz troje radnych. Tak właśnie prezentowała się flaga Dividium.
Ciężkie wrota nie wpuszczały do środka gwaru ulicy, dzięki czemu panowała nerwowa cisza zakłócana jedynie przez głos dochodzący z niewielkiego tabletu trzymanego przez kapitana Flinta:
- Przekazujemy pilną informację na temat ataku na zachodni kwartał pól uprawnych, do którego doszło niemal dwa tygodnie temu. Po wyczerpującym śledztwie strażników Rada ogłosiła, że za pożar odpowiada znany terrorysta i lider organizacji rebeliantów, zwanej Kolektywem, Eris Cybin. Ogień strawił znaczną część upraw i doprowadził do śmierci kilku pracowników rolnych oraz Silasa V. Eldera, męża radnej Caltriony Elder.
Spojrzałam na tablet, mrużąc oczy. To nie mogła być prawda. Eris był liderem komórki Kolektywu w Górnym Sektorze. Choć w przeszłości przeprowadzał niebezpieczne demonstracje oraz ataki na Radę, nigdy nie niszczył miejskich upraw. Zmniejszenie plonów nie miałoby żadnego wpływu na radnych - najbardziej ucierpiałby Dolny Sektor. Zabijając męża radnej Elder, Kolektyw sprowadziłby na Dolny Sektor kolejne patrole oraz przyczynił się do zwiększenia liczby aresztowań - zgodnie z nakazami lub bez nich.
- Strażnicy nadal prowadzą śledztwo w kwestii tego, co Elder robił za murem Dividium. Dominuje teoria, że jego porwanie i egzekucja zostały skrupulatnie zaplanowane przez Kolektyw. Erisa Cybina do tej pory nie pochwycono.
Wiadomości dobiegły końca i pojawiła się reklama zakładu jubilerskiego z Centralnego Sektora, który specjalizował się w szlifowaniu zębów z Endlock i wprawianiu ich w zawieszki do bransoletek.
Krzepki Flint pochylał się nad tabletem, nie odrywając wzroku od ekranu, nawet gdy przepchnęłam swoją zdobycz przed siebie.
Torin szamotał się w krótkiej drodze do aresztu; odpuścił, dopiero gdy wyjęłam sztylet i zagroziłam, że wytnę mu ulubiony wyrostek robaczkowy. Potem ledwie byłam w stanie za nim nadążyć.
- Torin Bond - oświadczyłam, przekazując go strażnikom zajmującym miejsce obok bogato zdobionego biurka kapitana.
Flint w końcu opuścił urządzenie i skupił całą uwagę na pojmanym przeze mnie mężczyźnie.
- Na wszechmocną Radę, zasadziłaś się na zbiega z Górnego Sektora? - Wpatrywał się we mnie niebieskimi oczami, ale nie umiałam orzec, czy podziwiał moją odwagę, czy może bawiła go moja głupota.
- Panie kapitanie, mówimy tu o nagrodzie w wysokości dziesięciu tysięcy kredytów.
Flint przejrzał listę, szukając na niej nazwiska Torina.
- Czego takiego się dopuścił?
- W zeszłym roku jego żona wdała się w romans. Kiedy ją na tym przyłapał, doniósł strażnikom na jej kochanka. Zeznał, że gość ukradł wartościowy zegarek. Mężczyzna trafił za to do Endlock i został zabity. Kilka tygodni temu żona Torina znalazła ten zegarek schowany w gabinecie męża, więc również na niego doniosła.
Flint gwizdnął pod nosem.
- Nieźle.
- Ta zdzira mnie wrobiła - warknął Torin.
Strażnicy szarpnęli go za ręce, aż zamilkł.
Skrzywiłam się, a następnie odezwałam do Flinta, ale na tyle głośno, aby Torin również mnie słyszał:
- Nawet jeśli niczego takiego nie zrobił, to czy patrzenie na głodujące dzieci nie jest dostateczną zbrodnią, gdy sam ma tyle jedzenia, że go nie przeżre?
Może to wcale nie było sprawiedliwe. Może dotykał mnie fakt, że Torin urodził się w miejscu, w którym niewielu zdawało sobie sprawę, do czego większość z nas musi się posunąć, by przetrwać.
Niemniej nie tylko dostęp do żywności był czynnikiem oddzielającym Dolny Sektor od Górnego. W naszym można było zostać aresztowanym niemal za samo oddychanie, a u nich większości mieszkańców uchodziły na sucho nawet najohydniejsze przestępstwa.
A to, czego dopuścił się Torin, było tożsame z morderstwem.
Kapitan wymamrotał coś pod nosem, nie chcąc rozprawiać na temat Górnego Sektora, gdy mógł go usłyszeć jeden ze szpiegów Rady.
Strażnicy wyprowadzili Torina za drzwi. Zatrzymają go w celi, dopóki nie przygotują kolejnego transportu do Endlock.
Flint pokręcił głową, po czym przesunął palcem po tablecie i wpisał hasło dające mu dostęp do systemu nagród.
- Spokojny dzień. Jesteś tu dziś pierwsza.
Wcisnął coś na ekranie, przez co zawibrowała opaska, którą miałam na nadgarstku. Obróciłam rękę do siebie i patrzyłam, jak na niewielkim wyświetlaczu rośnie suma kredytów. Ogarnęła mnie wielka ulga.
Wcześniej miałam ostatnią pięćdziesiątkę, która została mi z zeszłomiesięcznej nagrody otrzymanej za pojmaną o imieniu Perri. W Dolnym Sektorze prowadzono sporo nielegalnych interesów, ale tej kobiecie wiodło się wyjątkowo dobrze, bo żerowała na ludzkiej desperacji - sprzedawała podrabiane leki. Antybiotyki, które nie hamowały infekcji, bezskuteczne medykamenty na serce. Cokolwiek by się chciało, ona zawsze to miała. Aggie słyszała na mieście, że aresztowanie Perri nie ukróciło interesu; wciąż starałam się namierzyć jej wspólników.
Zmrużyłam oczy, gdy na wyświetlaczu mojej opaski liczba wyhamowała na poziomie nieco ponad ośmiu tysięcy. Ponownie spojrzałam na Flinta.
- Osiem? Miało być dziesięć.
Skrzywił się i wzruszył ramionami.
- Tyle się należy za uszkodzony towar. Brakuje mu zęba i ma podbite oko. Wiesz, że pokiereszowani przynoszą więzieniu mniejsze zyski.
Wypowiadał się tak, jakby obrażenia więźniów, w ogóle ich egzystencja, stanowiły zagrożenie dla jego konta bankowego - ale gdybym mu to wytknęła, usłyszałabym, jaka ze mnie hipokrytka.
Przecież śmierć tych ludzi finansowała również moje istnienie.
- Jed ma już osiemnaście lat - palnęłam zamiast tego, licząc, że się nade mną zlituje i dorzuci kilka dodatkowych kredytów. To z powodu brata zostałam łowczynią głów. Jed na mnie polegał, więc zrobiłabym wszystko, by tylko miał co jeść.
- Już? - Kapitan gwizdnął pod nosem i wylogował się z systemu, odbierając mi w ten sposób nadzieję na kolejne kredyty. - Pamiętam dzień, w którym pojawiłaś się tu po raz pierwszy.
Jed miał wtedy jedenaście lat, a ja szesnaście. Areszt w moich niewinnych oczach prezentował się przerażająco. Dostrzegłam surowe, betonowe ściany oraz strażników krzyczących przez zamknięte drzwi na awanturujących się po drugiej stronie osadzonych. Był również kapitan Flint, który bez zastanowienia wydrukował mi listę poszukiwanych zbiegów. Następnego dnia rzuciłam szkołę i skupiłam się na poszukiwaniach pierwszego celu.
Flint miał sporo wad, jednak wiele mu zawdzięczałam. Bez jego pomocy głodowalibyśmy z bratem na ulicy, nie będąc w stanie zarobić na czynsz w ruderze, w której mieszkaliśmy.
- Szybko dorósł - potwierdziłam słabym głosem. Taka też była prawda. Siedem lat temu, po śmierci rodziców, to ja stałam się odpowiedzialna za młodszego brata. W tej chwili Jed był już uznawany za pełnoprawnego członka społeczeństwa, a za dowolne odstępstwo od prawa mógł zostać skazany, a nie tylko otrzymać upomnienie.
Nieletnim dawano trzy szanse, trzy upomnienia, zanim wysyłano ich do Endlock, gdzie, niezależnie od wieku, stawali się celami polowań. Z każdym przewinieniem dziecka strażnicy nacinali mu ramię standardowym nożem sprężynowym - blizny stanowiły o tym, ile szans jeszcze zostało gagatkowi.
Odruchowo potarłam dwa ślady, które miałam na lewym ramieniu - grube, wypukłe szramy.
- Lepiej już się zbieraj. - Flint machnął ręką w kierunku drzwi, jakby się mną znudził i chciał wrócić do oglądania wiadomości. Położył odziane w skarpety stopy na biurku. - Niech Rada ma cię w swojej opiece.
Machnęłam kapitanowi, przeszłam obok strażników stojących na warcie przy wejściu do aresztu miejskiego i rzuciłam pod nosem standardową odpowiedź:
- Niech obdarzy nas wiecznym pokojem.
2
- Polej mi, Vern.
- Dopiero gdy spotkasz się z Aggie - warknął barman, zatłuszczoną ścierką wycierając drewniany kontuar. - Jest na zapleczu z innymi.
- Równie dobrze mogę iść z nią porozmawiać z kuflem w ręce, właściwie tak nawet będzie lepiej - stwierdziłam, machając mu przed nosem opaską, aby pokazać wyświetlacz z niezłą sumką.
Nazywanie tego napoju piwem stanowiło lekką przesadę, wręcz komplement dla tego, co nielegalnie warzył Vern.
Przysadzisty mężczyzna o sterczących na boki włosach odkąd sięgałam pamięcią prowadził w tej stęchłej piwnicy karczmę znaną jako Szynk Verna. Właściciel wydawał się zrzędliwy i małomówny, ale dopóki klienci płacili i nie zdradzali go patrolom, nie dbał o interesy załatwiane pod jego przeciekającym dachem.
W końcu zeskanował moją opaskę i podał mi kufel tak gwałtownie, że mnie ochlapał.
- A teraz spieprzaj tam - rzucił i przeniósł rozdrażniony wzrok na kolejnego klienta.
Uniosłam naczynie w udawanym toaście, a potem zamarłam i zmrużyłam oczy, bo na schodach dostrzegłam brata.
Jed miał osiemnaście lat. Przyciągał uwagę ostrymi rysami twarzy i szczupłymi kończynami. Z jasnymi włosami, dużymi, niebieskimi oczami i piegami na policzkach mocno przypominał naszego ojca. Chociaż byłam od niego pięć lat starsza, często mówiono mi, że wyglądam jak jego młodsza siostra. Urodę odziedziczyłam po matce - miałam szare oczy i długie ciemnobrązowe włosy, które spływały falami na plecy. Z bratem łączyła mnie jedynie karnacja.
- Co tu robisz? - warknęłam, łapiąc go za łokieć i odciągając w pusty kąt. - Powinieneś być w pracy. Zaraz cisza nocna.
- Właśnie tam idę. - Jed przewrócił oczami i wyrwał rękę z moich palców. - Musiałem zrobić sobie szybki przystanek.
- U Verna? - dociekałam, unosząc brwi. - Po co? - Rozejrzałam się, ale wydawało się, że nikt nie zwraca na nas uwagi.
Jed próbował mnie ominąć, lecz wyciągnęłam rękę, uniemożliwiając mu przejście.
- Wiesz, po co tu przyszedłem, Raven - odparł szeptem, ruchem głowy wskazując w stronę pomieszczenia na zapleczu. - Jestem już pełnoletni. Mogę rozpocząć proces wdrażania.
- Absolutnie się nie zgadzam - syknęłam, starając się nie podnosić głosu. - Nie dołączysz do nich. To nie jest bezpieczne. - Na myśl o tym, że zostanie schwytany i wysłany do Endlock, ogarnęła mnie panika. Tak długo udawało nam się nie mieszać z Kolektywem, ale oczywiście brat pragnie pójść w ślady rodziców i postanowił dołączyć do rebeliantów.
- Nie musisz mnie chronić - skwitował drżącym głosem, zaciskając pięści. - I przestań zatrzymywać ludzi pod pretekstem tego, żebym miał gdzie mieszkać.
- Jed, ja...
- Z każdą pochwyconą osobą stajesz po stronie Rady. Opowiadasz się za jej wartościami. Nie jesteś lepsza niż ci, którzy urządzają sobie polowania na więźniów.
Gwałtownie zamknęłam usta; jego słowa zraniły mnie niczym tysiąc odłamków szkła. Miałam świadomość, że nie aprobował mojego zajęcia, ale też nigdy nie rozmawialiśmy na temat mojej pracy. Podobnie postępowali nasi rodzice.
- Nie ma żadnych stron - szepnęłam ochryple. - Mamy do wyboru albo podporządkować się Radzie, albo umrzeć.
- Mówisz zupełnie jak oni - napomniał mnie ostro. - Nawet nie chcesz spróbować innej drogi.
- Może gdybym nie wzięła na siebie upomnienia za ciebie, miałabym na to szansę - syknęłam w odpowiedzi.
Kiedy tylko to zdanie wyszło z moich ust, od razu zapragnęłam je cofnąć. Dostałam upomnienie za brata, a ponieważ było już moim drugim, nie dopuszczono mnie do pracy w fabryce, ale nie była to jego wina. I bez mrugnięcia okiem bym to powtórzyła. Gdybym tylko mogła, wzięłabym na siebie cały jego ból.
Jed wpatrywał się we mnie przez chwilę, zaciskając usta w wąską linię, a następnie odwrócił się na pięcie i poszedł do wyjścia.
- Dokąd to? - zapytałam, odgarniając kosmyk z rozgrzanego policzka.
- Do roboty. Nie jestem w stanie na ciebie patrzeć w tym momencie.
Jed wmaszerował energicznie po stopniach i wyszedł z szynku, nie oglądając się za siebie. Upiłam spory łyk piwa, próbując utopić smutki w kwaśnym trunku.
- Chcesz się upić, żeby jakoś ze sobą żyć, Thorne?
Jęknęłam i skierowałam wzrok na twarz syna Aggie, Graylina, który opierał się o bar i bawił sztyletem. Brązowozłote włosy kręciły mu się przy końcach od panującej tu wilgoci.
Zadufany w sobie dupek.
Niegdyś nasze matki szeptały do siebie i rzucały sobie wymowne spojrzenia, gdy obserwowały, jak ten chłopak dokuczał mi, a ja rumieniłam się w odpowiedzi. Tydzień po moich szesnastych urodzinach skradł mi pocałunek. Lepka duchota ustąpiła wraz z cudownie chłodnym powiewem wiatru, gdy siedzieliśmy na dachu mojego bloku, patrząc, jak słońce znika za horyzontem. Gray odmienił jałową, betonową przestrzeń za pomocą koca i kilku niedopalonych świeczek matki, których blask lekko zmiękczył rysy jego twarzy, gdy niebieskie niebo przybrało pomarańczową i różową barwę, a potem ściemniało i na aksamitnej czerni pokazały się migoczące gwiazdy.
Gray się przysunął, patrząc na mnie szmaragdowymi oczami. Ujął w palce mój podbródek. Odetchnęłam drżąco, kiedy pochylił się, aż spotkały się nasze usta, czym przekroczyliśmy granicę przyjaźni i rozpoczęliśmy nowy etap.
Następnego dnia aresztowano moich rodziców.
Trochę później dowiedziałam się, że nie żyją. Zostałam łowczynią głów, by zaopiekować się bratem. Gray nigdy mi tego nie wybaczył.
"Jeżeli zatroszczymy się o siebie nawzajem, być może uda nam się przetrwać. A kiedy będziemy dbać tylko o siebie, to wygrają oni, Raven". Mówił szczerze, jakby błagał, jednak kiedy dostrzegł, że coś się we mnie zmieniło i że zrobię wszystko, aby zapewnić przetrwanie jedynie bratu, stał się zimny i wycofany. Zachowywał się, jakby nie wiedział, kim jestem, dla mnie również stał się kimś obcym. Jakby wszystkie minione lata przestały istnieć w obliczu pustych szafek w kuchni oraz zaległych płatności za mieszkanie.
Pokręciłam głową, aby wytrząsnąć z niej to wspomnienie.
- Może po pijaku jakoś zniosę twoje towarzystwo.
Gray parsknął śmiechem, choć nie dostrzegłam rozbawienia w jego zielonych oczach.
- A dokąd poszedł Jed?
Odwróciłam wzrok od emocji w jego spojrzeniu, ponieważ dostrzegałam w nim mieszaninę smutku i obrzydzenia. Skupiłam się na niezliczonych bliznach na jego policzkach i dłoniach. Niektóre zdążyły zblednąć, jak ta długa na lewej skroni, powstała, gdy miałam dwanaście lat, a on przeleciał przez dziurę w podłodze naszego prowizorycznego fortu w opuszczonej fabryce. Inne wydawały się świeższe, więc podejrzewałam, że dorobił się ich na misjach Kolektywu. Był wysoki jak Jed, chociaż nikt nie określiłby go mianem chudzielca - znoszona koszula tak napinała się na jego ciele, że wcale nie musiałam wyobrażać sobie twardych mięśni, które okrywała.
- Zostaw go w spokoju, Gray.
Z hukiem odstawiłam pusty kufel na kontuar, po czym machnęłam Vernowi opaską i porwałam piwo, które podawał innemu klientowi. Kiedy zaczął na mnie psioczyć, puściłam do niego oko i przeszłam przez lokal do drzwi na zaplecze.
Gray deptał mi po piętach.
- Na ostatnim polowaniu zabito Hetty. - Usłyszałam słowa Opal, gdy tylko wślizgnęłam się do środka. Wzrok przywykł mi do półmroku, więc zobaczyłam, że mówiła do żony Aggie, Lorii. - Jeśli chcemy wydostać Kit, musimy wysłać tam kogoś na zastępstwo za zmarłą. Najlepiej kogoś z doświadczeniem w walce, jeżeli zamierzamy ją żywą przetransportować przez Ziemie Niczyje. Doszły nas słuchy, że przemierzających te okropne tereny okradają padlinożercy, nieraz dochodzi nawet do porwań.
Zmarszczyłam brwi. Próba przedarcia się przez Ziemie Niczyje równała się takiemu samemu wyrokowi śmierci, jak zesłanie do Endlock.
Loria spojrzała na mnie, po czym uniosła rękę, aby uciszyć Opal.
- Zapijasz problemy? - zapytała Aggie, gdy nastała cisza.
O co chodziło ich rodzinie z tym wytykaniem mi konsumpcji?
Aggie siedziała u szczytu długiego stołu i paliła glinianą fajkę. Loria zajmowała miejsce po jej prawej, krzyżując ręce na piersi i mrużąc oczy, gdy wbijała we mnie wzrok. Większość z kilkunastu krzeseł pozostawała zajęta przez osoby w różnym wieku, z wyjątkiem tego po lewej stronie Aggie oraz kolejnego dokładnie naprzeciwko niej, po drugiej stronie stołu, na którym natychmiast zasiadł Gray.
Pomieszczenie rozjaśniały świece, rzucając na każdą z twarzy lekko pomarańczową poświatę. Poza fabrykami, które nigdy nie kończyły pracy, wszyscy w naszym sektorze musieli po godzinie ciszy nocnej zapalać świece i lampy naftowe, bo odcinano prąd.
Dolny Sektor szczycił się najwyższym wskaźnikiem przestępczości, co stanowiło dla Rady pretekst, aby pilnować przestrzegania godzin ciszy nocnej, rzekomo dla naszego bezpieczeństwa. Robiono tak jednak głównie po to, aby Centralny oraz Górny Sektor mogły z przestarzałej sieci energetycznej ciągnąć tyle prądu, ile tylko chciały.
W Dolnym Sektorze mieszkało najwięcej ludzi - niemal sto tysięcy, co stanowiło sumę tych, którzy zajmowali łącznie Centralny i Górny. Jednak zostaliśmy stłoczeni w najmniejszej części miasta, upchnięci w niewielkich blokach, przez co przypominaliśmy kolonię mrówek.
- Nie ma to jak ciepłe piwo, aby odsunąć od siebie wyrzuty sumienia z powodu tego, że posłało się kogoś na śmierć. - Uniosłam kufel i upiłam spory łyk. Poza tym Jed miał siedzieć w pracy aż do świtu. Kiedy wtoczę się do mieszkania, nie zobaczy mnie w tym opłakanym stanie.
Nie będzie mnie jeszcze bardziej potępiał.
Kiedy brat skończył osiemnaście lat, zmuszono go do podjęcia wyczerpującej pracy na nocnej zmianie w zakładzie uzdatniania wody. Zarabiał marne ochłapy, ale tylko tym mógł się parać, więc nie miał wyboru, dopóki nie zwolni się jakieś inne stanowisko.
- Zasłużył sobie, kochana - odparła Aggie, odgarniając pasmo siwych włosów, które wymknęło się z warkocza. Na jej opalonej i mocno pomarszczonej twarzy malował się smętny uśmiech. Najwyraźniej już się dowiedziała, że złapałam Torina; wszędzie miała wtyki. - Chodź do nas.
Usiadłam, kiwając głową pozostałym członkom Kolektywu, i wyjęłam z kieszeni złożony pergamin. Przesunęłam go po blacie w stronę Aggie.
- Proszę - szepnęłam, aby inni nie usłyszeli. - Tacha Vanil. Samotna matka. Została bez dachu nad głową, bo w zeszłym roku zawalił się blok, w którym mieszkała. Poszukiwana za kradzież kilku batonów na targu. Widziałam ją grzebiącą w śmietniku za zakładem, w którym pracuje Jed.
Zawarłam z Aggie umowę - przekazywała mi informacje o miejscu pobytu zbiegów, którzy popełnili poważne przestępstwa, a ja w zamian pomagałam namierzyć tych, którzy nie zasługiwali na aresztowanie i śmierć w Endlock. Kolektyw przyjmował takie osoby pod swoje skrzydła i pomagał im się ukrywać. Nie miałam pojęcia, jak ci ludzie tego dokonywali, nigdy o to nie pytałam.
Aggie podziękowała mi skinieniem głowy, wkładając pergamin pod szal.
- Zajmiemy się tym - powiedziała cicho.
- Powiedz, czym zasłużyliśmy sobie dziś wieczorem na zaszczyt twojej obecności? - zapytał siedzący po drugiej stronie stołu Gray. - Porzucasz ciemną stronę i oficjalnie do nas dołączasz?
- Chyba w twoich snach. - Odchyliłam się na krześle, położyłam nogi na rancie stołu i patrzyłam, jak na porysowany drewniany blat spadają z butów cząstki błota. - Przyszłam tylko dlatego, że Aggs ma dla mnie robotę. Dobrze płatną.
Oprócz wypełniania postanowień układu z Aggie zazwyczaj trzymałam się od Kolektywu jak najdalej. Mimo wszystko powiązania moich rodziców z rebeliantami sprawiły, że zesłano ich do Endlock.
Oraz moja niewyparzona gęba.
Jednak Aggie przyjaźniła się z moją matką, pozostała niezmiennym elementem mojego życia. Z kasą z nagrody za Torina oraz kredytami od niej mogłam mieć wystarczająco dużo, aby zapełnić naszą spiżarnię, a także przekupić kierownika w zakładzie uzdatniania wody, aby przeniósł Jeda na dzienną zmianę.
- No jasne - warknął Gray, jakby potrafił czytać mi w myślach. - Zależy ci wyłącznie na kredytach. Twoi rodzice byliby...
- Graylinie - skarciła syna Aggie, jakby nadal był dzieciakiem, a nie dwudziestopięcioletnim mężczyzną.
Poczułam, że policzki mi się zaczerwieniły, gdy usłyszałam uwagę na temat rodziców, ale nie dałam się złapać na haczyk.
- Nieprawda. - Uniosłam kufel i upiłam spory łyk, nim z hukiem odstawiłam naczynie na blat. - Zależy mi również na swoim bezpieczeństwie, Gray.
Widziałam, że chciał się podnieść, ale matka uniosła rękę, by go powstrzymać.
- Wystarczy - rzuciła i pociągnęła dymu z fajki. - Egzystujemy w świecie tak pełnym przemocy, że wystarczyłoby nam na kilkanaście żywotów. Nie pozwolę na nią w tym miejscu. - Kiedy mówiła, z jej ust uniosły się siwe smużki. Wkrótce poczułam słodką, kwiatową woń tlących się liści żelaźnicy, której dymem zaciągała się, aby uśmierzyć ból w stawach.
Graylin pokiwał głową i zamknął usta, ale spiorunował mnie wzrokiem.
- A skoro już jesteśmy przy przemocy - rozejrzałam się po zgromadzonych i zauważyłam, że brakuje jednej z twarzy - miał być tu dziś również Eris?
Od czasu do czasu do spotkań w Dolnym Sektorze dołączali inni liderzy, aby wymieniać się najnowszymi informacjami, ponieważ nie ufali posłańcom.
- Naprawdę sądzisz, że po podanych dziś informacjach zjawiłaby się tutaj? - rzucił protekcjonalnym głosem Gray.
- A więc to prawda? - Trzymałam się nadziei, że to jednak ktoś inny. Że Eris nie posunąłby się do zniszczenia pożywienia.
- Tak, to prawda, że spalono część plonów - przyznała Aggie ze smętną miną. - Ale nie byliśmy w stanie skontaktować się z Erisem, aby potwierdzić jego domniemany udział w ataku. Niektórzy członkowie Kolektywu uważają, że podpalenie nakazała Rada.
Opadła mi szczęka.
- Rada? Ale dlaczego?
- Aby wrobić w to Kolektyw - odparł Gray.
- W ostatnich miesiącach opinia publiczna zmieniła o nas nieco zdanie - wtrąciła Loria. - Na lepsze. Rekruci z programu kierowanego przez Graya zdołali rozdać tysiące dodatkowych racji żywnościowych, zaznaczając, że to dzięki uprzejmości Kolektywu. Ekipa Zaela i Opal wyremontowała jedną z opuszczonych fabryk, żeby zapewnić byt kolejnym rodzinom. Mieszkańcy utożsamiają nas z bezpieczeństwem i ochroną.
Pokręciłam głową.
- Co innego, gdy Rada pragnie odzyskać poparcie społeczne, ale zupełnie inną kwestią pozostaje niszczenie żywności. Przecież i bez tego głodujemy. W dodatku w pożarze zginął Silas Elder. Dlaczego mieliby do tego dopuścić?
- Nie mamy pewności, czy za tym wszystkim stoi Rada - skorygowała Opal. - To tylko hipoteza.
- Woleliby, żebyśmy pomarli z głodu, niż sądzili, że zdołamy przetrwać bez ich tyranii - warknął Gray. - A nic tak nie zniechęci do nas ludzi jak przekonanie, że pozbawiliśmy ich jedzenia.
Jednak to nie odpowiadało na moje pytanie o Silasa Eldera.
- Później o tym porozmawiamy - oznajmiła Loria, rzuciwszy mi wymowne spojrzenie, nim zdołałam domagać się wyjaśnienia kolejnych kwestii.
Aggie chyba i tak powiedziała za dużo jak na jej gust, zwłaszcza że nie zamierzałam oficjalnie dołączyć do ich sprawy.
- Co to za robota, Aggs? - zagadnęłam, aby zmienić temat i przełamać napiętą atmosferę.
Kobieta rozkaszlała się tak bardzo, że Loria przysunęła się i klepnęła ją w plecy. Aggie upiła łyk ze stojącego przed nią kubka, a następnie ścisnęła dłoń żony w obu swoich.
- Chciałabym, żebyś przechwyciła korespondencję radnej Elder, a szczególnie listy, które wysyła do swojego człowieka w Endlock.
Na moment w pomieszczeniu dało się słyszeć jedynie stukot sztyletu, który Graylin raz po raz wbijał w stół.
Parsknęłam śmiechem.
- Oszalałaś? - Odsunęłam się z krzesłem od stołu i wstałam. Jedyne, czego pragnęłam bardziej niż kredytów, to aby Rada nie dowiedziała się o moim istnieniu. - Przecież ześlą mnie za to do Endlock.
- Nie, jeśli cię nie złapią - odparła Aggie. - Radna Elder nie ufa żadnemu z naszych ludzi, nawet tym, którym udało się dostać do jej wewnętrznego kręgu. Skrzętnie skrywa swoje tajemnice, niemniej regularnie wysyła wiadomości do kogoś w więzieniu. Wszystkie jej listy trafiają do Endlock wraz z codziennym transportem nowych osadzonych. Musisz jedynie znaleźć sposób, aby przechwycić jej korespondencję, nim dotrze do celu.
- Dlaczego w ogóle do kogoś pisze? - Zmarszczyłam brwi, bo pytanie wyrwało mi się z gardła wbrew zdrowemu rozsądkowi. - Dlaczego nie wysyła zaszyfrowanych informacji wprost z tabletu?
Gray uśmiechnął się cwaniacko.
- Jeden z naszych rekrutów znajdujących się w wewnętrznym kręgu Elder zdołał włamać się na bezpieczny portal komunikacyjny Rady. Nie zobaczył zbyt wiele, bo został pochwycony, ale od tamtej pory Elder wysyła listy do Endlock, a jej zespół pracuje nad poprawą bezpieczeństwa.
Pokręciłam głową. To było... Nie wiedziałam nawet, że Kolektyw miał powiązania, które sięgały aż tak wysoko. Mimo to nie mogłam pokusić się o coś tak ryzykownego.
- To bardzo ważna kwestia, Raven - napomniała mnie Aggie cicho, jakby czytała mi w myślach. - Moje źródło w Północnej Kolonii twierdzi, że radna Elder kontaktowała się z ich przywódcami i nalegała, aby dopuszczono do jej wizyty wraz ze świtą.
- Dlaczego? - palnęłam, bo ciekawość znów przysłoniła mi rozum.
- Mówi, że chce zbadać wzrost ich upraw i sprawdzić, czy nasi naukowcy zdołają się czegoś od nich nauczyć, aby poprawić jakość plonów.
Ziemia wokół Dividium umierała. Kiedy byłam mała, rodzice nie przejmowali się brakiem pożywienia. O ile nie zawodziła mnie pamięć, nie mieliśmy go szczególnie dużo, ale nie chodziłam spać głodna. Jednak ten stan rzeczy zmienił się jakąś dekadę temu. Gleba się zbuntowała - okazało się, że to jakiś uśpiony efekt uboczny skażenia radioaktywnego, do którego doszło podczas wojny. Rośliny nie rosły, choć najznamienitsi naukowcy i najbardziej doświadczeni rolnicy walczyli ze skażeniem. Żywności było coraz mniej, jej ceny rosły, a my zbliżaliśmy się do śmierci głodowej.
- A tobie nie wydaje się, że to prawdziwy cel jej wizyty w Północnej Kolonii? - zapytałam, zastanawiając się nad tym, co mówiła.
Aggie pokręciła głową, ale odpowiedziała mi Loria:
- Gdyby tak się martwiła głodem, uregulowałaby kwestie marnotrawstwa i nadmiernej konsumpcji w Górnym Sektorze, a także wypłacałaby naszym ludziom godziwe pensje. Jedzenia wystarczyłoby dla wszystkich, gdyby tylko sprawiedliwie je rozdzielać.
Nie miałam co do tego pewności, ale nie zamierzałam się z nią spierać.
- Czego innego mogłaby od nich chcieć? - dumałam na głos.
- Właśnie tego próbujemy się dowiedzieć - mruknęła.
Pokręciłam głową.
- Aggs, wiesz, że wszystko bym dla ciebie zrobiła, ale to... to wyrok śmierci.
- Jeżeli ktokolwiek ma sobie poradzić, to z pewnością tylko ty - powiedziała, ziewając. Palone liście żelaźnicy uśmierzały jej ból, ale wykazywały również działanie usypiające. Nie posiedzi z nami dużo dłużej.
Milczałam przez chwilę, bo się zamyśliłam.
- Nie przyjmuj Jeda do Kolektywu, a poważnie się nad tym zastanowię.
Szeptane rozmowy pomiędzy innymi członkami nagle ucichły. Gray parsknął ponurym śmiechem i otworzył usta, aby mi odpowiedzieć, ale Loria powstrzymała go surowym spojrzeniem.
- Raven - zaczęła Aggie, kręcąc głową - on już jest dorosły. Nie możesz go wiecznie chronić. Musi podejmować własne decyzje.
- Jedynie wtedy się zgodzę. To i kredyty.
- Raven... - zaczęła ponownie, ale powieki widocznie jej ciążyły.
- Potrzebujemy trochę czasu - wtrąciła Loria, kiwając mi głową. - Możesz już iść. Porozmawiamy jutro.
Siedziałam przy barze nad trzecim kuflem piwa, gdy nagle włoski na karku stanęły mi dęba. Obróciłam się na stołku i rozejrzałam po lokalu, aż ustaliłam źródło mojego niepokoju - w ciemnym boksie w kącie siedział mężczyzna i otwarcie się na mnie gapił.
Był młody, może rok czy dwa starszy ode mnie, i ubrany na czarno. Miał nieskazitelną, gładką złocistobrązową skórę, a długie, czarne jak heban włosy związał w koczek, jak robiło to wielu mężczyzn w Dividium. Kilka kosmyków wymknęło mu się spod rzemienia, więc wydatne kości policzkowe i wyraźną żuchwę okalały miękkie fale. Chociaż koszula przysłaniała jego szerokie ramiona i barki, opinała na tyle jego ciało, że wyraźnie było widać, że pracował fizycznie. Może był stolarzem albo farmerem. Musiał wykonywać jeden z tych nielicznych zawodów, które dawały mieszkańcom dostęp do świata poza murami Dividium - oczywiście pod czujnym okiem strażników.
Odwróciłam wzrok, zastanawiając się, czy przypadkiem nie przeceniłam intensywności jego spojrzenia. Niemniej ilekroć obracałam głowę w jego stronę, zauważałam, że wciąż się we mnie wpatruje. Zeskoczyłam więc z wysokiego stołka, położyłam dłoń na rękojeści sztyletu, który miałam przy udzie, i przeszłam przez szynk.
Od czasu, gdy wyszłam z zaplecza po spotkaniu z Aggie, do karczmy napłynęło więcej klientów, więc teraz musiałam się pomiędzy nimi przeciskać, starając się unikać dotyku ich spoconej skóry.
Młody mężczyzna wciąż się we mnie wpatrywał, jakby nie zdziwiło go to, że postanowiłam do niego podejść, chociaż obdarzył mnie nikłym uśmiechem.
To tylko spotęgowało moją czujność.
Zbliżyłam się, a potem usiadłam w boksie tak blisko nieznajomego, że nasze ramiona się stykały, i uniosłam sztylet, żeby zdołał zobaczyć jego ostry koniuszek. Otworzyłam usta, ale zanim zdołałam się odezwać, w szynku rozległ się krzyk:
- Zgasić światła! Patrol za minutę!
Natychmiast pogaszono lampy naftowe i lokal spowił mrok. Hałaśliwi klienci ucichli, rozmarzona gitarzystka w kącie w połowie przerwała grany utwór. Siedząc w wysłużonym boksie, zaskoczona nagłą utratą wzroku, wprawnym ruchem przycisnęłam sztylet do boku mężczyzny.
Zaśmiał się cicho, co przyprawiło mnie o gęsią skórkę na rękach, ale prócz tego się nie odezwał. Czułam wokół siebie jego ciepły oddech, który pachniał odurzającą wonią mięty oraz miodu pitnego.
Słychać było, że na zewnątrz żwir chrzęści pod butami strażników, światło ich latarek wpadło przez okna i przesunęło się nad naszymi głowami, tańcząc na ścianach piwnicy.
Patrol zniknął tak szybko, jak się pojawił. Pracownicy szynku zapalili lampy, na nowo popłynęła melancholijna melodia, do lokalu powrócił gwar.
- Czego chcesz? - syknęłam do mężczyzny, który leniwym wzrokiem omiótł moją twarz, na dłuższą chwilę zatrzymując się na ustach, nim uniósł go i zobaczyłam okolone gęstymi rzęsami tęczówki barwy płynnego miodu.
- Tego - odparł z uśmieszkiem. - Chociaż wolałbym bez wbijającego mi się w bok sztyletu.
- Tego? - powtórzyłam, przeciągając to słowo i unosząc brwi.
- Aby piękna, niebezpieczna kobieta przytuliła się do mnie w boksie - mruknął.
Flirtował ze mną? Czułam, że się rumienię. Najpierw złapałam mężczyznę, za którego głowę wyznaczono nagrodę, potem Aggie poprosiła mnie o wykradzenie korespondencji Rady, więc byłam trochę zdenerwowana i od razu potraktowałam tego faceta jak zagrożenie. Ale nim nie był. Może stanowił jedynie rozproszenie, którego szukałam.
Porzuciłam odpowiedzialność i pozwoliłam spojrzeniu powędrować po jego ciele. Spijałam wzrokiem misternie skrojony strój, który wyglądał na całkowicie nowy i nie miał ani jednej plamki, przetarć na łokciach czy kolanach. Kiedy zajrzałam pod blat, dostrzegłam parę nieskazitelnych butów. A zatem mężczyzna nie był farmerem.
- Nie jesteś stąd - zagadnęłam, mrużąc oczy. - Z Centralnego? Co tu robisz?
- Miałem się tu z kimś spotkać, ale nie przyszedł - odparł, rozglądając się po sali.
- Znam większość bywalców szynku Verna. Kogo szukasz?
Przez chwilę wpatrywał się we mnie, zaciskając usta, jakby się zastanawiał, czy warto podzielić się ze mną tą informacją.
- Erisa Cybina.
Musiałam nad sobą zapanować, aby nie okazać żadnej reakcji.
- To twój przyjaciel?
- Muszę się mu odwdzięczyć.
Uniosłam brwi.
- Erisowi? Zatem większy z ciebie głupek, niż zakładałam.
- Znasz go?
- Sporo o nim wiem.
- Jest tu? - zapytał, wstrzymując oddech.
Pokręciłam głową i powtórzyłam wcześniejsze słowa Graya:
- Naprawdę sądzisz, że po podanych dziś informacjach zjawiłaby się tutaj?
Zrzedła mu mina, ale zaraz potem się uśmiechnął.
- Szkoda. Jednak muszę przyznać, że twoje towarzystwo to wyjątkowo miła nagroda pocieszenia.
- Nagroda pocieszenia? - Przewróciłam oczami. - Nie ma co, potrafisz sprawić, aby kobieta poczuła się wyjątkowo. Tylko mi nie mów, że taki tekst na podryw naprawdę działa.
- Musisz sama ocenić. Wykorzystałem go po raz pierwszy.
Szturchnął mnie kolanem pod stołem, przez co dech uwiązł mi w gardle.
- Cóż, chyba zależy. - Wskazałam na nas oboje. - Na jaki wynik liczysz?
- Miałem nadzieję, że za pomocą swojego uroku przekonam cię, żebyś poszła do mnie - powiedział, puszczając do mnie oko.
Serce zabiło mi mocniej.
- To okropnie bezczelne - wycedziłam, chowając sztylet i nieco się rozluźniając. - Tylko dlatego, że nie dźgnęłam cię pod żebro, nie znaczy, że zamierzam paradować nago po twoim mieszkaniu.
- Nago? - powtórzył i oczy mu pociemniały. - Chcesz mnie wykorzystać, choć pragnąłem jedynie, żebyś odprowadziła mnie do domu. Samotne przechadzki nie są tu bezpieczne.
Prychnęłam i dopiłam piwo. Alkohol poszedł mi do głowy, wyrzucając z niej myśli o Torinie, Erisie i pustej spiżarni.
- Dlaczego odnoszę wrażenie, że nie zostało już w tobie nic do wykorzystania? - szepnęłam, przysuwając się, aż nasze usta dzieliło jedynie kilka centymetrów.
Miałam do wyboru albo powrót do smutnego, pustego mieszkania, by roztrząsać kwestie krwi na moich rękach, albo pozwolić, aby ktoś pomógł mi o tym wszystkim zapomnieć. Decyzja nie należała do najtrudniejszych.
- Zabawne - stwierdził, nie odrywając wzroku od moich ust. - Dokładnie to samo pomyślałem o tobie.
- Jestem Raven - przedstawiłam się, pragnąc, aby cokolwiek o mnie wiedział, zanim go pocałuję.
Zawahał się, ale w końcu odparł:
- Vale.
Zbliżyłam się, by zlikwidować ostatnie dzielące nas centymetry i zapomnieć o tym okropnym dniu, ale usłyszałam ochrypły śmiech i zrobiło mi się mokro - ciepła, kwaśna ciecz spłynęła mi po twarzy.
Poderwałam się z miejsca i wytarłam piwo z oczu.
- Przepraszam - wybełkotał jakiś typ, podchodząc. - Chciałem tylko zwrócić twoją uwagę.
Odetchnęłam głęboko przez nos i powoli wypuściłam powietrze ustami. To tylko kolejny narąbany drań. Nie stanowił zagrożenia.
Ale w tej samej chwili złapał mnie za nadgarstek.
- Chodźmy - warknął Vale, wstając.
Przewróciłam oczami i sięgnęłam po sztylet.
- Widziałem, jak się do niego przytulasz - oznajmił nieznajomy. - Ale jeśli szukasz towarzystwa, na pewno będę miał ci więcej do zaoferowania.
- Kuszące - syknęłam przez zęby, wyrywając mu się. Spojrzałam na Vale'a. - Ale nie jestem zainteresowana.
- Suka - wymamrotał.
Chwilę później wylądował na podłodze ze złamanym nosem i podbitym okiem. Bez poczucia winy pomachałam ręką, żeby zniwelować ból w knykciach.
- Jak już mówiłem - powiedział Vale, pochylając się do mojego ucha - czułbym się o wiele bezpieczniej, gdybyś mnie odprowadziła.
Mimowolnie parsknęłam śmiechem.
- Zamierzasz posprzątać?! - zawołał barman, gdy zobaczył, że patrzę na wyjście.
- Jesteś dziś dość rozmowny, co, Vern? - rzuciłam, idąc do składziku na miotły. Odważnie stawiłam czoło pajęczynom i karaluchom, aby wyjąć wiaderko i mopa, które z pewnością nigdy nie widziały światła dziennego. Rzuciłam przybory do sprzątania na pierś nieprzytomnego mężczyzny.
- Niebawem się ocknie, więc niech sam po sobie posprząta.
Vern mruknął coś pod nosem, a ja skinęłam ręką na Vale'a, weszłam po schodach i udałam się do drzemiącego miasta.
3
- W Dolnym Sektorze w tej chwili obowiązuje cisza nocna. Mieszkańcom pod żadnym pozorem do rana nie wolno opuszczać swoich miejsc zamieszkania. Złapani na ulicy zostaną natychmiast aresztowani. - Monotonny głos radnej Elder rozbrzmiewał w pętli z głośników, zagłuszając spokój na ulicy.
- Daleko jeszcze? - zapytałam.
Szliśmy w ciemności już od kilku minut, trzymając się blisko zabudowań i wypatrując patroli.
Serce waliło mi jak młotem. Dopiero teraz, gdy szłam za nieznajomym ciemną ulicą, dotarło do mnie, jaka byłam głupia. Piwo i widok ust Vale'a w świetle świec najwyraźniej uderzyły mi do głowy, ale w tym momencie, gdy zimny wiatr wdzierał mi się pod znoszoną kurtkę i groziło mi aresztowanie przez strażników, zdałam sobie sprawę, że powinnam leżeć w bezpiecznym łóżku.
- Jeszcze kawałek - odpowiedział Vale, chwytając mnie za rękę. Kiedy objął mnie ciepłymi palcami, coś się we mnie rozpaliło.
Może jednak wszystko będzie dobrze. Może tym razem zdołam zrobić sobie przerwę od myślenia o bracie, czynszu i kolejnych kredytach z nagrody. Będę mogła skupić się na sobie.
Z końca zaułka dobiegł jakiś stukot, więc się zatrzymałam.
- Coś tam słyszałem - palnął ktoś cichym głosem, jak na mój gust trochę zbyt blisko.
- Daj spokój, Glin - odpowiedział mu głęboki baryton. - Już prawie koniec pracy. Jeśli kogoś złapiemy, będziemy musieli wypełnić papiery i nie wrócimy do domu przez kolejne godziny.
Vale szarpnął mnie za rękę, pociągnął do tyłu i przytrzymał palec przy ustach.
Przy następnym kroku kopnęłam pustą butelkę, która rozbiła się o pobliski budynek. Spojrzałam na Vale'a szeroko otwartymi oczami.
Cisza.
A potem dźwięk pospiesznych kroków.
Nabrałam powietrza głęboko do płuc, a następnie je wypuściłam, rozglądając się po otoczeniu, szukając drogi ucieczki. Wokół nas znajdowały się bloki, ale bez żadnych schodów przeciwpożarowych czy drabin, po których można by się wspiąć. Żadnych okienek piwnicznych, przez które dałoby się prześlizgnąć, ani niczego na tyle dużego, by móc się za tym schować.
Dotknęłam sztyletu, który miałam przy udzie.
- Nic nie poradzisz nożem przeciwko ich pistoletom - szepnął Vale.
Zamarłam. Jeśli nie zdołam walczyć, to już po mnie.
Wyjście z zaułka znajdowało się przed nami, ale mogliśmy również zawrócić tam, skąd przyszliśmy.
Poczułam ucisk w gardle, przez co nie mogłam złapać tchu. Zginę w Endlock jak moi rodzice. A Jed zostanie na pastwę losu.
Zacisnęłam drżące palce na rękojeści sztyletu i wyciągnęłam go z pochwy. Żywcem mnie nie wezmą.
Nagle Vale złapał mnie za ramię.
- Ufasz mi? - Znajdował się na tyle blisko, że poczułam na policzku powiew jego oddechu.
- Ani trochę - szepnęłam.
Zbliżył się do mnie, przez co się cofnęłam, aż natrafiłam plecami na cegły i nie miałam już dokąd uciec.
- Obiecuję, że cię z tego wyciągnę - szepnął. - Pozwól mi się pocałować.
Niemal się roześmiałam z tej absurdalnej sugestii, ale stałam w ciszy, gdy wszystko wokół zaczęło nabierać sensu. Dłonie mi drżały, strażnicy byli coraz bliżej, a ja wiedziałam, że wydaję ostatnie tchnienie.
Nie miałam ani dokąd uciec, ani gdzie się schować. Żadnych szans, by ujść z życiem. Ale mogłam postanowić, że moje ostatnie chwile będą przyjemne, nie przerażające.
Schowałam sztylet.
- Okej.
Jeśli zaskoczyłam Vale'a, nie dał tego po sobie poznać. Przesunął dużymi dłońmi po mojej szyi, objął moją twarz, zatrzymując kciuki pod żuchwą. Przywarł do moich ust.
Jęknął, gdy rozchyliłam wargi. Przesunął po nich językiem, nim wpił się we mnie. Z mocno bijącym sercem przytuliłam się do niego, przesunęłam dłońmi w górę jego karku, aż dotarłam do rzemyka, który przytrzymywał falowane kosmyki z dala od twarzy. Zsunęłam go, a potem wsunęłam palce pomiędzy pukle, rozkoszując się ich miękkością.
Ktoś odezwał się nieopodal, ale nie dosłyszałam słów. Moimi żyłami płynęła adrenalina, strach zmieszał się z pożądaniem, gdy zatraciłam się w Vale'u. Całowałam go głębiej, delektując się jego zapachem. Wsunęłam rękę pod jego koszulę i pieściłam gładki brzuch. W moim podbrzuszu skumulował się żar, więc jęknęłam, na co mężczyzna przygryzł moją dolną wargę.
- Uważaj, Ptaszyno - warknął. - Sprawisz, że zapomnę o tym, że nie jesteśmy tu sami.
Ja już zapomniałam.
- Ustawić się twarzami do ściany i podnieść ręce! - Z ciemności wychynęło światło latarki i na chwilę mnie oślepiło.
- Nie ruszaj się - szepnął Vale, muskając kciukiem moje wciąż rozchylone usta. Odwrócił się twarzą do patrolu, całkowicie zasłaniając mnie swoim ciałem.
- Powiedziałem... - zaczął strażnik.
- Słyszałem - odparł cicho Vale. Robił coś z rękami, czego nie mogłam dostrzec. Chyba podwijał rękaw, żeby pokazać coś, co miał na nadgarstku - zegarek, opaskę albo...
- Vale, raczej powinieneś się podporządkować - pouczyłam. Stojąc za nim, pozostawałam niewidoczna, więc ponownie wyjęłam sztylet. - Zranią cię.
Obaj strażnicy jednak milczeli, opuściwszy latarki.
- Przepraszamy. Proszę kontynuować.
Zamarłam, pewna, że musiałam się przesłyszeć. Jednak strażnicy odwrócili się na pięcie i praktycznie pobiegli tam, skąd przyszli. Stałam całkowicie oszołomiona, wpatrzona w plecy mojego towarzysza.
Dopadły mnie mdłości na myśl o tym, co zrobiłam. Kogo całowałam. Tylko jedno było w stanie uchronić kogoś w Dolnym Sektorze przed aresztowaniem w czasie ciszy nocnej.
Odezwałam się dopiero po chwili, gdy kroki patrolu ucichły, a Vale w końcu się do mnie odwrócił.
- Jesteś strażnikiem - wypowiedziałam drżącym głosem, choć byłam pewna, że się nie mylę.
Nie okazał nawet cienia obaw, gdy patrol się do nas zbliżał. Musiał być jednym ze sługusów Rady, a ja go pocałowałam. Trzęsły mi się ręce, w których ściskałam sztylet, bo tak mnie świerzbiły, aby go dźgnąć. Schowałam broń dopiero na myśl o Jedzie.
- Mniej więcej. - Skrzywił się na widok tego, co dostrzegł w moich oczach.
Odchyliłam się, aby wziąć zamach, i uderzyłam go w twarz. Coś chrupnęło, potem usłyszałam stęknięcie, ale uciekłam, nim miałam szansę zobaczyć jego reakcję.
Kiedy wróciłam do mieszkania, w całym budynku panował mrok - wciąż nie było prądu, bo panowała cisza nocna. Weszłam po schodach, a wyjmując klucze z kieszeni, czułam ból pulsujący z tyłu głowy.
Poruszałam zepsutą gałką, aby ustawić ją pod jedynym kątem, ale zanim przekręciłam klucz, drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Musiałam przytrzymać się futryny, żeby nie zaryć nosem w spękane płytki podłogowe w kuchni. Jed musiał zapomnieć zamknąć.
Rozejrzałam się, ale wszystko wydawało się w porządku. Przynajmniej nieco szczęścia w tym piekielnym dniu.
Nie rozbierając się, położyłam się spać, a po kilku godzinach obudziłam się na moim nierównym materacu z pulsującym bólem głowy.
A przynajmniej tym, co za takowy uważałam, dopóki nie usłyszałam, że Aggie walczy z zamkiem w drzwiach i krzyczy, że mam wstawać.
Łóżko zaskrzypiało, gdy się z niego zwlokłam.
- Idę! - zawołałam. - Przestaniesz tak hałasować?
Kiedy dotarłam do kuchni, Aggie uporała się z zamkiem własnym kluczem i zdążyła postawić czajnik na kuchence. Siedziała na jednym z niedopasowanych krzeseł przy rozklekotanym stole, a jej twarz z podkrążonymi oczami rozjaśniały wpadające przez okno blade promienie świtu.
- Na litościwe upomnienia, Aggs, co tu robisz?
- Siadaj - nakazała, ignorując moje pytanie.
- Co się stało?
- Siadaj - powtórzyła, a moje serce zgubiło rytm. Założyłam, że przyszła, aby przekonać mnie do pomocy Kolektywowi, ale to nie wyjaśniało, dlaczego aż tak bardzo trzęsły jej się dłonie.
- Dobrze. - Uniosłam ręce i zajęłam miejsce na jednym z niestabilnych krzeseł. - Ale mów ciszej. Jed pewnie niedawno zasnął po pracy. Nie chcę go obudzić.
- Jeda wczoraj aresztowano, Raven.
Parsknęłam drżącym śmiechem.
- To wcale nie jest śmieszne, Aggs.
- Nie miało takie być.
- Jed śpi - oświadczyłam, ale w chwili, kiedy te słowa wyszły z moich ust, dostrzegłam, że wieszak przy drzwiach, na którym powinna wisieć jego kurtka, był pusty.
Aggie pokręciła głową i skrzywiła się. Może nadal bym jej nie wierzyła, ale dostrzegłam jej załzawione oczy.
Ogarnęła mnie panika. Poderwałam się z miejsca i z sercem w gardle pobiegłam do pokoju brata. Kiedy szarpnięciem otworzyłam drzwi, wzdrygnęłam się, gdy uderzyły o ścianę, a następnie rozejrzałam się po pomieszczeniu.
Łóżko było zaścielone, kołdra leżała nietknięta.
Żołądek mocno mi się skurczył, zmroziło mi krew w żyłach. Jed był sprytny. Ostrożny. Nie pakował się celowo w kłopoty, nigdy nie wracał zbyt późno. Jeśli nie było go w domu...
Wróciłam na swoje miejsce w kuchni w chwili, w której Aggie stawiała na stole kubek z parującą herbatą.
- Widziałam się z nim u Verna tuż przed tym, jak poszedł do pracy - szepnęłam, zaciskając pięści i kładąc je na kolanach. - Co się stało?
- Pij - nalegała, podsuwając mi naczynie.
Wzięłam kubek, zaciągnęłam się zapachem miętowej herbaty, pozwalając, aby ciepło przeniknęło do moich dłoni i przepędziło chłód, który ogarnął moje kości.
- Powiedz.
- To się stało już podczas ciszy nocnej. Był w pracy dopiero od godziny, gdy znalazł go syn Torina Bonda - zaczęła Aggie, pochylając się w moją stronę, jakby wyczuwała, że ledwie siedziałam.
- Syn Torina Bonda - powtórzyłam bezwiednie, upijając gorącej herbaty, która sparzyła mi gardło.
Aggie potaknęła.
- Syn Torina przyjaźni się z synem radnego Baskana, Roaldem. Leif powiedział, że do zakładu uzdatniania wody weszli we dwóch wraz z patrolem, przy czym nikt ich nie zatrzymał.
Leif również należał do Kolektywu. Był w wieku Jeda, przeważnie razem pracowali.
- Co zrobili? - Postawiłam kubek na blacie, nim wypuściłabym go z rąk.
- Zaatakowali go. Aresztowali, gdy tylko zaczął z nimi walczyć.
- Ale przecież się bronił! To nie jest żadna zbrodnia! - zawołałam, uderzając dłonią w stół.
- Jeżeli syn radnego mówi, że ktoś popełnił przestępstwo, to tak właśnie jest - skwitowała Aggie, ściskając swoje naczynie tak mocno, że aż pobielały jej knykcie.
- Ale dlaczego mieliby skrzywdzić właśnie jego, a nie mnie?
- Leif stwierdził, że z niego szydzili, mówiąc, że wcześniej byli w tym mieszkaniu po ciebie, ale skoro cię nie zastali, pomyśleli, że w zastępstwie mogą posłać do Endlock właśnie Jeda.
Niezamknięte drzwi, przypomniałam sobie. Przyszli po mnie, ale nie mieli jak się na mnie wyżyć, bo piłam u Verna i planowałam wylądować w ciepłym łóżku nieznajomego.
Nie ochroniłam brata.
Wstałam i chwyciłam kurtkę.