5
ARTUR
Podchodzę do niego, żeby jeszcze raz spojrzeć mu w oczy. Chcę zobaczyć w nich kłamstwo, którym karmił mnie od początku. Zadać jedno pytanie i zakończyć to wszystko. Poczuć w ustach smak jego krwi. Moje zimne spojrzenie ląduje na jego źrenicach, które mocno się rozszerzają. Tak, jakby jego ciało już wiedziało, co się stanie za chwilę.
- Gdzie ona jest? - powtarzam się.
- Nie znajdziesz jej - parska, a ja coraz mocniej zaciskam dłoń na klamce. - Olivia wykorzystała cię tak samo, jak mnie i... - Spogląda w bok na leżące truchło jego przyjaciela.
- Nie pogrywaj ze mną! - Kopię go w klatkę piersiową, a ten upada na drewnianą brudną podłogę.
Siadam na nim i zaczynam okładać go pięścią i bronią po twarzy. Czuję, jak jego kości pękają jedna po drugiej, a po chwili z tego, co kiedyś było jego parszywą facjatą, zostaje miazga. Słychać, jak krztusi się krwią, która spływa również po jego policzkach.
- Gdzie ona, kurwa, jest?! - krzyczę do zakrwawionego Ryby. - Co jej zrobiliście?!
Krew tryska z jego ust, kiedy próbuje coś powiedzieć. Chwytam go za ubranie i unoszę lekko.
- Nic - cedzi. - To ona do nas przyszła.
Czuję, jak przechodzi przeze mnie prąd. Jednocześnie ulga oblewa moje ciało, ale też to dziwne uczucie, które mam w sobie od rana, rośnie. Nie wiem, czy jest to stres, strach czy też rozczarowanie. W każdym razie to nie oni ją porwali, to nie oni wyrządzili jej krzywdę.
- Jak zawsze znaleźliście się po złej stronie - mówię i na chwilę zamykam oczy.
Kiedy je otwieram, patrzę w przekrwione oczy. Od uderzeń popękały w nich naczynka i rozlała się w nich czerwień. Jego spojrzenie jest zamglone i niejasne, tak jakby błądził gdzieś w oddali, szukając ratunku, który już nie nadejdzie. Wsuwam lufę do jego ust.
Stoję cały we krwi. Słyszę kolejny wystrzał. Ten dźwięk dociera do mnie z opóźnieniem jak echo. Nawet nie wiem, kiedy naciskam na spust. W amoku moja percepcja się zmienia. Jestem tylko ja i emocje, a reszta świata biegnie obok osobnym torem.
Spoglądam na Szczurka. Nie widzę w nim już tego przerażonego ćpuna, którym był wcześniej. Na jego twarzy widać chłód, przez co przez chwilę przypomina mnie samego. Podchodzę do niego. Obaj wiemy, jak bardzo ta sytuacja jest chujowa.
- A może... - zaczyna niechętnie. - Może ona po prostu nie chce być znaleziona? - pyta ze zbolałą miną.
Z początku mam ochotę uderzyć go w pysk, bo to niemożliwe. Po chwili jednak dociera do mnie, że może mieć rację. W końcu życie jest takie kruche. Spoglądam na ciała pod nogami. Wystarczy sekunda, żeby je stracić. Tyle samo potrzeba, żeby je odebrać, a czasem wszystko zależy od jednej pierdolonej decyzji, którą w odpowiednim momencie trzeba było podjąć. Być może Pszczółka znalazła w sobie siłę konieczną do zmian.
- Idziemy - mówię, ignorując jego pytanie.
Krzysiek jeszcze z ciekawością spogląda na ciała. To nie pierwszy raz, kiedy widzi truchło, ale dla niego to wciąż coś nowego. Przez czas spędzony w moim otoczeniu dowiedział się, że świat nie jest tylko czarny i biały. To, jak postrzegamy dobro i zło, zależy od miejsca, w którym się znaleźliśmy. Jedno jest pewne - świat bez tych dwóch będzie lepszym miejscem. Obaj doskonale zdajemy sobie z tego sprawę.
W drodze do auta wykonuję jeszcze jeden telefon. W końcu ktoś to musi posprzątać. Nie zostawimy przecież rozkładających się zwłok. Nie zaczekamy, aż smród przyciągnie tutaj kogoś, kto wykona jeden numer. Nie popełnię tego jednego błędu, choć w głębi siebie bym chciał. Być może właśnie to powinno mnie czekać. Nie ucieczka, nie wejście w czyjeś życie, tylko bezwzględne wyłączenie ze społeczeństwa.
Czasami czuję, że poddanie się byłoby najlepszym wyjściem dla wszystkich.
Jednocześnie wiem, że nie mogę tego zrobić. Nie mogę zostawić Pszczółki samej sobie po raz kolejny. Nie mogę pozwolić, żeby działa jej się krzywda ani sam nie mogę ponownie być bólem, który spada na nią i zadaje kolejny cios. Muszę się, kurwa, wziąć w garść. Przez chwilę, kiedy spoglądam na Szczurka, uśmiecham się. Skoro jemu się udało, to czemu ze mną miałoby być inaczej?
Odjeżdżamy z tego ponurego miejsca. Przejeżdżam przez gęstą mgłę. Ironia świata, tak jakby natura chciała ukryć to, co się tutaj przed chwilą zdarzyło. Wyjeżdżam na główną drogę i zatrzymuję się przed skrzyżowaniem. Krzysiek zdumiony spogląda na mnie. Nie wie, co się dzieje, ale dalej ze mną nie pojedzie.
- Wysiadaj - mówię stanowczo. - Wróć do jej mieszkania na wypadek, gdyby wróciła, a ja... - Przerywam. - Ja mam coś jeszcze do załatwienia.
- Coś czy kogoś? - odpowiada śmiało.
- Nie dostrzegam już różnicy między jednym a drugim - odpieram i kieruję wzrok na klamkę w drzwiach samochodu. - Jeżeli się pojawi...
- Będziesz pierwszym, który się o tym dowie. - Uśmiecha się. - Gruby rozpuścił wici na mieście, jak ktoś ją zobaczy, to przyjdzie z tym do nas.
- Nie prosiłem o to.
- Nie musiałeś. To moja siostra.
Krzysiek podejmuje decyzję i nie jest to zły wybór. Jadąc, miałem zadzwonić do Grubego i prosić dokładnie o to samo, on mnie jednak w tym wyręcza. Kto by pomyślał. Mężczyzna w końcu wysiada. Odjeżdżając, widzę we wstecznym lusterku, jak zatrzymuje jadącą za nami taryfę.
To nie koniec mojej podróży. Jest jeszcze jedno miejsce, które muszę odwiedzić. Kiedy zatrzymuję się pod tym budynkiem, zaczynam odczuwać komizm sytuacyjny. Jestem chyba jedynym gangsterem w Polsce, który zamiast być obserwowany przez policję, sam ją obserwuje.
Znają mnie wszyscy w wojewódzkiej. Można powiedzieć, że jestem dla nich gwiazdą. Mój wizerunek wisi na ścianach i pewnie jakby mogli, zabraliby plakaty do domu i rozwiesili nad swoimi łóżkami. Tak więc "gwiazda" przyszła odwiedzić gawiedź.
Czekam na jednego osobnika, który mnie zawiódł. Wierzyłem w to, że naprawdę mu na niej zależy, ale jak widać, myliłem się. Iwanicki... Zauważam go już z daleka. Nie przejmuje mnie to, że ktoś może mnie zobaczyć w towarzystwie psa. Nie muszę się już ukrywać, ich operacja zakończyła się już jakiś czas temu.
Nie podchodzę do niego od razu. Czekam, aż opuści zasięg kamer zawieszonych na ścianach komendy. Podążam za nim jak cień. Nie pozwalam mu dostrzec swojej obecności do momentu, aż nie będzie za późno.
- Iwanicki... - mówię głośno, stojąc metr od niego na przejściu dla pieszych przy skrzyżowaniu na ulicy Grabiszyńskiej.
Widzę, jak przez jego ciało przechodzi dreszcz. Prawa ręka delikatnie się wzdryga i zaczyna podążać wzdłuż paska. Nie odwraca się, jakby mnie ignorował. Chwytam go za nadgarstek i ściskam mocno, przerywając jego zamiary.
- Nie odjebiesz mnie chyba na środku ulicy - rzucam. - Idziemy - dodaję i pociągam go lekko za sobą.
- Nie rozumiem - mówi, a ja równam się z nim i odwracam głowę w jego kierunku.
- Czego nie rozumiesz? - parskam. - Tego spotkania? Czy naprawdę psy w tych czasach są aż tak głupie? Chyba zdajecie sobie sprawę, że to nie jest zabawa w chowanego i to tylko wy szukacie... - Uśmiecham się. - Wasi operacyjni odwalają gównianą robotę, ale ja nie działam tak samo, jak wy. Dlatego doskonale wiem wszystko o istotnych dla mnie graczach, a ty, Iwanicki, jesteś jednym z nich.
- Chcesz mi powiedzieć, że nas sprzedała? - mówi, a do mnie zaczyna docierać. - A ja tak bardzo w nią wierzyłem. - Kręci głową. - Czego ode mnie jeszcze chcesz?
Pierwsze jego zdanie uspokaja mnie trochę. Wskazuje to jedynie na to, że wiadomość wysłana przez Pszczółkę miała za zadanie ochronić mnie, nie ją. Nie czuję jednak pełni ulgi. Ta się pojawi, dopiero kiedy będę pewny, że jest bezpieczna.
- Zapytam wprost, bo nie mam czasu na gierki. - Wyprzedzam go i blokuję jego kolejny krok. - Gdzie, do kurwy, jest Nowicka? - pytam, a na jego twarzy zaczyna pojawiać się zdziwienie.
- A gdzie ma być? - odpowiada, jakby to była oczywistość.
- Umawialiśmy się na coś... - Mierzę go wzrokiem z góry na dół. - Nie wyglądasz na człowieka, który nie rozumie powagi sytuacji. Tyle czasu mi się przyglądacie, że powinieneś już doskonale wiedzieć, ile dla mnie znaczy dane słowo - ciągnę, po czym nabieram powietrza w płuca. - Obiecałeś ją chronić, więc pytam się ciebie, gdzie ona, kurwa, jest?!
- Przyszedłeś tutaj, żeby mnie zastraszyć? - prycha, patrząc na mnie przymrużonymi oczami. - Ja się ciebie nie boję i chuj mnie obchodzi, co masz do powiedzenia. Wszyscy jesteście tacy sami. Macie się za panów życia i śmierci, a jak coś nie idzie po waszej myśli, to szukacie winnych wokół. - Podchodzi do mnie bliżej. - Może czas, panie Konop, spojrzeć prawdzie w oczy? Może Nowicka wreszcie dostrzegła prawdę o panu i przytomnie postanowiła spierdolić?
- Nie testuj mojej cierpliwości - odpowiadam przez zaciśnięte zęby.
- I co zrobisz? - Patrzy na mnie z politowaniem. - Jebniesz mnie w pysk jak Walskiego? - Robię wielkie oczy. - Nie powiedział mi o tym, ale nietrudno było się domyślić. On nie wniósł zawiadomienia, ale nie myśl, że ja zachowam się tak samo. Daj mi tylko pretekst, a z chęcią wsadzę cię nawet na trzy. - Mocno wciska palec w moją klatkę piersiową. - Skoro teraz tu, kurwa, stoisz, to znaczy, że nie tylko ja dałem dupy... - urywa i przechodzi obok, trącając mnie barkiem. - Ale ja w przeciwieństwie do pana nie będę szukał winnych, tylko jej samej - rzuca przez ramię i ginie w tłumie ludzi.