Oxford Jobcentre. Pierwsze spotkanie z instytucjonalną Wielką Brytanią.
Pomiędzy kilkunastoma imigrantami z Azji Wschodniej, na pierwszy rzut oka mówiącymi biegle w wielu językach poza angielskim, zostaję obsłużona niczym mentalnie niedorozwinięte dziecko z ciężkim przypadkiem kretynizmu oraz innymi niepełnosprawnościami sprzężonymi. Najprawdopodobniej nie potrafię pisać (dlatego formularz trzeba wypełnić za mnie, czytając mi wszystko w zwolnionym tempie), niezbyt dobrze słyszę (dlatego mówi się do mnie ze zwiększonym natężeniem decybeli), jestem sfrustrowaną i zakompleksioną nie-Angielką (dlatego należy mi sześć razy powtórzyć, jak ogromną radość sprawiłam, racząc postawić stopę na brytyjskiej ziemi z zamiarem dłuższego pobytu w Zjednoczonym Królestwie). Z pewnością bywam agresywna (dlatego trzeba się wytłumaczyć z każdego ruchu i mówić specjalnie modulowanym, niskim głosem, a do tego każde zdanie kończyć zachęcającym kiwnięciem głową i uśmiechem). Po mnie faktycznie urzędnik obsługuje młodego Azjatę, który zapytany o datę urodzenia spogląda pytająco na swojego towarzysza (też Azjatę, ale najprawdopodobniej już zadomowionego), który to towarzysz bez słowa bierze jego palec i nakierowuje na odpowiednie miejsce formularza (wszystko odbywa się pantomimicznie, a pan urzędnik patrzy na to ze stoickim uśmiechem na obliczu). Szczerze mówiąc, już dawno nie czułam się tak bardzo upupiona, jak w oksfordzkim Jobcentre. Oglądał ktoś film pod tytułem Ja, Daniel Blake w reżyserii Kena Loacha? Uprzejmie informuję, że nie jest on jedynie satyrą na brytyjską rzeczywistość.
Jednakże załatwienie mojego pozwolenia na pobyt i pracę idzie bardzo szybko - wspólnota używanego narzecza niewątpliwie ułatwia porozumienie, choć z fabuły wspomnianego filmu wynika, że niekoniecznie jest to warunek wystarczający. Równie szybko udaje mi się oszczędzić trochę funciaków i kupić auto. Oraz zmienić pracę - powiększając grono pracowników socjalnych, mających codziennie kontakt z publiczną służbą zdrowia (NHS - National Health Service) oraz prywatnym sektorem świadczącym usługi opiekuńcze i asystenckie. Moje obowiązki to wizyty w domach klientów, najczęściej starszych (gros z nich to osoby w wieku dziewięćdziesiąt plus) bądź niepełnosprawnych, którzy wymagają pomocy różnego kalibru: od zapewnienia miłego towarzystwa przy herbatce po opiekę paliatywną.
Oto więc ja - odziana w granatowy uniform, mknąca po lewej stronie dróg niekiedy tak samo dziurawych, jak w mojej porzuconej ojczyźnie, między jednym klientem a drugim. Oprócz mnie w małym czarnym autku BBC Radio 4, główne źródło newsów, nastawione prawdopodobnie zbyt głośno, na zmianę z BBC2, które włączam, gdy w tym pierwszym lecą słuchowiska, do których nie mam cierpliwości, a w tym drugim - zazwyczaj całkiem niezła muzyka.
Oto ja, lecz kim jestem?
#emigracjazbrexitemwtle
* * *
- Gdzie jesteś?! Siedzę tutaj sama!
- Nie siedzisz sama! Jestem w kuchni!
- Gdzie?!
- W kuchni!
- Co tam robisz?!
- Filiżankę herbaty dla ciebie!
- O, dziękuję! Tylko bez cukru!
- Wiem! Będzie gotowa za minutkę!
- O, dziękuję!
Chwila ciszy.
- Gdzie jesteś?!
- W kuchni!
- Przyjdziesz mnie ubrać?!
- Nie! Teraz jest czas na herbatę!
- Herbatę?! O, dziękuję! Tylko bez cukru!
- Wiem!
Czajnik, wrzątek do kubka, wysączyć szczura i dodać mleka. Zamieszać i z kubkiem do pokoju.
- Przyszłaś mnie ubrać?
- Przecież jesteś ubrana. Teraz jest czas na herbatę.
- Herbatę? O, dziękuję. Tylko bez cukru. A co mi dasz do jedzenia?
- A co chcesz?
- A co masz?
- A co chcesz? Tosta z dżemem?
- O, znakomicie!
Głośne beknięcie.
- O, wybacz mi. Wiatry.
- Nic się nie stało. A może pampuszka?
- O, pampuszek byłby znakomity.
- To pampuszek czy tost?
- W sumie to nie jestem głodna. - Beknięcie. - O, wybacz mi. Wiatry.
- Prawie nic nie zjadłaś na lunch, może jednak?
- Lunch?! A co dostanę na śniadanie?
- Śniadanie już było. Teraz jest czas na herbatę.
- Herbatę! O, dziękuję! Tylko bez cukru!
- Wiem. Stoi na stoliku obok ciebie.
Chwila konsternacji.
- O, rzeczywiście. Mmm... Pyszna herbatka! - Beknięcie. - O, wybacz mi. Wiatry.
- Masz ochotę na pampuszka?
- O, pampuszek byłby znakomity!
- Z dżemem?
- Z masłem.
- I z dżemem?
- I z dżemem. I z masłem.
- Dobrze, zaraz dostaniesz. Patrz, tu jest twoja herbata, na stoliku obok ciebie.
- O, rzeczywiście! Mmm... Pyszna herbatka! - Beknięcie. - O, wybacz mi. Wiatry. Gdzie jesteś?!
- W kuchni!
- Co tam robisz?! Siedzę tutaj sama!
- Nie siedzisz sama, jestem w kuchni! Masz ochotę na pampuszka?!
- O, pampuszek byłby znakomity! Z masłem!
- I z dżemem?
- I z dżemem! I z masłem! A co na śniadanie?!
- Pampuszek!
- Ale ja chcę owsiankę! - Beknięcie. - O, wybacz mi. Wiatry.
- Teraz jest czas na herbatę!
- Herbatę?! O, dziękuję! Tylko bez cukru!
- Wiem! Stoi obok ciebie, na stoliku! Robię ci pampuszka!
- Co?! Nie słyszę, co mówisz!
- Pampuszek zaraz będzie gotowy!
- Co?!
- Pampuszek!
- Pampuszek?! Pampuszek byłby znakomity!
- Jesteś głodna?!
- W sumie nie bardzo!
- A masz ochotę na pampuszka?!
- O, pampuszek byłby znakomity! Z masłem! Dziękuję!
- I z dżemem?
- Tak! I z dżemem! I z masłem! Dziękuję!
- Truskawkowym czy pomarańczowym?!
- Co mówisz?!
Dwa słoiki w dwie dłonie, do pokoju.
- Truskawkowy czy pomarańczowy?
- Truskawkowy. - Beknięcie. - O, wybacz mi. Wiatry.
- Nic się nie stało. Twój pampuszek zaraz będzie gotowy.
- Pampuszek! Znakomicie! A przyjdziesz mnie ubrać?!
- Jesteś ubrana! Teraz jest czas na herbatę!
- Herbatę?! O, dziękuję! Tylko bez cukru!
- Wiem! Herbata jest obok ciebie! Idę z pampuszkiem! Masz ochotę na pampuszka?!
- O, pampuszek byłby znakomity!
- Z dżemem?!
- I z masłem!
- Dżem truskawkowy czy pomarańczowy?!
- Pomarańczowy!
- Jesteś głodna?!
- Coś bym zjadła, owszem!
- Idę z pampuszkiem! I dżemem pomarańczowym, może być?!
- Znakomicie!
Z talerzem do pokoju.
- Patrz, pampuszek dla ciebie! Z dżemem!
Powątpiewające spojrzenie.
- Nie chcę.
- Jak to?
- Nie jestem głodna.
- Jak to? Przecież chciałaś pampuszka!
- Nie chciałam.
- To masz herbatę. Stoi obok ciebie.
- Herbatę! Tylko bez cukru! Mmm... Pyszna herbatka, dziękuję!
- Wiem. To kładę pampuszka na stoliku obok ciebie, dobrze?
- Dobrze, dziękuję. W sumie nie jestem głodna.
- Ale może później będziesz.
- Nie będę.
- No to nie. Ale na wszelki wypadek.
- Dziękuję.
Dyskretne obejście pleców fotela, na którym siedzi.
- Patrz, pampuszek dla ciebie! Z dżemem!
- Pampuszek! O, dziękuję, umieram z głodu! - Mlaskanie i bekanie. - O, wybacz mi. Wiatry.
- Smaczny pampuszek?
- Bardzo dobry, dziękuję.
- Chcesz jeszcze jednego?
- Nie, dziękuję. - Beknięcie. - O, wybacz mi. Wiatry.
- A masz ochotę na deser?
- Nie, dziękuję.
Do kuchni i z chytrą miną z powrotem.
- Patrz, deser dla ciebie!
Pogardliwe spojrzenie.
- Sama to zjedz.
- Ale to są twoje tabletki.
- Nie chcę.
- Ale teraz czas wziąć tabletki.
- Dobrze, wezmę za minutkę.
Dyskretne obejście pleców fotela, na którym siedzi.
- Kochanie. Teraz pora na tabletki.
Posłusznie wyciąga rękę i połyka stertę kolorowych kuleczek, zapijając herbatą i głośno bekając z częstotliwością niegodną damy.
- O, wybacz mi. Wiatry. O, wybacz. O, wybacz mi. Wiatry.
- Nic się nie stało. Nic się nie stało. Naprawdę nic się nie stało.
Zamykam ją na klucz, klucz wkładam z powrotem do sejfu - małego pudełeczka otwieranego kodem, które wisi z boku domu. Za każdym razem, kiedy do niej przychodzę, przypomina mi się opowieść mojej koleżanki z pracy - jej znajomi z porzuconej ojczyzny (Rumunia) nie mogą nadziwić się temu, że ktokolwiek potrzebuje tego rodzaju usług, "bo przecież to wszystko normalnie robi rodzina".
Odwieczny problemat, jak radzić sobie z powolnym odchodzeniem starszych krewnych. Odchodzeniem przede wszystkim mentalnym, kiedy matka zaczyna przypominać mało rozgarnięte dziecko, ale też fizycznym, kiedy trzeba jej zacząć zmieniać pieluchy, może karmić, myć i ubierać. Córka mojej ofiary mieszka na sąsiedniej ulicy, a demencja jej matki postępuje w takim tempie głównie dlatego, jak sądzę, że nie otrzymuje ona przez cały dzień absolutnie żadnych bodźców - siedzi zupełnie samiutka, tylko ona i wyłączony telewizor. Od innej opiekunki wiem, że jej program dnia nie zmienił się przez co najmniej pięć ostatnich lat.
W takiej sytuacji ześwirowałby zupełnie normalny człowiek, zaręczam.
Kiedyś wychodziła na organizowane w wioseczce spotkania seniorów. Teraz jej powierzchnia życiowa to dwa metry kwadratowe łóżka. Uwielbia je, a w dzień trzeba zdjąć pościel, bo inaczej jak tylko zamkniesz za sobą drzwi, położy się w nim z powrotem. Czy jest różnica między przesypianiem dnia w koszuli nocnej w łóżku a w pełnym ubraniu na fotelu?
Z drugiej strony, kto wytrzymałby to automatyczne gadanie non stop? Przecież tego, co stało się z jej mózgiem, nikt już nie cofnie.
Czy zatem jedna wizyta córki dziennie oraz zapchanie lodówki gotowymi posiłkami do odgrzania w mikrofalówce to wystarczająco duży wkład ze strony rodziny? Cztery razy dziennie przychodzi opiekunka. A córka już dawno nie zdaje sobie sprawy z tego, jak kiepsko ma się jej matka, bo pampuszkowa agentka wyraźnie ożywia się w momentach, w których widzi swoje dziecko. Akurat ją wciąż rozpoznaje.
Owsianka z mikrofalówki, tost z marmoladą pomarańczową, herbata. Osiem tabletek.
Zapiekanka z mięsem z mikrofalówki bądź pół miseczki zupy z mikrofalówki, herbata.
Tost z dżemem truskawkowym bądź pampuszek, herbata. Cztery tabletki.
Kubek ovaltine na dobry sen. Półtorej tabletki.
W międzyczasie jeden bądź dwa herbatniki z talerzyka przy krześle.
Tak płynie dzień za dniem.
Przysypianie w fotelu w oczekiwaniu na śmierć na zmianę z nocnym snem w łóżku. Oto nieustająca przygoda zwana życiem. Epilog.
Drobię schodek po schodku za kolejną ofiarą. Nieśpiesznie schodzi z piętra na parter na śniadanko, a potem zasiądzie w saloniku przy rozgrzanym do nieprzytomności kominku i zagłębi się w lekturze kolejnego kryminału Colina Dextera.
- Co będziesz jadł, cheeriosy?
- A zrobisz mi owsiankę?
Nie ma mowy. Nigdy nie utrafię w twoje upodobania względem gęstości. Próbowałam niczym ten bliźni, do siedemdziesięciu siedmiu razy, nie nabierzesz mnie.
- Ych... Trochę już jestem spóźniona...
- No dobrze. To choco pops. Może być?
- Przepraszam.
- Nie szkodzi. Choco pops i filiżanka herbaty.
- Dobrze.
Czajnik włączony. Ten moment wahania przy robieniu herbaty, która także musi być idealna. Lodówka. Dwa kartony mleka - pełne i odtłuszczone. Oba się przydadzą. Zielone na stół, niebieskie na blat kuchenny...
- Odwrotnie! Do płatków niebieskie, do herbaty zielone!
Jak mogłam zapomnieć.
- Przepraszam, oczywiście!
Miska pełna płatków, delikatnie dozuję mleko.
- Jeszcze odrobina - brzmią instrukcje wypowiadane pełnym napięcia głosem, zupełnie jakbyśmy dowodzili startem voyagera. - Ciupeniek. Ciupeletek. Noooo... I już! Aj, no, odrobineczkę za dużo. Nieistotne.
- Na pewno?
- No, teraz już się przecież wiele z tym nie zrobi.
Herbata. Wrzątek do kubka, broń Boże wysączać szczura, bo mnie przeklnie. Wyciągnąć delikatnie i najlepiej dolać jeszcze wrzątku. Kropelka mleka. Druga kropelka. Szlag by to, chlup mleka nieco zbyt obfity. Na tę ewentualność mam jeszcze szczura w pogotowiu. Nie sądzę, żeby przeszło, niemniej warto spróbować. Parę kropelek esencji, centymetr wrzątku. Kolor na oko w porządku... Ale moje oko niewprawne.
- Za mocna. I za biała - rzecze wyrocznia kwaśno.
- Zrobić drugą?
- Poczekam.
Czajnik włączony. Wrzątek do kubka, broń Boże wysączać szczura, bo mnie przeklnie. Wyciągnąć delikatnie i najlepiej dolać jeszcze wrzątku. Kropelka mleka. Druga kropelka. Zamieszać. Kolor na oko w porządku.
- Czy ty ją wymieszałaś?
- Jak to?
- Niesłodka.
Psiakrew. Wszystko przez to, że nie powinno mnie tu być za cztery minuty, a wiem, że będę.
- O rany, przepraszam najmocniej. Nie wiem, gdzie mam głowę.
- Ja za to wiem. Narzeczony?
Złośliwy gnomie.
- He, he, chyba nie.
- Na pewno. Teraz herbata obleci.
Świetnie. To zajadaj, nie gadaj.
- Napełnić ci termofory na później?
- Ba! Pytanie!
- Myślałam, że masz ciepło, bo kominek grzeje wariacko...
Spojrzenie spod oka.
- Wariacko? Nie czuję jakoś.
- Tak tylko mówię.
- Pewnie, że napełnić.
Wrzątek z czajnika do jednego termofora (absolutne łamanie przepisów, nie mówiąc o instrukcji tego wspaniałego przedmiotu), drugi nastawiony na cztery minuty w mikrofalówce, żeby parzył.
Miska pusta.
- Masz ochotę coś jeszcze zjeść?
Zazwyczaj pada: "Nie, wystarczy". Szatan mnie dziś podkusił, żeby spytać.
- A wiesz, że tak? Może kromkę chleba z masłem. Tylko że...
- Wiem. Nie lubisz stopionego masła.
- Nie lubię. Ale nie lubię też...
- ...zimnych tostów. Zrobię, co w mojej mocy.
Toster na full. Trzy minuty później tost wyskakuje, macham nim rytmicznie przez moment w powietrzu (czy nie mówili a propos BHP, że nie wolno dotykać rękami jedzenia, które podaje się klientowi?), aż połowicznie ostygnie, smaruję.
- Doskonały. Jak ci się to udało?
- Nie mam pojęcia. Bóg wszechmogący musiał w tym maczać palce. Coś jeszcze?
- Nie, chyba wszystko. Dziękuję.
- Tabletki!
- A tak. Ale nie mam już herbaty.
O rany.
- Może soku zamiast tego?
- Nie, nie. Zawsze popijam tabletki herbatą.
Nie ma co dyskutować. Czajnik włączony. Wskazówka zegara tyka. Wrzątek do kubka, broń Boże wysączać szczura, bo mnie przeklnie... I tak dalej. Jestem kwadrans w plecy.
- Może być?
- Tak, ta ci się udała.
Małe to pocieszenie, ale zawsze.
- To co, czegoś jeszcze ci trzeba?
- Nie, nie, tylko mnie okryj kocykiem jak niemowlaka.
Oczywiście. Niezbędny rytuał. Drobię za nim do pokoju, w którym panuje sauna nie do opisania. Termofor pod plecki, drugi na żołądek. Okryć dokładnie, wyszlifować wszelkie fałdki materiału. Szybko a skutecznie. Wolę nie patrzeć na zegarek.
- Coś jeszcze?
Chwila zastanowienia. Międli sztuczną szczęką w głębokim namyśle. Zegar tyka bezlitośnie. Nie zapłacą za to, że przewidująco przyszłam do ciebie dziesięć minut wcześniej, nie docenią. A mnie to na nic. Ale może będziesz mnie lubił...
Poprawka. I tak nawet nie zapamiętasz, jak się nazywam i kim jestem - jedną z wielu zuniformizowanych na granatowo jednostek, które znają kod do sejfu przy drzwiach wejściowych, pomagają ci się wykąpać i podają jeść.
No trudno. Taka karma.
- Może jednak napiłbym się soku?
Jasne, to było do przewidzenia.
- Tylko wiesz...
- Wiem.
Pół na pół z wrzącą wodą. Czajnik włączony. Pół na pół, ani pół milimetra odstępstwa, bo mnie przeklnie.
- Dobrze się spisałaś, dziękuję.
- Nie ma za co.
- Wyjęłaś coś z zamrażarki na lunch, żeby się rozmroziło?
- Wyjęłam. Jest w lodówce.
- A co to?
- Zapiekanka z rybą.
- Nie lubię.
- To było jedyne, co znalazłam, dlatego nie pytałam, co byś chciał. Dzisiaj córka powinna ci zrobić jakieś zakupy...
- Nie lubię z rybą. No, nieistotne. Książka jest?
Jest. Okulary też. Chusteczki. Termofory. Soczek. Dobrze, że nie wracam tutaj na lunch, bo będzie marudził na rybę. W myślach ślę wyrazy współczucia koleżance po fachu, na którą dzisiaj padnie.
- No to spływaj. Dzięki.
Spływam. Spływa mi także pot wzdłuż kręgosłupa, tu jest chyba ze czterdzieści stopni Celsjusza. Bazgrzę w segregatorze raport z wizyty. Drzwi wejściowe na klucz, klucz do sejfu. Sprint do auta.
Ale gdyby ktoś kazał mi z tych około trzydziestu, czterdziestu odwiedzanych przeze mnie osób wybrać te, które uważam za szczęśliwe, nie miałabym wątpliwości tylko co do niego. Ironista-milczek, pracowite życie spędzone na farmie, piękne ciało - mięśnie wciąż odznaczają się na jego plecach. Sam może iść, dokąd chce, jeśli chce, ma dobrą, niewymuszoną, nienachalną, ciepłą opiekę trzech córek; w gruncie rzeczy opiekunki pomagają mu tylko zrobić pewne rzeczy szybciej. Może nie wziąłby sam kąpieli i nie wyszorował sobie pleców, ale cała reszta - bezbłędnie. Gazetki, kryminały i telewizja, ulubione batoniki, ogród z ławeczką, salon z kominkiem.
Wieczny urlop.
Tylko żony już z nim nie ma.
To w sumie sama nie wiem.
Chyba pracuję tutaj na ekwiwalencie śmieciówki. Dostaję za godzinę, nie mam gwarantowanych wizyt. Nie dostaję za czas spędzony w podróży, tylko za przebieg samochodu. Jedynym wymogiem w ogłoszeniu o pracę było posiadanie prawa jazdy - brytyjskiego albo unijnego, obojętnie. Potem tydzień bezpłatnego szkolenia (rzadkość, zazwyczaj pracodawca odpala za to najniższą krajową), przydział uniformów, żeli antybakteryjnych, jednorazowych fartuchów, kilkunastu pudełek z rękawiczkami jednorazowymi - i rzut na głęboką wodę.
Stawka - stosunkowo wysoka, dwa funty wyższa niż minimalna, wieczorami pół funta więcej, w weekendy pół funta więcej, w weekendowe wieczory pół funta więcej, w święta - półtorej stawki. Jest jednak haczyk - zaczynasz pracę o siódmej rano, a potem jak ci biuro łaskawie ześle. Czas liczy się od momentu zalogowania telefonem klienta do momentu wylogowania telefonem klienta, czyli godzinna wizyta od siódmej do ósmej, a potem trzy mile dalej wizyta od 8:15 do 8:45 - to półtorej godziny roboty i dziewięćdziesiąt pensów za przejazd. A jeśli potem półtorej godziny posuchy, bo następna półgodzinna wizyta dopiero o 10:30, to w sumie wychodzi ci dwie godziny pracy na cztery godziny bycia w pracy. Bilans jako taki. Gdyby tylko nie te dziury w grafiku!
Gdyby tylko nie zdarzenia nieprzewidziane!
Gdyby tylko nie poczucie podwójnego dyskomfortu - po pierwsze, że jest się jednostką reprezentującą wielką humanoidalną plazmę, określaną wspólnym mianem "migracja" (już nawet bez przedrostków czy dodatkowych przydawek), a po drugie, że jest się jednostką reprezentującą nieco mniejszą humanoidalną plazmę, podplazmę tej pierwszej, czyli migrację z Polski.
Mnie osobiście żadne krzywe spojrzenie chyba nigdy nie omiotło, to fakt. Jednakowoż mówię po angielsku, nie mam silnego polskiego akcentu, nie korzystam z benefitów, czyli zasiłków i pomocy społecznej. Jeśli - co absurdalne, ale kraj ten był ostatnio świadkiem większych absurdów - po brexicie będą wyrzucać obcych, moja głowa nie poleci. Mam pracę, jakiś papier potwierdzający wykształcenie (niezbyt użyteczny; zresztą los półwykwalifikowanego pracownika socjalu bądź usług jest także udziałem wielu magistrów i licencjatów wyedukowanych na polskich uczelniach). Zdam egzamin z języka, jeśli go wprowadzą, jestem grzecznie zarejestrowana w spisie wyborców i płacę podatki, choć wcale nie uważam, że dobrze się je tu wykorzystuje.
Dostać pracę było bardzo łatwo, większość pracowników mojej firmy to jednak Brytyjczycy (czy raczej Brytyjki), a także kobiety pochodzące z RPA - czyli nie jest to getto imigranckie Europy Wschodniej. A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ani kokosów na tym nie zrobię, ani się specjalnie zawodowo nie rozwinę.
Dlatego obserwuję. I obserwacje notuję. Ku przestrodze.
Dalsza część dostępna w wersji pełnej