Tkliwość - Jagoda Grudzień

Kup ebooka

25.00 zł
20.00 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Oxford Jobcentre. Pierwsze spotkanie z instytucjonalną Wielką Brytanią.

Pomiędzy kilkunastoma imigrantami z Azji Wschodniej, na pierwszy rzut oka mówiącymi biegle w wielu językach poza angielskim, zostaję obsłużona niczym mentalnie niedorozwinięte dziecko z ciężkim przypadkiem kretynizmu oraz innymi niepełnosprawnościami sprzężonymi. Najprawdopodobniej nie potrafię pisać (dlatego formularz trzeba wypełnić za mnie, czytając mi wszystko w zwolnionym tempie), niezbyt dobrze słyszę (dlatego mówi się do mnie ze zwiększonym natężeniem decybeli), jestem sfrustrowaną i zakompleksioną nie-Angielką (dlatego należy mi sześć razy powtórzyć, jak ogromną radość sprawiłam, racząc postawić stopę na brytyjskiej ziemi z zamiarem dłuższego pobytu w Zjednoczonym Królestwie). Z pewnością bywam agresywna (dlatego trzeba się wytłumaczyć z każdego ruchu i mówić specjalnie modulowanym, niskim głosem, a do tego każde zdanie kończyć zachęcającym kiwnięciem głową i uśmiechem). Po mnie faktycznie urzędnik obsługuje młodego Azjatę, który zapytany o datę urodzenia spogląda pytająco na swojego towarzysza (też Azjatę, ale najprawdopodobniej już zadomowionego), który to towarzysz bez słowa bierze jego palec i nakierowuje na odpowiednie miejsce formularza (wszystko odbywa się pantomimicznie, a pan urzędnik patrzy na to ze stoickim uśmiechem na obliczu). Szczerze mówiąc, już dawno nie czułam się tak bardzo upupiona, jak w oksfordzkim Jobcentre. Oglądał ktoś film pod tytułem Ja, Daniel Blake w reżyserii Kena Loacha? Uprzejmie informuję, że nie jest on jedynie satyrą na brytyjską rzeczywistość.

Jednakże załatwienie mojego pozwolenia na pobyt i pracę idzie bardzo szybko - wspólnota używanego narzecza niewątpliwie ułatwia porozumienie, choć z fabuły wspomnianego filmu wynika, że niekoniecznie jest to warunek wystarczający. Równie szybko udaje mi się oszczędzić trochę funciaków i kupić auto. Oraz zmienić pracę - powiększając grono pracowników socjalnych, mających codziennie kontakt z publiczną służbą zdrowia (NHS - National Health Service) oraz prywatnym sektorem świadczącym usługi opiekuńcze i asystenckie. Moje obowiązki to wizyty w domach klientów, najczęściej starszych (gros z nich to osoby w wieku dziewięćdziesiąt plus) bądź niepełnosprawnych, którzy wymagają pomocy różnego kalibru: od zapewnienia miłego towarzystwa przy herbatce po opiekę paliatywną.

Oto więc ja - odziana w granatowy uniform, mknąca po lewej stronie dróg niekiedy tak samo dziurawych, jak w mojej porzuconej ojczyźnie, między jednym klientem a drugim. Oprócz mnie w małym czarnym autku BBC Radio 4, główne źródło newsów, nastawione prawdopodobnie zbyt głośno, na zmianę z BBC2, które włączam, gdy w tym pierwszym lecą słuchowiska, do których nie mam cierpliwości, a w tym drugim - zazwyczaj całkiem niezła muzyka.

Oto ja, lecz kim jestem?

#emigracjazbrexitemwtle

* * *

- Gdzie jesteś?! Siedzę tutaj sama!

- Nie siedzisz sama! Jestem w kuchni!

- Gdzie?!

- W kuchni!

- Co tam robisz?!

- Filiżankę herbaty dla ciebie!

- O, dziękuję! Tylko bez cukru!

- Wiem! Będzie gotowa za minutkę!

- O, dziękuję!

Chwila ciszy.

- Gdzie jesteś?!

- W kuchni!

- Przyjdziesz mnie ubrać?!

- Nie! Teraz jest czas na herbatę!

- Herbatę?! O, dziękuję! Tylko bez cukru!

- Wiem!

Czajnik, wrzątek do kubka, wysączyć szczura i dodać mleka. Zamieszać i z kubkiem do pokoju.

- Przyszłaś mnie ubrać?

- Przecież jesteś ubrana. Teraz jest czas na herbatę.

- Herbatę? O, dziękuję. Tylko bez cukru. A co mi dasz do jedzenia?

- A co chcesz?

- A co masz?

- A co chcesz? Tosta z dżemem?

- O, znakomicie!

Głośne beknięcie.

- O, wybacz mi. Wiatry.

- Nic się nie stało. A może pampuszka?

- O, pampuszek byłby znakomity.

- To pampuszek czy tost?

- W sumie to nie jestem głodna. - Beknięcie. - O, wybacz mi. Wiatry.

- Prawie nic nie zjadłaś na lunch, może jednak?

- Lunch?! A co dostanę na śniadanie?

- Śniadanie już było. Teraz jest czas na herbatę.

- Herbatę! O, dziękuję! Tylko bez cukru!

- Wiem. Stoi na stoliku obok ciebie.

Chwila konsternacji.

- O, rzeczywiście. Mmm... Pyszna herbatka! - Beknięcie. - O, wybacz mi. Wiatry.

- Masz ochotę na pampuszka?

- O, pampuszek byłby znakomity!

- Z dżemem?

- Z masłem.

- I z dżemem?

- I z dżemem. I z masłem.

- Dobrze, zaraz dostaniesz. Patrz, tu jest twoja herbata, na stoliku obok ciebie.

- O, rzeczywiście! Mmm... Pyszna herbatka! - Beknięcie. - O, wybacz mi. Wiatry. Gdzie jesteś?!

- W kuchni!

- Co tam robisz?! Siedzę tutaj sama!

- Nie siedzisz sama, jestem w kuchni! Masz ochotę na pampuszka?!

- O, pampuszek byłby znakomity! Z masłem!

- I z dżemem?

- I z dżemem! I z masłem! A co na śniadanie?!

- Pampuszek!

- Ale ja chcę owsiankę! - Beknięcie. - O, wybacz mi. Wiatry.

- Teraz jest czas na herbatę!

- Herbatę?! O, dziękuję! Tylko bez cukru!

- Wiem! Stoi obok ciebie, na stoliku! Robię ci pampuszka!

- Co?! Nie słyszę, co mówisz!

- Pampuszek zaraz będzie gotowy!

- Co?!

- Pampuszek!

- Pampuszek?! Pampuszek byłby znakomity!

- Jesteś głodna?!

- W sumie nie bardzo!

- A masz ochotę na pampuszka?!

- O, pampuszek byłby znakomity! Z masłem! Dziękuję!

- I z dżemem?

- Tak! I z dżemem! I z masłem! Dziękuję!

- Truskawkowym czy pomarańczowym?!

- Co mówisz?!

Dwa słoiki w dwie dłonie, do pokoju.

- Truskawkowy czy pomarańczowy?

- Truskawkowy. - Beknięcie. - O, wybacz mi. Wiatry.

- Nic się nie stało. Twój pampuszek zaraz będzie gotowy.

- Pampuszek! Znakomicie! A przyjdziesz mnie ubrać?!

- Jesteś ubrana! Teraz jest czas na herbatę!

- Herbatę?! O, dziękuję! Tylko bez cukru!

- Wiem! Herbata jest obok ciebie! Idę z pampuszkiem! Masz ochotę na pampuszka?!

- O, pampuszek byłby znakomity!

- Z dżemem?!

- I z masłem!

- Dżem truskawkowy czy pomarańczowy?!

- Pomarańczowy!

- Jesteś głodna?!

- Coś bym zjadła, owszem!

- Idę z pampuszkiem! I dżemem pomarańczowym, może być?!

- Znakomicie!

Z talerzem do pokoju.

- Patrz, pampuszek dla ciebie! Z dżemem!

Powątpiewające spojrzenie.

- Nie chcę.

- Jak to?

- Nie jestem głodna.

- Jak to? Przecież chciałaś pampuszka!

- Nie chciałam.

- To masz herbatę. Stoi obok ciebie.

- Herbatę! Tylko bez cukru! Mmm... Pyszna herbatka, dziękuję!

- Wiem. To kładę pampuszka na stoliku obok ciebie, dobrze?

- Dobrze, dziękuję. W sumie nie jestem głodna.

- Ale może później będziesz.

- Nie będę.

- No to nie. Ale na wszelki wypadek.

- Dziękuję.

Dyskretne obejście pleców fotela, na którym siedzi.

- Patrz, pampuszek dla ciebie! Z dżemem!

- Pampuszek! O, dziękuję, umieram z głodu! - Mlaskanie i bekanie. - O, wybacz mi. Wiatry.

- Smaczny pampuszek?

- Bardzo dobry, dziękuję.

- Chcesz jeszcze jednego?

- Nie, dziękuję. - Beknięcie. - O, wybacz mi. Wiatry.

- A masz ochotę na deser?

- Nie, dziękuję.

Do kuchni i z chytrą miną z powrotem.

- Patrz, deser dla ciebie!

Pogardliwe spojrzenie.

- Sama to zjedz.

- Ale to są twoje tabletki.

- Nie chcę.

- Ale teraz czas wziąć tabletki.

- Dobrze, wezmę za minutkę.

Dyskretne obejście pleców fotela, na którym siedzi.

- Kochanie. Teraz pora na tabletki.

Posłusznie wyciąga rękę i połyka stertę kolorowych kuleczek, zapijając herbatą i głośno bekając z częstotliwością niegodną damy.

- O, wybacz mi. Wiatry. O, wybacz. O, wybacz mi. Wiatry.

- Nic się nie stało. Nic się nie stało. Naprawdę nic się nie stało.

Zamykam ją na klucz, klucz wkładam z powrotem do sejfu - małego pudełeczka otwieranego kodem, które wisi z boku domu. Za każdym razem, kiedy do niej przychodzę, przypomina mi się opowieść mojej koleżanki z pracy - jej znajomi z porzuconej ojczyzny (Rumunia) nie mogą nadziwić się temu, że ktokolwiek potrzebuje tego rodzaju usług, "bo przecież to wszystko normalnie robi rodzina".

Odwieczny problemat, jak radzić sobie z powolnym odchodzeniem starszych krewnych. Odchodzeniem przede wszystkim mentalnym, kiedy matka zaczyna przypominać mało rozgarnięte dziecko, ale też fizycznym, kiedy trzeba jej zacząć zmieniać pieluchy, może karmić, myć i ubierać. Córka mojej ofiary mieszka na sąsiedniej ulicy, a demencja jej matki postępuje w takim tempie głównie dlatego, jak sądzę, że nie otrzymuje ona przez cały dzień absolutnie żadnych bodźców - siedzi zupełnie samiutka, tylko ona i wyłączony telewizor. Od innej opiekunki wiem, że jej program dnia nie zmienił się przez co najmniej pięć ostatnich lat.

W takiej sytuacji ześwirowałby zupełnie normalny człowiek, zaręczam.

Kiedyś wychodziła na organizowane w wioseczce spotkania seniorów. Teraz jej powierzchnia życiowa to dwa metry kwadratowe łóżka. Uwielbia je, a w dzień trzeba zdjąć pościel, bo inaczej jak tylko zamkniesz za sobą drzwi, położy się w nim z powrotem. Czy jest różnica między przesypianiem dnia w koszuli nocnej w łóżku a w pełnym ubraniu na fotelu?

Z drugiej strony, kto wytrzymałby to automatyczne gadanie non stop? Przecież tego, co stało się z jej mózgiem, nikt już nie cofnie.

Czy zatem jedna wizyta córki dziennie oraz zapchanie lodówki gotowymi posiłkami do odgrzania w mikrofalówce to wystarczająco duży wkład ze strony rodziny? Cztery razy dziennie przychodzi opiekunka. A córka już dawno nie zdaje sobie sprawy z tego, jak kiepsko ma się jej matka, bo pampuszkowa agentka wyraźnie ożywia się w momentach, w których widzi swoje dziecko. Akurat ją wciąż rozpoznaje.

Owsianka z mikrofalówki, tost z marmoladą pomarańczową, herbata. Osiem tabletek.

Zapiekanka z mięsem z mikrofalówki bądź pół miseczki zupy z mikrofalówki, herbata.

Tost z dżemem truskawkowym bądź pampuszek, herbata. Cztery tabletki.

Kubek ovaltine na dobry sen. Półtorej tabletki.

W międzyczasie jeden bądź dwa herbatniki z talerzyka przy krześle.

Tak płynie dzień za dniem.

Przysypianie w fotelu w oczekiwaniu na śmierć na zmianę z nocnym snem w łóżku. Oto nieustająca przygoda zwana życiem. Epilog.

Drobię schodek po schodku za kolejną ofiarą. Nieśpiesznie schodzi z piętra na parter na śniadanko, a potem zasiądzie w saloniku przy rozgrzanym do nieprzytomności kominku i zagłębi się w lekturze kolejnego kryminału Colina Dextera.

- Co będziesz jadł, cheeriosy?

- A zrobisz mi owsiankę?

Nie ma mowy. Nigdy nie utrafię w twoje upodobania względem gęstości. Próbowałam niczym ten bliźni, do siedemdziesięciu siedmiu razy, nie nabierzesz mnie.

- Ych... Trochę już jestem spóźniona...

- No dobrze. To choco pops. Może być?

- Przepraszam.

- Nie szkodzi. Choco pops i filiżanka herbaty.

- Dobrze.

Czajnik włączony. Ten moment wahania przy robieniu herbaty, która także musi być idealna. Lodówka. Dwa kartony mleka - pełne i odtłuszczone. Oba się przydadzą. Zielone na stół, niebieskie na blat kuchenny...

- Odwrotnie! Do płatków niebieskie, do herbaty zielone!

Jak mogłam zapomnieć.

- Przepraszam, oczywiście!

Miska pełna płatków, delikatnie dozuję mleko.

- Jeszcze odrobina - brzmią instrukcje wypowiadane pełnym napięcia głosem, zupełnie jakbyśmy dowodzili startem voyagera. - Ciupeniek. Ciupeletek. Noooo... I już! Aj, no, odrobineczkę za dużo. Nieistotne.

- Na pewno?

- No, teraz już się przecież wiele z tym nie zrobi.

Herbata. Wrzątek do kubka, broń Boże wysączać szczura, bo mnie przeklnie. Wyciągnąć delikatnie i najlepiej dolać jeszcze wrzątku. Kropelka mleka. Druga kropelka. Szlag by to, chlup mleka nieco zbyt obfity. Na tę ewentualność mam jeszcze szczura w pogotowiu. Nie sądzę, żeby przeszło, niemniej warto spróbować. Parę kropelek esencji, centymetr wrzątku. Kolor na oko w porządku... Ale moje oko niewprawne.

- Za mocna. I za biała - rzecze wyrocznia kwaśno.

- Zrobić drugą?

- Poczekam.

Czajnik włączony. Wrzątek do kubka, broń Boże wysączać szczura, bo mnie przeklnie. Wyciągnąć delikatnie i najlepiej dolać jeszcze wrzątku. Kropelka mleka. Druga kropelka. Zamieszać. Kolor na oko w porządku.

- Czy ty ją wymieszałaś?

- Jak to?

- Niesłodka.

Psiakrew. Wszystko przez to, że nie powinno mnie tu być za cztery minuty, a wiem, że będę.

- O rany, przepraszam najmocniej. Nie wiem, gdzie mam głowę.

- Ja za to wiem. Narzeczony?

Złośliwy gnomie.

- He, he, chyba nie.

- Na pewno. Teraz herbata obleci.

Świetnie. To zajadaj, nie gadaj.

- Napełnić ci termofory na później?

- Ba! Pytanie!

- Myślałam, że masz ciepło, bo kominek grzeje wariacko...

Spojrzenie spod oka.

- Wariacko? Nie czuję jakoś.

- Tak tylko mówię.

- Pewnie, że napełnić.

Wrzątek z czajnika do jednego termofora (absolutne łamanie przepisów, nie mówiąc o instrukcji tego wspaniałego przedmiotu), drugi nastawiony na cztery minuty w mikrofalówce, żeby parzył.

Miska pusta.

- Masz ochotę coś jeszcze zjeść?

Zazwyczaj pada: "Nie, wystarczy". Szatan mnie dziś podkusił, żeby spytać.

- A wiesz, że tak? Może kromkę chleba z masłem. Tylko że...

- Wiem. Nie lubisz stopionego masła.

- Nie lubię. Ale nie lubię też...

- ...zimnych tostów. Zrobię, co w mojej mocy.

Toster na full. Trzy minuty później tost wyskakuje, macham nim rytmicznie przez moment w powietrzu (czy nie mówili a propos BHP, że nie wolno dotykać rękami jedzenia, które podaje się klientowi?), aż połowicznie ostygnie, smaruję.

- Doskonały. Jak ci się to udało?

- Nie mam pojęcia. Bóg wszechmogący musiał w tym maczać palce. Coś jeszcze?

- Nie, chyba wszystko. Dziękuję.

- Tabletki!

- A tak. Ale nie mam już herbaty.

O rany.

- Może soku zamiast tego?

- Nie, nie. Zawsze popijam tabletki herbatą.

Nie ma co dyskutować. Czajnik włączony. Wskazówka zegara tyka. Wrzątek do kubka, broń Boże wysączać szczura, bo mnie przeklnie... I tak dalej. Jestem kwadrans w plecy.

- Może być?

- Tak, ta ci się udała.

Małe to pocieszenie, ale zawsze.

- To co, czegoś jeszcze ci trzeba?

- Nie, nie, tylko mnie okryj kocykiem jak niemowlaka.

Oczywiście. Niezbędny rytuał. Drobię za nim do pokoju, w którym panuje sauna nie do opisania. Termofor pod plecki, drugi na żołądek. Okryć dokładnie, wyszlifować wszelkie fałdki materiału. Szybko a skutecznie. Wolę nie patrzeć na zegarek.

- Coś jeszcze?

Chwila zastanowienia. Międli sztuczną szczęką w głębokim namyśle. Zegar tyka bezlitośnie. Nie zapłacą za to, że przewidująco przyszłam do ciebie dziesięć minut wcześniej, nie docenią. A mnie to na nic. Ale może będziesz mnie lubił...

Poprawka. I tak nawet nie zapamiętasz, jak się nazywam i kim jestem - jedną z wielu zuniformizowanych na granatowo jednostek, które znają kod do sejfu przy drzwiach wejściowych, pomagają ci się wykąpać i podają jeść.

No trudno. Taka karma.

- Może jednak napiłbym się soku?

Jasne, to było do przewidzenia.

- Tylko wiesz...

- Wiem.

Pół na pół z wrzącą wodą. Czajnik włączony. Pół na pół, ani pół milimetra odstępstwa, bo mnie przeklnie.

- Dobrze się spisałaś, dziękuję.

- Nie ma za co.

- Wyjęłaś coś z zamrażarki na lunch, żeby się rozmroziło?

- Wyjęłam. Jest w lodówce.

- A co to?

- Zapiekanka z rybą.

- Nie lubię.

- To było jedyne, co znalazłam, dlatego nie pytałam, co byś chciał. Dzisiaj córka powinna ci zrobić jakieś zakupy...

- Nie lubię z rybą. No, nieistotne. Książka jest?

Jest. Okulary też. Chusteczki. Termofory. Soczek. Dobrze, że nie wracam tutaj na lunch, bo będzie marudził na rybę. W myślach ślę wyrazy współczucia koleżance po fachu, na którą dzisiaj padnie.

- No to spływaj. Dzięki.

Spływam. Spływa mi także pot wzdłuż kręgosłupa, tu jest chyba ze czterdzieści stopni Celsjusza. Bazgrzę w segregatorze raport z wizyty. Drzwi wejściowe na klucz, klucz do sejfu. Sprint do auta.

Ale gdyby ktoś kazał mi z tych około trzydziestu, czterdziestu odwiedzanych przeze mnie osób wybrać te, które uważam za szczęśliwe, nie miałabym wątpliwości tylko co do niego. Ironista-milczek, pracowite życie spędzone na farmie, piękne ciało - mięśnie wciąż odznaczają się na jego plecach. Sam może iść, dokąd chce, jeśli chce, ma dobrą, niewymuszoną, nienachalną, ciepłą opiekę trzech córek; w gruncie rzeczy opiekunki pomagają mu tylko zrobić pewne rzeczy szybciej. Może nie wziąłby sam kąpieli i nie wyszorował sobie pleców, ale cała reszta - bezbłędnie. Gazetki, kryminały i telewizja, ulubione batoniki, ogród z ławeczką, salon z kominkiem.

Wieczny urlop.

Tylko żony już z nim nie ma.

To w sumie sama nie wiem.

Chyba pracuję tutaj na ekwiwalencie śmieciówki. Dostaję za godzinę, nie mam gwarantowanych wizyt. Nie dostaję za czas spędzony w podróży, tylko za przebieg samochodu. Jedynym wymogiem w ogłoszeniu o pracę było posiadanie prawa jazdy - brytyjskiego albo unijnego, obojętnie. Potem tydzień bezpłatnego szkolenia (rzadkość, zazwyczaj pracodawca odpala za to najniższą krajową), przydział uniformów, żeli antybakteryjnych, jednorazowych fartuchów, kilkunastu pudełek z rękawiczkami jednorazowymi - i rzut na głęboką wodę.

Stawka - stosunkowo wysoka, dwa funty wyższa niż minimalna, wieczorami pół funta więcej, w weekendy pół funta więcej, w weekendowe wieczory pół funta więcej, w święta - półtorej stawki. Jest jednak haczyk - zaczynasz pracę o siódmej rano, a potem jak ci biuro łaskawie ześle. Czas liczy się od momentu zalogowania telefonem klienta do momentu wylogowania telefonem klienta, czyli godzinna wizyta od siódmej do ósmej, a potem trzy mile dalej wizyta od 8:15 do 8:45 - to półtorej godziny roboty i dziewięćdziesiąt pensów za przejazd. A jeśli potem półtorej godziny posuchy, bo następna półgodzinna wizyta dopiero o 10:30, to w sumie wychodzi ci dwie godziny pracy na cztery godziny bycia w pracy. Bilans jako taki. Gdyby tylko nie te dziury w grafiku!

Gdyby tylko nie zdarzenia nieprzewidziane!

Gdyby tylko nie poczucie podwójnego dyskomfortu - po pierwsze, że jest się jednostką reprezentującą wielką humanoidalną plazmę, określaną wspólnym mianem "migracja" (już nawet bez przedrostków czy dodatkowych przydawek), a po drugie, że jest się jednostką reprezentującą nieco mniejszą humanoidalną plazmę, podplazmę tej pierwszej, czyli migrację z Polski.

Mnie osobiście żadne krzywe spojrzenie chyba nigdy nie omiotło, to fakt. Jednakowoż mówię po angielsku, nie mam silnego polskiego akcentu, nie korzystam z benefitów, czyli zasiłków i pomocy społecznej. Jeśli - co absurdalne, ale kraj ten był ostatnio świadkiem większych absurdów - po brexicie będą wyrzucać obcych, moja głowa nie poleci. Mam pracę, jakiś papier potwierdzający wykształcenie (niezbyt użyteczny; zresztą los półwykwalifikowanego pracownika socjalu bądź usług jest także udziałem wielu magistrów i licencjatów wyedukowanych na polskich uczelniach). Zdam egzamin z języka, jeśli go wprowadzą, jestem grzecznie zarejestrowana w spisie wyborców i płacę podatki, choć wcale nie uważam, że dobrze się je tu wykorzystuje.

Dostać pracę było bardzo łatwo, większość pracowników mojej firmy to jednak Brytyjczycy (czy raczej Brytyjki), a także kobiety pochodzące z RPA - czyli nie jest to getto imigranckie Europy Wschodniej. A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ani kokosów na tym nie zrobię, ani się specjalnie zawodowo nie rozwinę.

Dlatego obserwuję. I obserwacje notuję. Ku przestrodze.

Dalsza część dostępna w wersji pełnej