Rozdział drugi
Łatanina ciężkich, szarych chmur sunęła po niebie zszyta tak ciasno, że ledwie dostrzegałam światło między szwami. Dzień był ponury, dziwny jak na początek lata, jednak deszcz nie padał, więc kontynuowałam mój poranny rytuał.
Nosiłam drabinę pod pachą i wspinałam się na górę, by sprawdzić każde drzewo morwy w naszym małym ogrodzie. Wiotkie białe jedwabniki żywiły się liśćmi, ale dziś nie znalazłam żadnych kokonów. Moje jedwabniki nie przemęczały się latem, toteż nie martwiłam się pustym koszykiem.
Podczas wojny jedwab był zbyt drogi, a nie produkowaliśmy go tyle, by móc go sprzedawać, więc szyliśmy głównie z juty i lnu. Dzięki pracy z szorstkimi tkaninami nie zatraciłam zwinności w palcach i artystycznego zacięcia. Lecz teraz wojna się skończyła i musieliśmy wrócić do jedwabiu. Miałam nadzieję, że wkrótce przyjdzie moje zamówienie.
- Babo - zawołałam - idę na targ. Coś ci kupić?
Nie odpowiedział - pewnie jeszcze spał. Od powrotu Ketona późno się kładł, po nocach modlił się przy rodzinnym ołtarzu.
Na naszym małym targu kręciło się jeszcze więcej ludzi niż zwykle, a handlarze nie chcieli opuszczać cen. Powoli krążyłam między straganami, licząc, że uniknę pewnej osoby w drodze do domu. Niestety, tak jak się obawiałam, Calu na mnie czekał.
- Pomogę ci - rzucił, sięgając po mój koszyk.
- Nie potrzebuję pomocy.
Chwycił za rączkę i pociągnął.
- Przestaniesz być taka uparta, Maiu?
- Ostrożnie! Wszystko wysypiesz.
Gdy tylko rozluźnił uścisk, wyrwałam mu koszyk i pobiegłam do domu. Zamknęłam drzwi i zaczęłam wypakowywać zakupy: kłębki lnu i muślinu, małe szkicowniki do projektowania, garść pomarańczy, torbę różowo-żółtych brzoskwiń, które dostałam od sąsiadów, oczka łososia - przysmak Baby - ikrę tuńczyka i niewielki worek ryżu.
Zaaferowana odpychaniem Calu dopiero po jakimś czasie zauważyłam powóz stojący po drugiej stronie ulicy - a także mężczyznę czekającego w sklepie.
Był korpulentny i rzucał szeroki cień. Przebiegłam wzrokiem po jego stroju i dostrzegłam brak jednego mosiężnego guzika na błękitnym jedwabnym mundurze. Zazwyczaj zwracałam większą uwagę na ubiór nieznajomych niż na ich twarze.
Wyprostowałam się.
- Dzień dobry, panie - przywitałam go, lecz nie spieszył się do pozdrowień. Zamiast tego z pogardą lustrował nasz warsztat. Moje policzki zapłonęły ze wstydu.
Na podłodze za ladą walały się tkaniny, a na wieszaku do farbowania dyndała niechlujnie zawieszona bela bawełny. Odprawiliśmy pomoc z zewnątrz lata temu i nie mieliśmy pieniędzy, żeby zatrudnić służbę do sprzątania. Z czasem przestałam zauważać pajęczyny w kątach i kwiaty brzoskwini przywiedzione wiatrem przez drzwi warsztatu.
Wreszcie mężczyzna zwrócił oczy na mnie. Odgarnęłam włosy z czoła i odrzuciłam warkocz na plecy, żeby wyglądać dostojniej. Potem skłoniłam głowę, jakby moje dobre maniery mogły zadośćuczynić za bałagan w sklepie.
- Dzień dobry, panie - powtórzyłam. - W czym mogę pomóc?
W końcu podszedł do lady. Nosił szarfę, a na niej duży nefrytowy wisior w kształcie wachlarza, z wielkim czerwonym frędzlem z jedwabiu.
Urzędnik cesarza, pomyślałam. A jednak nie miał na sobie typowej szaro-granatowej tuniki cesarskiej służby. Nie, mój gość był eunuchem.
Co eunuch Jego Wysokości robił w naszym sklepie?
Spojrzałam na jego wyłupiaste oczy i elegancko przystrzyżoną brodę, która zupełnie nie ukrywała lekceważącego grymasu na ustach.
Uniósł podbródek.
- Jesteś córką Kalsanga Tamarina.
Skinęłam głową. Pot spływał mi po skroniach, bo zgrzałam się na targu, a zapach pomarańczy łaskotał mój żołądek tak, że ten zaburczał. Głośno.
Eunuch zmarszczył nos i oznajmił:
- Jego Wysokość Cesarz Khanujin zaprasza twojego ojca do Letniego Pałacu.
Ze zdziwienia niemal upuściłam koszyk na ziemię.
- Mój... mój ojciec jest zaszczycony. Co to za okazja?
Urzędnik odchrząknął.
- Członkowie twojej rodziny od wielu pokoleń służyli jako nadworni krawcy. Potrzebujemy kunsztu twojego ojca. Lord Tainak zachwalał jego usługi.
Moje serce waliło jak szalone, a umysł gorączkowo próbował przypomnieć sobie suknię, którą uszyłam dla Lady Tainak. Ach tak, żakiet i spódnica z najcieńszego jedwabiu z ręcznie malowanymi żurawiami i magnoliami. To zamówienie było dobrodziejstwem podczas zimy, a ja skrupulatnie wydzielałam otrzymaną zapłatę, byśmy mogli przetrwać na niej kilka tygodni.
Nie musiałam znać szczegółów, żeby wiedzieć, iż to zlecenie uratuje naszą rodzinę. Marzenie o zostaniu krawcową cesarza, tak dawno zapomniane, pojawiło się we mnie na nowo.
- Ach, suknia Lady Tainak. - Ugryzłam się w język, by nie powiedzieć, że to dzieło moje, nie Baby. Nie posiadałam się z ekscytacji. I z ciekawości. - Czego Jego Wysokość życzy sobie od mojego ojca?
Eunuch skrzywił się na moje śmiałe pytanie.
- Gdzie on jest?
- Panie, mój ojciec jest niedysponowany, ale z radością przekażę instrukcje Jego Wysokości...
- W takim razie porozmawiam z twoim bratem.
Puściłam tę zniewagę mimo uszu.
- Mój brat niedawno wrócił z Wojny Pięciu Zim. Odpoczywa.
Mężczyzna oparł ręce na biodrach.
- Zawołaj ojca, dziewczyno, zanim stracę cierpliwość i złożę raport, że bezczelnie zlekceważył wezwanie cesarza.
Zacisnęłam usta i lekko się skłoniłam, a potem poszłam po Babę.
Znalazłam go tam, gdzie zawsze - przy małym ołtarzu obok pieca w kuchni, klęczącego i trzymającego w dłoni kadzidełka. Złożył trzy pokłony, każdy do jednej wyrzeźbionej w drewnie Amany, bogini matki.
Mama pomalowała figurki Amany, gdy byłam mała. Pomogłam jej zaprojektować suknie bogini: jedną ze słońca, jedną z księżyca, jedną z gwiazd. Te figurki to jedne z niewielu pamiątek po Mamie. Baba modlił się do nich każdego dnia i każdej nocy. Nigdy nie mówił o Mamie, ale wiedziałam, że strasznie za nią tęskni.
Nie chciałam mu przerywać, lecz nie miałam wyboru.
- Babo. - Lekko poklepałam jego wątłe ramię. - Urzędnik cesarza do ciebie.
Poprowadziłam ojca na przód sklepu. Był tak słaby, że musiał się o mnie opierać. Nie godził się chodzić o lasce - twierdził, że to nie on ma połamane nogi.
- Mistrzu Tamarinie - przywitał go chłodno eunuch. Baba nie zrobił na nim wrażenia i mężczyzna dał to po sobie poznać. - Jego Wysokość potrzebuje krawca. Rozkazano mi, abym zabrał cię do Letniego Pałacu.
Wlepiłam wzrok w podłogę, starając się nie reagować. Baba nie przetrwałby podróży do Letniego Pałacu, nie w swoim stanie. Zaczęłam się wiercić, wiedząc, co powie, jeszcze zanim się odezwał...
- To dla mnie zaszczyt, ale niestety nie mogę jechać.
Zobaczyłam niedowierzanie przemieszane z pogardą malujące się na twarzy eunucha. Próbowałam trzymać język za zębami, świadoma, że nie powinnam się wtrącać, lecz wszystko we mnie buzowało. To była nasza szansa.
- Ja mogę - wyrzuciłam z siebie w chwili, gdy urzędnik otwierał usta. - Znam fach mojego ojca. To ja uszyłam suknię Lady Tainak.
Baba zwrócił twarz w moją stronę.
- Maia!
- Potrafię szyć - nie ustępowałam. - Najlepiej ze wszystkich. - Wskazałam przestrzeń nad wieszakiem, gdzie wisiały bogato zdobione wstęgi, które haftowałam tygodniami i miesiącami. - Proszę tylko spojrzeć na moje prace...
Baba pokręcił głową, każąc mi przestać.
- Rozkazy Jego Wysokości były jasne - oznajmił eunuch, pociągając nosem. - Sprowadzić mistrza z rodziny Tamarin do Letniego Pałacu. Dziewczyna nie może być mistrzem.
Baba zacisnął pięści.
- A kim ty jesteś, żeby decydować, kto jest mistrzem mojego fachu? - zagrzmiał potężnym głosem, jakiego dawno u niego nie słyszałam.
Mężczyzna wypiął tors.
- Minister Lorsa z Ministerstwa Kultury Jego Cesarskiej Wysokości.
- Od kiedy ministrowie pełnią funkcję posłańców?
- Masz o sobie zbyt wysokie mniemanie, mistrzu Tamarinie - wycedził Lorsa. - Przybyłem po ciebie tylko dlatego, że mistrz Dingmar jest chory. Może i w przeszłości cieszyłeś się szacunkiem, ale lata, które straciłeś na rzecz alkoholu, rzuciły cień na reputację twojej rodziny. Gdyby nie pochwała Lorda Tainaka, w ogóle by mnie tu nie było.
Nie mogłam tego znieść.
- Nie masz prawa tak do niego mówić.
- Maiu. - Baba położył mi dłoń na ramieniu. - Na tyłach czekają koszule do zacerowania.
Chciał mnie odprawić. Zazgrzytałam zębami i łypnęłam na posłańca cesarza, a potem wycofałam się najwolniej, jak potrafiłam.
- Mój powóz będzie czekał na ulicy Yanamer - rzekł Lorsa. - Jeśli ty albo twój syn nie stawicie się do jutra rana, będę zmuszony złożyć tę hojną ofertę komuś innemu. Wątpię, żeby wasz skromny sklep przetrwał hańbę w postaci zawodu cesarza.
Obrócił się na pięcie i wyszedł.
- Babo. - Podbiegłam do ojca, gdy tylko zamknęły się drzwi. - Nie możesz jechać.
- Rozkazu cesarza nie wolno zignorować.
- To nie rozkaz - zaprotestowałam - tylko zaproszenie.
- Tak to nazwali, ale wiem, co się wydarzy, jeśli nie pojadę. - Westchnął. - Rozpuszczą plotkę, że nie odpowiedzieliśmy na wezwanie cesarza. Ludzie przestaną przychodzić do sklepu i stracimy wszystko.
Miał rację. Nie chodziło tylko o pieniądze i zaszczyty, lecz o przymus. Baba musiał udać się do pałacu, tak jak moi bracia musieli wyjechać na wojnę.
- Teraz, kiedy wojna się skończyła - zaczął Baba - cesarz musi pokazać światu, że A'landi jest wspaniała. Uczyni to, zatrudniając mistrzów: muzyków, krawców, malarzy. Nie będzie oszczędzał. Zaproszenie to wielki zaszczyt. Nie mogę odmówić.
Milczałam. Baba nie dałby rady dotrzeć do pałacu, a co dopiero zostać nowym krawcem cesarza. A Keton... nie potrafił wykonywać najprostszych ściegów, a co dopiero szyć strojów godnych dworu.
Ale ja? Wiedziałam, że mogę to zrobić. Pragnęłam być krawcową cesarza.
Weszłam do mojego pokoju i rękawem wytarłam smugi na lustrze, by móc dobrze się sobie przyjrzeć. By zobaczyć siebie dokładnie.
Baba zawsze powtarzał, że wdałam się w Mamę. Nigdy mu nie wierzyłam. Spojrzałam na mój prosty nos, duże, okrągłe oczy i pełne usta - tak, te miałam po matce. Lecz ona była najpiękniejszą kobietą, jaką znałam, a ja... dorastałam w domu pełnym mężczyzn i nawet nie umiałam zachowywać się jak dziewczyna.
Finlei droczył się ze mną i mówił, że od tyłu wyglądam jak Keton - tyczkowata jak chłopak. Piegi na twarzy i na ramionach nie pomagały. Dziewczęta powinny być blade i delikatne. Ale może, może to wszystko zadziała na moją korzyść.
Nie potrafiłam śpiewać, recytować poezji ani tańczyć. Nie grzeszyłam wdziękiem, powabem czy urokiem. Ale umiałam szyć. Na niebiosa, umiałam szyć.
Musiałam to zrobić.
Gdy Baba wrócił do modlitwy, potarłam palcami węgiel z paleniska i przeciągnęłam po brwiach. Na moim stole leżały nożyczki. Chwyciłam je, lecz się zawahałam. Ręce nigdy mi nie drżały, gdy cięłam tkaninę - mogłam ciąć po linii prostej przez sen - więc dlaczego robiły to teraz?
Dotknęłam końcówek włosów, które nawet w warkoczu sięgały mi za pas. Rozwiązałam wstążki i rozplotłam warkocz. Miękkie fale rozlały się na plecy, łaskocząc kręgosłup.
Opuściłam dłoń, a wraz z nią nożyczki. Mój plan był szalony. Musiałam myśleć racjonalnie, rozważyć konsekwencje. Ale w głowie dudniły mi słowa ministra Lorsy, że nie mogę jechać. I słowa Baby, że nie mogę jechać.
Całe życie mówiono mi, czego nie mogę robić, bo jestem dziewczyną. Teraz miałam szansę się przekonać. Musiałam ją wykorzystać.
Rozluźniłam uchwyt i przycisnęłam nożyczki do karku. Jednym płynnym ruchem obcięłam włosy do wysokości ramion. Kosmyki osunęły się po plecach i wylądowały u moich stóp niby płat czarnego atłasu, po czym uleciały z bryzą przez otwarte okno niczym pióra.
Moje ręce przestały drżeć. Związałam włosy tak jak Keton i inni chłopcy w jego wieku. Poczułam dziwny spokój, jakbym wraz z włosami pozbyła się moich lęków. Wiedziałam, że to nieprawda, ale było za późno, by panikować. Teraz potrzebowałam odpowiednich ubrań.
Zaniosłam Ketonowi zupę z zimowego melona i rybę gotowaną na parze. Kiedyś dzielił pokój z Finleiem i Sendem. Wtedy nasz dom wydawał się mały. Teraz - za duży. Połowę mojego pokoju zajmował skład tkanin, paciorków i barwników... a Keton miał cały pokój dla siebie.
Mój brat spał. Jego usta wykrzywiły się, gdy zachrapał. Zapewniał nas, że choć ma połamane nogi, nie czuje bólu.
- Jak mogę czuć ból, skoro nie czuję nóg? - próbował żartować.
Postawiłam kolację przy jego łóżku i opatuliłam go kocem, a potem sięgnęłam do szafy po spodnie. Przewiesiłam je sobie przez ramię i cichutko ruszyłam w stronę wyjścia.
- Maiu. - Keton się poruszył.
Obróciłam się.
- Myślałam, że śpisz.
- To źle myślałaś. - Poprawił się na poduszce.
Przycupnęłam na łóżku.
- Jesteś głodny? Przyniosłam ci kolację.
- Kradniesz moje ubrania - zauważył, wskazując podbródkiem rzeczy na moim ramieniu. - O co chodzi?
Stanęłam w cieniu, żeby nie dostrzegł moich włosów.
- Odwiedził nas urzędnik cesarza. Zaprosili Babę do Letniego Pałacu, żeby szył stroje dla cesarza Khanujina.
Keton zamknął oczy. Wojna odarła mojego najmłodszego brata z buntowniczości. Wyglądał o wiele starzej niż na swoje dziewiętnaście lat.
- Baba nie szyje od lat. Nie może jechać.
- Pojadę za niego.
Keton się podniósł.
- Na oddech demona, Maiu! Oszalałaś? Nie możesz...
- Nie chcę tego słuchać.
- Nie możesz jechać - dokończył, podnosząc głos. - Jesteś dziewczyną.
- Już nie. - Dotknęłam moich włosów i zacisnęłam zęby. - Mam dosyć słuchania, że nie jestem godna.
- Nie chodzi o bycie godną - powiedział Keton i zakaszlał w rękaw. - Tylko o tradycję. A poza tym nikt nie pozwoli dziewczynie pobierać wymiarów od cesarza.
Zarumieniłam się wbrew sobie.
- Pojadę jako ty, Keton Tamarin.
- Baba nigdy się na to nie zgodzi.
- Baba nie musi wiedzieć.
Keton pokręcił głową.
- A ja zawsze myślałem, że jesteś tym posłusznym dzieckiem. - Odchylił się i westchnął. - To niebezpiecznie.
- Ketonie, proszę. Muszę to zrobić. Dla nas. Dla...
- Właśnie dlatego nie powinnaś jechać - przerwał mi. - Przestań mnie przekonywać. Jeśli masz zachowywać się jak chłopak, nie możesz myśleć jak dziewczyna. Nie gap się w podłogę. Kiedy mówisz, patrz ludziom w oczy i nigdy się nie wahaj.
Prędko podniosłam wzrok.
- Wcale nie próbuję cię przekonać! I nie zawsze się waham. - Znów spuściłam wzrok.
Keton jęknął.
- Przepraszam! Nic na to nie poradzę, taki nawyk.
- Nikt nie uwierzy, że jesteś chłopakiem - stwierdził. - Przygryzasz wargę i patrzysz w podłogę. A jeśli nie w podłogę, to w niebo.
- Wcale nie! - oburzyłam się.
- Więcej tego - pochwalił mnie Keton. - Więcej krzyków. Chłopcy są wybuchowi i aroganccy. Lubią być we wszystkim najlepsi.
- Myślę, że jedynie ty.
- Gdybym tylko miał czas cię nauczyć...
- Dorastałam z waszą trójką. Wiem, jacy są chłopcy.
- Czyżby? - Zmarszczył brwi. - Jesteś dziewczyną z miasteczka, Maiu. Nie znasz świata. Spędziłaś życie na szyciu w kącie naszego warsztatu.
- A teraz spędzę je na szyciu na tyłach pałacu.
Skrzywił się, jakbym właśnie potwierdziła jego słowa.
- Staraj się zbyt dużo nie mówić. Nie zwracaj na siebie uwagi. - Założył ręce za głowę. - Ludzie zobaczą to, co chcą zobaczyć.
Smutna mądrość w jego głosie sprawiła, że zabrzmiał jak Baba.
- Co masz na myśli?
- Właśnie to. Nikt nie dorównuje ci talentem. Skup się na tym, co potrafisz, a nie na tym, kim jesteś. - Oparł się na łokciach i obrzucił mnie uważnym spojrzeniem. - Finlei miał rację. Z tyłu rzeczywiście wyglądasz jak chłopak. A dzięki piegom nie jesteś blada jak większość dziewczyn... Baba pozwala ci spędzać zbyt dużo czasu na słońcu.
- Ktoś musi zbierać jedwabniki - rzuciłam z rozdrażnieniem.
- Nie masz zbyt wielu krągłości. - Zmrużył oczy. - Ani zbyt śpiewnego głosu. Właściwie zupełnie nie umiesz śpiewać.
Za tę obelgę o mało nie cisnęłam w niego ubraniami.
- Nie kandyduję na nałożnicę.
Keton mlasnął językiem.
- Przestań marszczyć nos i staraj się nie uśmiechać.
- Tak? - zapytałam, naśladując grymas, który pojawiał się na twarzy Ketona, gdy spał.
- Lepiej. - Odchylił się. Lekki uśmiech wpłynął na jego usta, lecz zniknął tak szybko, jak się pojawił. - Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? Jeśli cesarz się dowie... Jeśli ktokolwiek się dowie...
- Zabiją mnie - dokończyłam. - Wiem.
Jednak tylko tak mogłam zatroszczyć się o rodzinę. To była moja szansa, by zostać prawdziwą krawcową i najlepszym krawcem w całej A'landi.
- Dostanę dużo pieniędzy - oznajmiłam pewnie. - Wyślę je wszystkie do domu. A poza tym... - udało mi się uśmiechnąć - ...już ścięłam włosy.
Keton westchnął.
- Nie wierzę, że ja ci to mówię, ale bądź ostrożna.
- Będę.
- Oczekuję mnóstwa historii o dziewczętach na dworze - powiedział beztroskim tonem. - I o cesarzu Khanujinie. - Spiął się. - Może nawet spotkasz szansena.
- Obiecuję, że wrócę z mnóstwem historii - wyszeptałam.
Zerknęłam na laskę, którą kupiłam Ketonowi miesiąc temu, gdy wrócił do domu. Nawet jej nie tknął. Jak miał jej używać, skoro ledwie ruszał nogami?
- Weź ją - rzekł, wiodąc za moim wzrokiem.
Chwyciłam laskę i poczułam pod palcami szorstkie drewno. Ucieszyłam się - dzięki odrobinie bólu zachowam czujność.
- Obiecasz mi, że spróbujesz chodzić? - poprosiłam. - Trochę każdego dnia.
- Zrobię krok za każdy dzień twojej nieobecności.
To umocniło mnie w mojej decyzji. Pocałowałam brata w czoło.
- W takim razie mam nadzieję, że moja nieobecność potrwa wiele dni.
- - -
Gdy Baba spał, Keton wbijał mi do głowy, jak zachowywać się po męsku. Jak śmiać się nisko z brzucha, jak stękać z zadowoleniem po dobrym posiłku, jak krzywić się po kieliszku mocnego wina. Nauczył mnie nie przepraszać za bekanie, nie ukrywać puszczania wiatrów i spluwać za każdym razem, gdy ktoś śmie mnie znieważyć.
Kiedy Keton padł ze zmęczenia i nie był w stanie kontynuować lekcji, wróciłam do swojego pokoju. Kręciłam się w kółko, analizując wszystko, co może się nie udać.
Jeśli mnie złapią, zabiją mnie.
Ale muszę to zrobić dla Ketona i dla Baby.
W głębi serca wiedziałam, że muszę to zrobić również dla siebie. Gdybym nie wyjechała, zostałabym żoną Calu - żoną piekarza - a moje palce zapomniałyby, jak obchodzić się z igłą.
Dlatego bez dalszego wahania spakowałam wszystko, co mogło mi się przydać: ubrania Ketona na zmianę, najlepsze nici, kordonki, szydła i igły, wstążki do haftowania i igielnik, kredę, pędzle, farby, szkicowniki oraz przybory do rysowania.
Słońcu spieszyło się do wzejścia, a przynajmniej takie odnosiłam wrażenie. Okrycie gwiazd nade mną bladło w promieniach. Patrzyłam, jak poranek przetacza się po morzu, a potem dosięga mojej ulicy i mojego domu.
Przerzuciłam tobołek z dobytkiem przez ramię i ruszyłam ku drzwiom. Kroczyłam pewnie - tak jak niegdyś Keton - ale lekko utykałam, żeby dopełnić wrażenia. Pomagałam sobie laską.
- Zaczekaj - wychrypiał Baba z tyłu. - Zaczekaj.
Wezbrało we mnie poczucie winy.
- Przepraszam, Babo.
Pokręcił głową.
- Spodziewałem się tego. Zawsze byłaś tą silną wśród nas.
- Nie - zaprotestowałam cicho. - Finlei i Sendo byli silni.
- Finlei był odważny. Sendo też, na swój sposób. Ale ty, Maiu, jesteś silna. Jak twoja matka. Trzymasz nas razem.
Kolana mi zmiękły.
- Babo...
Przytrzymał się framugi drzwi i wyciągnął rękę.
- Weź to.
Podał mi materiałowe zawiniątko. Jedwab był tak delikatny, że myślałam, iż roztopi się pod moim dotykiem. Rozwiązałam złoty sznurek i ujrzałam...
Nożyczki.
- Należały do twojej babki - wyjaśnił Baba, ponownie zawijając nożyczki, jakby ich widok sprawiał mu ból. - Nigdy do mnie nie przemówiły. Czekały na ciebie.
- Jakie mają zas...
- Dowiesz się, gdy będziesz ich potrzebować.
Już chciałam prosić, by dbał o siebie i o Ketona, lecz Finlei i Sendo odeszli z tymi słowami na ustach i nigdy nie wrócili. Dlatego tylko skinęłam głową.
- Maiu - zaczął Baba, kładąc mi rękę na ramieniu. W jego oczach lśnił błysk, którego nie widziałam od lat. - Bądź ostrożna. W pałacu... jest niebezpiecznie.
- Będę, Babo. Obiecuję.
- Więc idź. Pokaż im, co potrafisz.
Oparłam się na lasce i powłóczyłam prawą nogą, kuśtykając w kierunku powozu.
Światło już raziło w oczy, ale brakowało mi wolnej ręki, by zasłonić twarz. Zmarszczyłam brwi, a Lorsa stęknął na mój widok.
- Keton Tamarin? - spytał, taksując mnie od stóp do głów. - Jesteś bardzo podobny do siostry.
Poczułam, że cała się skręcam. Wymusiłam z siebie męski śmiech, który przemienił się w kaszel.
- Mam nadzieję, że tylko z wyglądu. W końcu ja potrafię szyć, a ona nie.
Eunuch chrząknął na znak zgody i rzucił Babie sakiewkę jenów.
- Wsiadaj - mruknął do mnie.
Keton miał rację. Ludzie zobaczą to, co chcą zobaczyć.
Ostatni raz zerknęłam na Babę i na okno Ketona, a potem wsiadłam do powozu, nieświadoma tego, co mnie czeka. Wiedziałam tylko, że za wszelką cenę muszę odnieść sukces.