PROLOG
Atak nastąpił zupełnie nieoczekiwanie. Kiedy dostał pierwszy cios, pomyślał, że ostrze tylko go drasnęło. Odepchnął napierający ciężar, usiłując jednocześnie dosięgnąć noża, którego ostrze błyszczało w nikłym świetle umieszczonej pod sufitem żarówki. Mocne uderzenie w podbrzusze omal go nie powaliło. Na szczęście korytarz był wąski, więc zatrzymał się na ścianie. Poczuł ostry ból w barku. To tu mięśnie napięły się gwałtownie, by złagodzić uderzenie. Podniósł głowę i zakaszlał. Po brodzie spłynęła mu krew. Wytarł ją dłonią, ale drobne krople i tak poznaczyły biały kołnierzyk koszuli, rozbryzgując się na sztywnym materiale niczym szalony wytwór wyobraźni malarza abstrakcjonisty. Odwrócił się. Nóż wciąż był gotowy do użycia.
Po kłótni w hotelowym barze, podczas której reżyser Selpin coraz agresywniej wyrzucał z siebie oskarżenia przeciwko niemieckiej armii, postanowił zamówić w pokoju natychmiastowe połączenie z Berlinem. To zaszło zdecydowanie za daleko, a Selpin, zamiast robić to, czego od niego oczekiwano, i doceniać opiekę, jaką otoczył go sam minister Goebbels, coraz więcej czasu poświęcał na bibki i coraz częściej narzekał na warunki, w jakich ekipa realizowała zdjęcia. Właśnie sięgał po klucz. Był zaledwie kilka metrów od swojego pokoju, gdy usłyszał, jak otwierają się drzwi do apartamentu, który we wrześniu trzydziestego dziewiątego zajmował sam Führer. To właśnie Kasino-Hotel przy plaży w Zoppot wybrano wtedy jako miejsce dość godne, by mógł się w nim zatrzymać, kiedy odwiedził miasto, które po dwóch haniebnych dekadach odłączenia od macierzy, jak w każdym przemówieniu podkreślał gauleiter Forster, wracało do Rzeszy.
Drzwi zostały otwarte od wewnątrz. Podszedł i pchnął je lekko. Nie stawiały oporu. Wszedł do środka. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Drzwi zatrzasnęły się za jego plecami, wokół zrobiło się ciemno, a jedno mocne uderzenie pozbawiło go tchu i sprawiło, że runął na podłogę. Łapiąc powietrze, próbował się podnieść, a wtedy usłyszał dźwięk przekręcanego włącznika i korytarz spowiło słabe światło. Widząc przed sobą znajomą twarz, zaczął się śmiać - cicho, sarkastycznie, jeśli śmiech w obliczu śmiertelnego ataku może osiągnąć taki poziom sarkazmu, by przykryć podszywający go strach. Nie pomógł tym sobie. Raczej rozsierdził napastnika. Błysnęło ostrze i poczuł krótki zdecydowany cios. Cios, który - wydawało mu się - nie przyniósł żadnych głębszych ran. Rzucił się przed siebie, usiłując dosięgnąć rękojeści, by potem jednym szybkim ruchem podciąć przeciwnikowi gardło tak, jak uczono go w czasie trwających w nieskończoność ćwiczeń. Ale czynności wpajane podczas treningów nie stały się instynktowne. W momencie zagrożenia działał zbyt chaotycznie, by przeciwstawić się rzeczywistemu niebezpieczeństwu.
Zaczęli się szamotać. Czuł, że jest silniejszy, ale ból niemal zwalał go z nóg. Wiedział, że nie ma czasu na wahanie. Odepchnął się od ściany i po raz kolejny rzucił przed siebie. Zamachnął się lewą ręką, bo prawa odmówiła mu posłuszeństwa. Zacisnął dłoń w pięść i wyrzucił ją w powietrze, mając nadzieję, że uda mu się trafić. Udało się. Niewiele widział, ale uderzył chyba w skroń, bo nóż upadł na podłogę.
Właśnie na to czekał. Rzucił się w jego stronę, ale chwytając drewnianą rękojeść, poczuł napierający ciężar. Nie bezwładny, ale ponownie wyrwany do walki, rozsierdzony, pełen determinacji. Upadł na podłogę, pozbawiony możliwości ruchu. I wtedy poczuł drugie cięcie. Nóż prześlizgnął się między żebrami i ostrze znalazło się w samym środku jego ciała.
Nie rozumiał, co się stało. Przecież trzymał nóż, udało mu się go odebrać, więc nie mógł otrzymać nim kolejnego ciosu. Dopiero po sekundzie dotarło do niego, że musiał być drugi nóż, ukryty, czekający na swoją kolej, przygotowany wcześniej, gdyby ten pierwszy nie spełnił swojego zadania. Być może nie był nawet do tego przeznaczony. Może miał tylko odwrócić uwagę od tego, co ostatecznie się stało. Ale to oznaczało, że atak był starannie przemyślany, opracowany w najmniejszych szczegółach.
Znowu zaczął się śmiać. Tym razem śmiał się z samego siebie, z własnego braku wiary w możliwości drugiego człowieka. Ale jak w niego wierzyć, jeśli wcześniej odebrało mu się człowieczeństwo?
Potem umilkł. Śmiech okazał się zbyt wyczerpujący.
Leżał na podłodze korytarza w apartamencie Führera i dotarło do niego, że jeśli nie otrzyma natychmiastowej pomocy, nigdy już o własnych siłach z tej podłogi nie wstanie. Czyż to nie przewrotne? Odejść w przedsionku do wielkich apartamentów tego, któremu oddało się własne sumienie? Grzebiąc nadzieję na własną wspaniałą przyszłość...
Gdy o tym myślał, jego ciało zaczął ogarniać coraz większy spokój. Ból barku minął. Pozostał tylko metaliczny posmak w ustach. Powieki zaczęły mu ciążyć, jakby nagle poczuł potrzebę natychmiastowego zapadnięcia w sen. Chyba został sam, bo wokół panowała cisza. Tylko z daleka docierały odgłosy muzyki - ostatnie dźwięki świata, który zaraz zniknie. Nim zamknął oczy, popatrzył jeszcze przed siebie. Pokój tonął w ciemnościach. Nad nim tliło się ciągle nikłe światło żarówki rozjaśniające korytarz, w którym za chwilę przyjdzie mu rozstać się z życiem. Tak idiotycznie. Dlaczego tego nie przewidział?
Ostatnie spojrzenie powędrowało na ciągnący się przed nim wzór wpleciony misternie w parkiet. Małe swastyki ułożone jedna za drugą wzdłuż ściany namnażały się niczym kręcąca się spirala hipnotyzera. Mówią, że gdy człowiek umiera, w jego głowie przewija się całe życie, wszystkie ważne chwile, ludzie, którzy mieli dla niego znaczenie, miejsca, które były istotne. Gdy jego powieki opadały, w tym jednym momencie, nim zamknął je ostatecznie, pojawiło się tylko jedno wspomnienie, za to tak wyraźne, jakby czas się cofnął i z podłogi w apartamencie na drugim piętrze Kasino-Hotel przeniósł go z powrotem do kwatery Führera w Berlinie, gdzie to wszystko się zaczęło. Choć wspomnienie trwało tylko sekundę, miał wrażenie, że realny świat, w którym leżał w powiększającej się wciąż kałuży krwi, zwolnił, niemal się zatrzymał, by mógł przypomnieć sobie i przeżyć jeszcze raz tamten moment.
Terkot aparatu projekcyjnego był tak wyraźny, jakby pokaz odbywał się w tym pustym korytarzu, w którym teraz leżał. A kiedy taśma w jego głowie się skończyła, zapadła cisza równie przeraźliwa jak wtedy, gdy kilka kroków przed nim siedział, zwrócony twarzą do białego już ekranu, sam Führer. Po projekcjach wódz lubił dyskutować o tym, co właśnie obejrzał. Jeśli kogoś na nie zapraszał, chciał wiedzieć, co jego gość myśli o filmie. Tym razem jednak, choć na sąsiednim fotelu siedział minister propagandy Goebbels, Führer nie odezwał się słowem. Nie ruszył się też z miejsca. Zapadł się w fotelu, ręce oparł na szerokich skórzanych podłokietnikach i nadal wpatrywał się w ekran.
Mężczyzna, który przez cały seans wprost do ucha tłumaczył mu na bieżąco zdania płynące z ekranu, wyprostował się i znieruchomiał na zwykłym drewnianym krześle. Wiedział, że dopóki Führer nie wstanie, nie powinien się ruszać. Nie ruszał się też Joseph Goebbels. Minister oświecenia i propagandy wydawał się zbyt mały na wielki fotel albo to fotel był dla niego za duży. Zapadłszy się w nim na początku projekcji, ledwie sięgał stopami podłogi. Teraz milczał, przyczajony, w oczekiwaniu na pierwsze słowa Führera, bo od nich zależało, czy film miał mu się spodobać, czy też miał okazać się niewart czasu mu poświęconego.
- Żydzi. - Führer wycedził to słowo, jakby przeciągał głoski między zębami. - Żydzi! - powtórzył głośniej i wstał z fotela.
Tłumacz drgnął, minister pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Wszędzie Żydzi! - krzyczał Führer. - Ten cały żydowski Hollywood! Sami Żydzi! Von Stroheim! Jaki on von? Syn żydowskiego kapelusznika! Bracia Warner, polscy Żydzi nie wiadomo skąd!
- Fritz Lang - podsunął usłużnie minister, który z autorem Metropolis miał swoje porachunki.
- Fritz Lang! - jak echo powtórzył Führer. - No właśnie! Zdegenerowany Żyd, który chciał prawdziwym Niemcom wciskać chorą sztukę! Sztukę... Sztukę? - Przemierzał nerwowo pokój. - To nie była żadna sztuka! To... to... nie wiem nawet, jak nazwać tę chorą wyobraźnię! I ten reżyser, no, ten... ten Żyd z Budapesztu! I ten austriacki Żyd od muzyki! Jeszcze żywił się naszą niemiecką kulturą w Hamburgu, zanim pojechał do Ameryki! I ta Kiesler!
- Teraz nazywa się Hedy Lamarr - podpowiedział minister.
- Jakkolwiek się nazywa, zawsze będzie miała żydowską krew! - zaryczał Führer, aż tłumacz odchylił się lekko niczym rażony siłą słów wodza.
Führer podszedł do stojącego po drugiej stronie wielkiego gabinetu biurka, pochylił się nad nim i podparł rękami.
- Powiem ci, co zrobimy! Pokażemy tym Żydom z Hollywood, jak się robi prawdziwe aryjskie filmy! - oświadczył dobitnie, a każde słowo podkreślił uderzeniem pięścią w blat biurka. - Pokażemy czystość naszych idei, wartości niemieckiego narodu!
Wyglądało na to, że nie może zapanować nad własnym ciałem, które wobec emocji go ogarniających musiało być w ciągłym ruchu. Okrążył biurko i przemierzył szybko gabinet.
- Sprawimy, że to nasze studia w Babelsbergu staną się najważniejszym miejscem w świecie filmu! Nie tylko podbijemy Europę, ale zniszczymy Hollywood! Pokażemy, co naprawdę warte jest nasze germańskie kino! A kto tego dokona? - obniżył głos i spojrzał na ministra stalowym wzrokiem. Potem podszedł do fotela, w którym minister jak kukiełka podskakiwał w rytm jego słów. - My, doktorku! My! - Oparłszy dłonie na podłokietnikach fotela ministra, pochylił się nad nim i znowu wybrał krzyk, choć teraz jego twarz przybrała radosny wyraz: - Ty i ja! Ja i ty!
Minister miał ochotę zaklaskać, ale przypomniał sobie, że nie są w gabinecie Führera sami. Odwrócił się i powiedział:
- Ty możesz zostać, Kurt. Ale ty wynocha!
Kiedy speszony tłumacz zamknął za sobą cicho masywne drzwi, minister poderwał się z fotela i dołączył do swego wodza, a ten kopał teraz z impetem mahoniowe krzesła, które z hukiem upadały na wypolerowaną podłogę.
- Zniszczymy ten żydowski Hollywood! To żydowskie schronienie! Nie uciekniecie przede mną, żydowskie szczury! - ryczał z wyraźną przyjemnością.
Pomyślał wtedy, że nie widział u Führera takiego przypływu potężnej energii od czasu, gdy jako członek ochrony podróżował z nim po całym kraju. To było wiele lat temu, w tysiąc dziewięćset trzydziestym drugim, gdy wódz walczył o zwycięstwo w wyborach. To pozwalało myśleć z nadzieją o sukcesie w bitwie o Anglię i walce z tym przemądrzałym grubasem z Londynu. W trzydziestym drugim przecież wygrali.
- Rycz, morski lwie1! - zawołał tymczasem minister, choć Führer w swojej furii chyba go nie usłyszał.
"Rycz, morski lwie" - to były ostatnie słowa, które wybrzmiały w jego głowie, gdy teraz leżał na podłodze w ciągle remontowanym apartamencie Hitlera na drugim piętrze Kasino-Hotel w Zoppot. Pomyślał, że to przecież niemożliwe, by to było już wszystko. Że tak się skończy to, co wtedy w gabinecie Hitlera się zaczęło. I miało być prostym zadaniem.
- Nie mogę sobie pozwolić na jakikolwiek skandal na planie tego filmu - wyjaśniał Goebbels, gdy wezwał go do siebie kilka dni później. - Ten reżyser zapisał się co prawda do NSDAP już w trzydziestym trzecim, ale nie jestem pewien, czy zrobił to z powodów ideologicznych, czy... jak to powiedzieć... dla kariery. Nie jest do końca pewny światopoglądowo, ale to Aryjczyk i ma doświadczenie w robieniu zdjęć pod wodą. Właśnie kończy w Monachium film o konstruktorze łodzi podwodnych. Mają tam taki wielki basen do morskich zdjęć.
Skinął głową, choć nie interesowało go, jak powstają filmy. Nie miał czasu na kino, chyba że oglądał je służbowo jako adiutant ministra.
- Chcę, żebyś miał na niego oko. I na wszystko, co dzieje się na planie. Rozumiemy się, prawda?
Tak, to miało być proste zadanie. A teraz leżał na cholernej podłodze w tym przeklętym hotelu i próbował się poruszyć, doczołgać do drzwi, które prowadziły do świata, na korytarz, gdzie ktoś mógłby go uratować...
Ale właśnie zgasła żarówka i nie miał już siły na nic więcej. Zostały tylko te małe swastyki, które właściciel Kasino-Hotel Willy Kuschel na chwałę Trzeciej Rzeszy i jej wodza kazał wtopić w parkiet.
1 Operacja "Lew Morski" - plan inwazji na Wielką Brytanię z 1940 roku.