Tischner. Biografia - Wojciech Bonowicz

-
Proszę czekać

"Józiu, ty masz być Heglem"

Podobno zdarzyło się to w Watykanie podczas kolacji z Janem Pawłem II. Przy stole, wśród innych gości z Polski, siedział ksiądz Józef Tischner. Rozmowa meandrowała, jednak w pewnym momencie zeszła na temat tego, czy Tischner mógł, czy nie mógł zostać prymasem. Po śmierci kardynała Stefana Wyszyńskiego rzeczywiście mówiło się, że jego nazwisko jest "na liście", a potem okazało się, że nie była to tylko plotka. Ostatecznie wybór padł na innego kandydata. Kiedy przy posiłku zaczęto się spierać, czy Tischner nie byłby lepszy na tym stanowisku, sam zainteresowany milczał. W końcu papież zwrócił się bezpośrednio do niego: "Pamiętasz, Józiu, kto był prymasem Niemiec w czasach Hegla? Ty masz być Heglem".

Usłyszałem tę anegdotę z dwóch różnych źródeł, ale żaden z opowiadających nie był bezpośrednim świadkiem zdarzenia. Niewykluczone więc, że to apokryf. Przy jakiejś okazji spytałem o to także księdza Michała Hellera. - Nie wiem, co powiedział papież. Przypominam sobie natomiast, że ja sam powiedziałem kiedyś Józkowi: "Czy pamiętasz, kto był papieżem za czasów świętego Tomasza z Akwinu? No właśnie. Nikt nie pamięta". -

Może więc źródłem anegdoty jest prywatna rozmowa dwóch przyjaciół. A może ktoś papieżowi powtórzył słowa Hellera. Może nawet sam Tischner, który lubił przy stole żartować, także i z siebie. Podczas jednego z obiadów w Castel Gandolfo - to akurat jest nagrane, więc nie ma wątpliwości, że tak było - Tischner opowiadał papieżowi o swojej mamie, która wypytywała go o jego działalność w Wiedniu. Tischner był wówczas prezesem Instytutu Nauk o Człowieku, który założył wspólnie z Krzysztofem Michalskim. Starał się wytłumaczyć mamie, jakie są cele tej instytucji i czym ona się właściwie zajmuje. Mama słuchała cierpliwie. "No zakładacie te instytuty nauk o człowieku - powiedziała w końcu - a ludzie jakie chamy byli, takie są".

Nawet jeśli anegdota z Heglem jest zmyślona, dobrze oddaje napięcie, jakie nosił w sobie sam Tischner. Kim był? Czy był tym, kim chciał być? Czy robił to, do czego czuł się najbardziej powołany, czy raczej to, czego oczekiwali od niego inni? I czy rzeczywiście miał szansę zostać Heglem swoich czasów?

Pewne jest, że nie chciał władzy w Kościele. Powtarzał przy różnych okazjach, że jedyna władza, jaka go interesuje, to ta, która płynie z myślenia. Myślenie, mówił w jednej z audycji radiowych, jest "rodzajem duchowej siły, dzięki której człowiek uwalnia się od złudzeń: złudzenia pozornej wiedzy i fałszywej pewności. Myślenie nie przepowiada przyszłości, nie opowiada o niewidzialnej stronie świata, nie uczy człowieka panować nad żywiołami tej ziemi. Ono oczyszcza śmietnik, jaki codzienność robi nam z głowy"1.

Cezary Wodziński w książce rozmowie Między anegdotą a doświadczeniem wspomina, że w połowie lat dziewięćdziesiątych bezskutecznie próbował umówić się z Tischnerem na dysputę o filozofii, która także miała zaowocować książką. Pomysł narodził się wcześniej, ale ożył na nowo po wydaniu rozmów Między Panem a Plebanem. "Tischnerowi - wspomina Wodziński - nie podobał się jego własny portret, który wyłaniał się z tej książki. To nie był portret filozofa. Dyskurs polityczny i historyczny zdominował rozmowę. Przesłonił Tischnera filozofa, a przecież na tej roli zależało mu, co często podkreślał, najbardziej. Mieliśmy spróbować innego dyskursu. Filozoficznego w sensie ścisłym"2. Nie udało się; mimo dobrej woli obu potencjalnych rozmówców do takiego spotkania nie doszło.

W tym okresie - w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku - Tischner był jednym z najchętniej czytanych polskich publicystów. Może i zależało mu na rozwijaniu własnej filozofii, ale temperament pchał go w stronę komentowania życia politycznego i społecznego. Jego książki, będące zbiorami artykułów na tematy bieżące, z miejsca stawały się bestsellerami. Owszem, Tischner to, co się działo, starał się ujmować z szerszej perspektywy. Pisząc o budowaniu demokracji, miejscu religii w zmieniającej się rzeczywistości czy rozterkach społeczeństwa posttotalitarnego, skupiał się na zasadach i procesach, a nie na takich czy innych lokalnych wydarzeniach. Ale podczas publicznych spotkań oczekiwano od niego raczej, że odniesie się do tej czy innej wypowiedzi, skomentuje list biskupów albo kampanię wyborczą, niż że przybliży zgromadzonym myśl Hegla czy Lévinasa albo wyłoży własną filozoficzną koncepcję.

We wstępie do pisanej w tym czasie książki Spór o istnienie człowieka, będącej kontynuacją Filozofii dramatu, Tischner przyznaje, że w latach dziewięćdziesiątych starał się przede wszystkim odpowiadać na rozmaite potrzeby chwili. Skupiając się na tym, co wiązało się z polską transformacją, miał poczucie, że jednocześnie coś istotnego traci, że zaniedbuje wieczne pytania filozofii. "Byłem często jak ogrodnik - pisał - który grzebie w ziemi ze świadomością, że grzebie o kilka metrów obok miejsca, w którym znajduje się jego "złota żyła""3.

Z pewnością Tischner nie zamknął swego dzieła tak, jak o tym marzył. Z ostatniego tomu jego filozoficznej summy - zatytułowanego Inny - zachowało się zaledwie kilka rozdziałów. Widać z nich, że autora nadal nurtował problem "odkrywania siebie w innym i innego w sobie". Wracał do wątków poruszonych w Filozofii dramatu, w pewien sposób pisał ją na nowo, bogatszy o kolejne przemyślenia. Co jeszcze wydobyłby ze swojej "złotej żyły", gdyby nie przeszkodziła mu najpierw polityka, a potem choroba? Czy powstałoby coś, co przekonałoby doń tych, którzy widzieli w nim kaznodzieję, pisarza, poetę - ale nie filozofa?

"Ty masz być Heglem..." Przyjmijmy, że Jan Paweł II mógł tak powiedzieć. Ostatecznie zawsze Tischnera chronił - najpierw jako biskup, a potem jako papież. Wiedział, że ma do czynienia z umysłowością niebanalną, dobrze zorientowaną w tym, co się dzieje w myśli współczesnej, i z tego powodu przyciągającą także ludzi spoza Kościoła. Kraków lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych był filozoficznie bardzo mocny - i bardzo spluralizowany. Tischner prowadził w tym czasie jedną ze swoich najgłośniejszych polemik, nazwaną później sporem z tomizmem. Można by powiedzieć - nieco upraszczając - że w ten sposób wszedł w spór z całą filozofią chrześcijańską w Polsce. Także z własnym "tygodnikowo-znakowym" środowiskiem. Podobno inni biskupi zwracali Wojtyle uwagę, że powinien uspokoić niepokornego autora. Dlaczego tego nie zrobił?

"Wojtyła był z krwi i kości pluralistą" - powie po latach Tischner. "Ten pluralizm nie był u niego grą. Różnica zdań, polemika, dyskusja była jego żywiołem. Chciał tej dyskusji, czekał na nią. Ja osobiście narobiłem trochę rozmaitych dyskusji w kraju, przeważnie polemizując z rozmaitymi ujęciami filozofii tomistycznej, która bardzo w Polsce jest zakorzeniona. Bardzo interesował się tymi dyskusjami, nigdy nie zajmował stanowiska, ale też nigdy mi nie mówił, żebym ich nie prowadził. Dlatego czułem tutaj jakieś takie mądre zaplecze u niego. Mówi się o polskiej tolerancji. Rzeczywiście, jest coś takiego. Tyle że to jest coś więcej niż tolerancja. Tolerancja oznacza: ja cię toleruję jakoś... A tu było coś więcej: ja cię pielęgnuję w tej twojej różnicy zdań. Nawet wtedy, kiedy się z tobą nie zgadzam"4.

Po śmierci Tischnera zaczęło rosnąć zainteresowanie nim przede wszystkim jako myślicielem religijnym i kimś, kto reprezentuje "inne oblicze" Kościoła. Jego wpływ na polską religijność jest jednak raczej podskórny, ogranicza się do tych, których wiara "szuka rozumienia", w niewielkim stopniu odcisnął się natomiast na Kościele jako instytucji. Zresztą on sam tak naprawdę instytucją mało się interesował. Piętnował pewne postawy - triumfalizm, "poczucie sytej cnoty" (by zacytować sformułowanie arcybiskupa Grzegorza Rysia), niechęć do autorefleksji, podatność na integrystyczne i nacjonalistyczne pokusy - ale rzadko krytykował struktury jako takie. "Nie usiłuję krytykować czegoś, na co nie mogę wpłynąć" - tłumaczył w jednym z wywiadów. "Ja usiłuję wpłynąć na chrześcijańską filozofię w Polsce i zrobić ją filozofią szerokich horyzontów, szerokiego serca, która rozumie niepokój człowieka. Bo rozumieć człowieka to podzielać jego niepokój"5.

Z dzisiejszej perspektywy może się nam wydawać, że zrobił mało. Że nie dostrzegł problemów, o których zaczęto głośno mówić w ostatnich latach. Biorąc jednak pod uwagę kontekst, trzeba przyznać, że Tischner i tak miał więcej odwagi niż ktokolwiek. O swoich sporach z tomistami powiedział: "Z punktu widzenia tego, co działo się na Zachodzie, był to zaledwie pisk myszy w klatce lwów. Ale ta mysz żyła w Polsce"6. Zwłaszcza w latach dziewięćdziesiątych zaczęło mu przybywać przeciwników. Choć, jak pisał Michał Bardel, "zasłużył na szacunek niewierzących i wielu z nich zdołał przyciągnąć przynajmniej na przedproże wiary, nie przebił się przez mur toruńskiej ideologii". Wizja chrześcijaństwa wolności i dialogu, chrześcijaństwa, które nie boi się pytań, przegrała - twierdzi młody krakowski filozof - w starciu z "chrześcijaństwem zerojedynkowym", odwracającym się od ludzi będących w pół drogi do Boga, dzielącym świat na "swoich" i wrogów. "W wymiarze myślenia o Kościele Tischner właściwie nie pozostawił następców" - zauważa Bardel; "to szczególnie bolesne, jeśli wspomnimy tłumy uczęszczające na jego wykłady. Kilka ważnych postaci krakowskiej filozofii i może dwie, trzy wyróżniające się figury w polskim Kościele to doprawdy niewiele"7.

Trudno się z tym nie zgodzić. A z drugiej strony, można odnieść wrażenie, że wpływ Tischnera na świadomość religijną - i kościelną - polskich katolików jest jednak widoczny i szerszy, niżby się wydawało. Śmiałość dzisiejszych krytyków jest po trosze także owocem jego ówczesnej bezkompromisowości. Stał się znakiem sprzeciwu, symbolem kogoś, kto z wnętrza Kościoła nie boi się nazywać po imieniu zła, które się tam zalęgło. Charakterystyczne, że pisząc w 2010 roku słynny list do nuncjusza apostolskiego w Polsce, ojciec Ludwik Wiśniewski zaraz na początku przywołuje przykład Tischnera: "To prawda, z komunizmu Kościół polski wyszedł silny. Z biegiem jednak lat pojawiły się zjawiska, które powinny napełnić nas troską, a może nawet wstydem. I zabrakło nam refleksji. My, ludzie Kościoła, a zwłaszcza duchowni, uważaliśmy, że jesteśmy ciągle wspaniali, zwycięscy i że należą się nam oklaski, a nawet przywileje. Nieżyjący już ks. Józef Tischner próbował księży i biskupów sprowadzić na ziemię. Okrzyknięto go liberałem i odtąd słowo "liberał" stało się przekleństwem i synonimem "lewaka", który tak naprawdę działa na szkodę Kościoła, nawet wtedy, kiedy jest gorliwym księdzem"8.

Co ciekawe, na polu filozofii Tischner także może się wydawać wielkim przegranym. Owszem, bibliografia prac na jego temat powstałych w ostatnich dwóch dziesięcioleciach robi wrażenie; chyba żaden inny współczesny polski filozof nie doczekał się tylu rozpraw i artykułów poświęconych dziełu, które stworzył. Gdyby jednak przyjrzeć się bliżej temu, co do tej pory napisano, trzeba ze skruchą przyznać, że ilość znacznie przewyższyła jakość. Kontynuatorów właściwie nie widać, samodzielnych filozofów, którzy przyznawaliby się do Tischnera, jest jak na lekarstwo. W świecie filozofia dramatu jest w zasadzie nieznana; Tischner pozostaje przede wszystkim autorem Etyki solidarności, ciekawym dla badaczy reprezentujących różne dyscypliny (socjologów, teologów moralnych), ale dla samych filozofów niezbyt pociągającym. Rozmaite czynniki mają tu znaczenie: od faktu, że Tischner był katolickim księdzem, po dość powszechną w akademickich środowiskach filozoficznych rezerwę w stosunku do filozofii dialogu, z którą jest identyfikowany.

Wpływ Tischnera na współczesną filozofię - przynajmniej w Polsce - mierzyć trzeba jednak zupełnie inaczej. Gdyby nie jego zaangażowanie, niektóre wielkie nazwiska dwudziestowiecznej myśli dotarłyby nad Wisłę z opóźnieniem tak znacznym, że bylibyśmy dopiero w połowie nadrabiania intelektualnych zaległości. W dodatku Tischner był niezrównanym popularyzatorem: jego teksty o Heideggerze, Ricoeurze czy Lévinasie do dziś pozostają znakomitymi wprowadzeniami w świat ich myśli, doskonałymi merytorycznie i przystępnymi językowo. Jakby na marginesie tej służebnej działalności budował filozofię własną, troszcząc się nie o oryginalność, lecz o precyzyjne nazwanie problemów, które go nurtowały.

W połowie lat osiemdziesiątych Tischner napisał przejmujący tekst o myśli Norwida - Ptakom na wędrówce. Zestawił w nim Norwida z Heglem, twierdząc między innymi, że gdyby Norwid "żył w innych warunkach i kierował swe myśli do innych adresatów, mógłby napisać "polską fenomenologię ducha"". Tymczasem myśl Norwida "nie wyszła poza prolog, ale nie dlatego, że brakło jej prawdy lub odwagi, ale dlatego, że nie było to potrzebne. Umierała nie z braku duchowej mocy, ale z braku pytań, jakie zazwyczaj żądni wiedzy słuchacze stawiają mistrzom po skończonym wykładzie"9.

Czytając ten tekst, można wyczuć, że między losem Norwida i własnym Tischner widział dalekie podobieństwo. Dane mu było wprawdzie przemawiać do dziesiątków tysięcy, ale jego filozoficzna praca również "nie wyszła poza prolog". Nie został Heglem naszych czasów. Czy to źle? Nie wiem. Może bardziej niż nowej Fenomenologii ducha potrzebowaliśmy kilku myśli, które - jak niegdyś te Norwida - pomogłyby nam zrozumieć źródła naszego niepokoju?

I jest jeszcze coś. O tym najpełniej napisał, w pośmiertnym wspomnieniu o przyjacielu, Krzysztof Michalski. Potrzebny będzie dłuższy cytat.

"Tak bardzo chciałbym - pisał Michalski - postawić go przed oczyma tych z was, co go nie znali. Jego obecność bowiem zmieniała przestrzeń, w którą wchodził, nadawała nową spójność i nową, dodatkową siłę przekonywania jego myślom. Trzeba było wiele złej woli i daleko posuniętego stępienia duszy, by nie odczuć tej bijącej od Józka siły, co otwierała innym oczy i serce, wyzwalała w nich to, co lepsze, ogrzewała dusze.

Jakże często, pracując w tym samym budynku, chodziłem do jego pokoju, by po prostu sobie koło niego posiedzieć - i przez to nabrać na nowo ochoty do życia, co się gdzieś zapodziała, odkryć ludzką stronę w złośliwym kretynie, który doprowadzał mnie do szewskiej pasji, pokrzepić serce. Kiedyś, w obcym dla nas obu mieście, czekałem z Tischnerem przez parę dni na kogoś, nie mając nic specjalnego do roboty; chodziliśmy więc sobie po nieznanych nam ulicach, rozmawialiśmy o tym i o owym, zabijaliśmy czas - i wyjechałem jak nowy, z potężną, świeżą dawką otuchy, energii, optymizmu. Nic specjalnego się nie stało - a jednak to jedno z najpiękniejszych wspomnień w moim życiu.

Nigdy nie zapomnę też sceny sprzed paru lat przy watykańskiej Spiżowej Bramie: idąc na obiad do papieża, spotkaliśmy wychodzącą z audiencji bardzo dużą grupę Polaków, bodaj ze Śląska. Zobaczywszy Tischnera, Ślązacy otoczyli go od razu, zagadując, dotykając, wyrażając sympatię w taki czy inny sposób. Prawie każdy, kto go dostrzegał, rozpromieniał się od ucha do ucha; jakaś kobieta powiedziała do swego towarzysza: "Popatrz, Wacek, dwóch za jednym zamachem!".

Jak często obserwowałem podobne sceny także z obcokrajowcami - nawet wtedy, gdy porozumienie wydawało się trudne, bo nie było wspólnego języka, wspólnego doświadczenia, wspólnego zaplecza kulturowego. Jakże często ten ksiądz z Podhala, tak głęboko zanurzony w nieinteresujących przecież prawie nikogo prócz nas polskich problemach, robił głębokie wrażenie na niemieckich, francuskich czy amerykańskich intelektualistach, których z nim spotykałem - także na tych, co nigdy przedtem nie widzieli z bliska ani katolickiego księdza, ani Tatr i nie mieli żadnego zrozumienia dla cierpień narodu polskiego. Nie tylko zresztą na intelektualistach; gdy Tischner przyjeżdżał do instytutu w Wiedniu, gdzie pracuję, było to święto dla wszystkich: zaglądającej zbyt często do kieliszka recepcjonistki (co już od nas odeszła), austriackiego administratora, niemieckiej ostro lewicowej feministki, wstrzemięźliwego i raczej konserwatywnego węgierskiego ekonomisty, mojej asystentki z głębokiego, na wskroś katolickiego Tyrolu i wielu innych. Moją asystentkę, która także jemu czasem pomagała, Józek ostatecznie podbił prośbą, by nie budziła go pod żadnym pozorem z poobiedniej drzemki, "chyba że zniosą celibat, wtedy natychmiast!".

Opisuję to wszystko nie po to, by dowieść, iż Tischner był miłym, zabawnym i mądrym człowiekiem. Tym wszystkim był także. Ale jego obecność - wszystko jedno, czy opowiadał o Fenomenologii ducha, czy (zmuszając słuchaczy do nieopanowanego śmiechu) o swoim rzekomym sąsiedzie Franzu Wurmie [tak Tischner tłumaczył nazwisko ulubionego bohatera, Franka Gąsienicy - przyp. WB] - znaczyła też o wiele więcej. Dzięki niej my, szczęśliwcy, co go spotkali, dostawaliśmy dodatkową szansę odkrycia urody życia, słodkiego smaku świata, dzięki niej mogliśmy dostrzec ślad słońca także tam, gdzie spodziewaliśmy się tylko kurzu, błota i brudu. Poczuć dotknięcie dobra, gdy nikt z nas nie mógł się tego spodziewać. Tischner pomagał nam otworzyć się na świat, co przede wszystkim znaczy: rozumieć innych ludzi - i tym samym mobilizował nas wszystkich do nieustannego wyłamywania się z niewoli zeskorupiałych idei, narosłych latami przyzwyczajeń i głęboko ukrytych przesądów. Pomagał być wolnym"10.

Może o tym chciałbym przede wszystkim napisać w tej książce: że Tischner był po prostu życiem.

To będzie biografia, tak obiektywna, jak to tylko możliwe. Ale będzie to też próba zatrzymania i utrwalenia pewnej aury, która go otaczała. Było i jest na świecie wiele wybitnych intelektualistek i intelektualistów, ludzi, którzy myślą przenikliwie, znakomicie analizują i wyciągają inspirujące wnioski. Niektóre i niektórzy z nich potrafią tym, co mówią i piszą, porwać tłumy, a ich książki - tak jak jego - rozchodzą się w wysokich nakładach. Jednak Tischner, mając te umiejętności, był jeszcze życiem - co znaczy po prostu, że przy nim miało się ochotę żyć i obdarzać życiem innych. Że miało się poczucie sensu i sensownym chciało się czynić świat wokół siebie. Że ten świat naprawdę zaczynał smakować i że "smaczne" i "słodkie" okazywało się to, co najprostsze i w zasięgu ręki.

Jeśli coś z tego udzieli się Wam, którzy to będziecie czytać, to znaczy, że mój cel został osiągnięty.

Szkło z Ziemi Świętej

Tę opowieść można by zacząć rozmaicie. Na przykład w roku 1897, kiedy w Jurgowie na Spiszu, wtedy będącym częścią monarchii austro-węgierskiej, pojawia się czterech "studantów": Leon Szkocki, Marcin Samlicki i dwaj bracia Stokłosowie, Jan i Józef. Szkocki i Stokłosowie to przyszli działacze na rzecz związania Spiszu z niepodległą Polską, Józef Stokłosa napisze wiele artykułów poświęconych kulturze tych ziem, a Samlicki zostanie uznanym malarzem, uczniem między innymi Józefa Mehoffera (i zginie krótko po zakończeniu II wojny światowej pod kołami sowieckiej ciężarówki). Czterej gimnazjaliści wybrali rzadko wówczas odwiedzany Spisz na miejsce wakacyjnych przygód. Może zresztą było ich więcej niż czterech - to nie jest jasne. I może scena, którą chcę opisać, rozegrała się rok później, kiedy znów pojawili się w Jurgowie, już w większej grupie. Jedno jest pewne: na kamienistej drodze prowadzącej do wsi "studanci" spotkali Jana Chowańca "Tomlana". On sam we wspomnieniach nazwie ich "polskimi pankami". "Okropnie my się ucieszyli, że tu do nas przyszli polscy pankowie, co umią po naszemu gwarzyć" - powie.

"Czy moglibyśmy u was odpocząć, bo idziemy piechotą aż z Krakowa i jesteśmy bardzo głodni?" - zapytali "pankowie". "Nie mam czasu z wami wracać do mojej chałupy - odparł "Tomlan" - bom zajęty robotą, ani nie mam gospodyni. Więc tam na moim domie jest figura Matki Boskiej, to znajdziecie i traficie tam na węgle przy drzwiach klucz. Odmykajcie i w chałupie znajdziecie ziemniaki, mleko w garnku, może i masła łyżkę. Ugotujcie sobie sami i pojedzcie, bo ja nie wrócę aż wieczór z pola. A potem możecie wyjść na szopę do słomy i wyspać się, pokiel będziecie chcieli"11.

Dlaczego ta scena jest tak ważna? Jan Chowaniec "Tomlan" to krewny babki księdza Józefa Tischnera, Krystyny Chowańcówny; w styczniu 1894 roku wyszła ona za Sebastiana Chowańca, który po latach spisał w swoim notesie niektóre opowieści "Tomlana", nadając im efektowny tytuł: Życiorys Jana Tomlana, obywatela z Jurgowa. Ale naprawdę ważne jest tu oczywiście co innego: gotowość do otwarcia własnego domu przed obcymi. "Tomlan", mieszkający samotnie stary kawaler, nie zastanawia się, czy pozwolić nieznanym młodym ludziom urzędować przez cały dzień w swoim gospodarstwie. Po prostu mówi, gdzie trzyma klucz. Ci zresztą po latach odwdzięczą się za gościnę. Będą namawiać zdolnych jurgowian - w tym dzieci Krystyny i Sebastiana - do kontynuowania nauki w Krakowie i pomagać im.

To dobra scena na początek - ale są i inne. Ze spisanych przez Sebastiana Chowańca wspomnień można się dowiedzieć, że wspomniany "Tomlan" - którego Sebastian nazywa "ujkiem" - lubił chodzić na pielgrzymki. Któregoś roku wybrał się nawet do Jerozolimy. Bardzo mu się na tej pielgrzymce podobało, przeszkadzały mu jedynie dwie rzeczy: to, że ostrzyżono go do gołej skóry (a włosy miał niestrzyżone od dziecka, mówił o nich: "śrybelne, bo były żółte a długie", sięgające połowy policzka), oraz to, że księża kazali mu po Ziemi Świętej chodzić w butach. Na przekór temu nakazowi "Tomlan" przez większość czasu nosił buty w rękach, "bo jak wrócił, to było mało poznać na nik, że były obuwane" - wspomina Sebastian.

"Tomlan" zjawił się z powrotem w Jurgowie tuż przed rozpoczęciem prac w polu. "Poszliśme do orki" - czytamy dalej. "Ja się z ujkiem sprzągnął, bo mnie ujek prosił, żebyśme wraz orali. Tak jednego dnia wspólnie posiadaliśme na ziemię, dali koniom obrok i rozmawia ujek o Jerozolimie i o tej wycieczce, jak się im tam na morzu wiedło. I ukazuje mi nogę, a mówi mi, że czuje coś w tej nodze jeszcze z Jeruzalemu. Ja patrzę, a tam w nodze, w pięcie, kawałek wielgi szkła wbitego. I ja mu go wybrałem. A potem się go [pytam]: "Ujku, gdzie się wam to wbiło? Dy to jest zastarszałe". On mi mówi, że w Jerozolimie. Przyniósł szkło w pięcie z Jerozolimy, a nie mówił, że go boli!" Jak wynika z tego, co pisze dalej Sebastian, "ujek" miał niezwykle silny charakter: nie tylko nie skarżył się na ból czy głód, ale we wszystkie piątki i przez cały Wielki Post (z wyjątkiem niedziel) potrafił obejść się bez nabiału, żywiąc się jedynie pieczonymi ziemniakami z kapustą.

Zachowało się zdjęcie z wycieczki jurgowian do Wieliczki z 2 czerwca 1920 roku. Jan Chowaniec "Tomlan" jest na nim w kompletnym stroju góralskim, z cuchą narzuconą na ramiona, w kierpcach i suknianych portkach. Włosy ma znów długie i spięte z tyłu, a w rękach trzyma książkę, która może być równie dobrze książeczką do modlitwy, co przewodnikiem. Na zdjęciu są też Krystyna i Sebastian Chowańcowie z najmłodszym synem, również Sebastianem, który stoi na baczność i spod opuszczonych brwi wpatruje się z napięciem w obiektyw.

A może jednak zacząć od zdarzenia o wiele późniejszego, o którym wnuki i prawnuki Sebastiana Chowańca będą opowiadać jeszcze następnym pokoleniom? We wrześniu 1939 roku w Jurgowie nastała Słowacja. Polacy oddali Spisz bez walki; w przygranicznej Jaworzynie dwaj polscy policjanci zwyczajnie wsiedli na rowery i odjechali w stronę Bukowiny Tatrzańskiej12. 2 września do Jurgowa weszło słowackie wojsko, a za nim słowaccy urzędnicy. Którejś niedzieli przyjechał pochodzący z Jurgowa ksiądz Alojz Miškovič, pełniący w rządzie księdza Jozefa Tisy funkcję komisarza ziem odzyskanych. Dowiedziawszy się, że Sebastian Chowaniec co niedzielę prowadzi w kościele śpiew godzinek po polsku, całe kazanie podczas sumy poświęcił jego antypaństwowej działalności. "Nam tu agitatorów nie trzeba!" - grzmiał z ambony po słowacku. "Dla takich jak on miejsca w kościele nie ma!" Kiedy przeszło siedemdziesięcioletni Chowaniec zorientował się, że ten młodszy o trzydzieści parę lat ksiądz mówi o nim, wstał i aż do końca kazania słuchał oskarżeń pod swoim adresem na stojąco13. Po mszy cała rodzina zebrała się w domu najstarszego syna, Józka, który niedaleko kościoła miał sklep. "Tato, po coście stoli?" - pytał wzburzony Józek. "Jak o kim rozprawiają, to musi i stanąć" - odpowiedział spokojnie ojciec.

Według księdza Józefa Tischnera dziadek mówił po góralsku z charakterystycznym dla tamtych stron zaśpiewem. We wsi cieszył się szacunkiem: ceniono jego mądrość i doświadczenie, zasięgano u niego rady, zwłaszcza gdy trzeba było godzić zwaśnionych. Urodził się 14 stycznia 1868 roku. Miał siedmioro rodzeństwa - pięciu braci i dwie siostry. Ojciec, również Sebastian, był dwukrotnie żonaty; matką Sebastiana syna (czyli prababką księdza Tischnera) była Maria Dudaško, prawdopodobnie córka miejscowego nauczyciela i organisty14.

Sebastian syn nie tylko uprawiał pole i, jak wielu jurgowian, zajmował się pasterstwem, ale również znał się na murarce, potrafił budować i naprawiać piece, a także wykonywać z drewna naczynia potrzebne w gospodarstwie. Równocześnie był człowiekiem światowym, umiał czytać i pisać, dwa razy był za oceanem. W Ameryce pracował ciężko w kamieniołomach, a później w browarze; za zarobione pieniądze kupił między innymi polany pod Hawraniem. Do Ameryki pojechali zresztą wszyscy jego bracia i wszyscy potem wrócili. W podróż do Ameryki wysłano też brata Krystyny, Jana, który był rówieśnikiem Sebastiana. Kiedy miał szesnaście lat, spakowano mu najpotrzebniejsze rzeczy, na szyi zawieszono kartkę z informacją, kim jest i do kogo się udaje, i wysłano w drogę. W odróżnieniu od Sebastiana i jego braci Jan Chowaniec (Hovanec) do rodzinnej wsi już nie wrócił. Znalazł pracę w kopalni węgla w Pensylwanii, osiedlił się w niewielkim miasteczku Swoyersville. W wieku dwudziestu pięciu lat ożenił się z Karoliną Matušek, pochodzącą z Orawy, z którą miał dwanaścioro dzieci: dziewięciu synów i trzy córki.

W czasie I wojny światowej Sebastian Chowaniec walczył za cesarza na froncie włoskim; przed odjazdem kazał sobie zrobić zdjęcie w mundurze, żeby dzieci wiedziały, jak wyglądał ojciec. Nie wiemy jednak, jak długo był w armii, gdzie dokładnie przebywał i czy został ranny. W archiwum rodzinnym Tischnerów zachowało się zdjęcie grupy żołnierzy wraz z dwiema pielęgniarkami z lazaretu; mężczyzna w ostatnim rzędzie to zapewne Sebastian. Co ciekawe, jako jedyny na zdjęciu pozuje nie w stroju szpitalnym, lecz w koszuli i kamizelce. Być może zdjęcie zostało zrobione tuż przed jego wyjściem ze szpitala, nie ma jednak informacji gdzie i kiedy.

Po powrocie z wojny Sebastian działał na rzecz przyłączenia północnego Spiszu do Polski, za co w 1937 roku odznaczono go Medalem Niepodległości. "Należał do pokolenia, które przy pomocy grabi walczyło z orłami porywającymi owce" - powie o nim po latach jego sławny wnuk. Granica na Spiszu przesuwała się bowiem w ciągu pierwszego półwiecza kilkakrotnie, a w Jurgowie mieszkała ludność i polska, i słowacka. Konferencja Ambasadorów w 1920 roku przyznała Jurgów Polsce, ale część ziem należących do jego mieszkańców znalazła się w Słowacji. Niektórzy gospodarze przychodzili do Chowańca z pretensjami, że to przez niego ich kapusta została po polskiej stronie, a grule - po słowackiej. Korekta z 1924 roku uwzględniła część z tych protestów.

W 1938 roku, podczas aneksji Sudetów przez Hitlera, Polacy zajęli jeszcze kawałek Spiszu; na krótki czas jurgowianie odzyskali wtedy swoje polany w Tatrach. Po wejściu Słowaków we wrześniu 1939 roku Sebastian Chowaniec, który optował za polskością tych ziem, stał się wrogiem państwowym numer jeden. Skończyło się jednak tylko na awanturze z Miškovičem: upomniany z ambony dziadek Tischnera do końca wojny godzinek nie śpiewał, ale do kościoła chodził regularnie. Nawiasem mówiąc, jego konflikt ze słowackim księdzem miał zaskakujący epilog: wnuczka Sebastiana Karolina Vargošova, która po wyjściu za mąż zamieszkała w Bratysławie, opiekowała się Miškovičem (wówczas już szanowanym profesorem historii) przed jego śmiercią w 1967 roku.

W rodzinie powtarzano anegdotę, że Sebastian Chowaniec miał pojechać wiosną 1919 roku na konferencję pokojową do Paryża jako reprezentant spiskich Polaków, żona jednak bała się i kazała mu zostać w domu - "bo kto będzie grule sadził". W efekcie na konferencję pojechał Wojciech Halczyn z Lendaku i to on, wraz z Piotrem Borowym z Orawy i księdzem Ferdynandem Machayem, został przyjęty na słynnej audiencji przez prezydenta USA Woodrowa Wilsona.

Nie jest wykluczone, że u podstaw tej anegdoty tkwi nieco inne zdarzenie. Zachowała się relacja Leona Szkockiego, który w roku 1920 odnowił swoje kontakty z jurgowianami. Opowiada on o próbie zorganizowania delegacji spiskiej do Genewy dla poparcia starań rządu polskiego o przyłączenie do Polski Jaworzyny. W delegacji mieli się znaleźć reprezentanci trzech wiosek, których mieszkańcy mieli w Jaworzynie swoje pola i polany: Czarnej Góry, Jurgowa i Rzepisk. Propozycja wyszła od profesora Władysława Semkowicza z Towarzystwa Kresów Południowych. "Znając nastroje ludności, wahałem się, ale wiedząc też, że bez Jaworzyny trudno będzie ludziom wegetować - pisze Szkocki - misję przyjąłem. I pełen dobrej myśli pojechałem do Jurgowa".

Namawianie chłopów na wyprawę szło jednak opornie. "Nawet Chowańcowie odmówili mi wręcz z obawy przed szykanami i dokuczliwościami swych krajan. Po 2 dniach nużących nalegań i tłomaczeń, że tu chodzi o ich własny interes, zdecydowało się 2 gazdów, jeden z Czarnej Góry, drugi z Jurgowa. Na trzeciego wziąłem "Tomlana", starego kawalera, dewota, który zwiedziwszy swego czasu Palestynę i Lourdes, zgodził się na udział pod warunkiem odwiedzenia po drodze Jasnej Góry w Częstochowie, której nie znał. Z doboru osób nie byłem zadowolony, nie robiły wrażenia poważnej delegacji, ale musiałem się z tym pogodzić".

Był marzec, delegaci dwiema parami sań wyruszyli do Nowego Targu, ale na dworzec kolejowy dotarły tylko jedne sanie, w których jechał Szkocki z "Tomlanem". Organizator wyprawy szybko zorientował się, że został wystawiony do wiatru. Ponieważ jednak bilety były już zakupione, razem z "Tomlanem" wsiedli do pociągu i rankiem dotarli do Warszawy. Szkocki postanowił udać się bezpośrednio do ministra spraw zagranicznych, ale okazało się, że minister jest w Paryżu, a jego współpracownicy, "w sprawie Jaworzyny słabo zorientowani", zbyli przybyłych frazesami. "Znużony i zniechęcony ciągłymi zawodami poszedłem z "Tomlanem" na dworzec, gdzie przesiedzieliśmy do nocy, by wsiąść do pociągu i dojechać do Częstochowy. Wysiedliśmy tam wczesnym rankiem i powędrowaliśmy na Jasną Górę, gdzie "Tomlan" przez całe pół dnia zbawiał swą duszę jak średniowieczny pokutnik. Ja tymczasem, przespawszy się w gospodzie, wyciągnąłem go z klasztoru, aby tę nieszczęsną wyprawę zakończyć i wracać do domu. Wieczorem dobiliśmy do Krakowa, gdzie "Tomlana" przenocowałem u siebie, przed południem oprowadziłem po kościołach i z trudem nakłoniłem, żeby się pozwolił sfotografować na pamiątkę naszej wyprawy. Zdjęcie to, wykonane artystycznie przez Kuczyńskiego, przysporzyło Kuczyńskiemu kilka nagród na wystawach zagranicznych"15. Słynny zakład Józefa Kuczyńskiego znajdował się w pałacu Spiskim przy Rynku Głównym w Krakowie.

Jedna cecha na pewno łączyła Sebastiana Chowańca z wujkiem "Tomlanem": był człowiekiem bardzo pobożnym, o jasnych zasadach etycznych. - Kiedy orał pole krowami, na głos dzwonów krowy same się zatrzymywały, a dziadek odmawiał Anioł Pański - opowiadał mi Andrzej Chowaniec. W czasie ceremonii ślubnej Sebastian przysiągł na głos przed ołtarzem, że nigdy nie będzie pił. Nie ciągnęło go do kieliszka, ale narzeczona, dowiedziawszy się, że w Ameryce pracował w browarze, zagroziła zerwaniem zaręczyn, jeśli nie złoży takiej przysięgi. Jeszcze kilkanaście lat po śmierci żony, gdy wnuki przy okazji którejś z kolejnych rodzinnych uroczystości namawiały go, żeby chociaż umoczył w wódce usta, odmawiał stanowczo. Po wojnie wrócił do śpiewania godzinek i w parafialnej księdze zgonów - w sierpniu 1954 roku - zapisano o nim: "długoletni śpiewak różańcowy w kościele św. Sebastiana w Jurgowie".

Krystyna z Chowańców Chowańcowa urodziła się 4 czerwca 1869 roku. Na zrobionym pół wieku później zdjęciu z Wieliczki stoi w pierwszym rzędzie w jasnej chustce na głowie, a jej twarz wyraża zdecydowanie i pewność siebie. Podobnie jak mąż Krystyna cieszyła się we wsi dużym poważaniem. Po ukończeniu rocznego kursu w szpitalu w Prešowie została wiejską akuszerką. Marian Tischner, brat księdza Józefa, wspomina, że jako położna babka miała "dobrą rękę": tylko raz zdarzyło się, że nie mogła sobie poradzić z odebraniem trudnego porodu u młodej jurgowianki i poprosiła o pomoc lekarza, który akurat przebywał na wczasach w Bukowinie. Z tego powodu ufano jej i często zwracano się do niej z prośbą o radę dotyczącą zdrowia albo o pomoc w rozstrzyganiu sporów.

A tych w Jurgowie nie brakowało: po śmierci gospodarzy pola i pastwiska dzielone były na coraz to mniejsze kawałki, tak aby wszystkich potomków obdzielić jednakowej wartości ziemią. W tej sytuacji często dochodziło do zatargów w związku z wejściem zwierząt w szkodę czy zaoraniem cudzego zagonu. Na przykład gospodarstwo najmłodszego syna Chowańców, Sebastiana, składało się ze stu czterdziestu sześciu kawałków. Któregoś razu młody Chowaniec przyszedł do domu zakłopotany, bo sąsiadka kopała grule na jego polu. Chłop zwrócił jej uwagę: "Ciotko, nie na swoim kopiecie". A ona mu odparła: "Coz mi bedzies godoł, jo wcora tyz tu kopałam".

O domu, w którym Chowańcowie zamieszkali po ślubie, mówiło się: "u Gogolicka spod smyrecka", na podwórku stał bowiem dorodny świerk. Z czasem jednak zaprzestano używać rodowego przydomka i zamiast o "Gogolicku" mówiło się o "Krzystynioku". Nietrudno się domyślić, że nowy przydomek utworzono od imienia Krystyny, dobrze wiedząc, kto w małżeństwie Chowańców ma głos decydujący.

Dom "Krzystynioków" był murowany. Wedle opisu Mariana Tischnera składał się "z kuchni, przed którą dobudowano ganek, aby zimno z wiatrem nie pchało się do domu i deszcz nie zasiekał. Zaraz za drzwiami wejściowymi pod ścianami stały ławy, tak zwane śluzbanki. Na końcu kuchni, w rogu po lewej stronie, był duży piec, który przebijał ścianę i wsuwał się do izby. Jeżeli paliło się w piecu w kuchni, przybudowany piec w izbie był również ogrzewany. W tej izbie spała cała rodzina, dzieci na tak zwanej paściółce - wsuwanej na dzień pod łóżko, a na noc wysuwanej na izbę. Z izby tej wchodziło się do kumory i na strych. Na środku powały w kuchni był hak do rozbioru świni, stała tu też stolicka (ława) z grubego drzewa, na której cała rodzina drewnianymi łyżkami jadała z jednej miski. Po prawej stronie kuchni była wielka izba. Pomimo że stał tam piec, to jednak prawie nigdy w nim nie rozpalano. Izba ta była używana sporadycznie. Były w niej dwa łóżka, a na żerdziach pod sufitem wisiała świąteczna odzież. Urządzano w niej przyjęcia z okazji uroczystości weselnych lub chrzcin. W razie śmierci kogoś z rodziny w izbie tej umieszczano trumnę ze zmarłym, modlono się i po dwóch, trzech dniach wyprowadzano zmarłego z domu"16. Wodę trzeba było nosić ze źródełka po drugiej stronie drogi, co zwłaszcza zimą było dość uciążliwe. Wychodek znajdował się na zewnątrz, między domem a zabudowaniami dla zwierząt.

Krystyna wydała na świat ośmioro dzieci, których imiona i daty urodzenia mąż starannie zapisał w notesie. W 1895 roku przyszła na świat Maria (w notesie: Marenka), zmarła jednak krótko po narodzinach. Rok później urodziła się Anna; ona z kolei zmarła w wieku siedemnastu, osiemnastu lat, ukąszona przez żmiję. W 1899 roku pojawił się Józef, a dwa lata później kolejna Maria (ojciec znów napisze: Marenka). 12 maja 1904 roku urodziła się Weronika (Werunka), w 1906 - Krystyna (Kristenka), w 1909 - Wojciech, a w 1913 - Sebastian.

Chowańcowi marzyło się, żeby dzieci zdobyły wykształcenie. Za namową Szkockiego w 1908 roku posłał najstarszego syna do Zakładu im. ks. Siemaszki w Krakowie, żeby mógł tam skończyć gimnazjum. Józek Chowaniec miał piękny charakter pisma, ale serca do nauki nie miał. W trzeciej klasie zdecydował się rzucić szkołę. Gdy Szkocki przyjechał do Jurgowa, żeby zabrać chłopca z powrotem, ten wlazł na rosnący przed domem smrek. Gość położył się pod drzewem, pewny, że chłopak wcześniej czy później osłabnie i zejdzie na dół. "Jo cie przetrzymiem, Skocki!" - darł się z góry Józek. I przetrzymał. Sebastian oddał potem syna do Bukowiny, żeby się uczył na bacę. Ale i tam chłopak nie zagrzał miejsca. W końcu został "sklepnikiem", woził towar z Kieżmarku i Nowego Targu i nie powodziło mu się źle. On również dostał Medal Niepodległości za zaangażowanie na rzecz połączenia Spiszu z Polską.

Dwaj pozostali synowie Krystyny i Sebastiana zostali na gospodarce. Ale córki - Marysia, Weronka i Krysia - chciały się uczyć. Jak było w przypadku Ani, nie wiadomo, prawdopodobnie zdążyła skończyć tylko szkołę powszechną. Przed I wojną ta w Jurgowie mieściła się w dwóch małych budynkach; w jednym młodsze klasy uczył miejscowy organista, w drugim ze starszymi miał zajęcia wykwalifikowany nauczyciel. Z uwagi na prace w gospodarstwie rok szkolny rozpoczynał się pod koniec października, a kończył niekiedy już w kwietniu. Wieś należała wówczas do Królestwa Węgierskiego i nauka odbywała się w tym języku. W pierwszej klasie trzeba się było nauczyć hymnu państwowego i węgierskiego pacierza (Weronka - która miała dziesięć lat, gdy wybuchła wojna - do końca życia zapamiętała jego słowa). Uczono się metodą paznokciową, wielokrotnie powtarzając na głos dane zdanie aż do momentu, kiedy uczniowie wbili je sobie w pamięć. Pisano rysikami na tabliczkach - jedna strona była liniowana, druga w kratkę. Zeszyty, pióra i atrament pojawiły się dopiero w czasie I wojny.

W 1918 roku, po powrocie ojca z frontu, trzy Chowańcówny pojechały do Oświęcimia, do szkoły powszechnej prowadzonej przez siostry serafitki. Starsze straciły przez to kilka klas, ale przynajmniej uczyły się teraz w języku polskim. (Wedle innych świadectw do szkoły w Oświęcimiu poszły kilka lat wcześniej, ale wojna przerwała im naukę). Opłaty za szkołę nie były wysokie, można było płacić zbożem, a nawet własną pracą. Warunki w internacie - podobnie zresztą jak w klasztorze - panowały surowe; posiłki jadano skromne, brakowało łazienek, nieczystości trzeba było wynosić w wiadrach. Dla dziewcząt ze wsi nie były to jednak żadne szczególne niewygody. Serafitki miały na Podhalu wiele domów i chętnie przyjmowały uczennice z tych stron, licząc, że niemała część z nich wstąpi później do zakonu.

Pierwsza zdecydowała się na to najstarsza i najładniejsza z córek Sebastiana Chowańca - Marysia. W zakonie przyjęła imię Benigna. Uzdolniona artystycznie (pięknie grała na organach i malowała), od przełożonych dostała obietnicę, że będzie mogła kontynuować naukę. Niestety, po święceniach wieczystych przełożone zmieniły zdanie i wysłały ją do pracy w sierocińcu. Niespełnione marzenia sprawiły, że w późniejszych latach wiele wychowanic i wychowanków siostry Benigny pokończyło wyższe studia. Obdarzona silną osobowością, była dla swoich rodzonych sióstr ogromnym autorytetem. W rodzinie wspominano, że miała śliczne gęste i kręcone włosy. "Za każdym razem, gdy przyjeżdżała na krótkie urlopy do swojej siostry Weroniki do Łopusznej, prosiła o ich obcięcie: "Po co mi te włosy pod kornetem". Z jej włosów Weronika robiła piękne peruki dla lalek"17 - wspomina Marian Tischner.

Weronka i Krysia postanowiły zostać nauczycielkami. Krysia skończyła seminarium nauczycielskie w Kętach i poszła pracować do szkoły w Brzegach - wsi oddzielonej od Jurgowa rzeką Białką. Nie było tam zbyt bezpiecznie: młoda, samotna dziewczyna dla obrony przed niepożądanymi gośćmi trzymała w domu pistolet. Romantyczna wersja jej losów mówi, że zakochała się w pewnym wojskowym, on musiał wyjechać, ona nie chciała, rozstali się, lecz uczucie było zbyt silne - i w efekcie w połowie lat trzydziestych także wstąpiła do serafitek (została siostrą Świętosławą). Może to i prawda, bo Krystyna zaczęła już nawet kupować materiał na budowę domu w Jurgowie. Jedno nie ulega wątpliwości: miała w sobie ciepło i delikatność, które przyciągały mężczyzn.

- Spodobała się niejakiemu Wnukowi - opowiadała mi Krystyna Miśkowicz, córka Józefa Chowańca "Sklepnika". - Kiedy już była w klasztorze, to ilekroć ten Wnuk robił zakupy w Jurgowie, a ja akurat siedziałam w sklepie, kupował największą czekoladę i zostawiał mi, mówiąc: "To dla ciebie, za ciotkę". Mówię kiedyś do niej: "Ciociu, Wnuk z Brzegów ciągle mi czekoladę dla cioci zostawia. Mam już tych czekolad ze dwadzieścia...". Ciotka w śmiech: "Wiesz co, Krzysiu? Jak uczyłam w Brzegach, to ten Wnuk podlatywał ku mnie, chciał się żenić. Ale ja go nie chciałam". -

Oświęcimskie serafitki chętnie zatrzymałyby w klasztorze także Weronkę. Żywa, rezolutna, wyróżniająca się w nauce, była lubiana przez przełożone i koleżanki. Nie widziała jednak dla siebie przyszłości w zakonie. Nie wiadomo, czy to siostry okazały się tak surowe, czy to ona (język miała niewyparzony) sprowokowała tak ostrą reakcję - w każdym razie kiedy powiedziała "nie", nakazano jej opuścić internat. W 1921 roku przyjechała do Krakowa i rozpoczęła naukę w żeńskim seminarium nauczycielskim; mieszkanie u zakonnic odpracowywała, sprzątając w prowadzonym przez nie przy ulicy Senatorskiej sierocińcu dla dzieci po legionistach.

Był to dla niej bardzo trudny czas; z goryczą wspominała, jak w pierwsze święta Bożego Narodzenia zawiadomiła ojca, że przyjedzie do Jurgowa, i prosiła, żeby wyjechał po nią na stację w Poroninie. Miała wracać ze starszym kolegą, Janem Plucińskim (w przyszłości znanym publicystą i etnografem), który tak jak ona wyrwał się z rodzinnej wsi i przygotowywał w Krakowie do zdania matury. Sebastian Chowaniec w umówionym dniu zaprzągł konia i pojechał przez śniegi do Poronina. W kłębach dymu i pary pociąg wtoczył się na stację, ale wysiadł z niego tylko zakłopotany Pluciński. Nie wiedział, że serafitki, usłyszawszy, iż Weronika będzie podróżować w towarzystwie mężczyzny, nie pozwoliły jej na wyjazd. Na nic zdały się tłumaczenia, że czekający w Poroninie ojciec będzie się zamartwiał, co się stało... Jeszcze pół wieku później, ilekroć odprowadzała swoich wnuków do mieszczącego się w budynku przy Senatorskiej przedszkola, Weronika wciąż trzęsła się z oburzenia na wspomnienie lat, kiedy tam pracowała.

W 1926 roku zdała maturę, a dwa lata później egzamin praktyczny, po którym została mianowana "stałą nauczycielką publicznych szkół powszechnych". Pierwszą posadę dostała w dwuklasowej szkole w Murzasichlu. Pracowała tam przez rok; kiedy tylko otrzymała wiadomość, że jest etat w większej szkole, w Tylmanowej, postarała się o przeniesienie. - Dziadek nie bardzo wiedział, gdzie ta Tylmanowa - opowiadał mi Andrzej Chowaniec, wnuk Sebastiana. - Pytał o drogę Cyganów i w końcu dowiedział się, że na Bukowinie jest nauczyciel, który tam kiedyś pracował. Pojechał do niego i tak poznał przyszłego zięcia. -

Przyszły zięć nazywał się Józef Tischner.

Powroźnicy

Tischnerowie robili powrozy. Stary Sącz od wieków był miejscem targowym, co dwa tygodnie w środy odbywały się tam sławne jarmarki, na które zjeżdżali kupcy polscy, żydowscy, łemkowscy, słowaccy, węgierscy i niemieccy. Handlowano końmi, bydłem, żywnością, narzędziami rolniczymi i wyrobami rzemieślniczymi. To właśnie tam Tischnerowie te powrozy sprzedawali.

W muzeum w Starym Sączu przechowywane są dziewiętnastowieczne księgi wyzwolin cechu powroźniczego. Wyzwoliny oznaczały koniec terminowania u innych rzemieślników i uzyskanie samodzielnych uprawnień. W jednej z ksiąg zapisano, że w 1838 roku wyzwolono na majstra Feliksa Stolarskiego, a w 1848 - jego brata Macieja. Jest także kopia spisu członków Gwardii Narodowej Cesarstwa Austriackiego z 1848 roku, która potwierdza, że Feliksowi i Maciejowi Stolarskim zmieniono w wojsku nazwisko na Tischler (po niemiecku: stolarz). W innej z ksiąg cechowych odnotowano, że w 1879 roku na majstra powroźniczego wyzwolony został Jan Tischler (Tyśler) - wnuk Feliksa i dziadek księdza Józefa Tischnera.

Inne dokumenty wskazują, że zmiana rodowego nazwiska nastąpiła wcześniej i równolegle funkcjonowały dwie formy - polska i niemiecka. Ojciec Feliksa Franciszek, urodzony w 1765 roku, został w księdze chrztów zapisany najpierw jako Stolarczyk vulgo Tischler, a następnie w księdze ślubów (ożenił się późno, mając lat czterdzieści pięć, z młodszą o osiemnaście lat Agnieszką z Leśniewiczów) jako Stolarski. Jego syn, urodzony w 1811, figuruje w księgach jako Tischler vulgo Stolarski. W 1836 roku z małżeństwa z Rozalią Comber przyszedł na świat syn Feliksa Tomasz, który z kolei zapisany został w księgach parafialnych jako Tischner. Ksiądz lub organista przez pomyłkę zmienił w nazwisku jedną literę. Nikt tego nie prostował i tak już zostało, chociaż nazwisko Tischler jeszcze przez jakiś czas funkcjonowało.

Tomasz żył krótko, zmarł w roku 1871, ale z małżeństwa z Marią z domu Zielonka urodził mu się 30 kwietnia 1864 roku wspomniany syn Jan. Już jako samodzielny powroźnik Jan Tischner poślubił Marcjannę z Dąbrowskich i zamieszkał z nią w Starym Sączu, w niedużym domu przy ulicy Mickiewicza 45, do którego przylegał kawałek pola. Doczekali się siedmiorga dzieci: Stanisława (1891), Weroniki (1894), Tomasza (1897), Jana (1900), Józefa (1902), Heleny (1907) i Wincentego (1912). (Było jeszcze jedno dziecko, dziewczynka, ale zmarło krótko po porodzie). Małżonkowie pracowali ciężko i żyli skromnie. Jan ojciec przez całe lata walczył z atakami duszności.

- Prawdopodobnie miał uczulenie na kurz - opowiadał mi jego wnuk Stanisław Tischner, lekarz. - A jednak wybrał zawód powroźnika... Najwięcej kurzu powstawało przy wytrzepywaniu lnu z resztek paździerzy. Żeby mu ulżyć, żona wysyłała dzieci po ziółka, które potem się paliło; dym sprawiał, że duszności na chwilę ustępowały. Wtedy to było jedyne lekarstwo dla astmatyków. -

Wyczerpany chorobami Jan zmarł w 1921 roku. Żona przeżyła go o trzydzieści cztery lata, ale nie wyszła powtórnie za mąż. Dwaj najstarsi synowie wzięli udział w I wojnie światowej. Stanisław, który był sanitariuszem na froncie, wrócił bez jednego draśnięcia. Zajął się tym, co umiał najlepiej - robieniem powrozów - i na kilka lat przejął opiekę nad matką i rodzeństwem. Po ślubie zamieszkał z żoną Marią z domu Skoczeń w domu przy ulicy Piłsudskiego. Tomasz, najzdolniejszy z braci (miał talent literacki, pisywał piękne listy), wrócił z frontu z roztrzaskanym kolanem. Bardzo chciał się dalej uczyć, ale zdecydowano, że rodzinę stać na wykształcenie tylko jednego syna, i Tomasz został szewcem. On również się ożenił - z Amalią Waśkowską - i miał z nią trzy córki.

Do szkół posłano Józka, który w chwili zakończenia wojny miał szesnaście lat. Czesne płacono ze wspólnej kasy. Spośród wszystkich braci najwięcej wkładał do niej Jan, który po odbyciu praktyki u ślusarza dostał pracę w warsztatach kolejowych w Nowym Sączu. Pracował w kotlarni, w ogromnym huku, co powodowało osłabienie słuchu. Ale miał dobrą pensję i połowę oddawał matce. Dobrze się też ożenił; jego żona Józefa z domu Pasiut prowadziła w domu szwalnię, która przynosiła dodatkowe dochody. Jan syn był niezwykle obowiązkowy i dokładny. "W ciągu ponad trzydziestu lat - pisze Marian Tischner - tylko raz spóźnił się do pracy. Przed wyjściem do pociągu żona prosiła go pilnie o pomoc w domowych porządkach. Jan jej nie odmówił i poszedł na stację jak zwykle - spokojnym i miarowym krokiem. Miał jeszcze kilkadziesiąt metrów do pociągu, który stał na stacji, koledzy prosili go, by się pospieszył, by podbiegł. Jan jednak nie złamał swojej zasady i szedł jak zawsze swoim równym tempem. Pociąg naturalnie nie czekał i Jan pozostał na dworcu kolejowym w Starym Sączu, czekając na następny"18.

Mąż Heleny, Alfred Wenczyński, również pracował na kolei, tyle że jako urzędnik. Najmłodszy z rodzeństwa Wincenty zgodnie z rodzinną tradycją został powroźnikiem i specjalizował się w robieniu drabin sznurowych. Do jego obowiązków należało też dbanie o odziedziczoną po rodzicach ziemię. Uprawiał ją tak jak oni, ręcznie, jedynie do najcięższych prac wykorzystując krowy zaprzęgnięte w jarzma.

Prawą ręką Marcjanny została córka Weronika, która nie wyszła za mąż, chociaż była ładna, pracowita i znalazł się kandydat chętny, by ją poślubić. W rodzinie opowiadano, że do ślubu nie doszło z powodu... otomany. Podczas uzgadniania wiana któraś z rodzin - nie wiadomo, czy rodzina Weroniki, czy starającego się o nią mężczyzny - nie zgodziła się na oddanie tego cennego mebla przyszłym nowożeńcom i zaręczyny zerwano. Weronika Tischnerówna nigdy jednak nie narzekała na swój los. Jak całe rodzeństwo była pogodna i łagodnego usposobienia. Mieszkała z matką do jej śmierci w 1950 roku, potem przeniosła się do małego domu przy ulicy Węgierskiej (obecnie Sobieskiego), położonego naprzeciwko domu brata Tomasza.

- Babka bardzo pilnowała, żeby rodzeństwo się nie kłóciło - opowiadała mi córka Tomasza, Kazimiera Mirek. - Było jasne, że Tischnerowie muszą sobie nawzajem pomagać. Jeżeli pojawiał się jakiś problem, siadali, dyskutowali. Żaden się nie gniewał - a jak nie było gniewu, to znaczy, że była zgoda. Dom prowadziła oszczędnie, nie wytwornie, ale było tam zawsze czysto. W każdą niedzielę obowiązkowo szło się do babki w odwiedziny. Podłoga świeżo umyta, na stole biały obrus... Kiedy babka zmarła, bracia spotkali się, żeby podzielić majątek. Uradzili, co i jak, a potem rozeszli się do domów zapytać, co na to żony. Wieczorem znów się spotkali i ustalili ostateczny podział. -

Urodzony 13 listopada 1902 roku Józek Tischner został wysłany do seminarium nauczycielskiego w Starym Sączu. Przed rozpoczęciem nauki musiał jeszcze zaliczyć kilkumiesięczny kurs przygotowawczy. Seminarium skończył w 1924 roku z wielkimi trudnościami: na świadectwie miał niemal same dostateczne, a maturę zdał z poprawką. Takie same stopnie uzyskał też na egzaminie praktycznym w marcu 1927 roku; w rodzinie największą wesołość wzbudził fakt, że komisja uznała go za "dostatecznie zdolnego do udzielania nauki śpiewu", podczas gdy zdaniem rodzeństwa był kompletnie pozbawiony słuchu.

Wyniki te dowodzą, jak wiele wysiłku i determinacji musiało kosztować Tischnera zdobycie wykształcenia. Między maturą a egzaminem końcowym uczył w szkołach w Tylmanowej i Ochotnicy-Jamnem. Pierwszą pracę, już jako wykwalifikowany nauczyciel, dostał także w Tylmanowej, gdzie szkołą powszechną - najpierw cztero-, a potem pięcioklasową - kierowała Zofia Parafińska-Samogyi. Józef Tischner uczył tam przez trzy lata. Potem trafił do Bukowiny, do szkoły, którą prowadzili Michalina i Franciszek Ćwiżewiczowie. W tamtym czasie Bukowina stawała się popularną wsią letniskową. Ćwiżewiczowie postanowili to wykorzystać: stworzyli dziecięcy zespół góralski, organizowali imprezy dla wczasowiczów, żeby zdobyć pieniądze na stroje dla dzieci, a w latach trzydziestych doprowadzili do wybudowania we wsi Domu Ludowego. Tischner pracował w Bukowinie tylko przez jeden semestr, bo zwolniła się tymczasowo posada kierownika szkoły w Ochotnicy-Jamnem. Latem 1930 roku przeniósł się kolejny raz do Tylmanowej, gdzie młodsze klasy uczyła już Weronika Chowańcówna.

W rodzinach Chowańców i Tischnerów krąży wiele anegdot na temat początków tego małżeństwa. A to że do Weronki jeszcze w Krakowie zalecał się pewien adwokat i nawet ofiarował jej perły, które potem z dumą nosiła. A to że w Murzasichlu wpadła w oko miejscowemu stolarzowi. Jednego wieczora przyszedł do niej przebrany za dziada i prosił o nocleg; ona go nie poznała i na nocleg przyjęła ("A może i poznała..." - mrużą oko niektórzy). Matce nie podobali się jednak ci kandydaci: adwokat to za wysoko, stolarz - za nisko. Ale nie podobał się jej również Tischner. Narzekała, że jest ponury, że pali, że kawaler, a już ma zmarszczki na twarzy. Weronika lubiła mu dokuczać, że wyszła za niego, bo już jej pociąg odjeżdżał (kiedy się pobierali, on miał dwadzieścia osiem lat, ona dwadzieścia sześć). Innym razem opowiadała, że chciał do siebie strzelać i zrobiło jej się go żal.

- Mówili, że ciotka wyszła za Tischnera, bo miał rower - wspominał Andrzej Chowaniec. - Ale tego nie można brać poważnie, bo Tischnery zawsze lubili tak żartować, żeby nie można było prawdy dojść. Poznali się, pokochali, a że ciotka szybko podejmowała decyzje, więc ślubu nie odkładano. -

- Mama była ojcem zafascynowana - uważa Marian Tischner - ale tego nie okazywała. Musiało jej imponować jego finezyjne poczucie humoru, które nie od razu dało się zauważyć. Ona sama miała zupełnie inny dowcip: ostry, ironiczny. -

Ślub odbył się latem 1930 roku w Jurgowie. Podczas wesela do tańca przygrywała cygańska muzyka, którą Weronika wspominała z sentymentem jeszcze wiele lat potem. Tak jak i to, że w pewnym momencie na przyjęciu pojawił się pogranicznik, którego bez żadnych ceregieli zaproszono do stołu i poczęstowano... przemyconą ze Słowacji borowiczką. Młodzi małżonkowie zamieszkali w Tylmanowej, w domu Marii i Jana Paluchów, dziś już nieistniejącym. Weronika Tischnerowa zaszła w ciążę, która przebiegała w dość nerwowej atmosferze.

- Mama źle się czuła - opowiada Marian Tischner - rodzice postanowili więc, że urodzi w szpitalu w Nowym Sączu. Ale droga była wyboista, mama otrzęsła się na furmance, złapały ją bóle i zajechali do najstarszego brata ojca, Stanisława. Tam przyszedł na świat Józio. -

Dom, w którym 12 marca 1931 roku urodził się przyszły autor Etyki solidarności, stoi w Starym Sączu do dziś; mieszka w nim syn Stanisława, Michał, a na ścianie jest nawet umieszczona pamiątkowa tablica. Okna pokoju, gdzie odebrano poród, wychodzą na ruchliwą ulicę Piłsudskiego, o której wówczas mówiło się "za Franciszkany" (bo u wylotu ulicy, jeszcze na początku XIX wieku, stał kościół i klasztor franciszkanów). "Myślę, że moim pierwszym wrzaskiem po urodzeniu - może poza wrzaskiem o jedzenie, co nas ze sobą łączy - był Hymn do słońca"19 - żartował po latach ksiądz Tischner.

Weronika z dzieckiem została u szwagra jeszcze przez kilkanaście dni. Chłopca ochrzczono 2 kwietnia w kościele parafialnym pod wezwaniem Świętej Elżbiety. Otrzymał imiona: Józef Stanisław. Rodzicami chrzestnymi byli stryj Stanisław i wspomniana ciotka Krystyna, która potem została zakonnicą. Chrztu udzielił ksiądz Antoni Odziomek, proboszcz parafii i wieloletni dziekan starosądecki.

Dopiero po chrzcie Tischnerowie wrócili do Tylmanowej. Żyło im się tam dobrze, ale kłopoty związane z porodem skłaniały do myślenia o zmianie. Wieś nie miała w tym czasie dobrego połączenia ze światem: autobusów nie było, najbliższa stacja kolejowa znajdowała się w Starym Sączu, w odległości prawie trzydziestu kilometrów. Józef Tischner postanowił więc stanąć do konkursu na kierownika szkoły w Łopusznej, na której korzyść przemawiała bliskość Nowego Targu. Konkurs wygrał. Na początku roku szkolnego 1932/1933 pojawił się w Łopusznej i w budynku szkolnym zaczął przygotowywać mieszkanie, żeby móc sprowadzić żonę i syna.

Szkoła w Łopusznej była w tym czasie dwuklasowa. Mieściła się w małym, zaniedbanym domu, zakupionym przez gminę jeszcze przed I wojną i od tego czasu nie remontowanym. "Drewniany budynek szkolny - wspomina Maria Smarduch - składał się z sali szkolnej (kwadrat o boku 7,5 m), wąskiej sieni, jednego małego pokoiku i jeszcze mniejszej kuchni"20. W styczniu 1933 roku na posiedzeniu rady nowy kierownik mówił o katastrofalnym stanie budynku. "Sale są za małe, duszne, brak urządzeń koło szkoły, jednym słowem stan niedostateczny" - zapisał w kronice. Cztery miesiące później rada przyjęła plan rozbudowy szkoły, która miała być odtąd czteroklasowa. Przewidywał on powstanie drugiej sali lekcyjnej i trzech dodatkowych pokoi dla nauczycieli.

Według Marii Smarduch pierwszą osobą, jaką Józef Tischner spotkał po przybyciu do Łopusznej, była Rozalia Czerwosz "Leśnianka". Zapytana, gdzie można by wynająć pokój, wskazała mu dom Katarzyny Klamerus ("u Kuboska"), stojący nieco powyżej szkoły. W 1934 roku nowy kierownik sprowadził tam żonę i synka; zajęli jedną izbę. "W drugiej - pisała Maria Smarduch - mieszkała właścicielka z dwoma synami, córką Anną Smarduch (moją mamą) i ośmioletnim wnukiem Leonem (moim bratem). Mały Józio bardzo lubił Leona, stale się koło niego kręcił"21.

Młoda rodzina chciała być razem, Weronika mogła już uczyć, ale rozbudowa szkoły wciąż nie była zakończona. Prace przerwała bowiem powódź. Po obfitych deszczach w połowie lipca 1934 roku Dunajec wystąpił z brzegów. Woda zalała niżej położone domy, obory i stodoły, zerwała most, podtopiła pola między Harklową a Łopuszną. Do zabytkowego kościółka w Łopusznej - dopiero co odnowionego wielkim wysiłkiem całej wsi (kościół podniesiono i założono fundamenty, wymieniono podłogi, kupiono nowe ławki) - naniosła mułu do wysokości jednego metra, wyrwała ogrodzenie i podmyła dzwonnicę. To, że nie zabrała samej świątyni, uznać można za mały cud. Całkowitemu zniszczeniu uległy też regulacje wpadającej do Dunajca Łopuszanki, która z potoku przemieniła się w rwącą rzekę i wdarła się do gospodarstw leżących na jej lewym brzegu.

Na tle tych zniszczeń szkoła ucierpiała stosunkowo niewiele: po trzech dniach, kiedy woda w końcu opadła, budynek trzeba było osuszyć i wywieźć warstwę mułu i nieczystości. Rok po powodzi był dla wszystkich mieszkańców bardzo ciężki. "Brakowało pożywienia tak dla ludzi, jak dla bydląt" - zapisał w kronice parafii w Łopusznej ówczesny proboszcz, ksiądz Andrzej Braś. "Ale ludziska rwali się do roboty i w przeciągu dwóch tygodni postawiono prowizoryczny most na Dunajcu. Na zaspokojenie głodu sprowadzono kilka wagonów ziemniaków i mąki". Dla najbiedniejszej ludności kardynał Sapieha przysłał osiemdziesiąt kilogramów materiału i kilkadziesiąt gotowych ubrań.

W tym samym roku rodzina Tischnerów przeżyła jeszcze jedno dramatyczne zdarzenie. Święta Bożego Narodzenia Weronika Tischnerowa spędzała z małym Józiem w Jurgowie. "Od paru dni czuł się nieswojo, nie chciał chodzić, skarżył się na ból w brzuchu" - wspominała. "Ból nie ustępował mimo prób domowego leczenia. Nocą wezwaliśmy lekarza, który przebywał w pobliskiej Bukowinie na wczasach. (...) Lekarz zbadał dziecko, naciskając brzuch. Orzekł, że skrętu kiszek nie ma, ale musiał zjeść coś niestrawnego. Zaaplikował środek przeczyszczający, którego już nie zdążyliśmy podać, bo dziecko umierało"22.

Zaraz po wyjściu lekarza Sebastian Chowaniec zaprzągł konia i powiózł córkę z wnukiem saniami do szpitala w Nowym Targu. Droga była ciężka, jazdę utrudniała zadymka, wydawało się, że nie zdążą. - Dziadek zatrzymał sanie między Groniem a Gronkowem, żeby Józio mógł się rozgrzać - opowiada Marian Tischner. - Weszli do pierwszej z brzegu zagrody i tam, jak mówiła matka, udzielili mu "ostatniego namaszczenia", to znaczy pewnie zmówili nad nim modlitwę. Ile razy później tamtędy przejeżdżaliśmy, zawsze pokazywała nam tę chałupę, w której to się stało. -

Dojechali do szpitala o dziewiątej wieczorem. Lekarz stwierdził pęknięcie wyrostka robaczkowego. Przeprowadzenia operacji podjęli się doktor Türschmid i jego asystent doktor Krupiński, nie dając jednak wielkich nadziei. "W tym czasie mój bardzo wierzący dziadek i mama poszli do kaplicy przyszpitalnej. Tam, przed wizerunkiem Matki Boskiej, zaczęli się gorąco modlić. Mama pytała, dlaczego Bóg bierze jej tego pierworodnego syna"23 - opowiada Kazimierz Tischner, urodzony po wojnie najmłodszy brat księdza.

"Operacja trwała około dwóch godzin" - wspominała Weronika Tischnerowa. "Założono dreny. Po narkozie dziecko długo się nie budziło, [potem] wołało pić - ale przez 24 godziny nie wolno było podawać żadnego płynu. Mały rzucał się, chciał zdzierać bandaże, szwy zaczęły się zrywać, więc zastosowano klamerki. Codziennie robiono opatrunki. Cały szpital wiedział, że zmieniają bandaże, bo mały Józio na sam widok narzędzi chirurgicznych wrzeszczał wniebogłosy. Ale opieka była wspaniała. Dzięki opiece lekarzy i służby pielęgniarskiej i dzięki modlitwom do Matki Boskiej Częstochowskiej po dziesięciu dniach syn wrócił do domu. Jeszcze długo potem nie mógł znieść widoku gaszenia wapna - widocznie przypominały mu się gotowane narzędzia chirurgiczne"24.

Nawiasem mówiąc, po latach ksiądz Józef Tischner twierdził, że w domu, przed którym dziadek w drodze do szpitala zatrzymał sanie, znajdowała się karczma. "W okolicy karczmy zacząłem umierać" - pisał. "I wtedy mój dziadek, abym nie umarł ot tak, na drodze, wniósł mnie do owej karczmy. Nie pamiętam, co się stało, ale... ożyłem. Cokolwiek by się rzekło, musiało być w tej gronkowskiej karczmie coś takiego, co umierającemu przywracało życie. I jak tu pomstować na karczmy w ogóle, a na karczmę w Gronkowie w szczególności? Złego kościół nie naprawi, dobrego karczma nie zepsuje. Można by dodać: co ma żyć, będzie żyło, pod warunkiem że w porę trafi do odpowiedniego uzdrowiska"25.

"Gdy [Józik] wybudził się po operacji, od razu wołał Leona" - wspomina Maria Smarduch. "Był bardzo niespokojny, lekarz kazał go przytrzymywać, by nie popękały szwy. Wyglądało na to, że tylko Leon może coś poradzić. Mama została z Józiem w szpitalu, a ojciec wybrał się po ukochanego kolegę. Chciał wziąć z rynku fiakra, pojechać do Łopusznej i przywieźć chłopca. Na rynku spotkał moją mamę, która odradziła ten pomysł - za długo by to trwało. Zaoferowała się, że pójdzie do szpitala i uspokoi chłopca, obiecując, że Leon zjawi się później. Tak też zrobiła. Józik usnął uspokojony w jej ramionach"26.

Józik "Szkolny"

"Życie upływało mi wesoło, w szóstym roku życia przyszedł na świat brat Marian"27 - napisał w dzienniku o pierwszych latach spędzonych w Łopusznej trzynastoletni Józio (dziennik zaczął prowadzić w październiku 1944 roku, kiedy rodzina mieszkała w Rogoźniku). Zapisek nie jest ścisły, bo brat Marian urodził się 4 lutego 1936 roku, czyli jeszcze zanim Józio skończył pięć lat. Ale że wczesne dzieciństwo, poza jednym opisanym epizodem, upłynęło wesoło - widać wyraźnie na zachowanych zdjęciach. Jak na ówczesne warunki pierwsze lata życia Tischnera są znakomicie udokumentowane. Kiedy przeglądnie się rodzinne albumy, a potem przeczyta początek wspomnianego dziennika - gdzie młody autor dokonuje krótkiej autoprezentacji - ma się wrażenie, że co drugie zdanie można by zilustrować odpowiednim zdjęciem.

"Szkoła, gdzie mieszkaliśmy, leżała niedaleko Dunajca, gdzie często kąpałem się oraz łapałem ryby. Na łapaniu ryb złapał mię dozorca, kilka razy strasząc karami, lecz to nic nie pomagało. (...) Najlepszym moim kolegą był Jasiek Bryjewski, mieszkający w okolicznej wsi Ostrowsku. Często przychodził do mnie i bawiliśmy się razem w wojsko i inne tego rodzaju zabawy. W szóstym roku życia otrzymałem narty, na których jeździłem często z chłopakami ze wsi na Małą lub na Wielką Górę"28.

Mała i Wielka Góra to nazwy okolicznych wzniesień. Wspomniany Janek Bryjewski był wnukiem poprzedniego kierownika szkoły w Łopusznej, Stanisława Bryjewskiego, oraz bratankiem przyjaciółki Tischnerów, Stefanii Bryjewskiej, która uczyła w szkole w sąsiednim Ostrowsku. Nauczyciele z leżących blisko wsi bardzo często się spotykali: oprócz panny Bryjewskiej przyjeżdżały do Łopusznej panny Łabudzianki z Nowej Białej, państwo Stanisława i Józef Papieżowie z Waksmundu, a nawet państwo Samogyi, którzy w 1993 roku przenieśli się z Tylmanowej do Chabówki. Grono to tworzyło okoliczną elitę, do której dołączała jeszcze mieszkająca w dworze w Łopusznej pani Zofia Kietlińska (mały Józio kolegował się ze starszym o pięć lat Stasiem Kietlińskim, jej synem) oraz światlejsze chłopskie rodziny. Do takich należała rodzina Rozalii i Kazimierza Czerwoszów, w których domu zawsze dużo czytano, a jeden z synów, Wojciech, pod koniec lat trzydziestych - jako pierwszy w historii mieszkaniec Łopusznej - wybrał się do Warszawy na studia (ukończył Akademię Sztuk Pięknych). Kiedy tylko mogła, odwiedzała Tischnerów w Łopusznej siostra Benigna. Bawiła małego Józia (pamiętał, że rysowała mu koziołki), śpiewała, czytała z nim; gdy podrósł, zabierała go na dłuższe spacery.

"Ja miałem dosyć szczególne dzieciństwo" - opowiadał Tischner w jednej z radiowych audycji. "Z jednej strony jako dziecko nauczycieli musiałem być głową trochę wśród inteligencji, a z drugiej strony jako mieszkający na wsi nie mogłem się odróżniać od innych dzieci - musiałem gadać jak one, kląć jak one, starać się robić mniej więcej to samo co one. I w ten sposób żyłem jakby na pograniczu tych dwóch światów"29.

"Józik był bardzo spokojnym dzieckiem" - wspomina Maria Smarduch. "Jako pięcio-, sześciolatek umiał się bawić sam, wzbudzając podziw swym zachowaniem. Jego rodzice mieli wielu przyjaciół i znajomych, stale ktoś przychodził. Kiedyś pani Tischnerowa rozmawiała z woźną, która relacjonowała ważne zdarzenie. Chłopiec zajęty był swoją ulubioną zabawą - przekładał książki z jednej półki na drugą. Wieczorem przyszła na posiady inna kobieta i nawiązała do tamtego zdarzenia. W jej relacji znalazło się zmienione słowo. Wtedy Józik się wtrącił: "Źle mówicie, inaczej tu opowiadali". Okazało się, że zabawa nie przeszkadzała mu w uważnym słuchaniu"30.

Chłopiec bardzo lubił odwiedzać drewniany dwór, liczący sobie wówczas blisko sto pięćdziesiąt lat. W latach dwudziestych XIX wieku właścicielem dworu został Leon Tetmajer, krewny sławnego poety i pisarza. Wniosła mu go w posagu żona, Ludwika z Lisickich. Od kwietnia do listopada 1832 roku w altance obok dworu zamieszkał Seweryn Goszczyński, poeta, jeden z weteranów powstania listopadowego, który w Łopusznej napisał między innymi Dziennik podróży do Tatrów. Bywali w nim też inni sławni goście: ukrywał się tu znany konspirator i agitator Julian Goslar oraz jeden z przywódców powstania chochołowskiego Jan Kanty Andrusikiewicz, odwiedził to miejsce poeta Bohdan Zaleski, kilkakrotnie zatrzymywał się tu malarz Walery Eljasz-Radzikowski.

Na wyobraźnię małego Józia działała jednak przede wszystkim myśl, że znajduje się w miejscu, gdzie kiedyś, wiele lat wcześniej, powstała prawdziwa książka, która potem została wydrukowana i którą wciąż można było czytać (ojciec pożyczył ją dla niego od rodziny Czerwoszów). W dodatku Goszczyński opisywał w niej miejsca mu znane - Łopuszną i okolice. Jeszcze wiele lat później ksiądz Józef Tischner będzie odwoływał się do Dziennika..., opowiadając między innymi o mieszkających w pobliżu wioski dziwożonach, które miały zwyczaj podmieniać chłopskie dzieci...

Według Marii Smarduch od ojca Zofii Kietlińskiej, Stanisława Lgockiego, kierownik Józef Tischner zaraził się pszczelarstwem. W ogródku przyszkolnym dość szybko stanęły ule. Na zachowanych zdjęciach z lipca 1937 roku widać Józia biegającego wśród nich bez żadnego lęku, z nieosłoniętą głową. Obok stoi ojciec przygotowany do pracy w pasiece, w masce na twarzy i z podkurzaczem w ręku.

"Dzieci nauczycieli już nie pasły krów na polanach - opowiadał po latach ksiądz Tischner - nie spały w bacówkach bez względu na pogodę. Pamiętam, jak moi koledzy, kiedy jeszcze byli małymi chłopakami, zostali wysłani przez rodziców na bacówkę. Matka im nagotowała ziemniaków, ale żeby myszy i pilchy im tych ziemniaków nie zjadły, powiesiła garnek wysoko pod dachem. Biedne chłopaki płakali z głodu cały dzień, bo garnek był za wysoko i nie mogli się do niego dostać. Dopiero wieczorem przyszła matka i im ten garnek zdjęła. Ja takich doświadczeń nie miałem i była we mnie jakaś zazdrość o nie"31.

W dzienniku trzynastoletniego Tischnera zachowała się obszerna relacja z letnich wyjazdów do rodziny: "Najlepiej lubiłem wycieczki do St[arego] Sącza, a to ze względu na jazdę pociągiem oraz na widzenie miasta. Miasteczko to bardzo było stare, bo jeszcze św. Kinga założyła tam klasztor. Klasztor wraz z kościołem był otoczony murami, które już były połowę zburzone. Na rogu muru był odbity koń razem z Tatarem, który - jak głosi podanie - chciał przeskoczyć mur, ale się mu to nie udało. Obok klasztoru wytryska z ziemi źródło cudownej wody uleczającej choroby oczu.

Był w St[arym Sączu] jeszcze jeden kościół, w którego podziemiach walało się mnóstwo spróchniałych trumien, a gdzieniegdzie widać było i czaszkę. Bardzo lubiłem siedzieć w Sączu u babki ze względu na wielkie podchlebianie mi we wszystkim. Owoców miałem w bród, gdyż chrzestny ojciec miał sad z mnóstwem śliw i innych owoców. Jeden wujek był szewcem, który poza tym umiał robić piękne latawce, za każdego z latawcy musiałem spać u nich, lecz zawszem uciekał, bojąc się duchów, gdyż wujek mieszkał koło cmentarza"32.

"Do wielkiej przyjemności - opowiada dalej młody pamiętnikarz - należała jazda do Jurgowa. Z Łopusznej do Jurgowa było 18 km. Jazda odbywała się zawsze końmi, czasem tylko na rowerze. Jurgów była to wieś niewielka, otoczona lasami, polami oraz rzeką Białką. Jurgów położony był w dolinie niedaleko Tatr. Tam też dziadek pasał owce, gdy był jeszcze młody". Józik wspomina, że lubił przesiadywać u wujka w sklepie, bawiąc się z kuzynkami w sprzedawanie, albo w ogrodzie dziadków, gdzie z gontów robił budy i szałasy. "Gospodarstwo dziadka składało się z kilku krów, konia oraz dwóch świń, których bardzo się brat bał, gdyż jedna była czarna, a druga bez ucha. (...) Dziadek zawsze majstrował mi różne zabawki, a babka dawała bardzo dobre jedzenie, do którego należał placek z mąki i ziemniaków pieczony na blachach, którego zwano moskolem"33.

O Sebastianie Chowańcu ksiądz Józef Tischner będzie mówił wielokrotnie, że uważa go za swój wzór. Zadedykuje mu jeden z pierwszych artykułów opublikowanych na łamach miesięcznika "Znak". "Miał w sobie wielki spokój, dystans do świata, umiejętność rozumienia ludzi" - powie po latach. Dziadek nigdy nie podnosił głosu: kiedy żona robiła mu wymówki, siadał z fajką w zębach i czekał, aż emocje opadną. "Między babką a nim nieprzerwanie toczyła się cicha walka o czytanie gazet. Czytał dużo, a jak czytał, to nic nie robił. Babka mu za to ciągle ciosała kołki na głowie"34.

Jurgów w tamtym czasie nadal był wsią "na końcu świata"; droga z Łopusznej w jedną stronę zajmowała niemal pół dnia. Dla chłopca były to jednak bardzo ważne wyjazdy: tam uczył się góralskiej mowy i zwyczajów, przyglądał się pracy w polu i w gospodarstwie. Specyficzny folklor tej wsi, w której krzyżowały się różne wpływy kulturowe, mocno odciśnie się na jego wrażliwości.

"To jest jakiś paradoks - skomentuje to po latach - bo stosunkowo biedna wieś podhalańska zdołała wytworzyć w ciągu ostatnich wieków kulturę, która z ogromnym powodzeniem opiera się dzisiaj jeszcze zalewowi kultury wielkomiejskiej, kultury masowej. I myślę, że szczególnie muzyka jest tu interesująca, bo jest ona syntezą wielu wpływów: węgierskich, rumuńskich, słowackich, polskich. Ona tam jest niezwykle uniwersalna, nie mówiąc o tym, że niemal w każdej wsi mieszkali przed wojną Żydzi i Cyganie. Jeszcze do dnia dzisiejszego można spotkać kolonie Romów. I współżycie z nimi bardzo dobrze się zawsze układało. Ma coś w sobie Podhale z szerokich horyzontów - ludzie stamtąd to są przeważnie obieżyświaty. Byli w Ameryce, byli w Niemczech, we Francji, byli na Węgrzech, no, gdzie się tylko dało. Byli także gdzieś za Uralem, na Syberii. Potem wracali do swoich domów, bo tutaj czuli swoją ojczyznę"35.

W opisie Jurgowa zachował się też portret ukochanego wujka Sobka (Sebastiana), najmłodszego z braci mamy. Dwudziestokilkuletni Sobek był przywódcą miejscowej "kawalerki". - W niedzielne popołudnia chłopcy chodzili za nim i czekali, co wymyśli - wspomina Andrzej Chowaniec. - Sobek umiał elegancko żartować, więc choć śmiechu było dużo, ludzie się na niego nie obrażali. Coś z tego było i w Józku. -

Nie obarczony jeszcze obowiązkiem utrzymania rodziny wujek nie żałował czasu siostrzeńcowi. "Lubiłem go, bo zawsze łowił mi ryby i różne figle ze mną robił" - wspomina Józik w dzienniku. "Raz na przykład wziął olbrzymi worek papierowy z cementu, nadmuchał powietrzem i strzelił tak głośno, że ludzie z domów powylatywali, pytając, gdzie strzelają"36. W rodzinie opowiadano sobie o szkolnych przygodach Sobka: na przykład kiedyś podczas przerwy pobiegł z kolegami na stojącą obok kościoła wieżę. Okna na wieży zasłonięte były drewnianymi kwaterami; Sobek oparł się o jedną z nich - czy może nawet stanął po drugiej stronie, trzymając się oburącz rękami - i kwatera pękła, a on razem z nią zleciał na dół dobrych kilka metrów. O dziwo, nic mu się nie stało, od razu poszedł na lekcje.

Najwięcej fotografii w rodzinnych albumach pochodzi z lata 1937 roku. Józio występuje na nich w jednoczęściowym kostiumiku - z półtorarocznym Mariankiem siedzą na rozłożonej na ziemi baraniej skórze. W tym samym kostiumiku z odsłoniętymi ramionami Józio bawi się podkurzaczem na szkolnym ganku. Szczupły, jasnowłosy, opalony, uśmiecha się charakterystycznie, patrząc gdzieś ponad aparatem. We wrześniu 1937 pierwszy raz przekroczy próg szkoły, a dokładniej: przebiegnie z jednej strony domu na drugą - już nie jako lokator, lecz jako uczeń.

Uzyskanie zgody z inspektoratu umożliwiającej sześciolatkowi wcześniejsze rozpoczęcie nauki było tylko formalnością. Józio, zanim sam zaczął chodzić do szkoły, nieraz przysłuchiwał się, jak rodzice prowadzili lekcje. Tata mówił spokojnym, stanowczym głosem, stukając wskaźnikiem w tablicę; najbardziej lubił wykładać matematykę i historię. Głos mamy był żywszy, mówiła barwniej, starając się skupić uwagę rozproszonych dzieci. Uczyła nie tylko czytania i pisania, ale też praktycznych umiejętności: gotowania, szycia. Starała się, żeby wiedza zdobyta w szkole nie była oderwana od codziennego życia dzieci. Bardzo dbała o higienę: sprawdzała ręce, uszy, szyje.

Nauka w szkole powszechnej trwała siedem lat. Pierwszą klasę robiło się przez rok, drugą tak samo, trzecią klasę - dwa lata, czwartą - trzy. Klasy pierwsza i druga uczyły się razem (w roku szkolnym 1937/1938 - trzydzieścioro czworo dzieci), podobnie jak dwie starsze. Kiedy nauczyciel robił wykład dla jednych, zadawał pozostałym materiał do samodzielnego przerobienia. Chodziło się do szkoły przez sześć dni w tygodniu. Młodsze dzieci przychodziły na drugą zmianę, o jedenastej trzydzieści lub dwunastej, i zostawały na dwie, trzy lekcje.

Z zachowanego dziennika wynika, że pani Weronika starała się rozwiać niepokoje pierwszaków opowieścią o Jasiu, który bał się do szkoły chodzić. Była też historyjka o ślepym dziadku, który pomagał sobie laską - jako pretekst do rozpoczęcia ćwiczeń w pisaniu. Pierwszym słowem, które dzieci uczyły się pisać, było słowo "mama"; w klasie Józia zajęło to aż jedenaście lekcji. Potem stopniowo, tak jak to przewidywał program szkolny, dzieci poznawały kolejne litery, wciągały się w zabawy, brały udział w przedstawieniach. W dzienniku Józia jest tylko jeden zapis dotyczący szkoły: "Gdy miałem lat osiem, spotkała mnie wielka radość, bo oto urządzało się przedstawienie O krasnoludkach i sierotce Marysi. Ja byłem jednym krasnoludkiem, zwanym Dobromilem"37. Niestety, zdjęcia Dobromila w albumach rodzinnych nie ma.

- Moi rodzice mieli dom naprzeciwko szkoły - opowiadała mi Maria Skorupkowa (z domu Maciasz "od Korkosa"). - Jak to kiedyś Józik powiedział w kazaniu: "Ich kury jadły nasze ziarno, nasze kury jadły ich ziarno". Jak państwo Tischnerowie mieli lekcje albo musieli dokądś jechać, to mówili Józikowi tylko: "Leć do Korkosów". Wybroił się wtedy, wyhuśtał, bo u nas pod sosrębem wisiały powrozy dla dzieci.

Kiedyś z moim bratem wzięli spódnicę mamy, powiązali i chcieli skakać ze szopy "na spadochronie". Niewiele brakowało, a mama by spódnicy nie uratowała. Innym razem zaczepił mnie przed domem: "Marynka, idziesz do dworu?" (Tischnerowie kupowali we dworze mleko, a ja im to mleko przynosiłam). Mówię: "Tak". "A nie boisz się pieska?" "Nie boję". To on wtedy nachylił się i szczeknął mi wprost do ucha. Za jakiś czas znowu mnie zaczepia: "Marynka, idziesz do dworu?". "Tak. Ale już mnie nie wykiwiesz". "A nie boisz się pieska?" "Nie". I trzymam ręce na uszach. A on... chuchnął mi w nos. Nic się nie krępował, że byłam starsza i że jak był mniejszy, to huśtałam go w kołysce albo go pilnowałam, jak bawił się w piasku.

Mieliśmy przy nim rygor! Jedno, że to był Józik "Szkolny", a my dzieci chłopskie. Przed wojną ksiądz, nauczyciel to były najważniejsze osoby we wsi. A drugie - że lubił przewodzić i jakoś samo się tak działo, żeśmy go respektowały i słuchały. Zawsze jakąś zabawę wymyślił. Jak trochę podrósł, to wyłaził na stół, patrzył na nas z góry i zaczynał kazanie: "Parafianie, słuchajcie mnie!". Naśladował przy tym księdza Brasia, który umiał i pięścią w ambonę grzmotnąć, i krzyknąć, jak go co wzburzyło. -

Stefania Gryglak, siostra Marii Skorupkowej, chodziła z Józkiem Tischnerem do jednej klasy: - Kto by powiedział, że on będzie księdzem? Ja nie wiem, czy ten chłopak był pięć razy w roku na religii! Przez lato siedział w krzakach nad Dunajcem. Zrobił sobie tam gniazdo; ani ojciec, ani matka, nikt go tam nie znalazł, mogli go szukać. Jak się zbliżała religia, wyskakiwał z tyłu domu, przez ogród, przez buroki - i tyle go widzieli. W zimie znowu siedział w drewutni, gdzie rodzice trzymali króliki. Zagrzebał się w trocinach i godzinę jakoś wytrzymał. Musiał coś mieć do księdza. Ksiądz Braś był ostry, nie mogłeś przy nim ani susnąć, ani mrugnąć, ani ręką ruszyć. Czekaliśmy ino, żeby się skóńcyło, bo ciągnął jak sok z cytryny. Potem wio koło niego, "pochwalony" i już nas nie było. Mógł co Józkowi powiedzieć, kto go tam wie. -

O tych wczesnych konfliktach z proboszczem Tischner nigdy nie wspominał. Z kościółka w Łopusznej w tamtych latach zapamiętał przede wszystkim zakrystię, gdzie zimą na podłodze zbierała się woda. A kiedy zamarzła, chłopcy mieli ślizgawkę.

- Odrabiałam z Józkiem lekcje, bawiłam się, a czasem tośmy się i pobili - opowiadała Stefania Gryglak. - Pani kierowniczka tylko wyszła na ganek, zawołała: "Stefa!", i już musiałam lecieć. Cieszyłam się, bo w domu była ciężejsza robota. Nieraz po kryjomu chodziliśmy do ogrodu na bób, groch czy marchew. A jak mieliśmy pilnować Mariana i coś się stało, to zawsze było na mnie, Józek umiał się wybronić. Ale jak już naprawdę ojca rozgniewał, to nie było litości. Pamiętam, jak raz dostał w skórę przy całej klasie. Leżał na środku, ryczał, myśmy wszyscy wyszli, a on nie wstał, ojca nie przeprosił, leżał, póki mama nie przyszła i nie ubłagała go. Taki uparty był. -

"Pan Tischner był surowy i wymagający wobec nauczycieli i uczniów, ale także wobec siebie" - wspomina Maria Smarduch, która najpierw była jego uczennicą, a potem pracowała w Łopusznej jako nauczycielka. "Gdy trzeba było, zostawał po lekcjach. Pamiętam taką lekcję geografii, gdy po zajęciach tłumaczył nam jeszcze raz szerokość i długość geograficzną, co większości uczniom się myliło. Wypuścił nas dopiero, gdy sprawdził, że wszyscy umieją"38.

Wiele łopusznianek i łopusznian powtarzało mi to samo: Józef Tischner bardzo dbał o uczniów. Owszem, wymagał, czasem karał, ale był sprawiedliwy. Syn nie miał żadnych forów w szkole, przeciwnie - ojciec oczekiwał od niego więcej niż od innych dzieci. Kazimierz Kuchta z Zarębku zapamiętał, że Józek był silniejszy od wielu swoich rówieśników. Kiedy zjawiał się w klasie pierwszy, z całych sił przytrzymywał drzwi, żeby inni nie mogli wejść. Dzieci napierały, a kiedy naparły bardzo mocno, odskakiwał i cała grupa wpadała do klasy, przewracając się na ziemię. Któregoś razu na przerwie przyszła upomnieć chłopców sprzątaczka (lub może jedna z nauczycielek). Józek podszedł od tyłu i sznurki od jej fartucha przywiązał do ławki. - Ona chce się ruszyć, ławka za nią. "Kto to zrobił?" "Jo", mówi śmiało Józek. Ona się zamachnęła, a on się uchylił i ja dostoł w głowę. Józek mnie potem pouczył: "Mos przyjaciela, to musis tyz casem za niego oberwać". Za takie wybryki nieroz dostoł od ojca w skórę. Czasem żal było patrzeć - opowiadał Kuchta.

Dzieci wiejskie były przyzwyczajone do surowości dorosłych. Lanie groziło właściwie za wszystko; nawet całkiem mali karani byli biciem. "Bywało, bawiłem Józka, woziłem go na takim wózku" - wspominał wcześniejsze lata Ludwik Maciasz w filmie Tischner - życie w opowieściach. "No to ja go tak woził... A te drogi kamieniste, to kiegom wywalił, to ta płakoł straśnie brzyćko, i od ich ojca dostołem poskiem nie roz. A ich ojciec to dość uparcie bił. Raz, pamiętom, ze mnie tak obił, zek sie i zesroł"39.

W niektórych wspomnieniach pojawia się jeszcze jeden motyw: Tischner senior karał syna, kiedy zauważył u niego skłonność do wywyższania się. "W domu był niesłychany szacunek dla chłopa, który mi ojciec w razie potrzeby kijem wbijał" - przyznał kiedyś przyszły autor Historii filozofii po góralsku. - Starszy pan Tischner bardzo naszych rodziców szanował - opowiadała Maria Skorupkowa. - Kiedy w 1951 roku nasz tata zmarł, była ostra zima. Wracaliśmy z cmentarza smutni, przemarznięci, wchodzimy do domu, a tu naszykowane, herbata zrobiona. Pan Tischner wiedział, gdzie trzymamy klucz: przyszedł wcześniej, otworzył, nastawił wodę... To było więcej niż jakiekolwiek słowa. -

W rodzinie Maciaszów były cztery córki i dwóch synów. Ojciec trzymał dzieci krótko, było biednie, ale nie pozwalał, żeby "dziadowały".

- Przed wojną po pierwszej komunii robiło się przyjęcie na plebanii, z kawą, herbatą i ciastem. Kto nie zjadł, dostawał kawałek papieru i mógł to, co zostało, zabrać ze sobą. Gosposia widzi, że ja coś marudzę nad talerzem, i pyta: "Marynko, a ty dlaczego nie bierzesz nic do domu?". A ja jej na to: "A bo nasz tata powiedział, żeby my po chałupach nic nie zbierali". I nie wzięłam. Dopiero ta gosposia przyszła za mną i sama przyniosła.

Kiedy po powodzi w trzydziestym czwartym rozdawali mąkę i ziemniaki, nasz tata nie chciał nic. Miał swój honor: powiedział, że sam o dzieci zadba. A nie było łatwo. W czasie I wojny był sześć lat w Rosji, wrócił stamtąd z ciężką astmą. Dużo leżał w łóżku, nie mógł za wiele chodzić, ale pilnował, żeby wszystko szło, jak należy. Zrobił sobie nawet szparę w ścianie, żeby przez nią obserwować, co się dzieje. Kiedy w niedzielę wróciło się z kościoła i siadło do obiadu, pytał, jaka była ewangelia. Jak nie wiedziałeś, toś siedział i patrzył, jak inni jedzą.

Najbardziej bał się o nas, o córki. Zdarzyło się raz, że Hanka, moja siostra, zamiast iść na nieszpory, pojechała saniami z chłopakami i dziewczynami do Waksmunda i z powrotem. Wraca do domu, trochę spóźniona, jeszcze ją jakiś chłopak odprowadzał, a ojciec już każe Staszkowi pasa naszykować. Staszek płacze: "Tato, nie będę bił!". Ale bić musiał, nie było rady. Kiedy po wojnie proboszcz Braś odchodził z parafii, przyszedł do ojca, już wtedy bardzo słabego, i powiada: "Chciałem się z wami, Korkos, pożegnać i podziękować. Boście wychowali córki do tańca i do różańca". W czasie okupacji, kiedy tu było wojsko albo Todt (Ukraińcy), to różnie z dziewczynami bywało. A nas tata upilnował - wspominała Maria Skorupkowa.

"Bardziej niż wychowanie domowe kształtował mnie kontakt z rówieśnikami, poczucie wolności, jakie daje obcowanie z przyrodą, włączenie się w jej rytm" - opowiadał o tamtych latach ksiądz Tischner. "Bliskość z naturą w ogóle zmienia odbiór świata. (...) Dziś dzieci często nie mają innych powinności poza nauką, czyli doskonaleniem siebie. Tymczasem moi koledzy musieli doskonalić gęsi, owce czy krowy... To uczyło przełamywania egocentryzmu"40.

Tischnerowie krów i owiec nie mieli. Obowiązki Józka w gospodarstwie - i to dopiero jak miał lat dziesięć i więcej - ograniczały się do przygotowania i przyniesienia opału: "Jeszcze rąbanie drzewa nie było tak uciążliwe - mówił w rozmowie z Dorotą Zańko i Jarosławem Gowinem - można sobie było wyobrażać, że - wybaczcie - ścina się głowy Niemcom (był to przecież czas okupacji). Ale już piłowanie było cholernie nudne i wyczerpujące"41. Poza tym miał się uczyć, wracać do domu o ustalonej porze i dotrzymywać obietnic.

Wyrastał jednak w świecie, w którym dzieci były od małego uczone odpowiedzialności za gospodarstwo. "Tamto wychowanie też było partnerskie, tylko na innym poziomie - tłumaczył po latach - autorytet był egzekwowany nie tyle ze względu na autorytet, ile ze względu na robotę. Nie dlatego miałeś słuchać ojca, że był ojcem, ale dlatego, że jak nie przypilnujesz krów, to wejdą w szkodę. Było to więc partnerstwo w obowiązkach. Z drugiej strony sytuacja wielu dzieci była wtedy naprawdę opłakana. Pamiętam, jak kiedyś, bawiąc się w wojsko, strzelaliśmy z flaszek z wapnem. Jednemu z kolegów flaszka nie pękła, wyjął ją więc, potrząsnął i wtedy nastąpił wybuch. Zalało mu wapnem oczy. Trzeba było go jak najszybciej zawieźć do szpitala. Ale ojciec nie dał konia, bo koń był spracowany... Więc szedł biedak do lekarza około 10 kilometrów, z przepaską na oczach, prowadzony przez matkę"42.

Ślad na śniegu

"Wtem wybuchła wojna, nie wiedziałem, co to jest, byliśmy wtedy w Łopusznej, zrobił się straszny strach, wszystko uciekło w góry i my też w nich ukryliśmy się, nie wiadomo przed kim"43 - zapisał w dzienniku Józek Tischner.

1 września 1939 roku front na odcinku południowym przesuwał się bardzo szybko; pierwsze bomby spadły na stację kolejową w Nowym Targu rano, a już około godziny szesnastej trzydzieści niemieckie i słowackie oddziały wkroczyły do miasta. W domu Tischnerów zaczęło się pospieszne pakowanie. Rodzice postanowili przedostać się do Stryja w województwie stanisławowskim, do siostry Benigny, która pracowała w ochronce. Najpotrzebniejsze rzeczy upchano w kufrach, resztę zamurowano w szkolnej piwnicy. Sąsiad zobowiązał się, że odwiezie Tischnerów na stację.

- Załadowali kufry i toboły na drabiniok, usiedli z dziećmi na wierzchu, a tata wziął lejce, zakręcił wozem i powiózł ich... w stronę Turbacza - opowiadała Stefania Gryglak. - Pani w krzyk: "Korkos, gdzie nas wieziecie?!". A tata na to: "Pani, siedźcie spokojnie, ja wiem, gdzie was wiezę". Odwiózł ich na Koszary, do rodziny, która mieszkała głęboko w lesie. -

Wrzesień tego roku był wyjątkowo piękny. Na Koszarach panował spokój, dzień schodził dzieciom na zabawie (chłopcy pytali później rodziców, kiedy wybuchnie wojna, bo chcieli znów tam pojechać), a dorosłym na oczekiwaniu nowin o tym, co się dzieje we wsi. Wieści były uspokajające. Owszem, wprowadzono godzinę policyjną i kazano oddać radioodbiorniki oraz broń, ale innych represji nie było. Po dwóch tygodniach Tischnerowie wrócili więc do siebie. Ponieważ nie ogłoszono żadnych rozporządzeń dotyczących nauczania, zaczęli - podobnie jak nauczyciele z innych wiosek - przygotowania do rozpoczęcia roku szkolnego. Klasy wysprzątano (przez kilka dni stacjonowało w nich niemieckie wojsko), wniesiono tablice, ustawiono ławki, zwołano dzieci.

Okupacyjne władze zareagowały z opóźnieniem. 13 października Józef Tischner musiał pojechać do Nowego Targu na spotkanie dyrektorów i kierowników szkół z nowym starostą. W ostrych słowach nakazano nauczycielom usunięcie z programu przedmiotów humanistycznych, zakazano używania podręczników, map i innych pomocy naukowych, a do szkół powszechnych polecono wprowadzić język niemiecki (ten ostatni nakaz po kilku miesiącach cofnięto).

Stefania Gryglak: - O normalnej nauce nie było mowy. Za kilka groszy prenumerowało się pisemko "Ster", w języku polskim, i to się czytało. Głównie żeby nie zapomnieć liter, bo były tam same bajki, wierszyki o przyrodzie i tym podobne. Poza tym była jeszcze religia i rachunki. Kto chciał, to chodził, kto nie chciał, nie chodził. W dodatku co jakiś czas szkołę zamykano, bo Niemcy robili tam szkolenia. Były też okresy, że albo Niemcy, albo własowcy siedzieli w szkole po kilka tygodni. Po każdym ich pobycie trzeba było szkołę od nowa sprzątać. -

Łopuszna wraz z całym powiatem nowotarskim (teraz Kreis Neumarkt) stała się częścią Generalnego Gubernatorstwa. Kontakt ze znajdującym się w granicach Słowacji Jurgowem był odtąd utrudniony. W październiku 1939 roku zaczęło się racjonowanie żywności. Wkrótce we wsi pojawiać się zaczęli pogorzelcy z innych miejscowości, proszący o pomoc przed zimą.

"Na początku 1940 r. okupanci wydali zarządzenie o przymusowym odstawianiu artykułów żywnościowych" - pisze Maria Smarduch. "Każda miejscowość miała wyznaczony kontyngent, z którego musiała się wywiązać. Dotyczyło to zboża, ziemniaków, mleka, jaj, mięsa, wełny". Zwierzęta były kolczykowane. "Odbywały się tak zwane spędy. Gospodarz przyprowadzał w oznaczone miejsce swoje zwierzęta. W Łopusznej odbywało się to na placu, gdzie obecnie stoi budynek remizy OSP. Niemcy wybierali i znaczyli każde wybrane cielę czy krowę, wycinając im literę na prawym udzie. Zapisywali numer kolczyka. W wyznaczonym dniu trzeba było odwieźć tę sztukę do rzeźni w Nowym Targu. Za oddane produkty i zwierzęta Niemcy płacili wódką i talonami, za które można było kupić marmoladę, materiał (najczęściej sztruks) albo drewniaki"44.

Chłopi ukrywali ziarno w stodołach pod sianem lub słomą. "Mięso solono i układano w beczkach, przykrywając kapustą". Co odważniejsi ryzykowali wyprawę na Słowację, żeby tam "kupić mąkę, cukier, sacharynę, papierosy czy materiał na ubranie"45. W tej sytuacji pasja Józefa Tischnera ojca - pszczelarstwo - okazała się zbawienna. Smak do chleba z miodem jego najstarszy syn zachowa do końca życia.

Na przełomie 1939 i 1940 roku w powiecie nowotarskim utworzono judenraty. Rozpoczęto wysiedlanie żydowskich mieszkańców Zakopanego i okolic; część wysiedleńców trafiła do innych miejscowości w powiecie. Wcześniej jeszcze władze niemieckie zajęły w Nowym Targu żydowskie sklepy, przejęły prowadzone przez Żydów firmy i zgromadzone w bankach oszczędności46.

"W okresie międzywojennym Żydów w Łopusznej nie było" - wspomina Maria Smarduch. "Dopiero w 1939 r. przybył do wsi Wertman, który we dworze zajmował się wyrobem masła, sera i oscypków. Został zabity przez Niemców na początku wojny - wyprowadzili go za stodołę i zastrzelili". Prawdopodobnie był pierwszą ofiarą okupanta zamordowaną na terenie wsi, jednak nic bliższego o nim nie wiadomo.

W listopadzie 1939 roku starosta nowotarski nakazał wójtom sporządzenie wykazów mieszkańców w wieku od osiemnastu do sześćdziesięciu lat "z zamiarem wysłania ich do pracy przymusowej w Niemczech. Początkowo Niemcy rozwieszali afisze zachęcające do wyjazdu i oferujące dobre zarobki w Niemczech. Kiedy ochotników nie było, sporządzono listy mężczyzn i kobiet, których nie pytano o zdanie. Wyznaczeni sami musieli się zgłaszać do Arbeitsamtu, skąd byli wywożeni do Rzeszy. Mimo gróźb ludność niechętnie wyjeżdżała i Niemcy zastosowali nowy środek przymusu. Wczesnym rankiem otaczali wieś i chwytali każdego, kto znalazł się na drodze. Ofiary ładowano na ciężarówkę i wywożono w nieznane. W ten sposób z Łopusznej kilkanaście osób znalazło się w Niemczech, gdzie pracowały u bauerów, a także w fabrykach broni"47.

W maju 1940 roku w Łopusznej odbyła się kolejna pierwsza komunia: uroczyście, w odświętnych ubraniach, ale już bez poczęstunku na plebanii. Józek Tischner przygotował się na ten moment bardzo starannie, jak można sądzić z anegdoty mówiącej o jego późniejszej okupacyjnej spowiedzi w Rabie Wyżnej. Chłopiec przystąpił do niej, uprzednio skwapliwie spisawszy na kartce wszystkie swoje grzechy. Kiedy tamtejszy proboszcz zorientował się, że mały penitent czyta z kartki, wychylił się z konfesjonału, zabrał mu ją, podarł i kazał dokończyć z pamięci.

Tydzień lub dwa po komunii zorganizowano bierzmowanie. - Poszliśmy w tych samych ubraniach pieszo do Ostrowska. Boso, białe trepki trzeba było nieść w rękach, żeby nie ubrudzić. Ksiądz tak to urządził, bo wojna, może się nie docekomy, może zginiemy... Ludzi było tyle, że się zgubiłam z Bronką, moją siostrą, która miała mi być świadkiem - wspominała Stefania Gryglak. Świadkiem Tischnera był Tadeusz Bryjewski, ojciec jego najbliższego kolegi. Józek wybrał na bierzmowanie imię Jan.

Kazimierz Tischner: - Rodzice opowiadali, że jeden z niemieckich oficerów zobaczył któregoś dnia Józia przed szkołą i przypomniał mu się jego syn. Potem ilekroć Józia spotykał, dawał mu cukierki. Czasem zachodził do mieszkania i przynosił rodzicom coś do jedzenia. Nawet nie było ważne, co przynosił, ale to, że przez jakiś czas żyło się bez strachu. -

W tym czasie na nauczycieli spadły jednak pierwsze represje. Najpierw zabroniono nauczania małżeństwom, co dla Weroniki Tischnerowej oznaczało utratę z dnia na dzień dotychczasowej posady. Potem rozpoczęto akcję przenoszenia nauczycieli, a zwłaszcza kierowników szkół, do innych miejscowości, by oderwać ich od własnych środowisk i utrudnić prowadzenie pracy w konspiracji. Od maja 1940 roku Józef Tischner ojciec zaczął dojeżdżać do Chabówki (kierownik tamtejszej szkoły Stefan Samogyi dostał z kolei nakaz pracy w Łopusznej), a ponieważ nie miał tam mieszkania, rodzina pozostawała na razie na dawnym miejscu. Z zachowanego dziennika lekcyjnego z roku 1940/1941 wynika, że Józek uczęszczał do szkoły w Łopusznej do listopada 1940 roku. W sobotę 9 listopada pojawił się w klasie po raz ostatni. Od następnego tygodnia jego nieobecność nie była odnotowywana, tylko w rubrykach wpisano niebieskim ołówkiem: Raba Wyżna. Było to nowe miejsce pracy ojca.

W Rabie Wyżnej Tischnerowie zamieszkali w dużym drewnianym domu należącym do Jana i Anieli Trybułów. Wybudowany w latach dwudziestych z myślą o przyjmowaniu letników, omal nie został spalony na początku wojny: podczas rewizji Niemcy znaleźli w jednej z szuflad naboje pozostawione przez żandarma, który wynajmował tam pokój. Teraz w domu mieszkały dwie rodziny: na dole - Trybułowie z dwójką młodszych dzieci, Zofią i Hieronimem, a na górze - najstarsza córka Cecylia z mężem Józefem Łachem i dwuletnią córeczką Jadzią (Marian Tischner, który miał wówczas pięć lat, zapamiętał dziewczynkę, która ciągle spadała ze schodów...).

Tischnerowie zajęli dwa pokoje na parterze. Staremu Trybule przypadł do gustu nauczyciel, który hodował pszczoły, znał się na drzewach i interesował się gospodarstwem. "Tiśnier wie", mawiał z uznaniem. Był to bardzo trudny okres: biedę, będącą wynikiem działań wojennych oraz polityki władz okupacyjnych, pogłębiły jeszcze dwa nieurodzajne lata - 1940 i 1941. Ciężki był zwłaszcza przednówek 1941 roku. Żeby mieć co jeść, wspólnie z Łachami Tischnerowie hodowali niekolczykowaną (czyli nierejestrowaną) świnię, za co groziła wywózka do obozu. Chleb Weronika Tischnerowa piekła w domu; mąkę dostawała od najstarszego brata z Jurgowa. Dorabiała haftowaniem. Rosnącemu szybko Józkowi trzeba było nieustannie przerabiać ubrania.

- Nauczyła mnie szyć, haftować, na drutach robić, kleić pierogi - wspomina córka Trybułów, Zofia Bachul. - Miałam wtedy jedenaście lat. Tylko na mnie skinęła, ja - chusteczkę na głowę, fartuszek i do roboty. Dobrze się z nią pracowało, była ożywiona, wesoła, pochwaliła, kiedy coś się udało. Robota szła bardzo sprawnie. -

Józek, tak jak i inne dzieci w jego wieku, chodził do zlewni przy stacji kolejowej po tak zwaną seperę, czyli to, co pozostawało z mleka po odciągnięciu tłuszczu. Był to przykry obowiązek: chłopiec musiał stać w kolejce nieraz kilka godzin. Zdarzało się, że wypchnięto go z kolejki i wracał do domu z niczym. Latem resztę dnia spędzał nad potokiem; woda w nim była ciepła, ryb pełno, kobiety przychodziły z kijankami prać bieliznę. Zimą siedział przeważnie w domu; dużo w tym czasie czytał, głównie Sienkiewicza. Książki pożyczał od mieszkającej w sąsiedztwie nauczycielki, Kazimiery Biel.

Ojciec uczył w dwóch szkołach: "białej" (otynkowanej) przy kościele i "czerwonej" (z surowej cegły), znajdującej się w górze wsi. Dojeżdżał też rowerem na zastępstwo do pobliskich Rokicin. Pracy miał więc dużo, a uczniom w wojennym czasie nie bardzo się chciało uczyć. Warunki były ciężkie; kiedy przychodziły mrozy, mówił: "W jednym kącie siadajcie, żeby zimno nie było" - bo w szkole paliło się drewnem.

- Wyszliśmy kiedyś po lekcjach - opowiadał Hieronim Trybuła - a akurat o dwunastej grabarz dzwonił, więc my od razu - do kościoła, na dzwonnicę, żeby sznury ruszać. Pan Tischner nas przyuważył; siedzimy sobie na górze zadowoleni, a tu z dołu rozlega się nagle jego głos: "Schodzić!". Zeszliśmy pokornie, każdy trzcinowiskiem oberwał, a ponieważ pręgi było widać, to jeszcze mi potem ojciec poprawił. W domu pan Tischner często mnie odpytywał: jak usłyszał przez ścianę, że już z siostrą nie śpimy, tylko dokazujemy, wołał: "Herry, tabliczka mnożenia!" - i zaczynało się. Bardzo mu zależało, żebyśmy się uczyli. -

Najsilniejsze wspomnienie Mariana Tischnera z tego czasu to krwawy odcisk człowieka na śniegu niedaleko domu, w którym mieszkali. Mężczyzna, który tam leżał, przeżył; nie była to ofiara wojny, tylko jeden chłop w bójce dźgnął nożem drugiego. - Pamiętam ten ślad i pamiętam, że staliśmy z Józkiem i patrzyliśmy, jak wrony chodzą i dziobią ten zakrwawiony śnieg. -

Zofia Bachul: - Józek chodził do "białej" szkoły, robił tu drugą i trzecią klasę. Na lekcjach bardzo dużo się zgłaszał. Nic dziwnego, w końcu umiał najwięcej ze wszystkich. Zawsze potrafił wskazać w książce odpowiedni fragment: "Jak przeczytasz ten urywek, to wszystko będziesz wiedzieć" - mówił. Pamiętam, że w szkole tylko raz oberwał w skórę. Podobała mu się Jadzia Możdżeń, śniada, bardzo ładna dziewczyna. Posłał do niej na lekcji karteczkę, a pan Tischner to zauważył. Dostał wtedy straszne baty - na jej ławce! -

Po latach ksiądz Tischner żartował, że miłość szybko mu wtedy przeszła, bo kompromitacja była zbyt wielka.

Z dziennika nastoletniego Józka o pobycie w Rabie Wyżnej dowiadujemy się niewiele. "Tam zacząłem książki czytać i zastanawiać się, czym będę. Mam zdolności do malarstwa, jednak malarzem nie będę, tylko lotnikiem. Tam zacząłem budować pierwsze modele samolotów, jednak żaden z nich nie wzleciał"48. Również we wspomnieniach dorosłego Tischnera z tego okresu pojawiają się jedynie pojedyncze sceny. "Kiedyś byłem świadkiem takiej sytuacji: mój kolega przechodził przez most, naprzeciwko niego szedł żołnierz niemiecki (potem się okazało, że to był Ślązak mówiący po polsku). Ten mały chłopak przeszedł koło niego, cały przestraszony. Żołnierz kazał mu się wrócić i oddać mu cześć"49.

Jednym z najwyraźniej zapamiętanych przez niego obrazów był widok nowotarskich Żydów zamiatających w soboty ulice miasta: lekarzy, adwokatów, osób powszechnie szanowanych. I antyżydowskich plakatów rozlepianych na murach przez okupantów. Któregoś dnia Tischner był świadkiem przejmującej sceny: "Stary Żyd z brodą poszedł za miasto na spacer i jakiś wyrostek zaczął obrzucać go kamieniami. Mnie wtedy przeszły ciarki, a ten Żyd mówi: "Czekaj, ja znam twojego ojca i wszystko mu powiem". Ten ojciec by tego nie pochwalał. Pewnie każdy ojciec by za to złoił skórę"50.

W Nowym Targu mieszkało przed wojną ponad dwa tysiące czterystu Żydów, stanowili przeszło dwadzieścia procent mieszkańców miasta. W maju 1941 roku władze okupacyjne postanowiły utworzyć w mieście getto. Na terenie zamieszkanym dotąd przez nieco ponad trzystu Żydów stłoczono ich blisko dwa tysiące (znaleźli się tam również wysiedleńcy z innych miejscowości). Jednak jesienią getto zlikwidowano, a jego mieszkańcom pozwolono wrócić do wcześniej zajmowanych domów. "W Kreis Neumarkt aż do wiosny 1942 r. nie doszło do żadnych masowych egzekucji na Żydach" - pisze badaczka Karolina Panz, zwracając jednocześnie uwagę, że relatywnie dobre - w porównaniu z innymi rejonami Generalnego Gubernatorstwa - warunki życia na Podhalu sprawiły, iż wielu miejscowych Żydów nie zdecydowało się na ucieczkę przez Słowację i Węgry51.

Pierwsza egzekucja miała miejsce w kwietniu 1942 roku. W czerwcu i lipcu zastrzelono kilkadziesiąt osób, a ponad sto wywieziono do obozu w Bełżcu. Apogeum akcji przeciwko Żydom przypadło na koniec sierpnia. W niedzielę 30 sierpnia o godzinie szóstej rano wszystkim żydowskim mieszkańcom Nowego Targu nakazano się stawić na stadionie niedaleko dworca. Tam dokonano selekcji: kilkadziesiąt osób, głównie młodych mężczyzn, wybrano do pracy w okolicznych warsztatach. Wyselekcjonowano też osoby starsze, chore i kalekie, dołączając do ich grupy członków judenratu. Resztę - około tysiąca pięciuset osób - wśród krzyków i bicia zaczęto upychać do wagonów. Pociąg ruszył około godziny czternastej. Wtedy pozostałych na stadionie Żydów wywieziono ciężarówkami na nowotarski cmentarz i tam rozstrzelano. Na cmentarz doprowadzono również tych, którzy nie stawili się na stadionie. Przy kopaniu i zasypywaniu dołów pracowało trzydziestu junaków Baudienstu (Służby Budowlanej) - dwudziestoletnich mężczyzn, stacjonujących w Harklowej, ale na co dzień zatrudnionych w Łopusznej przy budowie wznoszonej przez Niemców pstrągarni52.

Niewielu Żydom udało się uciec. Przez następne miesiące zorganizowane straże chłopskie i podszywające się pod nie grupy wyrostków przeczesywały okoliczne lasy. Złapanych i doprowadzonych na gestapo także rozstrzeliwano na cmentarzu. W listopadzie spadł pierwszy śnieg i ukrywanie się stało się jeszcze trudniejsze53. Maria Smarduch podaje, że w Łopusznej na Koszarach u Moniki i Franciszka Kalatów przez dłuższy czas (według Mariana Tischnera - dwa i pół roku) miał kryjówkę człowiek o nazwisku Perez Berchałd, który przed wojną prowadził masarnię w Maniowach i od Kalatów kupował mięso. Udało mu się przeżyć, po wojnie wyjechał do Izraela i aż do roku 1968 utrzymywał kontakt z rodziną, której zawdzięczał ocalenie54.

W tym czasie Tischnerowie mieszkali już w Rogoźniku. Ojciec został tam skierowany do pracy wiosną 1942 roku. Budynek szkoły, w której znów objął posadę kierownika, powstał pod koniec XIX wieku. Układ miał typowy - po jednej stronie długa, jasna klasa, po drugiej mieszkanie nauczycielskie, na dachu wieżyczka z sygnaturką, którą zwoływało się dzieci na lekcje - ale był murowany. Mieszkanie składało się z dwóch pokoi - dużego, z oknami na południe, i małego, wychodzącego na wschód - oraz kuchni i spiżarni. Za szkołą znajdowała się mała piwnica i drewutnia. Tischnerowie wydzierżawili koło szkoły zagon i posadzili ziemniaki; Marian Tischner twierdzi, że takich gruli jak w Rogoźniku nie jadł już nigdy potem. Ziemia była urodzajna - ziemniaki wychodziły z niej czyste, a po ugotowaniu były sypkie w środku i miały niepowtarzalny zapach. W drewutni, za stertą torfu i drewna na opał, rodzice znów hodowali niekolczykowaną świnię. Ojciec przywiózł też z Raby Wyżnej swoje ule wraz z pszczołami.

Mimo to okresami - zwłaszcza zimą i na przednówku - bywało głodno. Weronika Tischnerowa wysyłała wówczas syna albo któregoś z uczniów, żeby obszedł wieś, ciągnąc za sobą saneczki, i zebrał nieco żywności. Ludzie dawali po kilka ziemniaków, garść zboża, odrobinę oleju; w podobny sposób zbierano zresztą także opał dla szkoły. Kilka razy dotarła przez granicę pomoc z Jurgowa: worek mąki lub kaszy. Przyjeżdżały siostry matki, zakonnice, przyjeżdżali (w wakacje) kuzyni z Sącza, ukrywała się w Rogoźniku bratanica ojca Janina, której groziło wywiezienie na roboty do Niemiec. Stefania Bryjewska, która działała w Polskim Komitecie Opiekuńczym, przywiozła raz Józkowi marynarkę, spodnie i buty. Były za małe - matka wymieniła je u sąsiadów na... litr oleju lnianego, którym palono w kagankach.

Nauka w szkole wyglądała tak samo jak w Łopusznej: rachunki, rysunki, śpiew, religia (z przerwami - gdy władze nie pozwalały księdzu z Ludźmierza dojeżdżać na katechizację), geografia Generalnego Gubernatorstwa i drukowane w przysyłanym co dwa tygodnie "Sterze" wierszyki. Dla bezpieczeństwa dzieci przychodziły do szkoły i wracały z niej parami. Kierownik sprawdzał przed wejściem nogi uczniów, ubłoconych odsyłał nad rzekę. Chodziło się boso aż do pierwszych mrozów. Gdy przychodził najtęższy mróz, zdarzało się, że torf, którym palono w piecach, zamarzał i szkołę zamykano. Na przerwach dzieci wybiegały na niewielkie boisko, bawiły się w ciuciubabkę, w rybaka (łapały się za ręce i tworzyły sieć, w którą trzeba było schwytać uciekające dziecko - rybę).

Dzieci nie bardzo chciały się uczyć. Irena Chowaniec (z domu Tylka) pamięta, że któregoś dnia, po dwóch tygodniach nauki pisania, okazało się, że w całej klasie tylko ona potrafi napisać na tablicy literę "p". Kiedy to zrobiła, pan Tischner kazał wszystkim podchodzić i tę literę całować. Całowali, aż została po niej na tablicy biała plama.

Kazimierz Tylka "Kułachów" siedział z Józkiem Tischnerem w jednej ławce: - Józkowi strasznie się nudziło. Jak zaczynał przeszkadzać w lekcji, ojciec mówił: "Józek, chodź na środek i ucz". Raz czy drugi zresztą prowadził lekcje, jak ojca gdzieś wezwali, ale posłuchu nie miał. Po szkole biegliśmy nad rzekę łapać ryby. Jak był głód, to z pierwszą złapaną rybą leciało się od razu do domu. Kiedyś wchodzimy do wody, a tu idą folksdojcze. Łapać ryb nie było wolno. Schowaliśmy się, ale zabrali nasze ubrania i zanieśli do sołtysa, żeby spisał, czyja własność. Wróciliśmy do domu w gatkach, mówimy co i jak. Pan Tischner poszedł do sołtysa i ubrania przyniósł. -

Chałupa "Kułachów" stała po drugiej stronie drogi, naprzeciwko szkoły. - Po lekcjach pan Tischner wychodził przed szkołę i zaczynał: ten się będzie żenił z tą, ta się wyda za tego - na cały głos. Lubił żarty. - Kiedyś zobaczył, że Tylkowa wystawiła przed dom gorące moskole. Pozbierał je, schował; jak domownicy wrócili z pola, zaczęło się dochodzenie, kłótnia, doszło już prawie do bitki. A on stał na schodkach szkoły, śmiał się i kurzył.

- Kurzac był przeokropny. Jak ino zaszedł do nas, to zaraz do ojca: "Józefie, zakurzymy se". Przywiózł skądś raz mocnego tabaku, liścioka oczywiście, bo prawdziwych papierosów nie było. Listki były małe, całkiem corne - a taka to była siła, że nie było kurzaca, który by zrobionego z nich papierosa za jednym razem wypolył. Dymek szedł niebieski jak z siarki. A on to kurzył. Jak tylko skończył w szkole zajęcia, to - ku chłopom. Papierosy, gadki... O czym można było gadać? Strach był ogromny, za głupie słowo był Oświęcim albo kulka w łeb. Ludzie się nawet Oświęcimia tak nie bali jak tej męki przedobozowej, przesłuchań, bicia... Mówiło się o krowach, o ziemniokach, o trowie, o dziewkach, bo wiadomo było, że są we wsi konfidenci. Nawet zbierać się nie było wolno. Ale ludzie się ku sobie garnęli. W sobotę, w niedzielę chodziła nieraz po domach muzyka. Nie było gorzały, nie było bałamuty. Razem ludzie się mniej bali. -

Tischner ojciec umyślił sobie kiedyś, że będą z chłopami robić prąd. Nie było czym świecić: kaganki z olejem śmierdziały i okropnie kopciły. Niemcy sprzedawali po wsiach paliwo samolotowe, benzol, do lamp, ale ludzie nie chcieli nim palić, bo wybuchało i zdarzały się pożary. - Chłopy nacieni litrowyk butelek, do tego kwas siarkowy, płytka cynkowo, druga płytka miedziano i żaróweczka z lampki. Narobili się przy tym, napoprawiali, upaprali się - żaróweczka świeciła piętnaście minut - opowiadał Kazimierz Tylka.

Dla dwunastoletniego Józka Tischnera najgorsze było poczucie bezradności. Za młody, żeby konspirować, był jednocześnie na tyle duży, żeby sporo z wojny rozumieć. "Tu zacząłem też jaśniej pojmować wojnę i czytać gazety"55 - napisze w dzienniku o latach spędzonych w Rogoźniku.

"Kiedyś w czasie okupacji jechałem z ojcem pociągiem z Chabówki do Nowego Sącza" - opowie w 1992 roku Annie Karoń-Ostrowskiej. "Pociąg jechał przez góry, lasami i bywał obiektem napadów partyzanckich, dlatego Niemcy dość często go kontrolowali. I właśnie tego dnia również wpadli Niemcy, szukali partyzantów czy może szmuglowników, nie wiem. Weszli do wagonu - najpierw polski policjant, za nim Niemcy - no i polski policjant powiedział: "Wszyscy mężczyźni wstać. Ręce do góry!". Nie bardzo wiedziałem, co mam robić - byłem stosunkowo wysoki jak na swój wiek, chociaż miałem dopiero jedenaście czy dwanaście lat. Na wszelki wypadek wstałem i też podniosłem ręce. Wówczas Niemiec podszedł do mnie i spytał, ile mam lat, a usłyszawszy odpowiedź, kazał mi usiąść. Byłem wtedy strasznie zawiedziony, że nie zaliczono mnie do wrogów Trzeciej Rzeszy"56.

Przypisy

W przypisach zastosowano następujące skróty odnoszące się wybranych do książek ks. Józefa Tischnera: DNPK - Dziennik 1944-1949. Niewielkie pomieszanie klepek, Kraków 2014; FD - Filozofia dramatu, wyd. 2 (właśc. 4), Kraków 2012; ESHS - Etyka solidarności oraz Homo sovieticus, wyd. 2 rozszerzone, Kraków 2005; IPPB - Idąc przez puste Błonia, wyd. 2, Kraków 2014; KNM - Ksiądz na manowcach, wyd. 2, Kraków 2007; KPM - Kot pilnujący myszy, Kraków 2019; MCG - Mądrość człowieka gór, Kraków 2019; MPAP - Adam Michnik, ks. Józef Tischner, Jacek Żakowski, Między Panem a Plebanem, Kraków 1995; MWW - Myślenie według wartości, wyd. 2 (właśc. 6), Kraków 2011; NDW - Nieszczęsny dar wolności, wyd. 3 poprawione, Kraków 2015; OWTMOB - Oby wszyscy tak milczeli o Bogu. Z ks. Józefem Tischnerem rozmawia Anna Karoń-Ostrowska, Kraków 2015; PKD - Polski kształt dialogu, Kraków 2002; PM - Polski młyn, Kraków 1991; PPB - Przekonać Pana Boga. Z ks. Józefem Tischnerem rozmawiają Dorota Zańko i Jarosław Gowin, wyd. 2, Kraków 2010; ŚLN - Świat ludzkiej nadziei, wyd. 3 (właśc. 6), Kraków 2014;WKSW - W krainie schorowanej wyobraźni, wyd. 3, Kraków 2013.

1 Ks. Józef Tischner, Wędrówki w krainę filozofów, wyd. 2, Kraków 2017, s. 16.

2 Cezary Wodziński, Między anegdotą a doświadczeniem. Rozmowy w Ubliku z udziałem Piotra Augustyniaka, Justyny Góreckiej, Kuby Mikurdy, Marcina Rychtera, Gdańsk 2007, s. 121.

3 Ks. Józef Tischner, Spór o istnienie człowieka, wyd. 2, Kraków 2011, s. 5.

4 Ks. Józef Tischner, wspomnienie o kard. Karolu Wojtyle, audycja radiowa, Radio Kraków, data realizacji: 1978.

5 Godzina szczerości, program telewizyjny, TVP, data realizacji: 1994.

6 MPAP, s. 206.

7 Michał Bardel, Ani wolność, ani dialog, "Tygodnik Powszechny" 2010, nr 26, dodatek: Słuchajcie Tischnera, s. IX.

8 O. Ludwik Wiśniewski OP, Nigdy nie układaj się ze złem. Pięćdziesiąt lat zmagań o Kościół i Polskę, Kraków 2018, s. 176-177.

9 PM, s. 369.

10 Krzysztof Michalski, Tischner, w: tegoż, Eseje o Bogu i śmierci, Warszawa 2014, s. 23-25.

11 Sebastian Chowaniec, Życiorys Jana Tomlana, obywatela z Jurgowa, rękopis w posiadaniu rodziny. Cytując lub parafrazując, posługuję się częściowo transkrypcją i redakcją dokonaną przez Mariana Tischnera (Rodzina Kraińskich i Tischnerów, red. i oprac. Barbara i Marian Tischnerowie, Kraków 2014). Oryginalny zapis jest czytelny, ale w dużej mierze fonetyczny, co czytelnikom na pewno utrudniłoby lekturę. Nieco inną wersję spotkania ze "studantami" przedstawia (za Janem Plucińskim) Jadwiga Plucińska-Piksa w artykule: Z Polski do Jurgowa, z Jurgowa do Polski, "Na Spiszu" 2009, nr 1-2 (70-71). W tym oraz kolejnych artykułach, publikowanych w następnych numerach pisma, znaleźć można więcej informacji o dalszych losach czwórki gimnazjalistów.

12 Andrzej Krawczyk, Słowacja księdza prezydenta. Jozef Tiso 1887-1947, Kraków 2015, s. 171.

13 Por. MPAP, s. 13.

14 Wiele danych biograficznych dotyczących najstarszych losów rodzin Chowańców i Tischnerów pochodzi z opracowania Rodzina Kraińskich i Tischnerów, dz. cyt. Jest to publikacja prywatna, przeznaczona dla rodziny i przyjaciół.

15 Leon Szkocki, Krótka historia mych przeszło 30-letnich usiłowań zmierzających do uświadomienia i podniesienia Jurgowa na wyższy poziom społeczny i kulturalny, rękopis i maszynopis udostępnione mi przez Barbarę i Piotra Poźniaków.

16 Rodzina Kraińskich i Tischnerów, dz. cyt., s. 119.

17 Tamże, s. 125.

18 Tamże, s. 108.

19 MPAP, s. 8.

20 Maria Smarduch, Łopuszna - mała ojczyzna, Kraków 2008, s. 88.

21 Tamże, s. 101-102.

22 Wspomnienie Weroniki Tischnerowej w: Lekcja anatomii, czyli spotkania z chirurgią, red. Wojciech Noszczyk, Warszawa 1992. Wedle tej relacji te dramatyczne wydarzenia rozegrały się w grudniu 1933 r. Jednak opisany niżej przez Marię Smarduch epizod z jej bratem Leonem każe przypuszczać, że działo się to rok później.

23 Szymon J. Wróbel, Jego oczami, czyli co nie zostało dopowiedziane w najnowszym dokumencie o ks. Józefie Tischnerze, Kraków 2014, s. 18.

24 Wspomnienie Weroniki Tischnerowej, dz. cyt.

25 Ks. Józef Tischner, Wstęp, w: Gronków i gronkowianie, praca zbiorowa, Gronków 1998.

26 Maria Smarduch, dz. cyt., s. 102.

27 DNPK, s. 29.

28 Tamże.

29 MCG, s. 9-10.

30 Maria Smarduch, dz. cyt., s. 102.

31 OWTMOB, s. 38.

32 DNPK, s. 31.

33 Tamże, s. 32.

34 MPAP, s. 12.

35 MCG, s. 9.

36 DNPK, s. 32.

37 Tamże, s. 29-31.

38 Maria Smarduch, dz. cyt., s. 100.

39 Witold Bereś, Artur Więcek "Baron", Tischner - życie w opowieściach, Warszawa 2008, s. 23.

40 PPB, s. 140-141.

41 Tamże, s. 140.

42 Tamże, s. 142.

43 DNPK, s. 33.

44 Maria Smarduch, dz. cyt., s. 19-20.

45 Tamże, s. 20.

46 Karolina Panz, Powiat nowotarski, w: Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski, t. 2, pod red. Barbary Engelking i Jana Grabowskiego, Warszawa 2018, s. 225.

47 Maria Smarduch, dz. cyt., s. 22.

48 DNPK, s. 33-34.

49 OWTMOB, s. 177.

50 MPAP, s. 60.

51 Karolina Panz, dz. cyt., s. 231-233.

52 Por. tamże, s. 267-275.

53 Tamże, s. 290.

54 Maria Smarduch, dz. cyt., s. 26.

55 DNPK, s. 43.

56 OWTMOB, s. 58.