WRZESIEŃ
Z pamiętnika Natalii
Nikomu jeszcze o tym nie mówiłam. No, prawie nikomu, tylko Linka wie. Chyba dlatego założyłam ten pamiętnik. Oczywiście, nie żaden tam papierowy sztambuch jak za króla Ćwieczka, bo ja już prawie nie umiem pisać ręcznie. Nawet jak w szkole robię jakieś notatki, to wygląda to naprawdę okropnie. Dlatego piszę na komputerze. Założyłam sobie folder, który nazywa się "Wojny napoleońskie". To po to, żeby nikomu, a już w szczególności mamie, nie przyszło do głowy tu zajrzeć. Podobno nasze dzieci w ogóle nie będą już umiały utrzymać długopisu w ręku. Dzieci! Chyba nie moje, bo ja raczej nie chcę ich mieć. Po tym, co się dzieje w domu, już na sam dźwięk słowa "rodzina" robi mi się niedobrze.
Moi rodzice postanowili się rozwieść. To o tym nikomu nie mówiłam. Nie wiem czemu, ale jakoś mi wstyd. Może dlatego, że akurat rodzina to był w moim życiu paradygmat, podstawa, coś, czego zawsze byłam pewna. Może i zdawałam sobie sprawę, że to, co łączy mamę i tatę, to nie jest jakieś love story jak z filmu, ale przecież takie miłości istnieją tylko w durnych komediach romantycznych. Oni po prostu zawsze byli razem, my byliśmy razem.
A zresztą, ostatnio to nawet miałam wrażenie, że jest lepiej. Mama się jakby bardziej starała, byłyśmy razem na zakupach i nawet namówiłam ją, żeby sobie kupiła mini - pierwsze mini w życiu! Mama ma całą szafę ciuchów, ale same jakieś takie nobliwe spódnice za kolano, ohydne po prostu! A ma takie ładne nogi! Tylko za mało dba o siebie i za mało eksponuje swoją urodę. Stylizuje się na szarą mysz, a przecież jest ładna, a nawet piękna, nie to, co ja! Kiedyś nawet uważano mnie za ładną. Niestety, ostatnio wyglądam jak pasztet. A mama ma taką klasyczną urodę, jak jakieś dawne, włoskie gwiazdy kina. No i w tej mini wyglądała zarąbiście! Mini, nowe bluzki - z dekoltem, a nie golfy, jakie zwykła nosić - jakieś apaszki... Naprawdę zaszalała na tych zakupach, a ja nie narzekałam, bo przy okazji i mnie coś tam skapnęło. Potem zaczęła dla taty gotować, nawet się z niej podśmiewałam z dziewczynami, że próbuje rozniecić żar w swoim starym, nudnym małżeństwie. Ha! Nie myliłam się, próbowała.
Tylko że już nie było czego rozniecać, sam popiół został, a z popiołu niczym feniks wyłoniła się szpareczka-sekretareczka, koleżaneczka z pracy. Dwadzieścia lat młodsza. No po prostu rzyg. Widziałam jej zdjęcie. I to gdzie! W komórce taty na tapecie! Bo jak tata powiedział mamie, to w ogóle przestał się przejmować tym, że komuś może być przykro, i sobie ją zainstalował, gdzie się da. Dobrze, że nie przyjęłam taty do znajomych na fejsie, chociaż chciał. Pewnie bym się zaraz dowiedziała, że jest w związku z użytkownikiem Alicja Fałat, bo dziunia tak się nazywa. Alice, who the fuck is Alice?! [1] No rzyg, naprawdę.
Teraz matka nie musi się już starać, ciągle zakłada te nobliwe stroje jak do biura albo chodzi cały dzień w szlafroku. I znowu przestała się malować. Tak jakby nie mogła się ładnie ubrać dla siebie, jeśli już nie dla ojca. Wkurza mnie strasznie, bo w dodatku płacze całymi dniami i w ogóle nie da się z nią rozmawiać. Mnie się też chce płakać, ale ja zawsze byłam odporniejsza. A przynajmniej staram się nie rozklejać, jedna histeryczka w domu wystarczy.
Linka mówi, że jestem przecież prawie dorosła, że nie tracę żadnego z rodziców, tyle że nie będą razem, ale żadne z nich przecież nie umarło. A potem jeszcze mówi, żebym zajęła się lepiej sobą i Marcinem, że wszyscy dookoła się rozwodzą i to nie jest żaden koniec świata. Jasne, z perspektywy jej świata łatwo tak powiedzieć. Jej rodzina zawsze była taka poskładana z części, że pewnie samej Lince trudno powiedzieć, co właściwie znaczy to słowo.
Jej ojciec nie żyje, ma ojczyma, z którym jej mama ma drugie dziecko, jej przyrodniego brata. I jeszcze jakiś czas temu dowiedziała się, że Kaśka to jej siostra rodzona, którą mama kiedyś oddała do domu dziecka. To była tajemnica w całej rodzinie i jak Adam, jej ojczym, się o tym dowiedział, to odszedł od jej mamy, a potem wrócił i teraz są znowu razem. No właśnie, powiedziała mi, że może moi rodzice też do siebie wrócą. Tyle że wrócić to do siebie można, jak nie było zdrady. Zdrady się nie wybacza - uzmysłowiłam jej szybko.
Nie powiem, walnęłam z grubej rury, bo przecież Linki chłopak też ją w sumie zdradził, jak był w Londynie. Mogłam trzymać język za zębami. A wtedy ona rzuciła, że, jak widać, nawet zdradę można wybaczyć, ale potem się popłakała, więc nie wiem do końca, jak to między nimi jest. Ja bym tam na pewno nie wybaczyła czegoś takiego. Jeśli związek ma taką skazę, to po co go w ogóle kontynuować? Dla mnie nie miałoby to najmniejszego sensu. Ludzie się muszą kontrolować - jeśli nie potrafią, to są nic niewarci. Tak mi się wydaje.
No ale przez ten rozwód, a może raczej dzięki niemu (wiem, że to brzmi okropnie - bo czuję się trochę jak sęp, który cieszy się, że coś sobie może uszczknąć ze świeżej padliny) moja sytuacja zmieniła się diametralnie. Wcześniej miałam wyrzuty sumienia, że zawaliłam egzamin i przez to nie dostałam się do żadnego dobrego liceum, ale jak rodzice mi powiedzieli, co planują, to przestałam mieć opory. Już wcześniej mi proponowali liceum prywatne, w końcu stać ich na nie, ale uniosłam się honorem. Efekt był taki, że przez rok chodziłam do megasłabego liceum. Może i byłam tam najlepsza, ale co z tego? Wiedziałam, że po czymś takim nie mogę nawet marzyć o dostaniu się na medycynę. A ja już teraz wiem na pewno, co chcę robić w życiu.
Oczywiście wystarczyło, że powiedziałam słowo, ojciec natychmiast zadzwonił do piątki. To najlepsze prywatne liceum w Warszawie, takie dla ambitnych. I nie dość, że okazało się, że mają miejsca w drugiej klasie, a właściwie jedno miejsce, bo ktoś właśnie zrezygnował, to jeszcze zmienili siedzibę. Szkoła będzie się mieściła - uwaga! - na dwudziestym piętrze Pałacu Kultury! Rewelacja, nie mogę się doczekać. Trochę się boję, bo to znowu nowa klasa i tak dalej. Ale - jak to powiedziała Linka - czas zająć się sobą.
Natalia zamknęła dokument nazwany dla niepoznaki "Waterloo", a potem cały folder. Uśmiechnęła się pod nosem. Wojny napoleońskie. Nieźle to wymyśliła. Zawsze była bystra. A teraz, w nowej szkole, musi pokazać się z najlepszej strony. To oczywiście obejmowało również wygląd. Już wczoraj dokładnie obmyśliła, w co się ubierze. W końcu pierwszy dzień jest najważniejszy.
Miała w czym wybierać. Rok temu tata kupił jej nową szafę, taką do zabudowy, na cały pokój. Wcześniej bolała nad tym, że nie może sobie wszystkiego ułożyć tak, jak by chciała. Miała wrodzone zamiłowanie do porządku. Ubrania ułożyła porami roku, a później kolorami.
Najpierw zdecydowała się na swoją ulubioną czarno-białą sukienkę w graficzny, opartowy wzór. Skromna, szlachetnie prosta sukienka, w której zawsze robiła dobre wrażenie. Jednak gdy ją przymierzyła, okazało się, że nie leży za dobrze.
Odchudzała się w Portugalii, ale zapewne niewystarczająco... Musiała być tam gruba jak świnka Peppa, skoro po dwóch tygodniach odchudzania nadal nie wchodziła w tę sukienkę. No tak, kiecka była jeszcze z czasów rozmiaru 34... Musi się wziąć za siebie.
Na szczęście w szafie było znacznie więcej ciuchów. Zdecydowała się na czarne rurki, do tego biała jedwabna bluzka z bufkami. I buty na obcasie, oczywiście. Wyglądała pięknie. A jak w końcu więcej schudnie, będzie wyglądała jeszcze lepiej. Wszystkie jej koleżanki były od niej chudsze. Jak one to robiły?
Nic dziwnego, że z tych castingów wtedy nic nie wyszło. Pewnie po prostu była za gruba, a w agencjach szukają zawsze bardzo chudych dziewczyn.
Natalia sprawdziła jeszcze raz, czy przygotowane na jutro ubranie jest na swoim miejscu, i położyła się spać. Ale długo jeszcze przewracała się z boku na bok, próbując nie myśleć o rodzicach, o nowej szkole, ani o tym, jak skuteczniej schudnąć.
***
Adrian, chłopak Linki, też nie spał. Ale wcale nie dlatego, że nie mógł zasnąć. Po raz pierwszy w życiu wrzesień nie oznaczał dla niego rozpoczęcia roku szkolnego. Na jego uczelni miało się ono odbyć dopiero w październiku. Nie, nie dostał się na wymarzone ASP. Nikogo to zbytnio nie zdziwiło, bo przecież dostanie się na Akademię Sztuk Pięknych za pierwszym razem mało komu się udawało. Pewnie zaważyła sytuacja rodzinna, śmierć matki, cała ta sprawa z Linką... Przez to wszystko nie mógł się skoncentrować na malowaniu. Oczywiście przygotował teczkę prac w terminie, ale zapewne była za słaba. To ojciec kazał mu wybrać prywatną uczelnię plastyczną.
- Może nauczysz się czegoś przez rok i za rok zdasz - powiedział. - Lepsze to niż rok siedzieć i nic nie robić.
Adrian przyznał mu rację. I zaproponował, że będzie jednocześnie pracować. Żeby chociaż dołożyć się do czesnego. Ojciec jakoś specjalnie nie naciskał, mieli pieniądze, ale Adrian powiedział, że tak będzie bardziej honorowo.
Teraz jednak nie spał nie dlatego, że miał wakacje, ale dlatego, że tak się skupił na malowaniu, że zapomniał o upływającym czasie. Malował portret Linki. Nie po raz pierwszy i pewnie nie ostatni, ale tym razem chciał, żeby to było coś naprawdę wspaniałego. Nawet nie wiedziała o tym, że stała się jego muzą... Pewnie by się zdziwiła, ile już zrobił jej portretów. Pastelami, akwarelami, akrylami... Bez przerwy ją fotografował i tymi zdjęciami się inspirował. Zawsze była dla niego najpiękniejsza.
Była pierwsza w nocy, a on nadal stał przy sztaludze. Próbował wydobyć na płótnie to, co było najtrudniejsze. Jej urok. To, jak się śmiała. Ech, nie było to łatwe. Oczywiście, bardzo dużo nauczył się w Londynie, nachodził się po galeriach, napatrzył na obrazy. Ale cały czas szukał własnego stylu. Ostre kolory, szpachelka. To było jego ostatnie odkrycie. Najgorzej, że farby akrylowe szybko wysychały, wolałby malować olejami, ale gdzie? Przecież nie w domu... Terpentyna za bardzo śmierdziała, a nie mieli nawet balkonu. Może w tej szkole będą lepsze warunki. Marzył o własnej pracowni, przestronnym miejscu z wysokimi oknami, przestrzenią, w której mógłby malować bez opamiętania. Na razie to marzenie było raczej nierealne.
***
Nie spał również Oskar. Trochę się zaprzyjaźnili z Linką przez ten rok i nawet zaczął się w niej podkochiwać. Niestety, nie miał szans. Znowu była z Adrianem. Mimo wszystko. Zresztą i tak wyjechał z Warszawy i wrócił do domu, więc chyba nie byłoby widoków na cokolwiek. Ale Oskar nie dlatego nie spał, że myślał o Lince. Oskar nie spał, bo ratował mamę. Właśnie próbował ją zaciągnąć z łazienki do łóżka. Kibel był cały zarzygany, a matka, prawie nieprzytomna, nie była w stanie zrobić nawet kroku. Oskar pomyślał, że naiwnością byłoby sądzić, że jak wróci do domu, to z matką będzie lepiej. Nie upilnuje jej. Musiał przecież nie tylko uczyć się, ale i pracować, nie było forsy nawet na jedzenie, a na pieniądze ojca się wypiął. Może nie trzeba było? Ech - pomyślał - to nie ma znaczenia. Ona pije, bo jest alkoholiczką, a ja ją ratuję, bo jestem jej synem. Co z tego dalej wyniknie? Nie miał zielonego pojęcia.
***
Nie spała także Kaśka, przyrodnia siostra Linki. I też wcale nie dlatego, że nie mogła zasnąć. Chciała zasnąć, ale nie umiała spać w samolocie. Właśnie wracała ze swoimi adopcyjnymi rodzicami z wakacji. Samolot czarterowy z Chorwacji miał wylądować na Okęciu o pierwszej w nocy.
To były cudowne wakacje. Na szczęście cała sytuacja jakoś się w końcu unormowała. Rodzice przestali być zazdrośni o jej kontakt z Linką i z prawdziwą mamą, kiedy ta po pamiętnej rozmowie z córką wreszcie się przemogła i odwiedziła ich, prosząc, żeby nie zabierali Kaśki z miasta. Obie strony zrozumiały, że wszystkim jest w tej sytuacji trudno i że tak naprawdę zależy im na dobru dziewczyny. To było najważniejsze i dla prawdziwej mamy, i dla tej adopcyjnej, która też traktowała ją jak swoje dziecko. Kaśka myślała, że już jutro zaczyna się szkoła, a oni wracają tak w ostatniej chwili. Ale w sumie do początku roku nie trzeba było się jakoś specjalnie przygotowywać. Ot, potrzebny tylko jakiś strój galowy. Coś się znajdzie - pomyślała i ziewnęła. Znów próbowała się zdrzemnąć, kiedy samolot nagle zaczął lądować.
***
W tym czasie Linka spała jak zabita. I to już od kilku godzin. Padła przy czytaniu Kajowi książki o robotach. Niezbyt często czytała bratu - kiedy skończył siedem lat, próbowała zmusić go, żeby czytał sobie sam. Jednak czasem ją prosił, żeby poczytała mu tak, jak kiedyś. Zupełnie jakby było mu szkoda, że już dorasta.
Najpierw zasnął on - nawet nie zauważyła, kiedy zamknął oczy. No cóż, książka również jej zdaniem była dość nudna. Postaci było za dużo i sama nie mogła się w nich połapać, a co dopiero mały chłopiec. Czytała jednak, co pewien czas ziewając, a potem obudziła się ze zdrewniałą szyją o dziesiątej. Uznała, że to doskonała pora, by się położyć, i poszła do łóżka.
- Umyję się jutro - wymruczała do siebie, jakby przed samą sobą musiała się usprawiedliwiać.
Kiedy była małą dziewczynką, nie wiedzieć czemu wciąż próbowała oszukać mamę i iść spać bez prysznica, a nawet bez mycia zębów! Było to dziwaczne i teraz zupełnie jej się nie zdarzało. Ale dobrze było czasem znowu poczuć się dzieckiem.
***
Natalia wstała odpowiednio wcześnie. Rano potrzebowała co najmniej dwóch godzin, żeby doprowadzić się do takiego stanu, w jakim chciałaby pokazać się światu. Napuściła sobie do wanny wody i wrzuciła jedną z tych brzoskwiniowych babeczek do kąpieli. Wyciągnęła się w pachnącej pianie i pogrążyła w myślach. Martwiła się. Nie, nie rozwodem rodziców, bo na to nie miała żadnego wpływu. Martwiła się z powodu Marcina.
Ostatnio wszystko było nie tak, jakoś dziwnie. Czuła pod skórą, że coś się zmieniło. Niepotrzebnie jechała do Portugalii. Ale matka ją błagała, mówiła, że teraz, gdy ojciec ją zostawił, czuje się strasznie samotna i nie ma zamiaru siedzieć tam przez miesiąc sama w pustym domu. Dom został wynajęty i opłacony już wcześniej, nie chciała, żeby te pieniądze przepadły.
Matka nawet wspaniałomyślnie zaproponowała, że mogą zabrać Marcina, chociaż nigdy tak naprawdę nie zaakceptowała chłopaka Natalii. Tak jakby Marcin był niewystarczająco dobry.
Marcin nie mieszkał w apartamentowcu tak jak one, tylko w biednym postpeerelowskim bloku, a na dole nie spotykał codziennie recepcjonisty, który do każdego mieszkańca mówił "dzień dobry" z tym samym polukrowanym uśmiechem, tylko musiał przeskakiwać przez śpiących w korytarzu pijaczków, którzy czasem budzili się i, obrzucając go stekiem przekleństw, pytali, czy nie ma fajek.
Jego rodzina nie była zbyt zamożna, nie byli to też romantycznie biedni artyści. Matka Marcina pracowała na kasie w Biedronce, ojciec był kierowcą w jakiejś firmie. Ot, nic ciekawego. Tyle że ci prości w sumie ludzie dawali sobie więcej ciepła niż rodzice Natalii. Dlatego bardzo lubiła odwiedzać Marcina. Tam zawsze pachniało ciastem albo obiadem, a mama Marcina miała czas, żeby z nią pogadać. Dwie młodsze siostry Marcina właziły co prawda do jego pokoju w najmniej odpowiednich momentach, ale Natalia lubiła panującą w tym domu ciepłą atmosferę.
Mama Natalii uważała natomiast, że stać ją na kogoś lepszego. A jak się dowiedziała, że Marcin nie jest w liceum, tylko w technikum, urządziła awanturę na całego.
Mimo to po jakimś czasie przemogła się i pozwoliła, żeby Marcin z nimi pojechał. Tylko bilet miał sobie sam opłacić, dom był przecież i tak wynajęty, a jedzenie dość tanie. Reszta była właściwie za darmo: i morze, i basen, chłopak wreszcie miałby wakacje z prawdziwego zdarzenia.
Natalia prawie pofrunęła do Marcina, żeby mu to powiedzieć.
- Nie stać mnie na bilet do Portugalii - zgasił ją. - To za drogo.
- Ale przecież miałeś pracować w lipcu - zdziwiła się.
- Jasne. Ale nie po to, żeby wydawać pieniądze na wakacje. Obiecałem mamie, że dołożę się do remontu łazienki. Przecież wiesz.
- No tak... - przypomniała sobie Natalia. - Ale możemy coś wymyślić. Ja też mogę pracować w lipcu, może to wystarczy na bilet. Nie chcę jechać bez ciebie.
- Nie chcę od ciebie żadnych pieniędzy - zaperzył się.
- To mogłaby być pożyczka - uśmiechnęła się. Czuła, że jest już blisko, prawie udało jej się go przekonać. A on nagle zrobił się jakiś obcy, spojrzał na nią tak zimno, że aż się wzdrygnęła.
- Jasne - powiedział. - Pożyczka. I na miejscu też mi będziesz na wszystko pożyczała? Na colę i lody też? A może dasz mi kieszonkowe? Panienka z dobrego domu! Po co ci ktoś taki jak ja? - ton jego głosu stał się piskliwy, ale po chwili opanował się. - Wybacz - powiedział jeszcze. - Ja i tak już sobie zaklepałem pracę na całe wakacje. W kawiarni. I teraz nie mogę im powiedzieć, że rezygnuję.
- To znaczy... że w ogóle nie planujesz żadnych wakacji?
- Wyobraź sobie, że nie wszystkich stać na wakacje - zaczął znowu. - Moja rodzina... Ostatnio byliśmy na prawdziwych wakacjach, jak miałem dziesięć lat. Potworki jeżdżą do babci na Mazury, ale mnie się już w tym roku nie chciało.
- Myślałam, że pojedziemy gdzieś razem. W Portugalii jest naprawdę super! A jeśli nie, to... w ogóle. Dokądkolwiek.
Ale nie pojechali razem ani dokądkolwiek, ani donikąd. Natalia poleciała do Portugalii i bardzo za Marcinem tęskniła. A jak wróciła, już było jakoś inaczej. I - co gorsza - miała wrażenie, że to inaczej było w niej, a nie w nim. Niby jak dawniej, ale nagle pewne rzeczy, na które wcześniej nie zwracała uwagi, zaczęły ją w Marcinie drażnić. Ale może to dlatego, że widzieli się dopiero dwa razy, wróciła zaledwie kilka dni temu. Może muszą się jakoś dotrzeć, znowu do siebie przyzwyczaić?
***
Linka wstała zaledwie godzinę przed rozpoczęciem roku. I jak zwykle było to za późno. Na szczęście nie musiała odprowadzić w tym roku Kaja do przedszkola i to wcale nie dlatego, że już chodził do szkoły, a nawet zdążył zdać do drugiej klasy, tylko dlatego, że mama się jakoś pod tym względem zmieniła.
Od jakiegoś czasu Linka nie znajdowała już karteczek typu "Zaprowadź Kaja", "Odbierz Kaja". Jeśli mama chciała ją o coś poprosić, robiła to wcześniej. Linka czasem miała wrażenie, że mama zmieniła stosunek do niej i do Kaja, od kiedy odnalazła Kaśkę. Tak jakby przyznanie się do tego, że kiedyś oddała własne dziecko, zrobiło z niej lepszą matkę dla pozostałych swoich dzieci.
Wczoraj mama powiedziała, że ona Kaja zaprowadzi, a Adam go odbierze. Powiedziała też, że zrobiła obiad i jest do odgrzania. W końcu na szkolne obiady na samym początku roku nie można było liczyć. Wszystko wydawało się więc być pod kontrolą.
Budzik zadzwonił o dziewiątej. Linka wstała od razu i nieprzytomna wskoczyła pod prysznic, potykając się po drodze o psa. Odkręciła kurek prysznica, coś dziwnie zabulgotało i z kranu wprost na jej loki poleciała rudawa woda o przykrym zapachu.
Teraz Linka miała połowę głowy zmoczoną śmierdzącą, burą cieczą. Znalazła małą butelkę wody mineralnej w szafce w kuchni. Niestety, razem z mineralną z szafki wypadła mąka i rozsypała się na podłodze. Zmycie wzoru przypominającego mgławice planetarne zajęło jej sporo czasu, na domiar złego od razu przybiegł pies, jakby zwęszył, że dzieje się tu coś ciekawego, i po chwili nie tylko kuchnia, ale i cały przedpokój pokryły się białymi odciskami łap. Linka machnęła na to ręką, wytarła ręcznikiem mokrą połowę głowy, nałożyła najpraktyczniejsze i doskonałe na każdą okazję czarne dżinsy i białą bluzkę kupioną na zakończenie roku, więc na szczęście jeszcze dobrą, i wyszła z domu. Miała dziesięć minut, żeby dobiec do szkoły.
Czy każde rozpoczęcie roku musi obfitować w jakieś problemy? - pomyślała. - No naprawdę, gdyby człowiek uważał to za wróżbę, to może od razu byłoby lepiej wcale nie iść do szkoły.
***
Natalia do szkoły nie biegła. Wyszła za wcześnie, więc teraz szła spokojnie. Im bliżej była Pałacu Kultury, tym bardziej się bała. Sama nie wiedziała czego. Zawsze nowa klasa to stres, a jednak w zeszłym roku nie czuła tego, co dzisiaj. No tak, ale w zeszłym roku wszyscy byli w tej samej sytuacji - nowi w szkole, każdy bał się tak samo. W tym roku tylko ona jest nowa. Wejdzie do tej klasy od razu na straconej pozycji.
Przestań - strofowała się w duchu. - Dobrze wyglądasz, wszystko z tobą w porządku. Nikt ci nie podskoczy. A po jakimś czasie zobaczą, że jesteś najlepsza, i wtedy nabiorą jeszcze większego szacunku.
A jednak mimo prób zachowania zdrowego rozsądku czuła, jak ogarnia ją panika. To było po prostu straszne! Powinna zostać w tamtej szkole, przecież wcale nie było tam tak źle. Co ją podkusiło?
Oczywiście było tak, jak myślała. Jak tylko weszła, wszyscy zaczęli się na nią gapić. Masakra. Ile par oczu zwróciło się w jej stronę? Dwadzieścia? Niebieskich, szarych, piwnych. Z pomalowanymi rzęsami albo nie. Przez chwilę czuła się, jakby znalazła się w jakimś surrealistycznym obrazie. Nigdy jeszcze nie była wystawiona na tyle spojrzeń. Nawet jak chodziła na te castingi - co przecież też było straszne - to w komisji zwykle zasiadało tylko kilka osób. A nawet jak ktoś się jej przyglądał w poczekalni, to nie tak ostentacyjnie. Tu każdy się gapił, bo uważał, że ma do tego prawo. Że kiedy do klasy wchodzi ktoś nowy, wszyscy mają prawo wpatrywać się w każdy centymetr jego ciała, oceniać go i obgadywać.
- Czy to jest klasa IIa? - zapytała. Pytanie ledwo jej przeszło przez gardło, wargi miała wysuszone, jakby nie piła co najmniej dobę.
Stojąca przy pulpicie nauczycielka skinęła głową.
Pewnie wychowawczyni - pomyślała Natalia. I bardzo chciałaby móc powiedzieć sobie: "wygląda sympatycznie" albo "chyba jest miła". Niestety, nauczycielka w ogóle nie wyglądała na miłą. Wygląda jak... złośliwa, dogorywająca mysz - oceniła ją Natalia. Na pewno nie jak ktoś, z kim można znaleźć wspólny język.
Była mała i dość pulchna - taką specyficzną pulchnością, jaką cechują się tylko niewielkie i biuściaste kobietki o pyzatych policzkach, okrąglutkich bioderkach i fałdkach we wszystkich możliwych miejscach. Myszowaty wygląd nadawały jej zęby. Siekacze wystające nawet wtedy, gdy się nie uśmiechała.
- Ja jestem... nową uczennicą - wybąkała Natalia.
- Nowa i już spóźniona - skomentowała Mysz. - Ładnie zaczynasz.
- Przecież to na jedenastą.
- A wyobraź sobie, że nie na jedenastą, tylko na dziesiątą. Musiało ci się coś pomylić.
Natalia zasznurowała usta. Nie miało sensu wchodzenie w tę dyskusję. Lepiej było po prostu usiąść w ławce. Ale jak podleciała do pierwszego z brzegu wolnego krzesła, to Mysz ją zatrzymała.
- Nie ma co się rozsiadać. Właśnie skończyliśmy.
No, tak do końca to nie skończyli, bo Mysz przypomniała sobie jeszcze, że przecież nie podała planu. Zaczęła go pisać na tablicy i wszyscy przepisywali na siedząco, tylko nie Natalia, która zastygła w pół kroku w tych swoich szpilkach i teraz jak głupia notowała długopisem na nadgarstku plan, bo nawet nie wzięła notesu. Na szczęście nie trwało to długo. Już zaczęły ją boleć nogi od tego stania, nie mówiąc o tym, że czuła się jak kompletny debil. Kiedy Mysz ogłosiła, że nowy, wspaniały rok szkolny jest otwarty, Natalia miała ochotę tylko na jedno: uciec stamtąd. I prawie by jej się to udało, gdyby ktoś jej nie dogonił. Dziewczyna. Mała, ruda, cała w piegach.
- Hanka - podała jej rękę. - Sorry za Pypcię. Ona zawsze taka jest.
- Pypcię? Ja nazwałam ją Mysz.
- Też nieźle. Może być Pypcia Myszkin. Taką to tylko hejtnąć, nie?
- Raczej. Jestem Natalia, tak by the way. Słabe wejście jak na pierwszy dzień.
- Co ty, spoko. Zobaczysz jutro, jest w porzo. Klasa okej, nauczyciele wprost przeciwnie, ale gorzej byłoby na odwrót, nie? No, cztery osoby w zeszłym roku nie zdały, a jedna mało nie zbzikowała i starzy zabrali ją do innej szkoły, więc zwolniło się miejsce dla ciebie. Jest zresztą jeszcze jeden nowy.
- Dla mnie wszyscy są tak samo nowi.
- Jasne. Dlatego od razu go nie obczaiłaś. Niezłe ciacho w sumie. Blondyn taki, z przodu siedział. Skrzyżowanie Brada Pitta z Redfordem - jeśli w ogóle wiesz, kto to jest Redford. To taki fagas, w którym kochała się moja matka i wszystkie jej psiapsiuły w czasach, gdy my jeszcze byłyśmy zawieszone w gwiezdnym niebycie, a zamiast chipsów były tylko prażynki ziemniaczane.
Linka parsknęła śmiechem. Ale ta dziewczyna miała gadane! Nie przestawała mówić nawet na najkrótszą chwileczkę!
- Daj spokój. Nikogo nie widziałam, nie miałam raczej czasu się przyjrzeć. Trochę mnie ta baba zbiła z pantałyku.
- Robisz coś teraz? Idziemy gdzieś? Bo dzień piękny wzywa.
- Tak... umówiłam się z chłopakiem. Ale dopiero o pierwszej.
- To chodź Pod parasole, to nasz ulubiony szkolny przybytek, traktujemy go prawie jak stołówkę. Piwo i chipsy, podstawa żywienia licealisty. Opowiem ci wszystko o tej szkole. Żebyś nie była potem zaskoczona. Albo żebyś w porę zmieniła zdanie.
Natalia poczuła się dziwnie. Miałaby zmieniać zdanie? Ale dlaczego? Przecież to była właśnie ta szkoła, najlepsza. Dziwiła się, że ktoś może być z niej niezadowolony. Szkoła w rankingach stała megawysoko, miała świetne wyniki w rekrutacji na studia, mnóstwo olimpijczyków. Przecież o to właśnie chodzi, jak idziesz do dobrej szkoły, prawda? Żeby cię nauczyli, żebyś potem mogła być najlepsza, coś osiągnąć.
Nikt nie potrafił chyba stwierdzić, czy pas zieleni od ulicy Świętokrzyskiej do Pałacu Kultury i Nauki, w którym mieścił się bar Pod parasolami, to bardzo niewielki park czy bardzo duży skwer. Dla mieszkańców bloków przy Świętokrzyskiej i Bagno było to najbliższe miejsce, by wyprowadzić psa, więc na to skwerzysko czy parczek nie narzekali. Nie narzekali też amatorzy Lecha i Tyskiego: duże Pod parasolami kosztowało zaledwie piątaka.
Hanka wzięła dużego Lecha. Natalia miała zamiar napić się tylko wody, żeby nie tyć, ale było jej jakoś głupio.
- Małe - powiedziała, ale Hanka zaraz ją szturchnęła w ramię.
- Małe się nie opyla, nie żartuj. Weź duże, jak nie chcesz, to mi odlejesz, nie? Szkoda, żeby hajs się tak marnował. Chyba że go masz za dużo - obrzuciła ją badawczym spojrzeniem. - Ale kto teraz ma za dużo? Ja takich w każdym razie nie znam. Całe kieszonkowe wydaję na żarcie, picie i imprezy. Stówa miesięcznie. Czyli dwadzieścia pięć zeta tygodniowo. Nawet gdyby nie liczyć weekendu, bo może uda się dodatkowo coś tam wyprosić, to tylko piątak dziennie. Jedno piwo, panienko. Oto jak rodzice walczą z naszym potencjalnym alkoholizmem! No, ale wracając do szkoły... - kontynuowała swój monolog. - Jak wiesz, jest to tak zwana szkoła z tradycjami. Niby nowa siedziba, ale te tradycje wiszą w powietrzu jak burza. No wiesz - to tak jak z delicjami - nawet w nowym opakowaniu są tak samo ohydne. No co tak wytrzeszczasz gały? Nie znoszę delicji. Dreszczy od nich dostaję. Ale ad rem. Największą tradycją w tym wspaniałym przybytku jest od dawien dawna dręczenie uczniów. Kiedyś odbywało się ono przy pomocy drewnianych linijek, choć aż tak długiej tradycji to w sumie ta szkoła nie ma... - zastanowiła się. - Dzisiaj to dręczenie przybrało postać bardziej wysublimowaną. Miałaś przedsmak tego, jak to wygląda. Taka mała przystaweczka. Mówiłam ci, że taka jedna w zeszłym roku mało nie ześwirowała? No, jak ktoś jest zbyt wrażliwy, to nie wyrabia. Najpierw odpadają ci, którzy się nie uczą. Ale ty raczej na taką nie wyglądasz. No ale to nie wystarczy. A nawet powiem ci w sekrecie, że te świry najbardziej dręczą tych najlepszych.
- Niemożliwe - wyrwało się Natalii. Co jak co, ale jednego była pewna: kujon ma zawsze łatwiej. Nikt się go nie czepia i zbiera same pochwały.
- A właśnie, że możliwe, a nawet zrozumiałe. To jest najlepsza szkoła i są tu najlepsi nauczyciele. Czy ty myślisz, że oni chcą tu być? Że nie woleliby na przykład robić czegoś innego?
- No nie wiem... Dlaczego nie? W końcu to dobra szkoła.
- A ty - kim chcesz być, na co zdawać?
- Na medycynę.
- No to zrozum. Może pani Plewa, biologica, też chciała zdawać na medycynę? A może nawet studiowała medycynę, tylko coś jej przeszkodziło? Może na przykład urodziła młodo dwa zgniłe bachory i już nie mogła studiować medycyny, tylko musiała zmienić kierunek na coś lżejszego? Gdzieś tę ambicję musiała zmieścić i została najlepszą nauczycielką biologii w mieście. Ale za każdym razem, jak patrzy na przyszłą panią chirurg, to jej się flaki przewracają. Poza tym wiesz, ile zarabiają nauczyciele, prawda? Nawet w szkołach prywatnych to nie są żadne kokosy, wakacje w Zegrzu pod namiotem, a smaki Hiszpanii to tylko w puszce z Biedry.
- To by musiało znaczyć, że w ogóle nie ma fajnych nauczycieli, a przecież aż tak źle nie jest. W mojej poprzedniej szkole niektórzy byli naprawdę spoko. - Natalia była już o krok od tego, żeby zacząć bronić zawodu nauczyciela w ogóle. Sądy Hanki wydały się jej potwornie stereotypowe i pełne uprzedzeń.
- Aż tak nie. Jest kilku w porządku, ale na innych naprawdę trzeba uważać.
- A tobie coś złego zrobili? - odważyła się zapytać Natalia. - Bo wydajesz się mieć naprawdę jakiś megaemocjonalny stosunek do nich...
- Nie. Mnie nic. - Hanka pociągnęła duży łyk piwa i zapatrzyła się w drzewa. - A ty? Czemu w ogóle zmieniłaś szkołę? Do jakiego liceum chodziłaś?
Natalia wiedziała, że to pytanie w końcu padnie. Lepiej mieć je za sobą. Dobrze, że były w jej opowieści elementy love story. Z nimi łatwiej się opowiadało. I nawet udało jej się wymienić nazwę swojego dawnego liceum, będącego na samym końcu w rankingach, jeśli chodzi o wyniki. Nagle Hanka złapała ją za rękę.
- Czekaj - powiedziała. - On tu jest. Ten nowy. Tam siedzi i to całkiem sam! Idziemy do niego?
Natalia była trochę przerażona tym pomysłem. Nigdy nie była zbyt śmiała, ale Hanka z nieśmiałością nie miała chyba żadnych problemów, bo już ją ciągnęła, trzymając pod rękę i wciskając piwo i torebkę. I Natalia nawet nie wiedziała, kiedy i jak się to stało, a już siedziały przy stoliku tamtego. Też pił piwo i wyglądał trochę smutno. Samotnie. Natalia pomyślała, że jednak trochę dziwna ta klasa. Tylu ludzi, a tylko Hanka okazała się na tyle empatyczna, żeby w ogóle ją zaczepić. Gdyby nie ona, pewnie też by gdzieś siedziała sama i nurzała się we własnych smutkach.
- Staszek - przywitał się chłopak, który najpierw oczywiście ich nie rozpoznał, a potem naprawdę się ucieszył. - No, teraz jak powiem, że byłem z nową klasą na piwie, to nie będę musiał aż tak kłamać - uśmiechnął się. - Chcecie jeszcze coś do picia? - zapytał.
Nie chciały, jeszcze nie skończyły pić poprzedniego, ale było to miłe.
- Nie świeci wam za bardzo w oczy? Mogę się trochę przesunąć - powiedział, jakby chciał jeszcze poprawić pierwsze dobre wrażenie, które na nich zrobił.
Rzeczywiście, świeciło. Był początek września, a upał jak w lipcu. Albo jak w Portugalii - pomyślała Natalia. Zresztą ten chłopak trochę przypominał jej Leo. Jej wielką miłość z czasów, kiedy była jeszcze małą dziewczynką i co roku przyjeżdżali w to samo miejsce.
Pierwszy raz zobaczyła Leo, kiedy miała dziesięć lat. A od dwóch lat nie widziała go wcale. Wcześniej spotykali się zwykle na basenie, zawsze się witali, udawało im się zamienić kilka słów. Ona nawet chciała się nauczyć portugalskiego. Nigdy mu nie powiedziała, ani nawet nie dała żadnego znaku, że się jej podoba. A teraz się nie pojawiał i Natalia martwiła się, że coś mu się stało. To było takie dziwne: zawsze był i nagle zniknął, zanim jeszcze zdążyła go poznać.
Leo miał trochę ciemniejsze włosy, chociaż był takim trochę dziwnym portugalskim blondynem, bo podobno jego matka była pół-Szwedką.
- Nie macie ochoty iść do kina? - zapytał nagle chłopak. - Do Kinoteki, of course. Jest taki film... dziwny tytuł ma: Czy Noam Chomsky jest wysoki czy szczęśliwy? Podobno świetne. Taki dokument z animacją, a ten facet to jakiś filozof chyba...
- Czy jest wysoki, czy szczęśliwy? - zdziwiła się Natalia. - Przecież to bez sensu. Ale na pewno brzmi intrygująco.
- Może i miałabym ochotę, ale nie mam hajsu - powiedziała Hanka. - Jakbym wiedziała wcześniej, to może ojciec by sypnął. Daje mi na kino, bo kiedyś był wielkim kinomanem. Dokąd nie wymyślono DVD.
- Mogę wam postawić. Trochę sobie dorabiam. A jakbyście się miały źle czuć z tego powodu, to też możecie mnie kiedyś zaprosić.
Natalia spojrzała na zegarek.
- Muszę iść. Umówiłam się... - już chciała powiedzieć, że z chłopakiem, ale coś ją powstrzymało. - Umówiłam się - powtórzyła. - Szkoda.
I naprawdę było jej szkoda. Nawet przeszło jej przez myśl, żeby przełożyć spotkanie z Marcinem, ale była na to za uczciwa. Co mu powie: że wybrała kino z koleżanką? Może jeszcze przemilczy, że poszedł z nimi chłopak, który przypomina jej Leo? Zresztą, Marcin nie wiedział o Leo. Trudno, żeby mu się zwierzała ze swojej pierwszej miłości. Wiedział tylko, że jest dziewicą, i więcej nie wypytywał. To mu wystarczyło. Zupełnie jakby to oznaczało, że nic ważnego w jej życiu uczuciowym jeszcze się nie wydarzyło.
Pożegnała się ze Staszkiem i Hanką - która oczywiście wybierała się do kina - i powłócząc nogami, skierowała się w stronę Domów Centrum. Marcin miał czekać w Grycanie.
Zobaczyła go z daleka. Okupował jeden z małych stolików na zewnątrz. Oczywiście od razu ją zauważył, ale ona, nie wiadomo czemu, przez chwilę udawała, że go nie widzi. Udała zamyślenie - wolała jeszcze przez chwilę być bez niego. Dopiero przed samą kawiarnią odegrała scenę zaskoczenia i pocałowała go w policzek.
- Dziwnie pachniesz - powiedział. - Piłaś piwo?
- Po co pytasz, skoro czujesz - odcięła się. I zrobiło jej się przykro. "Dziwnie pachniesz", czyli "śmierdzisz". Niezbyt miłe powitanie. - Byłam na piwie z koleżanką ze szkoły. Z nowej szkoły - zaczęła się tłumaczyć. - Masz coś przeciwko?
- Przecież nic takiego nie powiedziałem - zdziwił się. - Nie wiem, o co ci chodzi. To co, jemy jakieś lody?
- Ja... dziękuję. Wystarczy mi woda.
- Mam wodę - powiedział i otworzył torbę.
No tak - pomyślała. - Szkoda mu kupić mi wodę, w końcu to tylko woda. Tu mała butelka kosztuje dwa razy więcej niż w sklepie duża.
Wyciągnął butelkę w jej stronę.
- To ja pójdę sobie coś kupić - powiedział.
Patrzyła na jego szczupłą sylwetkę, jak znika w kawiarni. Wciąż chodził w tym samym T-shircie, a jego dżinsy wydawały się przykrótkie. Chyba urósł w wakacje. Powinien kupić sobie jakieś nowe spodnie, ale bała mu się to powiedzieć. Zaraz będzie, że nie ma pieniędzy.
Kurczę, świat jest niesprawiedliwy. To nie jej zasługa, że jej rodzina jest dobrze sytuowana, ani jego wina, że jego rodzice nie mają kasy. Nie powinno więc jej denerwować, że jest, jak jest, i że jemu kupno wody w knajpie wydaje się rozrzutnością, a dla niej jest zupełnie normalne. A jednak jakoś ją to raziło. Zaczęło uwierać. Bo wszystko rozbijało się o kasę. To, że nie pojechał z nią do Portugalii. To, że właściwie nigdzie jej nie zapraszał, a jeśli już, to na lody. I że jej na tę wodę żałuje. Pociągnęła łyk z butelki. Chciało jej się pić, może po tym piwie.
Po chwili wrócił z trzema kulkami lodów. Siedział i jadł, i nagle i jej się strasznie tych lodów zachciało.
- Zmieniłam zdanie - powiedziała. - Chyba mam jednak ochotę na lody.
Spojrzał na nią tak dziwnie. Oczekiwała, że pójdzie jej kupić, ale jakoś specjalnie się nie kwapił, więc wstała obrażona.
- Poczekaj - zatrzymał ją. - Zjem i ci kupię, no przecież nie będę stał w kolejce z lodami.
- Jakbyś był dżentelmenem, tobyś oddał mi swoje.
- Proszę - wyciągnął w jej stronę wafel.
- Teraz to nie, dziękuję. Mogłeś sam zaproponować.
- Co cię ugryzło? Jesteś jakaś dziwna.
- Ja dziwna? To ty jesteś dziwny. Łaski bez. Mogę sobie kupić sama.
- Przypuszczam. Możesz sobie kupić tyle lodów, ile chcesz. Sama. I w ogóle wszystko możesz sama. Do czego jestem ci potrzebny?
- Daj spokój. Ciągle ta sama śpiewka.
Poszła po te lody. Kolejka w międzyczasie zdążyła się wydłużyć poza kawiarnię. Stanęła na końcu i patrzyła na niego, jak je ze wzrokiem wbitym w stolik. Zrobiło jej się przykro, ale najgorsze było to, że nie potrafiła określić dlaczego. Kręciło jej się trochę w głowie - nie wiedziała, czy od wypitego piwa, czy od emocji. Tak, teraz mogła stwierdzić ze stuprocentową pewnością, że coś się między nimi popsuło.
Jest w tym jakiś paradoks - pomyślała. - To, co jest między nami, jest przecież tylko w nas. Poza nami nie istnieje. Więc to, że coś się psuje między nami, oznacza, że to w nas coś umiera. W nim albo we mnie. We mnie - stwierdziła szybko.
Dalej jadł lody i ani razu na nią nie spojrzał. Pomyślała sobie, że gdyby wstał, żeby z nią postać, pocałował ją, powiedział coś miłego, to jeszcze mogliby ocaleć. Chciała, żeby walczył o to, żeby między nimi było dobrze. Jeśli nie spojrzy na mnie ani razu, dopóki nie wejdę do środka kawiarni, nic z tego nie będzie - pomyślała. Kolejka przesunęła się do przodu. I jeszcze. Nic się nie wydarzyło. W końcu stanęła przed ladą.
- Trzy kulki - powiedziała. - Albo nie... Pięć.
Wymieniła smaki. Czuła, jak pracują jej ślinianki. Chałwowe, to były jej ulubione. I truskawkowe. Uwielbiała truskawki, w każdej postaci. Niedobrze, że te lody... przy jej diecie! Nie chciała stracić tego, co jej się udało zdziałać w Portugalii. Schudła tam cztery kilo! Kosztowało to wiele wyrzeczeń. Na śniadanie jadła tylko owoce, i to niewiele, na obiad tylko ryba albo mięso i trochę warzyw, na kolację nic, najwyżej sałata z winegretem. Do tego codziennie bardzo dużo pływała. Oczywiście matka się śmiała z tych pomysłów. Jasne! Matka nigdy w życiu nie podjęłaby żadnej diety odchudzającej. Nie przejmowała się tym, jak wygląda. Ciało było dla niej nieważne, liczyła się dusza. Szkoda, że ojciec miał na ten temat inne zdanie.
Natalia była inna. Jak sobie coś postanowiła, to po prostu to robiła. Nadal się odchudzała. Wiedziała, że teraz szczególnie trzeba uważać. Bała się efektu jo-jo. Organizm przyzwyczajony do niewielkich dawek pokarmu zaczynał magazynować tłuszcz, kiedy tylko dostał więcej kalorii. Zupełnie zapomniała o odchudzaniu przez te lody! No cóż - nie dzisiaj. Dzisiaj musiała się pocieszyć. Jej związek nie był taki jak przedtem, rodzice się rozwodzili, szkoła podobno była straszna...
A właśnie - nawet jej nie zapytał, jak nowa szkoła. Czy ona go w ogóle interesuje? Czasem miała wrażenie, że Marcin skupia się tylko na swoich kłopotach, wychodząc z założenia, że ona nie może mieć żadnych trosk. Nie powiedziała mu jeszcze tego o rodzicach - może najwyższa pora. W końcu musi się dowiedzieć. Ale kiedy podeszła do stolika, wcale nie o tym zaczęła mówić...
- Nie zapytałeś nawet, jak nowa szkoła! Nie zapytałeś, co to za koleżanka, z którą byłam na piwie! A w ogóle to nawet się nie ucieszyłeś na mój widok! I wody mi pożałowałeś! - zarzuciła go pretensjami.
Chłopak siedział z opuszczonymi ramionami, bez ruchu, jakby jej słowa ciągnęły go ku ziemi. Siedział i milczał, trzymając w palcach ostatni fragment wafelka, z którego kapały na stolik buroróżowe krople.
- Przecież dałem ci całą butelkę wody - odparł spokojnie.
On nic z tego wszystkiego nie rozumie. Nie widzi, jaki jest beznadziejny - pomyślała. - Jezu, co ja tu w ogóle robię? Zerwała się z krzesła tak szybko, że je przewróciła, a kiedy próbowała je postawić, dwie najlepsze, chałwowe kulki spadły na stół. Natalia poczuła wściekłość. To było obce jej uczucie, zwykle była raczej opanowana. Nie wiedziała, co się z nią dzieje, kiedy wsadziła wafel z pozostałymi kulkami loda w tamte dwie, z całą siłą, jaką miała. A potem po prostu odeszła, zostawiając sterczący w górę rożek i Marcina.
Jesteś w domu? - zaesemesowała do Linki. - Muszę z kimś pogadać.
Była, na szczęście. Bo Natalia miała wrażenie, że jeśli teraz wróci do pustego mieszkania, to po prostu zwariuje.
***
Linka rzeczywiście siedziała w domu. Siedziała i myślała. Na rozpoczęciu roku pani Julia, która miała przez te dziesięć miesięcy opiekować się nimi i roczną wystawą, zrobiła im mały wykład i zapowiedziała temat na ten rok. Brzmiał on: ciało. Chłopcy oczywiście natychmiast zaczęli się śmiać, ale pani Julia od razu zaznaczyła, że jeśli chcą zrobić artystyczne akty i znajdą kogoś, kto zgodzi się na publikację zdjęć na wystawie na koniec roku, to ona nie widzi problemu. Od razu się uciszyli. I wtedy zapytała ich, co kojarzy im się, oprócz aktów, z tym tematem.
- Taniec - rzuciła któraś z dziewczyn.
- Pantomima... modelki...
- Ale przecież ciało nie musi być piękne...
- Może być stare ciało...
- Albo martwe - rozległy się śmiechy. I jakieś durne komentarze na temat robienia zdjęć w prosektorium.
Chyba jednak nadal nie byli całkiem poważni.
- Pomyślcie nad tym - powiedziała w końcu pani Julia. - Dlatego tak wcześnie sygnalizuję wam temat. Będziemy chodzić na wystawy fotograficzne. Spotkamy się też z kilkoma ciekawymi osobami, które opowiedzą wam o różnych wymiarach cielesności.
Linka myślała nad nowym tematem, ale na razie nic mądrego nie wpadało jej do głowy. Jej rozważania przerwał dzwonek do drzwi. Przyszła Natalia.
- No, jak nowa szkoła? - od razu zapytała Linka.
No właśnie. Dlaczego ona może o to zapytać, a on nie?
- Nie wiem... Jestem trochę przerażona - powiedziała Natalia. - Poznałam jedną dziewczynę i w sumie to mi wszystko opowiedziała o tej szkole. Myślę, że nie będzie lekko.
- Poradzisz sobie. Na pewno będziesz najlepsza - powiedziała z przekonaniem Linka. - A teraz mów, o co chodzi z tym twoim Marcinem.
- Nie wiem... zaczął mnie denerwować. W ogóle jakoś nie ucieszył się na mój widok. I wcale nie zapytał, jak nowa szkoła. On się w ogóle mną nie interesuje. Tak naprawdę to nie wiem, co czuje.
- Ale mówi, że cię kocha, czy nie? - drążyła Linka, jednocześnie nalewając soku do dwóch szklanek.
- No mówił... kiedyś.
Rzeczywiście, nie powiedział tego ani razu, odkąd wróciłam - pomyślała. Ale w sumie to nie było okazji. Widzieli się raptem kilka razy. I jakoś tak... nie było nastroju.
- Ale to przecież nie chodzi tylko o to, co kto mówi, ale też o to, co robi, prawda?
- No to co on robi takiego?
- Chodzi raczej o to, czego nie robi.
- To czego nie robi? - drążyła Linka.
- Nie wiem... nie zaprasza mnie nigdzie.
- No przecież zaprosił cię na lody.
- Zawsze chodzimy na lody do Grycana. Ciągle w to samo miejsce - westchnęła Natalia.
- Może myśli, że to lubisz.
- Nie kupuje mi kwiatów, nie dzwoni do mnie bez okazji, nie wysyła mi żadnych miłych esemesów, że tęskni czy coś w tym rodzaju, nigdy nie wymyśli nic spontanicznego...
- A kiedyś było inaczej? Kiedy się poznaliście?
Natalia zastanowiła się. Znała Marcina już ponad rok. Jak było na początku? A jak teraz? Właściwie...
- Nie. Zawsze było tak samo. Tylko nie wiem dlaczego, ale to przestało mi wystarczać.
- Wiesz co - powiedziała Linka - przecież wy nie macie poważnych problemów. Nic się strasznego nie stało. Nie zrobił się nagle oziębły czy inny, niż był. To twoje oczekiwania się zmieniły. Myślę, że gdyby nie nasze oczekiwania, miłość trwałaby wiecznie. Na początku wystarczało ci, że on po prostu jest. Nie musiał wcale aż tak o ciebie zabiegać, a i tak byłaś na każde jego skinienie. A teraz nagle chciałabyś, żeby był inny.
- To prawda - przyznała cicho Natalia. - Na początku... każde spotkanie z nim było świętem. Nie potrzebowałam niczego specjalnego, wystarczyło, że był. A teraz mnie denerwuje, że to, że tamto.
- A czy wy...? - zawiesiła głos Linka.
- Nie - odpowiedziała Natalia. - Dla mnie to... za wcześnie. Boję się. Nie wiem, chyba do tego nie dojrzałam.
Linka nie rozumiała Natalii. W końcu długo byli z Marcinem parą. W niej samej tak buzowały hormony, że już nie wyobrażała sobie, jak w ogóle można bez tego żyć. Ale nie będzie jej wypytywać. Może po prostu to nie jest ten chłopak.
- A może się... odkochałaś?
- Ale ja nie chcę się odkochiwać - Natalii nagle zrobiło się strasznie smutno. - Myślałam, że to będzie trwałe. Chciałabym znowu poczuć to, co wtedy. A ty i Adrian - podniosła wzrok na przyjaciółkę - wszystko między wami dobrze?
- Tak, nawet bardzo dobrze. Ale pamiętaj, że przez jakiś czas nie byliśmy ze sobą. Wiesz, po takiej przerwie trudno nam się sobą nacieszyć. Jest cudownie. A na wakacjach było naprawdę fantastycznie. Ale wiesz, nie wiadomo, jak będzie za rok. To wszystko ogólnie nie jest takie proste, te wszystkie związki. Kiedyś myślałam, że miłość jest jak magia - wszystko się po prostu układa...
- A jest przereklamowana - Natalia weszła jej w słowo.
- Nie, tego bym nie powiedziała. Przecież to jest najcudowniejsze, co nas spotyka. Po prostu trudniej jest być dłużej z jedną osobą. Zaczynamy widzieć jej wady. Nie da się tego uniknąć. Najlepiej zadzwoń do niego i przeproś za te lody i w ogóle. To jest moja rada. Wbrew pozorom faceci bardzo przeżywają kłótnie, nawet jeśli nie pokazują tego po sobie aż tak. Chcesz czekolady? Na pocieszenie?
- Miałam się odchudzać.
- Ty? Ale po co?
- Daj spokój. Utyłam w tej Portugalii. Wyobrażasz sobie, że ważyłam sześćdziesiąt kilo? Masakra. Ruszyłam się trochę i schudłam już cztery... Ale to za mało. Muszę coś ze sobą zrobić. Może przynajmniej to mi się uda, bo na razie innych sukcesów brak. Ale dzisiaj i tak już jadłam lody...
- Nie jadłaś, przecież wylądowały na stoliku.
- A, no tak. W takim razie dawaj tę czekoladę - powiedziała Natalia i odłamała sobie spory kawałek.
Linka nie żałowała, kiedy przyjaciółka po zjedzeniu swojej połowy tabliczki powiedziała, że idzie do domu. Chciała się skupić na swoim nowym pomyśle.
Pomysł narodził się na klasowym spotkaniu tuż po rozpoczęciu roku. Wcześniej, jeszcze zanim wróciła do szkoły, zastanawiała się, jak to będzie z "Repoteką", ich szkolną gazetą. Mimo że odniosła już pewien sukces, bo jej artykuł o tym, jak dorabiają sobie młodzi ludzie, został opublikowany w zeszłym roku w "Maturzyście", w "Repotece" nadal nie udało jej się zaczepić. To znaczy usłyszała, że jak będzie miała coś jeszcze, to może przyjść, i to było oczywiście kuszące, ale ona potrzebowała czegoś bardziej stałego. Myślała, że teraz uda jej się rozwinąć skrzydła w "Repotece", ale ponownie okazało się, że tam wszystkie karty są dawno rozdane. Czyli - Azor był naczelnym jak wcześniej, a dla niej znowu były same spady.
I wtedy wpadł jej do głowy pomysł. Przecież kto teraz czyta papier? Prawdziwe dziennikarstwo to już niekoniecznie gazeta. To może być równie dobrze gazeta elektroniczna. A nawet blog. Dlaczego nigdy nie myślała, żeby założyć bloga? Ale nie z jakimiś tam osobistymi bzdetami, absolutnie nie. Jej blog to miał być blog dziennikarski. Może jeśli dobrze opracuje koncepcję, uda jej się namówić Azora i resztę, żeby ten blog stał się jakby przedłużeniem papierowej gazety...
Wzięła się do roboty.
Wymyśliła, że w blogu znajdą się treści, na które zabrakło miejsca w "Repotece". Oczywiście nie te same. Gdyby były te same, nikt by w ogóle nie chciał czytać wersji papierowej gazety. Zaprosiłaby do współpracy inne osoby, szczególnie gdyby miały pomysł na coś, na co w zwykłej gazecie nie ma miejsca. Oczywiście robiliby mnóstwo zdjęć, które też pojawiłyby się na blogu. Blog nazywałby się - no właśnie - jak? Może "Repoteka po godzinach"? Czuła podekscytowanie. To musiało wypalić. To na pewno wypali. Publikowaliby materiał... powiedzmy raz w tygodniu. Na tyle często, żeby ludzie przyzwyczaili się do bloga. Ale nie częściej, nie dadzą rady. Szkoda, że nie ma Oskara, kumpla z zeszłego roku, który musiał wrócić do domu, żeby zająć się matką alkoholiczką. On na pewno by jej pomógł. Cieszyłby się z tego pomysłu.
Pomyślała, że do niego napisze. Może namówi go na korespondencję z Mazur? Może w ogóle powinna znaleźć ludzi w całej Polsce, którzy pisaliby o różnych rzeczach?
Linka czuła, że pomysł nabiera wiatru w żagle. Gdyby tak znaleźć po jednej osobie w górach, na Mazurach, nad morzem i jeszcze w kilku większych miastach? Miała rodzinę w Krakowie, ale nikogo w swoim wieku. No chyba że poprosi babcię. Właściwie dlaczego nie? Przecież babcia była kiedyś dziennikarką. Nadal czasem coś publikowała. Może mogłaby od czasu do czasu napisać jakiś artykulik albo felieton, gdyby w Krakowie działo się coś ciekawego.
A zresztą - mogłaby po prostu to zacząć, a potem spróbować rozkręcić, znaleźć inne osoby. Uda się, na pewno się uda. Siedziała do nocy i robiła notatki. A potem leżała na wznak na łóżku, już w piżamie, i patrzyła w sufit. Stojąca na stoliku nocnym lampka rzucała na niego dziwne cienie.
Gdybym chciała - pomyślała Linka - mogłabym sobie wróżyć z tego sufitu jak z fusów. Albo jak z wosku. W co układają się te kształty? E tam, jest jak w andrzejki. Jaki by ten kształt nie był, zawsze widać w nim trzy rzeczy: jakieś państwo albo kontynent, dziwnego psa i embrion.
I kiedy usilnie próbowała jeszcze coś w tych cieniach zobaczyć, na przykład siebie samą jako przyszłą sławną reporterkę, podróżniczkę i fotografkę, i już jej się wydawało, że prześwituje tam jej postać z aparatem, wiatr poruszył zasłoną i światło latarni zakłóciło widziane przed chwilą kształty. Linka zmrużyła oczy i spróbowała znów wyłowić ze światłocienia swoje marzenia, ale przymknięcie powiek zrobiło swoje. Zasnęła.
Jeśli oczekiwała, że już następnego dnia o wszystkim opowie Azorowi i reszcie, to całkowicie się myliła. Musiała czekać na to ponad tydzień, bo Azor nie chciał słyszeć o żadnej rozmowie przed walnym zgromadzeniem, którego termin był już ustalony. Linka czekała cierpliwie. I tak była bardzo zajęta. Jak zawsze na początku roku trzeba było zgromadzić przybory szkolne, zeszyty, poinstalować sobie w kompie różne programy do obróbki zdjęć... A kiedy w końcu doczekała się walnego zebrania "Repoteki", wszystko poszło tak, jak przypuszczała. Czyli zupełnie beznadziejnie.
- Nie rozumiem - powiedział Azor. - Czemu miałoby nam nie wystarczyć to wydanie, które mamy?
- Gdyby "Repoteka" była również online, miałaby więcej czytelników.
- No ale chciałabyś tam umieszczać inne artykuły.
- Tak... bo gdyby były takie same, to przecież w ogóle bez sensu. Poza tym nie chciałabym pisać tam sama. Chciałabym, żeby pisali również inni.
Tak jak przypuszczała - przeprawa z Azorem nie była łatwa.
- Ale jak mielibyśmy znaleźć na to czas? Przecież z trudem wyrabiamy się z wersją papierową. Ledwo udaje nam się wypluć z siebie numer gazety raz na dwa miesiące, a nawet rzadziej, a ty sugerujesz, że coś powinno ukazywać się raz na tydzień w necie? Chyba na głowę upadłaś.
Dlaczego ten chłopak jest dla mnie tak niemiły? - myślała Linka. - Dlaczego wydaje mu się, że może mnie traktować w ten sposób? Zawsze to samo. Niczego się nie nauczył.
- Jestem naczelnym. Musiałbym to wszystko czytać i po tobie poprawiać. Wolałbym, żebyś znalazła czas na pomoc w "Repotece" papierowej. Nawet teraz jest kilka drobnych rzeczy do napisania. Na przykład o początku roku szkolnego...
Linka poczuła, jak kanapka ze sklepiku przewraca się jej w żołądku.
- Nie chcę pisać takich rzeczy - powiedziała spokojnie. Nagle poczuła w sobie taką siłę, jakiej nie czuła nigdy wcześniej. - Nie chcę pisać tych bzdetów. Zawsze myślałam, że na poważniejsze tematy, dłuższe artykuły po prostu nie mamy miejsca. Ale to jest też kwestia pewnego wyboru, prawda? Wy po prostu nie chcecie wychodzić nigdzie dalej. Macie klapki na oczach. Początek roku szkolnego! Co za gówno!
Mówiąc to, wiedziała, że współpraca z "Repoteką" dla niej się kończy. Azor nie zniesie takich słów. I rzeczywiście, był wściekły. Do tego miał taki typ urody, że wściekłość mu na urodę szkodziła. Na jego jasnych policzkach wykwitły teraz dwa wielkie rumieńce. Spocił się i wyglądał jak czerwony, zgrzany szczur. Linka parsknęła śmiechem. I to był koniec. Tacy jak Azor mogą znieść wszystko, ale nie to, że ktoś się z nich śmieje.
- To jakie są te twoje wspaniałe tematy?! To twoje prawdziwe dziennikarstwo?! - wykrzyknął z furią.
Reszta się nie odzywała, jak zwykle. Albo nie wiedzą, co powiedzieć, albo się go boją. Ale ja już nie będę się go bała - pomyślała Linka.
- Moje tematy? Rozejrzyj się dookoła. Jest ich mnóstwo. Myślę, że możemy mieć coś do powiedzenia również w bardziej istotnych kwestiach niż jasełka przygotowane przez klasę drugą czy remont sali gimnastycznej. Ta twoja gazeta jest niestrawna jak akademia pierwszomajowa! Ważne tematy upychasz we wzmiankach! Pamiętasz, jak napisałam o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy? Ile tego było? Cztery wersy wzmianki? Miał być artykuł, zamieściłeś bździnę!
Zupełnie zbiła go z tropu swoim wybuchem. No cóż, z niektórymi ludźmi widocznie można walczyć tylko ich własną bronią.
- Mam gdzieś waszą gazetę. Dzisiaj zakładam swoją. A wy sobie dalej róbcie swój szkolny dupowaty szmatławiec!
I po prostu wyszła. Szkoda jej było czasu.
A kiedy szła ulicą Foksal w stronę domu z hardo uniesioną głową, jeszcze rozemocjonowana starciem z Azorem, usłyszała, że ktoś za nią biegnie. Zuza. Akurat ona? Przecież to dziewczyna Azora. Cóż, nie spodziewała się z jej strony wsparcia, pewnie wybiegła, żeby jej jeszcze przygadać.
- Poczekaj! - krzyknęła Zuza. - Linka, poczekaj!
Usiadły na murku, tuż za sprzedawcami książek. Zawsze się tu rozstawiali, ale Linka nie widziała, żeby ktoś kiedykolwiek coś u nich kupował. Ludzie przemykali obok rozłożonych tomów, jakby ulica nie była dobrym miejscem do nabywania literatury. Biegli do Empiku, gdzie były tłumy i znacznie drożej. No cóż, potęga reklamy.
- Uważam, że masz rację - powiedziała Zuza. - Ja też... Mnie też się nie podoba ta nasza gazeta. W sumie.
- Przecież byłaś jedną z osób, które ją zakładały - zdziwiła się Linka. - Ty i Azor.
- No tak - dziewczyna zaczerwieniła się. - Ale ja... Wiesz, jaki jest Azor.
- Wiem. Ale ty pewnie wiesz jeszcze lepiej? - Linka próbowała wybadać sytuację.
- My już nie jesteśmy razem - powiedziała nagle Zu.
- Ty czy on?
- On ze mną zerwał. Na Facebooku zerwał, żeby była jasność. Po prostu pewnego dnia odkryłam, że już nie jesteśmy w związku.
- Pięknie. No, niektórym Facebook ułatwia sprawę, nie?
- To było na wakacjach. Chyba tam kogoś poznał. Nie wiem. W każdym razie nie odezwał się do mnie w wakacje ani razu. Teraz też się nie odzywa. Patrzy przeze mnie, jakbym nie istniała. Minęły prawie dwa tygodnie od początku roku szkolnego, a on ani razu nie powiedział do mnie "cześć".
- Chamstwo. To po prostu obrzydliwe. Wiesz... jestem najlepszą osobą, której możesz się wyżalić. Zdajesz sobie sprawę, jak wyglądają moje relacje z Azorem. Nigdy za sobą nie przepadaliśmy.
- Delikatnie mówiąc.
- Bardzo delikatnie.
- Wiesz co? Właściwie to ja się nawet trochę cieszę - uśmiechnęła się Zu.
- Cieszysz?
- Tak. Wiem, że to dziwne. Ale czuję się, jakbym nagle znowu była wolna. Nie było łatwo być jego dziewczyną.
- Dlaczego?
- Zawsze musiało być tak, jak on chciał. Chodziliśmy tylko tam, dokąd on chciał i kiedy chciał. Krytykował to, jak się ubieram i jak wyglądam. Mówił, że tyję, że za mało się ruszam. Zapisałam się na basen, chociaż nienawidzę wody, bo on uważał, że to będzie dla mnie najlepsze. Ale przede wszystkim zawsze musiałam się zgadzać z tym, co on mówi.
- Tyranozaurus rex. Patrz, jednak nie wyginął - uśmiechnęła się Linka. - Trzyma się dzielnie.
- Tak samo było z gazetą.
- Kłóciliście się o "Repotekę"?
- Trudno to nazwać kłótniami. Proponowałam jakieś zmiany, ale on nie chciał o nich słyszeć. Trzymał się swojej pierwotnej koncepcji zębami i pazurami. Wszystko, co wymyślałam, odbierał jako atak na siebie. A mnie... ciężko było z nim walczyć, w końcu był moim chłopakiem. Teraz nie czuję się do niczego zobowiązana i chciałabym się przyłączyć do twojej gazety, jeśli nie masz nic przeciwko temu. Zawsze cię... podziwiałam. - Zuza spojrzała Lince prosto w oczy.
"Podziwiałam"? To słowo zdziwiło, ale też mile połechtało ambicję Linki.
- Nie przesadzaj - powiedziała szybko - nie ma za co podziwiać. Cieszę się, że chcesz się przyłączyć do tego projektu. To co - idziemy do mnie?
***
Natalia nie wiedziała, co myśleć o tym, że Marcin nie dzwonił już od dwóch tygodni. A dokładniej - od trzynastu dni. Odliczała te dni, wydrapywała wściekle długopisem w kalendarzyku.
Nie poszła za radą Linki i nie zadzwoniła do niego po kłótni w Grycanie. Uznała, że to przesada. W końcu to nie ona powinna go przepraszać. Postanowiła, że kiedy Marcin zadzwoni, łaskawie da się udobruchać. Rzeczywiście, chyba miała w stosunku do niego zbyt wysokie oczekiwania. Pomyślała, że po prostu pospotykają się i wtedy zobaczy, czy znowu czuje do niego to, co dawniej. Nie miała siły na rewolucje w życiu uczuciowym, wystarczały jej te w życiu rodzinnym... Podjęła decyzję, że nie będzie tego teraz roztrząsać.
Wtedy, w lodziarni, nie do końca była sobą. Stres związany z rozpoczęciem roku szkolnego, nowi znajomi, a nawet wypite piwo - wszystko to miało znaczenie. W takim stanie nie wolno podejmować żadnych decyzji. Człowiek wszystko powinien robić na spokojnie. Porozmawia z Marcinem, powie mu otwarcie, czego oczekuje. Więcej czułości, więcej spontaniczności, więcej zabiegania o nią... Jeśli ją kocha, na pewno zrobi wszystko, żeby znowu było dobrze.
Tylko że Marcin jakoś nie dzwonił. Najpierw spodziewała się, że zadzwoni następnego dnia. Potem czekała na esemesa, że przeprasza, że nie chciał. A tu nic. To było do niego niepodobne. Była na niego wściekła. Zajęła się sobą i dietą.
Musiała zacząć wprowadzać swój plan w życie i to przez chwilę odciągnęło jej myśli od Marcina. Ale teraz, gdy minęło już tyle czasu, przestała jej się podobać ta sytuacja. Przekładała telefon z jednej ręki do drugiej i zastanawiała się, co robić. Nie lubiła, kiedy coś szło nie po jej myśli. Gdzieś przeczytała, że: "Jeśli czekasz na jego telefon: nie masz kontroli. Jeśli sama zadzwonisz: to ty masz kontrolę. Jeśli czekasz, aż on przyjdzie: nie masz kontroli. Jeśli sama do niego pójdziesz: to ty masz kontrolę". O tak, nie lubiła nie mieć kontroli. Marcin odebrał.
- Właściwie... dobrze, że dzwonisz. Sam chciałem zadzwonić, ale jakoś nie miałem odwagi. Chcę ci coś powiedzieć. Możemy się spotkać?
Przełknęła ślinę. Chce jej coś powiedzieć?
- To co... wpadniesz? Czy ja mam przyjść do ciebie?
- Nie... wolałbym gdzie indziej. Spotkajmy się w Ogrodzie Saskim. Za godzinę. Pasuje ci?
- Dobrze - powiedziała. Nie wiadomo dlaczego poczuła, że tym razem to nie ona pociąga za sznurki.
- Tam, pod tą dużą fontanną. Okej?
- Dobrze - powtórzyła.
Siedzieli na jednej z ławek, które okrążały fontannę. Na innych przysiadły staruszki z psami i matki z wózkami. Jak w każdy inny, zwyczajny, wrześniowy dzień.
- Kiedy byłaś w Portugalii, miałem czas, żeby sobie wszystko przemyśleć - zaczął. Nie patrzył na nią, tylko na rozbryzgującą się przed nimi wodę, jakby ta fontanna była najciekawszym obiektem na świecie. - Zacząłem myśleć... że to nie ma sensu, Natalia. Nie chcę tego, przysięgam, ale im bardziej się nad tym zastanawiam, widzę, że oddaliliśmy się od siebie. Że to nie działa i nie będzie działało, choćby ze względu na okoliczności.
- Jakie okoliczności? - odważyła się mu przerwać, choć właściwie niepotrzebnie. Dobrze wiedziała, dokąd zmierza ta rozmowa.
- Wiesz, jakie. Ty sobie jedziesz do Portugalii...
- Proponowałam ci, żebyś pojechał ze mną!
- Natalia! Jestem tylko biednym chłopakiem z technikum. Niewyedukowanym ćwolem! Tak mnie przecież postrzegasz, prawda?
Poczuła złość.
- Nieprawda! Nigdy tego nie powiedziałam!
- Nie musisz mówić! Ja to widzę w twoich spojrzeniach! We wszystkim, co mówisz i co robisz. Wtedy w Grycanie, gdy powiedziałaś, że chcesz wodę, a ja wyciągnąłem z torby butelkę, spojrzałaś na mnie jak na idiotę. Bo w twoim świecie wywalanie kasy na zwykłą wodę w kawiarni jest zupełnie normalne! Wiesz, jaką pensję ma moja matka?
- Robisz z siebie ofiarę - wściekła się. - Tak jest najłatwiej. Jeśli zaprosiłeś mnie na lody, mogłeś równie dobrze kupić mi wodę. To tyle samo kosztuje. Klasę można mieć niezależnie od tego, ile ma się kasy w portfelu. I nie kupi się jej za żadne pieniądze, bo nie o nie tu chodzi!
- Słuchaj, niepotrzebna ta kłótnia. Chciałbym się z tobą rozstać po ludzku. Z klasą, jak ty to nazywasz.
- Rozstać się ze mną po ludzku?
- Właśnie tak. Byliśmy w końcu ze sobą ładny okres czasu!
- Okres czasu! - prychnęła. - Tak, jesteś niewyedukowanym ćwolem, chociaż nawet tacy nie mówią "okres czasu"!
Przez chwilę myślała, że ją spoliczkuje. Cały poczerwieniał i zacisnął pięści.
- To koniec, śliczna dziewczynko z dobrego domu - syknął, wstając.
- Koniec? A więc jednak - powiedziała. - Świetnie. Sama chciałam z tobą skończyć, ale cóż - ubiegłeś mnie. Żegnaj.
Wstała z ławki i odeszła, nie oglądając się na niego. I zaraz zaczęła biec.
***
Linka i Zuza już od dwóch godzin dyskutowały na temat nowego bloga. Świetnie im się gadało. Linka właściwie zawsze wiedziała, że gdyby Zuza nie była po stronie Azora, mogłaby się z nią zakumplować, lubiła jej energię, spontaniczność, żywiołowość.
Zuza była inna od Natalii, zawsze takiej poukładanej, powściągliwej. Linka lubiła to jej poukładanie, doskonale kontrastowało z jej własnym chaosem.
Zu różniła się także od Kaśki, przyjaciółki i przyrodniej siostry Linki. Od początku, kiedy się z Kaśką poznały i jeszcze nie wiedziały, że mają tę samą matkę, coś je do siebie ciągnęło. Były podobne, podobnie postrzegały świat. Obie miały artystyczne dusze, obie raczej pozytywnie patrzyły w przyszłość. Kaśka miała w sobie coś jeszcze: jakiś spokój, mądrość. Nie przejmowała się głupotami. Tak jakby to szczęście, jakim była jej adopcja, wystarczyło za wszystko. Linka była trochę bardziej narwana. I zawsze dążyła do celu.
A Zuza... Zuza to było szaleństwo. I rzeczywiście: rozpad związku z Azorem prawdopodobnie był dla niej bardziej korzystny, niż sama mogłaby przypuszczać. Teraz Zu była jak koń, którego ktoś nagle spuścił z lonży. Cieszyła się życiem. Była głośna i wesoła. Potrafiła rozśmieszyć Linkę jak nikt. I nic sobie nie robiła ze swojej nadwagi.
Właśnie miały razem obejrzeć jakiś film, kiedy Linka dostała esemesa od Adriana.
To co? Spotykamy się dzisiaj? Mam wolną chatę :)
Och. Poczuła mocniejsze bicie serca. Co prawda nie pamiętała, żeby umawiali się na dzisiaj, ale lubiła takie spontaniczne randki. Cudownie! Będą mogli być ze sobą bliżej, poprzytulać się trochę... Teraz, kiedy mama Adriana nie żyła, a tata brał nocne dyżury, mieli czasem wieczór zupełnie dla siebie. Oczywiście rodzice nie mieli pojęcia, co wtedy robili...
Z mamą Linka w ogóle o tych sprawach nie rozmawiała, Adrian ze swoim tatą też nie. To była ich sfera prywatna. Albo może raczej tabu. Przecież rodzice musieli się domyślać, że są już w tym wieku, w którym się ze sobą sypia. Rodzice jej koleżanek też raczej nie poruszali tych tematów. Albo w ich oczach cały czas byli dziećmi, albo też woleli sobie tym nie zaprzątać głowy. Linka dobrze wiedziała, że Kaśka również sypia ze swoim chłopakiem. Inne dziewczyny z klasy - przynajmniej te, które miały stałych chłopaków - też już pierwszy raz miały za sobą.
Teraz nie mogła się już skupić na rozmowie z Zuzą, cały czas myślała o czekającym ją wieczorze. Usłyszała pukanie. Mama. Odkąd kiedyś powiedziała jej wprost, co sądzi o potrzebie prywatności, mama zawsze pukała.
- Zrobiłam wam kanapki - powiedziała przez drzwi.
Kiedy Linka je otworzyła, usłyszała odgłosy strzelaniny. To chyba ta nowa gra Kaja - pomyślała. - Jezu, jak można w ogóle grać w takie strzelanki? Obaj z ojcem lubowali się w grach komputerowych. Nie wiadomo nawet, który bardziej, bo czasem, kiedy Kaj już dawno spał, nadal słyszała tę samą muzyczkę i pif-paf dobiegające z dużego pokoju.
- Idę potem do Adriana, mamo - powiedziała. - Dobrze?
- Okej - odpowiedziała mama.
Zawsze się zgadzała, lubiła Adriana, więc pytanie było w sumie pro forma.
- To ja już pójdę - powiedziała Zuza.
- Czekaj, zjedzmy kanapki.
To miło ze strony mamy, te kanapki. Mama naprawdę się zmieniła - pomyślała Linka.
Jeszcze pamiętała te czasy, kiedy było zupełnie inaczej. Mama była wtedy jakby obca, obecna - ale tylko ciałem. Myślała wówczas ciągle o dziecku, które kiedyś oddała, o Kaśce. Kiedy powróciły demony przeszłości i nie potrafiła się z nimi uporać, zniknęła. Czas jej depresji i prób rozliczenia się z błędem młodości był bardzo ciężki. Dla wszystkich. Jakie to szczęście, że Kaśka się odnalazła.
Jeszcze rok temu Linka wcale nie była pewna, czy to dobrze, że tak się stało. W końcu wtedy Adam od nich odszedł, bo on też nie znał tajemnicy mamy i nie potrafił jej wybaczyć, że mu o tym nie powiedziała. Na szczęście wrócił, wszystko się ułożyło. Nawet z adopcyjnymi rodzicami Kaśki nastąpiło w końcu pojednanie. Wtedy, gdy Kaśka miała wyjechać z Warszawy na stałe, mama odważyła się pójść do nich i poprosić, żeby zostali. I udało się, za co Kaśka była mamie naprawdę wdzięczna.
Teraz Kaśka czasem do nich nawet przychodziła. Rozmawiały z mamą normalnie. No, na tyle, na ile były w stanie. A mama rozkwitła. Czyli jednak było warto - myślała Linka. - Warto było poszukiwać rozwiązania, warto było drążyć tę sprawę... Warto było odkryć prawdę.
Uśmiechnęła się do siebie. Cieszyła się, że niedługo zobaczy Adriana.
***
Adrian owinął się fartuchem z napisem "Pizza Master" i przycupnął w małej kuchni w swoim mieszkaniu. Fartuch dostał kiedyś ojciec od mamy - jakby miała nadzieję, że w ten sposób zachęci go do gotowania. He, he. Adrian nigdy nie widział ojca w kuchni. Nawet herbaty sobie sam nie potrafił zrobić. Typowy facet.
Adrian gotować uczył się od niedawna. Do śmierci mamy, podobnie jak ojciec, nie potrafił zrobić nawet jajecznicy. Mama robiła wszystko. To Linka kiedyś mu powiedziała, że jego mama się zaharowuje w tej kuchni. On nigdy tego nie zauważał, w końcu wszystkie znane mu kobiety gotowały. No - prawie wszystkie.
Linka nie miała specjalnego zapału do gotowania. A może to nawet nie o zapał chodziło, bo podobno każdy człowiek, który lubi jeść, potrafi albo potrafiłby gotować, gdyby tylko spróbował.
U Linki mało się gotowało. Na święta, może. W weekendy, czasem. Ale nic specjalnego - jej mama czas spędzany w kuchni ograniczała do minimum, bo są w życiu ważniejsze rzeczy. Dużo pracowała i uważała, że gotowanie to drugi etat, który kobieta sama sobie narzuca. Linka znała takie proste potrawy jak gołąbki ze słoika, kotlet w panierce z garmażerki na dole, ewentualnie makaron z pesto. Nikomu w jej domu to nie przeszkadzało. Tylko babcie, kiedy przyjeżdżały do nich, załamywały ręce i natychmiast w kuchni coś tam zaczynało pachnieć i bulgotać.
Teraz Adrian umiał zrobić w kuchni na pewno więcej niż jego dziewczyna. I było mu przykro, że tych paru potraw, których nauczył się przygotowywać w ciągu kilku miesięcy, nie potrafił robić kiedyś. Dla mamy. Ojciec jak dawniej nie miał czasu. Ale trzeba przyznać, że naprawdę był zajęty. Biedny tata, strasznie dużo pracował. A on tylko studiował.
Na razie ze znalezienia pracy nic nie wyszło. Powinien zająć się tym na poważnie. Chyba był w tej kwestii trochę zbyt wygodnicki. Gotowanie to co innego, naprawdę je polubił. Schabowy, ziemniaki, mizeria. Pierś z kurczaka, ziemniaki, pomidor. Zupa pieczarkowa na kostce. Nie było to wcale takie trudne. A tacie było miło, gdy przychodził późnym wieczorem ze szpitala i mógł zjeść coś ciepłego.
Dzisiaj postanowił przygotować coś specjalnego. Nie dla taty, dla Linki - no i oczywiście dla siebie, przecież to były jego urodziny. Dziewiętnaste. Już nigdy nie będzie miał nastych urodzin - te były ostatnie. I choćby dlatego trzeba było je uczcić. A poza tym nigdy jeszcze nie spędzał swoich urodzin z Linką, która była dla niego przecież najważniejsza - i ten fakt domagał się podwójnego uczczenia. Dzisiaj schabowy z mizerią nie wchodził w grę. Nie pasował do romantycznej randki. Postanowił, że zrobi curry z kurczaka.
W curry zasmakował w Londynie - było tam tak popularne, jak w Warszawie sajgonki czy wołowina w sosie słodko-kwaśnym. Ciotka pokazała mu te dzielnice Londynu, w których powietrze pachniało indyjskimi przyprawami. Uwielbiał chodzić do tanich knajpek na Brick Lane, w których obsługiwali ich niewysocy Azjaci, i próbować coraz to nowych potraw, popijając je mango lassi albo indyjską herbatą. Uwielbiał też jeździć do Camden na street food, a potem jeść, siedząc na krawężniku.
Ciotka dała mu kilka torebek z przyprawami, kiedy odjeżdżał, kupionych w indyjskim sklepie. Powiedziała, że w zwykłym sklepie spożywczym takich przypraw na pewno się nie kupi. I pewnie miała rację, bo mieszanki wyglądały i pachniały obłędnie. Adrian jeszcze ani razu ich nie użył. Dzisiaj miał być ten pierwszy raz.
Najbardziej wkurzało go to, że kuchnia była taka mała. Nic dziwnego, że mężczyźni nie chcą gotować w takich mikroskopijnych pomieszczeniach... Kto to w ogóle zaprojektował? - pomyślał. W tej wąskiej kiszce o powierzchni może trzech metrów kwadratowych mieścił się malutki, okrągły zlew, piekarnik, a po drugiej stronie dwie szafki i maleńki blat. Kiedy schylił się, żeby wyjąć z szafki patelnię, uderzył pośladkiem o drzwiczki ukrywające kosz na śmieci. Nie on pierwszy i nie ostatni, o to akurat mógł się założyć, bo drzwiczki chwiały się na jednym zawiasie.
Kiedy gotował, ciężko mu było się pomieścić na blacie, więc wszystko rozkładał na podłodze, bo tam było znacznie więcej miejsca. Kroił, rozbijał kotlety, przyprawiał na położonej na podłogowych kaflach desce do krojenia. I wszystko na kolanach. Mama jakoś lepiej sobie z tą przestrzenią radziła, ale była przecież znacznie drobniejsza od niego. Miał wrażenie, że zaraz dostanie klaustrofobii. No i w tym fartuchu było mu koszmarnie gorąco.
Urodziny. Był ciekaw, co dostanie od Linki. Nie miał zielonego pojęcia, ale lubił niespodzianki.
Pokroił pierś kurczaka na niewielkie kawałki. Osobno w miseczce przygotował marynatę z oliwy, soku z cytryny i mieszanki przypraw. Wymieszał to z kurczakiem i włożył do lodówki. Teraz trzeba trochę poczekać. Na szczęście ma jeszcze godzinę. Oswobodził się z fartucha, a żeby się nie pobrudzić, zdjął dżinsy i koszulkę i odłożył na stołek. Został w samych bokserkach. O, i tak się najlepiej gotuje - pomyślał. - Że też wcześniej na to nie wpadłem.
Teraz deser. Od dawna wiedział, co chce zrobić. Tiramisu. Było wystarczająco wykwintne, żeby zaimponować Lince, a przepis wyglądał na dość prosty. Wszystko kupił wcześniej: biszkopty, serek mascarpone, jajka. Kawa była w domu, co prawda resztka, ale przecież wystarczy. Ubił żółtka z cukrem, dodał serek. Trochę się to wszystko zwarzyło na początku, ale im dłużej ubijał, tym bardziej zaczynało przypominać krem. Czekoladę starł na tarce, zaparzył kawę. Phi, łatwizna. Zawsze wiedział, że Włosi są leniwi. Ich najlepsze potrawy, czyli makarony i pizza, opierały się w sumie na prostym pomyśle.
To, co najprostsze, jest zawsze najlepsze - pomyślał, układając nasączone kawą biszkopty w salaterce. Oczywiście nadal pracował na podłodze, tylko tu dało się cokolwiek zrobić. Na biszkopty wyłożył połowę masy z mascarpone i wstał, żeby wyjąć czekoladowe wiórki z lodówki.
Nie miał pojęcia, jak to się stało. Zadzwonił telefon i wychylił się, żeby odebrać. W jednej ręce trzymał miseczkę z wiórkami czekoladowymi, a drugą próbował dosięgnąć aparatu. Stracił równowagę. Dopiero potem zobaczył, że pośliznął się na białku jajka, które wypłynęło ze szklanki. Musiał ją wcześniej trącić. Próbował się ratować, łapiąc się uchwytu w szafce, ale szafka się otworzyła, a on usiadł i nawet pojechał kilka centymetrów na czymś. O nie. To coś było salaterką z tiramisu. Salaterka pękła, ale na szczęście była plastikowa. We wszystkim trzeba szukać plusów. Mogło być bardzo źle. Mogło mu się to coś wbić w tyłek. Wstał. Trochę bolało, ale najgorsze było to, że kraciasty materiał bokserek był cały oblepiony kremem. No i dupa z tiramisu - pomyślał.
I wtedy usłyszał, że ktoś wchodzi.
- Hej! Było otwarte! Jesteś tam? - usłyszał głos Linki.- Przyszłam trochę wcześniej, bo już nie mogłam się doczekać! A co ty tu... - Linka nieoczekiwanie zawiesiła głos. Spojrzała na Adriana, który z nieszczęśliwą miną stał na środku kuchni w samych gaciach, i wybuchła śmiechem. On też zaczął się potwornie śmiać.
- Jezu, ale impreza - wychichotała. - Widzę, że... gotujesz? Czy to jakiś... hm... happening artystyczny?
- Happening pod tytułem: przez żołądek do serca, he, he!
- Przez żołądek? - Linka spojrzała na oblepiony kremem pośladek Adriana. - No nie wiem. Ale moje serce jest przy tobie. Pomóc ci w tym... happeningu?
- Poradzę sobie, skarbie. Najlepiej byłoby, gdybyś udała się do dużego pokoju i spokojnie na mnie poczekała. Są tam różne ciekawe gazety do poczytania...
- Tak, "Lancet" twojego taty. Przypuszczam, że zdążę przeczytać cały rocznik, zanim tobie uda się coś ugotować - Linka zataczała się ze śmiechu. - No dobra, już idę. Mam przy sobie Cierpienia młodego Wertera. Zaczynamy omawiać już w przyszłym tygodniu. Mieliśmy przeczytać w wakacje, ale nie zdążyłam. Zanim doprowadzisz się do porządku może nawet całe mi się uda... to niezbyt gruba książka. Ciekawe, czy Werter cierpiał również na niestrawność... Jeśli z tobą gotował...
- Linka! Weź się już ze mnie nie wyśmiewaj, naprawdę bardzo się staram!
- I za to cię kocham! - pocałowała go prosto w usta, a potem palcem zaczerpnęła trochę masy z pośladka. - Wyborne! - Otarła łzy, które obficie leciały jej ze śmiechu i udała się do salonu poczytać.
Uff, poszła - pomyślał Adrian. Nie wolno mu teraz wpadać w panikę. No cóż, może tiramisu nie wyszło, ale przecież jest też mięso. Spojrzał na miskę, w której była jeszcze połowa masy z mascarpone, i na opakowanie biszkoptów. W sumie to można zrobić deser jeszcze raz. Po prostu będzie go mniej, ale dla nich dwojga wystarczy. Zagotował wodę w czajniku elektrycznym i otworzył puszkę z kawą. Ale kawy nie było, przecież zużył resztkę...
Ciekawe, czy z samym kremem będzie dobre? Krem sam w sobie był dość mdły. A może by dodać do tego tiramisu jakieś owoce?
Świeżych nie mieli, ale były truskawki w słoiku. Ostatni słoik, w szafce. Mama je robiła. Mama... Odkręcił i powąchał. Co za zapach. Uwielbiał truskawki. Czuł się, jakby dokonywał świętokradztwa. Ale chyba lepiej je zjeść, niż żeby miały się zmarnować - pomyślał.
Wylał do miseczki trochę truskawkowego syropu, dolał odrobinę wody. Mógł mieć tylko nadzieję, że to będzie dobre. Biszkopty maczał w truskawkowym soku, na nie kładł mascarpone i całe truskawki. Nie było więcej biszkoptów ani mascarpone, więc tak to zostawił. Posypał po bokach wiórkami czekolady. Wyglądało ładnie, szczególnie te truskawki na jasnym kremie robiły wrażenie. Włożył do lodówki i zajął się smażeniem mięsa. Akurat kiedy skończył, Linka złapała go za rękę i zaciągnęła do salonu.
- No bo już Werter mi się znudził - powiedziała. - A tak w ogóle - co to za specjalna okazja? - pokazała nakryty stół i butelkę wina.
Adrian dziwnie na nią spojrzał.
- Nie... - powiedział. - To tak bez okazji. Prawie.
Zapadła cisza.
W tym momencie ją olśniło. Jezus Maria, jak mogła zapomnieć, przecież były jego urodziny! Jak mogła zapomnieć o urodzinach Adriana! Z drugiej strony - wcale jej to nie dziwiło. Nigdy nie obchodzili jego urodzin. Dwa lata temu jeszcze się nie znali, tylko z widzenia. A rok temu Adrian był w Londynie. Kupiła mu prezent jeszcze w wakacje, bo wiedzieli, że w urodziny już go tu nie będzie. Zrobiło jej się głupio. Usiadła na kanapie i westchnęła.
- Adrian... ponieważ prawda zawsze jest lepsza niż kłamstwo, nie będę ściemniać. Kompletnie zapomniałam o twoich urodzinach. Pewnie dlatego, że nigdy ich w tym terminie nie obchodziliśmy. Pewnie też dlatego, że początek roku to jest zawsze taki napięty czas... Nie chcę się tłumaczyć, zapomniałam na śmierć. Nie będę też udawała, że mam prezent, ale zostawiłam w domu. Tak mi strasznie głupio! Ratunku! - i, nie wiadomo dlaczego, zaczęła się śmiać.
Adrian uwielbiał jej uśmiech. I nie potrafił się na nią gniewać nawet przez chwilę.
- Daj mi kilka dni, coś wymyślę, żeby się zrehabilitować! Proszę! Ale ze mnie łajza! No, wybacz!
- Wiesz co - powiedział Adrian - dla mnie najlepszym prezentem jest i tak to, że tu jesteś. Nie potrafię sobie wyobrazić życia bez ciebie. No chyba że wybrałbym życie z Picassem - puścił do niej oko. A potem powiedział najpoważniej na świecie: - Ja i tak już na zawsze pozostanę twoim dłużnikiem.
- Dlaczego? Niech zgadnę - zaśmiała się. Dostała głupawki od tej absurdalnej sytuacji. Chłopak ma urodziny i jeszcze sam sobie przygotowuje swoją urodzinową kolację! A jego dziewczyna o tym nie pamięta! - Bo ci kiedyś ugotowałam żurek? - Chodziło oczywiście o żurek z torebki, który próbowała przygotować, jak byli pod namiotem. Mimo że był z torebki i tak zdołała go najpierw przypalić, a potem zepsuć jeszcze bardziej, dodając za dużo wody.
- Tak, to też - roześmiał się. - Musimy popracować nad czytaniem ze zrozumieniem. Pół litra to naprawdę nie to samo co sześć szklanek, ha, ha! Ale tak naprawdę... - spoważniał. - Tak naprawdę to zawsze będę twoim dłużnikiem, bo wtedy...
- Co wtedy? - zapytała. Też już na poważnie.
- Bo mi wtedy wybaczyłaś.
Wtedy. Och, Linka wolałaby o tym nie pamiętać. Wybaczyła, ale jednak nie potrafiła zapomnieć.
Adrian w Londynie, te suche, szorstkie maile, coraz bardziej oddalający się od niej, coraz bardziej obcy. Święta, kiedy przyjechał taki dziwny i nie miał dla niej czasu. A potem jej powiedział, że się przespał z inną dziewczyną. Czy mu to wybaczyła? Czy naprawdę wybaczyła? Czy tylko starała się za bardzo o tym nie myśleć, bo go po prostu kochała? Wybaczenie nie przychodziło ot tak. Wcale nie było łatwe. Może w ogóle tylko święci potrafią wybaczać naprawdę? Bo ona sama cały czas czuła ból. Mimo to po prostu postanowiła z nim być. Zerwanie byłoby dodatkową karą - dla niej też, a przecież nie chciała się z nim rozstawać. Chciała z nim być mimo wszystko. Ale czy to jest prawdziwe wybaczenie?
- To co, mój dozgonny dłużniku, zdradź, co wspaniałego przygotowałeś na kolację. Bo coś tu bardzo pięknie pachnie - powiedziała tylko.
Bez słowa poszedł do kuchni i po chwili wrócił, stawiając na stole patelnię z jego ulubioną potrawą i dwa talerze.
- Umm... pycha - powiedziała Linka, próbując curry. - Tylko trochę ostre. Wodę masz?
Kiedy przyniósł butelkę, Linka wychyliła całą szklankę jednym haustem. Otworzyła usta, udając smoka.
- Ratunku! Pali żywym ogniem!
Posmutniał. Chyba jej nie smakowało.
- Ale tak w ogóle to jest przepyszne! Po prostu genialne!
- Jest jeszcze deser - uśmiechnął się. - Specjalny.
- Deser? - zainteresowała się. - O rany.
Linkę zawsze można było sobie zjednać czymś słodkim.
- Tiramisu z truskawkami - powiedział. - Mój autorski przepis.
- No, no, wyrabiasz się!
Gdy już zjedli kurczaka, nałożył jej porcję deseru na talerzyk. Słodki krem, kwaskowate truskawki i gorzka czekolada.
- Boże! To jest po prostu obłędne! - powiedziała. - Najlepsza rzecz, jaką jadłam. A po tym curry smakuje jeszcze lepiej.
Rzeczywiście, na podrażnione ostrymi indyjskimi przyprawami kubki smakowe łagodność deseru działała jak balsam.
- Smakuje ci?
- No jasne! Wspaniałe! Skąd masz takie truskawki?
- To... jeszcze mama robiła.
Lince zrobiło się głupio. Bo to przecież nie były zwykłe truskawki.
- Nie szkoda ci? - zapytała cicho.
- Nie żartuj. Mama na pewno by się cieszyła, że tak ci smakują.
Linka wymiotła deser do czysta. A potem powiedziała:
- Wiesz, co jeszcze mi smakuje?
- Co?
Pocałowała go.
- Ty. Smakujesz teraz curry i truskawkami. I śmietankowym kremem...
Leżeli potem obok siebie na wąskim łóżku Adriana, wtuleni w siebie jak dwa strączki groszku. Linka myślała o tym, że życie niesie ze sobą tyle przyjemności. Wiele z nich kryło się w ciele. Chłód wiatru na rozgrzanej skórze, gorąca kąpiel w pianie pachnącej wanilią, smak chili, śmietany, truskawek, zapach jej ulubionych perfum Ana?s Ana?s... Tyle przyjemności zmysłowych, takie bogactwo! Był jeszcze dotyk, dla Linki zmysł najważniejszy. Uwielbiała pocałunki i pieszczoty. Chciało jej się krzyczeć z radości. W takich chwilach czuła się prawdziwą kobietą. No a Adrian był cudownym kochankiem.
Oczywiście zabezpieczali się. Adrian był pod tym względem bardzo odpowiedzialny. Cieszyła się, że był jej pierwszym mężczyzną. Czasem na tych myślach kładł się cień, że ona nie jest jego pierwszą kobietą, ale odpychała od siebie tę myśl. Miała nadzieję, że kiedyś nie pozostanie po niej nic, nawet najmniejszy ślad.
Przeciągnęła się i pomyślała, że życie jest wspaniałe. Po pierwsze: Adrian. Była z nim taka szczęśliwa. Po drugie: jej rodzina. Wszystko wskoczyło na właściwe miejsce i było teraz naprawdę dobrze. Po trzecie: szkoła. Nie tylko zdecydowała się zostać, ale podjęła też inne decyzje. Będzie bardziej przykładała się do fotografowania. Będzie jak najwięcej korzystała z zajęć. Naprawdę będzie się uczyć, przecież to ostatni rok przed maturą! No i, po czwarte: blog. W jej życiu zaczynał się nowy etap i była bardzo ciekawa, co ten rok jej przyniesie.
Jedyne, co było w tym wszystkim złe, to to, że musi zaraz iść do domu. Już była jedenasta. Mama będzie się niepokoić. Pocałowała Adriana jeszcze raz.
- Odprowadzisz mnie? - zapytała.
- Och, ile bym dał, żebyś mogła zostać na noc.
- Ja też - powiedziała Linka. - Chciałabym zostać.
Ale pomyślała sobie, że może to dobrze nie mieć wszystkiego od razu. Bo w to, że kiedyś będą spędzali razem wszystkie noce, nigdy nie wątpiła.
W domu usiadła przed komputerem i pomyślała, że chyba tak od razu nie zaśnie. Za bardzo była tym wszystkim podekscytowana. Tęskniła za Adrianem. To było dziwne - bardziej tęskniła, gdy widziała go przed chwilą, niż wtedy, gdy nie widziała go kilka dni. Albo może nie bardziej, a bardziej cieleśnie. Jej ciało wołało o więcej pieszczot, o więcej przytulenia, o więcej całowania.
Nic - pomyślała - żeby nie zwariować, zastanowię się nad nazwą bloga. Ale jakoś nic nie mogła wymyślić. Jej wzrok padł na drewniane małpki, prezent od Adriana. Wpisała w Google: "Trzy mądre małpki" i zaczęła czytać.
Mizaru, Iwazaru, Kikazaru. Trzy mądre małpki, które mówią, że jeśli nie patrzysz na zło, chronisz się przed złem, jeśli nie słuchasz zła, chronisz się przed złem, jeśli nie mówisz zła... Ale jak to? Nie patrzeć na zło?! Nie słuchać zła?! Przecież świat jest taki...
Czytała strona po stronie wyjaśnienie filozoficzne tego symbolu i ogarniała ją coraz większa złość. A więc człowiek, który chce zachować czystość i niewinność, powinien nie tylko nie grać w strzelanki, ale też nie oglądać seriali kryminalnych, czy nawet Faktów, bo przecież codziennie słyszy się o wojnach, makabrycznych zbrodniach, o tym, co człowiek robi drugiemu człowiekowi. A więc złem można się zarazić? Ale co by się stało, gdyby tak wszyscy nie chcieli tego zła oglądać, odwrócili się od świata, pozostali bierni?
Strasznie ją to wszystko wkurzyło. Lubię was - powiedziała do małpek - bo nie jesteście niczemu winne. Jesteście prezentem od chłopaka, który chce chronić mnie przed złem. Tylko że mnie taka ochrona nie satysfakcjonuje! Ja dziękuję, wolę się jednak złu przeciwstawiać, niż się od niego odwracać! Wolę je widzieć i słyszeć, i mówić o nim! Wolę je opisywać! Przecież od tego są dziennikarze! Żeby nie odwracać oczu! Głupie, głupie małpki. Niczemu niewinne, tak was wyrzeźbiono. Może dlatego właśnie was dostałam, ku przestrodze...
Z bloga: Trzy głupie małpki
O mnie
Witam wszystkich na moim blogu. Mam siedemnaście lat i interesuję się dziennikarstwem oraz fotografią. Ten blog to próba obserwacji świata wokół mnie. Długo szukałam dla niego nazwy. Wszystkie te, które wydawały mi się adekwatne, były już niestety zajęte. W końcu przypomniały mi się trzy małpki. Zakrywają sobie oczy, uszy i usta. To interpretacja japońskiego przysłowia: nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego. W ten sposób człowiek ma chronić się przed złem.
Szczerze mówiąc, zdenerwowałam się, gdy odkryłam, co symbolizują. Ponieważ istniejemy w tym świecie - nie możemy udawać, że nie widzimy i nie słyszymy zła, i moim zdaniem nie powinniśmy milczeć, jeśli ze złem się stykamy. Dla mnie te małpki są więc symbolem nie mądrości, lecz głupoty. Chciałabym, żeby ten blog mówił o nas, o naszym pokoleniu, i o tym, co się dzieje dookoła nas. O tym, czego czasem nie chcemy widzieć albo słyszeć, a nawet jeśli zło dostrzegamy - to nie chcemy o tym mówić. Będę mówiła w imieniu głupiej małpki Mizaru - tej, która jest ślepa na świat. Zapraszam do współpracy osoby, które tak jak ja nie są obojętne na to, co się dzieje dookoła nich. Trzymajcie za nas kciuki!
Mizaru (wszystko widzę!)