Rozdział 2
Wrzesień 2023, Stykkishólmur
Dzień był tak piękny i bezchmurny, że u niejednego mógłby wzbudzić wyrzuty sumienia. Paula Wolf uśmiechnęła się do siebie podczas wspinaczki na wzgórze. Nawet na taką rzecz Islandczycy mają swoje określenie. "Pogodowe poczucie winy" dopada tych, którzy nie wychodzą na powietrze, żeby skorzystać z dobrej pogody.
Słońce zaszło powoli. Paula naprawdę mogła przez cały dzień cieszyć się piękną aurą. Wieczór był jej ulubioną porą, szczególnie wczesną jesienią. Wtedy ciepło, jakby zagęszczone, uspokajało niczym kołdra obciążeniowa. Wieczorami dojrzała trawa pachniała najmocniej. Jedynymi odgłosami przełamującymi ciszę były zdyszany oddech Pauli i stłumione beczenie pojedynczych owiec w dolinie.
Kobieta wyciągnęła materiałową chusteczkę z kieszeni jeansowej kurtki i otarła czoło. Wzniesienie miało niecałe sto metrów wysokości, ale wielki plecak wyładowany sprzętem fotograficznym sprawił, że nieźle się spociła podczas wędrówki. Na półwysep Sn?fellsnes przyjechała rano. Dział promocji chciał umieścić w swoim banku zdjęć najsłynniejsze widoki z okolicy, więc za dnia Paula wybrała się obfotografować lodowcowy krajobraz na czubku półwyspu, czarną piaszczystą plażę nad Dritvíkiem i szpiczastą górę Kirkjufell. Ubiegłe lato okazało się najkoszmarniejszym okresem jej życia. To cud, że nadal tu była i znów mogła pracować. Postanowiła przetrwać. Nie zamierzała się poddawać. Po tamtych okropnych miesiącach czuła się już lepiej. Odważyła się ostrożnie zaufać w przyszłość. Kochała fotografię. Pasja do własnego zawodu skłoniła ją, by wrócić do pracy wcześniej, niż planowała.
Była pewna, że zrobi przepiękne zdjęcia. Według prognozy Instytutu Meteorologii miała dziś wystąpić zorza polarna, a klienci lubili takie widoki. Po wszystkim Paula zamierzała odebrać w umówionym miejscu klucz do pokoju i iść prosto do łóżka. To miał być długi dzień, ale jej to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Ręce pełne roboty oznaczały, że nie musiała tyle myśleć. Jeśli miała za dużo wolnego czasu, zaczynały ją dręczyć niepożądane myśli. Tylko podczas snu osiągała stan idealnego spokoju. Nie bała się samotności, lecz tego, że ktoś ją zaburzy. Trumna stała się kroplą, która przelała czarę - na jej widok Paula była bliska szaleństwa. A niedługo potem wydarzyło się najpotworniejsze ze wszystkiego... Kobieta na moment zamknęła oczy i próbowała wyprzeć te bolesne obrazy, które przypominały jej o ostatnich przejściach. Postanowiła skoncentrować się na otoczeniu. W świetle księżyca widziała rosnące wokół dębiki i bażyny. Panowała cisza. Paula nie musiała się nikogo obawiać. Dziś spotkała tylko jedną osobę, kiedy kupowała paliwo i jedzenie na stacji benzynowej.
Dalej, za wsią Stykkishólmur, morze lśniło w księżycowej poświacie. Dolinę u stóp fotografki pokrywała lawa, która wyciekła na powierzchnię przed tysiącami lat, a potem zastygła. Dwieście metrów dalej stał troll obrócony w kamień. Głowa barczystego stwora zdawała się zwrócona w kierunku wschodnim. Może w swoich ostatnich chwilach troll patrzył bezradnie na wschodzące słońce, wiedząc, że nie zdąży się skryć w jamie, zanim dosięgną go pierwsze promienie.
Paula zdjęła bagaż z pleców i z bocznej kieszeni plecaka wyjęła statyw. Obcokrajowcy kochali opowieści o trollach, które mieszkały we wnętrzach gór i chowały się przed światłem dnia. Kobieta zaczęła ustawiać statyw w punkcie, z którego chciała uwiecznić skałę. Zdjęcia powinny opowiadać całą historię.
Bez względu na wszystko, co zaszło w ostatnim czasie, była pewna, że czeka na nią jaśniejsza przyszłość. Tak sobie powtarzała. Może zmiana na lepsze już się wydarzyła, a ona po prostu jeszcze tego nie dostrzegła.
Dobrze się czuła na Islandii. Zarabiała więcej, niż mogła w Niemczech. Poza tym tutaj szybko powierzono jej odpowiedzialne zadania. Obecnie odpowiadała za oprawę wizualną całej firmy. Praca świetnie jej szła, tylko że wszystko inne się posypało. Teraz jednak nie chciała o tym myśleć.
Wyjęła z plecaka swój najjaśniejszy obiektyw i zamontowała go na aparacie. Dekielek wsunęła do wewnętrznej kieszeni kurtki. Praca po zmroku wymagała szczególnej ostrożności. W ciemnościach łatwo zgubić drobniejsze akcesoria. Paula nachyliła się nad aparatem i jeszcze raz sprawdziła kadr. Ustawiła odpowiednią czułość i wartość przysłony, po czym nacisnęła przycisk wężyka spustowego. W takich warunkach czas naświetlania był długi i już samo bezpośrednie przyciśnięcie spustu mogłoby poruszyć aparat, przez co zdjęcie wyszłoby nieostre. Kobieta przeszła kilkadziesiąt metrów w prawo, żeby na kolejnej fotografii uwiecznić wiejski kościółek stojący nad jeziorkiem u stóp wzgórza. Pejzaż był piękny.
Gdzieś niżej potoczył się kamień. Paula dosłyszała odgłos, ale nie przywiązała do niego szczególnej uwagi. Skała była porowata i fragmenty łatwo odpadały.
Zorza rozlewała się na niebie. Blada zieleń pociemniała. Wkrótce dało się dostrzec czerwonawe odcienie. Paula miała szczęście, bo zorze tej barwy nie zdarzały się często. Stała za aparatem, mocno wsparta nogami o ziemię, i fotografowała dalej.
Wkrótce potoczył się kolejny kamień. Fotografka się wyprostowała. Teraz łoskot trwał dłużej. Kamień spadł z większej wysokości. Paula nasłuchiwała, ale już nic nie wychwyciła. Coś w atmosferze otoczenia zaczęło jej jednak przeszkadzać. Cisza na szczycie Helgafellu była zbyt statyczna. Kobieta odwróciła się i spojrzała przez ramię, ale z tyłu ujrzała jedynie ciemne formacje skalne odcinające się na tle księżycowej nocy oraz falującą na niebie zorzę. Chciała zmienić kąt fotografowania w ten sposób, żeby na zdjęciu znalazło się również połyskujące w oddali morze. Wybrała kadr, ustawiła parametry i nacisnęła wyzwalacz.
- Wreszcie cię mam.
Ktoś za plecami Pauli przemówił wolno po angielsku. Głos zdawał się jakby zduszony. Fotografka wzdrygnęła się zaskoczona i zahaczyła kolanem o statyw, który przewrócił się na ziemię. Rozległ się ostry dźwięk tłuczonego szkła, gdy obiektyw uderzył o kamień. W ułamku sekundy Paula zdążyła pomyśleć, że nowy będzie kosztował tysiące euro. Mimo przestrachu macała rękami po ziemi, żeby podnieść statyw. Może obiektyw nie rozbił się całkowicie. Wyczuwała jednak pod dłońmi tylko chropowatą skałę. Zupełnie jakby sprzęt gdzieś zniknął.
- Nadszedł czas zapłaty.
Paula spojrzała w kierunku, z którego docierał dźwięk. Zobaczyła ciemną postać.
- Nie mam wyboru, muszę to zrobić.
Teraz głos przybysza brzmiał mocniej. Paula spytała nieznajomego, kim jest i o co mu chodzi. Ten w odpowiedzi włączył latarkę i oślepił ją ostrym światłem.
- Jakbyś sama nie wiedziała - wychrypiał obcy.
- Zupełnie nie rozumiem, o czym mówisz - odparła. Próbowała zachować spokój. Starała się dostrzec coś poza blaskiem latarki, ale nie dała rady. Przybysz wciąż świecił jej w oczy. Usiłowała zakryć twarz rękami.
- Czy komukolwiek o tym mówiłaś?
Przerażenie ścisnęło ją w dołku. Domyślała się, o co chodzi obcemu. Jego głos brzmiał tak, jakby język nie mieścił się do końca w ustach, tylko próbował się wydostać pomiędzy dolnymi i górnymi zębami. Prawdopodobnie przybysz celowo modyfikował jego brzmienie. Paula dosłyszała jednak znajomą nutę. Ale to chyba nie... Musiała się mylić.
- Nikomu nic nie mówiłam. Przysięgam. Czego...
Wtedy ostre światło błyskawicznie się do niej zbliżyło. Próbowała zrobić unik, ale nie zdążyła. Zorza tańczyła na niebie coraz szybciej. Opromieniła okolicę, pomoc z nieba nadeszła jednak zbyt późno. Paula zdążyła dostrzec twarz napastnika, ale już nie było jej dane podzielić się z kimkolwiek tą obserwacją. Obcy popchnął ją ku krawędzi skały i kobieta spadła, młócąc rękami pustkę.
Helgafell mierzy zaledwie siedemdziesiąt trzy metry wysokości. Upadek z góry najprawdopodobniej byłby dla człowieka śmiertelny, ale w sprawach śmierci nie wolno się zdawać na przypadek. Zadanie było tak ważne, że napastnik musiał mieć pewność co do osiągniętego rezultatu.
Przyświecając sobie latarką, człowiek o chrapliwym głosie zebrał do plecaka sprzęt Pauli razem z rozbitym obiektywem, a następnie zaczął schodzić zboczem. Uśmiechnął się z satysfakcją. Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Paula była tak przerażona, że nie zdołała się obronić. Może nawet nie chciała. Może sama rozumiała, jak nieuchronna jest jej śmierć. Teraz trzeba było jeszcze przenieść ciało w odpowiednie miejsce.
Według Sagi rodu z Laxdalu Helgafell to ostatnie miejsce zamieszkania pięknej i niezależnej Gu?rún Ósvífursdóttir. Gu?rún została tu pochowana w 1008 roku i jej grób wciąż istnieje. Obcy pozostawił plecak Pauli oparty o drewniany płotek otaczający mogiłę, odczepił przytroczony do paska młotek szewski, podszedł do swojej ofiary i chwycił ją za nadgarstek. Nie wyczuł pulsu.
Zgodnie ze starą opowieścią ten, kto się wespnie na Helgafell bez wypowiedzenia ani jednego słowa, może wyrazić trzy życzenia. Zabójca życzył sobie, żeby Paula szybko umarła, żeby on sam wreszcie otrzymał nagrodę oraz żeby ucichły dręczące go wyrzuty sumienia. Pierwsze życzenie już się spełniło.
Aby mieć absolutną pewność, że kobieta naprawdę nie żyje, przybysz przekręcił ją na bok i ułożył głowę w odpowiedniej pozycji. Wsunął sobie w usta koniec wąskiej latarki, żeby mieć wystarczająco dużo światła. Oburącz chwycił drewniany trzonek młotka i uniósł wysoko ręce.
Gu?rún z Sagi rodu z Laxdalu miała czterech mężów. Na łożu śmierci wyznała synowi, który z małżonków był dla niej najważniejszy:
"Temu uczyniłam największą krzywdę, którego kochałam najwięcej".
Napastnik powtórzył te słowa, wziął zamach i wycelował w punkt między uchem a ciemieniem, gdzie kość jest najcieńsza. Młotek świsnął w powietrzu i trafił w głowę kobiety leżącej na ziemi. Rozległ się trzask.
Rozdział 3
Wrzesień 2023, Strandir
Owce zbiegały zboczem wąską, długą wstęgą, którą miejscami przerywały pasma mgły. Te cienkie linie były jak oddech góry. Skroplona para wodna wydostawała się szparami wydrapanymi w bazalcie przez lodowce. Mgły snuły się tuż przy ziemi, jesiennie zabarwionej na krwistą czerwień.
Oficer śledcza Hildur Rúnarsdóttir opuściła lornetkę i wyłączyła silnik quada. Odebrała radiotelefon. Wzywał ją król góry, Bogi Bogason.
- Najdalsza dolina jest już pusta. Ostatnie owce ruszyły. Teraz pędzimy wszystkie na zachód. Te, które są niżej, sprowadzimy zachodnim brzegiem rzeki.
Hildur nie odrywała wzroku od zbliżającego się stada. Chociaż odległość wynosiła jeszcze co najmniej dwa kilometry, już dało się dosłyszeć ostre pobekiwania. Setki owiec robiły dużo hałasu.
- Czekaj w łuku rzeki Hverá.
Głos Bogiego dźwięczał głębokim basem. W tle niecierpliwie zarżał wierzchowiec mężczyzny. Poruszanie się po górach wymagało od koni siły, dlatego na spęd zabierano jedynie te najsilniejsze i najszybsze. W dorosłym życiu Hildur prawie w ogóle nie jeździła konno, więc i tym razem wybrała quada z napędem na cztery koła.
Udział w spędzie był wydarzeniem, w którym każdej jesieni uczestniczyła cała społeczność. Kraj podzielono na kilkadziesiąt rejonów w taki sposób, żeby spędy w jednej okolicy nie odbywały się w tych samych dniach. Wszystko trzeba było dokładnie zorganizować, aby w każdym rejonie wystarczyło siły roboczej, koni i psów pasterskich.
Przed nadejściem zimy spędzano owce ze wszystkich pól, niezamieszkanych fiordów i pustych dolin. W jednej okolicy pasły się zwierzęta z wielu gospodarstw, więc po spędzie rozdzielano je w ogromnych zagrodach według znaków na uszach. Udział w corocznych spędach był dla Hildur obowiązkiem obywatelskim, choć tego roku udało jej się dotrzeć tylko na jeden z nich. Podziękowała w duchu Jakobowi. Starszy posterunkowy Jakob Johanson obiecał zrezygnować z wolnego dnia i przejąć jej zmianę, żeby mogła pojechać. Im więcej zebrało się uczestników, tym szybciej dało się ukończyć pracę.
- Czyli mam stanąć przy moście? - upewniła się Hildur. Wyprostowała plecy. Długi dzień dawał się jej we znaki. Miała zesztywniałe mięśnie od jazdy na trzęsącym się quadzie.
Pierwsze owce zeszły z góry wiele godzin temu. Już zapędzono je do dużej zagrody w dolinie, gdzie część ochotników sortowała zwierzęta do mniejszych zagród według gospodarstw. Każdy właściciel decydował, czy dany osobnik ma zostać przewieziony do rzeźni, czy też przezimuje w owczarni. Praca w terenie trwała do nadejścia zmroku. Zostało jeszcze pięć godzin.
- Mają tam przyjechać dwie dziewczyny na koniach. Przejedź od mostu dwieście metrów w dół rzeki. To jej najszerszy punkt i owce zawsze próbują tamtędy przełazić.
Hildur potwierdziła i schowała radiotelefon z powrotem do kieszonki na piersi. Uruchomiła quada, zamknęła wizjer kasku i ruszyła przed siebie. Stary pojazd telepał się z głośnym warkotem. Smród benzyny ostro kontrastował z dziewiczą przyrodą wokół, ale Hildur musiała przyznać, że lubiła ten zapach, szczególnie gdy mieszał się z nim słodki aromat ziemi powoli umierającej przed nastaniem zimy.
Akurat teraz krajobraz wręcz krzyczał kolorami jesieni. Rośliny zielne były czerwieńsze niż o jakiejkolwiek innej porze roku. Jeszcze kilka dni i wszystko powoli zacznie się przebarwiać na brązy i szarości. Hildur omijała miejsca porośnięte delikatnym mchem, poza tym jednak wybierała najkrótszą możliwą drogę. Gdy dotarła do rzeki, odrobinę zwolniła i przejechała przez wodę.
Zatrzymała się na samym brzegu. Jej robocze buty zatonęły w błocie do wysokości kostek. Mimo wszystko przyjemnie było postać po jeździe.
Spędzanie owiec to ciężka praca. Zwierzęta wypuszczano z nadejściem lata. Na ogół z początku trzymały się blisko gospodarstw. Z biegiem czasu zapuszczały się coraz głębiej na pustkowia. Pod koniec lata wszystkie razem pasły się na trawie i ziołach w odległych dolinach i piły ze strumyków. Jesienią robiło się coraz ciemniej i chłodniej, zbliżająca się zima znów skłaniała owce do ruchu. Podczas spędu najważniejsze było skierować je we właściwą stronę. Ani jednej owcy nie pozostawiało się w terenie, choćby na jej szukanie zeszło kilka dni. Każde zwierzę było cenne. Zdarzali się tacy, dla których o wartości owcy stanowiły wyprodukowana przez nią wełna czy mięso, ale dla większości gospodarzy dobrobyt zwierząt był też kwestią honoru. Nie chcieli ich zostawiać na łasce ochładzającej się pogody.
Bogi miał największe gospodarstwo w gminie, ośmioro dzieci i energiczną żonę. Rano Hildur spotkała całą rodzinę przy zagrodzie do rozdzielania owiec, gdy wszyscy razem pili poranną kawę. Rodzina Bogiego stanowiła dziesięć procent mieszkańców okolicy. W Strandirze nad fiordem Bjarnarfjör?ur mieszkało niespełna sto osób.
W ogóle Fiordy Zachodnie były słabo zamieszkane, ale w okolicach Strandiru ludzi było najmniej. Sto razy mniej niż owiec.
Każdy rejon co roku wybierał spośród hodowców owiec króla góry, zwanego fjallkóngur. Tym razem - i nie po raz pierwszy - był to Bogi. To on odpowiadał za zorganizowanie poszukiwań owiec i ich spędu do doliny. Na mniejszych obszarach całą operację dało się przeprowadzić w ciągu jednego dnia, ale zazwyczaj w danym miejscu trzeba było zorganizować dwie, a nawet trzy wyprawy.
W górach panowała bezwzględna dyscyplina. Fjallkóngur decydował o wszystkim. Hierarchia musiała być jasna i ścisła, bo na pustkowiach nietrudno się zgubić. Szczególnie mgła wystawiała na próbę zmysł orientacji. Gdy jedna osoba wiedziała, kto gdzie przebywa, łatwiej było podejmować poszukiwanie zaginionych.
Nagle Hildur poczuła, jak ziemia pod jej nogami drży. Kilkaset owiec pędziło do doliny, poganiane przez dwa zaciekle ujadające psy. Islandzkie szpice pasterskie kierowały stado w odpowiednią stronę. Za nimi podążało kilku jeźdźców. Nagle w bok odskoczyła szara owca. Hildur postąpiła kilka kroków do przodu, unosząc ręce osłonięte rękawami kurtki przeciwdeszczowej. Nie wolno było dopuścić do rozproszenia się stada. Gdyby jedna owca uciekła, sąsiadki mogły pójść w jej ślady, a wtedy rozpętałby się chaos.
- Usss, usss. Pójdźcie, pójdźcie! - zawołała głośno Hildur, gwałtownie machając rękami. Jej nogi zapadły się w błoto jeszcze głębiej.
Owca się wystraszyła, ale na szczęście zrozumiała, że powinna zawrócić, i pognała z powrotem za stadem. Jagnięta pilnowały się dorosłych.
Ostatni jeździec z grupy zawołał do Hildur, że zaraz nadbiegnie druga połowa stada. Śledcza pozostała na miejscu, wyjęła z kieszeni na udzie piersiówkę i pociągnęła długi łyk. Rum nie był jej ulubionym napitkiem, ale przyjemnie rozgrzewał i opóźniał nadejście głodu. Wieczorem miało nastąpić tradycyjne świętowanie. Ludzie powyciągają kolejne butelki z plecaków, ktoś zacznie grać na gitarze i wszyscy będą fałszować ballady Bubbiego Morthensa.
- Hildur, słyszysz mnie? Gdzie jesteś? - Z radiotelefonu dobiegł trzeszczący męski głos. Znów Bogi.
Wsunęła piersiówkę z powrotem do kieszeni i chwyciła urządzenie. Odparła, że wciąż czeka w łuku rzeki i właśnie minęła ją pierwsza grupa zwierząt.
- Wsiadaj na quada i natychmiast tu przyjedź.
Głęboki bas zniknął, w głosie Bogiego pobrzmiewał teraz jęk. Mężczyzna zdawał się zaniepokojony i zaaferowany. Chyba nie przewrócił się jakiś jeździec? To była pierwsza myśl Hildur. W górach czasami dochodziło do poważnych wypadków, jeśli któremuś z koni powinęła się noga, gdy pędził po śliskich zboczach.
- Zraniłeś się? Stało się coś złego? Czy koń też jest ranny? - dopytywała Hildur, wspinając się na quada.
- Nie chodzi o konie. To coś gorszego. Po prostu się pospiesz. - Bogi podał jej współrzędne.
Hildur uruchomiła silnik i poprosiła jedną z konnych przy moście, żeby ją zastąpiła, bo kolejne owce mogły nadbiec w każdej chwili. Potem ruszyła w kierunku przełęczy - to była trudna do przebycia, ale zarazem najkrótsza droga na południowy brzeg jeziora B?jarvötn.
Wkrótce dostrzegła w oddali kilka żółtych plam. Na szczęście wszyscy mieli na sobie kolorowe kurtki przeciwdeszczowe. Dodała gazu, barwne plamy coraz bardziej się powiększały. Zobaczyła trzy konie stojące z lejcami na szyjach. Skinęła głową Bogiemu, który wyszedł jej na spotkanie. Wszyscy byli zmęczeni po ciężkim dniu, ale twarz mężczyzny wyglądała na bledszą niż zwykle. Jego energia gdzieś uleciała, niesiona górskimi wiatrami.
- Dobrze, że jesteś. Chodź ze mną. - Bogi ruszył naprzód szybkim krokiem.
Reszta została, żeby pilnować koni.
- Poszliśmy się upewnić, że przełęcz jest pusta. Kiedy dostrzegłem kołujące na niebie kruki... - Mężczyzna splunął na ziemię. - ...pomyślałem, że tam musi leżeć truchło owcy. Te również musimy sprawdzać. Państwo wypłaca odszkodowania. - Słowa płynęły wartkim strumieniem. Bogi wypuścił powietrze przez mięsiste wargi i pokręcił głową. - Tam, za tym dużym kamieniem. - Pozwolił Hildur iść przodem.
Śledcza obeszła głaz i zobaczyła leżącego na plecach człowieka, którego twarz została wydziobana nie do poznania.
Rozdział 4
Reykjavík, październik 1975
Tinna
Powietrze drżało od szumu rozmów i sporadycznych okrzyków poparcia. Na Placu L?kjartorg zebrała się większa rzesza ludzi niż kiedykolwiek przedtem. A w każdym razie tak się wydawało Tinnie. Dziewczyna słyszała, jak maszerujący obok się dziwią, że do centrum przybyło ponad dwadzieścia tysięcy kobiet. Jeszcze nigdy nie widziała w Reykjavíku takich tłumów. Fakt, że nie odwiedzała stolicy zbyt często, kilka razy była tu z matką na zakupach. Pewnego lata przyjechali całą rodziną podczas wakacji: mama, tata, Hulda, Rakel i ona. Teraz Tinna miała szesnaście lat i po raz pierwszy była tu bez rodziców.
Ludzie idący przed nią stanęli, bo już nie dało się posunąć do przodu. Tinna wzięła głęboki wdech i chłonęła widoki. W wielkim mieście wszystko zdawało się takie wyrafinowane. Zupełnie inne niż w domu, w skromnym Ísafjör?ur.
Nawet rajstopy na wystawie sklepu Stella były dużo elegantsze niż te szarobrązowe ze spółdzielni. Pięknie połyskiwały na nogach jednego z manekinów, przypominając sieć rybaka.
Tinna patrzyła na okoliczne budynki. Drewniane ramy okienne były zdobione, a część domów otaczały zadbane żywopłoty.
Ludzie też wyglądali jak wyjęci z żurnala. Niektóre kobiety nosiły piękne futra i błyszczące torebki. Sprawiały wrażenie jakoś wyjątkowo szczęśliwych. Mądrzejszych i pewniejszych siebie niż ona, dziewczyna ze wsi. Tinna zerknęła na swoje odbicie w witrynie. Ciemne włosy ładnie opadały jej na ramiona. Podkręciła sobie grzywkę, żeby była bardziej puszysta. Na lewym policzku miała małe znamię w kształcie serduszka, podobne do muszki. Sweter w odcieniu winnej czerwieni wystawał spod niebieskiego płaszcza. Nie wyglądała na zamożną panią ani elegancką kobietę, ale mimo wszystko podobała się sobie. Uśmiechnęła się przelotnie do swojego odbicia i od razu lekko zawstydziła tej radości.
- Naprzód, kobiety! - zawołał damski głos z samego środka L?kjartorgu. Roznosił się z głośników umieszczonych po bokach sceny. Przed grupą maszerowała orkiestra. Rogi trąbiły, bębny bębniły.
Wszystkie zgromadzone na placu kobiety - eleganckie, zamożne, biedne, stare, młode, mieszkanki stolicy i wieśniaczki - miały ten sam cel. Chciały otrzymywać identyczne wynagrodzenie za identyczną pracę jak mężczyźni i pragnęły, by ich głosy liczyły się w społeczeństwie. Dziś, dwudziestego czwartego października, odbywał się kvennafrí, strajk kobiet.
Tinna była szczęśliwa, że mogła się wybrać do miasta z innymi i wreszcie zobaczyć na własne oczy to, o czym tak często opowiadała Hulda. Odkąd Tinna pamiętała, siostra mówiła o równouprawnieniu i podrzędnej pozycji kobiet w społeczeństwie. Rakel była zadowolona, że Tinna jedzie na demonstrację. Ona sama chciałaby dołączyć, ale zraniła się w nogę przy koniach i musiała zostać w łóżku.
Wiosną Hulda ciągle drążyła temat strajku kobiet z Rakel i przyjaciółkami. Mówiły o Czerwonych Pończochach i zamiarach protestujących. Dziś nadszedł ten dzień, gdy Islandki nie poszły do pracy, nie zajmowały się domem ani dziećmi. Zamknięto nawet przetwórnie ryb, w których wiele kobiet pracowało, wykonując najgorzej opłacane zadania.
"Naprzód, kobiety!"
Nawoływanie dobiegało z głośników. Ludzka masa posunęła się odrobinę do przodu. Kobiety ścisnęły się, żeby być bliżej sceny. Wiele z nich niosło transparenty z hasłami domagającymi się takiego samego wynagrodzenia za taką samą pracę i ogłaszającymi przy akompaniamencie wielu wykrzykników, że teraz już się nie poddadzą i że walka o prawa kobiet jest walką o prawa człowieka.
- Zostajemy tutaj? Stąd dobrze widać scenę - powiedziała Una. Piegowata dziewczyna trzymała tabliczkę z postulatem natychmiastowego równouprawnienia. Przystanęły na kamiennym placu.
Krótkowłosa, ubrana w barwne, kwieciste ciuchy Margrét została obok Uny i przejęła od niej transparent. Jako najniższa z grupki Tinna stanęła przed nimi. Była też najmłodsza. Una właśnie skończyła osiemnaście lat, a Margrét była o kilka lat starsza, niemal w wieku Huldy. Wspomnienie o siostrze zabolało Tinnę, próbowała jednak skoncentrować całą uwagę na falującym przed nią morzu ludzi. Chciała zapamiętać tę chwilę.
Było ich tak wiele, że nie dało się już wypatrzeć pojedynczych osób. Istniała jedynie wielka masa kobiet - długowłosych, krótkowłosych, niskich, wysokich, w kapeluszach i w chustkach na głowach.
- Tam jest Inga. - Margrét wskazała w kierunku mównicy.
Inga należała do grupy zbierającej fundusze na strajk. Wiosną sama przejechała całą drogę z Reykjavíku do ich wioski, do Huldy. Dla niejednego było to zadziwiające. Niewiele kobiet, w każdym razie na wsi, posiadało prawo jazdy. Mężczyzna był głową rodziny i decydował, kiedy i dokąd się jeździło.
- Przecież twoja siostra Hulda też brała udział w zbiórce. Była bardzo aktywna w tych sprawach. - Margrét uniosła tabliczkę. Miała niski, stonowany głos. Gdy mówiła o Huldzie, stawał się jeszcze niższy.
Tinna udawała, że nie dosłyszała słów koleżanki, i się schyliła, niby to zawiązać sznurowadła. Nie potrafiła odpowiedzieć niczego sensownego. Chociaż często słuchała rozmów starszych sióstr, Hulda pozostała jej dość odległa. Myślenie o niej sprawiało Tinnie trudność. Szczególnie teraz. Coś opłakiwała, ale nie była do końca pewna co. Czuła mieszankę rozczarowania, opuszczenia i chyba też trochę lęku. Miała wrażenie, że Hulda nigdy jej tak naprawdę nie dostrzegała. Na ich stosunki wpłynęła duża różnica wieku. Najstarsza siostra zawsze trzymała innych na dystans, ale jej nagły wyjazd pozostawił tęsknotę w nich wszystkich. Uciekła za granicę do pracy. Najprawdopodobniej do Danii, jak wielu innych Islandczyków. Matka i ojciec w ogóle nie chcieli o tym rozmawiać. Tinna próbowała poruszyć temat z Rakel, ale to też do niczego nie doprowadziło. Zresztą nie czuła się zaskoczona. W ich rodzinie zazwyczaj milczało się o trudnych sprawach.
Za mikrofonem stała ubrana w ciemny wełniany płaszcz kobieta o poważnym wyrazie twarzy. Mówiła w przemyślany sposób. Wszystkie zebrane na mieście strajkujące słuchały jej przemowy.
- Małżeństwo nie może wyznaczać kierunku przyszłości kobiety. Możemy osiągnąć, co tylko chcemy, jeśli tylko podejmiemy decyzję i to zrobimy. Nie ma co czekać na zmiany w społeczeństwie. Ono nie zmieni się samo, a jedynie poprzez nasze działania. Chcę tu zacytować słowa asystentki sekretarza generalnego ONZ Helvi Sipilä: "Poprawa pozycji kobiet umacnia pozycję rodzin, a przez to - całe społeczeństwo".
Zamążpójście, pomyślała Tinna. Ta idea była jej obca. Że miałby się zjawić jakiś mężczyzna, który decydowałby o jej sprawach? Pomyślała o chłopaku Rakel, którego tamta poznała na tańcach. Podobno się ze sobą spotykali i pewnie zamierzali wkrótce wziąć ślub. Tinna nie lubiła Rúnara. Tak naprawdę nie lubiła nikogo, kto zalecał się do Rakel. Mężczyźni, którzy kręcili się wokół siostry, mieli w sobie coś zbyt mocnego i odpychającego. Ona sama nie planowała wychodzić za mąż. Nigdy. Związek jej rodziców był może na swój sposób szczęśliwy, ale nie sposób było nie zauważyć, że matka zawsze robiła i mówiła to, czego chciał ojciec.
Gdy skończyła się uroczysta przemowa, wszystkie zaczęły wiwatować. Okrzyki wsparcia rozbrzmiewały echem na placu. Były odczuwalne jako silne wibracje w całym ciele.
Potem Czerwone Pończochy zaśpiewały. Dwadzieścia tysięcy kobiet połączyło się we wspólnej pieśni. Jej tekst nawoływał dziewczęta do stanięcia na własnych nogach, wyrwania starych korzeni i położenia kresu tysiącletniemu uciskowi.
- Hulda powinna tu być. Ona, jak nikt inny, powinna to zobaczyć - powiedziała z mocą Margrét. Tinna zauważyła łzy w oczach koleżanki.
Intonujące pieśń wciąż zagrzewały do wspólnego śpiewania. Wkrótce wszystkie zapytały jednogłośnie, czy się odważą, czy chcą i czy mogą. Potem krzyknęły razem w odpowiedzi: odważę się, mogę i chcę!
Stojąc pośród morza ludzi, Tinna czuła się silna dzięki obecności innych kobiet, ale zarazem ogromnie samotna. Tęsknota doskwierała jej bardziej niż kiedykolwiek. Kłuła w piersi tak, że niemal trudno było oddychać. Margrét miała rację. Hulda też powinna tu być.