1.POCZĄTKI NA STEPACH1336-1370
Timur, Pan Koniunkcji, był największym azjatyckim zdobywcą, jakiego znała historia. Syn przywódcy pomniejszego plemienia był nie tylko najdzielniejszym z dzielnych, ale także mężem niezwykle rozważnym, hojnym, doświadczonym i wytrwałym człowiekiem; połączenie tych cech uczyniło go niezrównanym przywódcą ludów i istnym bogiem wojny, którego uwielbiały wszystkie warstwy ludności (...). Celem Timura była chwała i - podobnie jak w przypadku wszystkich zdobywców, czy to starożytnych, czy współczesnych - wzrostowi jego potęgi towarzyszył straszliwy rozlew krwi. Czasem nakazywał masakrę z zemsty lub z ostrożności, ale przyczyną bardzo niewielu rzezi było czyste okrucieństwo.
podpułkownik P.M. Sykes A History of Persia (Historia Persji)
Rankiem 28 lipca 1402 roku niemłody władca patrzył ze wzniesienia nad doliną na swą armię. Jego liczne wojska pokrywały równinę Czibukabad, leżącą na północny wschód od Ankary, niczym ciemna, przerażająca plama. Wódz kazał konnym łucznikom uformować szeregi, które ciągnęły się aż po horyzont i ginęły w słonecznej poświacie. Wszyscy czekali na sygnał do ataku: 200 000 wojowników pochodzących z najdalszych rubieży państwa, od Armenii po Afganistan, od Samarkandy po Syberię. Byli pewni swej siły, zdyscyplinowani i zahartowani w ogniu bitew. Nigdy nie zaznali porażki.
Przez 30 lat ci ludzie, ich ojcowie i synowie jak burza przetaczali się przez pustynie, stepy i góry Azji, siejąc śmierć i zniszczenie. Pod ich naporem jedno po drugim upadały wielkie miasta Wschodu. Antiochia, Aleppo, Balch, Bagdad, Damaszek, Delhi, Herat, Kabul, Sziraz i Isfahan zmieniły się w dymiące zgliszcza. Wszystkie ludy padały na kolana przed niepokonanymi tatarskimi hordami, które zabijały, gwałciły, grabiły i paliły, znacząc swój szlak przez kontynent kolejnymi triumfami i straszliwymi trofeami. Na każdym polu bitwy pozostawiały krwawe wieże i piramidy głów obciętych wrogom: okrutne ostrzeżenie dla tych, którzy śmieli im się przeciwstawić.
Teraz, patrząc na odległą sylwetkę siedzącego na koniu człowieka, która rysowała się nad nimi na tle nieba, wojownicy szykowali się do kolejnego zwycięstwa. Ich władca zasłużył na wspaniale brzmiące tytuły: Pan Szczęśliwej Koniunkcji (co odnosiło się do zapowiadającego powodzenie układu planet w chwili jego narodzin), Zdobywca Świata, Cesarz Swych Czasów, Niepokonany Władca Siedmiu Krain. Jedno z imion pasowało do niego bardziej niż inne: Timur, Bicz Boży.
Stojąc pod rozpalonym letnim niebem i patrząc w dół, władca był spokojny. Kilka chwil przed najważniejszą bitwą życia czuł tylko niezachwianą wiarę w swoje przeznaczenie, które dotąd go nie zawiodło. Zsiadłszy z ogiera, ukląkł, żeby odmówić zwyczajowe modlitwy do stworzyciela wszechświata, rozciągając się pokornie na spękanej ziemi, poświęcając swoje zwycięstwa Allachowi i prosząc, by nadal otaczał boską łaską Swego sługę. Potem wstał, wyprostował 66-letnie plecy, proste jak zwykle u jeźdźca, i spojrzał na pole walki, gdzie czekali jego ukochani synowi i wnukowie: przyszłość dynastii Timura.
Lewym skrzydłem dowodzili jego syn książę Szahruch i wnuk Halil Sułtan. Strażą przednią kierował inny wnuk, sułtan Husajn. Trzeci w kolejności syn Timura, książę Miranszah, prowadził do boju prawe skrzydło wojsk, na czele awangardy mając swego syna, Abubakra. Jednak zamglone oczy władcy prawdopodobnie spoczęły najdłużej na głównym trzonie armii, mieniącym się jak w kalejdoskopie skupisku żołnierzy pod dowództwem jego wnuka i dziedzica, księcia Mehmeta Sułtana. Nad ich głowami wznosił się królewski znak Timura, buńczuk z końskiego włosia, zwieńczony złotym półksiężycem. Żołnierze przybyli prosto ze stolicy - Samarkandy - odróżniali się od steranych w bojach towarzyszy wspaniałymi strojami. Każdy oddział lśnił innym kolorem: karmazyn i fiolet obok żółci i bieli. Do barwy oznaczeń, tarcz i siodeł dopasowane były włócznie, kołczany, pancerze i buzdygany. Przed wojownikami stało 30 machin zniszczenia: bojowe słonie, które Timur zdobył w 1398 roku w podbitym Delhi. Na ich grzbietach, ukryci w drewnianych wieżyczkach, czekali łucznicy i miotacze płomieni.
Jak napisał XV-wieczny syryjski kronikarz Ibn Arabshah, armia tatarska przedstawiała straszliwy widok. "Zdawało się, że dzikie bestie zostały zebrane i rozrzucone po ziemi, a gwiazdy rozproszone, gdy jego armia przelewała się tam i z powrotem, [zdawało się], że góry chodzą, kiedy się poruszała, że wywracają się groby, kiedy maszerowała, a ziemia zdawała się trząść od gwałtownych ruchów".
Naprzeciwko zastępów Timura na równinie stał jego najpotężniejszy nieprzyjaciel. Osmański sułtan Bajazyd I, nazywający się zbrojnym ramieniem islamu, wystawił do walki porównywalne siły. Jego wojska składały się z 20 000 serbskiej jazdy, konnych spahisów, nieregularnej kawalerii i pieszych oddziałów z prowincji w Azji Mniejszej. Sułtan osobiście dowodził zgromadzonymi w centrum 5000 janczarów - zaczątkiem regularnej piechoty - wspomagany przez trzech synów, książąt Musę, Isę i Mustafę. Ruchami prawego skrzydła kierował Łazarewicz, chrześcijański szwagier Bajazyda, lewemu wydawał rozkazy kolejny syn władcy, książę Sulejman Çelebi. Tureccy żołnierze, bohaterowie spod Nikopolis, gdzie w 1396 roku pokonali europejskich krzyżowców i zdławili płomień krucjat, byli spragnieni, wyczerpani i zniechęceni po serii forsownych marszów. Jeszcze przed rozpoczęciem bitwy genialny manewr taktyczny Timura poważnie osłabił ich morale. Zaledwie tydzień wcześniej zajmowali wzniesienie, na którym teraz stała armia wroga. Pozorując ucieczkę, Tatarzy wywiedli ich w pole, pospiesznie wrócili, zatruli zapasy wody, splądrowali niebroniony obóz i opanowali tureckie pozycje.
Przeciwnicy czekali w ciszy i bezruchu. Nagle w szeregach konnicy Timura zapanował zamęt: konie wyczuły zbliżający się atak. Zaraz potem ciszę rozerwały huk potężnych kotłów oraz dźwięk cymbałów i trąb, znak, że zaczyna się bitwa. Dolina wypełniła się echem łoskotu kopyt, świstem strzał i brzękiem metalu uderzającego o metal. Przez równinę ruszyła wspaniała serbska jazda; pancerze lśniły jasno w kłębach duszącego kurzu. Pod naciskiem Serbów lewe skrzydło tatarskie zaczęło się cofać, broniąc się kolejnymi falami strzał i podpalonej nafty. Na prawym skrzydle ludzie Abubakra w deszczu grotów natarli na oddziały księcia Çelebiego i walcząc jak lwy, przerwali szeregi Turków. W tej chwili tatarska konnica Bajazyda nagle zmieniła front i zaatakowała od tyłu Macedończyków i Turków Çelebiego. Był to krytyczny moment, który zdecydował o załamaniu się tureckiego ataku. Timur - mistrz podstępu - od miesięcy zabiegał o przeciągnięcie Tatarów służących w wojskach sułtana na swoją stronę, grając na ich poczuciu lojalności plemiennej i obiecując bogatsze łupy. Widząc, że jego oddziały ulegają przewadze Tatarów, a w prawym skrzydle osmańskiej armii, zaatakowanej przez konnicę wnuka Timura, sułtana Husajna, zapanował zamęt, Çelebi uznał bitwę za przegraną i uciekł z pola walki z resztą swoich ludzi.
Obserwację zdarzeń, które rozgrywały się w leżącej pod jego stopami dolinie, przerwało Timurowi pojawienie się wspaniale uzbrojonego jeźdźca. Zeskoczywszy z rumaka, ulubiony wnuk władcy, Mehmet Sułtan, przykląkł na jedno kolano i błagał dziadka, by pozwolił mu dołączyć do boju i wykorzystać do końca przewagę nad wrogiem. Timur z powagą wysłuchał słów młodzieńca i skinął głową. Sultan Muhammad, nieustraszony wojownik i godny dziedzic, był jego dumą.
Elitarne oddziały z Samarkandy i gwardziści władcy natarli na serbskich jeźdźców, którzy, ujrzawszy, że Çelebi opuszcza pole bitwy, zachwiali się pod atakiem i ruszyli za uciekającym księciem w kierunku Brusy. Był to bolesny cios dla Bajazyda: do dyspozycji pozostała mu jedynie piechota. Wkrótce sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót. Główne siły tatarskie - 80 pułków i budzące przerażenie bojowe słonie - ruszyły naprzód i zmiażdżyły turecką piechotę. Ci, którzy jeszcze żyli i walczyli, zginęli na miejscu lub zostali pojmani w niewolę.
Bajazyd, władca, na którego dźwięk imienia zamierały serca królów i książąt Europy, znalazł się na skraju całkowitej klęski. Większa część jego wojsk uciekła. Sułtana nie opuściły jedynie oddziały janczarów i odwody. Mimo to się nie poddawał. Zażarta walka trwała aż do wieczora. Żołnierze Bajazyda dzielnie bronili swego władcy.
"Byli jednak jak ktoś, kto grzebieniem zmiata kurz, osusza morze sitem lub waży góry na szalkach - pisał Arabszah. - Z chmur gęstego kurzu wyrzucali nieprzerwanie ulewę bełtów i czarnych strzał w kierunku gór i pól pełnych owych lwów, a naganiacz Przeznaczenia i myśliwy Losu wypuścili swe psy przeciw stadom bydła i wciąż pokonywali, i byli pokonywani, i sieczeni przez fale ostrych strzał, aż stali się niczym jeże, a bitewny zapał rozgrzewał te gromady od wschodu słońca do wieczora, kiedy armie żelaza zwyciężyły i wobec ludzi Rum1 odczytane zostały wersety Zwycięstwa"[1]. Wówczas ich siły wyczerpały się, a oddziały na linii walki i rezerwy zostały zdziesiątkowane, nawet najdalszy z wrogów nacierał na nich, gdy chciał, a obcy rąbali ich mieczami i włóczniami i napełniali stawy ich krwią, a bagna ich kończynami, a Ibn Osman [Bajazyd] został wzięty i skrępowany pętami jak ptak w klatce".
Bitwa pod Ankarą położyła kres potędze Bajazyda. Timur odniósł największe ze swoich zwycięstw. "Od Irtyszu i Wołgi po Zatokę Perską, od Gangesu do Damaszku i Archipelagu, Azja była w ręku Timura - pisał Edward Gibbon. - Jego armie były niepokonane, jego ambicje nieskończone. W swej gorliwości mógł zapragnąć podboju i nawrócenia chrześcijańskich królestw Zachodu, które drżały już na dźwięk jego imienia". Timur stał u wrót Europy. Jej słabi, skłóceni i ubodzy królowie - Henryk IV w Anglii, Karol VI we Francji, Henryk III w Kastylii - rzeczywiście drżeli na myśl o tym, z jaką łatwością ten przybywający znikąd wódz powalił ich najgroźniejszego wroga. Natychmiast pośpieszyli z listami pełnymi powinszowań i deklaracji dobrej woli pod adresem "najbardziej zwycięskiego i łagodnego księcia Timura". W ten sposób mieli nadzieję zapobiec inwazji. Wszyscy lękali się jego następnych posunięć.
W obozie tatarskim, przeciwnie, panował spokój. Ludzie Timura, od najwyższych emirów po szeregowych żołnierzy, zastanawiali się, co teraz uczyni ich władca. Być może poprowadzi ich hordy dalej na Zachód, do krajów chrześcijańskich, by siać zniszczenie wśród niewiernych i zasłużyć na jeszcze większą łaskę w oczach Allacha. A może skieruje się na Wschód, aby stawić czoło innemu niewiernemu, potężniejszemu od tamtych, chińskiemu cesarzowi z dynastii Ming. Takie decyzje mogły jednak poczekać.
Tymczasem dla władcy i jego wojowników najważniejsze było świętowanie ich największego triumfu. Żołnierze brodzili w zwałach ciał na przesiąkniętym krwią polu bitwy, obcinając głowy martwych wrogów, by, jak to mieli w zwyczaju, usypać stosy czaszek. Zbierali broń poległych Turków, chwytali ich konie, obdzierali ciała ze wszystkiego, co mogło się przydać. W perspektywie mieli inne, przyjemniejsze zajęcia: ucztowanie, podziwianie tańczących dziewcząt i - najrozkoszniejsze ze wszystkiego - używanie w haremie Bajazyda.
Kim był ten wschodni wódz, który powalił jednego z najpotężniejszych władców na świecie, a teraz ponad wodami Bosforu spoglądał tak złowieszczo na europejski brzeg? W 1402 roku Timur najpierw pokonał Bajazyda, potem kazał nabić działa odciętymi głowami joannitów[2] ze Smyrny i wystrzelić je w kierunku ich przerażonych braci; za sprawą tych dwóch czynów przebojem wdarł się w świadomość ludzi Zachodu. Aby zrozumieć, jak do tego doszło, musimy cofnąć się o sześć dziesiątków lat i przenieść do miejsca leżącego o ponad 2500 kilometrów na wschód, do małego miasteczka w południowym Uzbekistanie, zwanego Kesz.
W pobliżu tego właśnie miasteczka 9 kwietnia 1336 roku - jak czytamy w kronikach - Taragajowi, pomniejszemu szlachcicowi z rodu Barłasów, urodził się syn[3]. Był to ród tatarski, należący do tureckiego plemienia o mongolskich korzeniach, potomków ord Czyngis-chana, które w XIII wieku opanowały większą część Azji[4]. "Miejscem urodzenia tego oszusta była wioska należąca do pana o imieniu Ilgar na ziemi Kesz - oby Allach usunął go z ogrodów Raju", pisał Arabszah. Dziecku nadano imię Temur, czyli żelazo. Ponieważ w bardzo młodym wieku zaczął utykać w wyniku nieszczęśliwego wypadku, nazywano go "Temurem Chromym", po persku Temur-i-lang. Pod imieniem Tamburlaine lub Tamerlane, będącym zniekształconą formą tego określenia, poznali Timura mieszkańcy Zachodu[5]. Legenda mówi, że narodzinom Timura towarzyszyły niepomyślne znaki. "Powiada się (...), że wyszedł z łona matki z dłońmi pełnymi krwi; rozumiano to w ten sposób, że jego dłonie rozleją krew", twierdził Arabszah. (Warto w tym miejscu od razu wyjaśnić, czemu Arabszah żywił do Timura tak wielką niechęć[6]. W 1401 roku 8- lub 9-letni Syryjczyk został pojmany przez Tatarów podczas grabieży Damaszku. Uprowadzony wraz z matką i braćmi do Samarkandy jako jeniec, nauczył się tam perskiego, mongolskiego i tureckiego, studiował pod kierownictwem wybitnych uczonych i wiele podróżował. Później przedziwny zwrot losu rzucił go na dwór osmańskiego sułtana Mehmeda I, syna Bajazyda, którego błyskotliwą militarną karierę przerwał swego czasu Timur. Arabszah powrócił do Damaszku w 1421 roku, nigdy jednak nie zapomniał scen gwałtów i zniszczeń, jakich dopuścili się w jego mieście Tatarzy. Kulminację stanowiło zburzenie wspaniałego meczetu Omajjadów, który - zdaniem Ibn Battuty[7], XIV-wiecznego arabskiego podróżnika pochodzącego z Maroka - "nie miał sobie równych ani podobnych" we wszystkich krajach islamu).
Shahrisabz znajduje się w samym sercu krainy zwanej po arabsku Mawarannahr - "To, co jest za rzeką" - położonej na obszarze bawełnianego zagłębia dawnego Związku Radzieckiego i obejmującej niezależne obecnie republiki Uzbekistanu, Kazachstanu, Turkmenistanu, Tadżykistanu i Kirgistanu; rozciąga się ona aż po północno-zachodnią część chińskiej prowincji Sinciang. Tereny te znano również pod nazwą Transoksjany, której centrum był szeroki na ponad 420 kilometrów pas ziemi pomiędzy dwiema wielkimi rzekami Azji Środkowej, Amu-darią i Syr-darią, czyli starożytnymi Oksusem i Jaksartesem. W przeszłości uważano, że wraz z dwiema innymi rzekami nawadniają one ogrody Edenu; wśród jałowego krajobrazu wzdłuż ich brzegów ciągną się żyzne tereny. Amu-daria, mająca ponad 2500 kilometrów, najdłuższa rzeka na tym obszarze, wypływa z gór Pamiru, zatacza łagodny łuk w kierunku zachodnim, a następnie skręca na północny zachód i wpada do Morza Aralskiego w jego południowej części. Krótsza o 560 kilometrów Syr-daria bierze początek w pokrytych śniegiem górach Tienszan, skąd zdąża na zachód, by, również zwróciwszy bieg w kierunku północno-zachodnim, dotrzeć prawie do północnego brzegu gwałtownie wysychającego i kurczącego się Morza Aralskiego.
Wzdłuż otaczanych czcią rzek i ich dopływów wyrastały starożytne miasta, w których nazwach pobrzmiewają wspomnienia o Aleksandrze Wielkim i mongolskim wodzu Czyngis-chanie[8]: Buchara, Samarkanda, Termez, Balch, Urgencz, Chiwa. Poza wąskim pasem żyznej, zamieszkanej ziemi zaczynały się zabójczo jałowe, smagane gorącymi, suchymi wiatrami piaski. Na zachód od Amu-darii leżały niegościnne połacie pustyni Kara-kum (Czarnych Piasków), na wschód od Syr-darii rozciągał się równie nieprzyjazny ludziom Głodowy Step. Nawet pomiędzy rzekami niewielkie ośrodki osadnictwa i cywilizacji musiały się opierać nieprzerwanemu atakowi sił natury: na północy tereny rolnicze ustępowały miejsca rozpalonemu pustkowiu Kyzył-kum (Czerwonych Piasków). Latem z nieba lał się żar, od którego skóra trudzących się na polach wieśniaków pękała i twardniała jak rzemień. W zimowych miesiącach bezlitosne wiatry szalały nad zaśnieżoną, zamarłą krainą; kobiety, mężczyźni i dzieci, zamieszkujący te ziemie - zarówno żyjący w stałych osiedlach, jak i koczownicy - chronili się w ger, wojłokowych namiotach, i za murami z cegieł wykonanych z mułu, owijając się ciasno w futra i wełniane koce, gdyż lodowate wichry były tak silne, że mogły zrzucić jeźdźca z siodła. Jedynie na wiosnę, kiedy rzeki wzbierały od śniegów topniejących wysoko w górach, sady pokrywały się kwieciem, na placach targowych wznosiły się stosy jabłek, owoców morwy, gruszek, brzoskwiń, śliwek, granatów, melonów, moreli, pigw i fig, nad ogniskami skwierczały baranie tusze i kawały końskiego mięsa, a podczas uczt, na których gromadziły się całe plemiona, osuszano wielkie puchary wina - jedynie wtedy kraina ta do woli cieszyła się wszelką obfitością.
Epoka podbojów mongolskich, które, jak twierdzą historycy, "przewróciły świat do góry nogami", rozpoczęła się w 1206 roku. Zdobywszy kontrolę nad wojowniczymi plemionami i zjednoczywszy je, zbliżający się do czterdziestki mongolski wódz o imieniu Temudżyn nad brzegami rzeki Onon przyjął tytuł Czyngis-chana - Chana Oceanu lub Władcy Wszechświata. Na stolicę swego państwa wybrał Karakorum. Choć rządził wieloma różnymi plemionami, jego poddanych znano pod wspólną nazwą Mongołów. Dla stworzonej w ten sposób potężnej siły militarnej - prawdopodobnie liczącej co najmniej 100 000 ludzi - należało znaleźć zajęcie, inaczej bardzo łatwo mogłaby rozpaść się na zwalczające się grupy i stronnictwa plemienne, co podkopałoby władzę nowego pana. Czyngis-chan znalazł cel za południową granicą swych ziem. Postanowił zaatakować cesarstwo dynastii Tsin w północnych Chinach.
Armie Mongołów, słynących z umiejętności jeździeckich i łuczniczych, runęły na Azję jak tsunami, miażdżąc każdego wroga na swojej drodze. W 1209 roku poddało się tureckie plemię Ujgurów, zamieszkujących tereny dzisiejszej chińskiej prowincji Sinciang. Dwa lata później Mongołowie najechali cesarstwo Tsin, by w 1215 roku zdobyć jego stolicę, Pekin. Karakitajowie, koczownicy ze stepów Ałtaju w północnych Chinach, ulegli w 1218 roku. W ten sposób młode państwo Czyngis-chana zaczęło sąsiadować z ziemiami sułtana Mohammada, muzułmańskiego władcy rządzącego większą częścią Persji i Mawarannahru ze stolicy w Samarkandzie. Wciąż pozostaje przedmiotem sporów, czy Czyngis-chan już wówczas planował rozpoczęcie walki z potężnym przeciwnikiem, lecz kiedy 450 muzułmańskich kupców, którzy wyruszyli z karawaną z jego kraju, zostało z zimną krwią zamordowanych w nadgranicznym mieście Farab w związku z podejrzeniem o szpiegostwo, a Mohammad odmówił wypłacenia rekompensaty, wojna stała się nieunikniona.
W 1219 roku hordy Mongołów wdarły się do Azji Środkowej i obległy Farab. Kiedy miasto padło, synowie Czyngis-chana, Ugedej i Czagataj, pojmali jego zarządcę i odebrali mu życie, wlewając do gardła roztopione złoto. Była to pierwsza zapowiedź okrucieństw, do jakich miało dojść podczas tej kampanii. Przerażony Mohammad uciekł, ścigany przez Mongołów, na wyspę na Morzu Kaspijskim, gdzie niebawem zmarł. Następnie najeźdźcy zdobyli kwitnącą Bucharę i Samarkandę, gdzie bez trudu pokonali 110 000 obrońców i 20 słoni bojowych. Muzułmańskie państwo poznało, co znaczy wściekłość Czyngis-chana, człowieka, który czerpał rozkosz z boju i rozlewu krwi i powiedział swoim dowódcom, że "największym szczęściem jest ścigać i pokonać wroga, zagarnąć całą jego własność, sprawić, że jego żony będą łkać i biadać, użyć ciał jego kobiet jako nocnych okryć i poduszek, patrząc na nie, całując ich różane piersi i wysysając usta, równie słodkie jak jagody piersi".
Mongołowie równali z ziemią i wyludniali kolejne miasta, zabijali jeńców lub gnali ich podczas ataku przed swoimi szeregami niczym żywe tarcze. Od ich mieczy ginęły nawet koty i psy. Przetoczyli się przez Azerbejdżan, w 1221 roku zajęli chrześcijańskie królestwo Gruzji, którego stolicę Tyflis zamienili w dymiące ruiny. Posuwali się przez Kaukaz i Krym, a następnie wzdłuż Wołgi, powalając na kolana Bułgarów, Turków i ruskich książąt. Wreszcie dotarli do północnych brzegów Morza Kaspijskiego. Ich kolejnym celem był Urgencz, ojczyzna szachów, który padł po siedmiu miesiącach oblężenia. Rzemieślników, kobiety i mężczyzn najeźdźcy zgromadzili w jednym miejscu i wzięli w niewolę, mężczyzn zaś wybili. Każdy z żołnierzy Czyngis-chana dostał rozkaz uśmiercenia 24 jeńców.
Na północ od Oksusu Mongołowie na swej drodze natrafili na starożytne miasto Termez. Zgodnie z legendą jedna z jego mieszkanek, chcąc ocalić życie, powiedziała mongolskim żołnierzom, że połknęła drogocenną perłę. Kiedy w jej żołądku znaleziono klejnot, Czyngis-chan polecił swym ludziom, by otworzyli brzuchy wszystkich zwłok. Dawna stolica Baktrii, bajeczne miasto Balch, uległo naporowi armii mongolskiej, podobnie jak Merw, gdzie wojownicy pod wodzą Tołuja, kolejnego syna władcy, mieli zamordować 700 000 ludzi[9]. Ten sam los spotkał Herat, Niszapur i Bamian. Pod koniec 1221 roku Dżalal ad-Din, który po niechlubnej ucieczce ojca dowodził oporem wobec Mongołów, został pokonany w bitwie nad brzegami Indusu. Był to koniec wojny. W 1223 roku Czyngis-chan powrócił na wschód. Zmarł cztery lata później jako pan imperium, które rozciągało się od Chin do wrót Europy.
Chociaż żaden z jego następców nie odziedziczył militarnego geniuszu Czyngis-chana, zapoczątkowane przez niego podboje mongolskie trwały, kontynuowane przez jego synów i wnuków. Obszary, które opanował, rozdzielono zgodnie ze zwyczajem. Tołuj, najmłodszy z synów, otrzymał ziemie ojca w Mongolii. Najstarszy Dżoczi rządził terytoriami leżącymi najdalej od Karakorum; jego włości na wschód od Irtyszu miały stać się siedzibą Złotej Ordy, chanatu, o którym opowiadam w rozdziale 2. Ugedejowi, trzeciemu z kolei synowi, przyszłemu Wielkiemu Chanowi, czyli zwierzchnikowi wszystkich braci, przypadł ułus zachodniej Mongolii. Drugi co do wieku syn Czyngis-chana, Czagataj, został władcą Azji Środkowej. Zachodnią częścią ułusu Czagataja była kraina Mawarannahr, w której dorastał Timur.
W 1234 roku Ugedej zakończył podbój cesarstwa Tsin. W latach 40. i 50. XIII wieku Mongołowie rozszerzyli swoje panowanie na tereny południowej Rosji i dotarli aż do wschodniej Europy, prowadzeni przez straszliwego wnuka Czyngis-chana, Batu, założyciela Złotej Ordy. W tym samym czasie inny z wnuków, Hulagu, podbijał mongolskie ziemie, z których utworzył państwo obejmujące na wschodzie Gruzję, Armenię i Azerbejdżan, a na południu Bagdad i Żyzny Półksiężyc, i rozciągające się aż do Chorasanu we wschodniej Persji. Wojowników Hulagu, który miał zapoczątkować perską dynastię Ilchanidów, wspierały armie jego brata, wielkiego chana Mongke, oraz oddziały przysłane przez Batu i Czagataja. Gdy chanaty zjednoczyły swe siły, były niepokonane.
Historia uczy, że łatwiej stworzyć imperium, niż je utrzymać. Losy dziedziców Czyngis-chana dowiodły prawdziwości tej zasady. Śmierć Wielkiego Chana Mongke w 1259 roku wyznaczyła kres mongolskich podbojów. W 1260 roku wojska Mongołów uległy pod Ajn Dżalut armii pod wodzą Bajbara, który w tym samym roku został pierwszym mameluckim sułtanem Egiptu. Afryka na zawsze zamknęła się przed pogańskimi najeźdźcami ze wschodu. W 1279 roku południowochińskie cesarstwo Sung runęło pod naporem wojowników słynnego wnuka Czyngis-chana, Kubilaja, jednak w tym czasie imperium mongolskie już od dwóch dekad rozrywały wewnętrzne konflikty. Zamiast złączyć wysiłki i wspólnie przesuwać granice mongolskich posiadłości na wschodzie, w 1262 roku Ilchanidzi wdali się w długotrwałą wojnę ze Złotą Ordą, w której stawką były pastwiska Azerbejdżanu i Kaukazu. Jednocześnie na wschodzie rozpadało się władztwo Tołuja: Kubilaj i jego brat Aryk Böge przez cztery lata walczyli o tron. Pod koniec XIII wieku ułus Czagataja toczył wojny z trzema innymi dynastiami Czyngisydów. Państwa, które przekazał swym synom Władca Wszechświata, zwarły się w śmiertelnym uścisku.
Choć w chwili narodzin Timura Czyngis-chan nie żył już od ponad 300 lat, nad pustyniami, stepami i górami Azji Środkowej wciąż wisiało wspomnienie epoki mongolskich podbojów. Zwyczaje dnia codziennego niewiele się zmieniły, a większość mieszkańców ziem opanowanych przez Czyngis-chana nadal wiodła koczowniczy tryb życia. John Joseph Saunders napisał w swoim klasycznym dziele The History of Mongol Conquest (Historia mongolskich podbojów, 1971): "Imperia nomadów rosły w potęgę i upadały z zadziwiającą szybkością, ale podstawowe sprawy pozostawały takie same przez wieki. Opis Scytów, jaki dał Herodot w V wieku p.n.e., z drobnymi poprawkami dotyczył także Mongołów w XIII wieku, 1700 lat później".
Przez stulecia Mongołowie wypasali swe stada na niekończącym się, bezdrzewnym stepie, wędrując z miejsca na miejsce w rytmie, jaki narzucał cykl pór roku. Hodowla owiec i koni zaspokajała wszystkie ich potrzeby. Z owiec uzyskiwali skóry na ubrania, wełnę - z której wyrabiali wojłok na namioty - mięso, sery i mleko. Na końskim grzbiecie udawali się na polowanie lub na wojnę, a ze sfermentowanego mleka klaczy wytwarzali kumys, napój o sporej zawartości alkoholu. Chociaż koczownicy i osiadłe społeczności Azji Środkowej prowadzili zupełnie inny tryb życia i traktowali się nawzajem z wielką podejrzliwością - którą w przypadku nomadów uzasadniały ich drapieżność i niezaspokojony apetyt na łupy - czasami spotykali się, by handlować.
Koczownicy niezwykle wysoko cenili metale, z których wykuwali broń. Herbata, jedwab i przyprawy były towarami luksusowymi. Szlaki handlowe, na których odbywała się wymiana, istniały wiele wieków przed narodzinami Czyngis-chana. Od czasu, gdy w początkach III wieku p.n.e. powstał mierzący 5200 kilometrów Jedwabny Szlak, przez Samarkandę łączący Chiny ze śródziemnomorskimi portami Antiochią i Aleksandrią, w Azji Środkowej Wschód spotykał się z Zachodem. Nim pojawili się na tych terenach Mongołowie, transporty towarów krążyły co najmniej trzema szlakami. Pierwszym była droga morską między Chinami a Zatoką Perską. Kolejny zaczynał się w dolnym biegu Wołgi, wiódł do brzegów Syr-darii, a następnie kierował się na wschód, do zachodnich Chin. Szlak północny biegł od Wołgi i Kamy, przecinał południową Syberię i dochodził do Bajkału, skąd prowadził na południe, do Karakorum i Pekinu. Na wschód zdążały karawany z futrami, sokołami, wełną, złotem, srebrem i klejnotami. Na zachód kupcy wieźli chińską porcelanę, jedwabie i korzenie.
Przez 13 lub 14 wieków większość koczowniczych mieszkańców Azji Środkowej wiodła życie wojowników. Wszyscy Mongołowie płci męskiej z założenia byli żołnierzami, ponieważ każdego, kto nie przekroczył sześćdziesiątki, uważano za zdolnego do walki. Społeczność nie dzieliła się na cywilów i wojskowych. W niegościnnym świecie stepów i gór warunek przeżycia stanowiło polowanie, wymagające podobnych umiejętności jak walka. Nabywano je od najmłodszych lat. Od dnia, w którym chłopiec umiał utrzymać się w siodle, stawał się przyszłym żołnierzem. Młody Mongoł uczył się panowania nad wierzchowcem i kierowania nim tak, by rozumiał i wykonywał posłusznie wszystkie polecenia, oceniania odległości, w jakiej znajduje się zwierzę, strzelania z zabójczą precyzją. Takie szkolenie czyniło go doskonałym konnym łucznikiem, jednym z tysięcy wojowników uzbrojonych w łuki kompozytowe z rogu, ścięgien i drewna, którzy tworzyli trzon armii Czyngis-chana. Jak zauważył Gibbon, "przyjemności polowania były wstępem do podbojów".
Czyngis-chan zorganizował swe wojska zgodnie z systemem dziesiątkowym, tradycyjnie stosowanym na stepie: w oddziały po 10, 100 i 1000 żołnierzy. System ten wykorzystał także Timur. Wojownicy nie otrzymywali żadnego wynagrodzenia poza łupami, które sami zdobywali na pokonanych wrogach i w podbitych miastach. Członków wrogich plemion Czyngis-chan przydzielał do różnych jednostek, w ten sposób rozrywając więzy lojalności plemiennej i tworząc nową siłę, jednoczoną przez wierność wobec wodza. Dodał do niej liczącą 10 000 ludzi gwardię osobistą, która pełniła funkcje administracji centralnej imperium. Podobnymi metodami Timur połączył poróżnione plemiona Azji Środkowej w jedną potężną armię. Odwoływał się do doświadczeń Czyngis-chana także na polu bitwy, zwłaszcza jeśli idzie o manewr otoczenia i ulubiony podstęp: pozorowaną ucieczkę.
Wiarę traktowali Mongołowie dość lekko. Ograniczała się ona do kultu Tengriego, bóstwa opiekuńczego, przebywającego w wiecznym niebie. Wzywano go na pomoc i w jego imieniu świętowano zwycięstwa. Nie istniały świątynie ani zorganizowany kult w znaczeniu, w jakim rozumiemy go dzisiaj. Tengriemu często składano w ofierze wierzchowce. Zabijano je także i chowano wraz ze zmarłym, by mógł konno udać się w zaświaty. Szamani, otaczani przez Mongołów ogromnym szacunkiem, pośredniczyli między sferami doczesną a nadnaturalną; gdy zapadli w trans, ich dusze wędrowały do niebios lub do podziemnych krain, by w imieniu społeczności szukać pomocy u duchów. Kapłani ci, ubrani w biel, zasiadający na grzbietach białych koni z laską i bębnem w rękach, błogosławili stada i myśliwych, leczyli chorych i przewidywali położenie wroga czy najobfitszych pastwisk. Religiom, z jakimi się stykali, Mongołowie okazywali godną uwagi otwartość, dzięki czemu zyskali sobie pod tym względem opinię wyjątkowo tolerancyjnych.
Ten aspekt dziedzictwa Czyngis-chana szczególnie fascynował Edwarda Gibbona. "Katoliccy inkwizytorzy w Europie, okrucieństwem broniący nonsensów, zmieszaliby się, usłyszawszy o postępowaniu barbarzyńcy, który, wyprzedzając filozofów, wprowadził w swym państwie czysty deizm i doskonałą tolerancję", pisał głęboko poruszony historyk; twierdził on nawet, że "między religijnymi prawami Czyngis-chana a filozofią pana Locke'a występuje szczególne podobieństwo". Mongołowie cechowali się znacznie mniejszym przywiązaniem do dogmatów niż wyznawcy religii monoteistycznych - czy to chrześcijanie, muzułmanie, czy żydzi - którzy podróżowali przez ich ziemie. Zdążając przez Azję w kierunku Europy, najeźdźcy przejmowali wiarę podbijanych ludów, w Chinach stając się buddystami, a w Persji muzułmanami. Nie umniejszało to ich przywiązania do reliktów szamanizmu, przez co wielkie potęgi islamskie zawsze uważały Timura za barbarzyńcę, a nie za prawdziwego muzułmanina.
Religia odcisnęła na Mongołach niewielkie piętno, jednak jeszcze mniejszy był ich wkład w kulturę. Chociaż wysoko ceniono osiągnięcia artystyczne koczowników - rzeźby z kości, rogu i drewna, puchary i kubki oraz biżuterię - w większości nie znali pisma i nie pozostawili po sobie prawie żadnych świadectw literackich. Trzynastowieczna Tajna historia Mongołów - dokument o wątpliwej wiarygodności - to jedyne znaczniejsze źródło, jakie przetrwało do naszych czasów. Pewną wskazówkę co do wyrafinowania umysłowego nomadów stanowił jasa, zbiór zawikłanych praw, który Czyngis-chan skodyfikował jako władca imperium. Wciąż pozostaje on zagadką, ponieważ nigdy nie odnaleziono pełnego tekstu. Historycy muszą polegać na licznych wzmiankach w kronikach. Według Ata-Malika Dżuwajniego, XIII-wiecznego piszącego po persku kronikarza dziejów imperium mongolskiego, prawa jasa regulowały "kierowanie wojskami i niszczenie miast". W praktyce były one ewoluującym zbiorem zasad dotyczących wszystkich aspektów codzienności mongolskiej ordy, od rozdziału łupów, przez dostarczanie przez wioski i miasta rozstawnych koni, aż po dyscyplinę w armii i kary za kradzież koni (złodziej powinien zwrócić zwierzę właścicielowi wraz z dziewięcioma innymi w ramach rekompensaty - jeśli tego nie zrobił, czekała go śmierć). Wydaje się, że kodeks jasa obejmował wszystkie sfery życia, od kwestii religijnych - nakazywał tolerancję i zwalniał kapłanów od wszelkich podatków - aż po użytek z wód (obowiązywał zakaz oddawania moczu do rzek, które uważano za święte, a także prania w nich ubrań).
Pochodzące z XIV wieku opisy Tatarów wykazują oczywiste zbieżności z relacjami na temat ich mongolskich poprzedników sprzed wieku. Obserwatorzy zwracali zwłaszcza uwagę na ich fizyczną tężyznę i legendarne umiejętności bojowe. Tatarzy, pisał Ruy González de Clavijo - hiszpański ambasador, w 1402 roku posłany przez króla Kastylii Henryka III na dwór Timura - potrafią "lepiej niż jakikolwiek inny lud" znieść "żar i chłód, głód i pragnienie. Jeśli żywności jest w bród, pochłaniają ją żarłocznie, jeśli brak jedzenia, zadowalają się kwaśnym mlekiem rozprowadzonym wrzącą wodą (...). Ognia nie palą z drewna, lecz z wysuszonego nawozu swego bydła, i na nim wszystko pieką i gotują".
Koczownicy mieli walkę we krwi. O ich umiejętności strzelania z łuku krążyły legendy. Na nieprzyjaciela nacierali konno, zasypując go deszczem strzał. "Potrafili z łuku zestrzelić jastrzębia w przestworzach, a w nocy jednym rzutem włóczni wydobywali rybę z morskich głębin; dzień bitwy mieli za noc poślubną, a ukłucia oszczepów przyjmowali jak pocałunki pięknych dziewcząt". Byli także wybornymi myśliwymi: utworzywszy krąg o średnicy wielu kilometrów, jechali naraz w kierunku środka, pędząc przed sobą i wybijając dzikie zwierzęta. Dzięki polowaniom mogli doskonalić umiejętności bojowe i napełnić żołądki. Powodzenie opijali winem podczas uczt, które przeciągały się do późnej nocy. W ciągu dnia pilnowali stad, wyprowadzając konie, wielbłądy, kozy i owce na pastwiska. Bydło było dla nich walutą: kiedy mężczyzna pragnął pojąć żonę, kupował ją za zwierzęta lub prawa do wypasania na określonym terenie. Zamożny człowiek mógł nabyć kilka żon. W wyższych warstwach społeczeństwa kwitła poligamia.
Przeciętni członkowie plemion nosili proste, szorstkie ubrania: długie szaty z klejonego płótna, które chroniły ich przez wiatrem, deszczem i słońcem. Jedwabie, wykwintne tkaniny i złote hafty przysługiwały wyłącznie książętom. Patrząc na hordy koczowników, ich wrogowie czuli przerażenie. Emir Kusrau, hinduski poeta, którego ludzie Timura pojmali pod koniec XIV wieku, ze zgrozą wspominał straszliwy widok.
Było tam ponad 1000 niewiernych Tatarów i wojowników z innych plemion, jadących na grzbietach wielbłądów, wspaniałych dowódców w bitwie, o stalowych ciałach odzianych w bawełnę, o twarzach jak ogień, w czapkach z owczej skóry i z ostrzyżonymi głowami. Oczy mieli tak wąskie i świdrujące, że spojrzeniem mogliby przebić naczynie z brązu. (...) Ich twarze były osadzone na korpusach, jakby nie mieli szyj. Ich pomarszczone, pokryte gruzłami policzki przypominały miękkie skórzane bukłaki. Ich nosy sięgały od policzka od policzka, a usta od jednej do drugiej kości policzkowej. (...) Wąsy mieli zadziwiającej długości. Na brodach widniał ledwie skąpy ślad zarostu. (...) Wyglądali jak wiele białych demonów, a ludzie uciekali od nich, zdjęci lękiem.
Konflikt pomiędzy mongolskimi chanatami założonymi przez dziedziców Czyngis-chana, którzy trzymali w bezlitosnym ucisku większą część Azji, stanowił zapowiedź walk wewnętrznych. Pod koniec XIII wieku w ułusie Czagataja pojawiły się poważne napięcia między wyznającą islam arystokracją osiadłą - przede wszystkim z wiosek i miast Mawarannahru - a prowadzącą żywot koczowników arystokracją wojskową ze wschodniej części państwa, która nadal wyznawała religię pogańską. Ci ostatni, uważający osiadły tryb życia podbitych ludów za hańbiący, ochrzcili mieszkańców stałych siedzib szyderczym mianem kurannas (mieszańców, kundli). Mongołowie z zachodu rewanżowali się, wyzywając ich od jete (rabusiów). Podziały ideologiczne znajdowały odbicie w geografii: wschodnią część kraju oddzielały od zachodnich gór Tienszan (Niebiańskie), których szczyty wznosiły się na wysokość prawie 7000 metrów. Strony konfliktu patrzyły na siebie z coraz większą nienawiścią. Atmosferę pogarszał dodatkowo system przywilejów, które chan nadawał wojskowym. W jego ramach biedniejsi członkowie lokalnych społeczności musieli żywić i ubierać żołnierzy oraz wyposażać ich w broń.
W 1266 roku Mubarak, kolejny chan ułusu Czagataja, złamał zwyczaj, zgodnie z którym władców koronowano w obozie wojskowym, założonym jeszcze przez Czagataja nad rzeką Ili w południowo-wschodnim Kazachstanie. Mubarak wybrał na miejsce koronacji Mawarannahr, leżący kilkaset kilometrów dalej na zachód. Decyzja chana świadczyła o tym, że wyraźnie przedkłada osiadły tryb życia nad obyczaje koczowników. Przedstawiciele arystokracji wojskowej uznali to za symboliczne wyzwanie, rzucone ich tradycjom i władzy. Co gorsza, wkrótce potem Mubarak dał się uwieść islamowi. Jego konwersja wstrząsnęła sercem Azji Środkowej i pogłębiła rozłam między wschodem a zachodem. W 1269 roku zwołano kurułtaj - radę mongolskich dostojników - podczas którego miała się zdecydować przyszłość ułusu. Wojownicy ze stepów zdominowali wówczas swych braci z zachodu i wypowiedzieli się przeciw osadnictwu i rolnictwu, ustalając, że hordy nomadów będą swobodnie poruszać się po stepie i górach, zgodnie z odwieczną tradycją wypuszczając swoje krzepkie wierzchowce na pastwiska. Mubarak został zdetronizowany. Przez kolejnych 50 lat pogańscy arystokraci rządzili ułusem.
Jednak nawet po usunięciu Mubaraka zasiane przez niego ziarno zmian kiełkowało, padłszy na podatny grunt. Przywódcy towarzyszący chanowi do Mawarannahru - między innymi stojący na czele rodu Barłasów, z którego wywodził się Timur - w początkach XIV wieku przeszli na islam i ulegli sturczeniu. Mimo jednoznacznych postanowień kurułtaju z 1269 roku problem nie został rozwiązany. Rozdział między wschodem a zachodem, pogaństwem i islamem, pasterzami a rolnikami istniał nadal i od środka osłabiał stabilność rozrastającego się ułusu Czagataja.
W latach 30. XIV wieku trwające od kilku pokoleń wewnętrzne spory przeszły w fazę otwartego konfliktu. Ułus rozpadł się na dwie części: zachodni Mawarannahr i wschodni Mogulistan, górzysty obszar, rozciągający się od jeziora Issyk-kuł (w Kirgistanie) na południu po basen rzeki Tarym, rządzony przez odrębną gałąź rodu Czagataja. Timur urodził się w okresie, gdy doszło do pęknięcia państwa, i do końca swego życia miał zmagać się z konsekwencjami tego zdarzenia. Z niewielkimi przerwami Mogołowie byli jego największymi wrogami.
W początkach XIV wieku Mawarannahr cieszył się krótkim okresem rozkwitu pod rządami Kebek-chana (1318-1326). Podobnie jak jego poprzednik Mubarak, preferując osiadły tryb życia, chan przeniósł ośrodek władzy do żyznej doliny Kaszka-darii i zainicjował wiele reform administracyjnych; bił własną monetę i po raz pierwszy w historii państw mongolskich wprowadził przemyślany system podatkowy. Takie poczynania nie zaskarbiły mu życzliwości koczowników z Mawarannahru, którzy szemrali przeciwko podobnemu narzucaniu władzy. Pretensje wzrosły, kiedy w Karszi, samym sercu doliny Kaszka-darii, chan wzniósł pałac. Kebek-chan nie zawrócił jednak z obranej drogi.
Napięcia między ludnością osiadłą a nomadami objawiły się wyraźniej za panowania Tarmaszirina, brata i mniej uzdolnionego następcy Kebek-chana. Konflikt, który rozbił ułus Czagataja, zagrażał teraz jedności Mawarannahru. Wciąż tęskniąca do dawnego trybu życia koczownicza arystokracja na próżno nalegała na władcę, by przestrzegał zasad ustalonych przez kurułtaj w 1269 roku. Zamiast szukać kompromisu, nowy chan postanowił nawrócić się na islam. Ta prowokacja, na którą Tarmaszirin zdecydował się w okresie głębokiej destabilizacji, przypieczętowała jego los. Podobnie jak wcześniej Mubarak, został pozbawiony władzy.
Obalenie Tarmaszirina przez rody koczowniczej arystokracji wyznaczało moment przełomowy: upadek rzeczywistej władzy potomków Czagataja w Mawarannahrze. Odtąd mieli być jedynie marionetkami, które przywódcy nomadów osadzali na tronie, aby uczynić zadość zwyczajom obowiązującym od czasów Czyngis-chana. Walka o kształt Mawarannahru wreszcie się rozstrzygnęła. Wygrali w niej zwolennicy trybu życia, jaki prowadził wielki zdobywca; osiadła arystokracja poniosła klęskę. Ster władzy dzierżyli teraz konni, brodaci wojownicy, których siła i wytrzymałość przeszły do legendy.
W 1347 roku emir Kazagan zdetronizował chana z rodu Czagataja, po czym przez 10 lat na czele swych ludzi najeżdżał sąsiednie ziemie i odnosił kolejne zwycięstwa. Gdy w 1358 roku został zamordowany na rozkaz chana Mogulistanu, Mawarannahr pogrążył się w chaosie. Załamanie się władzy centralnej okazało się katastrofalne. Pustkę powstałą po śmierci Kazagana szybko wypełnili lokalni panowie i przywódcy religijni. Liczne pomniejsze konflikty i podziały trawiły krainę od wewnątrz. Tuż za granicą Tugluk Timur, władca Mogulistanu, szykował się do inwazji na bezbronnego sąsiada.
W takich okolicznościach, wśród zamętu i walk między rywalizującymi grupami, wysoko w cieniu rzucanym przez Dach Świata, urodził się Timur.
Prymitywny ceglany pomnik w wiosce Hodża Ilgar, ponad 11 kilometrów na południe od historycznego Shahrisabz, Zielonego Miasta, upamiętnia miejsce, w którym przyszedł na świat Bicz Boży. Monument nie przedstawia się imponująco: stos cegieł na betonowym postumencie, zwieńczony tabliczką z napisem, przypomina raczej kiepsko zbudowany grill niż pomnik ku czci jednego z największych zdobywców w dziejach. Podróżnik mógłby się spodziewać, że będzie to ważny ośrodek turystyczny w Uzbekistanie, młodym kraju, który, od kiedy w 1991 roku odzyskał niepodległość, wydobył postać Timura ze śmietnika, gdzie trafiła za sprawą radzieckiej historiografii, i uczynił go nowym symbolem narodu, niezwyciężonym bohaterem ojczyzny. Jednak ten punkt centralny dla narodu, który wciąż nie strząsnął z siebie pozostałości ideologii komunistycznej i czuje się równie niewygodnie z nowym dla siebie etosem kapitalizmu, nie nosi najmniejszych znamion komercjalizacji. Nie zobaczymy tu parkingu, wypełnionego autokarami, ani sklepików handlujących koszulkami, breloczkami czy długopisami z Timurem.
Okolica pozostała rolnicza, tak samo jak była 28 sierpnia 1404 roku, kiedy hiszpański ambasador Clavijo przybył do Shahrisabz, wówczas noszącego nazwę Kesz. "Wspaniałe miasto (...) wznosi się na równinie, ze wszystkich stron okolica jest dobrze nawodniona przez strumienie i kanały, a wokół miasta i poza nim znajdują się sady z wieloma gospodarstwami - zauważył gość. - Dalej rozciąga się równina, na której liczne wioski i gęsto zaludnione przysiółki leżą między łąkami a wodami; widok jest najpiękniejszy w porze letniej. Na polach zboża dają plon pięć razy w roku, uprawia się też winorośl i dużo bawełny ze względu na obfite nawodnienie. Ogrody melonów są pełne krzaków obciążonych owocami".
Oto najwłaściwsze miejsce, by zacząć podróż śladami Timura, by zatrzymać się i posłuchać odległego echa z czasów, gdy sześć wieków temu przyszedł na świat wielki zdobywca. Na pierwszy rzut oka widać ogniwa, które łączą przeszłość z teraźniejszością: mała winnica każe sądzić, że choć to kraj muzułmański, jego mieszkańcy nadal zażywają przyjemności picia wina, co przypomina o szalonych libacjach Timura.
Tutaj, w spokojnej i dzikiej zarazem dolinie Kaszka-darii, w pobliżu ceglanego pomnika i uprzejmego chłopca ze wsi, zamartwiającego się kradzieżą melonów, można sobie wyobrazić młode lata Timura. W tej surowej okolicy dorastał i uczył się umiejętności niezbędnych do przeżycia na stepie, bez których jego sny o dominacji nigdy by się nie spełniły. Od dziecka miał w pamięci lokalne przysłowie: "Tylko dłoń, która potrafi trzymać miecz, może dzierżyć berło". Zdobycie wyższej pozycji w tym brutalnym świecie nie było możliwe bez mistrzowskiego opanowania sztuki wojennej.
Młody Timur zapewne wskakiwał na siodło i puszczał się galopem po zamarzniętym stepie, otoczonym zaśnieżonymi szczytami gór Zarafszan, by w towarzystwie swych nieokrzesanych przyjaciół doskonalić się w jeździe konnej, wyobrażać sobie bitewne natarcia i wypady na obóz wroga, bohaterskie zwycięstwa i odwroty co koń wyskoczy. W tej żyznej dolinie, na szerokich łąkach, które łagodnie przechodziły w przedwzgórza, prawdopodobnie uczył się polować na niedźwiedzie i rogacze. Pół wieku później takie umiejętności miały ocalić jego wojowników od pewnej śmierci głodowej, kiedy wędrowali przez połacie Kazachstanu i południowej Rosji podczas jednej z najtrudniejszych kampanii przeciw Złotej Ordzie.
Zahartowany przez kąsające mrozy i palący żar letniego słońca, młody Timur nauczył się w tej dolinie walczyć, jak przystało mężczyźnie, coraz śmielej wypuszczał się na nocne wyprawy, by kraść owce nieuważnym pasterzom, gromadził świtę podobnych sobie młodych rozbójników i zdobywał reputację śmiałego przywódcy, która w końcu zwróciła uwagę starszyzny plemienia.
Na temat dzieciństwa Timura źródła milczą. Możemy sobie jedynie wyobrażać zmienne koleje życia na stepie w początkach XIV wieku, w świecie, w którym największe znaczenie miały tradycje plemienne i związki rodzinne, w niekończącym się rytmie pór roku, w zajadłej walce o przeżycie wśród nieprzewidzianych zmian sojuszy. Sam Timur zrobił niewiele, by rozjaśnić mroki osłaniające jego młode lata, ograniczając się jedynie do podkreślenia skromnego pochodzenia, by w ten sposób uwydatnić chwałę osiągnięć wieku dojrzałego. Być może już wówczas pojawiły się zapowiedzi, że przeznaczeniem Timura jest bycie przywódcą. "Jako 12-latek fantazjowałem, że dostrzegam w sobie wszelkie oznaki wielkości i mądrości. Gości podejmowałem bardzo wyniośle i z godnością", miał podobno stwierdzić[10].
Arabszah przekazuje nam kolejny - fascynujący, choć zapewne przesadzony - wizerunek młodego Timura, który wyrasta na przywódcę swoich współczesnych. Opis ten ma tym większą wartość, że jego autor odnosił się do Timura wrogo i w mniejszym stopniu niż ktokolwiek inny był skłonny docenić jego zalety.
Wyrósł na dzielnego młodzieńca o wielkim sercu, czynnego, silnego, układnego, i zdobył przyjaźń synów wezyra, swoich równolatków, i wraz ze swymi współczesnymi wszedł pomiędzy młodych emirów do ich towarzystwa tak dalece, że gdy pewnej nocy zebrali się w ustronnym miejscu, by cieszyć się swą bliską znajomością, usunąwszy zasłony tajemnicy i rozpostarłszy dywan radosnej konwersacji, powiedział im: "Moja matka, doświadczona w sztuce wróżenia, miała we śnie wizję, którą objaśniła jako zapowiedź, że jeden z jej synów i wnuków podbije ziemie, uczyni ludzi swoimi poddanymi i stanie się Panem Gwiazd i władcą królów swego czasu. To ja jestem tym człowiekiem, a teraz nadszedł odpowiedni czas. Przysięgnijcie więc, że będziecie moim grzbietem, ramionami, bokami i dłońmi i że nigdy mnie nie opuścicie.
Niezależnie od tego, jakie znaki zapowiadały jego wielkość i jak trudne miał dzieciństwo, w 1360 roku Timur wyłonił się z mroku i wkroczył na karty historii: zuchwale, przebiegle i ze znakomitym wyczuciem czasu. Korzystając z chaosu, w który popadł Mawarannahr po zamordowaniu emira Kazagana w 1358 roku, chan Mogołów najechał krainę ze wschodu z zamiarem zjednoczenia podzielonego ułusu Czagataja pod swoimi rządami. Haji Beg, przywódca rodu Barłasów, który władał doliną Kaszka-darii, rodzinną okolicą Timura, wolał uciec niż stawić czoło wrogowi. Młody Timur towarzyszył mu aż do brzegów Oksusu, gdzie zaczął prosić o pozwolenie na powrót do domu, zapewniając, że sam wraz z niewielkim oddziałem powstrzyma Mogołów przed zagarnięciem kolejnych ziem.
Timur spogląda na Park Zwycięstwa w Shahrisabz. (? Justin Marozzi)
Miejsce urodzenia Timura w pobliżu Shahrisabz, na południe od Samarkandy. (? Justin Marozzi)
Targ w Shahrisabz. "Tamtejsze arbuzy, duże jak końska głowa - pisał Ruy González de Clavijo - są najlepsze i największe na świecie".(? Justin Marozzi)
Bieg wydarzeń każe sądzić, że Timur nie zamierzał walczyć z chanem. Mimo obietnic, jakie składał Haji Begowi, nawet nie próbował wystąpić przeciw niemu. Oceniwszy, że najeźdźca dysponuje przeważającymi siłami, postąpił znacznie bardziej pragmatycznie: zaoferował mu swoje usługi. Była to niezwykle zuchwała propozycja, którą mimo to chan zdecydował się przyjąć. Timur został jego wasalem. W wieku 24 lat z powodzeniem sięgnął po władzę nad wszystkimi członkami rodu Barłasów.
Aby utrwalić swoją nową pozycję, związał się sojuszem z emirem Husajnem, wnukiem Kazagana, lokalnym możnowładcą, który panował w Balchu (w północnym Afganistanie) i przewodził plemieniu Kara-unów. W tajemnicy zaprzysięgli połączyć siły, by pozbyć się Mogołów z Mawarannahru. Ich porozumienie scementowało małżeństwo Timura z siostrą Husajna, Aldżai Turchan-agą. Timur nie pozostał zbyt długo wasalem chana, gdyż ten, po krwawej czystce wśród miejscowych przywódców, mianował zarządcą Mawarannahru swego syna Iliasa Hodżę. Timur, który nie chciał być drugim w hierarchii (Husajn być może nie wyczuwał tej istotnej różnicy), zareagował natychmiast. Obaj z Husajnem, porzuciwszy służbę u chana, wybrali drogę bezprawia i zeszli do podziemia.
Przez kilka kolejnych lat dwaj towarzysze prowadzili życie bandytów i najemników, wędrując przez Azję w poszukiwaniu łupów. Czasem szczęście uśmiechało się do nich, znacznie częściej wpadali w kłopoty i musieli kryć się i uciekać przed zemstą chana. Pewnego dnia świta Timura skurczyła się do jego żony i jednego tylko poplecznika. W 1362 roku spadł na samo dno: dwa miesiące spędził uwięziony wraz z żoną w pełnej robactwa oborze. Tak nisko zaczęła się kariera człowieka, który w przyszłości miał władać ziemiami od Moskwy do Morza Śródziemnego i od Delhi do Damaszku.
W tym właśnie okresie, prawdopodobnie w 1363 roku, Timur odniósł ranę, która ograniczyła sprawność prawej ręki i prawej nogi i dała początek szyderczemu przezwisku Timur Chromy. Zapewne został ranny w czasie, gdy najął się na służbę u chana Sistanu w Chorasanie, leżącym w sercu dzisiejszej Pustyni Śmierci (Daszt-i-Margo) w południowo-zachodnim Afganistanie. Arabszah, jak zwykle najbardziej niechętny Timurowi, pisze, że był on złodziejem owiec, który ukradł o jedno zwierzę za dużo. Jeden z pasterzy, dostrzegłszy rabusia krążącego wokół stada, przebił mu ramię dobrze wymierzoną strzałą, drugą trafiając w biodro. "Tak więc do jego ubóstwa doszło kalectwo, a do nikczemności i wściekłości dołączyło zeszpecenie".
Clavijo, który sprawia wrażenie bardziej obiektywnego, podaje, że Timur został schwytany w zasadzkę.
W owym czasie Timurowi towarzyszyło jedynie około 500 konnych, co widząc, mężowie Sistanu przybyli razem w wielkiej sile, aby z nim walczyć, i pewnej nocy, kiedy był zajęty uprowadzaniem stada owiec, spadli na niego znienacka i wybili znaczną liczbę jego ludzi. Jego również strącili z konia i zranili w prawą nogę, przez co stał się kulawy na resztę życia (stąd zaczęto go nazywać Timurem Chromym); otrzymał także ranę w prawą rękę, tak że stracił dwa palce, mały i następny z kolei[11].
Hiszpan podaje, że Timura zostawiono, by umarł, zdołał jednak odczołgać się i znalazł ratunek u życzliwych mu koczowników.
O błyskotliwej, innowacyjnej taktyce Timura, który pragnął w walce zdobyć chwałę i uwolnić Mawarannahr od okupacji Mogołów, już wówczas krążyły legendy. W Zafarnamie (Księdze zwycięstwa), peanie stanowiącym doskonałą przeciwwagę dla jadowitych ataków Arabszaha, Yazdi wielokrotnie podkreśla militarne talenty Timura[12]. Przed starciem z przeważającymi siłami wroga, jak relacjonuje perski kronikarz, kazał swoim wojownikom zapalić na okolicznych wzgórzach setki ognisk. Nieprzyjaciel, sądząc, że został otoczony, salwował się ucieczką. Wówczas Timur polecił jeźdźcom, żeby przywiązali do siodeł gałęzie, które wzbijały w powietrze tumany kurzu: widząc olbrzymią chmurę pyłu na horyzoncie, Mogołowie byli przekonani, że ściga ich wielkie wojsko. Podstęp udał się doskonale. Wróg uciekł, Marawannar odzyskał wolność, a Shahrisabz należał do Timura. "Tak to fortuna, która zawsze sprzyjała Timurowi, pozwoliła mu zwyciężyć armię dzięki ogniowi, a miasto podbić za pomocą kurzu".
Ak Saraj, Biały Pałac, budowla, której rozmiary i uroda zachwyciły Clavijo w 1404 roku, pozostał po dziś dzień najcenniejszym klejnotem Shahrisabz. Według słów Yazdiego "wzniesiono go tak wdzięcznym i pięknym, że żaden inny nie może się z nim równać". W tym miejscu najlepszy wyraz znajduje maksyma Timura: "Niech ten, kto wątpi w naszą potęgę, spojrzy na nasze budowle". Jest to największy z pałaców władcy: bliźniacze wieże o wysokości 60 metrów górują nad łukowatym portalem, mierzącym 40 metrów. Przez 20 lat tysiące murarzy i innych rzemieślników w pocie czoła budowało tę siedzibę; gdy przybył tu Clavijo, prace trwały.