Time Riders. (Tom 7). Time Riders. Królowie piratów - Alex Scarrow

-
Proszę czekać
?

Rozdział 1

Londynrok 1889

7 lutego 1889 roku

Wiecie, już na Brooklynie zaczęłam spisywać dziennik Agencji. Pomyślałam, że mogę to kontynuować tutaj, chociaż nie mam nawet pewności, czy jeszcze jesteśmy w Agencji.

Kurcze, dziwnie tu. Jakoś tak spokojnie w porównaniu do wszystkich wydarzeń z okresu między rekrutacją a przybyciem tutaj. Usypiająco. Okres sprzed przeprowadzki minął jak błyskawica. Tyle się nam przydarzyło. Kiedy przywołuję w pamięci wszystkie wspomnienia - nazistów, mutantów, dinozaurowate stwory, pułkowników Devereau i Wainwrighta, Adama Lewisa - czuję się jak bohaterka filmu klasy B. Pozostałe postaci przypominają natomiast bohaterów z książek. Takich, które zostają w pamięci do końca życia.

Najczęściej myślę o Adamie. Zastanawiam się, dlaczego nie pozwoliliśmy mu z nami zostać, skoro przygarnęliśmy Rashima wraz z jego debilnym robocikiem. Przecież mogliśmy, nie? Dopiero teraz to rozumiem. Tylko wtedy byłam przekonana, że wszystko trzeba dokładnie wysprzątać. Że wszystko trzeba przywrócić dokładnie na swoje miejsce.

Dlatego pozwoliłam mu wrócić do pracy. Pozwoliłam umrzeć.

Maddy oderwała wzrok od ekranu.

I tęsknię za nim.

Ale to głupie, głupie i babskie. Znała go niecałe dwa dni. Tylko dwa dni, bo później odszedł. A tu nagle, po upływie Bóg wie ilu miesięcy, epoki całej, zaczyna za nim tęsknić. Wzdycha do niego jak do pięknego księcia z bajki.

Pff. Jakby rzeczywiście "coś" ich łączyło.

A przecież mogło. Gdyby tylko podjęła inną decyzję.

- Weź sobie na wstrzymanie, Maddy - skarciła się, po czym zerknęła przez ramię, żeby sprawdzić, czy SpongeBubba nie podsłuchuje. Lubił zakradać się po cichu i stawać tuż za kimś, mrugając tymi swoimi oczyma z wielkimi rzęsami i szczerząc kły jak półgłówek. Teraz na szczęście stał po drugiej stronie lochu - jak porzucona kukiełka, pogrążony w stanie uśpienia; miał zamknięte oczy, a na panelu bocznym mrugało zielone światełko. Pozostałych nie było w bazie. Rashim, Liam i Bob wyszli rankiem do nielegalnego kasyna, ponieważ ich oszczędności zaczęły się kurczyć. Sal i Beki udały się na nabrzeże, kupić trochę jedzenia na kolację.

Maddy wciąż niepokoiła się o kobiecą jednostkę pomocniczą. Przecież jeszcze trzy miesiące temu dokładnie ten sam klon z żelazną determinacją tropił ich trójkę i próbował po kolei pozabijać. Zdołali rozbroić jednostkę, a później ją zrestartować, przeprowadzając dość odrażającą procedurę, o której Maddy wolała nie rozmyślać. W procesorze jednostki zainstalowali sztuczną inteligencję z domyślnymi ustawieniami. Być może w pewnym momencie poeksperymentuje i zainstaluje część starej świadomości Beki, ale teraz... tak jest bezpieczniej. Minusem było to, że jednostka pomocnicza wróciła do punktu wyjścia i od podstaw uczyła się, jak nie sprawiać wrażenia chłodnej, socjopatycznej maszyny do zabijania.

Maddy została sama i zyskała sposobność przeniesienia myśli na ekran.

Skasowała ostatnie zdanie: "I tęsknię za nim".

Tęsknić za ludźmi? Zakochiwać się? Obdarzać ich uczuciami? To dobre dla prawdziwych ludzi, którzy mają mamę i tatę. Dla prawdziwych ludzi z prawdziwymi sercami i duszami. Takie fanaberie nie przystoją sztucznie wyhodowanym produktom organicznym. Ponownie skupiła się na ekranie.

- Dość już tego rzewnego, babskiego biadolenia.

W Londynie mieszkamy od około dwóch miesięcy. Nie tkwimy już w bańce czasowej, wiedziemy prawdziwe życie, które toczy się dzień po dniu. To dużo lepsze. Lubię każdego ranka wychodzić przez boczne drzwi na Farringdon Street, przyglądać się powozom i dwukółkom, handlarzom rozkładającym stoiska. Każdy dzień jest inny, otwiera nowe możliwości.

Nowe życie wynagradza mi to, czego się dowiedziałam. Że jestem "produktem". Liam i Sal też. Wszystkie wyobrażenia o życiu przed "śmiercią" okazały się jedną wielką lipą. Ale, jak powtarza Liam: "Teraz jesteśmy tutaj. I mamy siebie nawzajem". Ma rację. Własną przeszłość "pożyczyliśmy" od kogoś innego. Ale chrzanić to: przyszłość należy do nas.

Uśmiechnęła się. Czy to nie jest sprawiedliwe? Teraz mogą decydować o sobie.

Mamy nowy cel. Nie pełnimy już funkcji ochroniarzy. Nie musimy już strzec skazanej na zagładę osi czasu - pilnować, żeby Titanic uderzył w górę lodową, a samolot lotu numer jedenaście linii American Airlines w wieżę północną.

By ludzie zniszczyli sami siebie.

Nie.

Patrzymy. I czekamy. A gdy nadarzy się okazja, wepchniemy ten stracony świat na tory szczęśliwszej wersji dwudziestego pierwszego wieku. Jeśli pojawi się szansa, wykorzystamy ją, a teorie pod tytułem "historia powinna biec jednym, określonym torem" spuścimy w bystrej wodzie klozetu. No bo kto tak naprawdę decyduje o tym, czym jest "właściwa" oś czasu? A jeśli epidemia wirusa, o której opowiadał nam Rashim, zdarzenie Pandora, całkowita anihilacja ludzkiej cywilizacji w dwa tysiące siedemdziesiątym roku - to wydarzenia przynależące do nieprawidłowej osi? Zdarzenia, które nigdy nie miały prawa się wydarzyć? A nuż Waldstein myli się, twierdząc, że to los, który należy chronić.

Ale to nie jedyna rzecz, która doprowadza mnie do szaleństwa... Sami pomyślcie: a jeśli Waldstein nigdy nie powinien był się urodzić - i w ogóle nigdy nie powinien był wynaleźć urządzenia do translokacji w czasie?

Od tego dopiero może się w głowie pokiełbasić.

Zamknęła dokument. Dość już tego rozmyślania jak na jeden poranek. Ostrożnie podniosła się z bujanego fotela, próbując nie zbudzić SpongeBubby. Spojrzała na niego. Dioda gotowości pozostawała włączona, plastikowe ślepia obramowane długimi rzęsami penetrowały mrok.

W lochu wciąż unosił się aromat świeżo prażonych ziaren kawy. Rano przed wyjściem Liam i Rashim zdążyli kupić jej kawę i świeżo pieczony chleb z grubym plastrem solonej wieprzowiny. Maddy złapała szal i podeszła do niskiego przejścia. Zapaliła świeczkę, odsunęła rozciągniętą w poprzek loszku zasłonę, po czym odblokowała rygiel. Dębowe odrzwia rozwarły się ze skrzypnięciem. Upewniła się, że po pomieszczeniu nie kręci się Delbert, wścibski gospodarz, albo jego pomocnik - chudy jak tyczka Bertie. Dwaj oszuści czasem magazynowali tu podejrzane towary, a gdy tylko mogli, krzątali się w pobliżu, próbując coś wywęszyć lub dojrzeć przez drzwi i zasłonę.

Dziś rano ich nie było.

Schyliła się, przeszła przez drzwi ze świeczką w dłoni i wyprostowała się. Płomień świecy omiótł ceglane sklepienie i drewniane skrzynie pakowe z przyprawami i luksusowymi towarami, przywiezione ze wszystkich zakątków Imperium Brytyjskiego; skrzynie, które przypadkiem "pospadały" z przeróżnych wozów dostawczych. Po jej prawej stronie wątły odblask światła rzucił zimną poświatę na porysowaną i pokrytą brudem podłogę z płyt chodnikowych.

Maddy wyciągnęła długi żelazny klucz z kieszeni sukni i ciasno owinęła ramiona wełnianym szalem. Ranek był mroźny. Podeszła do drzwi - bocznego wyjścia na Farringdon Street - i obróciła klucz, a ciężkie drzwi z dojmującym zgrzytem otworzyły się do środka. Światło dnia nagle zalało pogrążoną w mroku salę.

Nad jej głową zawisło błękitne - olśniewająco pocztówkowobłękitne niebo. Zmrużyła oczy, oślepiona blaskiem grubej warstwy śniegu i powiodła wzrokiem po dachach i kominach domów, w których jeszcze nie rozpalono palenisk. Na Farringdon Street toczyło się zwykłe życie: zaprzęg ciągnął wóz piwowarski, a gorące oddechy rumianolicych robotników mieszały się z obłokami pary unoszącymi się znad końskiego grzbietu. Cudownie ożywczy lutowy poranek, jak z prozy Dickensa, scena z noweli o Scrooge'u. Maddy walczyła z pokusą, żeby nie zawołać jakiegoś ulicznego urwipołcia i nie wcisnąć mu do ręki pensiaka z prośbą o przyniesienie wielkiej gęsi wiszącej w oknie zakładu rzeźnika, w dole ulicy.

Parsknęła na tę myśl, wydmuchując z nozdrzy kolejne chmury lodowatego powietrza.

Przechodzący obok mężczyzna w czarnym płaszczu pozdrowił ją, delikatnie dotykając ronda cylindra.

- Cudny dziś dzień, nie sądzi panienka?

- Tak - odpowiedziała z uśmiechem. - Cudny.

Patrzyła, jak mężczyzna przechodzi przez zatłoczoną ulicę, klucząc pomiędzy wozami i dwukółkami, po czym zaczerpnęła w płuca rześkiego i chłodnego powietrza pachnącego miłym, wszechobecnym, acz nienachalnym aromatem dymu drzewnego.

"O Boże, kocham to miasto".

?

Rozdział 2

Londynrok 1889

- Obstawiać, obstawiać, panowie! - krzyknął krupier. Spojrzał niepewnie na kupkę żetonów, którą Rashim przesunął po stole do gry w faro. Pozostali skupieni wokół stołu gracze z rozdziawionymi ustami gapili się na górę żetonów. Rashim patrzył tylko na talię kart.

- Dobry Boże, sir, stawia pan dwadzieścia funtów! - rzekł mężczyzna po jego prawej.

Rashim z roztargnieniem wzruszył ramionami. Nie przestawał liczyć.

Gentleman z niedowierzaniem potrząsnął głową i podniósł wzrok na stojącego z tyłu Liama.

- Pański przyjaciel zawsze tak nonszalancko traktuje pieniądze?

- Ach, oczywiście. To nałogowiec, w rzeczy samej - Liam poklepał Rashima po ramieniu. - A mimo to chłopaczyna jakimś cudem zawsze wychodzi na swoje.

Pozostali gracze przy stole do faro, pięciu elegancko ubranych gentlemanów, wstrzymali się z obstawianiem, ciekawi, na który numer Rashim przesunie stos żetonów. Dym kręcił zawijasy wokół ustawionej na stole lampy oliwnej skąpo rozświetlającej tonące w mroku pomieszczenie. Zza wysokich drzwi z ciemnego drewna dobiegały przytłumione odgłosy rozmawiającej klienteli Long Baru: bogaczy spożywających wystawny obiad w oczekiwaniu na jeszcze wystawniejszy popołudniowy spektakl w teatrze Criterion, którego siedziba znajdowała się tuż obok.

- Czy on ma więcej pieniędzy niż zdrowego rozsądku?

Liam roześmiał się w głos.

- Ha... wkrótce się przekonamy.

- Panowie, ktoś jeszcze stawia? - dopytywał krupier.

Stłoczeni przy owalnym stole gracze o czerwonych twarzach wpatrywali się w stos monet, wszyscy chcieli zobaczyć, na które pole Rashim wreszcie popchnie kupkę. Gdzieś za nimi wielka postać Boba blokowała blade światło wpadające przez małe, brudne okno zaplecza. Liam zerknął ukradkowo w stronę klona, by sprawdzić, ile palców rozłożył na swoich grubych udach.

Raz jeszcze delikatnie, z uczuciem poklepał Rashima po ramieniu, mówiąc:

- Oczywiście zawsze nalegam, żeby mu towarzyszyć. Roztrwoniłby rodzinny majątek, gdybym nie miał na niego oka.

W międzyczasie na ramieniu Irańczyka lądowały kolejne pacnięcia: pac, pac, pac. Trzy. Rashim niemal niepostrzeżenie skinął głową.

"Trójka". Otrzymał taki sam wynik jak Bob. Trójka: statystycznie najbardziej prawdopodobne, że w talii krupiera pozostała właśnie ta karta.

- Wiecie, panowie - kontynuował Liam, zdejmując dłoń z ramienia Rashima. - Czasem zdaje mi się, że jego anioł stróż nigdy nie schodzi z posterunku. Mój przyjaciel ma pierońskie szczęście.

Rashim delikatnie przesunął stos na pole oznaczone numerem trzy.

Gentleman po jego prawej stronie podniósł wzrok na Liama.

- Pierońskie szczęście, tak? - Położył kilka żetonów obok stosu Rashima. - Teraz trochę tej fortuny przejdzie na mnie. - Pozostali mężczyźni siedzący wokół stołu szeptem wymienili uwagi i zrobili to samo.

Krupier uniósł brew.

- Wszyscy obstawiają trójkę?

Rumiane twarze przytaknęły.

Wzruszył ramionami i zdjął pierwszą kartę z odkrytej talii. Dziesiątkę kier. Powoli odsunął ją na bok, ukazując dziewiątkę karo.

- Karta bankiera to dziewiątka, panowie - obwieścił. Pieniądze postawione na dziewiątkę zostałyby zgarnięte przez krupiera. Mężczyzna położył kciuk na karcie, aby przesunąć ją na bok i odsłonić carte anglaise - kartę gracza.

- A teraz, panowie, przekonamy się - w głosie spoglądającego na Rashima krupiera pobrzmiewała nutka niepokoju - czy pierońskie szczęście dziś zadziała. Pańska karta to...

Już przed teatrem Criterion Liam dopiął guziki płaszcza i wypuścił obłok zimnego powietrza. Spojrzał na przeciwległą stronę Piccadilly Circus, zauważył stojącą na poboczu bryczkę.

- Obawiam się, że to kolejne miejsce, którego powinniśmy przez pewien czas unikać. W najbliższym czasie nie wpuszczą nas tam.

Rashim pokiwał głową, chowając duży zwitek banknotów do wewnętrznej kieszeni kamizelki. Wszystkie wygrane dziś rano żetony wymienili na łączną sumkę siedemdziesięciu funtów z haczykiem, czyli równowartość rocznego wynagrodzenia urzędnika z małą nadwyżką na drobne wydatki.

Rashim zapiął płaszcz.

- Niedługo pewnie będziemy musieli zacząć się przebierać.

Liam skinął głową, machając jednocześnie cylindrem, żeby przyciągnąć uwagę woźnicy, który właśnie wypuszczał ostatniego pasażera.

- Ciekawe - poklepał Boba po plecach - w co przebierzemy tę starą górę mięsa?

Bob spojrzał po sobie.

- Przydałyby się inne ubrania.

- Oj, zdaje mi się, że potrzebujesz lepszego kamuflażu, Bob. Nie sądzę, żeby po Londynie przechadzało się wielu mężczyzn twojego wzrostu i budowy. A już na pewno nie tak przystojnych.

Obecność Boba była oczywiście kluczowa. Nie tylko pomagał Rashimowi w liczeniu kart, które to obliczenia swoją drogą czasem okazywały się zawodne, ale przede wszystkim był gwarantem szybkich wypłat. Do wyegzekwowania należności wystarczał jego jeden głęboki pomruk.

- Następnym razem możemy zabrać Beki - zasugerował Liam.

- Byłem pewien, że kobiet nie wpuszcza się do domów gry - rzekł Rashim.

- No trudno, przykleimy jej sztuczne wąsy i wciśniemy w garnitur. Jest tak przerażająca, że nikt nie zechce się jej z bliska przyglądać.

Bryczka zatoczyła koło i przejechała w poprzek ruchliwą aleję. Woźnica spiął konie i zatrzymał powóz centymetry przed ich stopami.

- Gdzie panowie sobie życzą?

Liam otworzył drzwiczki powozu i puścił Boba i Rashima przodem. Pod ciężarem klona bryczka przechyliła się w jedną stronę ze skrzypnięciem sprężyn podwozia.

- Wieź nas do Holborn, dobry człowieku - odparł Liam. - I nie szczędź koni!

Niezręcznie wspiął się do środka, zamknął za sobą drzwiczki, a powóz płynnie włączył się w gęsty ruch drogowy sunący w górę Shaftesbury Avenue.

Rashim zerknął ze zdziwieniem na Liama.

- Nie szczędź koni?

Wzruszył ramionami.

- Czy nie tak właśnie mawiają eleganccy panowie?

Bob zmarszczył czoło, sprawdzając sformułowanie w bazie danych.

- To frazes powtarzany w filmach kostiumowych z połowy dwudziestego...

- Aj, dajże spokój, Bob... nie psuj zabawy.

?

Rozdział 3

Londynrok 1889

- Informacja: ta rzeka zamarzała każdej zimy - powiedziała Beki, wskazując na Tamizę. - Lód był tak gruby, że na środku koryta stawiano targowisko. W szesnastym stuleciu wydarzyło się to kilka razy. Meteorologowie nazwali ten okres "małą epoką lodową".

Oparła się o wykonaną z kutego żelaza balustradę mostu Blackfriars, doceniając swoje wełniane mitenki. Choć słońce grzało mocno, od wzburzonej Tamizy wiał przeszywający, lodowaty wiatr.

- Widzę, że Maddy przegrała ci trochę informacji z lokalną historią.

- Potwierdzam. Wgrano mi szczegółowy pakiet danych z historią Londynu od XV do XIX wieku.

Beki brzmiała jak Bob. Bardziej nawet niż on sam. Sztuczna inteligencja jednostki wciąż była niedojrzała i nieopierzona, niedoprawiona lingwistycznymi smaczkami i niuansikami, których oryginalna Beki zdołała się nauczyć i które imitowała, łudząco przypominając człowieka. Ale ona nie była prawdziwą Beki, prawda? To zupełnie inna, choć wyglądająca identycznie, AI - sztuczna inteligencja. Taka, której postanowili nadać to samo imię. Sal nigdy nie przekonała się do tego pomysłu. Jednostka pomocnicza opierająca się o balustradę tuż obok niej była kimś innym, choć istniała szansa, że jej sztuczna inteligencja ewoluuje analogicznie, a ona sama zamieni się w jednostkę pomocniczą podobną do tej, która im kiedyś służyła.

- Dziwne. Wciąż muszę sobie przypominać, że nie pamiętasz nic, co przydarzyło się drużynie przed założeniem bazy w Londynie.

Beki skinęła głową.

- Potwierdzam. Rozmawiałam o tym z Madelaine. AI mojej poprzedniczki stała się niestabilna i zawodna.

- Przyznała się, że zabujała się w Liamie - parsknęła Sal. - Bądź mądra. Nawet chodzący komputer może się zakochać.

- Informacja: wyznanie miłości było najprawdopodobniej wynikiem heurystycznie wygenerowanej pętli empatycznej. Błędnie przyporządkowanej funkcji kodu. - Beki patrzyła na Sal tym samym przeszywającym wzrokiem, który niegdyś potrafił wyrażać niemal... coś na kształt ciepłych uczuć. - Moja AI będzie rozwijać się niezależnie. Nie zduplikuję wywołanego błędu.

Może i dobrze się stało. Liam nie potrzebuje kolejnej omdlewającej jednostki pomocniczej o oszałamiającej urodzie upadłego anioła. Sal patrzyła, jak barka obładowana workami z węglem zbliża się do mostu.

- Czasami żałuję, że nie mogę się "zresetować" - powiedziała Sal. - Opróżnić głowy i zacząć od początku.

- Dlaczego?

Barka wpłynęła pod most i warknęła, z komina, prosto na nie, buchnęła gęsta chmura pary. Przez chwilę w powietrzu unosił się ciepły zaduch skażony smrodem palonego węgla. Sal machnęła ręką, rozpędzając resztki oparów.

- Dlaczego, Sal? - Beki powtórzyła pytanie. - Pragnienie utraty danych jest nielogiczne.

- Wolałabym nie wiedzieć, czym jestem. Że nie jestem człowiekiem.

- To nieprawda. Jesteś człowiekiem. Twój mózg...

- Jestem człowiekiem zrobionym na zamówienie. Klonem.

Beki przekrzywiła głowę.

- To prawda.

- Wciąż ciężko mi przyjąć do wiadomości, że połowa moich wspomnień to kłamstwo. Moi rodzice. Moje dzieciństwo. Wszystko, co wydarzyło się przed rekrutacją. A przecież nawet ona jest fałszywa.

- Chyba wiem, co czujesz - powiedziała Beki. - To tak, jakby mieć folder pełen wątpliwych danych.

- Właśnie. Tyle że wspomnienia nie są tak schludnie uporządkowane. I chociaż moje dzieciństwo to blaga, w pewnej mierze tworzy moją tożsamość. Rozumiesz? Dlatego tak mówię... z tym akcentem. - Jej brytyjsko-hinduska intonacja nie zniknęła, chociaż Sal ze wszystkich sił starała się jej pozbyć: mówić całkowicie neutralnym, nieakcentowanym językiem.

- Gdybym znała tylko życie z Liamem, Maddy i Bobem... byłoby mi o wiele łatwiej uporać się ze wszystkim. Przypomina to wybudzanie się ze snu. Ten moment, kiedy jeszcze się do końca nie obudziłaś, a sen wydaje się taki prawdziwy.

Sal opisała to bardzo obrazowo - przecież świeżo wybudzony umysł odsiewa ewidentnie nieprawdziwe elementy z tygla wymieszanych wrażeń i wspomnień. Ale odrzucanie majaków sennych - latających świń, gadających żab, armii grzybów z karabinami maszynowymi - to bułka z masłem. Zmyślone życie hinduskiej dziewczynki z dwa tysiące dwudziestego szóstego zdawało się w pełni rzeczywiste. Zapachy centrum Mumbaju: aromat przypraw i smród ścieków, intensywny odór chemikaliów, środków dezynfekcyjnych i wybielacza z pralni. Gryzący fetor wydobywający się z rur wydechowych i fabryk recyklingowych, w których plastikowe śmieci zamieniano w bezcenną ropę naftową. Odgłosy: warkot silników motorowych, zawodzenie syren policyjnych, wrzaski tysięcy handlarzy ulicznych, szum klimatyzatorów pompujących ciepłe powietrze prosto na i tak wilgotne, duszne ulice.

Jakże ciężko o tym zapomnieć. Wszystko to wydawało się takie prawdziwe.

Na barce, która wypłynęła z drugiej strony mostu, zadźwięczał gwizdek parowy; kapitan wysyłał ostrzeżenie dla łodzi płynącej w górę rzeki.

"Mogło wypaść gorzej, Sal. Czy to nie lepsze miejsce? Londyn tysiąc osiemset osiemdziesiątego dziewiątego roku?"

Zarówno Maddy, jak i Liam rozkoszowali się tym, smakowali wszystkie doświadczenia niczym turyści na wakacjach. A Rashim? Z nim też nie było źle: myślał chyba, że trafił do hiperrealistycznego wirtualnego symulatora wiktoriańskiego Londynu. Zazdrościła wszystkim trojgu. Bawili się w najlepsze.

"A ja? Ja czuję się zagubiona".

Zagubiona. Jak duch. Niczym zabłąkana istota, która nie wie jeszcze, że umarła i że pora ruszyć dalej.

"Duch".

- Sal?

Dziewczyna nie dosłyszała słów Beki.

- Słucham?

Jednostka pomocnicza wskazała koszyczki zakopane w śniegu u ich stóp.

- Powinnyśmy wracać. Zgodnie z harmonogramem to ty dzisiaj robisz kolację.

Sal skinęła głową. Dziś wieczorem jej kolej na gotowanie, a obiecała, że przyrządzi potrawkę z królika. Kilka oporządzonych królików - purpurowe truchła z odsłoniętymi mięśniami korpusu i sierścią na skokach - leżało na szczycie kosza z ziemniakami, cebulą i rzepą.

- Tak, jasne.

Beki schyliła się i podniosła oba koszyki, a Sal ruszyła przodem wzdłuż mostu Blackfriars, kierując się w stronę Farringdon Street.

?

Rozdział 4

Londynrok 1889

- Przepraszam. - Liam odłożył kufel, z którego na stół wylało się kilka kropel ale. - Czy ty właśnie powiedziałaś...

- Mhm, pożar Londynu. - Maddy włożyła do ust kolejną łyżkę potrawki. - Pyszne, Sal - powiedziała z pełnymi ustami. - Naprawdę dobre.

- Wróćmy do rzeczy, jeśli można - powiedział Liam. - Pożar Londynu?

- No, a co?

- A co? - Liam rozejrzał się po pozostałych. - Hmm... niech no pomyślę. - Ach tak... spłonięcie żywcem.

- Masakra jakaś. Potrafisz być takim tępakiem. - Wywróciła oczami. - Przecież nie każę ci stawać w płomieniach. Nic nie czaisz?

- Ale wtedy spłonęło całe miasto, prawda?

- Nie. Tylko część. A my będziemy obserwować pożogę z dzielnicy, której pożarł nie ogarnął. Proste jak budowa cepa.

- Fajnie byłoby coś takiego zobaczyć - odezwała się Sal.

Maddy z wdzięcznością skinęła głową.

- Dzięki, Sal. Też tak myślę.

- Ale dlaczego? Po co tam jechać? Po co podejmować ryzyko? - Liam strzepywał rozlane ale poza krawędź stołu.

- Nikt tam nie spłonie, Liamie. Jeju!

- Dobra, nie spłoniemy. Mówię o ryzyku związanym z aktywacją portalu.

Rashim pokiwał głową.

- Ma rację. Ta wyprawa nie jest niezbędna. Zawsze, gdy otwieramy okno, przesyłamy sygnaturę tachionową.

- Tak... oczywiście, istnieje nikłe prawdopodobieństwo - nikłe - że ktoś akurat obserwuje ten okres i nas zauważy, ale nie popadajmy w paranoję, czy to w ogóle realne?

- Obliczenie współczynnika prawdopodobieństwa jest niemożliwe. - Na brodę Boba z kącika ust wyciekła strużka potrawki.

- Nie należy mówić z pełnymi ustami - pouczyła go Maddy, z pełnymi ustami. - Nie wygląda się przy tym najpiękniej. - Odwróciła się do Liama. - Jak długo już tu czekamy? Dziewięć, dziesięć tygodni? Gdyby Agencja naprawdę wiedziała, gdzie jesteśmy, mielibyśmy już na karku kolejnych gości.

- Ale jedna z jednostek rzeczywiście przeszła - powiedział Rashim, spoglądając na Beki, która siedziała obok Boba i po cichutku pochłaniała kolejne łyżki potrawki, robiąc przy tym mniejszy bałagan niż on.

- No dobrze, w dwa tysiące pierwszym rzeczywiście niewiele brakowało. - Maddy skrzywiła się. - Na pewno zostawiliśmy za sobą jakiś ślad, na który trafili. Weźmy ukradziony przez nas samochód... jednostki pomocnicze mogły podpiąć się do radiowęzła policyjnego i namierzyć nas w szkole. Ale pamiętacie? Komputer-Bob otrzymał rozkaz, żeby dokonać autodestrukcji po otworzeniu ostatniego okna. Nie zostawiliśmy za sobą nic, co mogłoby naprowadzić kogokolwiek na nasz ślad.

- Jasne, ale co, jeśli jedno z nich dopadło go, zanim zdążył wymazać wszystkie dane?

Maddy wzruszyła ramionami. Jej argumentacja była oczywista.

- Gdyby tak było, ktoś już by nas odwiedził. A przecież tak się nie stało. A to z kolei oznacza, że ich zgubiliśmy.

- Dla nich możemy być wszędzie. I w każdym czasie - dodała Sal. - Nic nie wiedzą.

- Właśnie. Mogliby się do nas zbliżyć tylko, gdybyśmy sami popełnili naprawdę idiotyczny błąd, który totalnie odmieniłby historię, a im pozwoliłby zlokalizować w czasie źródło kontaminacji. - Nasunęła okulary na nos. - Z pewnością nie muszę tego nadmieniać, ale my, na bank, takiego błędu nie popełnimy.

- To w dalszym ciągu ryzyko - powiedział Liam.

- T-a-akk, ale daj spokój, naprawdę nikłe. Przechodzenie przez ulicę jest ryzykowne. Korzystanie z tutejszej toalety publicznej to ryzyko.

- Bardziej dla nas niż dla was, chłopcy - dodała Sal.

- Posłuchajcie, ja to widzę tak - kontynuowała Maddy - jesteśmy w domu. Naprawdę nam się udało. Uciekliśmy z tej pochrzanionej, apokaliptycznolubnej Agencji, w której szerzy się kult Waldsteina. Jesteśmy wolni. A - powiedziała z uśmiechem - w bonusie dostaliśmy ten porypany wehikuł czasu.

- Którego chcesz teraz użyć do wygłupów?

Maddy zmarszczyła brwi.

- Nie no, daj spokój, Liamie, to niesprawiedliwe. Robisz ze mnie rozkapryszoną panienkę. A ja tylko pomyślałam, że moglibyśmy zerknąć w przeszłość. Troszkę poeksplorować. Ociupinę cofnąć się w czasie. W dodatku bardzo blisko w ujęciu przestrzennym. Chciałam zobaczyć tylko te wydarzenia, które możemy obejrzeć bez nadwyrężania wehikułu translokacyjnego: koronację królowej Wiktorii, egzekucję Karola I, położenie kamienia węgielnego pod opactwo westminsterskie. Szekspira? Czy to nie byłoby super? Odwiedzić "łabędzia z Avonu" i podsunąć mu kilka pomysłów do jego dzieł?

- Dobry Boże, tak - mruknął Rashim.

- Karol Dickens?

Twarz Liama rozbłysła, jemu też zaświtał pomysł.

- Karol Darwin?

- Sam widzisz, gość od małp. Poznalibyśmy wszystkich tych ludzi i zobaczyli wszystkie ważne wydarzenia, które miały miejsce w Londynie. Pewnie, nie moglibyśmy z nimi porozmawiać, a jeśli już, to raczej bardzo zdawkowo i...

- Nie zaleca się bezpośredniej rozmowy z ważnymi postaciami historycznymi - pouczył Bob.

Maddy skinęła głową.

- Słuszna uwaga. Ale możemy je przynajmniej zobaczyć, prawda? Zobaczyć wiele ważnych wydarzeń z ich życia. - Odsunęła miskę. - Dopóki nie poszperałam w bazie danych, nie wiedziałam nawet, ile genialnych rzeczy zdarzyło się przez kilkaset lat w samym Londynie. A wszystko to praktycznie tuż za naszym progiem.

- Ograniczenie geotranslokacji do samego Londynu znacznie obniży stopień zużycia energii - zgodził się Rashim. - No i oczywiście zmniejszy ślad pozostawiony przez sygnał tachionowy.

- O tym właśnie mówię. Nie proponuję wam przecież błąkania się po starożytnym Egipcie i oglądania budowy piramid. Ani pomagania neandertalskim jaskiniowcom w polowaniu na futrzaste mamuty w Nepalu. Już w pobliżu naszego domu wydarzyło się tyle rzeczy, które moglibyśmy obejrzeć. - Wzruszyła ramionami. - I dlaczego tego nie zrobić? Nic nikomu nie jesteśmy winni. Nie mamy rodzin, które uważalibyśmy za własne, ciężaru, który ktoś mógłby wykorzystać przeciwko nam. Jesteśmy tylko my... a jeśli będziemy postępować rozsądnie, jeśli nikogo nie skrzywdzimy i nic nie zmienimy, to dlaczego nie moglibyśmy odrobinę skorzystać z życia?

Przeniosła spojrzenie na Liama.

- Liamie? Przekonuje cię to?

Przez chwilę drapał się w brodę, ważąc argumenty za i przeciw, a następnie wzruszył ramionami.

- Jasne, korzystanie z życia to nielichy pomysł. - Wyszczerzył zęby. - A co tam, zobaczmy pożar Londynu.

?

Rozdział 5

Londynrok 1889

- Wszyscy gotowi?

Pokiwali głowami. Po raz kolejny założyli improwizowane ubrania przypominające stroje z epoki - tym razem z połowy siedemnastego wieku. Były nie do odróżnienia od autentyków, chyba że przy bardzo bliskich oględzinach. Liam włożył luźną lnianą koszulę, która wylewała się z ciemnych spodni. Maddy i Sal nosiły długie, zgrzebne sukienki z szorstkiego lnu i proste gorsety ciasno opinające talie. Tylko Rashim wyróżniał się swoim strojem. Uparł się, że ukryta pod płaszczem kamizelka z jedwabnym podbiciem może łatwo udawać męski kaftan, zwłaszcza że wszyscy mieszkańcy będą myśleć tylko o pożodze pożerającej właśnie Londyn.

Ponieważ nie wyruszali na misję, lecz prywatną wycieczkę, Bob i Beki mieli pozostać w bazie, żeby pilnować lochu i obsługiwać wehikuł translokacyjny.

- Wszyscy dobrze przypięli transpondery? - spytał Rashim. Sklecił transpondery, wykorzystując do tego różne komponenty przewiezione z bazy pod arkadami. Były to prymitywne, proste urządzenia rozmiaru orzechów. Sal trzymała transponder wewnątrz medalionu wiszącego na łańcuszku ukrytym pod sukienką. Z roztargnieniem wymacała pod bawełną guzek znajdujący się tuż pod kością obojczykową.

- To tylko rozwiązanie awaryjne - powiedziała Maddy - na wypadek, gdybyśmy zostali rozdzieleni. Ale jeśli nic złego się nie wydarzy, to wiecie chyba, jak wygląda procedura. Co?

- Wracamy do punktu zbiórki i czekamy - powiedziała Sal udręczonym tonem osoby, która po raz kolejny słyszy tę samą opowieść. - I spotykamy się na Farringdon Street... tyle tylko, że sto dwadzieścia trzy lata wcześniej.

Maddy westchnęła.

- Dobrze. Sal i Liamie, jedziecie pierwsi.

Zajęli miejsca, ramię w ramię, w obrębie oznaczonych na ziemi kwadratów. Oboje stali na małym kopczyku piachu. Po boku znajdował się metalowy kubeł pełen torfiastego mułu rzecznego i końskich odchodów wcześniej uzbieranych przez Boba. Otwieranie kolejnych okien skutkowało pogłębianiem się dziur w kamiennej posadzce, dlatego pomyśleli o alternatywnym rozwiązaniu: gdy stali na warstwie brudu, ich stopy spoczywały na bezpiecznej wysokości ponad podłogą, dzięki czemu spodnia część sześciennej masy wysyłanej w kosmos nie ulegała nagłej erozji.

Jak zawsze przed translokacją, Sal poczuła motylki w żołądku.

"To tylko sekunda" - pocieszyła się w duchu. Mniej nawet. Mgnienie oka. A mimo to miała wrażenie, że upłynęło kilka długich minut. Nienawidziła tej mlecznej próżni, drgającej bieli, marmurowo-krystalicznego, miałkiego śniegu.

"To nie do końca nic, prawda?"

Zerknęła na Liama, a ten jej odmrugnął.

- Jak leci, Sal?

- Świetnie.

Doskonale wiedział, co budzi jej niepokój. Przyznał się jej kiedyś, że chyba też je widział: pływające w pustce niewyraźne zarysy. Nic, co dałoby się zdefiniować, nic wystarczająco zwartego, by opisać kształt. Zjawa - a właściwie zjawy, w liczbie mnogiej - zataczające koła z wrogą ciekawością, wirujące tuż obok, lecz nigdy na tyle blisko, by móc ujrzeć je wyraźnie, zanim przenikną na drugą stronę.

Ale zbliżały się. Sal była pewna. Tak jakby one - albo on, stwór rozciągnięty w długie kosmyki, które można pomylić z wieloma istotami - przyspieszały, wyczuwając ją w pobliskiej przestrzeni chaosu, wirowały ku niej w jeszcze zawrotniejszym tempie, wykazując jeszcze większą ciekawość.

- Ręce i stopy do wewnątrz, dzieciaki - powiedziała Maddy. - Nawet nie próbujcie drgnąć. - Popatrzyła na oboje i wyszczerzyła zęby. - I powiedzcie "dżem".

Liam parsknął sarkastycznie. Sal uniosła brew.

- Dziesięć... dziewięć...

- Wiesz, czym według mnie są te pierony, Sal? - cicho spytał Liam.

- Czym?

- To zagubione dusze. Duchy może.

Sal zerknęła na niego uważnie.

- Próbujesz mnie pocieszyć?

- Idzie mi o to, że duch nie może cię zranić, prawda?

- W niczym mi to twoje gadanie nie pomaga.

- ...cztery... spokój tam... trzy...

"Duchy?" Innymi słowy to istoty, które niegdyś były ludźmi. Sal poczuła, że w jej żołądku coś się przewraca. Ludzie. Mogą to być "duchy" innych ludzi; na tyle głupich, by poważyć się na to, co oni. Kiedy Maddy odliczała ostatnie kilka sekund, a szum wyzwalanej energii zagłuszał jej słowa, Sal zastanawiała się, po co, do diabła, to robią.

"Ach tak, dla zabawy".

A wtedy poczuła to przerażające, wywołujące mdłości "spadanie".

Mocno zacisnęła powieki. Pikowała. Ale nie było to zwykłe spadanie, nie czuła wiatru dmącego wokół niej, nie słyszała wycia w uszach. Omiatało ją jedynie uczucie nieważkości. Zapanowała głucha cisza, nie licząc łomotania jej własnego serca.

Liczyła w myślach. Sekunda po sekundzie, aż do pełnej minuty.

"No już, już. Skończmy z tym! Proszę!"

LONDYNrok 1666

Poczuła, że coś łaskocze ją po nosie. Niepewnie podniosła powiekę. Tuż przed jej oczami unosiła się bryłka odchodów z wystającą gałązką siana; równie nieważka grudka wzbiła się spod stóp w powietrze i obracała leniwie przed twarzą. Sal ucieszyła się, że wreszcie ma na co popatrzeć. Wokół wirował wszechświat pozbawiony materii, nie licząc jej samej i kawałka wirującej końskiej kupy.

Silny wstrząs. Stopy mocno uderzyły o ziemię, a kupa rozpaćkała się o twardą glebę między nimi. Ale mleczna, rozmyta przestrzeń pozostała. Tyle, że to nie była ta sama przestrzeń. Sal poczuła spaleniznę. Usłyszała stukot kół od wozu, parskanie rozjuszonych koni, podniesione w panice głosy.

Liam wyłonił się ze skłębionych oparów i mocno chwycił ją za rękę.

- Uważaj!

Wstała, podpierając się o zbitą z desek ścianę, a chwilę później obładowany wóz, niepewnie uginający się pod ciężarem mebli i cennych artykułów, hałaśliwie przetoczył się obok nich. Woźnica batem smagał zad konia.

- Ej, wy tam, z drogi! - krzyknął do powłóczącej nogami pary zmierzającej ku niemu przez ścianę dymu. Sal szybko rozpoznała Maddy i Rashima.

Czwórka przyjaciół powitała się w kłębach gryzących oparów.

- Jezusie, ni cholery nie mogę tu oddychać - zachrypiała Maddy, zasłaniając ramieniem nos i usta. Kiedy silny powiew wiatru przepędził chmurę dymu, zobaczyli, że trafili do wąskiej uliczki. Piętrzące się po obu jej stronach drewniane domy niebezpiecznie się ku sobie chyliły, coraz mocniej ciążące ku ziemi ściany, zwieńczone dachami ze słomy i drewnianych dachówek, pogrążały brukowaną, ubitą uliczkę w wiecznym mroku.

- Tędy... chyba - powiedziała Maddy. - Ta droga powinna zaprowadzić nas do rzeki.

Pobiegli za wozem, który dudniąc i podskakując pędził wzdłuż wąskiej uliczki. Przez rozwarte okna wyglądały zaniepokojone twarze londyńczyków, wpatrujących się w gęsty słup dymu, który unosił się ponad dachami. Zwały oparów, niczym kłęby chmur, zakryły popołudniowe niebo.

Uliczkę zapełniali kolejni ludzie, wylewali się z bocznych alejek i wąziutkich zaułków ukrytych pomiędzy wysokimi, walącymi się drewnianymi budynkami o krytych strzechą dachach. Wszyscy biegli w tę samą stronę, na południe, instynktownie kierując się nad brzeg rzeki. Wszyscy dźwigali swój dobytek, taszczyli tobołki z rodzinnym majątkiem, nieśli dzieci, tulili noworodki - byle dalej od złowieszczego nadciągającego dymu.

Poszturchiwani, popychani, napierani przez coraz gęstszą, pęczniejącą masę motłochu, przyjaciele zostali wreszcie wyrzuceni na szeroki bulwar, który - pomost po pomoście, chybotliwe schody po chybotliwych schodach - opadał ku rzece, tworząc siatkę mol podpieranych przez pale wyrastające na brzegu i wrzynające się w Tamizę jak zęby grzebienia. Wokół pomostów pływały wszelkiej maści lichtugi, łódki i kutry rybackie, podskakujące ciężko na wzburzonej wodzie, niebezpiecznie przeciążone ludźmi i ich chudobą.

Maddy przyglądała się otoczeniu. Przed nimi roztaczała się rzeka, w oddali za nimi pogrążona w chaosie dzielnica drewnianych budynków na południowym brzegu. Po prawej widać było kruszejący kamienny murek biegnący wzdłuż linii, która pewnego dnia zamieni się w Farringdon Street - były to pozostałości po rzymskim murze, który kiedyś stanowił granicę antycznego Londinium. Biegł aż do samej rzeki.

Po lewej, na zachodzie, wzdłuż brzegu ciągnęły się oszałamiająco zdobione drewniane składy i kolejne pomosty, górowały tworzące kąt czterdziestu pięciu stopni ramiona kilkunastu dźwigów załadowczych oraz pionowe, kołyszące się linie setek masztów. Nadrzeczne dystrykty Londynu przypominały chaotyczną, przecinającą się losowo, niebezpiecznie pochyłą stertę drewna. Plątaninę szop, magazynów oraz sześcio- i siedmiopiętrowych drewnianych kamienic, w połowie wybudowanych na ziemi, w połowie na pokrytych mułem filarach wyrastających z rzeki.

Dalej, półtora kilometra w górę rzeki, Maddy ujrzała rozciągnięty nad Tamizą London Bridge, uporządkowany korowód solidnych kamienno-ceglanych łuków, zwieńczonych tą samą chaotyczną dżunglą spiętrzonych drewnianych kamienic. Kiedyś był to zwykły most; teraz jego szczyt obrastało niemal całe miasto domów. Przypominał spodnią część kadłuba statku, którą oblazła kolonia pąkli.

- Ruszajmy wzdłuż rzeki - powiedziała Maddy, wskazując London Bridge. - Obejrzymy to z bliska.

?

Rozdział 6

Londynrok 1666

- Jezu, wali się następny!

Minęły trzy godziny. Liam i pozostali z niemą fascynacją patrzyli, jak brygada ochotniczej straży pożarnej, zwykłych mieszczan podzielonych na pięcio- i sześcioosobowe grupki, mocuje pół tuzina długich bosaków pożarniczych. Mężczyźni zarzucili bosaki za ramy kilku okien najwyższego piętra. Chwilę później mocno chwycili za dolną część żerdzi i na dźwięk rogu, jednocześnie wypuszczając z płuc jęk zmęczenia, pociągnęli za haki.

Pięciopiętrowa kamienica - chyląca się niebezpiecznie ku ziemi i gotowa samoczynnie runąć pod ciężarem absurdalnie wystających górnych pięter - zatrzeszczała, a cała konstrukcja nienaturalnie się wygięła. Mężczyźni wydali kolejny zgodny jęk, po raz drugi ciągnąc za żerdź. Dały się słyszeć pierwsze odgłosy pękającej u szczytu drewnianej konstrukcji. Na ulicę kaskadą opadł deszcz drewnianych dachówek.

- Hoj! Uważać tam na dole! - krzyknął gaśniczy z rogiem. - Już się wali!

Budynek przez moment niepokojąco chwiał się i wyginał, później, począwszy od góry, odkleiła się od niego tylna drewniana ściana. Dach, niespodziewanie pozbawiony podpory, gruchnął i runął, z otwartych okien buchnął kurz, a na ziemię opadł grad odprysków i drzazg. Potem jęknęła i odpadła ściana frontowa, ściągana za pomocą haków pożarniczych. Strażacy dali drapaka, błyskawicznie umykając przed elewacją, która powolnym łukiem odsuwała się od szkieletu budynku niczym skórka odchodząca od jabłka, a potem zadrgała i grzmotnęła na ziemię. Nabrzeże usłała lawina odłamków i odprysków. W kilku miejscach nadrzeczne pomosty zostały przebite na wylot, kiedy belki konstrukcyjne opadły na deskowanie i przedziurawiły gęstą siatkę drewnianych filarów i podpór, by następnie z chlupotem wpaść do płynącej w dole Tamizy.

Liam krzyknął z ekscytacji na widok tego spektaklu. Z wysokiego budynku ostał się tylko jeden uparty narożnik, wysoki na dwa piętra, który przez moment kolebał się tylko, a potem też skrzypnął, jęknął i wreszcie runął z łoskotem, zlewając się z niechlujną stertą rozszczepionego drewna.

Przez chmurę kłębiącego się kurzu, w miejscu, gdzie wcześniej stała kamienica, widzieli horyzont usiany gigantycznymi jęzorami pomarańczowej pożogi, podsycanej przez rześką, zachodnią bryzę, która pchała ogień na wschód. Płomienie drapieżnie przeskakiwały z dachu na dach. Deszcz iskier i kępek żarzącej się strzechy tańczył we wstępującym wirze gorejącego powietrza, sprawnie koziołkując nad przerwami w zabudowie powstałymi po zawalonych budynkach.

Maddy zerknęła w prawo. Wznosząca się tuż obok London Bridge szeroka konstrukcja, pewnie rozpięta nad rzeką na kamienno-ceglanej podstawie, już płonęła. Wysokie, przeciążone iglice kamienic na północnym krańcu mostu trawiła dzika pożoga. Oddziały straży rozpaczliwie próbowały zburzyć wystarczająco dużo budynków, by utworzyć przecinkę, która ocaliłaby most. Niestety, ich wysiłki wkrótce okazały się płonne.

Pod mostem, obok podstawy filarów podpierających przęsła, gromadzić zaczęły się przeróżne łodzie. Żadna z nich nie wpłynęła bezpośrednio pod przęsła z obawy, że spadające żagwie wylądują na pokładzie i zajmą ogniem wysmołowane deski. Łódki pruły wzburzoną rzekę, lawirując pomiędzy większymi barkami, a sterujący nimi przedsiębiorczy wioślarze urządzali wyścigi po unoszące się na wodzie kosztowności wyrzucane przez okna kamienic.

Maddy widziała osoby uwięzione w płonących domach. Ludzie desperacko wieszali się otwartych na rozcież okien, przez które buchały gęste kolumny białego dymu; machali ramionami, szmatami, błagali o pomoc.

"Mój Boże".

Podobne obrazki widziała w relacjach serwisów informacyjnych z Manhattanu: pracownicy w poczerniałych, służbowobiałych koszulach i poluzowanych krawatach niebezpiecznie wychylali się z gofrowatej konstrukcji World Trade Center. Uwięzieni, bezsilni, zamknięci w pułapce przez kłębiące się chmury czarno-szarego dymu, machali, próbując zwrócić na siebie czyjąś uwagę.

Nagle wszystko to przestało przypominać wycieczkę historyczną i zamieniło się w najgorszy rodzaj obrzydliwego podglądactwa.

Zobaczyła kobietę, która puściła się framugi okiennej. Biedaczka przeleciała całe światło mostu - cztery, pięć pięter w dół - i wpadła do Tamizy. Pod pachą trzymała szmaciany tobołek. Drugą ręką młóciła fale, próbując utrzymać się na powierzchni wody. Szybko zniknęła w odmętach i już nie wypłynęła.

Po chwili odpadła kolejna osoba. Mężczyzna, którego ubrania, a może włosy, płonęły, zostawił za sobą falującą smugę dymu. Powietrze przesiąkło zapachem skwierczącego mięsa. Ponad kakofonią ludzkich głosów, wyciem i trzaskiem płomieni, usłyszała kwiczenie świń oraz piski innych uwięzionych zwierząt. Miała nadzieję, że właśnie to jest źródłem zapachu pieczonego mięsa. Ale było to myślenie życzeniowe. Równie prawdopodobne było, że to zapach palących się ludzi. Poczuła, że zbiera jej się na wymioty.

Spotkała się wzrokiem z Liamem. Widział dokładnie to samo, co ona: ludzi, którzy skakali po to, by uratować życie, choć zdawali sobie sprawę, że robią to na próżno, że skaczą w objęcia śmierci. A jednak robili to, bo ani chwili dłużej nie znieśliby palącego gorąca płomieni. Czuł to samo, też marszczył nos.

- Dość się napatrzyłam - powiedziała Maddy. Jej głos utonął w zgiełku, ale Liam doskonale zrozumiał, co przed chwilą powiedziała. On też się napatrzył. Wyjazd na ten mały rekonesans był chybionym, albo raczej perwersyjnym, pomysłem. To właśnie wyrażał grymas na jego twarzy. Że doszedł do takiego samego wniosku. Maddy klepnęła Rashima i Sal po ramionach. Odwrócili się jednocześnie.

- Wracamy!

- Okej - powiedziała Sal. Wyraz jej twarzy mówił: "Koniec, wystarczy".

- Rashimie? Wracamy!

Odwróciwszy się, ruszyła na zachód, wzdłuż skraju rzeki. W tę samą stronę uciekali pozostali londyńczycy. Ogień pożerał całe miasto na wschód od London Bridge, wszyscy biegnący wokół nich ludzie, wiedzeni stadnym instynktem dzikich zwierząt umykających z lasu na sekundy przed wybuchem pożaru, wyczuli, że przestało to być miejsce, z którego można bezpiecznie obserwować przebieg wypadków.

Płomienie nadciągały w ich kierunku, rozwiewane przez mocny, dmący od Tamizy wiatr, przyciągany przez inferno łapczywie wysysające pokłady świeżego tlenu.

Maddy zeszła po chybotliwych schodkach na niższy pomost, mijając z prawej otwartą piwniczkę i warsztat bednarza. Rzemieślnik właśnie pakował najcenniejsze narzędzia, a jego żona ładowała dorobek życia do beczek, które, jak zgadywała, zamierzali wrzucić do wody i spławić rzeką. Przyjaciele szli krok za Maddy, która przedzierała się przez ciżbę ludzi, próbując zejść kolejnymi schodami ku tafli Tamizy. Na rzece podskakiwały łódki i tratwy podstawione przez wioślarzy oferujących usługi przewozowe za horrendalne stawki.

Dziewczyna schyliła się pod deskami podpierającymi szopę i doszła do drabiny ustawionej na końcu krótkiego drewnianego pomostu. Wspięła się po niej i ponownie znalazła na poziomie ulicy. Dyszała, popychana przez ludzi dźwigających na plecach worki z towarami i kosztownościami. Posuwanie się wzdłuż brzegu rzeki przypominało pokonywanie morderczego toru przeszkód skleconego z pomostów, schodków, drabin, stopni, desek, podpór, beczek i pętli sznurów konopnych, które zwisały z belek na tyle nisko, by zacisnąć się na szyi nieuważnej osoby niczym garota.

Po kolejnych pięciu minutach wspinania, wdrapywania, schylania się i kluczenia wyszli na wybrukowany bulwar, zatłoczony do tego stopnia, że ludziom stojącym w pobliżu krawędzi groziło wypadnięcie przez barierkę i wylądowanie na gontowych dachach rozciągającej się w dole nadrzecznej bieda-dzielnicy. Maddy była do cna wykończona. Uklękła z rękami na kolanach, wstrząsnęły nią torsje.

Liam chwycił ją, sam z trudem łapiąc powietrze.

- Nie zatrzymuj się, do cholery!

- Brakuje... brakuje mi... powietrza!

Rashim i Sal dołączyli do nich. Cała trójka, pośród wzbierającej rzeki tłuszczy, utworzyła wokół Maddy ciasny krąg.

- Ogień coraz szybciej się rozprzestrzenia - ostrzegł Rashim. - Jest szybszy od nas!

Maddy powstała z kolan, żeby to zobaczyć. Skinęła głową. Miał rację. Temperatura powietrza odczuwalnie wzrosła. Ostrożny odwrót gawiedzi powoli zamieniał się w chaotyczną ucieczkę. Nieba nie zakrywał już złowróżbny tuman nisko zawieszonego dymu: zamiast niego, ponad tlącymi się strzechami, szalała doskonale widoczna ściana skłębionych płomieni. Domy, wcześniej lizane i trawione językami ognia tak długo, aż się zawalą, teraz spontanicznie zapalały się przed nadejściem płomieni, taki żar lał się w tym momencie z nieba.

- Po co podchodziliśmy tak blisko ognia? - ryknęła Sal. - Jesteśmy zbyt blisko!

Maddy potrząsnęła głową. To nie miało sensu.

- Nie powinien dojść tak daleko! Byłam pewna, że na zachód od mostu będziemy bezpieczni!

- Ale nie jesteśmy! - wpadł jej w słowo Liam. - Chodźcie! Musimy iść dalej! - Chwycił Mads za rękę i pociągnął za sobą, po raz kolejny wtapiając się w rwący nurt ludzi.

Niespodziewanie, ponad krzykami paniki, wyciem nadciągających płomieni, usłyszeli ewidentny odgłos strzału z muszkietu. Morze uciekających londyńczyków zamarło.

Maddy dostrzegła, że ludzie daleko w przodzie zatrzymali się i zaczęli wycofywać. Przed nimi rozciągała się wolna przestrzeń: pięciometrowy plac nabrzeżny, pełen porzuconych wozów, szmacianych tobołków i żołnierzy: ubranych w ciemnozielone bluzy i żelazne napierśniki królewskich gwardzistów, którzy stali z wystawionymi muszkietami.

Kolejny huk. Nad głowami rozległ się odgłos strzału ostrzegawczego. Kapitan gwardii wyjechał na koniu zza linii swoich podwładnych i gestem nakazał sparaliżowanym ludziom, aby rozeszli się do domów.

- Ani kroku dalej - ryknął, a koń pod nim wierzgnął nerwowo. - Wracajcie, skąd przyszliście!

Przez tłum przelała się fala wściekłych z oburzenia, poirytowanych głosów.

- Do tyłu, mówię! - Napędził na nich konia. - Do tyłu albo z powrotem nad rzekę! Czekają tam na was łodzie i barki! Tą drogą nie przejdziecie ani kroku dalej!

Liam wyciągnął szyję, aby lepiej się rozejrzeć.

- Dlaczego nas nie przepuszczą?

- Nie wiem - odpowiedziała Maddy. Odwróciła się, aby sprawdzić, czy mogą przejść w innym kierunku.

Cofnąć się? Nie. Natknęliby się na ścianę zapierającego dech żaru, który czuła już na policzkach. Po lewej ciągnęła się krawędź bulwaru, a za nią kręty labirynt schodów i skrzypiących drabinek, drewnianych dachów bieda-dzielnicy, stopniowo opadających ku przeludnionym już pomostom. A droga po prawej? Zablokowana przez kamienną ścianę frontową wielkiego składu. Wąskie alejki po obu jego stronach biegły na północ, skąd nadciągała pożoga, rozlewając się ku rzece. Wyglądało na to, że znaleźli się w szybko zwężającym się przesmyku, z którego jedyną drogę ucieczki blokowali żołnierze.

Zza wielkich podwójnych odrzwi składu wyłoniło się kilku kolejnych strażników, którzy szybko podbiegli do kompanów. Jeden z nich powiedział coś kapitanowi. Ten nagle spiął konia.

- Wracajcie! Głupia hołota! Wracajcie! Z rozkazu króla... na litość boską... COFNĄĆ SIĘ! - Kapitan obrócił konia i brutalnie spiął go ostrogami, wracając do swoich ludzi.

Maddy zerknęła na otwarte na rozcież drzwi. Przed czym oni uciekają? Ze środka zaczęli wysypywać się żołnierze, gnali jakby po piętach deptał im rozjuszony byk. Wewnątrz magazynu panowała ciemność. Usłyszała, jak kapitan wykrzykuje rozkaz i po chwili żołnierze ustawieni w szeregu w poprzek nabrzeża rozpoczęli błyskawiczny odwrót, pobrzękując uprzężami i sprzączkami u mundurów. Po raz kolejny popatrzyła na ciemne wnętrze magazynu i zauważyła syczący, iskrzący się, jaskrawy przedmiot na podłodze.

"O mój Boże... czy to...?"

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
?

Prolog

Montrealrok 2050

- Jakim cudem tak skończyliśmy? W tym czasie, w tym strasznym chaosie?

Waldstein przyglądał się publiczności: rzędom bladych owali niknących w słabo oświetlonej sali wykładowej. Na ostatnią w historii konferencję TED przybyła śmietanka najtęższych umysłów, innowatorów, biznesmenów i przedsiębiorców. Kolejnych konferencji nie będzie. Organizowanie paneli naukowych w niebezpiecznym i coraz bardziej pogrążonym w chaosie świecie stawało się niemożliwe.

Pytanie, które właśnie postawił, było, oczywiście, czysto retoryczne. Sam im odpowie.

- Chciwość. Chciwość i samozadowolenie. Na przełomie ostatniego stulecia, kiedy ekscytowaliśmy się początkiem nowego milenium... założyliśmy, że zasoby ropy naftowej są niewyczerpane. Teraz, po fakcie, wiemy oczywiście, że gdy spadły ostatnie kartki dwudziestowiecznych kalendarzy, gdy wskazówki zegarów wybiły ostatnie sekundy starego tysiąclecia, a my bawiliśmy się na przyjęciach, po cichu nadszedł "szczytowy moment wydobycia ropy naftowej". Moment, w którym ludzkość zdołała wyeksploatować połowę globalnych zasobów paliw kopalnych.

Dla zwiększenia efektu zawiesił głos. Holograficzny teleprompter też zamarł w bezruchu.

- "Zbiornik" był do połowy pusty. Spora grupka geologów już wtedy biła na alarm, wyjaśniając każdemu, kto chciał słuchać, że najwyższy czas zabrać się do roboty i znaleźć substytut ropy. Nikt nie posłuchał. Dlaczego? Bo ropa wciąż szerokim strumieniem wypływała z ziemi, wciąż była tania. Po co wkładać kij w mrowisko i wszystko psuć? Spójrzmy prawdzie w oczy: kto na świetnej imprezie chce gadać z podpierającym ściany fanatykiem, który mamrocze o końcu świata? Nie zrobiliśmy nic, żeby odstawić narkotyk o nazwie ropa naftowa. Dlatego później... po pierwszych piętnastu, dwudziestu latach nowego stulecia, kiedy najwięksi producenci ropy zauważyli, że ich pola naftowe, jedno po drugim, wysychają, sprawy przybrały zły obrót. To pierwszy Wielki Problem, który powinniśmy byli rozwiązać, lecz zaniechaliśmy tego. A drugi? W początkach stulecia niektórzy ekonomiści szacowali, że w połowie dwudziestego pierwszego wieku populacja globu sięgnie poziomu blisko dziesięciu miliardów ludzi.

Publika poruszyła się niespokojnie.

- Ich szacunki okazały się zaniżone o około półtora miliarda. Ale nikt nie jest doskonały, prawda? - Waldstein zaniósł się suchym, pustym śmiechem. Publika nie miała ochoty odpowiadać tym samym. - Wysłano zatem kolejny sygnał ostrzegawczy. Dziesięć miliardów? Ziemski ekosystem nie mógł żywić dziesięciu miliardów gąb w nieskończoność! Ale czy ludzie usłuchali? A skąd! "Nie mogę urodzić więcej niż dwoje dzieci? Jak śmiesz! Jak śmiesz mówić mi, co mogę, a czego nie mogę robić?!". Dlatego nigdy nie uporano się z tym problemem i zaraz po "szczytowym momencie wydobycia ropy" przekroczyliśmy "szczytowy moment spożycia żywności", "szczytowy moment spożycia wody pitnej". Uderzyły w nas wszystkie symptomy kurczących się zasobów, a przed światem stanęło nie lada wyzwanie: dostarczyć co najmniej tysiąc pięćset kalorii ponad dwunastu miliardom głodujących.

Waldstein westchnął.

- Musieliśmy zatem zmierzyć się z dwoma fundamentalnymi problemami: deficytem zasobów i eksplozją demograficzną. Obu można było zapobiec; nie zapobieżono żadnemu. A do tych dwóch problemów doszedł jeszcze trzeci, ostatni.

Kciukiem dotknął dłoni i nad jego głową rozbłysnął monstrualny holograf: duży jak okrągła scena, z której przemawiał. Stworzona na podstawie zgromadzonych danych animacja przedstawiała zmiany, jakim przez pięćdziesiąt lat ulegała Ziemia: kurcząca się pokrywa lodowa, błękit wzbierających oceanów, puchnących jak kleks atramentu na czystej kartce papieru.

- Pozwoliliśmy, by świat rozgrzał się jak patelnia. Po części to konsekwencja spalenia wszystkich zasobów ropy - to bez wątpienia w niczym nie pomogło. Ale kruchy ekosystem Ziemi tak naprawdę rozpadł się z powodu wzrostu globalnej populacji. I właśnie wtedy, kiedy potrzebowaliśmy jak największych połaci ziemi, by zbierać plony zdolne wyżywić nas wszystkich, wzbierające oceany rozlały się po nizinach, ziemiach uprawnych. Połknęły lądy... a wraz z nimi wiele wielkich miast.

Dotknął dłoni i przesunął kilka migocących slajdów. Nowy Jork: skurczony do wyspy Manhattan, otoczonej gigantycznymi groblami przeciwpowodziowymi; New Jersey, Brooklyn, Bronx i Queens zamienione w patchwork zatopionych ulic i gnijących dachów. Londyn: kamienice czynszowe, stłoczone jak chwasty wyprężające się do słońca, wyrastające z mgły zanieczyszczeń. Tamiza: groźna, wezbrana rzeka ujarzmiana przez potężne zapory wodne.

- Pierwsze półwiecze powinniśmy byli poświęcić na rozwiązanie tych problemów. A my co robiliśmy? Walczyliśmy jak dzieci. W późnych latach dwudziestych wybuchła pierwsza wojna azjatycka, ponad dwadzieścia lat temu. Później borykaliśmy się z kolejnymi pacyficznymi wojnami naftowymi. W zeszłym tygodniu obchodziliśmy dziesiątą rocznicę wojny trzydziestodniowej pomiędzy Koalicją Arabską a Izraelem... i, na Boga, wcale nie toczyła się ona o dostęp do złóż ropy... nie, poszło o coś tak archaicznego, tak nieistotnego, jak ideologia religijna! O imię, którym ludzie powinni czcić nieistniejącego Boga.

Hologram nad Waldsteinem odtworzył serię obrazów: rdzewiejące wraki czołgów i mechołazów, napromieniowane ruiny Jeruzalem i Damaszku.

- Znaleźliśmy się w takim, a nie innym miejscu. Żyjemy w wyjałowionym świecie. Zatrutym. W świecie, który - całkiem słusznie, według niektórych - obraca się przeciwko nam. Ale, w znacznie dłuższej perspektywie, jest to zaledwie kolejny cykl. Kiedyś już się to wydarzyło. Istniała epoka dinozaurów, nastała też nasza. Świat postanowił przeprowadzić rekalibrację. Zrobić generalny remanent, wszystko rozpocząć od nowa.

Nie czytał już z telepromtera. Organizatorzy konferencji z wyprzedzeniem otrzymali kopię przemowy: nudną, bełkotliwą tyradę o "odpowiedzialnej przedsiębiorczości w trudnych czasach".

Słów, które pragnął dziś rano przekazać - i które przekaże - nauczył się na pamięć.

- Ale my, panie i panowie, w przeciwieństwie do dinozaurów, bez wątpienia nie wyginiemy. Niemniej w drugiej połowie tego stulecia dotknie nas nieuchronny kryzys zasobów, który zdziesiątkuje globalną populację do poziomu góra kilkudziesięciu milionów. Może nawet do kilkuset tysięcy. Ci, którzy przeżyją, będą musieli się dostosować. Będą, miejmy nadzieję, mądrzejsi i zrozumieją, że naszemu kruchemu światu należy się szacunek.

Waldstein zauważył, że słuchacze wiercą się niespokojnie. Uśmiechnął się.

- Proszę, zorientowaliście się, że nie czytam tekstu zatwierdzonego na dzisiejszy wykład. Pewne słowa trzeba jednak wypowiedzieć głośno...

Zawiesił wzrok za ostatnim rzędem widowni, na wianuszku rozstawionych przy ścianie kamer. Wydarzenie relacjonowało kilkanaście stacji informacyjnych. Waldstein wiedział, że relację na żywo albo w powtórkach obejrzą wszyscy mieszkańcy planety - 2050 rok, ostatnia Konferencja TED. Ostatnia z ostatnich.

Idealna okazja do wygłoszenia apelu.

- Obawiam się, że sytuacja nie wygląda najlepiej. Proces nieuchronnych zmian już trwa, czy nam się to podoba czy nie. Ale powiem wam jedno. Wierzę, że Wielka Zagłada nie oznacza końca ludzkości. Będzie etapem pośrednim. Czeka nas trudny - piekielnie trudny - etap, ale nie wszystko stracone.

"Woleliby, żebym zszedł ze sceny. Woleliby, żebym skończył".

- Wspomnicie moje słowa: kolejne dwie dekady okażą się bardzo bolesne. Przerażająco bolesne. A wraz z pogarszaniem się sytuacji pojawią się głosy, że powinniśmy cofnąć czas, skorzystać z technologii translokacyjnej, wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów, przeżyć ostatnie półwiecze na nowo, stworzyć lepszy świat. Ludzi, którzy będą się tego domagali, ostrzegam...

Pogroził palcem w kierunku kamer rejestrujących konwencję z końca audytorium.

- Jeśli się na to poważymy - jeśli odważymy się igrać z czasem - ta głupota będzie największym z wielu popełnionych przez nas błędów.

Przez scenę ruszył jeden z organizatorów konwencji - dr Rajesh - ale Waldstein powstrzymał go skinieniem głowy.

- Moje wystąpienie powoli dobiega końca...

Gdyby zmuszono go do zejścia ze sceny, wybuchłby skandal. Niepotrzebne to ani jemu, ani organizatorom. Media trąbiłyby o żenującej przepychance, zamiast skupić się na treści przesłania.

- Podsumuję to tak... - Dr Rajesh zrozumiał zamysł, zatrzymał się w pół kroku i pozwolił Waldsteinowi dokończyć przemówienie. - Panie i panowie, popełniliśmy wiele błędów, całą masę, a w niedalekiej przyszłości będziemy nieustannie wodzeni na pokuszenie; zapragniemy wrócić w czasie i wszystko naprawić - dla nas samych i dla naszych dzieci. Ale podróże w czasie to otwarte na rozcież wrota do piekieł: to puszka Pandory, której nie można zamknąć, gdy już się ją raz otworzy. Jeżeli odważymy się bawić w Boga za pomocą tej technologii, wówczas wszystko rzeczywiście zniknie. Dosłownie wszystko: ta mała, samotna, odosobniona niebieska kula życia, którą nazywamy Ziemią i wszystko, co się na niej znajduje.

Waldstein nie spodziewał się burzy oklasków. Słusznie. Minąwszy pobladłego dr. Rajesha, zszedł ze sceny otoczony głuchą ciszą.

?

Zostań Jeźdźcem w Czasie!

W pierwszym tomie przeniesiesz się w czasy po II wojnie światowej do Stanów Zjednoczonych Ameryki opanowanych przez nazistów.

W drugim tomie odkryjesz, jak mógł wyglądać świat sześćdziesiąt pięć milionów lat przed naszą erą.

W trzecim tomie przekonasz się, jak żyli ludzie w średniowiecznej Anglii i czy Robin Hood istniał naprawdę.

W czwartym tomie przeniesiesz się do świata, w którym wojna secesyjna z XIX w. nigdy się nie zakończyła.

W piątym tomie zobaczysz, jak wyglądało starożytne Cesarstwo Rzymskie.

W szóstym tomie przeniesiesz się do wiktoriańskiego Londynu i poznasz prawdziwą tożsamość Kuby Rozpruwacza.

W siódmym tomie zobaczysz słynny pożar Londynu w 1666 roku i przekonasz się, jak wyglądało życie piratów w XVII wieku.

Już wkrótce tom ósmy!

Proroctwo Majów

Kiedy Maddy udaje się w końcu odblokować fragmenty zakodowanej w umyśle Becky wiadomości, prawdziwy cel istnienia Jeźdźców w Czasie zaczyna układać się w logiczną całość.

Kiedy drużyna wyrusza w kolejną podróż w czasie, aby połączyć wskazówki, natrafia na starożytny lud Majów i okazuje się, że odnaleziony relikt łączy w wyjątkowy sposób przeszłość z przyszłością.

Ale nie wszyscy w drużynie radzą sobie z ciężarem tego odkrycia. Jeden z Jeźdźców w Czasie grozi pozostałym, że pogrąży ich wszystkich, jeśli dokonają swojej zemsty...

Wejdź na stronęwww.zielonasowa.pl/akcje/time-riders