Tiger to ja - Dariusz Michalczewski

Reflow text when sidebars are open.
Jako młody chłopak byłem silniejszy od innych. Nawet się mnie bali. W naszej dzielnicy Przymorze, "sypialni" Gdańska, rządziłem ja i moi koledzy, i to już w wieku dwunastu, trzynastu lat. Byłem, co prawda, zawsze najmniejszy, ale też najodważniejszy i najsilniejszy. Nikomu nie schodziłem z drogi. Nie miałem też żadnych zahamowań, żeby z całej siły uderzyć kogoś w twarz, nawet jeśli był starszy i silniejszy. Oczywiście, jest to dość brutalne, ale za to bardzo skuteczne. Moi kumple wysoko cenili tę moją umiejętność, ponieważ, używając pięści, ratowałem ich z niejednej opresji.
Pocałunek od mamy za pierwsze zwycięstwo w turnieju. Dzisiaj też przyjeżdża na wszystkie większe walki mistrzowskie
Na temat mojego dzieciństwa krążą dzisiaj niesamowite opowieści, że niby byłem przywódcą gangu młodzieżowego i tak dalej. To wszystko bzdury. Gruba przesada. Gdyby było w tym choć ziarnko prawdy, w wieku dziesięciu lat byłbym już w mafii. Rzeczywistość wyglądała trochę inaczej. W pewien sposób te młodzieńcze bójki przyczyniły się do tego, że dość szybko stałem się samodzielny i nauczyłem się odpowiedzialności.
Sylwester 1984 z przyjaciółmi
Wielu mieszkańców naszej dzielnicy przeklinało mnie wprawdzie, ale mimo wszystko mnie lubili. Jestem o tym przekonany. Czasami wydawało mi się nawet, że mnie kochają, oczywiście w moim ówczesnym pojmowaniu miłości. Byłem dla nich facetem o dobrym sercu. Kimś w rodzaju Janosika albo Zorro.
Za każdym razem, gdy jestem w Gdańsku - odwiedzam grób mojego ojca
Być może zostałbym kimś innym, gdyby nie to, że dosyć wcześnie umarł mój ojciec. Miał zaledwie 30 lat (ja wtedy miałem pięć), gdy zachorował na raka. Siedem długich lat ciężko walczył z chorobą - i przegrał. Kochałem go i szanowałem, mimo że był surowy i sprawy rodzinne prowadził twardą ręką.
Ojciec chciał, żebym kiedyś został wykształconym człowiekiem. Dlatego zawsze kontrolował moje zadania domowe, przerabiał ze mną bieżący materiał. W domu byliśmy zawsze o kilka lekcji dalej niż nauczyciel w szkole. Moje świadectwa, dopóki ojciec żył, były zawsze świetne. Z wielu przedmiotów miałem piątki. Tylko z zachowania nigdy nie było lepiej niż "dobrze".
Moje najlepsze świadectwo: niestety nie mogłem pokazać go mojemu ojcu
Latem 1980 roku - byłem wtedy w szóstej klasie - otrzymałem naprawdę dobre świadectwo. Z wyjątkiem oceny z zachowania (znowu tylko "dobrze"), miałem same piątki. Ciesząc się i śmiejąc, pognałem do domu. Chciałem natychmiast pochwalić się nim matce - jak dotąd było to najlepsze moje świadectwo - a potem pobiec do szpitala, pokazać je ojcu. W domu dowiedziałem się, że ojciec nie żyje.
Nie chciałem uwierzyć w to, że ojca już nie ma. To był dla mnie szok. Nie byłem wcale smutny, rozmawiałem o tym zupełnie normalnie, także z moimi przyjaciółmi: "Mój ojciec nie żyje!". Żadnych łez. Dla kumpli to było niesamowite. Nie wiedzieli, co mają powiedzieć, i cały czas dziwnie na mnie patrzyli.
Jak przejdę w Gdańsku przez most kolejowy, to widzę warsztat, w którym pracował Lech Wałęsa (na górze, po lewej)
Chętnie zaglądam też do hali sportowej, w której zaczynałem karierę boksera (poniżej)
Jan Wiśniewski był dozorcą w mojej szkole. Czasami gonił nas z kijem
Gdy jestem w Gdańsku, zawsze zbiera się sporo łowców autografów
Z moją nauczycielką od matematyki, Teresą Baranowską, rozmawiamy o starych czasach
Bloki z mojego byłego sąsiedztwa trochę się zmieniły. Przy drzwiach wejściowych można jeszcze znaleźć nasze nazwisko
Późniejszy czas, lata osiemdziesiąte, był bardzo ciężki i trudny dla Polski, ale też dla nas - rodziny Michalczewskich. Otrzymywaliśmy bardzo skromną rentę po ojcu. Moja matka musiała ciężko pracować, żeby nas wszystkich utrzymać. Również nasza trójka musiała wziąć się do roboty. Chwytaliśmy się różnych rzeczy, żeby przynieść do domu parę złotych; ciuchy mieliśmy stare, znoszone, od naszego starszego kuzyna Adama. Ale nie głodowaliśmy, ani nie żyliśmy w biedzie. Po prostu nie stać nas było na luksus, na przykład na rowery, które miały inne dzieci. My mieliśmy jeden na całą rodzinę. Wracając do ubrania, to zawsze byliśmy przyzwoicie ubrani, idąc do kościoła.
Mój "Tiger Pub" w Gdańsku podczas uroczystości otwarcia został poświęcony przez księdza Jankowskiego. Oczywiście nie zabrakło moich przyjaciół i rodziny
Miałem 12 lat, gdy zacząłem boksować. W klubie było jedzenie. Czasami dostawałem w prezencie dresy albo buty bokserskie, a ponieważ uchodziłem za wielki talent, szybko przyznano mi coś w rodzaju stypendium. Gotówka. Co miesiąc. Dla kasy rodzinnej była to ważna sprawa, życiowa sprawa. Moi trenerzy zaznaczyli jednak od razu, że muszę skończyć z bójkami na ulicy. Trudno!
Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z tego, że moimi pięściami mogę uczciwie zarabiać na bokserskim ringu. "Gdybym został mistrzem świata, podobnie jak mój idol Thomas Hearns, zapewne mógłbym zarabiać dużo więcej pieniędzy dla mnie i dla mojej rodziny", myślałem. Ale przecież takie rzeczy możliwe są tylko u zawodowców... i pewnie tylko na Zachodzie. Cóż zatem było moim celem w życiu? Zachód! A najlepiej od razu Ameryka...
Bum-bum-bum-bum-bum-bum...
Słychać dźwięki przypominające nadciągającą burzę i grzmoty. Może to moje serce, które wali jak oszalałe. Ale przede wszystkim słychać piosenkę "Eye of the Tiger". Towarzyszy mi ona zawsze wtedy, gdy wchodzę na ring.
Bum-bum-bum-bum-bum-bum...
Poziom adrenaliny nagle skacze. To samo czuje pewnie wielu fanów na trybunach. Ten akustyczny sygnał jest dla nich. Wiedzą już, że właśnie nadchodzi "Tiger".
Bam-bam! Bam! Bam! Bam!
Potężne walenie jak młotem w kowadło. Tak rozbrzmiewają pierwsze głośne takty na arenie w Oberhausen. Nagle cisza, ale zaraz wybuch z jedenastu tysięcy gardeł. "Tiger, Tiger!" i "Dariusz, Dariusz!". Hala drży w posadach i to wcale nie w przenośni. Stojąc na szczycie wysokich schodów, czuję, jak wszystko wokół wibruje. Schodzę na ring ponad głowami fanów boksu. Wychodzę do walki mego życia. Do superwalki. Jej motto wymyślili szefowie stacji telewizyjnych: "Zemsta Tigera!".
Ale przecież nie chcę na nikim się zemścić, a już na pewno nie na Henrym Maske, którego Hill pokonał. Chcę po prostu wygrać, pobić podwójnego mistrza świata Virgila Hilla, czempiona federacji WBA i IBF. Chcę udowodnić wszystkim, że naprawdę jestem najlepszym bokserem w wadze półciężkiej na świecie. Ja, mistrz WBO, Dariusz "Tiger" Michalczewski.
Pot ścieka mi po twarzy, na nosie zbiera się wielka kropla. Ścieram ją tak samo, jak chcę zetrzeć Hilla. W tej chwili mam bardzo dobre przeczucia. Zazwyczaj czuję się tak dopiero po pierwszym gongu. Skończył się największy stres. Przez pół roku, w pełni koncentracji, przygotowywałem się na ten dzień, żyjąc jak asceta. Trening, trening, trening. Żadnych imprez. Zero alkoholu. Praca z psychologiem. Podczas wielu sesji Eckard Winderl nauczył mnie pozytywnego myślenia. A wszystko po to, żeby podczas walki dać z siebie nie sto, ale sto pięćdziesiąt procent.
"Dla mnie i tak jesteś najlepszy!", powiedział Nicolas przed moją walką z Hillem
Do tego ścisła dieta. Nie wolno mi jeść ani golonki, ani ciasta. Czy ta woda mineralna nie ma przypadkiem za dużo dwutlenku węgla? Czy ma właściwą temperaturę, nie jest za zimna, ani nie za ciepła? Przynajmniej dwa razy dziennie wchodzę na wagę. Teraz ważę 79 kilo. Sama siła. Rozłożona na moje 184 centymetry wzrostu.
No i 146 godzin ciężkiego sparingu: z Larrym Pratherem, Bruce'em Scottem, Darrinem Allenem i Tedem Cofie'em, któremu zawdzięczam sine oko podbite na dzień przed walką. Przypadkowe uderzenie łokciem. Te żelazne przygotowania to z pewnością dziewięćdziesiąt procent całej roboty. Teraz załatwię resztę. Nie, żebym myślał, że przejdę się po tym Amerykańcu spacerkiem, ale zrobiłem wszystko, co trzeba zrobić, żeby spełnił się mój sen o trzech mistrzowskich pasach.
Henry Maske kontra Virgil Hill. Henry nie wyglądał najlepiej. Przegrana na punkty. "Time to say Goodbye"
Czuję obecność tej masy ludzi. Słyszę, jak rozmawiają, jak się śmieją i wykrzykują, ale ich nie rozpoznaję. Nie widzę twarzy. Wszyscy są przeźroczyści. Wszystkie przedmioty są przeźroczyste. Muszę bardziej uważać na schody, żeby się nie potknąć. Nie ma się czego bać. Przede mną idzie Fritz. Mój trener. Przez ostatnie dni - i oczywiście także teraz, w szatni - emanował spokojem, pewnością i optymizmem. Dziś po prostu musi się udać. Na tych schodach nie mogę się przewrócić...
Wreszcie wchodzę na ring. Robię moją rundkę. Tańcząc. Z pięściami w górze. Dzięki tym szybkim, tanecznym ruchom orientuję się, jaka jest nawierzchnia. Trochę za miękka, czy może wprost przeciwnie - za twarda? Mata jest dobra, akurat dla moich szybkich nóg.
Dla fotografów Hill także staje się tygrysem, ale moja łapa jest większa
Teraz kolej na konferansjera. Heiner Lauterbach, pierwszy macho republiki, był co prawda na niejednej walce, ale jego przekaz jest marny. Brak w nim ikry. Gerd Müller, pierwszy konferansjer "Universum", na swój znany, spokojny sposób, zrobiłby to co najmniej równie dobrze. Cóż, aktorowi Lauterbachowi wiele brakuje do jego amerykańskiego kolegi Michaela Buffera. "Let's get ready to rumble..." Z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że Heiner powinien był pozostać przy aktorstwie. Jego wcześniejszy "Boxer-blues" również nie poderwał ludzi z siedzeń. Krytycy osądzili go później bardzo surowo.
Moje stroje sportowe projektuje i szyje Manuel Eliseo
"The Final Countdown"! To "Walk-in" Hilla, czyli piosenka, która towarzyszy jego wejściu na ring. Zaraz się zacznie. Ciekawe, co też myśli teraz mój przeciwnik. Boksuje dla swojej rodziny. Powiedział mi o tym na długo przed dzisiejszym pojedynkiem. Ja nie traktuję tego inaczej. Walczę dla Michała, Nicolasa i Doroty. Przede wszystkim chcę zwyciężyć, osiągnąć wszystko dla moich synów. Mają mieć piękniejsze dzieciństwo i lepszą młodość niż ja, w Gdańsku. Chcę im zapewnić lepszy życiowy start. Ta myśl siedzi gdzieś głęboko w mojej głowie. Obok paru innych, daje mi siłę do działania, jest źródłem motywacji. Dzięki niej mam odwagę podejmować coraz to nowsze i trudniejsze decyzje. Virgil Hill, Metys, honorowy wódz Indian z plemienia Turtle Mountain Chippewa z Bismarck w stanie Dakota Północna, jest z tej samej gliny. W ogóle, to bardzo sympatyczny człowiek. Superfacet. Już podczas naszego pierwszego spotkania, na konferencji prasowej w Hamburgu, świetnie się rozumieliśmy. Po prostu wymieniliśmy spojrzenia i jednocześnie obaj się roześmialiśmy. Objęliśmy się jak przyjaciele. A potem chwila rozmowy. Bez zahamowań. Pewnie mój angielski trochę kuleje, ale mimo to rozumieliśmy się doskonale. Na sto procent. Nie było pytania bez odpowiedzi.
A teraz musimy ze sobą walczyć. Dziwne uczucie. Na szczęście potrafię to oddzielić. Teraz, w tej właśnie chwili, mam do wykonania zadanie - niełatwe, trzeba przyznać. Ale potem znowu będziemy przyjaciółmi! Po walce idziemy świętować. I to porządnie, niezależnie od tego, kto wygra! Umowa stoi, przyjacielu! Uzgodniliśmy to przecież w Hamburgu. Ściskając moją dłoń, Virgil serdecznie się roześmiał.
Hymny narodowe. Tym razem wszystko jest inaczej niż zwykle. W głowie - pustka. Jakby urwał się film. Nawet dzisiaj nie mogę sobie dokładnie przypomnieć, co się działo. W stu procentach byłem nastawiony na walkę. Moja głowa już walczyła, gdy pięści wciąż jeszcze były w spoczynku. Mózg pracował jak komputer. To coś w rodzaju ostatniego testu. Czy naprawdę wszystko jest w porządku? W ten sposób uderzaj lewą! Prawa w górze, przy podbródku - do osłony!
Virgil Hill w Niemczech. Spotkania z niezwykłym człowiekiem. Także mój syn Nicolas zaprzyjaźnił się z honorowym wodzem Indian Turtle Chippewa
Sędzia ringowy woła nas na środek. Czy teraz nadejdzie zemsta "Tigera"? Gdzież tam! Nie myślałem o Henrym Maske w czasie przygotowań i nie myślę o nim teraz. Swoją ostatnią walkę - przeciwko Hillowi - a tym samym pas mistrzowski IBF - przegrał w Monachium. A przecież pojedynek ten miał być dla niego ukoronowaniem kariery. Wszystko świetnie obmyślone i zainscenizowane przez macherów ze stajni Sauerlanda i stację RTL. Ale skoro już wcześniej, na cały głos obwieszcza się swoje odejście, to nie ma się co dziwić, że menedżerowie i promotorzy nagle stracili zainteresowanie bokserem. Gdy w Hali Olimpijskiej grano dla Henry'ego "Time to say Goodbye", przerażeni byli tylko fani. Bossowie sceny bokserskiej z pewnością nie. Piosenka Sarah Brightman i Andrei Bocellego - naprawdę piękny przebój - dla smutnego, płaczącego Maske.
Nie czuję pragnienia zemsty w stosunku do Hilla. Niby dlaczego? Nie muszę też niczego udowadniać Maske. Wiem, że z nas dwóch, ja jestem lepszy. To mi wystarczy. Ale prawdą jest, że mimo wszystko odczuwam dużą presję. Chodzi przecież o międzynarodowe uznanie dla mnie. Chcę, żeby Amerykanie wypowiadali moje nazwisko z większym respektem.
Moje dzisiejsze osiągnięcie ma być ukłonem w stronę Roya Jonesa juniora. Słysząc słowo "Tiger", powinien widzieć moją twarz. Powinien wiedzieć, że nie może w nieskończoność uciekać przed najlepszym bokserem w jego klasie wagowej. Pojedynek z Hillem to dla mnie wielka szansa, żeby jako pierwszy bokser na świecie zostać mistrzem trzech wielkich federacji bokserskich równocześnie. Chcę tę szansę w stu procentach wykorzystać. Potężna motywacja.
Trzy pasy mistrzowskie. Oczyma wyobraźni widzę je wszystkie, jeden obok drugiego, w szafie w moim domu. W głowie nagle rozbłyska myśl: Jak ja założę na siebie te trzy wielkie obręcze już po zwycięstwie? Jeden na brzuch, drugi na piersi, a trzeci może w dłoniach wysoko nad głową...
Ostatnie instrukcje sędziego angielskiego Johna Coyle'a: "Walczcie czysto! Przestrzegajcie moich poleceń! Życzę wam szczęścia!".
Ring wolny, pierwsze starcie. Przeżegnałem się w narożniku. Fritz bierze moją głowę w obie ręce i przyciskając swoje czoło do mojego mówi: "Do roboty, chłopie! Trzymaj się! Wal w niego!". Ceremonia taka sama jak przed każdą walką, ale dzisiaj jest inna. Jego oddech nie jest taki spokojny. Także w głosie nie słychać tego znajomego, swojskiego tonu. Czyżby był zaniepokojony? Jasne, nawet mój chłodny i opanowany zazwyczaj trener walczy w tej chwili z emocjami. Wygląda na to, że tym razem ma trochę inne myśli niż zazwyczaj... Gong. Dobra. Do roboty! Pośrodku ringu Virgil i ja zderzamy się lewymi rękawicami - jeszcze bez walki, ale już bez przyjaźni. Bez uśmiechu. Jesteśmy przeciwnikami. Teraz się bijemy. Idzie o uznanie, o sławę, idzie o bardzo duże pieniędze - po prostu o wszystko.
Czy nigdy nie boję się, że coś strasznego stanie się na ringu? Że mój przeciwnik okaleczy mnie, albo ja jego? Podobnie jak zdarzyło się w walce Nigel Bell kontra Gerald McClellan w Londynie. Biedny Amerykanin po druzgocących ciosach Anglika długo leżał w śpiączce, a teraz spędza resztę życia w wózku inwalidzkim. "Nie!" - mówię sobie. "Nawet o tym nie myśl! Nie wolno ci. Jesteś bokserem. Albo bądź nim do końca, albo wynoś się stąd i zacznij grać w badmintona".
Nie gryzie mnie sumienie, jeśli mocno uderzam. Nie mam wyrzutów sumienia nawet wówczas, gdy spuszczam przeciwnikowi regularne lanie, gdy go nokautuję. Nie chcę skrzywdzić, ani okaleczyć człowieka. Obaj jesteśmy wytrenowani, dobrze wiemy, co robimy. Jesteśmy na wszystko przygotowani. Po prostu on chce znokautować mnie, ja jego.
A Virgil Hill? Szanuję tego człowieka - mało - podziwiam go skrycie. Za to, że zaliczył już 23 walki mistrzowskie, zawsze był w porządku, że nie wygłasza głupich tekstów, zawsze jest życzliwy, otwarty i kocha rodzinę. Jednak przede wszystkim szanuję go, ponieważ jest wielkim bokserem, zawsze walczącym fair. To, co teraz obaj robimy, to czyste współzawodnictwo. Oczywiście dobrze nam za to płacą...
Pierwsza runda: Hill chce ją rozegrać powoli, wybadać mnie najpierw, ostrożnie "opukać", od początku wyhamować tempo, ale nie ze mną taka gra. Od razu idę do przodu, przecinam mu drogę. Trochę to dziwne: wydaje mi się, że facet chce na spokojnie, a zaraz zadaje mi szaleńcze ciosy... trafia mnie jeszcze kilka razy.
W drugiej rundzie wygląda to już trochę inaczej. Moja garda jest nie do przejścia dla Hilla. Mój lewy prosty wchodzi jak strzała. Trafiam też prawą, którą zazwyczaj posługuję się oszczędnie. Zwiększam presję. Hill nie potrafi mnie już powstrzymać.
Trzecia runda: uderzam mniej, za to więcej blokuję, idę na pewniaka. Gdy uderzam lewą, czy to prostym, czy hakiem, "Quicksilver" - Hill ma problemy. Nie daje sobie z tym rady.
W czwartej rundzie Hill zaskakuje mnie niebezpiecznymi uderzeniami na korpus, ale odpowiadam natychmiast: dwa razy moja prawa całą siłą dosięga jego głowy. Hill jest wyraźnie skołowany, jeśli nie zamroczony. Ale dlaczego sędzia go nie liczy? Nagle widzę krew. Hill ma rozciętą skórę nad okiem. Czy mi się wydaje, czy jego kondycja słabnie? Po prostu zwiększam presję.
Piąta runda: zaczyna się na dobre. Lewa wchodzi jak żądło, raz po raz trafiam także prawą. Wielkie brawa. Okrzyki "Tiger! Tiger!". Au! Hill uderzył za nisko. Dostaje za to ostrzeżenie od sędziego. Ta runda jest wyraźnie dla mnie.
W szóstym starciu nagle przestaje mi się udawać. Mam prawdziwy kryzys. Po prostu nic nie wychodzi. Hill narzuca swój styl walki - a ja mu na to pozwalam. Obudź się, Darku! Przestaw się! Nie wiadomo skąd przychodzi okrutny strach. Pękam. Dopiero pod koniec rundy jest lepiej. Pozbierałem się, ale runda będzie na korzyść Hilla.
Siódma runda: początek jest dla mnie świetny. Trafiam dwa razy kombinacjami lewa-prawa. Hill jest pod wrażeniem, mój kryzys minął. Ale podwójny mistrz jest sprytny, wyrachowany. Stara się ukryć słabość, którą właśnie przechodzi. Jego jedyną reakcją są próby dotrzymania mi kroku. Niewiele mu to daje. Ta runda jest dla mnie. Zdecydowanie.
Ósma runda: jestem w świetnej formie. Fritz też to widzi. W przerwie był całkiem spokojny. Dobry znak. Jego słowa: "Tak trzymaj, Dariusz, jest super". Hill musi coś wymyślić, jeśli nie chce dzisiaj umoczyć.
Dziewiąta runda: już wiem, że nic złego się nie zdarzy. Tylko jakiś fartowny cios Hilla mógłby jeszcze ściągnąć na mnie nieszczęście. Prowokuję go. Chcę zmusić do błędu, żebym mógł skontrować. Bawię się nawet trochę z podwójnym mistrzem, pogromcą Maske. "Tiger! Tiger!" - słychać wszędzie. Ale nie bądź lekkomyślny, Dariuszu! Gong. Idę do narożnika, unoszę w górę prawą rękę. Jestem z siebie bardzo zadowolony. Oczyma wyobraźni już defiluję.
Dziesiąta runda: okrągłe jedenaście minut dzieli mnie od triumfu. Jeszcze jedna pełna mobilizacja. Łup! Mój lewy sierpowy wylądował celnie na brodzie Hilla. Jego lewe oko puchnie okrutnie. Au! Znowu uderzył za nisko.
Jedenasta runda: jeszcze raz cała naprzód. Kondycja - żaden problem. Słabość - nie znam w ogóle tego słowa. Moje pięści fruwają w powietrzu, raz po raz trafiając Hilla. Widzą to także Amerykanie. Amerykańska stacja ABC transmituje walkę na żywo. Może Roy Jones junior też włączył dziś telewizor...
Dwunasta runda - ostatnia. Wszystko idzie jak po maśle. Czuję się jak na skrzydłach. Już nie stanie się nic złego. To niemożliwe. Fani szaleją. Już wiedzą: jeszcze trochę i będzie po wszystkim, już za chwilę nasz "Tiger" będzie supermistrzem.
Gong końcowy. Jubel. Fani intonują pieśń zwycięstwa. Ależ jest pięknie! Ogłoszenie wyniku: czysta formalność. Sędziowie punktowi Rogilo Perez (Panama), Samuel Conde Lopez (USA) oraz Belg Marcel Roloux przyznają mi jednomyślne zwycięstwo - 117:112, 116:113, 118:110! Wyraźniej i lepiej chyba nie można.
Po ogłoszeniu werdyktu przez dwóch pierwszych sędziów punktowych już było wiadomo, że jestem górą. Ale nie załapałem tego tak od razu. Moje pierwsze uczucie: przecież to wszystko przebiegło podobnie jak w walce z Barberem o tytuł mistrzowski, przed trzema laty, w Hamburgu. Rozmontowałem Hilla tak samo jak Barbera. Tym razem zwycięstwo było jeszcze wyraźniejsze.
Jest dokładnie 21.43. W tym momencie wpisałem się do historii boksu - pokonałem legendę tej dyscypliny sportu. Nagle zaczynam czuć się dziwnie. Robi mi się trochę słabo. Mam kłopoty z wdrapaniem się na liny i zaprezentowaniem kibicom zwycięskiej pozy. Na szczęście Fritz jak zwykle jest we właściwymi miejscu o właściwym czasie. Bierze mnie na barana. Runda honorowa w ringu. Fani wciąż śpiewają. Uczucie nie do opisania. Mógłbym uściskać z radości cały świat. Porządkowi, mój menedżer, moi przyjaciele, nawet pojedynczy fani - wszyscy chcą mnie dotknąć i pogratulować. Śmieją się, krzyczą, wiwatują.
Mam teraz trzy pasy mistrzowskie - sen stał się jawą. Czuję, jak łzy napływają mi do oczu. Opadło całe napięcie. Płaczę. Myślę o mojej rodzinie siedzącej przed telewizorem. Najchętniej przytuliłbym teraz Dorotę, Michała i Nicolasa, i powiedział im, że to dla nich wygrałem tę walkę.
Przywrócił nam pan wiarę w to, że boks może być pięknym sportem
Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski po moim zwycięstwie nad Virgilem Hillem
A potem konferencja prasowa. Co ja mam powiedzieć? "Cóż, dzisiaj zobaczyliście prawdziwego Dariusza. Szczerego, zdyscyplinowanego i triumfującego, ale bez poślizgnięcia się na ?Rockym? nie odniósłbym nad Hillem zwycięstwa. Trzeba sięgnąć dna, żeby wybić się do samej góry". Czy zazdroszczę Maske? Głupie pytanie! "Nie, on przegrał z Hillem, ja Hilla pokonałem. Nie chcę być drugim dżentelmenem. Wolę zostać taki, jaki jestem - mistrzem, którego można dotknąć".
I na koniec ruszamy świętować. Najpierw do namiotów, w sąsiedztwie areny. Kiedyś tańczyłem tu na stole. Potem dalej, do Purzela, do najmodniejszego lokalu w Essen: "Purzelbaum". Śpiewaliśmy, tańczyliśmy i piliśmy do dziewiątej rano. Po powrocie do hotelu Sheraton byłem całkowicie wykończony, ale jako prawdziwy czempion nie mogłem przecież powiedzieć wszystkim "cześć" i położyć się do łóżka. Musiałem jeszcze pogadać przy stole. To znaczy usiłowałem rozmawiać, ale zdaje się, że miałem już wtedy spore problemy z mówieniem.
Tymczasem o drugiej po południu musiałem być świeży i wypoczęty, bo czekał mnie wywiad w telewizji SAT.1 z Reinholdem Beckmannem. Fritz poddał mnie kuracji szokowej, żebym stanął na nogi. W wannie z lodowatą wodą. Potem jego piekielna mikstura składająca się z kawy, aspiryny i witaminy C, i z powrotem do wanny. Zadziałało. Znowu byłem sobą, mogłem myśleć i mówić. A więc w drogę do studia w Oberhausen!
A tam nagle, rzucając mi się na szyję, pojawili się Michał i Nicolas. No i wszyscy trzej zaczęliśmy ryczeć. Widzowie mogli zobaczyć drugą, miękką stronę ringowego twardziela. Ale nie wstydziłem się łez przed milionową publicznością. W końcu to dla nich, dla moich synów, walczyłem i zwyciężyłem. Chłopcy przylecieli helikopterem z moim przyjacielem Dieterem Wende. Zwłaszcza Nicolas o tym marzył.
A potem dalej w drogę. Do Aachen. Tam, w Saaltheater Geulen, boksują wieczorem moi klubowi koledzy. Następnie - z powrotem do "Purzelbaum". Zwycięska uczta przerwana tylko na krótko, teraz rusza pełną parą od nowa. Do następnego poranka. Czy to już południe? Szybko na lotnisko. Thomas Gottschalk zaprosił mnie i Virgila na dziś wieczór do Monachium, do swojego programu "TV-Haus-Party". Chłopców biorę oczywiście ze sobą.
A po programie Virgil i ja bawiliśmy się w dyskotece "P1". Piwo! Jeszcze jedno piwo! I jeszcze wiele następnych. "Złota rybka" - "Goldfisch" - Franzi, pływaczka, i śliczna gimnastyczka Magdalena Brzeska też tam były; ale ja rozmawiałem tylko z Virgilem. Powiedział mi: "Byłeś dużo silniejszy niż Maske. Zdrowie, mój przyjacielu!". Trochę mi go było żal. Musiał wracać do domu bez mistrzowskiego pasa, on, człowiek, który dotychczas wygrywał niemalże wszystkie walki w wadze półciężkiej. Jeszcze do piątku "Mister Lightheavyweight". Wielki faworyt - bez pasa, ale z pokaźnym czekiem w kieszeni.
Kolejna noc bez łóżka. O 10.30 odlatuje samolot do Hamburga. Na lotnisku Fuhlsbüttel szybko wsiadam do śnieżnobiałego lincolna, w którym czeka na mnie mój menedżer, Klaus-Peter Kohl. Do wydawnictwa Springer. Ja, "Tiger", gościem tygodnika "Bild", u redaktora naczelnego Clausa Larassa, na dziesiątym piętrze w budynku redakcyjnym. Na samej górze, myślę sobie, to dobrze. Bądź co bądź każdy chce w to miejsce kiedyś dotrzeć. Szef, z grubym cygarem w ustach, chce wiedzieć, jak się czuję jako potrójny mistrz świata? Następnego dnia pojawia się sensacyjny nagłówek na stronie tytułowej: "Wykończony, całkowicie wykończony. Ale mógłbym krzyczeć z radości!".
Świat jest dla mnie teraz piękny. Nareszcie jestem znowu w domu z moimi dwoma małymi tygrysami. Dorota całuje mnie długo. "Jestem z ciebie dumna, Darku!", mówi i zaraz opowiada, że kanclerz Helmut Kohl nadesłał list z gratulacjami. Jeszcze jeden powód do dumy. Wielki Max Schmeling depeszował: "Drogi Dariuszu, najserdeczniejsze życzenia z okazji twojego wielkiego zwycięstwa. Twój Max Schmeling". Ta pochwała niemieckiego idola boksu, to dla mnie niemal jak pasowanie na rycerza.
Gdańsk, miasto "Solidarności"
Gdy jesteśmy w Gdańsku, włóczymy się po starówce i odwiedzamy moją matkę, która ma tam sklep z biżuterią
Swoją pięścią Lech Wałęsa wiele u mnie nie zdziała, ale w głowach Polaków dzięki niemu sporo się zmieniło
Moje rodzinne miasto stało się słynne na całym świecie dzięki Solidarności
Strajk związkowców rozpoczął się w Stoczni Gdańskiej
Pomnik znany każdemu Polakowi
Z Krystyną Loską
Ale także rycerze są zmęczeni po wielkiej walce. Jestem wykończony. Nie mam siły. Ledwie powłóczę nogami. Tymczasem już jutro jadę do Polski. Prezydent Kwaśniewski wydaje przyjęcie na moją cześć. Padam na łóżko. Po siedemdziesięciu dziewięciu godzinach wreszcie mogę się przespać. Oczy zamykają się natychmiast.
Nie było to w Ameryce, w Nowym Jorku czy w Las Vegas, i nie zdarzyło się w barze hotelowym. To było w Hamburgu, w kuchni. Jakoś w maju lub czerwcu 1994 roku. Doszło do różnicy zdań między mną a moim menedżerem Klausem-Peterem Kohlem. Poszło o pieniądze. Staliśmy przed lodówką. Mój menedżer spojrzał na mnie i powiedział: "Walka jest gotowa. Staniesz przeciwko mistrzowi świata Leeonzerowi Barberowi. Będziesz walczył o tytuł!". Z przerażenia (czy ze szczęścia?) prawie wypadła mi szklanka z ręki. Mogę walczyć z czempionem. Wreszcie jestem prawie u celu! Termin walki: 10 września 1994 roku w Hamburgu, w Altersdorfer Sporthalle. Śmiejąc się, padliśmy sobie w ramiona. Złość odfrunęła gdzieś daleko. Klaus-Peter zacisnął dłoń w bokserską pięść. Robi tak zawsze, gdy cieszy się z udanego przedsięwzięcia.
Na trening szedłem teraz z innym nastawieniem. Byłem jak nakręcony, przesadnie punktualny, robiłem zawsze jedną serię ćwiczeń więcej. Przestałem imprezować. Odstawiłem alkohol. Jeśli już piłem piwo, to wyłącznie bezalkoholowe. Moje marzenie... tak blisko. Dziesiątego września mogłem wejść na szczyt!
Po ostatnim ważeniu - uścisk dłoni przed walką
Ta pierwsza walka o tytuł mistrza zaczęła się dla mnie właściwie wiele miesięcy wcześniej. Dokładnie rzecz biorąc - 31 grudnia 1993 roku. Na przyjęciu sylwestrowym u Klausa-Petera i jego żony Ute. Zdaje się, że nieźle się wtedy schlałem. Miałem powód. W ciągu mijającego właśnie roku zaliczyłem siedem walk i wszystkie wygrałem, zwyciężając takich bokserów, jak Ali Saidi, Noel Magee i Mwehu Beya. Na moim koncie zawodowego boksera miałem więc już łącznie 20 walk, wszystkie wygrane, byłem międzynarodowym mistrzem Niemiec i interkontynentalnym mistrzem federacji IBF. Nie wiem już dokładnie, komu złożyłem tę obietnicę - któremuś z gości, czy jednak Klausowi-Peterowi, ale powiedziałem wtedy: "Następny raz napiję się alkoholu, gdy będę już mistrzem świata!".
Na krótko przed walką nie byłem bardziej zdenerwowany niż zwykle. Razem z trenerem - Chuckiem Talhamim - oglądałem walki Barbera nagrane na wideo. Pewny siebie ten Amerykaniec. Czempion WBO - silny jak niedźwiedź. Z całą pewnością najlepszy ze wszystkich czterech "urzędujących" mistrzów świata wagi półciężkiej. Silniejszy od Virgila Hilla (WBA), Henry'ego Maske (IBF) i Mike'a McCalluma (WBC). Jeśli mam być szczery, to wolałbym walczyć z McCallumem albo z Maske.
Konferencja prasowa w Hamburgu. Barber arogancki. Odniosłem wrażenie, że facet nie traktuje mnie poważnie, ale nie dałem się zastraszyć jego pewnością siebie. Pomyślałem wtedy: "Czekaj, jeszcze ci pokażę!".
W myślach już wtedy zacząłem z nim boksować. Jednak widziałem tylko pierwsze sekundy walki. Jak tu podejść tego siłacza? Pierwsze uderzenie - lewą w brzuch, podobnie jak robiłem to przedtem prawie w każdej walce? Tak! Najpierw lewą w brzuch! Czy też może zacząć tańczyć? A może od razu napierać i stosować pressing?
Na dwa tygodnie przed walką wyprowadziłem się z domu - do hotelu Kröger, niedaleko hali ćwiczeń, żeby mieć całkowity spokój. Byłem sam. Dużo spałem, czytałem i oglądałem telewizję. Barber często stawał mi przed oczami - w snach i wizjach na jawie - a wtedy wchodziłem z nim na ring, ale za każdym razem pojedynek trwał zaledwie parę sekund.
Wreszcie nadszedł ten wielki dzień: Klaus-Peter przyjechał po mnie do hotelu razem z żoną. Czarną limuzyną pojechaliśmy do Alsterdorfer Sporthalle. Umówiliśmy się, że Dorota zostanie z dziećmi w domu.
W myślach widziałem dokładnie wszystko, co miało rozegrać się po walce. Szalejącą publiczność, światła nad ringiem, zgiełk na widowni, to, jak zakładają mi pas mistrzowski. Gratulacje, uściski, wynoszą mnie z hali na ramionach. Piękne uczucie satysfakcji i wielkiej radości - wszystko to czułem, smakowałem już przed walką. Niesamowite uczucie!
Ani razu nie pomyślałem o porażce, ani o pieniądzach, które zainkasuję tego wieczoru. Wszystko to w tamtej chwili było zupełnie nieważne. Liczył się tylko sportowy triumf.
"Eye of the Tiger" - rozbrzmiało z wielkich głośników. Widzowie byli jak w transie. Raz po raz krzyczeli "Tiger, Tiger!". Joy Fleming odśpiewał hymny narodowe, ale do mnie jakoś to nie dotarło. Na chwilę się wyłączyłem. Myślałem wyłącznie o Barberze. Dzięki Klausowi-Peterowi byłem pewien, że mogę go pokonać i że go pokonam. No i wreszcie się zaczęło!
Pierwsza runda: czuję się całkiem świeżo. Od samego początku idzie zupełnie nieźle. Mam żelazną wolę zejść z ringu jako zwycięzca. Raz po raz dochodzą mnie słowa Chucka: "Uderzaj lewą! Bez przerwy - to twoja najsilniejsza broń. Dariusz, dasz mu radę lewą ręką! Na pewno!".
Druga runda: tylko bez pośpiechu. Najważniejsze, żeby bić lewą. Ale nagle w głowie rozbłyska mi błyskawica. Barber trafił mnie prawym sierpowym w szczękę. Krytyczny moment. O rany! Ależ on potrafi przyłożyć!
Trzecia runda: moja lewa wystrzela i trafia. Barber musi to przyjąć. Nie udaje mu się uciec. Czempion trochę traci fason. Dobra nasza!
Czwarta runda: przynajmniej mogę liczyć na moje lewe haki z krótkiego dystansu.
Piąta runda: już lepiej. Przede wszystkim lewą szachuję Barbera. Amerykanin niewiele może na to poradzić. Zwiększam presję, jak przystało na challengera.
Szósta runda: zwiększam tempo, moja lewa raz po raz wylatuje w stronę Barbera. Coraz częściej używam też ciężkiej prawej. Czuję, jak wielki faworyt zaczyna wątpić: "Jak tu złamać tego Polako-Niemca?".
Siódma runda: fani śpiewają: "Teraz!". Zgadza się... ale, niestety, niezupełnie tak, jak to sobie wyobrażam. Barber trafia mnie trzy razy soczyście z prawej. Przyklejam się do niego, żeby w ten sposób się uratować - przeskoczyć krytyczny punkt. Gong. Czas na oddech.
Ósma runda: jak stoję z punktami? Ralf Rocchigiani, drugi komentator kanału "Premiere", pokazuje: "Równo!". Teraz musisz coś pokazać, Dariuszu! Wszystko albo nic! Chcę wszystko!
Dziewiąta runda: jestem przekonany, że mam przewagę... że na kartkach u arbitrów prowadzę. Ale ostrożnie! Nie ryzykuj zbyt wiele! A jednak to robię. Otwarta wymiana ciosów. Mała rana cięta nad moim lewym okiem. O Boże! Mam nadzieję, że nie zaszkodzi to zbytnio świeżej bliźnie pooperacyjnej. Tylko nie teraz! Jestem tak blisko...
Dziesiąta runda: ta rana na szczęście nie jest poważna. Ale co to? Zgasły światła! Nie świecą przynajmniej od minuty. Oświetlenie ringu zawiodło, ale i bez niego walczymy raźnie dalej. Nie jest całkiem ciemno. Mnie to nie przeszkadza. Fani krzyczą "ach!" i "och!". Barber przyspiesza. Chce tę chwilę "drzemki" zamienić w swoją wielką chwilę. Trzymam się, ale muszę diabelnie uważać.
Jedenasta runda: Barber zdaje sobie sprawę, że musi szybko coś wymyślić, inaczej wróci do Detroit bez pasa. I właśnie tak ma być. Przyjmuję jego wymianę, oddając równo.
Dwunasta runda: jeszcze tylko trochę. Ja, "Tiger", mistrzem świata. Au! Barber boleśnie uderza poniżej pasa. Ból mnie paraliżuje, błyskawicznie rozchodzi się po całym ciele. Sędzia ringowy przerywa walkę. Lekarz Walter Wagner wbiega po schodkach. "Ile jeszcze?", pytam go. "Pół minuty", mówi. Ostatnie 30 sekund. Teraz walka idzie na całego. Dla Barbera stało się jasne, że albo dopadnie mnie teraz, albo już nigdy. Wymiana ciosów. Krótki dystans - stopa przy stopie. Jednak ja trafiam częściej. I zwycięstwo!
Zaczyna się dziać to, co wcześniej przeżyłem już w myślach. Wybuchy radości, Fritz - ówczesny ko-trener Chucka, bierze mnie na ramiona i obnosi po ringu. Triumfuję. Delektuję się zwycięstwem. Tak jest, do końca trzymałem się naszej koncepcji. Rzeczywiście, dałem mu radę lewą ręką.
Nagle w ringu pojawia się mój starszy syn. Rzuca mi się w objęcia. Biorę go na ręce i przyciskam mocno do piersi. Oczywiście... płaczemy obydwaj. Skąd ten łobuz się tu wziął? To sprawka Fritza. Zabrał Michała do hali i oddał "na przechowanie" w pokoju dla prasy. Stamtąd chłopak nagrał walkę na taśmie kamerą wideo. Więc jednak nie wszystko jest tak, jak zaplanowałem.
Nie. W ogóle nie. Teraz ni stąd, ni zowąd pojawiają się Tomek, mój brat, i mój kuzyn Adam. Nawet dziadek Edmund toruje sobie drogę po schodkach na ring. Moja mama jest już na górze, ale za linami. "Całusy, Darku, całusy!"
Tom Bender, komentator kanału "Premiere", przeprowadza ze mną krótki wywiad bezpośrednio po tym zdecydowanym - jak się okazuje - zwycięstwie: 117:109, 116:111, 116:111. Leeonzer Barber, z grubą, zwisającą dolną wargą, stoi obok mnie w wielkim wieńcu na szyi. Z jego ust słyszę teraz największy komplement: "Zwyciężyłeś zasłużenie. Nigdy nie myślałem, że tu, w Hamburgu, mogę opuścić ring jako pokonany. W ogóle było to dla mnie nie do wyobrażenia, żebym kiedykolwiek został pobity przez białego". Ta walka zachwyciła nie tylko ludzi na widowni i przed telewizorami. Dramatyczne wydarzenia hamburskiego pojedynku zadziwiły także szefów federacji bokserskiej WBO, którzy nadali mu później tytuł "Najlepszej walki 1994 roku".
Teraz moja kolej. Do mikrofonu i przed kamerami - łzy ciągle jeszcze spływają mi po twarzy. Mówię do mojej żony siedzącej w domu przed ekranem telewizora: "Dorota, kocham cię! Udało się! Poradziliśmy sobie!". Więcej nie udaje mi się wykrztusić. Płaczę.
Później feta w hali ćwiczeń. Wnoszą mnie w lektyce. Atmosfera nie do opisania. Okrzyki: "Jest wreszcie! Nasz czempion! Na zdrowie!". Mały toast tu, mały tam. Szampan leje się strumieniami. Gorące rytmy z głośników (oczywiście znów grają "Eye of the Tiger"). Tańce na ringu. Dariusz! Chodź do nas! Dariusz! Tutaj! Każdy chce wziąć autograf od nowego mistrza świata wagi półciężkiej, czyli ode mnie. Piękne kobiety rzucają mi ogniste spojrzenia, przysuwają się bliżej. Nie przeszkadza im to, że jest ze mną moja żona. Dziewczyny po prostu nie mają zahamowań. Wpada mi w oko czarnowłosa piękność. Nie ma się co dziwić - jej oczy ciskają szybkie, gorące błyskawice. W tej chwili jeszcze tego nie wiem, ale te błyskawice uderzą we mnie z ogromną mocą i spowodują w naszej małej rodzinie niemałe zamieszanie...
Gdy wracam do domu jest już widno. O 10 wychodzę jednak z Michałem na mszę. Jak każdej, niemalże, niedzieli. Tam modlę się, jeszcze raz dziękując Najwyższemu. Nie za to, że wygrałem - na zwycięstwo wszakże zapracowałem - ale za to, że Leeonzer i ja wyszliśmy z tego pojedynku (w miarę) cali i zdrowi.
Potem jeszcze raz, na chwilę, do hali ćwiczeń. Ale cóż to? Kilku twardzieli dalej tu siedzi, pochrapując i bełkocząc. Na nogach są tylko moi przyjaciele z Gdańska. Zapraszają "całą mocą". Wódkę piją ze szklanek. Nigdy nie mają dosyć. Pijaństwo bez mała takie samo, jak 22 kwietnia 1988 roku na dyskotece w Warszawie - w ostatni wieczór przed moim wyjazdem do Niemiec...
Z Leeonzerem Barberem w wieńcu zwycięstwa po walce 10 września 1994 roku
Czułam, że jest mi bardzo bliski
Dorota Michalczewska
Moja żona śledziła walkę z Barberem na ekranie telewizora. Dorota oglądała bardzo niewiele moich walk na żywo, siedząc tuż przy ringu. To, co czuła w czasie wszystkich dwunastu rund, opowiedziała reporterowi gazety "Welt am Sonntag". Czytałem to i uważam, że jest to najpiękniejsze wyznanie miłości... do mnie:
Byłam taka szczęśliwa, chlipałam jak bóbr. Mamo, dlaczego ty płaczesz - pytał Nicolas. Zawsze płaczę po walkach Darka. To przez to całe tłumione zdenerwowanie, ale nie tylko. Płaczę też z radości. Tym razem po prostu nie mogłam przestać. Gdy Dariusz przez mikrofon mówił, że mnie kocha, byłam w pełni szczęścia. Bardzo wzruszyłam się tym, że w takiej chwili o mnie pomyślał.
Nie wiedziałam, z czego cieszyć się bardziej - z jego zwycięstwa, czy też z tego, co powiedział. Było mi obojętne, co pomyślą inni ludzie. W tej chwili czułam, że jest mi bardzo bliski. Cała reszta była nieważna.
Nie żałowałam ani chwili, że nie było mnie razem z nim w hali. Jestem wrażliwa i dlatego Dariusz stwierdził, że lepiej, abym walkę oglądała w domu. Boks to dyscyplina sportu, w której nie można przewidzieć wszystkiego, co się stanie. Być może moja obecność działałaby na niego rozpraszająco lub moje straszne zdenerwowanie udzieliłoby się i jemu.