Tiger to ja - Dariusz Michalczewski

-
Proszę czekać

Gang młodzieżowy, ma­fia - same bzdu­ry

Jako młody chłopak byłem sil­niej­szy od in­nych. Na­wet się mnie bali. W na­szej dziel­ni­cy Przy­mo­rze, "sy­pial­ni" Gdańska, rządziłem ja i moi ko­le­dzy, i to już w wie­ku dwu­na­stu, trzy­na­stu lat. Byłem, co praw­da, za­wsze naj­mniej­szy, ale też naj­od­ważniej­szy i najsil­niej­szy. Ni­ko­mu nie scho­dziłem z dro­gi. Nie miałem też żad­nych za­ha­mo­wań, żeby z całej siły ude­rzyć kogoś w twarz, na­wet jeśli był star­szy i sil­niej­szy. Oczy­wiście, jest to dość bru­tal­ne, ale za to bar­dzo sku­tecz­ne. Moi kum­ple wy­so­ko ce­ni­li tę moją umiejętność, po­nie­waż, używając pięści, ra­to­wałem ich z nie­jed­nej opre­sji.

Pocałunek od mamy za pierw­sze zwy­cięstwo w tur­nie­ju. Dzi­siaj też przy­jeżdża na wszyst­kie większe wal­ki mi­strzow­skie

Na te­mat mo­je­go dzie­ciństwa krążą dzi­siaj nie­sa­mo­wi­te opo­wieści, że niby byłem przywódcą gan­gu młodzieżowe­go i tak da­lej. To wszyst­ko bzdu­ry. Gru­ba prze­sa­da. Gdy­by było w tym choć ziarn­ko praw­dy, w wie­ku dzie­sięciu lat byłbym już w ma­fii. Rze­czy­wi­stość wyglądała trochę in­a­czej. W pe­wien sposób te młodzieńcze bójki przy­czy­niły się do tego, że dość szyb­ko stałem się sa­mo­dziel­ny i na­uczyłem się od­po­wie­dzial­ności.

Syl­we­ster 1984 z przy­ja­ciółmi

Wie­lu miesz­kańców na­szej dziel­ni­cy prze­kli­nało mnie wpraw­dzie, ale mimo wszyst­ko mnie lu­bi­li. Je­stem o tym prze­ko­na­ny. Cza­sa­mi wy­da­wało mi się na­wet, że mnie ko­chają, oczy­wiście w moim ówcze­snym poj­mo­wa­niu miłości. Byłem dla nich fa­ce­tem o do­brym ser­cu. Kimś w ro­dza­ju Ja­no­si­ka albo Zor­ro.

Za każdym ra­zem, gdy je­stem w Gdańsku - od­wie­dzam grób mo­je­go ojca

Być może zo­stałbym kimś in­nym, gdy­by nie to, że dosyć wcześnie umarł mój oj­ciec. Miał za­le­d­wie 30 lat (ja wte­dy miałem pięć), gdy za­cho­ro­wał na raka. Sie­dem długich lat ciężko wal­czył z cho­robą - i prze­grał. Ko­chałem go i sza­no­wałem, mimo że był su­ro­wy i spra­wy ro­dzin­ne pro­wa­dził twardą ręką.

Oj­ciec chciał, żebym kie­dyś zo­stał wy­kształco­nym człowie­kiem. Dla­te­go za­wsze kon­tro­lo­wał moje za­da­nia do­mo­we, prze­ra­biał ze mną bieżący ma­te­riał. W domu byliśmy za­wsze o kil­ka lek­cji da­lej niż na­uczy­ciel w szko­le. Moje świa­dec­twa, dopóki oj­ciec żył, były za­wsze świet­ne. Z wie­lu przed­miotów miałem piątki. Tyl­ko z za­cho­wa­nia nig­dy nie było le­piej niż "do­brze".

Moje naj­lep­sze świa­dec­two: nie­ste­ty nie mogłem po­ka­zać go mo­je­mu ojcu

La­tem 1980 roku - byłem wte­dy w szóstej kla­sie - otrzy­małem na­prawdę do­bre świa­dec­two. Z wyjątkiem oce­ny z za­cho­wa­nia (zno­wu tyl­ko "do­brze"), miałem same piątki. Ciesząc się i śmiejąc, po­gnałem do domu. Chciałem na­tych­miast po­chwa­lić się nim mat­ce - jak dotąd było to naj­lep­sze moje świa­dec­two - a po­tem po­biec do szpi­ta­la, po­ka­zać je ojcu. W domu do­wie­działem się, że oj­ciec nie żyje.

Nie chciałem uwie­rzyć w to, że ojca już nie ma. To był dla mnie szok. Nie byłem wca­le smut­ny, roz­ma­wiałem o tym zupełnie nor­mal­nie, także z mo­imi przy­ja­ciółmi: "Mój oj­ciec nie żyje!". Żad­nych łez. Dla kum­pli to było nie­sa­mo­wi­te. Nie wie­dzie­li, co mają po­wie­dzieć, i cały czas dziw­nie na mnie pa­trzy­li.

Jak przejdę w Gdańsku przez most ko­le­jo­wy, to widzę warsz­tat, w którym pra­co­wał Lech Wałęsa (na górze, po le­wej)

Chętnie zaglądam też do hali spor­to­wej, w której za­czy­nałem ka­rierę bok­se­ra (poniżej)

Jan Wiśnie­wski był do­zorcą w mo­jej szko­le. Cza­sa­mi gonił nas z ki­jem

Gdy je­stem w Gdańsku, za­wsze zbie­ra się spo­ro łowców au­to­grafów

Z moją na­uczy­cielką od ma­te­ma­ty­ki, Te­resą Ba­ra­nowską, roz­ma­wia­my o sta­rych cza­sach

Blo­ki z mo­je­go byłego sąsiedz­twa trochę się zmie­niły. Przy drzwiach wejścio­wych można jesz­cze zna­leźć na­sze na­zwi­sko

Później­szy czas, lata osiem­dzie­siąte, był bar­dzo ciężki i trud­ny dla Pol­ski, ale też dla nas - ro­dzi­ny Mi­chal­czew­skich. Otrzy­my­wa­liśmy bar­dzo skromną rentę po ojcu. Moja mat­ka mu­siała ciężko pra­co­wać, żeby nas wszyst­kich utrzy­mać. Również na­sza trójka mu­siała wziąć się do ro­bo­ty. Chwy­ta­liśmy się różnych rze­czy, żeby przy­nieść do domu parę złotych; ciu­chy mie­liśmy sta­re, zno­szo­ne, od na­sze­go star­sze­go ku­zy­na Ada­ma. Ale nie głodo­wa­liśmy, ani nie żyliśmy w bie­dzie. Po pro­stu nie stać nas było na luk­sus, na przykład na ro­we­ry, które miały inne dzie­ci. My mie­liśmy je­den na całą ro­dzinę. Wra­cając do ubra­nia, to za­wsze byliśmy przy­zwo­icie ubra­ni, idąc do kościoła.

Mój "Ti­ger Pub" w Gdańsku pod­czas uro­czy­stości otwar­cia zo­stał poświęcony przez księdza Jan­kow­skie­go. Oczy­wiście nie za­brakło mo­ich przy­ja­ciół i ro­dzi­ny

Miałem 12 lat, gdy zacząłem bok­so­wać. W klu­bie było je­dze­nie. Cza­sa­mi do­sta­wałem w pre­zen­cie dre­sy albo buty bok­ser­skie, a po­nie­waż ucho­dziłem za wiel­ki ta­lent, szyb­ko przy­zna­no mi coś w ro­dza­ju sty­pen­dium. Gotówka. Co mie­siąc. Dla kasy ro­dzin­nej była to ważna spra­wa, życio­wa spra­wa. Moi tre­ne­rzy za­zna­czy­li jed­nak od razu, że muszę skończyć z bójka­mi na uli­cy. Trud­no!

Po raz pierw­szy zdałem so­bie sprawę z tego, że mo­imi pięścia­mi mogę uczci­wie za­ra­biać na bok­ser­skim rin­gu. "Gdy­bym zo­stał mi­strzem świa­ta, po­dob­nie jak mój idol Tho­mas He­arns, za­pew­ne mógłbym za­ra­biać dużo więcej pie­niędzy dla mnie i dla mo­jej ro­dzi­ny", myślałem. Ale prze­cież ta­kie rze­czy możliwe są tyl­ko u za­wo­dowców... i pew­nie tyl­ko na Za­cho­dzie. Cóż za­tem było moim ce­lem w życiu? Zachód! A naj­le­piej od razu Ame­ry­ka...

Ze­msta "Ti­ge­ra"? Zy­skałem przy­ja­cie­la

Bum-bum-bum-bum-bum-bum...

Słychać dźwięki przy­po­mi­nające nad­ciągającą burzę i grzmo­ty. Może to moje ser­ce, które wali jak osza­lałe. Ale przede wszyst­kim słychać pio­senkę "Eye of the Ti­ger". To­wa­rzy­szy mi ona za­wsze wte­dy, gdy wchodzę na ring.

Bum-bum-bum-bum-bum-bum...

Po­ziom ad­re­na­li­ny na­gle ska­cze. To samo czu­je pew­nie wie­lu fanów na try­bu­nach. Ten aku­stycz­ny sy­gnał jest dla nich. Wiedzą już, że właśnie nad­cho­dzi "Ti­ger".

Bam-bam! Bam! Bam! Bam!

Potężne wa­le­nie jak młotem w ko­wadło. Tak roz­brzmie­wają pierw­sze głośne tak­ty na are­nie w Obe­rhau­sen. Na­gle ci­sza, ale za­raz wy­buch z je­de­na­stu tysięcy gar­deł. "Ti­ger, Ti­ger!" i "Da­riusz, Da­riusz!". Hala drży w po­sa­dach i to wca­le nie w prze­nośni. Stojąc na szczy­cie wy­so­kich schodów, czuję, jak wszyst­ko wokół wi­bru­je. Schodzę na ring po­nad głowa­mi fanów bok­su. Wy­chodzę do wal­ki mego życia. Do superwal­ki. Jej mot­to wymyślili sze­fo­wie sta­cji te­le­wi­zyj­nych: "Ze­msta Ti­gera!".

Ale prze­cież nie chcę na ni­kim się zemścić, a już na pew­no nie na Hen­rym Ma­ske, którego Hill po­ko­nał. Chcę po pro­stu wy­grać, pobić podwójne­go mi­strza świa­ta Vir­gi­la Hil­la, czem­pio­na fe­de­ra­cji WBA i IBF. Chcę udo­wod­nić wszyst­kim, że na­prawdę je­stem naj­lep­szym bok­se­rem w wa­dze półciężkiej na świe­cie. Ja, mistrz WBO, Da­riusz "Ti­ger" Mi­chal­czew­ski.

Pot ście­ka mi po twa­rzy, na no­sie zbie­ra się wiel­ka kro­pla. Ście­ram ją tak samo, jak chcę ze­trzeć Hil­la. W tej chwi­li mam bar­dzo do­bre prze­czu­cia. Za­zwy­czaj czuję się tak do­pie­ro po pierw­szym gon­gu. Skończył się naj­większy stres. Przez pół roku, w pełni kon­cen­tra­cji, przy­go­to­wy­wałem się na ten dzień, żyjąc jak asce­ta. Tre­ning, tre­ning, tre­ning. Żad­nych im­prez. Zero al­ko­ho­lu. Pra­ca z psy­cho­lo­giem. Pod­czas wie­lu se­sji Ec­kard Win­derl na­uczył mnie po­zy­tyw­ne­go myśle­nia. A wszyst­ko po to, żeby pod­czas wal­ki dać z sie­bie nie sto, ale sto pięćdzie­siąt pro­cent.

"Dla mnie i tak je­steś naj­lep­szy!", po­wie­dział Ni­co­las przed moją walką z Hil­lem

Do tego ścisła die­ta. Nie wol­no mi jeść ani go­lon­ki, ani cia­sta. Czy ta woda mi­ne­ral­na nie ma przy­pad­kiem za dużo dwu­tlen­ku węgla? Czy ma właściwą tem­pe­ra­turę, nie jest za zim­na, ani nie za ciepła? Przy­najm­niej dwa razy dzien­nie wchodzę na wagę. Te­raz ważę 79 kilo. Sama siła. Rozłożona na moje 184 cen­ty­me­try wzro­stu.

No i 146 go­dzin ciężkie­go spa­rin­gu: z Lar­rym Pra­the­rem, Bru­ce'em Scot­tem, Dar­ri­nem Al­le­nem i Te­dem Co­fie'em, któremu za­wdzięczam sine oko pod­bi­te na dzień przed walką. Przy­pad­ko­we ude­rze­nie łokciem. Te żela­zne przy­go­to­wa­nia to z pew­nością dzie­więćdzie­siąt pro­cent całej ro­bo­ty. Te­raz załatwię resztę. Nie, żebym myślał, że przejdę się po tym Ame­ry­kańcu spa­cer­kiem, ale zro­biłem wszyst­ko, co trze­ba zro­bić, żeby spełnił się mój sen o trzech mi­strzow­skich pa­sach.

Hen­ry Ma­ske kon­tra Vir­gil Hill. Hen­ry nie wyglądał naj­le­piej. Prze­gra­na na punk­ty. "Time to say Go­od­bye"

Czuję obec­ność tej masy lu­dzi. Słyszę, jak roz­ma­wiają, jak się śmieją i wy­krzy­kują, ale ich nie roz­po­znaję. Nie widzę twa­rzy. Wszy­scy są przeźro­czyści. Wszyst­kie przed­mio­ty są przeźro­czyste. Muszę bar­dziej uważać na scho­dy, żeby się nie po­tknąć. Nie ma się cze­go bać. Przede mną idzie Fritz. Mój tre­ner. Przez ostat­nie dni - i oczy­wiście także te­raz, w szat­ni - ema­no­wał spo­ko­jem, pew­nością i opty­mi­zmem. Dziś po pro­stu musi się udać. Na tych scho­dach nie mogę się przewrócić...

Wresz­cie wchodzę na ring. Robię moją rundkę. Tańcząc. Z pięścia­mi w górze. Dzięki tym szyb­kim, ta­necz­nym ru­chom orien­tuję się, jaka jest na­wierzch­nia. Trochę za miękka, czy może wprost prze­ciw­nie - za twar­da? Mata jest do­bra, aku­rat dla mo­ich szyb­kich nóg.

Dla fo­to­grafów Hill także sta­je się ty­gry­sem, ale moja łapa jest większa

Te­raz ko­lej na kon­fe­ran­sje­ra. He­iner Lau­ter­bach, pierw­szy ma­cho re­pu­bli­ki, był co praw­da na nie­jed­nej wal­ce, ale jego prze­kaz jest mar­ny. Brak w nim ikry. Gerd Müller, pierw­szy kon­fe­ran­sjer "Uni­ver­sum", na swój zna­ny, spo­koj­ny sposób, zro­biłby to co naj­mniej równie do­brze. Cóż, ak­to­ro­wi Lau­ter­bachowi wie­le bra­ku­je do jego ame­ry­kańskie­go ko­le­gi Mi­cha­ela Buf­fe­ra. "Let's get re­ady to rum­ble..." Z per­spek­ty­wy cza­su muszę po­wie­dzieć, że He­iner po­wi­nien był po­zo­stać przy ak­tor­stwie. Jego wcześniej­szy "Bo­xer-blu­es" również nie po­de­rwał lu­dzi z sie­dzeń. Kry­ty­cy osądzi­li go później bar­dzo su­ro­wo.

Moje stro­je spor­to­we pro­jek­tu­je i szy­je Ma­nu­el Eli­seo

"The Fi­nal Co­unt­down"! To "Walk-in" Hil­la, czy­li pio­sen­ka, która to­wa­rzy­szy jego wejściu na ring. Za­raz się za­cznie. Cie­ka­we, co też myśli te­raz mój prze­ciw­nik. Bok­su­je dla swo­jej ro­dzi­ny. Po­wie­dział mi o tym na długo przed dzi­siej­szym po­je­dyn­kiem. Ja nie trak­tuję tego in­a­czej. Walczę dla Mi­chała, Ni­co­la­sa i Do­ro­ty. Przede wszyst­kim chcę zwy­ciężyć, osiągnąć wszyst­ko dla mo­ich synów. Mają mieć piękniej­sze dzie­ciństwo i lepszą młodość niż ja, w Gdańsku. Chcę im za­pew­nić lep­szy życio­wy start. Ta myśl sie­dzi gdzieś głęboko w mo­jej głowie. Obok paru in­nych, daje mi siłę do działania, jest źródłem mo­ty­wa­cji. Dzięki niej mam od­wagę po­dej­mo­wać co­raz to now­sze i trud­niej­sze de­cy­zje. Vir­gil Hill, Me­tys, ho­no­ro­wy wódz In­dian z ple­mie­nia Tur­tle Mo­un­ta­in Chip­pe­wa z Bi­smarck w sta­nie Da­ko­ta Północ­na, jest z tej sa­mej gli­ny. W ogóle, to bar­dzo sym­pa­tycz­ny człowiek. Su­per­fa­cet. Już pod­czas na­sze­go pierw­sze­go spo­tka­nia, na kon­fe­ren­cji pra­so­wej w Ham­bur­gu, świet­nie się ro­zu­mie­liśmy. Po pro­stu wy­mie­ni­liśmy spoj­rze­nia i jed­no­cześnie obaj się roześmia­liśmy. Objęliśmy się jak przy­ja­cie­le. A po­tem chwi­la roz­mo­wy. Bez za­ha­mo­wań. Pew­nie mój an­giel­ski trochę ku­le­je, ale mimo to ro­zu­mie­liśmy się do­sko­na­le. Na sto pro­cent. Nie było py­ta­nia bez od­po­wie­dzi.

A te­raz mu­si­my ze sobą wal­czyć. Dziw­ne uczu­cie. Na szczęście po­tra­fię to od­dzie­lić. Te­raz, w tej właśnie chwi­li, mam do wy­ko­na­nia za­da­nie - niełatwe, trze­ba przy­znać. Ale po­tem zno­wu będzie­my przy­ja­ciółmi! Po wal­ce idzie­my świętować. I to porządnie, nie­za­leżnie od tego, kto wy­gra! Umo­wa stoi, przy­ja­cielu! Uzgod­ni­liśmy to prze­cież w Ham­bur­gu. Ści­skając moją dłoń, Vir­gil ser­decz­nie się roześmiał.

Hym­ny na­ro­do­we. Tym ra­zem wszyst­ko jest in­a­czej niż zwy­kle. W głowie - pust­ka. Jak­by urwał się film. Na­wet dzi­siaj nie mogę so­bie dokład­nie przy­po­mnieć, co się działo. W stu pro­cen­tach byłem na­sta­wio­ny na walkę. Moja głowa już wal­czyła, gdy pięści wciąż jesz­cze były w spo­czyn­ku. Mózg pra­co­wał jak kom­pu­ter. To coś w ro­dza­ju ostat­nie­go te­stu. Czy na­prawdę wszyst­ko jest w porządku? W ten sposób ude­rzaj lewą! Pra­wa w górze, przy podbródku - do osłony!

Vir­gil Hill w Niem­czech. Spo­tka­nia z nie­zwykłym człowie­kiem. Także mój syn Ni­co­las za­przy­jaźnił się z ho­no­ro­wym wo­dzem In­dian Tur­tle Chip­pe­wa

Sędzia rin­go­wy woła nas na śro­dek. Czy te­raz na­dej­dzie ze­msta "Ti­ge­ra"? Gdzież tam! Nie myślałem o Hen­rym Ma­ske w cza­sie przy­go­to­wań i nie myślę o nim te­raz. Swoją ostat­nią walkę - prze­ciw­ko Hil­lo­wi - a tym sa­mym pas mi­strzow­ski IBF - prze­grał w Mo­na­chium. A prze­cież po­je­dy­nek ten miał być dla nie­go uko­ro­no­wa­niem ka­rie­ry. Wszyst­ko świet­nie obmyślone i za­in­sce­ni­zo­wa­ne przez ma­cherów ze staj­ni Sau­er­lan­da i stację RTL. Ale sko­ro już wcześniej, na cały głos ob­wiesz­cza się swo­je odejście, to nie ma się co dzi­wić, że me­nedżero­wie i pro­mo­to­rzy na­gle stra­ci­li za­in­te­re­so­wa­nie bok­se­rem. Gdy w Hali Olim­pij­skiej gra­no dla Hen­ry'ego "Time to say Go­od­bye", prze­rażeni byli tyl­ko fani. Bos­so­wie sce­ny bok­ser­skiej z pew­nością nie. Pio­sen­ka Sa­rah Bri­ght­man i An­drei Bo­cel­le­go - na­prawdę piękny przebój - dla smut­ne­go, płaczącego Ma­ske.

Nie czuję pra­gnie­nia ze­msty w sto­sun­ku do Hil­la. Niby dla­cze­go? Nie muszę też ni­cze­go udo­wad­niać Ma­ske. Wiem, że z nas dwóch, ja je­stem lep­szy. To mi wy­star­czy. Ale prawdą jest, że mimo wszyst­ko od­czu­wam dużą presję. Cho­dzi prze­cież o między­na­ro­do­we uzna­nie dla mnie. Chcę, żeby Ame­ry­ka­nie wy­po­wia­da­li moje na­zwi­sko z większym re­spek­tem.

Moje dzi­siej­sze osiągnięcie ma być ukłonem w stronę Roya Jo­ne­sa ju­nio­ra. Słysząc słowo "Ti­ger", po­wi­nien wi­dzieć moją twarz. Po­wi­nien wie­dzieć, że nie może w nie­skończo­ność ucie­kać przed naj­lep­szym bok­se­rem w jego kla­sie wa­go­wej. Po­je­dy­nek z Hil­lem to dla mnie wiel­ka szan­sa, żeby jako pierw­szy bok­ser na świe­cie zo­stać mi­strzem trzech wiel­kich fe­de­ra­cji bok­serskich równo­cześnie. Chcę tę szansę w stu pro­cen­tach wy­ko­rzy­stać. Potężna mo­ty­wa­cja.

Trzy pasy mi­strzow­skie. Oczy­ma wy­obraźni widzę je wszyst­kie, je­den obok dru­gie­go, w sza­fie w moim domu. W głowie na­gle rozbłyska myśl: Jak ja założę na sie­bie te trzy wiel­kie obręcze już po zwy­cięstwie? Je­den na brzuch, dru­gi na pier­si, a trze­ci może w dłoniach wy­so­ko nad głową...

Ostat­nie in­struk­cje sędzie­go an­giel­skie­go Joh­na Coy­le'a: "Walcz­cie czy­sto! Prze­strze­gaj­cie mo­ich po­le­ceń! Życzę wam szczęścia!".

Ring wol­ny, pierw­sze star­cie. Przeżegnałem się w narożniku. Fritz bie­rze moją głowę w obie ręce i przy­ci­skając swo­je czoło do mo­je­go mówi: "Do ro­bo­ty, chłopie! Trzy­maj się! Wal w nie­go!". Ce­re­mo­nia taka sama jak przed każdą walką, ale dzi­siaj jest inna. Jego od­dech nie jest taki spo­koj­ny. Także w głosie nie słychać tego zna­jo­me­go, swoj­skie­go tonu. Czyżby był za­nie­po­ko­jo­ny? Ja­sne, na­wet mój chłodny i opa­no­wa­ny za­zwy­czaj tre­ner wal­czy w tej chwi­li z emo­cja­mi. Wygląda na to, że tym ra­zem ma trochę inne myśli niż za­zwy­czaj... Gong. Do­bra. Do ro­bo­ty! Pośrod­ku rin­gu Vir­gil i ja zde­rza­my się le­wy­mi ręka­wi­ca­mi - jesz­cze bez wal­ki, ale już bez przy­jaźni. Bez uśmie­chu. Je­steśmy prze­ciw­ni­ka­mi. Te­raz się bi­je­my. Idzie o uzna­nie, o sławę, idzie o bar­dzo duże pie­niędze - po pro­stu o wszyst­ko.

Czy nig­dy nie boję się, że coś strasz­ne­go sta­nie się na rin­gu? Że mój prze­ciw­nik oka­le­czy mnie, albo ja jego? Po­dob­nie jak zda­rzyło się w wal­ce Ni­gel Bell kon­tra Ge­rald McC­lel­lan w Lon­dy­nie. Bied­ny Ame­ry­ka­nin po dru­zgocących cio­sach An­gli­ka długo leżał w śpiączce, a te­raz spędza resztę życia w wózku in­wa­lidz­kim. "Nie!" - mówię so­bie. "Na­wet o tym nie myśl! Nie wol­no ci. Je­steś bok­se­rem. Albo bądź nim do końca, albo wynoś się stąd i za­cznij grać w bad­min­to­na".

Nie gry­zie mnie su­mie­nie, jeśli moc­no ude­rzam. Nie mam wy­rzutów su­mie­nia na­wet wówczas, gdy spusz­czam prze­ciw­ni­ko­wi re­gu­lar­ne la­nie, gdy go no­kau­tuję. Nie chcę skrzyw­dzić, ani oka­le­czyć człowie­ka. Obaj je­steśmy wy­tre­no­wa­ni, do­brze wie­my, co ro­bi­my. Je­steśmy na wszyst­ko przy­go­to­wa­ni. Po pro­stu on chce zno­kau­to­wać mnie, ja jego.

A Vir­gil Hill? Sza­nuję tego człowie­ka - mało - po­dzi­wiam go skry­cie. Za to, że za­li­czył już 23 wal­ki mi­strzow­skie, za­wsze był w porządku, że nie wygłasza głupich tekstów, za­wsze jest życz­li­wy, otwar­ty i ko­cha ro­dzinę. Jed­nak przede wszyst­kim sza­nuję go, po­nie­waż jest wiel­kim bok­se­rem, za­wsze walczącym fair. To, co te­raz obaj ro­bi­my, to czy­ste współza­wod­nic­two. Oczy­wiście do­brze nam za to płacą...

Pierw­sza run­da: Hill chce ją ro­ze­grać po­wo­li, wy­ba­dać mnie naj­pierw, ostrożnie "opu­kać", od początku wy­ha­mo­wać tem­po, ale nie ze mną taka gra. Od razu idę do przo­du, prze­ci­nam mu drogę. Trochę to dziw­ne: wy­da­je mi się, że fa­cet chce na spo­koj­nie, a za­raz za­da­je mi sza­leńcze cio­sy... tra­fia mnie jesz­cze kil­ka razy.

W dru­giej run­dzie wygląda to już trochę in­a­czej. Moja gar­da jest nie do przejścia dla Hil­la. Mój lewy pro­sty wcho­dzi jak strzała. Tra­fiam też prawą, którą za­zwy­czaj posługuję się oszczędnie. Zwiększam presję. Hill nie po­tra­fi mnie już po­wstrzy­mać.

Trze­cia run­da: ude­rzam mniej, za to więcej blo­kuję, idę na pew­nia­ka. Gdy ude­rzam lewą, czy to pro­stym, czy ha­kiem, "Qu­ick­si­lver" - Hill ma pro­ble­my. Nie daje so­bie z tym rady.

W czwar­tej run­dzie Hill za­ska­ku­je mnie nie­bez­piecz­ny­mi ude­rze­nia­mi na kor­pus, ale od­po­wia­dam na­tych­miast: dwa razy moja pra­wa całą siłą dosięga jego głowy. Hill jest wyraźnie skołowa­ny, jeśli nie za­mro­czo­ny. Ale dla­cze­go sędzia go nie li­czy? Na­gle widzę krew. Hill ma roz­ciętą skórę nad okiem. Czy mi się wy­da­je, czy jego kon­dy­cja słab­nie? Po pro­stu zwiększam presję.

Piąta run­da: za­czy­na się na do­bre. Lewa wcho­dzi jak żądło, raz po raz tra­fiam także prawą. Wiel­kie bra­wa. Okrzy­ki "Ti­ger! Ti­ger!". Au! Hill ude­rzył za ni­sko. Do­sta­je za to ostrzeżenie od sędzie­go. Ta run­da jest wyraźnie dla mnie.

W szóstym star­ciu na­gle prze­sta­je mi się uda­wać. Mam praw­dzi­wy kry­zys. Po pro­stu nic nie wy­cho­dzi. Hill na­rzu­ca swój styl wal­ki - a ja mu na to po­zwa­lam. Obudź się, Dar­ku! Prze­staw się! Nie wia­do­mo skąd przy­cho­dzi okrut­ny strach. Pękam. Do­pie­ro pod ko­niec run­dy jest le­piej. Po­zbie­rałem się, ale run­da będzie na ko­rzyść Hil­la.

Siódma run­da: początek jest dla mnie świet­ny. Tra­fiam dwa razy kom­bi­na­cja­mi lewa-pra­wa. Hill jest pod wrażeniem, mój kry­zys minął. Ale podwójny mistrz jest spryt­ny, wy­ra­cho­wa­ny. Sta­ra się ukryć słabość, którą właśnie prze­cho­dzi. Jego je­dyną re­akcją są próby do­trzy­ma­nia mi kro­ku. Nie­wie­le mu to daje. Ta run­da jest dla mnie. Zde­cy­do­wa­nie.

Ósma run­da: je­stem w świet­nej for­mie. Fritz też to wi­dzi. W prze­rwie był całkiem spo­koj­ny. Do­bry znak. Jego słowa: "Tak trzy­maj, Da­riusz, jest su­per". Hill musi coś wymyślić, jeśli nie chce dzi­siaj umo­czyć.

Dzie­wiąta run­da: już wiem, że nic złego się nie zda­rzy. Tyl­ko jakiś far­tow­ny cios Hil­la mógłby jesz­cze ściągnąć na mnie nieszczęście. Pro­wo­kuję go. Chcę zmu­sić do błędu, żebym mógł skon­tro­wać. Bawię się na­wet trochę z podwójnym mi­strzem, po­gromcą Ma­ske. "Ti­ger! Ti­ger!" - słychać wszędzie. Ale nie bądź lek­ko­myślny, Da­riu­szu! Gong. Idę do narożnika, unoszę w górę prawą rękę. Je­stem z sie­bie bar­dzo za­do­wo­lo­ny. Oczy­ma wy­obraźni już de­fi­luję.

Dzie­siąta run­da: okrągłe je­de­naście mi­nut dzie­li mnie od trium­fu. Jesz­cze jed­na pełna mo­bi­li­za­cja. Łup! Mój lewy sier­po­wy wylądował cel­nie na bro­dzie Hil­la. Jego lewe oko puch­nie okrut­nie. Au! Zno­wu ude­rzył za ni­sko.

Je­de­na­sta run­da: jesz­cze raz cała naprzód. Kon­dy­cja - żaden pro­blem. Słabość - nie znam w ogóle tego słowa. Moje pięści fru­wają w po­wie­trzu, raz po raz tra­fiając Hil­la. Widzą to także Ame­ry­ka­nie. Ame­ry­kańska sta­cja ABC trans­mi­tu­je walkę na żywo. Może Roy Jo­nes ju­nior też włączył dziś te­le­wi­zor...

Dwu­na­sta run­da - ostat­nia. Wszyst­ko idzie jak po maśle. Czuję się jak na skrzydłach. Już nie sta­nie się nic złego. To nie­możliwe. Fani sza­leją. Już wiedzą: jesz­cze trochę i będzie po wszyst­kim, już za chwilę nasz "Ti­ger" będzie su­per­mi­strzem.

Gong końcowy. Ju­bel. Fani in­to­nują pieśń zwy­cięstwa. Ależ jest pięknie! Ogłosze­nie wy­ni­ku: czy­sta for­mal­ność. Sędzio­wie punk­to­wi Ro­gi­lo Pe­rez (Pa­na­ma), Sa­mu­el Con­de Lo­pez (USA) oraz Belg Mar­cel Ro­lo­ux przy­znają mi jed­no­myślne zwy­cięstwo - 117:112, 116:113, 118:110! Wyraźniej i le­piej chy­ba nie można.

Po ogłosze­niu wer­dyk­tu przez dwóch pierw­szych sędziów punk­to­wych już było wia­do­mo, że je­stem górą. Ale nie załapałem tego tak od razu. Moje pierw­sze uczu­cie: prze­cież to wszyst­ko prze­biegło po­dob­nie jak w wal­ce z Bar­be­rem o tytuł mi­strzow­ski, przed trze­ma laty, w Ham­bur­gu. Roz­mon­to­wałem Hil­la tak samo jak Bar­be­ra. Tym ra­zem zwy­cięstwo było jesz­cze wyraźniej­sze.

Jest dokład­nie 21.43. W tym mo­men­cie wpi­sałem się do hi­sto­rii bok­su - po­ko­nałem le­gendę tej dys­cy­pli­ny spor­tu. Na­gle za­czy­nam czuć się dziw­nie. Robi mi się trochę słabo. Mam kłopo­ty z wdra­pa­niem się na liny i za­pre­zen­to­wa­niem ki­bi­com zwy­cięskiej pozy. Na szczęście Fritz jak zwy­kle jest we właści­wy­mi miej­scu o właści­wym cza­sie. Bie­rze mnie na ba­ra­na. Run­da ho­no­ro­wa w rin­gu. Fani wciąż śpie­wają. Uczu­cie nie do opi­sa­nia. Mógłbym uści­skać z radości cały świat. Porządko­wi, mój me­nedżer, moi przy­ja­cie­le, na­wet po­je­dyn­czy fani - wszy­scy chcą mnie do­tknąć i po­gra­tu­lo­wać. Śmieją się, krzyczą, wi­wa­tują.

Mam te­raz trzy pasy mi­strzow­skie - sen stał się jawą. Czuję, jak łzy napływają mi do oczu. Opadło całe napięcie. Płaczę. Myślę o mo­jej ro­dzi­nie siedzącej przed te­le­wi­zo­rem. Najchętniej przy­tu­liłbym te­raz Do­rotę, Mi­chała i Ni­co­la­sa, i po­wie­dział im, że to dla nich wy­grałem tę walkę.

Przywrócił nam pan wiarę w to, że boks może być pięknym spor­tem

Pre­zy­dent RP Alek­san­der Kwaśnie­wski po moim zwy­cięstwie nad Vir­gi­lem Hil­lem

A po­tem kon­fe­ren­cja pra­so­wa. Co ja mam po­wie­dzieć? "Cóż, dzi­siaj zo­ba­czy­liście praw­dzi­we­go Da­riu­sza. Szcze­re­go, zdy­scy­pli­no­wa­ne­go i trium­fującego, ale bez pośli­zgnięcia się na ?Roc­kym? nie odniósłbym nad Hil­lem zwy­cięstwa. Trze­ba sięgnąć dna, żeby wybić się do sa­mej góry". Czy za­zdroszczę Ma­ske? Głupie py­ta­nie! "Nie, on prze­grał z Hil­lem, ja Hil­la po­ko­nałem. Nie chcę być dru­gim dżen­tel­me­nem. Wolę zo­stać taki, jaki je­stem - mi­strzem, którego można do­tknąć".

I na ko­niec ru­sza­my świętować. Naj­pierw do na­miotów, w sąsiedz­twie are­ny. Kie­dyś tańczyłem tu na sto­le. Po­tem da­lej, do Pu­rze­la, do naj­mod­niej­sze­go lo­ka­lu w Es­sen: "Pu­rzel­baum". Śpie­wa­liśmy, tańczy­liśmy i piliśmy do dzie­wiątej rano. Po po­wro­cie do ho­te­lu She­ra­ton byłem całko­wi­cie wykończo­ny, ale jako praw­dzi­wy czem­pion nie mogłem prze­cież po­wie­dzieć wszyst­kim "cześć" i położyć się do łóżka. Mu­siałem jesz­cze po­ga­dać przy sto­le. To zna­czy usiłowałem roz­ma­wiać, ale zda­je się, że miałem już wte­dy spo­re pro­ble­my z mówie­niem.

Tym­cza­sem o dru­giej po południu mu­siałem być świeży i wy­poczęty, bo cze­kał mnie wy­wiad w te­le­wi­zji SAT.1 z Re­in­hol­dem Beck­man­nem. Fritz pod­dał mnie ku­ra­cji szo­ko­wej, żebym stanął na nogi. W wan­nie z lo­do­watą wodą. Po­tem jego pie­kiel­na mik­stu­ra składająca się z kawy, aspi­ry­ny i wi­ta­mi­ny C, i z po­wro­tem do wan­ny. Za­działało. Zno­wu byłem sobą, mogłem myśleć i mówić. A więc w drogę do stu­dia w Obe­rhau­sen!

A tam na­gle, rzu­cając mi się na szyję, po­ja­wi­li się Mi­chał i Ni­co­las. No i wszy­scy trzej zaczęliśmy ry­czeć. Wi­dzo­wie mo­gli zo­ba­czyć drugą, miękką stronę rin­go­we­go twar­dzie­la. Ale nie wsty­dziłem się łez przed mi­lio­nową pu­blicz­nością. W końcu to dla nich, dla mo­ich synów, wal­czyłem i zwy­ciężyłem. Chłopcy przy­le­cie­li he­li­kop­te­rem z moim przy­ja­cie­lem Die­te­rem Wen­de. Zwłasz­cza Ni­co­las o tym ma­rzył.

A po­tem da­lej w drogę. Do Aachen. Tam, w Sa­al­the­ater Geu­len, bok­sują wie­czo­rem moi klu­bo­wi ko­le­dzy. Następnie - z po­wro­tem do "Pu­rzel­baum". Zwy­cięska uczta prze­rwa­na tyl­ko na krótko, te­raz ru­sza pełną parą od nowa. Do następne­go po­ran­ka. Czy to już południe? Szyb­ko na lot­ni­sko. Tho­mas Got­t­schalk za­pro­sił mnie i Vir­gi­la na dziś wieczór do Mo­na­chium, do swo­je­go pro­gra­mu "TV-Haus-Par­ty". Chłopców biorę oczy­wiście ze sobą.

A po pro­gra­mie Vir­gil i ja ba­wi­liśmy się w dys­ko­te­ce "P1". Piwo! Jesz­cze jed­no piwo! I jesz­cze wie­le następnych. "Złota ryb­ka" - "Gold­fisch" - Fran­zi, pływacz­ka, i ślicz­na gim­na­stycz­ka Mag­da­le­na Brze­ska też tam były; ale ja roz­ma­wiałem tyl­ko z Vir­gilem. Po­wie­dział mi: "Byłeś dużo sil­niej­szy niż Ma­ske. Zdro­wie, mój przy­ja­cie­lu!". Trochę mi go było żal. Mu­siał wra­cać do domu bez mi­strzow­skie­go pasa, on, człowiek, który do­tych­czas wy­gry­wał nie­malże wszyst­kie wal­ki w wa­dze półciężkiej. Jesz­cze do piątku "Mi­ster Li­gh­the­avy­we­ight". Wiel­ki fa­wo­ryt - bez pasa, ale z pokaźnym cze­kiem w kie­sze­ni.

Ko­lej­na noc bez łóżka. O 10.30 od­la­tu­je sa­mo­lot do Ham­bur­ga. Na lot­ni­sku Fuhlsbüttel szyb­ko wsia­dam do śnieżno­białego lin­col­na, w którym cze­ka na mnie mój me­nedżer, Klaus-Pe­ter Kohl. Do wy­daw­nic­twa Sprin­ger. Ja, "Ti­ger", gościem ty­go­dni­ka "Bild", u re­dak­to­ra na­czel­ne­go Clau­sa La­ras­sa, na dzie­siątym piętrze w bu­dyn­ku re­dak­cyj­nym. Na sa­mej górze, myślę so­bie, to do­brze. Bądź co bądź każdy chce w to miej­sce kie­dyś do­trzeć. Szef, z gru­bym cy­ga­rem w ustach, chce wie­dzieć, jak się czuję jako potrójny mistrz świa­ta? Następne­go dnia po­ja­wia się sen­sa­cyj­ny nagłówek na stro­nie tytułowej: "Wykończo­ny, całko­wi­cie wykończo­ny. Ale mógłbym krzy­czeć z radości!".

Świat jest dla mnie te­raz piękny. Na­resz­cie je­stem zno­wu w domu z mo­imi dwo­ma małymi ty­gry­sa­mi. Do­ro­ta całuje mnie długo. "Je­stem z cie­bie dum­na, Dar­ku!", mówi i za­raz opo­wia­da, że kanc­lerz Hel­mut Kohl na­desłał list z gra­tu­la­cja­mi. Jesz­cze je­den powód do dumy. Wiel­ki Max Schme­ling de­pe­szo­wał: "Dro­gi Da­riu­szu, naj­ser­decz­niej­sze życze­nia z oka­zji two­je­go wiel­kie­go zwy­cięstwa. Twój Max Schme­ling". Ta po­chwała nie­miec­kie­go ido­la bok­su, to dla mnie nie­mal jak pa­so­wa­nie na ry­ce­rza.

Gdańsk, mia­sto "So­li­dar­ności"

Gdy je­steśmy w Gdańsku, włóczy­my się po starówce i od­wie­dza­my moją matkę, która ma tam sklep z biżute­rią

Swoją pięścią Lech Wałęsa wie­le u mnie nie zdziała, ale w głowach Po­laków dzięki nie­mu spo­ro się zmie­niło

Moje ro­dzin­ne mia­sto stało się słynne na całym świe­cie dzięki So­li­dar­ności

Strajk związkowców roz­począł się w Stocz­ni Gdańskiej

Po­mnik zna­ny każdemu Po­la­ko­wi

Z Kry­styną Loską

Ale także ry­ce­rze są zmęcze­ni po wiel­kiej wal­ce. Je­stem wykończo­ny. Nie mam siły. Le­d­wie powłóczę no­ga­mi. Tym­cza­sem już ju­tro jadę do Pol­ski. Pre­zy­dent Kwaśnie­wski wy­da­je przyjęcie na moją cześć. Pa­dam na łóżko. Po sie­dem­dzie­sięciu dzie­więciu go­dzi­nach wresz­cie mogę się prze­spać. Oczy za­my­kają się na­tych­miast.

Le­eon­zer Bar­ber - tak ogo­liłem mi­strza świa­ta...

Nie było to w Ame­ry­ce, w No­wym Jor­ku czy w Las Ve­gas, i nie zda­rzyło się w ba­rze ho­te­lo­wym. To było w Ham­bur­gu, w kuch­ni. Jakoś w maju lub czerw­cu 1994 roku. Doszło do różnicy zdań między mną a moim me­nedżerem Klau­sem-Pe­te­rem Koh­lem. Poszło o pie­niądze. Sta­liśmy przed lodówką. Mój me­nedżer spoj­rzał na mnie i po­wie­dział: "Wal­ka jest go­to­wa. Sta­niesz prze­ciw­ko mi­strzo­wi świa­ta Le­eon­ze­ro­wi Bar­be­ro­wi. Będziesz wal­czył o tytuł!". Z prze­rażenia (czy ze szczęścia?) pra­wie wy­padła mi szklan­ka z ręki. Mogę wal­czyć z czem­pio­nem. Wresz­cie je­stem pra­wie u celu! Ter­min wal­ki: 10 września 1994 roku w Ham­bur­gu, w Al­ters­dor­fer Spor­thal­le. Śmiejąc się, pa­dliśmy so­bie w ra­mio­na. Złość od­frunęła gdzieś da­le­ko. Klaus-Pe­ter za­cisnął dłoń w bok­serską pięść. Robi tak za­wsze, gdy cie­szy się z uda­ne­go przed­sięwzięcia.

Na tre­ning szedłem te­raz z in­nym na­sta­wie­niem. Byłem jak nakręcony, prze­sad­nie punk­tu­al­ny, robiłem za­wsze jedną serię ćwi­czeń więcej. Prze­stałem im­pre­zo­wać. Od­sta­wiłem al­ko­hol. Jeśli już piłem piwo, to wyłącznie bezal­ko­holowe. Moje ma­rze­nie... tak bli­sko. Dzie­siątego września mogłem wejść na szczyt!

Po ostat­nim ważeniu - uścisk dłoni przed walką

Ta pierw­sza wal­ka o tytuł mi­strza zaczęła się dla mnie właści­wie wie­le mie­sięcy wcześniej. Dokład­nie rzecz biorąc - 31 grud­nia 1993 roku. Na przyjęciu syl­we­stro­wym u Klau­sa-Pe­te­ra i jego żony Ute. Zda­je się, że nieźle się wte­dy schlałem. Miałem powód. W ciągu mi­jającego właśnie roku za­li­czyłem sie­dem walk i wszyst­kie wy­grałem, zwy­ciężając ta­kich bok­serów, jak Ali Sa­idi, Noel Ma­gee i Mwe­hu Beya. Na moim kon­cie za­wo­do­we­go bok­sera miałem więc już łącznie 20 walk, wszyst­kie wy­grane, byłem między­na­ro­do­wym mi­strzem Nie­miec i in­ter­kon­ty­nen­tal­nym mi­strzem fe­de­ra­cji IBF. Nie wiem już dokład­nie, komu złożyłem tę obiet­nicę - któremuś z gości, czy jed­nak Klau­so­wi-Pe­te­ro­wi, ale po­wie­działem wte­dy: "Następny raz na­piję się al­ko­ho­lu, gdy będę już mi­strzem świa­ta!".

Na krótko przed walką nie byłem bar­dziej zde­ner­wo­wa­ny niż zwy­kle. Ra­zem z tre­ne­rem - Chuc­kiem Tal­ha­mim - oglądałem wal­ki Bar­be­ra na­gra­ne na wi­deo. Pew­ny sie­bie ten Ame­ry­ka­niec. Czem­pion WBO - sil­ny jak niedźwiedź. Z całą pew­nością naj­lep­szy ze wszyst­kich czte­rech "urzędujących" mistrzów świa­ta wagi półciężkiej. Sil­niej­szy od Vir­gi­la Hil­la (WBA), Hen­ry'ego Ma­ske (IBF) i Mike'a McCal­lu­ma (WBC). Jeśli mam być szcze­ry, to wolałbym wal­czyć z McCal­lu­mem albo z Ma­ske.

Kon­fe­ren­cja pra­so­wa w Ham­bur­gu. Bar­ber aro­ganc­ki. Od­niosłem wrażenie, że fa­cet nie trak­tu­je mnie poważnie, ale nie dałem się za­stra­szyć jego pew­nością sie­bie. Pomyślałem wte­dy: "Cze­kaj, jesz­cze ci pokażę!".

W myślach już wte­dy zacząłem z nim bok­so­wać. Jed­nak wi­działem tyl­ko pierw­sze se­kun­dy wal­ki. Jak tu po­dejść tego siłacza? Pierw­sze ude­rze­nie - lewą w brzuch, po­dob­nie jak robiłem to przed­tem pra­wie w każdej wal­ce? Tak! Naj­pierw lewą w brzuch! Czy też może zacząć tańczyć? A może od razu na­pie­rać i sto­so­wać pres­sing?

Na dwa ty­go­dnie przed walką wy­pro­wa­dziłem się z domu - do ho­te­lu Kröger, nie­da­le­ko hali ćwi­czeń, żeby mieć całko­wi­ty spokój. Byłem sam. Dużo spałem, czy­tałem i oglądałem te­le­wizję. Bar­ber często sta­wał mi przed ocza­mi - w snach i wi­zjach na ja­wie - a wte­dy wcho­dziłem z nim na ring, ale za każdym ra­zem po­je­dy­nek trwał za­le­d­wie parę se­kund.

Wresz­cie nad­szedł ten wiel­ki dzień: Klaus-Pe­ter przy­je­chał po mnie do ho­te­lu ra­zem z żoną. Czarną li­mu­zyną po­je­cha­liśmy do Al­ster­dor­fer Spor­thal­le. Umówiliśmy się, że Do­ro­ta zo­sta­nie z dziećmi w domu.

W myślach wi­działem dokład­nie wszyst­ko, co miało ro­ze­grać się po wal­ce. Sza­lejącą pu­blicz­ność, światła nad rin­giem, zgiełk na wi­dow­ni, to, jak zakładają mi pas mi­strzow­ski. Gra­tu­la­cje, uści­ski, wy­noszą mnie z hali na ra­mio­nach. Piękne uczu­cie sa­tys­fak­cji i wiel­kiej radości - wszyst­ko to czułem, sma­ko­wałem już przed walką. Nie­sa­mo­wi­te uczu­cie!

Ani razu nie pomyślałem o porażce, ani o pie­niądzach, które za­in­ka­suję tego wie­czo­ru. Wszyst­ko to w tam­tej chwi­li było zupełnie nie­ważne. Li­czył się tyl­ko spor­to­wy triumf.

"Eye of the Ti­ger" - roz­brzmiało z wiel­kich głośników. Wi­dzo­wie byli jak w tran­sie. Raz po raz krzy­cze­li "Ti­ger, Ti­ger!". Joy Fle­ming odśpie­wał hym­ny na­ro­do­we, ale do mnie jakoś to nie do­tarło. Na chwilę się wyłączyłem. Myślałem wyłącznie o Bar­be­rze. Dzięki Klau­so­wi-Pe­te­ro­wi byłem pe­wien, że mogę go po­ko­nać i że go po­ko­nam. No i wresz­cie się zaczęło!

Pierw­sza run­da: czuję się całkiem świeżo. Od sa­me­go początku idzie zupełnie nieźle. Mam żelazną wolę zejść z rin­gu jako zwy­cięzca. Raz po raz do­chodzą mnie słowa Chuc­ka: "Ude­rzaj lewą! Bez prze­rwy - to two­ja naj­sil­niej­sza broń. Da­riusz, dasz mu radę lewą ręką! Na pew­no!".

Dru­ga run­da: tyl­ko bez pośpie­chu. Naj­ważniej­sze, żeby bić lewą. Ale na­gle w głowie rozbłyska mi błyska­wi­ca. Bar­ber tra­fił mnie pra­wym sier­po­wym w szczękę. Kry­tycz­ny mo­ment. O rany! Ależ on potra­fi przyłożyć!

Trze­cia run­da: moja lewa wy­strze­la i tra­fia. Bar­ber musi to przyjąć. Nie uda­je mu się uciec. Czem­pion trochę tra­ci fa­son. Do­bra na­sza!

Czwar­ta run­da: przy­najm­niej mogę li­czyć na moje lewe haki z krótkie­go dy­stan­su.

Piąta run­da: już le­piej. Przede wszyst­kim lewą sza­chuję Bar­be­ra. Ame­ry­ka­nin nie­wie­le może na to po­ra­dzić. Zwiększam presję, jak przy­stało na chal­len­ge­ra.

Szósta run­da: zwiększam tem­po, moja lewa raz po raz wy­la­tu­je w stronę Bar­be­ra. Co­raz częściej używam też ciężkiej pra­wej. Czuję, jak wiel­ki fa­wo­ryt za­czy­na wątpić: "Jak tu złamać tego Po­la­ko-Niem­ca?".

Siódma run­da: fani śpie­wają: "Te­raz!". Zga­dza się... ale, nie­ste­ty, nie­zu­pełnie tak, jak to so­bie wy­obrażam. Bar­ber tra­fia mnie trzy razy so­czyście z pra­wej. Przy­kle­jam się do nie­go, żeby w ten sposób się ura­to­wać - prze­sko­czyć kry­tycz­ny punkt. Gong. Czas na od­dech.

Ósma run­da: jak stoję z punk­ta­mi? Ralf Roc­chi­gia­ni, dru­gi ko­men­ta­tor kanału "Pre­mie­re", po­ka­zu­je: "Równo!". Te­raz mu­sisz coś po­ka­zać, Da­riu­szu! Wszyst­ko albo nic! Chcę wszyst­ko!

Dzie­wiąta run­da: je­stem prze­ko­na­ny, że mam prze­wagę... że na kart­kach u ar­bitrów pro­wadzę. Ale ostrożnie! Nie ry­zy­kuj zbyt wie­le! A jed­nak to robię. Otwar­ta wy­mia­na ciosów. Mała rana cięta nad moim le­wym okiem. O Boże! Mam na­dzieję, że nie za­szko­dzi to zbyt­nio świeżej bliźnie po­ope­ra­cyj­nej. Tyl­ko nie te­raz! Je­stem tak bli­sko...

Dzie­siąta run­da: ta rana na szczęście nie jest poważna. Ale co to? Zgasły światła! Nie świecą przy­najm­niej od mi­nu­ty. Oświe­tle­nie rin­gu za­wiodło, ale i bez nie­go wal­czy­my raźnie da­lej. Nie jest całkiem ciem­no. Mnie to nie prze­szka­dza. Fani krzyczą "ach!" i "och!". Bar­ber przy­spie­sza. Chce tę chwilę "drzem­ki" za­mie­nić w swoją wielką chwilę. Trzy­mam się, ale muszę dia­bel­nie uważać.

Je­de­na­sta run­da: Bar­ber zda­je so­bie sprawę, że musi szyb­ko coś wymyślić, in­a­czej wróci do De­tro­it bez pasa. I właśnie tak ma być. Przyj­muję jego wy­mianę, od­dając równo.

Dwu­na­sta run­da: jesz­cze tyl­ko trochę. Ja, "Ti­ger", mi­strzem świa­ta. Au! Bar­ber boleśnie ude­rza poniżej pasa. Ból mnie pa­ra­liżuje, błyska­wicz­nie roz­cho­dzi się po całym cie­le. Sędzia rin­go­wy prze­ry­wa walkę. Le­karz Wal­ter Wa­gner wbie­ga po schod­kach. "Ile jesz­cze?", py­tam go. "Pół mi­nu­ty", mówi. Ostat­nie 30 se­kund. Te­raz wal­ka idzie na całego. Dla Bar­bera stało się ja­sne, że albo do­pad­nie mnie te­raz, albo już nig­dy. Wy­mia­na ciosów. Krótki dy­stans - sto­pa przy sto­pie. Jed­nak ja tra­fiam częściej. I zwy­cięstwo!

Za­czy­na się dziać to, co wcześniej przeżyłem już w myślach. Wy­bu­chy radości, Fritz - ówcze­sny ko-tre­ner Chuc­ka, bie­rze mnie na ra­mio­na i ob­no­si po rin­gu. Trium­fuję. De­lek­tuję się zwy­cięstwem. Tak jest, do końca trzy­małem się na­szej kon­cep­cji. Rze­czy­wiście, dałem mu radę lewą ręką.

Na­gle w rin­gu po­ja­wia się mój star­szy syn. Rzu­ca mi się w objęcia. Biorę go na ręce i przy­ci­skam moc­no do pier­si. Oczy­wiście... płacze­my oby­dwaj. Skąd ten łobuz się tu wziął? To spraw­ka Frit­za. Za­brał Mi­chała do hali i oddał "na prze­cho­wa­nie" w po­ko­ju dla pra­sy. Stamtąd chłopak na­grał walkę na taśmie ka­merą wi­deo. Więc jed­nak nie wszyst­ko jest tak, jak za­pla­no­wałem.

Nie. W ogóle nie. Te­raz ni stąd, ni zowąd po­ja­wiają się To­mek, mój brat, i mój ku­zyn Adam. Na­wet dzia­dek Ed­mund to­ru­je so­bie drogę po schod­kach na ring. Moja mama jest już na górze, ale za li­na­mi. "Całusy, Dar­ku, całusy!"

Tom Ben­der, ko­men­ta­tor kanału "Pre­mie­re", prze­pro­wa­dza ze mną krótki wy­wiad bez­pośred­nio po tym zde­cy­do­wa­nym - jak się oka­zu­je - zwy­cięstwie: 117:109, 116:111, 116:111. Le­eon­zer Bar­ber, z grubą, zwi­sającą dolną wargą, stoi obok mnie w wiel­kim wieńcu na szyi. Z jego ust słyszę te­raz naj­większy kom­ple­ment: "Zwy­ciężyłeś zasłużenie. Nig­dy nie myślałem, że tu, w Ham­bur­gu, mogę opuścić ring jako po­ko­na­ny. W ogóle było to dla mnie nie do wy­obrażenia, żebym kie­dy­kol­wiek zo­stał po­bi­ty przez białego". Ta wal­ka za­chwy­ciła nie tyl­ko lu­dzi na wi­dow­ni i przed te­le­wi­zo­ra­mi. Dra­ma­tycz­ne wy­da­rze­nia ham­bur­skie­go po­je­dyn­ku za­dzi­wiły także szefów fe­de­ra­cji bok­ser­skiej WBO, którzy nada­li mu później tytuł "Naj­lep­szej wal­ki 1994 roku".

Te­raz moja ko­lej. Do mi­kro­fo­nu i przed ka­me­ra­mi - łzy ciągle jesz­cze spływają mi po twa­rzy. Mówię do mo­jej żony siedzącej w domu przed ekra­nem te­le­wi­zo­ra: "Do­ro­ta, ko­cham cię! Udało się! Po­ra­dzi­liśmy so­bie!". Więcej nie uda­je mi się wy­krztu­sić. Płaczę.

Później feta w hali ćwi­czeń. Wnoszą mnie w lek­ty­ce. At­mos­fe­ra nie do opi­sa­nia. Okrzy­ki: "Jest wresz­cie! Nasz czem­pion! Na zdro­wie!". Mały to­ast tu, mały tam. Szam­pan leje się stru­mie­nia­mi. Gorące ryt­my z głośników (oczy­wiście znów grają "Eye of the Ti­ger"). Tańce na rin­gu. Da­riusz! Chodź do nas! Da­riusz! Tu­taj! Każdy chce wziąć au­to­graf od no­we­go mi­strza świa­ta wagi półciężkiej, czy­li ode mnie. Piękne ko­bie­ty rzu­cają mi ogni­ste spoj­rze­nia, przy­su­wają się bliżej. Nie prze­szka­dza im to, że jest ze mną moja żona. Dziew­czy­ny po pro­stu nie mają za­ha­mo­wań. Wpa­da mi w oko czar­nowłosa piękność. Nie ma się co dzi­wić - jej oczy ci­skają szyb­kie, gorące błyska­wi­ce. W tej chwi­li jesz­cze tego nie wiem, ale te błyska­wi­ce uderzą we mnie z ogromną mocą i spo­wo­dują w na­szej małej ro­dzi­nie nie­małe za­mie­sza­nie...

Gdy wra­cam do domu jest już wid­no. O 10 wy­chodzę jed­nak z Mi­chałem na mszę. Jak każdej, nie­malże, nie­dzie­li. Tam modlę się, jesz­cze raz dziękując Naj­wyższe­mu. Nie za to, że wy­grałem - na zwy­cięstwo wszakże za­pra­co­wałem - ale za to, że Le­eon­zer i ja wy­szliśmy z tego po­je­dyn­ku (w miarę) cali i zdro­wi.

Po­tem jesz­cze raz, na chwilę, do hali ćwi­czeń. Ale cóż to? Kil­ku twar­dzie­li da­lej tu sie­dzi, po­chra­pując i bełkocząc. Na no­gach są tyl­ko moi przy­ja­cie­le z Gdańska. Za­pra­szają "całą mocą". Wódkę piją ze szkla­nek. Nig­dy nie mają dosyć. Pijaństwo bez mała ta­kie samo, jak 22 kwiet­nia 1988 roku na dys­ko­te­ce w War­sza­wie - w ostat­ni wieczór przed moim wy­jaz­dem do Nie­miec...

Z Le­eon­ze­rem Bar­be­rem w wieńcu zwy­cięstwa po wal­ce 10 września 1994 roku

Czułam, że jest mi bar­dzo bli­ski

Do­ro­ta Mi­chal­czew­ska

Moja żona śle­dziła walkę z Bar­be­rem na ekra­nie te­le­wi­zo­ra. Do­ro­ta oglądała bar­dzo nie­wie­le mo­ich walk na żywo, siedząc tuż przy rin­gu. To, co czuła w cza­sie wszyst­kich dwu­na­stu rund, opo­wie­działa re­por­te­ro­wi ga­ze­ty "Welt am Son­n­tag". Czy­tałem to i uważam, że jest to naj­piękniej­sze wy­zna­nie miłości... do mnie:

Byłam taka szczęśliwa, chli­pałam jak bóbr. Mamo, dla­cze­go ty płaczesz - pytał Ni­co­las. Za­wsze płaczę po wal­kach Dar­ka. To przez to całe tłumio­ne zde­ner­wo­wa­nie, ale nie tyl­ko. Płaczę też z radości. Tym ra­zem po pro­stu nie mogłam prze­stać. Gdy Da­riusz przez mi­kro­fon mówił, że mnie ko­cha, byłam w pełni szczęścia. Bar­dzo wzru­szyłam się tym, że w ta­kiej chwi­li o mnie pomyślał.

Nie wie­działam, z cze­go cie­szyć się bar­dziej - z jego zwy­cięstwa, czy też z tego, co powie­dział. Było mi obojętne, co pomyślą inni lu­dzie. W tej chwi­li czułam, że jest mi bar­dzo bli­ski. Cała resz­ta była nie­ważna.

Nie żałowałam ani chwi­li, że nie było mnie ra­zem z nim w hali. Je­stem wrażliwa i dla­te­go Da­riusz stwier­dził, że le­piej, abym walkę oglądała w domu. Boks to dys­cy­pli­na spor­tu, w której nie można prze­wi­dzieć wszyst­kie­go, co się sta­nie. Być może moja obec­ność działałaby na nie­go roz­pra­szająco lub moje strasz­ne zde­ner­wo­wa­nie udzie­liłoby się i jemu.