PLAYLISTA
Piosenka przewodnia: Beyoncé - Haunted
Pozostałe utwory:
ENVYYOU - Stick Around
Matt Maeson - Put It on Me
Isabel LaRosa - Praying
Beyoncé - Crazy In Love (Remix)
Umberto Tozzi - Ti Amo
Avicii - Addicted To You
Tony Tabbi - Ciao ciao Siciliano
CASHFORGOLD - I Could Be Your Goddess
Ashley Sienna - What You Need
Montell Fish - Hotel
Montell Fish - Bathroom
Alessia Cara - Here
Labrinth - Mount Everest
Omido, Ex Habit - Please
Isabel LaRosa - Heartbeat
Charlotte Lawrence - Joke's on You
Gipsy Kings - Volare (Nel Blu di Pinto di Blu)
Maroon 5 - Animals
Ari Abdul - Cursed
Ex Habit - Who Do You Want
Andrea Bocelli - Con Te Partir?
Swedish House Mafia, The Weeknd - Moth To A Flame
Nessa Barrett - Do You Really Want to Hurt Me?
Bishop Briggs - Never Tear Us Apart
Camila Cabello - Shameless
Isabel LaRosa - Eyes Don't Lie
Zandros, Limi - Obsessed
Tove Lo - Stranger
Route 94, Jess Glynne - My Love
Amy Winehouse - Back To Black
Hozier - Too Sweet
Billie Eilish - No Time To Die
Allie X - Devil I Know
Dermot Kennedy - Power Over Me
David Kushner - Daylight
Austin Giorgio - No Mercy
Isabel LaRosa - Help
Ari Abdul - Worship
Hozier - Eat Your Young
Emily Jeffri - Where Are They Now???
Allie X - Paper Love
Britney Spears - Criminal
M83, Felsmann + Tiley - Solitude
Rihanna - Where Have You Been
Raphael Lake, Aaron Levy, Daniel Ryan Murphy - Prisoner
Evanescence - Bring Me To Life
Rihanna, JAY-Z - Umbrella
Lana Del Rey - Dark Paradise
Two Feet - You?
Kat Leon - I'll Make You Love Me
Mxze, Clarei - Manipulate
Foreign, Air - The Therapist
Stromae - Formidable
Ari Abdul, Thomas LaRosa - Sinners
Chase Atlantic - Church
Carla's Dreams - Sub Pielea Mea
Haddaway - What Is Love (7" Mix)
Mazzy Star - Fade Into You
Foreign Air - Free Animal
POWERS - Man On The Moon
Sidi - You
1. WITAMY W HARP PRISON
Veronica
Powiedzieć, że czułam stres, to jakby nie powiedzieć nic.
Spinałam mięśnie ud nawet podczas mycia zębów, bo ze zdenerwowania robiło mi się zimno. Moje mięśnie boleśnie przesyłały pręgi bólu, bo kurczenie się z taką częstotliwością wcale im nie służyło. Zresztą tak samo jak i całemu mojemu organizmowi, który od rana utrzymywał się już na samych oparach.
Spojrzałam na odbicie w lustrze. Próba uśmiechu ze szczoteczką do zębów w ustach tylko jeszcze bardziej podkreśliła ciemne plamy pod moimi oczami. Tych worów nie zakryłby nawet korektor z najwyższej półki. Nie żebym próbowała, bo moje możliwości finansowe w tej kwestii kończyły się na półce na wysokości kolan.
W tym świetle moje włosy przypominały bardziej kolor czerwony niż rudy, na co nie śmiałabym narzekać. Mnóstwo razy moja impulsywność o mało co nie doprowadziła do wycieczki do najbliższej drogerii i wrzucenia do koszyka pierwszej lepszej farby, która jakimś magicznym cudem miałaby przerobić mnie na brunetkę. Szczęście w nieszczęściu nigdy się na to nie zdecydowałam. Głównie dlatego, że fryzjerka, do której się później udałam, stwierdziła, że w świetle słonecznym marchewka i tak przebijałaby się przez inny kolor.
Wyjęłam szczoteczkę z ust i wyplułam do zlewu resztki miętowej pasty. Drugą ręką podtrzymywałam włosy, usilnie próbując nie zatopić ich w mieszance wybuchowej, która niekoniecznie chciała spłynąć w dół rury.
Patrzenie na zatykający się odpływ tylko jeszcze bardziej upewniało mnie w tym, że wolałabym się znaleźć nawet i tam tylko po to, żeby nie musieć przeżywać dzisiejszego dnia.
Bałam się jak cholera, bo kilka dni temu przypadkiem podsłuchałam rozmowę starszego rocznika. Idąc korytarzem, jak co poniedziałek, zatrzymałam się przy automacie z kawą. I to był właśnie ten jeden jedyny raz, kiedy nie miałam na sobie słuchawek. Studenci ostatniego roku często zbierali się właśnie w tamtej okolicy, bo niedawne dofinansowanie uczelni pozwoliło na wydzielenie miejsca na kilka dodatkowych stolików i kanap. Jednak, tak jak spodziewał się tego każdy student, nawet i taka liczba nie była wystarczająca. Przez to krzesła wylądowały nawet w najciemniejszym skrawku korytarza, czyli w miejscu, gdzie znajdował się mój nieszczęsny automat. Głupie urządzenie, które nieraz próbowało zeżreć moje pieniądze, sprawiło, że usłyszałam o kilka słów za dużo. W sumie, pomijając przekleństwa, to za dużo nie mówili, ale z tego, co udało mi się wyłapać, wynikało, że praktyki w zakładzie karnym nie były czymś, co można nazwać marzeniem każdej dziewczynki.
Z początku myślałam, że po prostu przesadzają, bo komu chciałoby się chodzić do takiego miejsca zamiast do ciepłej uczelni, gdzie drzemki podczas wykładów są lepsze od tych w domu. Ale im dłużej przy nich stałam, udając, że mimo bycia jedyną osobą korzystającą z tego automatu, dalej zastanawiam się nad programem, tym moje oczy bardziej się rozszerzały.
Jeden z męskich głosów opowiadał o typie, który w nocy wyrwał współwięźniowi dwa zęby, a potem je połknął, żeby dostać się do ambulatorium.
Przed zapisaniem się na praktyki sporo czytałam i, o dziwo, ta sytuacja nie była najgorszą, o jakiej pisali. Więźniowie byli w stanie poświęcić naprawdę dużo, żeby dostać to, czego chcieli, nawet jeśli mieliby za to zapłacić własnym życiem. Albo i niekoniecznie własnym. Dużej części z nich wszystko stawało się obojętne z momentem, w którym przekroczyli próg swojej celi. Zwłaszcza tym, którzy dobrze wiedzieli, że już z niej nie wyjdą.
Wzdrygnęłam się na wspomnienie tamtej rozmowy. Wiedziałam, że muszę być gotowa na każdą ewentualność. Osadzeni nie reagują dobrze na osoby z zewnątrz, często testują ich granice i wykorzystują swoją przewagę. Przez lata odsiadki nauczyli się naprawdę sporo i jakiś tam byle studencik nie jest dla nich szczególnym wyzwaniem.
A ja miałam podwójnie przesrane. Nie dość, że byłam studentką bez żadnego doświadczenia z trudnymi przypadkami, to jeszcze bycie kobietą w niczym nie pomagało. Wręcz przeciwnie, bo każdy wiedział, co mnie czeka. Dla osadzonych to jak rozrywka. Dla mnie zaś walka o życie.
I pewnie gdybym mogła wybrać oddział z samymi kobietami, nawet bym się nie zawahała.
Ale nie mogłam tego zrobić.
Ekran telefonu nagle się podświetlił, przez co od razu zwrócił moją uwagę. Zmrużyłam oczy, próbując przeczytać nazwę kontaktu.
- Gdzie te... - wymamrotałam pod nosem, szukając okularów.
Byłam ślepa jak kret i momentami żałowałam, że przez swoją głupią dumę wstydziłam się powiększyć czcionkę w tym pieprzonym telefonie. Bo co ludzie powiedzą? Na pewno nie kto dzwoni.
Ściągnęłam brwi i mocniej przygryzłam szczoteczkę, żeby nie wypadła mi z ust. Wyciągnęłam rękę w poszukiwaniu okularów, których oprawki były na tyle cienkie, że, o ironio, ich również nie widziałam.
Dzwonek komórki wydawał się jeszcze głośniejszy, co tylko napędzało moje zdenerwowanie.
Po chwili w końcu dotarłam do okularów, które szybko włożyłam na nos. Złapałam telefon w drugą rękę i od razu spojrzałam na nazwę kontaktu.
Numer zastrzeżony.
Z początku chciałam zignorować to połączenie, lecz moja ciekawość zawsze wygrywała z rozsądkiem. I w tym przypadku uratowała mi tyłek.
- Tak? - powiedziałam niewyraźnie, bo szczoteczka zagłuszała moje słowa.
Wolną ręką oparłam się o róg umywalki i stanęłam na palcach, próbując się przeciągnąć. Plecy bolały mnie, jakbym miała co najmniej osiemdziesiąt lat.
- Panno Harris, wybiła punkt szósta, a nie widzę pani na horyzoncie. Czym zawdzięczam sobie to spóźnienie z pani strony? - W słuchawce rozległ się męski głos, który zdążyłam już rozpoznać.
W szoku wyplułam szczoteczkę, która jak na złość wpadła prosto do odpływu tak szybko, że nie miałam nawet czasu zareagować.
- Kurwa... - powiedziałam, patrząc, jak ją tracę na rzecz kanalizacji. To była moja ulubiona.
- Słucham?
- To nie do ciebie... To znaczy nie do pana. Tak, to nie do pana. To znaczy nie...
Trzymajcie mnie.
- Rozumiem, że jest już pani w drodze? - dopytał, ignorując moją wpadkę.
- Tak! Tak, oczywiście. Właśnie wysiadam z autobusu! - dosłownie wykrzyczałam do słuchawki.
W pośpiechu schyliłam się do podłogi i złapałam za pasek spodni. Próbowałam podwinąć je jedną ręką, ale było to niemożliwe. Podsunęłam telefon do brody i przytrzymałam go ramieniem, pomagając sobie drugą ręką.
- Autobusu? Przy naszej placówce nie ma żadnego przystanku, panno Harris - zwrócił mi uwagę szorstkim tonem.
- Autobusu? Źle się wyraziłam, to przez ten stres. W każdym razie zaraz będę i wszystko panu wytłumaczę!
- Panno Harris...
- Przepraszam, ale nic nie słyszę! Coś pana przerywa - mówiłam, szybko łapiąc za suszarkę leżącą na szafce. Czym prędzej ją włączyłam i skierowałam nawiew na telefon. - Halo? Haloooo?
Nie dałam mu nawet odpowiedzieć, tylko szybko się rozłączyłam.
Najechałam suszarką tak, żeby ciepłe powietrze dmuchało mi prosto na twarz, bo ze stresu zrobiło mi się jeszcze chłodniej.
Początek praktyk zapowiadał się prześwietnie.
Nie zdążyłam nawet spakować śniadania, więc gdy tylko znalazłam się pod bramą, mój brzuch wyburczał całą wiązankę o tym, jak to go głodzę. Zakryłam go ręką, jakby to miało w czymś pomóc. Skurcz łapał mnie zresztą nie tylko od tego, bo tak jak wspominał mężczyzna w słuchawce, w pobliżu rzeczywiście nie było żadnego przystanku autobusowego. Od najbliższego miałam jeszcze bite pół godziny z buta i musiałam tułać się drogą wyłożoną kostką brukową w taki sposób, że skręcenie nogi nie stanowiło większego wyzwania.
Rozejrzałam się wokół i tak jak obczaiłam to w internecie, nie ujrzałam tutaj nic oprócz wielkich murów ciągnących się przez parę ładnych kilometrów. Wszystko zakończone drutem kolczastym rozpościerającym się na metr w górę.
Przełknęłam gulę w gardle i od razu przygryzłam wargę, żeby skupić uwagę na czymś innym.
Bądź profesjonalna. To twoja praca i to całkowicie normalne, że się boisz.
- Pani do kogo? Bo widzę, że stoimy tu już jakiś czas. - Poderwałam się na równe nogi na dźwięk czyjegoś głosu.
Spojrzałam do góry, bo usłyszałam szarpiący dźwięk mechanizmu zamka. Zasuwa przesunęła się w bok, a jedyne, co było widać przez niewielki prostokącik, to para męskich oczu.
Mocniej zagryzłam wargę, bo od patrzenia na puste ślepia strażnika zrobiło mi się sucho w gardle. Nie wydałam z siebie ani jednego słowa, tylko stałam jak idiotka, skubiąc palcami szew płaszcza.
- Mam zadzwonić po atandę2, żeby mi się pani przedstawiła? - zapytał zniecierpliwiony z nutką sarkazmu w głosie.
- Po co? - Uniosłam brwi, po czym poprawiłam okulary, dosuwając je bliżej nasady nosa.
- Ja pierdolę, czego oni teraz uczą w tych szkołach? - wymamrotał, zamykając przy tym zasuwę tak, że przestałam słyszeć resztę wiązanki.
Przez chwilę nawet mnie to cieszyło, bo miałam jeszcze czas się wycofać, lecz nagle usłyszałam otwierające się kolejno zamki.
No to kaplica.
Drzwi grubości ściany w bunkrze otworzyły się, trochę przy tym skrzypiąc. Za nimi stał całkiem postawny mężczyzna w średnim wieku. Gdy mnie zobaczył, poprawił siwiejącego wąsa, po czym głośno odchrząknął.
- No to nieźle to sobie wymyślił. - Zaśmiał się sam do siebie. - Chodź.
Facet ewidentnie nie zamierzał ze mną rozmawiać, nawet to, że w ogóle tam byłam, jakoś go nie cieszyło. Nie żebym oczekiwała powitania z konfetti i okrzyków szczęścia, ale spodziewałam się tutaj kogoś innego. Bardziej... kompetentnego.
- Przepraszam, bo nie zapytał mnie pan nawet o dowód, więc pomyślałam, że...
- To lepiej nie myśl, bo od tego jestem ja - przerwał mi, zanim zdążyłam dokończyć.
- No to daleko nie zajdziemy - mruknęłam pod nosem, czego na szczęście nie usłyszał.
Facet szedł tak szybko, że co parę kroków musiałam do niego podbiegać. Zaczynał ostro działać mi na nerwy, bo ani mi niczego nie wytłumaczył, ani się nie przedstawił. No okej, może ja też tego nie zrobiłam, ale to był obcy typ, który właśnie wpuścił mnie do więzienia pełnego przestępców.
W tej sytuacji to ja byłam na przegranej pozycji.
Idąc za nim, starałam się rozglądać na wszystkie strony naraz. Na placu znajdowało się kilka szarych, nędznych budynków, ale też i takie wyłożone świeżą cegłą. W oknach na każdym piętrze były kraty, a gdzieniegdzie za nimi koronkowe firany. Chociaż to przypominało im trochę o normalności.
Przynajmniej taki był zamysł.
Po prawej od bramy znajdował się spacerniak, obserwowany właśnie przez jednego ze strażników. Mężczyzna miał na sobie pełniejszy mundur niż człowiek, który mnie prowadził.
Już stąd słyszałam jakieś krzyki, lecz starałam się z całych sił myśleć i skupiać tylko na tym, po co tu przybyłam.
Nagle wpadłam na coś miękkiego, co okazało się prowadzącym mnie facetem. Nie zwróciłam uwagi na to, że się zatrzymał, więc to ja wylądowałam na nim.
- Bo się pognie... - zamyślił się. - Chociaż w sumie za co mam się gniewać, skoro leci na mnie taka gorąca laska? - Puścił do mnie oczko, kiedy już się od niego odsunęłam.
Dawno nie musiałam tak bardzo hamować chęci wykrzywienia się jak po zjedzeniu cytryny. No i przyjebania mu, ale to inna sprawa.
Oprowadzający przepuścił mnie w drzwiach, a kiedy przez nie przechodziłam, dosłownie czułam jego obślizgły wzrok na swoim tyłku.
- Kierownik penitencjarny nie ma dzisiaj czasu, a więc... - Odchrząknął, szykując się do monologu. - Witamy w Harp Prison, miejscu, gdzie wszyscy wychodzimy na prostą. Nazywam się Pete Baker i to ja będę cię tu dzisiaj oprowadzać. Zobaczymy przykładową celę, stołówkę, łaźnię i tak dalej, i tak dalej - dyktował znudzony, najwolniej, jak tylko się dało. - W pełni wprowadzę cię dopiero jutro, u kierownika, bo moje koneksje nie są zbyt wysokie.
Kompetencje. K o m p e t e n c j e.
Ale to dużo wyjaśniało.
Uśmiechnęłam się sztucznie, dając mu do zrozumienia, żeby kontynuował.
- Przyjechałaś spóźniona, więc jak zobaczysz już święte miejsce odsiadki, popilnujemy razem osadzonych przy rodzinnym obiadku - mówiąc to, nawet na mnie nie patrzył. Stał obrócony do mnie plecami i grzebał coś przy oknie depozytu.
Trzymając dystans między nami, trzęsącymi się dłońmi sięgnęłam do torebki. W pierwszej chwili chciałam wyjąć z niej telefon i portfel z dowodem, ale w końcu zdjęłam z ramienia ją całą. Zanim facet wyrobił się z odwróceniem, wyciągnęłam w jego kierunku rękę z torebką.
Popatrzył na mnie i się uśmiechnął, a jego wąs uniósł się razem z wargą.
- Jednak czegoś tam mnie nauczyli - odgryzłam się.
Wiedziałam, że na razie musi zdeponować moje rzeczy, bo to jest dzień zapoznawczy. Nie miałam jeszcze przydzielonej szafki w szatni, a nawet munduru, więc chwilę później w moje ręce trafił biały materiał.
Skrzywiłam się jeszcze bardziej niż na komplementy tego całego Pete'a.
- Przecież to jest kitel lekarski - powiedziałam, rozkładając go tak, żeby mężczyzna zobaczył, co mi dał.
- Gratuluję spostrzegawczości. A niby co miałem ci dać? Wypiszesz kartę z rozmiarówką i innymi pierdołami, to dostaniesz mundur. A teraz musisz się zadowolić byciem doktorką - stwierdził, mlaszcząc.
Wzięłam kolejny głęboki wdech tego dnia. Coś mi mówiło, że definitywnie nie jest to mój ostatni.
Wędrówka od celi do celi przeszła sprawnie i nic, co tam zobaczyłam, mnie nie zszokowało. Zazwyczaj po dwa piętrowe łóżka, toaleta, u niektórych telewizor, no i praktycznie wszędzie kalendarze z gołymi babami. Wszystko to, czego się spodziewałam.
Za to inne pomieszczenia wydawały się już trochę bardziej przerażające. No i krępujące, bo wejście do łazienki nie było czymś, czego koniecznie chciałam doświadczyć już pierwszego dnia.
- Widzenia były stosunkowo niedawno, ale do większości przychodzi albo męska część rodziny, albo nikt. Wiesz, co mam na myśli. - Wyjął z kieszeni pęk kluczy i wybrał ten odpowiedni.
Patrzyłam na niego niepewnie, choć domyślałam się, o co może mu chodzić. Z jakiegoś powodu jednak musiałam to usłyszeć. I niech powie to dosadnie.
- Nie widzieli kobiety od dłuższego czasu. Potrafią zrobić naprawdę popierdolone rzeczy, żeby trafić do ambulatorium, bo tam przyjmuje babeczka. I to stara prukwa, a ty... - Zlustrował mnie wzrokiem, oblizując wargi.
Ilość momentów, kiedy tego dnia chciałam zwrócić niezjedzone śniadanie, właśnie osiągnęła nową liczbę.
Kilka razy zamrugałam z obrzydzeniem i kiwnęłam głową, pospieszając Pete'a.
Wsunął klucz w zamek i już po chwili do moich uszu dobiegły dźwięki lejącej się wody oraz głosy rozmawiających mężczyzn.
Zacisnęłam dłoń w pięść i starając się skupić wzrok na kaflach pryszniców, ruszyłam za oddziałowym.
Przekroczyliśmy próg, a ja zmrużyłam oczy w oczekiwaniu na reakcje osadzonych. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Żadnych gwizdów, krzyków czy zaczepek. Mężczyźni nawet nie obejrzeli się za siebie, żeby zobaczyć, czy ktoś wszedł.
Rozmowy trwały w najlepsze, woda dalej lała się strumieniami, a piana spływała po kaflach prosto do odpływu na samym środku łazienki.
- Teraz kąpią się od sto piątki do sto dziewiątki. Niedługo dostaniesz rozpiskę osadzonych razem z krótkimi opisami na temat tego, kogo omijać szerokim łukiem - zaczął, zwracając się w moją stronę. - Ale już teraz mogę ci wymienić największych delikwentów.
Spojrzałam w stronę osadzonych, czekając, aż usłyszę, do których z nich nie powinnam się zbliżać. Pomijając tych w pełni wytatuowanych, większość wyglądała naprawdę niepozornie. O ile można tak nazwać kryminalistów.
- Perez, cela sto sześć. Tatuaż na mordzie, ciemniejsza skóra, włosy też. Siedzi za przemyty narkotykowe, czyli standard. Ale ma kontakty. - Pete wskazał na prysznic po prawej, gdzie rzeczywiście stał mężczyzna zgodny z opisem. Oliwkowa skóra, ciemne jak węgiel włosy. Z tej odległości widziałam tylko zarys jego tatuażu, który przypominał skrzydło ptaka.
Poczułam dziwne wibracje, idące od karku wzdłuż kręgosłupa. Wzdrygnęłam się, bo para ciepłej wody i zapach piżma przypłynął aż do mojego nosa.
Poprawiłam okulary, ignorując dziwne uczucie, które nie do końca potrafiłam wytłumaczyć.
- Amigo, cela sto osiem. Ten białas z włosami w kolorze gówna. Niezły kanciarz. Groźny, bo ma rodzinę za kratami, a siedzi na dożywociu.
Nie byłam w stanie skupić się na tym, co mówił Pete, bo ciągle czułam na sobie czyjeś spojrzenie. Aczkolwiek gdy tylko rozglądałam się za tym, który był za to odpowiedzialny, nie widziałam nikogo. Wszyscy panowie byli zajęci sobą i dalej nie zauważyli, że coś jest na rzeczy. Staliśmy wystarczająco daleko. Przynajmniej taką miałam nadzieję.
- No i najgorszy. Pierdolony Lancaster. W celi z Amigo. Zna wszystkich, wie wszystko i słyszy przez ściany. - Na chwilę przeniosłam wzrok na Pete'a. - Nie pytaj. Kradł samochody na potęgę, a potem sprzedawał na czarnym rynku. Przynajmniej takie chodzą pogłoski, bo, tak prawdę mówiąc, to gówno mu udowodnili. Chociaż gdyby kózka nie skakała, to by w pierdlu nie siedziała.
- Który to? - dopytałam, bo nie doczekałam się opisu jego wyglądu.
- Łysa pała, o tu, po lewej. - Wskazał głową.
Spojrzałam we wskazane miejsce, ale nikogo tam nie było. Tak samo jak uczucia, że ktoś mnie obserwuje.
- Koniec tego dobrego, osadzeni! Czas na obiadek. Ruchy! - wykrzyczał nagle Pete.
I dopiero wtedy do wszystkich więźniów dotarło, że tym razem nie tylko on tutaj stał.
Patrzyłam na nich, starając się zachować kamienną twarz.
- Nowa lekarka, auu! - usłyszałam pierwsze wycie. Mężczyzna wyszedł spod prysznica i nie myśląc o ręczniku, ruszył w moją stronę kompletnie nagi.
- Stoisz. - Wepchnął się przede mnie Pete. - Stoisz albo trafisz tam, gdzie najbardziej lubisz.
Groźba wydawała się zadziałać, bo brunet zaczął się wycofywać. Powoli, ale się wycofywał.
Odetchnęłam z ulgą, jednak nie znaczyło to, że obyło się bez gwizdów i kolejnego zwycięskiego wycia.
- Po co od razu straszyć kolegę, Kitty? - Do moich uszu doszedł lekko zachrypnięty męski głos. I wystarczyła sekunda, żebym dojrzała jego właściciela.
Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to to, że on przynajmniej potrafił przepasać się ręcznikiem i nie próbował ruszyć na mnie jak byk na czerwoną płachtę. Mężczyzna wyglądał na kilka lat starszego ode mnie. Miał bardzo krótkie, prawie niewidoczne włosy. Nie był jednak kompletnie łysy, jak opisał to Pete. Jego twarz przykrywał kilkudniowy, lekki zarost, a przez usta przechodziła mu kilkucentymetrowa blizna. To na niej skupiłam uwagę, kiedy powiedział:
- Chi ci hai portato?3 - zapytał, zbliżając się do mnie niebezpiecznie blisko. Nie była to niedozwolona odległość, lecz zdecydowanie wystarczająca, żeby sprowadzić mnie na ziemię jednym ruchem.
Nie potrafiłam określić, czy język, którym się posłużył, to hiszpański, czy też może włoski albo coś w podobnych brzmieniach. Mimo strachu i pocących się rąk zastanawiałam się, co takiego powiedział.
- Mów po ludzku, osadzony. - Wtargnął między nas Pete.
Więzień stał w miejscu i wyglądał, jakby nie oddychał. Żaden mięsień na jego torsie się nie poruszał. Chciałam przyjrzeć się jego tatuażom, ale okulary zaparowały mi na tyle, że znowu mało co widziałam.
- Vaffanculo4 - powiedział stanowczo, stając czoło w czoło z Petem.
Instynktownie cofnęłam się o krok, gotowa wołać po strażnika.
Reszta osadzonych przyglądała się tej sytuacji niczym przedstawieniu.
- Lepiej zamknij się już teraz, zanim wlepię ci taki kwit karny, że się nie pozbierasz - słyszałam zdenerwowanie w głosie oddziałowego.
Mężczyzna nachylił się nad Petem, bo pozwalała mu na to różnica wzrostu.
- Proszę bardzo.
2. RUDA
Alessandro
Pochyliłem głowę, patrząc przez ramię na wszystkich gołodupców stojących za mną. Widziałem uśmiechy formujące się na ich twarzach. Sam nie oparłem się tej chęci i uniosłem kącik ust, z powrotem zwracając się w stronę klawisza. Prężył się przede mną, próbując pokazać swoją wyższość. Starał się, jak tylko mógł, bo miał przed kim. Niestety dla niego na nas już to nie działało. Stety dla rudej, bo musiała to tolerować.
- Lepiej porządnie się podetrzyj, osadzony. Nie znasz czasu ani miejsca, kiedy po ciebie przyjdę - odpowiedział na wdechu Kitty, rozglądając się po łaźni z nerwem w oku. Znałem jego pulsującą powiekę aż za dobrze, bo każdy, kto był tu chociaż dłużej niż rok, wiedział, że Baker nie jest postrachem wśród więźniów i ten odruch pojawia się u niego z dużą częstotliwością. - Ruszcie tyłki, obiad sam się nie zje.
Taktyczna zmiana tematu.
Zdobyłem się jedynie na prychnięcie. W głównej mierze to właśnie tak na niego reagowałem. Nie potrafiłem poważnie traktować typa, który skacze wokół każdego, żeby tylko mu się przypodobać, zwłaszcza jeśli mowa o kobietach. To nie pierwsza lekarka, którą już od samego przekroczenia progu odprowadzał wzrokiem. I gdyby nie ten mundur, już dawno wgnietlibyśmy go w podłogę.
Przed pójściem na stołówkę dostaliśmy chwilę czasu, żeby odnieść ręczniki na kaloryfer na korytarzu łaźni.
- Wracam za minutę i macie być gotowi, jasne? - rzucił strażnik po tym, jak inni klawisze skończyli nas przeszukiwać i wpuścili z powrotem do celi.
Odłożyłem na swoje miejsce resztkę mydła, które powoli przestawało przypominać kostkę. Zapisałem w głowie, że czas uzupełnienia zapasów nadszedł szybciej, niż bym sobie tego życzył.
Lubię, gdy w moim rewirze panuje porządek. Zawsze go pilnuję i gdy tylko na horyzoncie pojawia się jakiś nowy kandydat na współlokatora, uświadamiam go, co jest dla mnie ważne. Bo jeśli ktoś miałby przebywać choćby w odległości pięciu metrów ode mnie, to lepiej, żeby nie preferował bałaganu.
Trzymania się zasad nauczył mnie starszy brodacz o imieniu Rick. Gdy tylko tu trafiłem, byłem młodym gnojkiem, który nie wiedział, jak się zachować. Staruszek miał do mnie naprawdę sporo cierpliwości, której pokłady wykorzystywał właśnie do nauczenia mnie priorytetów. Czego warto pilnować, o co warto walczyć, co mówić, a co lepiej zostawić dla siebie. Teoretycznie zwyczajne sprawy, lecz i praktycznie rady, które sprawiły, że tu przetrwałem.
Zgodnie z obietnicą strażnik wrócił po skrupulatnie wyliczonych sześćdziesięciu sekundach. Razem z Amigo wyszliśmy spokojnie na zewnątrz, gdzie ponownie nas przeszukano. Na szczęście Rick nauczył mnie również cierpliwości i z czasem przestało mi to przeszkadzać. Nie zwracałem już uwagi na liczenie, które często musiano wielokrotnie powtarzać. Nie patrzyłem też na to, ile razy dziennie strażnicy mnie macają, by obszukać. Nie denerwowałem się komendami. Żadna z tych rzeczy nie miałaby sensu, bo więzienie bez rutyny byłoby jak buty bez podeszew.
- Pierdolona koperkowa z ryżem. Kto to je, do chuja? Ryż w pomidorowej, okej. Ryż w ogórkowej jeszcze jakoś przeżyję, ale w koperkowej? Niedługo to nam do rosołu to wpierdolą - burzył się Amigo, pociągając nosem.
Kolejka do bufetu ciągnęła się w nieskończoność, a narzekanie kolegi wcale mnie nie uspokajało. Chociaż w jednym miał rację. W naszym więzieniu dodawali ryż do wszystkiego. Makaronu nie widziałem na oczy od miesięcy.
- Może jeszcze powiedz, że do koperkowej z r y ż e m - dosadnie przeliterował - do picia dadzą kompot. Jak będzie kompot, to podejdę do Kitty'ego i przysięgam, zabiorę mu broń i strzelę sobie prosto w łeb.
- Przecież on nawet nie ma broni - odezwał się za moimi plecami typ spod celi sto dziewięć.
Przewróciłem oczami i głośno westchnąłem. Chciałem tylko zjeść ten pieprzony obiad i iść sobie stąd, a znając Amigo, przepuszczenie szansy na dyskusję równało się u niego z zerem.
- Ale się świnia dowala do tej nowej doktorki - dodał z obrzydzeniem Amigo. - On to nawet mnie spróbowałby przelecieć, gdybym tylko nie podcinał końcówek przez dłuższy czas albo skołował jakąś perukę, mówię wam.
Bez wątpienia.
Jakby z automatu przeskanowałem wzrokiem całą stołówkę w poszukiwaniu Bakera i jego nowej ofiary. I rzeczywiście, Kitty machał wąsatą gębą przed tamtą dziewczyną. Amigo skupiał się na ich zachowaniu, jednak moją uwagę od razu zwróciła po prostu jej obecność. Nie powinno jej tu być. Coś mi tu nie grało, bo mógłbym przysiąc, że żaden z nas nie potrzebuje obserwacji, zwłaszcza przy posiłku.
- Tacę, proszę. - Głos Hermana przerwał moje przemyślenia. Od dłuższego czasu to właśnie jemu przypadało przyrządzanie i wydawanie posiłków.
- Wiadomo coś? - zapytałem, nie odwracając wzroku od parki stojącej pod ścianą i skupiając się głównie na reakcjach rudowłosej kobiety. Im szybciej poznam powód, dla którego tu stoi, i zamiary, jakie ma wobec nas, tym lepiej. A nie było lepszej osoby, która mogłaby mi w tym pomóc, niż Herman.
- W sumie to gówno.
Kątem oka widziałem, jak mężczyzna wzrusza ramionami.
Obróciłem głowę w jego stronę i posłałem mu poważne spojrzenie. Nie byłem w nastroju na żarty.
- Dobra, dobra. Nie wiem nic, co mogłoby cię interesować. Na tyłach gadają tylko, że to jakaś młoda dup... - zatrzymał się, kiedy zwęziłem oczy. - Praktykantka.
Podałem tacę nad ladą i kiwnąłem głową.
Właśnie to w nim lubiłem. Nie wiedział wszystkiego, ale wiedział wystarczająco, żeby zaspokoić moje potrzeby. Niestety tym razem były one trochę większe.
Praktykantka trzymająca się z Petem Bakerem. Nie wróżyłem jej świetlanej przyszłości. Nie z nim i nie w tym zakładzie. Nie ze mną w celi naprzeciwko ich siedziby.
Niechętnie zabrałem tacę z miską zupy, drugim daniem i... kompotem. Spojrzałem za siebie i uśmiechnąłem się w duchu, czekając na reakcję Amigo.
Kiedy dochodziłem do stolika, za plecami słyszałem tylko głośne, soczyste "kurwa" opuszczające jego usta.
Zająłem miejsce inne niż zwykle, żeby mieć na oku tamtą dwójkę. Może i gówno obchodziła mnie ta cała praktykantka, ale coś w jej osobie nie dawało mi spokoju. Nuta niewiedzy, której przeciwieństwo było tutaj warte więcej niż złoto. Fajki czy żel pod prysznic mógł kupić prawie każdy. Dogadać się, żeby dostać o kromkę chleba więcej, już tylko wybrani. Myć się jako pierwszy mógł ten najsilniejszy. Ale zdobyć informacje już wyłącznie ten najwytrwalszy.
Ruda stała tuż obok niego. Rozmawiali, ale dziewczyna wydawała się nieobecna w konwersacji. Nie utrzymywała kontaktu wzrokowego z Bakerem, ciągle rozglądała się tak, jakby próbowała spamiętać rozkład stolików i ławek. Skupiała się na wszystkim wokół, tylko nie na rozmówcy. Przygryzała wargę przy mrużeniu oczu. Bardzo możliwe, że coś obliczała albo zastanawiała się, który z nas będzie najłatwiejszym celem tego, po cokolwiek tu przybyła.
Złapałem za łyżkę i powoli zanurzyłem ją w zupie, która kolorem przypominała naprężoną skórę na moich knykciach. Zawsze zaciskałem palce na sztućcach, bo te, które nam dawali, były proste jak drut. Wyginałem je tak, jak mi to odpowiadało, i dopiero wtedy byłem w stanie coś zjeść.
Ruda zatrzymała się wzrokiem przy moim stole, bardzo powoli obrzucając spojrzeniem siadających przy nim facetów.
- Jakby w kantynie nie sprzedawali szlugów, to już dawno bym zdechł po tym chłamie, który nam tu serwują. - Dosiadł się do mnie Amigo.
- To i tak smakuje lepiej niż to, co gotowała mi ta suka w domu. - Dołączył do nas Perez i usiadł obok chłopaka. Tych dwóch było jak ogień i woda, tyle że jakimś cudem mimo różnic potrafili się ze sobą dogadać. Szczerze mówiąc, to ich więź była na tyle silna, że mogliby za siebie zginąć. Przynajmniej widziałem to ja, bo ktoś obcy nigdy nie nazwałby ich nawet przyjaciółmi. Wyglądali trochę jak ojciec z synem, a zachowywali jak sąsiad z sąsiadem.
- Która? Teściowa czy żona? - dopytał młodszy z nich, czyli Amigo. Siorbał wodę z zupy, próbując odepchnąć łyżką pływające w niej białe, napęczniałe ziarenka.
Zignorowałem ich konwersację, skupiając się na sytuacji wokół. Obserwowałem, jak praktykantka przelatuje wzrokiem po sylwetkach ich obu, a potem w końcu zatrzymuje się na mnie.
Wsadziłem do ust łyżkę z samą wodą z zupy, nie odrywając wzroku od rudej.
- Siostra - odpowiedział Perez.
Dokładnie w tym samym czasie strażnik powędrował ręką na ramię dziewczyny. Wyjąłem łyżkę z ust i z powrotem zanurzyłem ją w misce. Opuściłem się na ławce, bardziej rozsuwając nogi, gotowy zareagować. Znałem pieprzonego Bakera zbyt dobrze i już wiedziałem, co się święci. Nieraz doprowadzał mnie do porzygu, jednak nie zawsze byłem w stanie zrobić coś więcej, choćbym nie wiem, jak bardzo tego chciał.
- To ty masz siostrę? Też ma podbród w kształcie dupy? - zaśmiał się Amigo.
A kiedy Perez zamierzał wstać, żeby przemówić mu do rozsądku, wtrąciłem się ja:
- Zamknijcie się, kurwa. - Odepchnąłem od siebie stół, który zaszurał pod naciskiem moich dłoni.
Baker trzymał łapy na rudej, a ona ewidentnie sobie tego nie życzyła. Próbowała dać mu to do zrozumienia przez odsunięcie jego dłoni. Próbowała, aczkolwiek Baker podśmiechiwał się, jakby myślał, że to wszystko jest jebanym żartem. Jakby kogokolwiek oprócz niego miało to bawić.
Nie potrafiłem patrzeć na to obojętnie, nawet kiedy działo się to osobie, która właśnie taka dla mnie była. Obojętna.
- Coś nie tak, osadzony?! - krzyknął przez salę oddziałowy, reagując na dźwięk odsuwanego stołu.
- Zupa jest, kurwa, słona. - Podniósł się nagle Perez, wtrącając się w naszą walkę na spojrzenia.
- I ma w sobie ryż. Ryż w jebanej koperkowej. Też tak jesz, Kitty? - Dołączył się niespodziewanie Amigo.
I tak właśnie było. Żaden z nich nie wiedział, o co poszło ani o co mi chodziło, ale i tak stanęli za mną murem. Bo to byli moi ludzie. Ci, dla których warto było coś stracić i dzięki którym opłacało się zyskiwać.
Oddziałowy błądził wzrokiem między nami a rudą i strażnikiem stojącymi za kratami. Wystarczyła sekunda, by jego mina ze zdenerwowanej zmieniła się w usatysfakcjonowaną. Tak po prostu, zamiast jakkolwiek zareagować, uśmiechnął się i oznajmił:
- Koniec żarcia. Nie pasuje, to z powrotem do celi.
Te słowa spotkały się dokładnie z tym, czego się spodziewałem.
Dla kogoś z zewnątrz byłoby to tylko odebranie nam posiłku. Jedno czy dwa dania mniej na dzień. Z pozoru niewielka strata, bo, jak to zwykł mawiać Rick, z głodu jeszcze nikt się nie zesrał.
Tak było dla innych, ale dla nas to było coś więcej. Każdy zabrany przywilej był ujmą na honorze i skreśleniem.
Krzyki i gwizdy to tylko skrawek tego, do czego byliśmy zdolni. Rozpętaliśmy burzę. Talerze latały wszędzie, razem z jedzeniem, którego nawet nie zdążyliśmy tknąć.
Metalowa taca musnęła moje ramię i wylądowała prosto na ścianie, dokładnie centymetr od głowy oddziałowego. Ruda odskoczyła na bok, a Baker, wykorzystując sytuację, zasłonił ją własnym ciałem.
Bohater roku, który jeszcze przed chwilą sam powinien zostać spacyfikowany.
Robiąc to, patrzył mi prosto w oczy. Zaśmiałem się więc pod nosem i splunąłem na podłogę, utrzymując kontakt wzrokowy do momentu, w którym opuścili stołówkę.
Nie minęło zbyt wiele czasu, choć ciągnące się dźwięki uderzających o stolik palców Amigo powoli doprowadzały mnie do szału.
- Jak zabiorą mi widzenia... - mówił pod nosem, kręcąc głową. Dobrze wiedział, że go słyszę, a i tak próbował szeptać.
- Niczego ci nie zabiorą. Wziąłem całą winę na siebie, więc nie mają prawa was nawet tknąć - wyjaśniłem zgodnie z prawdą. Amigo i Perez byli czyści, a całość zamieszek wylądowała na moim koncie.
Niedługo po wyjściu Bakera i rudej klawisze wyższego stopnia zrobili nalot na stołówkę. Uzbrojona atanda wparowała na salę, posłała wszystkich na posadzkę i wyprowadziła sprawców zamieszania. Amigo, Perez i ja trafiliśmy prosto do wychowawcy, a teraz czekaliśmy na decyzję o ukaraniu.
Nie spodziewałem się niczego wielkiego, bo przecież nie miałem wpływu na to, jak zachowali się inni osadzeni. Chociaż i tak przejąłem na siebie wszystko to, co padło z ust Amigo i Pereza, w zamian za ich pomoc. Nie mogłem zostawić ich na lodzie, bo gdyby nie oni, to wszystko mogłoby skończyć się o wiele gorzej. A na to nie mogłem sobie pozwolić.
Nie wiedziałem jednak, jakiego wymiaru kary mogę się spodziewać. Nie interesowały mnie żadne widzenia, praktycznie nie korzystałem z telefonów, a paczek żywieniowych nie miał mi kto wysyłać. Mogli odbierać mi to do woli.
Nagle usłyszeliśmy otwierający się zamek. Amigo zerwał się z krzesła, przełykając gulę w gardle, co usłyszałem aż z drugiego końca celi.
Gdy tylko drzwi się otworzyły, już wiedziałem, co zaraz nastąpi.
Dwóch uzbrojonych strażników podeszło bliżej drzwi, patrząc prosto w moją stronę. Wstałem z łóżka i od razu obróciłem się tyłem do nich, składając ze sobą palce u dłoni. Położyłem je na głowie, nawet nie myśląc o protestowaniu. Mogłem się tego spodziewać, zwłaszcza że zadarłem z Petem, który choć wśród więźniów nie miał praktycznie żadnego autorytetu, to u wychowawców i kierownika jego zdanie liczyło się już o wiele bardziej.
Strażnicy skuli mnie i bez słowa wyciągnęli z celi. Właśnie wtedy zobaczyłem Bakera i rudą. Durny uśmieszek nie schodził mu z ust. Dziewczyna stała tuż za nim, zapisując coś na pliku kartek przypominającym zeszyt. A przecież zaprowadzenie więźnia do izolatki wcale nie wymagało obecności lekarki. Tym bardziej nie takiej, która robi notatki. Nie takiej, która jest praktykantką.
3. ALARMOWA CIEMNOŚĆ
Veronica
Spięłam mięśnie ramion, czując, że ten dzień nie przyniesie niczego dobrego. Będzie długi, mozolny i, co najważniejsze, stresujący. Znowu.
Od rozpętania wojny na stołówce minęło czterdzieści osiem godzin. I dokładnie tyle jeden z osadzonych spędził za to w izolatce. Nie miałam dostępu do tamtej części więzienia, więc mogłam jedynie wyobrazić sobie, przez co musiał przechodzić. Zamknięty w czterech ścianach, osaczony małą ilością miejsca. Z kawałkiem materaca na prawie całej długości pomieszczenia. Nawet bez głupiej poduszki, żeby w razie wystąpienia ataku paniki nie próbował się nią udusić.
Myśląc o jego sytuacji, zastanawiałam się również nad tym, jak na mnie wtedy patrzył. Kiedy stałam przed celą, żeby doświadczyć momentu, w którym zabierają kogoś do izolatki. Żeby przyzwyczaić oczy do widoku, który wbrew pozorom wcale nie jest tutaj, za murami, taki rzadki.
Patrzył na mnie tak, jakby obarczył mnie winą za to, do czego sam doprowadził.
Pete uprzedził mnie, że osadzeni często wypierają się odpowiedzialności za swoje czyny. Często zrzucają ją na innych, żeby tylko w jakiś sposób rozłożyć winę na większą liczbę osób. Ale nie Lancaster. Mimo że z mojej perspektywy sytuacja na stołówce wydawała się jasna, on wziął na siebie cały wymiar kary. A przecież na własne oczy widziałam, że nie do końca był jedynym prowodyrem tego, co miało miejsce.
Baker ostrzegał mnie właśnie przed nim i tego musiałam trzymać się jak ognia. Najważniejsze było zachowanie dystansu, niewdawanie się w dyskusje i po prostu zajmowanie się robotą. Problem w tym, że ta praca wykluczała każde poprzednie postanowienie. Miałam nauczyć czegoś tych ludzi i pokazać im, że jest dla nich szansa, nieważne, czego się dopuścili.
Poprawiłam okulary, bo jak zwykle zsunęły mi się z nosa przez zapadnięcie w kości. Czekałam i czekałam, opierając się plecami o ścianę. W duchu nuciłam piosenki mojej ukochanej Beyoncé, żeby choć trochę rozluźnić napięcie w powietrzu. Rytmiczne uderzanie palcami o ścianę w niczym mi jednak nie pomagało. Gapiłam się w głąb korytarza, coraz mocniej zaciskając palce drugiej dłoni na notesie. Nosiłam go, żeby chociaż mniej więcej rozpisywać sobie zachowanie więźniów, bo to miało pomóc mi w ułożeniu planu zajęć.
Im dłużej bezczynnie czekałam na idącego z obstawą strażników Lancastera, tym bardziej to wszystko wydawało mi się jednym wielkim skazaniem.
Tyle że tym razem moim.
Gdy tylko do moich uszu dotarły dźwięki butów uderzających o posadzkę, odwróciłam wzrok. Oczywiście, że wokół mnie nie było nic prócz pieprzonych białych ścian. Kto by się spodziewał, że w więzieniu nie będzie na czym oka zawiesić...
Gula w moim gardle narastała wraz z częstotliwością kroków. Westchnęłam i właśnie wtedy kątem oka zauważyłam kartkę wystającą z mojego notesu. Branie go ze sobą z początku wydawało mi się bezsensowne, ale teraz przedmiot okazał się moim zbawieniem. Otworzyłam go zwinnym ruchem i przekartkowałam, póki nie zatrzymał się mniej więcej w połowie. Kliknęłam długopisem o brodę, po czym przyłożyłam go do kartki.
Kroki stawały się coraz głośniejsze i coraz bardziej dudniły mi w uszach. Chcąc skupić się na swoich myślach, zacisnęłam palce na długopisie i zapisałam kawałek piosenki, która utkwiła mi w głowie.
My haunted lungs
Ghost in the sheets
Strażnicy minęli mnie bez słowa. Podmuch chłodnego powietrza musnął skórę na moich rękach, co od razu wywołało na nich gęsią skórkę. Nie patrzyłam w stronę mężczyzn, zaciekle skupiając się na wypisywaniu słów i bazgraniu gdzieś między linijkami.
- Pod ścianę - odezwał się jeden z facetów po tym, jak rozsunął zasuwę w drzwiach od celi. Dźwięk zamków w więzieniu był na tyle charakterystyczny, że nie trzeba było się do niego długo przyzwyczajać.
Otwarcie drzwi równało się z kolejną falą chłodu, która tym razem musnęła mój kark. Wyciągnęłam rękę do tyłu, żeby przetrzeć wrażliwą skórę. Robiąc to, poczułam, jak z drugiej dłoni wysuwa mi się notes. Przekrzywiłam się na jedną stronę, próbując jakoś go złapać i uratować przed upadkiem, ale moje starania poszły w diabły razem z kartkami, które pofrunęły na różne strony i wylądowały na posadzce razem z długopisem.
Przeklęłam pod nosem dzień, w którym luzem wsadziłam do niego wszystkie swoje notatki z wykładów. Zamiast pozostać niezauważalna, zwróciłam na siebie uwagę strażników i osadzonych. Teraz razem mogli oglądać moje powykrzywiane rysunki kwiatów, pozakreślane różowym pisakiem tematy, a co najgorsze, pieprzone kutasy nabazgrane na marginesach.
Świetny sposób na nudę, Ronnie, naprawdę.
Myślałam, że w tej chwili zapadnę się pod ziemię. Schyliłam się i czym prędzej zaczęłam zbierać wszystkie papiery na jedną kupkę, którą później najwyżej wsadziłabym pod spódnicę.
Biorąc do ręki ostatni papier, spojrzałam w górę, bo chciałam określić status tego, jak bardzo mam przejebane. A mój wzrok spotykający się z unoszącym się kącikiem ust Lancastera, który ewidentnie patrzy mi przez ramię na jeden z kompromitujących mnie rysunków, był definicją słowa "przejebane".
Boże.
Dosłownie w sekundę przytuliłam wszystkie papiery tak, żeby już nikt nie widział ich zawartości. Niby drzwi celi zdążyły się już zamknąć, ale mój mózg dalej nie potrafił pozbyć się widoku osadzonego czującego satysfakcję z tego, jak się załatwiłam.
Cała ta sytuacja poskutkowała tym, że szłam za Petem z wypiekami na twarzy.
- Połóż sobie to wszystko na moim biurku. Czuj się jak u siebie w domu, możesz się rozsiąść, a ja pójdę po kawę do dyżurnego - oznajmił, wprowadzając mnie do swojego gabinetu. - Sypana czy rozpuszczalna?
Podniosłam na niego wzrok, który, jak miałam nadzieję, mówił: "mojito z podwójnym lodem". I chyba idealnie odwzorowałam to, co miałam na myśli, bo Pete uniósł brwi w konsternacji i bez słowa opuścił pokój, zamykając za sobą drzwi.
Dopiero wtedy odetchnęłam z ulgą, rzucając wszystko to, co wypadło z mojego notesu, na jego biurko. Obeszłam je i złapałam za oparcie materiałowego fotela stojącego za nim. Usadowiłam się na krześle, rozglądając się po biurze Pete'a.
Pokój nie należał do największych, mieścił w sobie tylko najważniejsze rzeczy. Dwie duże szafy, których drzwi się nie domykały, sporych rozmiarów biurko i fotel, który przeżył już swoje lata świetności, bo siedząc na nim, czułam wbijające mi się w tyłek sprężyny.
Nie marnując czasu, zabrałam się za układanie kartek na swoim miejscu. Wszystkie rysunki, obliczenia, notatki, zapiski, przepis na kurczaka curry i... karteczka?
Zmarszczyłam brwi, bo kolor papieru mocno odbiegał od tego, którego zazwyczaj używałam. Nie przypominałam sobie też, żebym kiedykolwiek rwała go w taki sposób. Ani żeby ten papier okazał się ściernym, na którym zapisywałabym słowa w języku, który pierwszy raz w życiu widzę na oczy.
Suonera l'allarme.
A nie, po przeczytaniu to już wszystko rozumiem.
- Co tam znowu oglądasz? - zapytał Pete, wchodząc do biura. Spojrzałam na niego i pierwsze, co wpadło mi w oko, to jego przygrubawa dłoń ledwo trzymająca dwa przeźroczyste kubki. Co prawda żaden z nich nie wyglądał, jakby jego zawartością było mojito, ale unoszące się kostki lodu były wystarczające, żeby przekonać mnie do wypicia, czymkolwiek by nie był ten napój.
- Nic ważnego.
Zgniotłam karteczkę i wrzuciłam ją do kosza na śmieci stojącego pod biurkiem. Musiałam wziąć czyjąś notatkę z jakichś zajęć. Normalnie papier ścierny z napisami po drugiej stronie powinien zaniepokoić człowieka. Ale nie studentkę. Owszem, zdziwiłam się, ale nie ze względu na typ papieru. Mnie bardziej zaskoczyło to, że jakiś student w ogóle robił notatki.
Pete usiadł na skraju biurka i nachylił się w moją stronę. Nie byłam pewna, czy znowu próbuje się do mnie przystawiać, czy może ma w swoim grafiku testowanie upadku z wysokości biurka. Możliwe, że obydwie opcje wchodziły w grę.
- Dzisiaj był trochę dym w dwójce, bo skurczysyny się pobiły. Dlatego pomyślałem, że skoro już tak dobrze wyglądasz za moim biurkiem, zostaniesz tutaj do końca dnia i ogarniesz kilka pomniejszych spraw. - Uśmiechnął się, wyszczerzając zęby.
Odwzajemniłam uśmiech, ten mój jednak przypominał bardziej skrzywienie jak przy jedzeniu kwaśnych żelków za dzieciaka.
- A co dokładnie miałabym robić?
Zadając wtedy to pytanie, nie pomyślałabym, że przez ogarnięcie kilku spraw Baker ma na myśli dosłowne posprzątanie jego biura. I to nie tak, że segregowałam ważne akta czy odbierałam jakieś telefony i maile. Nie, ja ścierałam kurze szmatką trzymającą się przy życiu dzięki jednej obślizgłej nitce.
Pete Baker był syfiarzem jakich mało. Przy tym, co zastałam, nawet mój pokój wydawał się krystaliczny niczym woda z lodowca. Sterty teczek, komputer sprzed wieku chodzący głośniej niż odkurzacz i pełno pierdół, które nie miały swojego miejsca.
Po dłuższym czasie spędzonym w stęchliźnie bez okna czy klimatyzacji człowiekowi zaczynało się kręcić w głowie. A fakt, że w mojej dalej leciały fragmenty Haunted, w niczym nie pomagał. Wręcz przeciwnie, bo z czasem zaczęłam czuć, że albo dla świętego spokoju przesłucham tę piosenkę, albo nigdy nie pozbędę się z głowy jej melodii.
Wyjęłam słuchawki z kieszeni i od razu włożyłam je do uszu. Szum starego komputera momentalnie ustał, a ja dziękowałam panu ze sklepu z elektroniką, że namówił mnie na droższy model z wygłuszeniem świata zewnętrznego.
Złapałam za telefon i włączyłam na nim piosenkę, nie pomijając jej intra, i odłożyłam go z powrotem na biurko. Sięgnęłam po podręczny odkurzacz i ruszyłam do drzwi, na których, o ironio, też był kurz. Dużo kurzu.
Przejechałam urządzeniem po każdym najmniejszym skrawku. Najgorzej było dotrzeć do zagięć przy szybie, na którą ktoś nakleił mozaikę. Dziadostwo tak zarosło brudem, że ledwo co było przez nie widać, zwłaszcza że korytarz za drzwiami był dosłownie czarny od ciemności. Istniała też opcja, że naklejka na szybie jest aż tak brudna, w co byłam bardziej skłonna uwierzyć.
Cofnęłam się po szmatkę i nasączyłam ją wodą, po czym wróciłam na poprzednie miejsce. Przycisnęłam ją mocno do szyby, trąc z całej siły, aczkolwiek warstwa syfu nie chciała zejść. Wychodziło więc na to, że brud przeżarł się przez szybę na drugą stronę. Czy jakkolwiek mnie to dziwiło? W żadnym razie.
Otworzyłam zamek od wewnątrz i popchnęłam drzwi, gasząc przy tym światło. Właśnie wtedy nastała kompletna ciemność, bo to nie brud okazał się przyczyną tego, co wcześniej widziałam. A raczej czego nie widziałam.
Przełknęłam ślinę, zaciskając palce na ścierce tak mocno, że woda spłynęła wielkimi kroplami na moje nogi i podłogę obok nich. Obróciłam się i starając się nie panikować, próbowałam z powrotem otworzyć drzwi gabinetu Bakera. Jednak cokolwiek bym nie zrobiła, te ani drgnęły.
Zatrzasnęłam drzwi do jedynego pomieszczenia w zasięgu wzroku. Do jedynego, które znałam w tym skrzydle budynku. Do mojej jedynej drogi ucieczki przed tym, co mnie czekało. Nie żeby coś rzeczywiście na mnie czekało, ale oglądanie horrorów więziennych dzień wcześniej właśnie odezwało się głośnym skrzypnięciem tuż za mną.
Muzyka w słuchawkach lekko przycichła. Nie zamierzałam jej jednak wyłączać, bo wtedy to już bym totalnie spanikowała. Bo przecież teraz wcale nie panikuję.
Wzięłam głęboki wdech i postanowiłam znaleźć najbliższego strażnika. W końcu na pewno ot tak by stąd nie wyparowali, zwłaszcza jeśli dostęp do prądu został odcięty. Dlaczego w tym pieprzonym więzieniu nie ma procedur na takie momenty? Zadałam sobie to pytanie i przypomniało mi się, jak drugiego dnia wyrzuciłam ulotkę z mapą zakładu i jakimiś wskazówkami.
No to ten...
Przycisnęłam plecy do zimnej ściany, dociskając do niej też mokrą ścierkę. Jeśli miałabym się zgubić, znajdę drogę powrotną po plamach na ścianie. Może powinnam była studiować kryminologię, a nie resocjalizację.
Ruszyłam do przodu, pamiętając, żeby rzeczywiście pozostawiać po sobie ślad, bo ten pomysł nie był wcale taki głupi. Na moje szczęście korytarz początkowo był głównie prostą drogą. Robiłam tylko małe kroki, a cała ta sytuacja wydawała się tak niemożliwa, a zarazem komiczna, że gdybym właśnie nie trzęsła portkami, wyśmiałabym sama siebie.
Jednak huk tuż po mojej lewej stronie szybko wymazał z mojej głowy jakiekolwiek chęci do podniesienia kącika ust choćby w zwykłym uśmiechu. Nawet słuchawki nie wytłumiły dźwięku, który zjeżył każdy włos na moim ciele. Poderwałam się z miejsca, bo przecież i tak nie wiedziałam, gdzie uciekać. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że przecież przez cały ten czas mogłam zwyczajnie użyć latarki w... telefonie, który był zatrzaśnięty w biurze Bakera. No tak.
Obróciłam głowę, jednak ani po lewej, ani po prawej stronie nie widziałam żywej duszy. Przynajmniej do momentu, aż nie poczułam bardzo żywych dłoni przyciskających mnie do przeciwnej ściany z ogromną siłą.
To wszystko działo się tak szybko, że nie byłam w stanie choćby pisnąć. Szmatka wypadła mi z rąk i wylądowała na podłodze tuż obok mojej stopy, wydając z siebie mokry odgłos. Odruchowo złapałam się ściany, po której płynęły spienione krople wody. Przy uderzeniu jedna ze słuchawek również upadła na ziemię i poturlała się gdzieś w czeluściach ciemności.
Dopiero wtedy do moich uszu dotarł wcale nie tak cichy odgłos alarmu, który mieszał się z zapętlonym Haunted, lecącym w słuchawce znajdującej się w moim drugim uchu.
You want me?
I walk down the hallway
Próbowałam wyrwać się spod nacisku silnego ramienia, które dociskało moją klatkę piersiową ciasno do betonu. Ale nic z tego, bo nie dość, że nie widziałam twarzy napastnika, to jeszcze uczęszczanie na siłownię wpisane w moje CV było kłamstwem. Jeśli właśnie nastał czas mojej śmierci, to mogę przyznać się do kilku ściem.
- Wcale nie jesteś doktorem - odezwał się w końcu mój napastnik.
Zapewne normalnie odpyskowałabym, że jest niezmiernie spostrzegawczy, lecz biorąc pod uwagę, że niedługo mój żywot może dobiec końca, wolałam pozostawić ten komentarz dla siebie.
- N-nie... - wykrztusiłam, kiedy nasilił nacisk przedramienia.
You're lucky
The bedroom's my runway
Światło zamrugało lekko, ale jego barwa i moc nie były wystarczające, żeby jakkolwiek pomóc mi zidentyfikować gościa, który mnie przygniatał. Mimo wszystko ratowało mnie to, że prąd prawdopodobnie wróci szybciej, niż mógłby się tego spodziewać. Przekonałam się o tym, kiedy złapał moje okulary i jednym ruchem zdjął mi je z nosa. Bez nich nawet w pełnym słońcu nie wiedziałabym, czy przede mną stoi facet, czy może fontanna.
Mój oddech przyspieszył na tyle, że już nie byłam w stanie powstrzymać nadchodzącej fali paniki. Bałam się.
Slap me
I'm pinned to the doorway
- Więc kim jesteś, Ruda? - zaakcentował ostatnie słowo, przenosząc swoje przedramię odrobinę wyżej tak, żeby stykało się z moim gardłem.
Ledwo przełknęłam ślinę. Chciałam zacząć krzyczeć, ale strach zwęził moje gardło na tyle, że nie przeszłoby przez nie ani jedno słowo.
Napastnik nie odzywał się głośno. Szeptał, przybierając przy tym taką barwę głosu, że każde wypowiedziane przez niego słowo brzmiało, jakby opuszczało inne usta.
- Kim jesteś? - powtórzył już nieco wyraźniej, opierając wolną rękę tuż obok mojej głowy. Uniemożliwiał mi tym jedyną drogę ucieczki, na którą i tak nie dałabym rady się zdobyć.
Sparaliżowało mnie całą, a palce u stóp zdrętwiały mi od mrowiącego uczucia.
- Nikim! - krzyknęłam, w końcu zbierając się na odwagę.
Ewidentnie mu się to nie spodobało, bo od razu zasłonił mi usta dłonią. Otworzyłam szerzej oczy, czując, jak coraz szybciej tracę powietrze. Na tyle szybko, że dotarło do mnie, że teraz to on decyduje, kiedy i czy w ogóle będę oddychać.
- Cz-czego chcesz? - wydukałam w jego palce łamiącym się głosem. Nie byłam pewna, czy cokolwiek z tego było dla niego zrozumiałe, ale musiałam spróbować.
Kiss, bite
- Niczego. Ja nie muszę niczego chcieć, Ruda - odparł z łagodnością, jakiej jeszcze u niego nie słyszałam. - Ja po prostu biorę.
Zamknęłam więc oczy, czekając, aż coś mi zabierze. Mógłby wziąć ode mnie wszystko, czego by chciał, byleby tylko nie robił mi krzywdy. Ale napastnik postąpił inaczej.
Puścił mnie.
Puścił i zniknął, zostawiając mnie zetkniętą ze ścianą na ugiętych kolanach. A jedyną rzeczą, którą sobie przywłaszczył, były moje okulary.
4. CIERPLIWOŚĆ MALOWANA FARBKAMI
Veronica
- Ten debil Frank z administracji - przywitały mnie przepełnione złością słowa Bakera.
Jak się okazało, awaria w dostawie prądu była sprawką Franka, który zasnął na konsoli, wyłączając dostęp do światła w połowie skrzydła. To wszystko skutkowało włączeniem się alarmu, bo prąd nie wrócił przez czas powyżej piętnastu minut. Niestety, mimo uzyskania odpowiedzi na te wszystkie pytania, dalej nie znałam tej najważniejszej.
Kim był mój napastnik?
Gdy brałam ścierkę z podłogi, dotarło do mnie, że nie tylko moje okulary mu się spodobały. Słuchawka, która wypadła z mojego ucha, zniknęła razem z nimi. Istniała też opcja, że po prostu jej nie widziałam, bo brak okularów dawał mi się we znaki tego, a także i kolejnego dnia na praktykach.
Z początku myślałam, że nie mogłoby być aż tak źle, bo przecież czasem zdarzało mi się ich nie wkładać i wyjść wyrzucić śmieci. Tyle że trafienie workiem do kubła wielkości samochodu było odrobinę łatwiejsze niż próba wsadzenia klucza do zamka odzwierciedlającego rozmiar małego palca. Sfrustrowana musiałam prosić sąsiadkę o pomoc w zamknięciu drzwi, a potem tłumaczyć się, że prysnęłam sobie cytryną w oko i dlatego nic nie widzę. Byłam pod wrażeniem swoich pomysłów. Szkoda tylko, że nie potrafiłam wymyślić wystarczającej wymówki, kiedy w autobusie dopadł mnie kontroler biletów. Niby mogłam mu zdradzić wersję wydarzeń zgodną z prawdą, ale wątpię, czy uwierzyłby, że nie dałam rady trafić biletem w kasownik.
Zatem dotarcie do zakładu zajęło mi zdecydowanie zbyt dużo czasu, a mandat sprawił, że straciłam środki, za które mogłabym kupić nowe okulary.
Jeden facet pozbawił mnie możliwości widzenia, a drugi kasy, która mogłaby to naprawić.
Na szczęście w jakimś stopniu uratowały mnie soczewki kupione w aptece obok przystanku. Może i nie były idealnie dopasowane do mojej wady, ale spełniały swoje zadanie i pozwalały mi widzieć. Jako tako, ale widzieć.
Długo zastanawiałam się, jak zgłosić ten incydent. Głównie dlatego, że brak prądu równał się z brakiem monitoringu. A nawet jeśli ten by działał, na korytarzu panowała kompletna ciemność, która nie pokazałaby nic więcej niż czarny ekran. Jeśli większość pracowników jest jak Pete Baker, który ledwo co ogarnia, albo taki Frank, wyłączający prąd przy zaśnięciu, to ja podziękuję za taką pomoc.
Mimo wszystko nie zamierzałam tego bagatelizować i zapytałam Pete'a, gdzie powinnam się z tym udać. Mężczyzna zbył mnie, tłumacząc się, że kierownik i tak ma za dużo na głowie po ostatnich zamieszkach i nie będzie miał dla mnie czasu. W rzeczywistości wiedziałam, że chce kryć wybryk Franka, który był jego przyjacielem. Zdążyłam już zauważyć, że był on jedyną osobą, która toleruje Bakera. Może dlatego, że Frank był głuchy jak pień. Może.
Przygotowując się na moje pierwsze zajęcia, musiałam zaopatrzyć się nie tylko w materiały, lecz także i w wytrwałość. Zdawałam sobie sprawę z tego, że osadzeni pokroju Pereza czy Amigo nie zareagują dobrze na to, co dla nich zaplanowałam. Nie tylko ze względu na to, że byli facetami z krwi i kości, ale również dlatego, że zajęcia prowadzić miałam ja. Praktykantka zastępująca faceta, który podobno puszczał im filmy akcji z gołymi babkami w roli głównej. Nie byłam pewna, jak miało to przygotować ich do powrotu do życia poza więzieniem, ale żaden z nich nie wydawał się narzekać na taki obrót spraw.
Zastanawiałam się tylko, jakim cudem ktoś z góry na to zezwalał, lecz kilka dni w Harp Prison pokazało mi, że tutaj dużo rzeczy niekoniecznie działało tak, jak powinno.
Kiedy strażnik wpuścił mnie do sali, w której miały odbyć się zajęcia, nie widziałam w niej za dużego potencjału. Szare ściany, na których jedyną ozdobą była ciemnozielona tablica kredowa. W rzędach stało kilka krzeseł ze stolikami niedużej wielkości. Aczkolwiek to po prostu musiało mi wystarczyć.
Na szczęście nikt nie powiedział mi, że nie mogę ingerować w infrastrukturę.
Położyłam wielką torbę na biurku i sięgnęłam do torebki, z której wygrzebałam jedną słuchawkę. To też musiało mi wystarczyć.
Włączyłam What is Love od Haddaway i zabrałam się do pracy.
Wyjęłam z torby plastikowe kubeczki, które rozłożyłam na rogach stołów. Do każdego z nich nalałam zimnej kranówki i dołożyłam po pędzelku. Większość z nich nie była w najlepszym stanie, bo poznała młodzieńcze lata mojego młodszego brata. Wyżywał się na tych pędzlach i farbach niczym rozemocjonowany nastolatek. A jego "osiem" nie miało jeszcze końcówki "naście".
Musiałam pożyczyć od niego przybory szkolne, bo nie byłoby mnie stać na wykupienie ich dla każdego z osadzonych. A mimo wszystko przynajmniej jakaś część z nich zasługiwała na coś więcej niż gapienie się na gołe tyłki biegających na ekranie bab.
Do stolików dołożyłam po kartce, która musiała posłużyć im za płótno. Improwizowałam, jak tylko mogłam, a w mojej torbie znajdowała się jeszcze jedna niespodzianka, która mogłaby ułatwić to i owo.
Kiedy wszystko było już na swoim miejscu, złapałam za kredę i drukowanymi literami napisałam na tablicy temat dzisiejszego spotkania:
Cierpliwość.
Z odbiorem tematu zajęć dużo się nie pomyliłam. Wchodzący osadzeni kolejno klęli pod nosem, czytając napis umieszczony na tablicy. A gdy tylko dostrzegli to, co czekało na nich przy stołach, dosłownie oszaleli. Do tego stopnia, że strażnik uciszył ich, uderzając pałką w kraty drzwi.
- Panowie, rozumiem poruszenie, ale proszę, żebyście pochopnie nie oceniali tych zajęć - zaczęłam, czując, jak momentalnie zasycha mi w gardle, bo wszystkie oczy skierowały się na mnie. Oczy wytatuowanych facetów, którzy wyglądali, jakby nosili telewizory pod pachami. Facetów, którzy właśnie siedzieli jak w szkolnych ławkach z farbami plakatowymi mojego ośmioletniego brata na blacie.
Moja próba powstrzymania śmiechu była na granicy ze strachem, który przepełniał mnie z góry na dół. Kiedyś w końcu musiał być ten pierwszy raz, a ja swój zaczynałam z grubej rury.
- A co stało się ze starym, dobrym Hectorem? - zapytał nagle blondyn siedzący w pierwszym rzędzie.
- Prosiłabym was o wzajemny szacunek i podnoszenie ręki, kiedy chcielibyście przekazać coś reszcie. - Starałam się brzmieć jak najbardziej dyplomatycznie, a zarazem miło i grzecznie. Zapomniałam tylko, że mówiłam do ludzi, którzy nie do końca przepadali za wydawaniem im poleceń.
Blondyn uniósł brew i złapał za kraniec stolika, ściskając go tak, że praktycznie słyszałam upadające z niego wióry.
- To był taki żarcik, oczywiście. - Zaśmiałam się idiotycznie, czując, jak w minutę spociłam się bardziej niż w wakacje, kiedy próbowałam ćwiczyć pilates na balkonie. - To tak na rozluźnienie atmosfery. - Odchrząknęłam. - Teraz przejdźmy wreszcie do konkretów.
Patrzyłam na nich ze strachem, który próbowałam ukryć pod szerokim uśmiechem. Nie byłam tylko pewna, czy działał, bo wszyscy panowie gapili się na mnie ze śmiercią w oczach. Taką niefajną śmiercią.
- Pan Hector niestety musiał zostać przeze mnie zastąpiony. Jak wiecie lub nie, jego żona urodziła dwójkę wspaniałych dzieci, którymi musi się teraz opiekować - wspomniałam, choć chyba nie powinnam. - Mam nadzieję, że mimo wszystko uda się nam jakoś zgrać i z moich zajęć wyjdziecie równie zadowoleni, co po... - przerwałam, a na końcu języka została mi wspominka o jawnym oglądaniu przez nich porno. - Tamtych zajęciach.
Mężczyźni szeptali coś między sobą, a niektórzy z nich zdawali się bliscy zaśnięcia mimo pozycji siedzących. Czyli nie jest aż tak źle.
- Zanim zaczniemy, czy są jakieś pytania? - Oparłam się pośladkami o biurko. Walczyłam sama ze sobą, żeby nie spleść rąk pod piersiami. Nie chciałam, żeby moja pozycja pozostawała zamknięta wtedy, kiedy próbuję sprawić, żeby osadzeni się na mnie otworzyli.
Przeczekałam dłuższą chwilę ciszy i kiedy miałam już przejść do rzeczy, z końca sali nagle odezwał się jeden z mężczyzn:
- A czego ma nas nauczyć babranie się w farbkach dla dzieci?
- Jesteśmy w pierdolonym więzieniu, kobieto - dodał kolejny, a szmer między stolikami podwoił głośność.
Przełknęłam ślinę. Strażnik kolejny raz uderzył w kraty, co trochę uciszyło dyskusje.
- Cierpliwości, panie Perez. Cierpliwości i tego, że nie zawsze uzyskacie zamierzony efekt przy pierwszej próbie. - Odepchnęłam się od biurka i ruszyłam naprzód. - Kiedy stąd wyjdziecie, nie będzie łatwo. Nie ominiecie ot tak komplikacji przy szukaniu pracy czy mieszkania. Życie nie będzie już takie, jakim je zostawiliście, przekraczając próg tego zakładu. Lata lecą, a razem z nimi rynek pracy, technologia, potrzeby. Wszystko zmienia się tak szybko, że stawiając pierwsze kroki tam, za murem, możecie pogubić się pomimo tego, że przed trafieniem tutaj byliście kimś więcej. Wychodząc, będziecie osobami z przeszłością kryminalną, a to skreśli was z większości teraźniejszych zawodów. Takie są realia i nie obejdziecie tego, chyba że chcecie z powrotem tu trafić. Właśnie dlatego cierpliwość jest ważna. Nawet przy głupim malowaniu domków na kartce papieru.
Skończony monolog podsumowało klaskanie dochodzące zza moich pleców i kilka śmiechów tu i ówdzie. Znajdowałam się już na końcu sali, więc był to ktoś z pierwszych rzędów, których i tak nie było dużo. Obróciłam się na pięcie, ale w tym samym momencie więzień przerwał klaskanie i nie byłam w stanie stwierdzić, który z nich postawił na ten jakże uczynny gest.
Nie dałam się jednak wyprowadzić z równowagi. Mogli mieć mnie w dupie, nie słuchać i nie brać na poważnie moich słów, mogli się nawet z nich śmiać. Ale ci, którzy myśleli o swoim wyjściu, zdawali sobie sprawę, że mam całkowitą rację. To wyłącznie po ich stronie pozostawało podjęcie decyzji, czy spróbują coś z tym zrobić, czy przyczynią się do skreślenia swojego losu.
- Chciałabym, żebyście coś namalowali. Nieważne jak, nieważne, czy będzie to ładne, proste, czy może dziwne. Ważne, żeby wasza kartka była zapełniona. Tematyka obrazu to... - Zatrzymałam się, skanując wzrokiem wszystkich panów, i wtedy dotarło do mnie, że większość z nich, o dziwo, naprawdę mnie słucha. - Pragnienia. Interpretację w pełni pozostawiam wam. Macie czas do końca zajęć, czyli dokładnie... - Spojrzałam na zegarek w telefonie. - Półtorej godziny. Życzę powodzenia i oby jak najwięcej weny.
Pierwsze kilkanaście minut spędziliśmy na gapieniu się na siebie nawzajem, bo przecież żaden z nich nie spodziewał się, że rzeczywiście będzie musiał coś robić. A tym bardziej że to coś będzie malowaniem. Zupełnie im się nie dziwiłam, dlatego cierpliwie czekałam, aż chociaż jakaś część z nich zacznie pracować. Aczkolwiek póki nie usłyszeli, że po oddaniu pracy mogą liczyć na upieczone przeze mnie babeczki, nie kiwnęli nawet palcem. Na szczęście karta przetargowa w postaci czekoladowych muffinek załatwiła sprawę i pędzle poszły w ruch.
Siedziałam za biurkiem, przyglądając się, jak pędzle mojego brata dostają nowe życie. Theo nie byłby zadowolony, że użyczam jego rzeczy złym panom, chyba że by się o tym nie dowiedział. A zamierzałam grzecznie zawitać do jego pokoju i odłożyć wszystko na swoje miejsce, zanim w ogóle zauważy, że coś zniknęło. Rodzice rozpieszczają go do tego stopnia, że kilka rzeczy w tę czy we w tę i tak nie zrobiłoby mu różnicy. Na moje szczęście grupa osadzonych nie była duża, więc wyposażenie dziesięciu osób w pędzelki było wykonalne. Przynajmniej w moim przypadku, a raczej Theodora, który nagminnie gubił wszystkie przybory szkolne. Nasza mama co rusz latała do sklepów papierniczych, żeby niczego mu nie brakowało, a ten gnom nawet nie raczył spojrzeć, czy gdzieś ich nie zapodział. Za to ja pokusiłam się o sprawdzenie kilku kątów domu rodzinnego i to właśnie stamtąd pochodzą zakurzone, powykrzywiane i zapomniane pędzle mojego brata.
Czas płynął mi naprawdę szybko. Przynajmniej do momentu, kiedy skończyły mi się życia w Candy Crush. Potem jedna słuchawka musiała czynić swoją powinność i doprowadzić mnie do samego końca zajęć, które finalnie przebiegły w miarę sprawnie i spokojnie. Patrząc na przydzielonych mi więźniów, poradziłam sobie naprawdę dobrze i mogłam być z siebie dumna.
Poprosiłam, by każdy z panów odłożył pracę na jedną kupkę i wziął po babeczce, kiedy ja powoli pakowałam swoje rzeczy.
Mniej lub bardziej, ale nadal zadowoleni opuścili salę w asyście strażników. Na szczęście nie zrobili za dużego bałaganu i ze sprzątaniem wszystkiego uwinęłam się naprawdę szybko. Spakowałam kubeczki, pędzelki i farbki do torby, aż wreszcie mogłam oddać klucze strażnikowi.
Po spisaniu raportu wyszłam z zakładu obładowana dwiema torbami i pustą blachą po babeczkach.
Jazdę autobusem, tym razem z biletem, spędziłam na ciągłym upominaniu się, żebym tylko nie zasnęła i nie ominęła swojego przystanku. Wyszłam z pojazdu i ledwo dałam radę dojść do mieszkania, które przywitałam głośnym westchnięciem, bo w końcu pozbyłam się ciężkich toreb z ramion. Rzuciłam je tuż za drzwiami i przetarłam rękami zmęczoną twarz.
Teraz czekało mnie tylko zawitanie we wcale nie tak skromne progi domu moich rodziców, żeby zwrócić przybory Theo i całkiem przypadkiem skubnąć ze spiżarni kilka puszek sosu pomidorowego.
Wieczór był naprawdę przyjemny, więc zdecydowałam się na pójście piechotą. Do rodziców nie miałam aż tak daleko, a trochę kroków po całym dniu siedzenia na tyłku nie mogłoby mi zaszkodzić.
Mijając stację benzynową, przypomniało mi się, że idę z pustymi rękami, a kolejny raz planuję coś od nich wynieść. Za dobrze mnie wychowali. Weszłam więc do środka i choć mój portfel świecił pustkami, kupiłam rodzinie batoniki, wykwintną przekąskę godną każdego podniebienia.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdyby na stacji benzynowej nie zachciało mi się siku. Przy każdej, choćby najkrótszej podróży, gdy tylko ją widziałam, musieliśmy zatrzymywać auto. Tak było i tym razem, mimo że dopiero co załatwiałam się w domu, a za środek transportu posłużyły mi moje własne nogi.
Weszłam do łazienki i od razu przekręciłam zamek w drzwiach. Skorzystałam z toalety, a kiedy podeszłam do umywalki, mój telefon zawibrował, dając mi znać, że ktoś do mnie dzwoni. Szybko umyłam dłonie, wytarłam je w papierowy ręcznik i złapałam za komórkę, nie patrząc na nazwę przypisaną do kontaktu. Byłam wręcz pewna, że to mama, która jak zwykle chce zapytać, czy zamówić mi taksówkę.
- Nie, mamo, nie trzeba mi taksówki - odezwałam się do telefonu, przecierając ręką zaparowane lustro wiszące nad zlewem. Dopiero teraz dojrzałam, jak bardzo rozmazała mi się jedna z brwi, a tusz osypał na policzki.
Zamiast odpowiedzi w słuchawce usłyszałam tylko głośny szmer, zupełnie jakby mama trzymała telefon w kieszeni. Uniosłam brwi i od razu pomyślałam, że jakimś cudem zadzwoniła do mnie przez przypadek, bo ta kobieta nigdy nie połasiłaby się na ustawienie jakiejkolwiek blokady ekranu.
- Halo? - dopytałam dla pewności, bo już chciałam się rozłączyć.
Dźwięki w słuchawce nagle ustały, zastąpione przez jedno, nic niemówiące mi zdanie:
- I tuoi occhiali somo ai sicuo con me5.
Gwałtownie oderwałam telefon od ucha i zanim rozmowa zdążyła się zakończyć, spojrzałam na numer wyświetlany na ekranie. To wcale nie była moja mama, tylko męski głos, który już gdzieś słyszałam.
Wszystko stało się jasne, dopiero gdy udało mi się skojarzyć, skąd znam ten numer.
Ktoś dzwonił do mnie z Harp Prison.
5. HELLBOY
Veronica
Potrzebowałam kofeiny. Ogromnej dawki kofeiny, która pomogłaby mi jakoś odreagować tornado zwane Theodorem Harrisem.
Poprzedniego wieczoru mój brat wyciągnął ze mnie nie tylko ostatnie drobniaki, jakie miałam w portfelu, ale i całą energię. Tę, którą planowałam wykorzystać podczas dzisiejszego dnia praktyk. No i tę z zapasu na następny tydzień również.
To był ośmioletni diabeł z włosami ciemniejszymi od moich, odziedziczonymi po dziadkach. Oboje wdaliśmy się w rodziców naszej mamy i gdyby nie różnica wieku, bylibyśmy swoimi kopiami. Oczywiście tylko ze względu na wygląd, bo charaktery mieliśmy zgoła inne. Theodora było wszędzie pełno, a jego pokłady energii zdawały się nigdy nie kończyć. Zresztą dokładnie tak samo jak pomysły, które niestety zawsze wprowadzał w życie, i człowiek po fakcie dowiadywał się, że w jego bucie pływa rybka z akwarium, a tosty z czekoladowym kremem całkowitym przypadkiem spaliły opiekacz i ścierkę leżącą tuż obok.
Ale jaki by nie był, kochałam tego gnoma nad życie i byłam pewna, że mimo naszych częstych kłótni Theo odwzajemnia tę miłość. Przynajmniej w jakimś stopniu.
Specjalnie zerwałam się z łóżka ponad godzinę wcześniej, żeby jakoś doczołgać się do pobliskiej kawiarni i choć trochę spróbować pobudzić szare komórki do pracy. Kochani rodzice poratowali mnie gotówką właśnie na kawę, bo ich zdaniem wyglądałam, jakbym nie spała co najmniej kilka nocy. Ale ja przesypiałam każdą z nich, i to wykorzystując drzemki włączane w telefonie, co do minuty.
Wsparli mnie także czekiem na nowe okulary. Niby chciałam być samodzielna, lecz cena jednego szkła skutecznie wymazywała to słowo z mojego słownika.
- Poproszę najmocniejszą, jaką tylko macie - wysapałam, podchodząc do lady. Położyłam na niej torebkę, żeby łatwiej znaleźć portfel.
Pani stojąca naprzeciwko zmierzyła mnie wzrokiem, który krępował nawet wtedy, gdy skupiałam się na poszukiwaniach. Chociaż ta "pani" była zdecydowanie młodsza ode mnie. Włosy związała w wysoki kok, idealnie podkreślający znudzoną mimikę twarzy, tak jak jej kolczyki w kształcie smutnych księżyców.
- Imię? Rozmiar? - burknęła, prawie wypluwając przy tym na mnie gumę do żucia. Jej ton sprawiał, że czułam się dokładnie tak jak smutne buźki zwisające jej z uszu.
- Dzień dobry - fuknęłam, bo nawet na to się nie skusiła. No i w ogóle na nic więcej, bo, dalej mi nie odpowiadając, odeszła od lady w kierunku ekspresów. - Wezmę dużą... - rzuciłam, ale nie byłam pewna, czy w ogóle mnie usłyszała.
Z głośnym westchnieniem odsunęłam się o kilka kroków i ustawiłam w miejscu odbioru zamówień. Kafejka nie była duża, a przychodzili do niej głównie pobliscy mieszkańcy i przechodnie szukający miejsca do robienia zdjęć. Ze względu na niedużą liczbę klientów wydawanie zamówień przez pracowników odbywało się naprawdę sprawnie i nie można było narzekać na zimne śniadania czy napoje.
Patrzyłam na szczupłego mężczyznę przygotowującego moją kawę. Byłam bardziej niż pewna, że zabrał się akurat za jej przyrządzanie, bo sama sypka kawa zajmowała większość metalowego kubeczka. Ślinka wyciekła mi na język. Świdrowałam wzrokiem każdy wykonywany przez niego ruch, a kiedy postawił papierowy kubek na ladę, ruszyłam przed siebie pędem wygłodniałego wilka.
Wzięłam kawę, patrząc przy tym na ekran telefonu, który wskazywał, że nie zostało mi zbyt dużo czasu na dotarcie do zakładu. Poprawiłam więc pasek torebki na ramieniu i przyspieszyłam kroku, wychodząc z kawiarni.
Kompletnie ignorując drogę, szłam w stronę przystanku zgodnie z rutyną, którą zdążyłam już wyrobić. Stawiałam kroki mechanicznie, często odpisując przy tym na maile z uczelni. Tak było i tym razem, tyle że po kliknięciu ikonki maila zamiast niego odpaliła się historia połączeń.
Zatrzymałam się, marszcząc brwi. Przeleciałam wzrokiem po ostatnio użytych kontaktach, a gdy w oczy rzucił mi się numer więzienny, konkretnie ten od osadzonych, serce skoczyło mi niemal do gardła.
Szybko wyszłam z aplikacji, a przyczyną wejścia w nie to, co trzeba, okazał się nie kto inny, jak winowajca reszty moich problemów. Mój brat gnom pozamieniał mi wszystkie ikonki na pulpicie, a do tego zamiast zdjęcia planu zajęć w tle, na tapecie ustawił mi fotkę swojej ręki pokazującej mi środkowy palec.
Aniołek z aureolką nad tyłkiem.
Coś mignęło mi przed oczami, przez co odruchowo uniosłam głowę. Światło zmieniło kolor z czerwonego na zielone i wreszcie mogłam dojść do przystanku autobusowego. Dla pewności spojrzałam jeszcze w lewo i prawo, skąd przyszłam, a w oczy rzucił mi się wysoki mężczyzna w płaszczu, który machał rękami na wszystkie strony. Po drodze wypadło mu trochę kartek z teczki, którą targał przy nodze.
Narwaniec.
Pokręciłam głową, myśląc o tym, jak to już nic mnie nie zaskoczy.
Podbiegłam kawałek, bo autobus stał już na miejscu i wypuszczał ze środka kolejnych podróżnych. Poczekałam na swoją kolej i wgramoliłam się do środka, gdzie zajęłam ostatnie wolne miejsce przy oknie. Położyłam torebkę na kolanach, upewniając się, że moja kawa jest cała i zdrowa. Upiłam większy łyk, krzywiąc się, bo była cholernie mocna.
Spojrzałam za okno, kiedy ryk ledwo zipiącego silnika wypełnił pojazd wzdłuż i wszerz. Jakaś starsza pani siadała właśnie na ławeczce przystankowej, podpierając się laską. Fioletowa garsonka leżała na jej szerokich ramionach jak na posągu, a brosza w kwiaty i melonik dopełniały kompletu. Coś w starszych ludziach rozczulało moje serce. Kobieta była przeurocza i gdyby nie odjeżdżający autobus, chętnie bym wysiadła i porozmawiała z nią jak z własną babcią. No i gdyby nie facet w płaszczu, który tym razem biegł obok autobusu, próbując za nim nadążyć. Krzyczał coś i patrzył jakby w moją stronę. Nie słyszałam jednak jego słów, bo zamknięte szyby mi to uniemożliwiały. Rozejrzałam się na boki w poszukiwaniu kogoś, kogo mógłby wołać, ale najbliżsi ludzie obok mnie wyglądali na parę.
Facet ledwo nadążał z przebieraniem nogami. Wskazałam na siebie ręką, unosząc pytająco brwi. I może kiwnąłby na potwierdzenie, gdyby właśnie nie wbiegł w lampę stojącą naprzeciwko sklepu. Przymknęłam oczy, odsuwając się do tyłu. Szybko jednak otworzyłam jedno z nich, żeby upewnić się, czy koleś jeszcze żyje. Jego napój rozlał się po chodniku i spływał do kratki kanału. Papiery mu się rozsypały i częściowo powpadały do kałuży kawy. Serce studenta zabolało mnie na ten widok, bo wizyty w punkcie ksero wcale nie należały do najtańszych.
Autobus gwałtownie przyspieszył i gdy próbowałam zbliżyć się do szyby, żeby dojrzeć jeszcze tamtego faceta, wpadłam twarzą prosto w nią. W takich momentach cieszyłam się, że moje okulary zostały skradzione, bo teraz pewnie złamałyby się na pół.
Niedługo później szłam już w stronę bramy zakładu. Miałam prawie całe buty uwalone błotem, bo poruszałam się tylko poboczem, na którym nie było żadnego chodnika. Ilekroć korzystałam z drogi dla samochodów, ktoś na mnie trąbił, a potem przy bramie udawali, że nikogo nie ma, żebym stała jak kołek. Nie zamierzałam nigdy więcej spóźniać się na te praktyki, bo nie widziało mi się dyskutowanie z kierownikiem o tym, że inni pracownicy robią sobie ze mnie jaja.
- Poczekaj! - Wzdrygnęłam się na donośny krzyk zza swoich pleców. Wcale się jednak nie zatrzymałam, bo byłam na środku totalnego zadupia, a strażnicy i tak jakoś bardzo za mną nie przepadali. Poza tym stali za daleko. A nikt normalny nie biegałby przy więzieniu, krzycząc do samotnej kobiety.
Spięłam poślady i przyspieszyłam kroku, modląc się, że tym razem wpuszczą mnie do środka bez żadnych durnych zabaw.
- Halo! Zaczekaj!
Zacisnęłam palce na torbie, a strach przejął kontrolę nad moimi nogami, sprawiając, że byłam jeszcze szybsza.
Myśl, Ronnie, myśl. Co robić, co robić...
Jeśli będę biec dalej, istnieje szansa, że pocałuję klamkę. Jeżeli zaś się zatrzymam, może mnie zabić. Albo porwać. Albo porwać i zabić.
Jeśli mnie zabije, będzie mieć chociaż blisko do pierdla...
- No weźże się zatrzymaj, kobieto! - Jego głos nie dochodził już z tak daleka, jakbym tego chciała.
Przełknęłam ślinę.
Rzuciłam się w bieg w stronę drzwi, nie zastanawiając się ani minuty dłużej. Wdeptywałam w coraz większe błoto, grzebiąc przy tym w torbie. Powinnam dostać pieprzony medal za bieg przełajowy w warunkach ekstremalnych i multitasking.
Będąc blisko bramy, poczułam pod palcami zimny metal opakowania gazu pieprzowego, który trochę obniżył poziom mojego ciśnienia. Nie zmieniło to jednak faktu, że waliłam w drzwi jak poparzona.
- Otwieraj te cholerne drzwi, Gill! - Uderzałam pięściami w bramę, która ani drgnęła. Spojrzałam w górę, a na strażnicy nie było widać żywego ducha. Chociaż może to i dobrze, bo po śmierci będę miała gdzie pracować.
- Wreszcie, Jezu - wysapał facet, który stał teraz tuż za mną.
Otworzyłam szerzej oczy, gotowa na wszystko. Zacisnęłam mocniej palce wokół metalowego pojemniczka, z szybkim oddechem odwróciłam się do tyłu i od razu nacisnęłam paznokciem na zawleczkę. Machałam ręką na wszystkie strony, bo nie zamierzałam otwierać oczu, podczas gdy gaz pieprzowy rozpylał się w stronę faceta.
- Co ty... O kurwa! - Czyli zadziałało.
A mówili, że kupowanie rzeczy do samoobrony na bazarze to zły pomysł.
- Czego chcesz, zboczeńcu?! - Popsikałam jeszcze kilka razy, nagminnie naciskając przycisk. - Lepiej spierdalaj, póki możesz, bo ten gaz zostawi ci na ryju niezłą plamę i od razu cię znajdą!
Nie dodawałam, że plama ta była praktycznie niezmywalna. Zgodnie z instrukcją miała utrzymywać się nawet do kilku dni, żeby policja z łatwością mogła zidentyfikować napastnika.
- Ale o czym t-ty... - Zachłysnął się powietrzem i zakrztusił. - Ja tylko chciałem z powrotem swoją kawę, do cholery! - zapłakał.
Wyrzuciłam gaz z ręki, marszcząc brwi.
- Kawę? - Chyba nie myślał, że dam się nabrać na takie bzdurne tłumaczenia.
- Biegłem za tobą aż spod kawiarni, wiedźmo. - Dalej kaszlał.
Powoli otworzyłam jedno oko. Widząc faceta zgiętego wpół i przecierającego oczy, ubranego w płaszcz cały w plamach, zrobiło mi się słabo. To był ten sam chuderlak, który biegł w moją stronę na pasach, a potem wpadł prosto na słup latarni.
Zasłoniłam usta dłonią, przypominając sobie, że w tej drugiej nadal trzymam kawę. Kubek z napisem "Chad".
- Teraz to ja pójdę do pierdla... - powiedziałam do wnętrza dłoni, która zasłaniała moje usta.
Długo nie musiałam się prosić, bo brama zakładu otworzyła się po ówczesnym wydaniu sygnału ostrzegawczego.
- Dlaczego popsikałaś mnie pieprzonym gazem?! - Przecierał nagminnie oczy, biorąc ciężkie wdechy.
- Po pierwsze to pieprzowym, a nie pieprzonym. A po drugie, dlaczego jakiś facet miałby mnie gonić do zakładu karnego stojącego pośrodku odludzia? Bo nie pomyślałabym, że po odebranie kawy, z której i tak już nic nie zostało - oburzyłam się.
Mężczyzna podniósł się, choć nadal nie był do końca wyprostowany. Spodnie w kratę kończyły mu się idealnie z linią kostek, a lakierki mimo starcia z błotem świeciły się jak psu jajca.
- Poza tym co miałeś zamiar dać mi w zamian? Bo z tego, co pamiętam, wynika, że twoja kawa wylądowała w ściekach. A w sumie to nie twoja, tylko moja.
- Ty naprawdę jesteś wiedźmą. - Pokręcił głową, po czym splunął tuż obok moich butów.
Wzdrygnęłam się.
- A ty oblechem. Idź charkać gdzie indziej - prychnęłam, obracając się w stronę bramy. Chciałam być już w środku i nie musieć dalej znosić jego obecności, lecz facet nie dawał za wygraną.
- Zaczekaj!
Westchnęłam głośno, zwracając się z powrotem przodem do niego. Stał, prężąc się przede mną, i dopiero teraz zauważyłam czerwony barwnik osiadający mu na twarzy. Powstrzymywałam się z całych sił, żeby go nie wyśmiać, że wygląda jak Hellboy, tylko w produkcji niskobudżetowej.
- Może należałyby mi się jakieś przeprosiny? Najpierw zajumałaś moją kawę, potem przez ciebie zalałem sobie większość bardzo ważnych papierów i spodnie, a teraz jeszcze to. - Wskazał na swoją twarz. - Najlepiej by było, gdybyś...
- Przeprosiny? - przerwałam mu. - Przeprosić to ty powinieneś mnie, że prawie zeszłam przez ciebie na zawał!
- Najlepiej by było, gdybyś... - Próbował znowu zacząć tę samą śpiewkę, ale ja nie miałam czasu na zaciętą płytę wsadzoną do odtwarzacza w jego zadufanym tyłku.
- Gdybym co? Jeszcze się przed tobą płaszczyła? Zaraz zasadzę ci takiego...
- Najlepiej by było, gdybyś dała mi swój numer. - Tym razem to on mi przerwał.
Otworzyłam szerzej oczy i przez chwilę pomyślałam, że jednak gaz pieprzowy doleciał i do mnie.
- Co? - dopytałam, stojąc jak wryta. - J-jak to?
Wzdrygnęłam się na nagły dźwięk ostrzegawczy informujący, że brama zaraz się zamknie.
- Tak to. Wisimy sobie kawę, wiedźmo. - Uśmiechnął się, a rząd białych zębów wyprzedził czerwoną plamę zajmującą ponad połowę jego twarzy.
Zaśmiałam się nerwowo, bo odkąd skończyłam liceum, nie umówiłam się jeszcze z żadnym mężczyzną. Zwłaszcza takim, który sam by mnie gdzieś zaprosił.
Oparłam się plecami o bramę, która ruszyła do zamknięcia zakładu przed światem zewnętrznym.
- Mam tylko nadzieję, że nie jesteś jedną z osadzonych. Chociaż po tym, co mi zrobiłaś, wcale bym się nie...
- Pięć, siedem, jeden - przerwałam mu, bo innym razem z chęcią posłuchałabym komplementów na swój temat, ale aktualnie brama była bliska zmiażdżenia mnie. Na szczęście Chad nie był aż tak głupi, jak mi się z początku wydawało, i wyjął z kieszeni telefon, żeby zapisać podawany przeze mnie numer.
- Jeden, dziewięć, dwa, siedem. Ja pierdolę! - powiedziałam nieco głośniej, walcząc z drzwiami. Czułam się jak więzień labiryntu, a wyglądałam zapewne jak mucha zjadana przez muchołówkę.
- Tak mam zapisać kontakt? - Posłał mi szelmowski uśmieszek.
Nie mogłam mu już nawet odpyskować.
- Osiem! Dwa razy osiem! - wykrzyczałam, kiedy drzwi w końcu się zatrzasnęły. Nie wiedziałam nawet, czy udało mu się zapisać w pełni mój numer. Ale teraz nie to było moim największym zmartwieniem, bo wpadłam na Pete'a Bakera czekającego, aż pojawię się w pracy.
- Już jestem, wybacz - powiedziałam niezręcznym tonem.
Ten dzień dłużył mi się najbardziej ze wszystkich. Głównie ze względu na papierkową robotę Bakera, któremu zdecydowanie nie podobało się moje spóźnienie. Zostawił mi na biurku stertę dokumentów, podał klucz do ręki i poszedł gdzieś bez słowa. Wypełniałam rubryki w tabelach do momentu, gdy zaczęło mnie mdlić.
Mówiąc, że Theo wymęczył mnie do granic możliwości, nie znałam jeszcze wkurzonej wersji Pete'a Bakera. Aż do teraz.
Ziewnęłam, nie trudząc się nawet zasłanianiem ust ręką. Sięgnęłam po torebkę, bo w końcu miałam chwilę, żeby bliżej przyjrzeć się pracom z ostatnich zajęć. Otwierając teczkę, czułam ekscytację zbierającą się w podbrzuszu. Byłam bardzo ciekawa, czego pragnęli ludzie, którzy mieli wokół siebie mnóstwo ograniczeń.
Wyjęłam prace z koszulki i odłożyłam na biurko. A raczej na jedyny wolny skrawek, który jeszcze wskazywał na to, że tu rzeczywiście stał taki mebel.
Sięgnęłam po pierwszą pracę i obróciłam ją w dłoniach. Dokładnie w tym momencie mój telefon zaczął wibrować. Ustawiłam najmocniejszą częstotliwość wibracji, jaką się tylko dało, i mimo wyciszenia telefonu to właśnie one wybrzmiewały na tyle, że miałam wrażenie, że słyszy je nawet Gill z wieży strażniczej.
Przewróciłam do góry nogami część papierów, nie mogąc znaleźć tego cholerstwa, które wydawało się coraz głośniejsze.
- Halo? - odezwałam się na wdechu, odbierając w ostatniej chwili, kiedy wreszcie zauważyłam, że telefon leży tuż pod monitorem komputera. - Kto mówi?
- Z tej strony oblech. - Od razu poznałam głos Chada.
Rozejrzałam się przez szparę w rozchylonych drzwiach i dla pewności wyjęłam słuchawkę z kieszeni torby.
- Poczekaj chwilkę - szepnęłam, wsadzając słuchawkę w ucho. - Hej.
- Hej, nie przeszkadzam? - zapytał.
- Nie no, gdzie? - zaśmiałam się. Oczywiście, że przeszkadzał, ale nie musiał tego wiedzieć. - Czyli udało ci się usłyszeć resztę numeru.
Odłożyłam telefon, po czym złapałam z powrotem za trzymaną wcześniej pracę. Niektórzy osadzeni wzięli sobie do serca moje słowa o tym, żeby pokryć kartkę farbą, żeby było na niej cokolwiek. No chyba że jeden z nich rzeczywiście pragnął w swoim życiu niebieskiego prostokąta.
- Szczerze mówiąc, to nie do końca. Usłyszałem tylko jedną z ósemek, a tę drugą wykombinowałem dopiero teraz. A dokładniej to po ośmiu nieudanych próbach telefonowania do obcych ludzi z dokładnie tym samym przywitaniem. - Usłyszałam, jak lekko się śmieje. - Dlatego nie było to wcale takie uciążliwe, bo mało kto chciałby rozmawiać z oblechem.
- A ja właśnie to robię. - Przygryzłam wargę, obracając kolejną kartkę.
Praca ukazywała koślawy domek, wokół którego biegały brązowe walce z nogami. Zmarszczyłam brwi i chwilę zajęło mi dojście do tego, że więzień namalował psy.
- Musisz być zatem tym jedynym numerem - ciągnął nasz mały flirt.
- Bardzo możliwe. A szukałeś może wiedźmy?
Wzięłam w dłonie następną pracę. Kartka była biała i początkowo myślałam, że dałam zrobić się w konia. Dopiero po chwili zauważyłam, że na samym dole, w rogu, jest coś napisane ledwo widocznym druczkiem.
- Tak się składa, że szukałem. Dokładniej to takiej ze słomianą miotłą.
Bez okularów i w tych źle dobranych soczewkach przeczytanie tego zdania zajęło mi o wiele dłużej. Może też dlatego, że to kolejny raz, gdy nie było ono napisane w znanym mi języku.
Ti piace divertirti?
Westchnęłam, wkurzona, że któryś z osadzonych dostał babeczkę za napisanie jednego zdania. Pokręciłam głową i kiedy miałam odłożyć pracę na stertę tych już obejrzanych, przez odbijające się dołem światło lampki zauważyłam, że po drugiej stronie kartki jest coś jeszcze.
- Czy jeżdżenie autobusem się do tego zalicza? - zagadałam, żeby w spokoju sprawdzić malunek.
- Możemy zrobić wyjątek - odpowiedział, a ja zamarłam.
Nie odpowiedziałam już nic więcej, bo przełykałam gulę w gardle.
Po chwili głuchej ciszy Chad odezwał się ponownie:
- Jesteś tam?
I rzeczywiście byłam. Ale nie przy słuchawce, a namalowana na kartce papieru. Klęcząca tyłem, z włosami opadającymi na plecy. Z ciasno związanymi rękami tuż nad nagimi pośladkami.
Mimo wewnętrznego paraliżu sięgnęłam do klawiatury komputera i trzęsącymi się palcami przy trzeciej próbie udało mi się wpisać w wyszukiwarkę słowa z drugiej strony kartki.
- Halo? - domagał się odpowiedzi Chad.
Ale nie odpowiedziałam mu już kolejny raz. Wpatrywałam się tylko w ekran, a dokładniej w czarne litery układające się w zdanie, które przewróciło mój żołądek do góry nogami.
Lubisz się bawić?
6. POPEŁNIONE GRZECHY
Alessandro
Przemycanie niedozwolonych rzeczy w więzieniu graniczyło z cudem. Było ciężkie, prawie niemożliwe, a konsekwencje kontrabandy nie zawsze były warte podjętego ryzyka. To wszystko mogło skończyć się tragicznie, bo w zakładzie tragedią był brak pracy czy zmniejszenie korzyści. Ograbienie człowieka z krótkiej i ścisłej listy przywilejów było jak odebranie mu i tak już marnego życia. Niektórzy łamali się po nocy spędzonej w izolatce, inni - bo nie mogli więcej wysyłać czy odbierać listów od córki i żony. Każdy miał tu coś swojego, nawet mimo zasranego życia, jakie prowadził. Jedni mieli rodziny, które na nich czekały, inni wierzyli, że ich perspektywy nie zmarnują się przez jakieś zapiski w kartotece.
Łączyło ich jedno. Wierzyli, że może tym razem uda im się przejść przez granicę, za którą zaszczyciłby ich ten cud. Cud, którego ja dotykałem gołymi rękami. Moje oczko w głowie, którego broniłem bardziej niż własnego nazwiska. Kolekcja, która rosła za każdym razem, kiedy kobieta o rudych włosach postanawiała zbyt daleko wychylić głowę zza rogu.
Moja kontrabanda.
Wszedłem tyłem pod prysznic, pozwalając wodzie spłynąć strumieniem po moich barkach i w dół brzucha. Była chłodniejsza niż zwykle, ale nie przeszkadzało mi to, bo potrzebowałem orzeźwienia. Mój organizm pracował na wysokich obrotach już od kilku dni, nie dając sobie choćby chwili na wytchnienie. Intensywnie myślałem nad każdym wykonanym przeze mnie ruchem, nad doborem słów, których i tak wypowiadałem coraz mniej w stronę kogokolwiek. Ograniczałem wykorzystywanie swojej pozycji, dawałem odpocząć tym, którzy pomogliby mi, gdyby wymagała tego sytuacja.
Wszystko robiłem tak, żeby nie zwracać na siebie większych podejrzeń.
Zamknąłem oczy i obróciłem się w stronę ściany. Schyliłem głowę, żeby i ją oblał strumień wody. Miałem sporo czasu dla siebie, bo chłopacy kłócili się o najdalszy prysznic - jedyny, którego słuchawka pozostawała w całości i nie tryskała wodą na wszystkie strony świata. Swoim zachowaniem zwracali uwagę reszty, co równało się z tym, że nikt mnie nie obserwował. Lubiłem to. Ubóstwiałem, że od niedawna to ja mogę być tym, który obserwuje.
Korzystając z okazji, sięgnąłem do ukruszonego kafelka. Wbiłem paznokieć pod kątem i odsunąłem nieduży kawałek glazury. Robiąc to, za każdym razem tak samo mocno wstrzymywałem oddech. Dopiero gdy przed oczami znów miałem to, co tam zostawiłem, byłem w stanie na nowo pozwolić powietrzu wpaść do płuc.
Złapałem w palce białą słuchawkę, która z wyglądu przypominała przerośnięte ziarno grochu. Była tak malutka, że przy pierwszej próbie bałem się, że utkwi mi w uchu na zawsze.
Przesunąłem palcem w górę, a zielona dioda przy gumowej nakładce zaświeciła się dwa razy na znak prawie pełnej baterii. Oszczędzałem ją, jak tylko potrafiłem. Wręcz próbowałem z całych sił. Próbowałem, ale chęć poznania każdego z jej ruchów była zbyt silna. Dzięki temu małemu urządzeniu mogłem dowiedzieć się naprawdę sporo rzeczy. Potrzebowałem do tego tylko czasu i cierpliwości.
Cierpliwość.
Swoją drogą zastanawiałem się, czy rzeczywiście lubiła się bawić tak jak ja. Bo mnie ta zabawa naprawdę się podobała. I nie zamierzałem, kurwa, przestać.
Ruda słuchała muzyki popołudniami, gdy ja przychodziłem karnie czyścić prysznice. Moja obecność tam nie była ani przypadkiem, ani nawet wypadkiem. Była planem. Raz zdarzyło mi się nawet usłyszeć, jak ktoś do niej dzwoni, ale z jakiegoś powodu nie odebrała. Czekałem na odpowiednie momenty, na wyczucie czasu, gdy warto było ryzykować dla informacji, których potrzebowałem. Tutaj nawet najprostsze rzeczy były na wagę złota i właśnie to stawiało mnie na wygranej pozycji.
Umiejscowiłem słuchawkę po przeciwnej stronie od prysznica, przy którym wciąż trwała zaciekła dyskusja na temat jego użytkowania. Drugim uchem byłem podwójnie czujny, tak dla pewności. Gdy dźwięk piosenki dotarł do moich bębenków, nie byłem pewien, czy ta się dopiero zaczyna, czy może właśnie kończy. Mimo to pozwoliłem sobie wsłuchać się w kawałek tekstu. W ten jeden kawałek wyzwalający mnie od syfu, który mnie otacza. Na tę chwilę mogłem poczuć się jak człowiek, który zwyczajnie bierze pierdolony prysznic i słucha przy tym muzyki. Chociaż mnie towarzyszyła jeszcze nuta adrenaliny niepozwalająca w pełni się zrelaksować.
Guess I should have seen it coming
Caught me by surprise
Sięgnąłem po mydło kupione w kantynie za kosmiczną cenę. Ale tym razem nie żałowałem mydlin, gdy przejeżdżałem mazidłem po szyi. Kontakt z wodą szybko rozpienił kostkę, która przyjemnie przemieszczała się po mojej skórze.
Wasn't looking where I was going
I fell into your eyes
Zjechałem w dół, namydliłem obojczyki i tors, skupiłem też większą uwagę na wyrzeźbionym brzuchu. Zmywałem z siebie nie tylko pot, lecz także poczucie stłamszenia. Poczucie bycia w puszce, między metalowymi ścianami pokrytymi pleśnią i brudem. A ja tak bardzo chciałem być czysty.
You came into my crazy world
Like a cool and cleansing wave
Biała piana spływała po moich nogach, szybkim tempem zbliżając się do odpływu, gdzie znikała w okamgnieniu. Oddech minimalnie mi przyspieszył, kostkę zaś przemieściłem niżej, by masować podbrzusze.
Before I, I knew what hit me, baby
You were flowing through my veins
Zacisnąłem pięść na mydle, a ilość czasu spędzonego w kontakcie z wodą sprawiła, że się rozbabrało i wypłynęło spomiędzy moich palców. Trochę mydlin dostało mi się pod paznokcie, którymi szorstko podrapałem sobie skórę na udzie.
Podparłem się drugą dłonią o kafelki, pozwalając wodzie na spłynięcie po mojej głowie.
I'm addicted to you
Hooked on your love
Wyrzuciłem pozostałości mydła na wykafelkowaną podłogę, umożliwiając mu zniknięcie razem z pianą, której resztki przemieszczały się w dół mojego ciała. Zanurzyłem głowę całkowicie pod strumieniem, wstrzymując oddech. Dziękowałem Bogu, że przez całkowity przypadek utwierdziłem się w przekonaniu, że sprzęt jest wodoodporny. Jeden głupi ruch mógł pozbawić mnie tego przywileju, ale tym razem szczęście mi dopisało.
Like a powerful drug
I can't get enough of
- Koniec tego, osadzeni! Przeginacie pałę. Albo myjecie się teraz w dwie minuty wszyscy trzej w jednym jebanym prysznicu, albo pożegnajcie się z nim na kilka następnych dni. - Głos strażnika przebił się przez taflę wodę, trafiając mi wprost do wolnego od dźwięku ucha. Nie musiałem słyszeć nic więcej. Zerwałem się na równe nogi i starałem się nie wykonywać żadnych niepożądanych ruchów. Miałem minutę, może półtorej.
Pospiesznie przemyłem ręce, żeby nie pozostało na nich nic, przez co mógłbym nie utrzymać słuchawki, po czym otrzepałem je z wody. Ostrożnie złapałem ją w palce i upchałem w odkryty wcześniej przeze mnie kawałek ukruszonej glazury tak, żeby za chuja nie wypadła ze swojej kryjówki. Docisnąłem kciukiem płytkę w idealnym momencie. W ostatnim momencie.
- Osadzony, dość już tego obmywania dupska. Zabieraj swoje klamoty i pod ścianę! - zawył strażnik, kiedy zakręcałem wodę.
Odchodząc spod prysznica, popatrzyłem tylko na swój kafelek.
Wrócę szybciej, niż myślisz.
No i wróciłem. Z wiadrem w jednej ręce, a mopem w drugiej.
Dopchnąłem do ściany wózek z chemikaliami, szmatkami i innymi niezbędnymi rzeczami. Rozejrzałem się po wszystkich prysznicach i kabinach z kiblami oraz rzędzie pisuarów będących w stanie, którego wolałbym nie widzieć. Większość więźniów to niczym nieprzejmujące się brudasy, i to właśnie łazienka najlepiej reprezentuje tę przypadłość. Gołe, rozdrapane ściany, przeciekające krany i umywalki, plastikowe lustra, w których za żadne skarby nie da się przejrzeć w normalny sposób, bo wykrzywiają mordę na wszystkie strony świata.
Wybrałem odpowiedni płyn, podpisany na butelce czarnym markerem. Nie dostawaliśmy prawdziwych detergentów, tylko jakieś rozcieńczone gówna, w razie gdyby któryś z nas próbował się tym naćpać albo wykorzystać do dostania się do ambulatorium. Wszystko było odpowiednio zabezpieczone, uniemożliwiało więźniom jakiekolwiek myśli, które kazałyby im zrobić coś niedozwolonego. Nie dało się też tym upić, aczkolwiek to akurat wiedziałem od śmiałków, którzy nieraz już próbowali.
Złapałem za spraną ścierkę i popsikałem ją płynem. Śmierdział mdłym, kwiatowym zapachem, który miał odstraszać nas od użycia go jako perfum. Zdecydowanie działało.
Zacząłem od pierwszego prysznica, z czasem przeszedłem do następnego. Przecierałem kafelki z całej siły. To była moja siłownia, odkąd zarząd postanowił zamknąć tę właściwą na czas bliżej nieokreślony. I z nieokreślonych powodów. Tylko tutaj mogłem wyżyć się przy użyciu siły i jakoś zmęczyć, żeby lepiej sypiać.
Przyklęknąłem, żeby dotrzeć do zakamarków poniżej baterii prysznicowej. Z całych sił starałem się nie patrzeć tam, gdzie ciągnęły mnie oczy. Gdzie bym nie czyścił, kątem oka ciągle widziałem ukruszoną glazurę. A gdy tylko nie patrzyłem, miałem ją z tyłu głowy razem z piosenką, którą wtedy puściła. Nie potrafiłem wyzbyć się tekstu z głowy, nuciłem pojedyncze słowa podczas obiadu, na którym jej nie było. Nie wiedziałem, co teraz robi. Może znowu słucha muzyki, może gra w jakąś grę na telefonie. A może wcale go nie rusza.
Był tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać. Sposób silniejszy ode mnie.
Nabrałem powietrza w usta i zacząłem skrobać paznokciem przy urwanym kawałeczku. Wyjąłem mokrymi dłońmi słuchawkę i włączyłem ją posuwistym ruchem palca. Patrzyłem jeszcze przez chwilę na małe urządzenie, aż w końcu na wdechu wsadziłem je do ucha.
Czekałem.
Cisza. Kompletna, głucha cisza.
Opuściłem ramiona. Zaplombowałem kafelek, zostawiając słuchawkę w uchu z nadzieją, że może jeszcze coś dzisiaj usłyszę. Cokolwiek. Choćby na chwilę, bo byłem jak narkoman z tekstu tamtej piosenki. Tyle że ja potrzebowałem nowych bodźców i informacji, a nie miłości.
Sprzątnąłem wszystkie prysznice bardziej niedbale niż zwykle. Obmyłem zlew i kawałek blatu, maznąłem ścierką po plastikowym lustrze, zostawiając na nim smugi. Nie umiałem się na niczym skupić, bo jebana słuchawka wciąż była bezdźwięczna. A mój czas się kończył.
- Ruchy, osadzony. Masz jeszcze pięć minut i sprawdzam, czy dobra z ciebie gosposia - odezwał się strażnik, uderzając pałką w kraty, których nie widziałem ze swojego miejsca. Normalnie nie pozostawiłbym tego przytyku bez komentarza, jednak teraz skusiłem się tylko na burknięcie w odpowiedzi.
Wycisnąłem szmatkę i zalałem ją zimną wodą.
Pięć minut.
Pozbierałem z podłogi butelki z płynem i ułożyłem je z powrotem w wózku.
Cztery minuty.
Gapiłem się w niedomyte lustro z wkurwieniem, które widać było w moich oczach nawet w wykrzywionym odbiciu.
Trzy pieprzone minuty.
A kiedy schyliłem się, żeby schować słuchawkę, coś wreszcie się odezwało. Odgłosy nadchodzącego połączenia. Ruda do kogoś dzwoni.
Wytężałem wszystkie zmysły, podpierając się przedramieniem o ścianę. Ktokolwiek nie odbierał prawie do ostatniego sygnału, powinien smażyć się w piekle. Albo w więzieniu, razem ze mną.
- Hej - odpowiedział krótko jej rozmówca. Jakiś wypierdek, to dało się po prostu usłyszeć. - Tak, to dalej aktualne, wiedźmo.
"Wiedźmo"? Kto tak mówi do kobiety?
- Kawa i ciastko powinny być wystarczającą rekompensatą za popsikanie mnie gazem i pozostawienie czerwonej plamy na twarzy. - Zaśmiał się głupio, na co się uśmiechnąłem. Nie musiałem wiedzieć nic więcej. Wyłączyłem słuchawkę i skitrałem ją na swoim miejscu.
Ruda potraktowała tego palanta gazem pieprzowym, i to prosto w twarz. Nie była aż tak słaba, jak mi się początkowo wydawało. Potrafiła się obronić. A może była słaba tylko wtedy, gdy byłem w jej pobliżu? Może się mnie bała i zastanawiała, kim w ogóle jestem? A może nie do końca potrafiła odepchnąć ode mnie swoje myśli i robiła wszystko, żeby przetestować moje granice? Albo co gorsza, wcale nie przeszkadzała jej natarczywość, którą na niej wywierałem?
Pytań nasuwało się naprawdę sporo. Ale tylko jedna odpowiedź była dla mnie istotną odpowiedzią. Gdzie i kiedy się umówili. I zamierzałem zrobić wszystko, żeby ją zdobyć.
7. WŁOCH Z KRWI I KOŚCI
Veronica
Sama myśl o kolejnych zajęciach przyprawiała mnie o ból głowy. Wymyślanie nagrody za czynne uczestnictwo w nich również.
Przekabacenie osadzonych na swoją stronę nie należało do najłatwiejszych zadań i musiałam popisać się przy tym kreatywnością. Zwłaszcza taką w kuchni, bo jedzenie było kluczem do wielu, nawet takich bardzo zardzewiałych zamków. Mimo wszystko czułam niepokój. Ale nie wiem, kto nie czułby niepokoju w pomieszczeniu pełnym więźniów, mówiąc im, że po namalowaniu obrazów będą musieli usiąść na kocykach i medytować.
Na szczęście tym razem nie musiałam przekupywać brata, żeby przygotować materiały na zajęcia. Dzięki administratorowi więziennemu, który pozwolił mi na przegrzebanie kantorka, udało mi się wypożyczyć kilka koców nikłej grubości. Ale to musiało wystarczyć. Tak jak im musiało wystarczyć cierpliwości do mnie. W końcu po coś ich jej uczę. Albo przynajmniej próbuję.
Po okazaniu karty, a raczej identyfikatora ze zdjęciem, na którym przypominałam bardziej jednego z osadzonych niż pracownika, strażnik wpuścił mnie do środka. Plan był prosty. Przynajmniej chciałam, żeby taki był. Tematyka, którą wybrałam, była dość kontrowersyjna, chyba nawet bardziej niż na poprzednich zajęciach. Czy czułam się, jakbym wsadzała widelec w kontakt? W jakimś stopniu tak, ale tłumaczyłam sobie to tym, że przecież po to tutaj jestem. Żeby wychodzić poza granice i ramy, które dotąd znali. Żeby pokazać im, że istnieją też inne metody, którymi mogą radzić sobie z emocjami. Jednym z nich jest właśnie medytacja.
Medytacja wydawała się idealna, bo przydałaby się nie tylko osadzonym, lecz także mnie. Musiałam choć trochę oczyścić umysł. Odkąd umówiłam się z Chadem, moja głowa nie pozwalała mi myśleć o niczym innym, przez co pieczenie drożdżówek poprzedniego wieczoru skończyło się spaleniem zarówno wypieków, jak i samej blachy. Piekarnik na szczęście się ostał i udało mi się przygotować kolejne porcje, które później zapakowałam w chusteczki i pojemnik na ciasta.
Tak dawno nie byłam na randce. Tak dawno nie zrobiłam czegoś dla siebie, czegoś, co w końcu pozwoliłoby mi się jakoś odprężyć. Potrzebowałam tego zwłaszcza po tym, co ostatnio nie dawało mi spokoju, nieustannie o sobie przypominając. Bo chyba nikt nie byłby w stanie ot tak zapomnieć, że ktoś na niego napadł. Wiem, bo próbowałam.
Ale ja nie zamierzałam poddać się tak łatwo. Plan na medytację miał też drugie dno, którym chciałam doprowadzić do zdemaskowania tego, który mnie napastował.
Zabrałam się za odsuwanie krzeseł i stolików na boki sali. Dosunęłam je do ściany na tyle, na ile się dało, a to pozostawiło trochę przestrzeni do popisu, który zamierzałam im zafundować. Złożyłam kocyki w prostokąty i zaczęłam rozkładać je w odstępach od siebie. Wyjęłam z torby głośnik, położyłam go na środek biurka i podłączyłam do niego telefon. Pozostało mi czekać i przygotować się mentalnie na ich reakcje. Z dwojga złego przynajmniej tym razem wiedziałam, czego się po nich spodziewać.
Pisk drzwi i otwierany rygiel wybrzmiały niedługo później, a za nimi ciągnęły się kroki osadzonych. Osadzonych i mojego prawdopodobnego oprawcy. Obstawiałam, że jest w grupie moich "wychowanków", bo inaczej nie widziałam sensu jego wybryku. Poznał mnie, może się mścił, a może po prostu chciał wyciągnąć ode mnie jakieś informacje. Nieważne, czym to jego zdaniem było, ważne, że miałam szansę dopaść go tu i teraz.
Chociaż z każdą przemijającą sekundą i kolejnymi osobami wchodzącymi do środka czułam, że mój pomysł wcale nie jest taki genialny, jaki mi się z początku wydawał.
Spięłam ramiona i przyglądałam się, jak więźniowie wypełniają pomieszczenie, szepcząc i pomrukując.
- Jeżeli to lekcja leżakowania, to ja chętnie skorzystam. Perez chrapie jak stary koń, więc w nocy nie zmrużyłem oka nawet na chwilę. Skurczysyn ma taki sen, że nawet jak rzuciłem w niego laczkiem, to się skubany nie obudził - powiedział jeden z osadzonych do drugiego, klepiąc go w bark z otwartej dłoni.
- Może nie do końca leżakowanie, ale był pan dość blisko. - Mimowolnie się uśmiechnęłam. - Dzisiaj zajmiemy się czymś podobnym, bo to też jest pewna forma wypoczynku, którą możecie praktykować w każdych warunkach. Odpoczynek i regeneracja są bardzo istotnymi etapami w rozwoju, pozwalają nam lepiej poznać swoje ciało i nauczyć się nad nim panować - zaczęłam, czekając, aż każdy z nich zasiądzie na wyznaczonym miejscu. Większość z nich patrzyła na mnie jeszcze gorzej niż w trakcie pierwszych zajęć. Odchrząknęłam i dokończyłam myśl, nie skupiając się na wyrazach twarzy osadzonych. - Medytacja, moi państwo.
- Że taka... - Wychylił się jeden z nich, siedzący w drugim rzędzie. - Ommm? - dodał, złączając palce wskazujące z kciukami, co spotkało się ze śmiechem ze strony reszty. Z jednej strony byłam bliska załamania, ale z drugiej wolałam, żeby to wyśmiewali, niż całkowicie potępili i nawet nie spróbowali. Zdawałam sobie sprawę, że to było dla nich coś nowego i nie każdy z osadzonych pałał miłością do jakichkolwiek aktywności, do których byli zmuszani. Moim zadaniem było zmienić to podejście. Albo przynajmniej spróbować je zmienić.
- Powiedzmy. - Posłałam mu szeroki uśmiech w odpowiedzi, bo taka aktywność była lepsza niż żadna. - Chciałabym, żebyście rozsiedli się wygodnie, najlepiej po turecku. Połóżcie dłonie na kolana, a kiedy puszczę muzykę, weźcie głęboki wdech i zamknijcie oczy. Ale bez oszukiwania! - instruowałam, chodząc po sali w tę i we w tę. - Wykorzystajcie ten czas, żeby pomyśleć o czymś lub o kimś dobrym. Zaszyjcie się w tej myśli i odprężcie. Dajcie sobie czas na wyciszenie i skorzystajcie z okazji, że nikt wam w tym nie przeszkodzi.
- Rozumiem, że nieoszukiwanie zostanie docenione? - Uniósł brwi Amigo, którego już rozpoznawałam. Powoli uczyłam się ich twarzy i ksywek; chciałam pokazać im, że nie są tylko więźniami, ale też ludźmi.
- Jak najbardziej. - Podeszłam do biurka i odsłoniłam tacę przykrytą ścierką w pasy. - Połowa jest z dżemem, połowa z budyniem. Zaczynamy?
I tyle wystarczyło.
- Interesy z panią to czysta przyjemność. - Wystawił zęby. - Zaczynamy.
Wzięłam telefon w dłoń i trzęsącym się palcem najechałam na przygotowaną playlistę. To, co robiłam, było... głupie. Ale robiłam to, bo w mojej głowie ten plan był dobry. W praktyce wyszło jednak z deka inaczej.
- Głęboki wdech i zamykamy oczy - powiedziałam, przełykając ślinę. To był ten moment. Ten durny moment, w którym osadzeni wykonali moje polecenie, a ja nacisnęłam przycisk "play" na ekranie telefonu.
Z głośnika poleciało dokładnie to, co przygotowałam. Jedna jedyna piosenka będąca na tej playliście. Coś, co było prowokacją w stronę tego, który próbował wejść mi na głowę i do niej.
Ti Amo od Umberta Tozziego. Włoska piosenka o pieprzonej miłości.
Nie wiem, co mnie podkusiło, ale tym czymś na pewno był diabeł, który teraz śmiał się z mojego potu na czole i plecach. Pokręciłam głową, pozwalając, żeby lekki dreszcz przebiegł mi po rękach i nogach. Przygryzłam wargę, myśląc, że jakoś uśmierzy to mój stres i to, jak idiotycznie się czuję. Aczkolwiek było tylko gorzej, bo kiedy rozglądałam się między rzędami, wypatrzyłam jednego osadzonego, który nie zamknął oczu. Wręcz przeciwnie, zostawił je otwarte, wpatrzone prosto w...
We mnie.
Przestałam zagryzać wargę i przetarłam ją wierzchem dłoni. Rozejrzałam się szybko po reszcie zebranych, lecz nikt poza nim się nie zbuntował. Przez chwilę myślałam, że może kiedy wrócę do niego spojrzeniem, to zamknie oczy, ale nie zrobił tego. Nawet nie próbował udawać, że patrzy gdzieś w bok i jest w swoim świecie. Świdrował mnie wzrokiem, skupiając się na twarzy, w której zdawał się wyżłobić już dziurę.
Przez chwilę zapomniałam, jak to jest kontrolować własne ręce, których palce mocno zacisnęły się wokół blatu biurka. Oderwałam je szybko, patrząc to na pobladłe knykcie, to na więźnia, który w dalszym ciągu się na mnie gapił. Poczułam, jak gorąco płynie mi wzdłuż pleców. Nie byłam jednak pewna, czy była to zasługa złości, czy może poczucia obnażenia. Bo czułam się tak, jakby rozbierał mnie z mojej ochronnej tarczy. Warstwa po warstwie pozbywał się kolejnych zabezpieczeń, które nagle były zbyt słabe, żeby w czymkolwiek mi pomóc.
Najgorszy był fakt, że jego mina mówiła, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co właśnie robi. Zbyt dobrze.
Nie mogłam już dłużej tak bezczynnie stać i pozwalać mu na poczucie satysfakcji. Nie mogłam zgodzić się na nic, co wykraczałoby poza granicę, którą sobie postawiłam. Ani minuty dłużej. Ani chwili więcej.
Wypełniłam płuca powietrzem pachnącym w tej części zakładu starymi książkami, kredą do tablicy i warstwą kurzu, którego nikt nie ścierał od co najmniej kilku tygodni. Z uniesioną piersią ruszyłam pewnie przed siebie w akompaniamencie zapętlonej włoskiej piosenki. Gotowa na to, że wystarczyłby jeden mój krzyk do strażnika, żeby zakończyć to, co właśnie się dzieje.
Spojrzenie mężczyzny sprawiało, że nie potrafiłam normalnie stawiać kroków. Samo to, że wokół mnie siedzieli osadzeni różnego kalibru i gabarytów, wprawiało mnie w stan omamienia, z którego nie dało się tak po prostu wyjść. Czułam, że guzik koszuli przy mojej szyi prędzej czy później może odstrzelić i uderzyć któregoś z nich w głowę. A takie coś mogłoby wywołać wojnę, i to taką, z której raczej nie wyszłabym w jednym kawałku.
Nie mogłam przypomnieć sobie nazwiska osadzonego. Część mózgu odpowiedzialna za pamięć wyłączyła się już o poranku, w momencie, kiedy przez bite piętnaście minut szukałam klucza, który dzień wcześniej włożyłam do drzwi, żeby na pewno go nie zapomnieć. No cóż, przechytrzyłam samą siebie.
- Panie... - Zachowując dystans, nachyliłam się nieco, żeby nie przeszkadzać reszcie. Wsadziłam rękę do kieszeni i przycisnęłam kilka razy bok telefonu, chcąc podgłośnić muzykę. Niby robiłam to, żeby nasza rozmowa nie rozbrzmiewała w całym pomieszczeniu, ale zajęcie czymś dłoni było równie przekonujące.
Mężczyzna nie odezwał się jednak, w odpowiedzi uniósł tylko palec w stronę swojej piersi. Podążyłam za nim na wskazane miejsce. Plakietka z pierwszą literą imienia i nazwiskiem.
A. Lancaster.
Wróciłam wzrokiem do jego twarzy, której niebieskie jak morze oczy dalej nie opuszczały tych moich i śledziły każdy mój ruch.
- Panie Lancaster, prosiłabym, żeby zamknął pan oczy i wykonał swoje zadanie - powiedziałam szeptem, błądząc spojrzeniem po jego twarzy.
Lancaster oparł się plecami o ścianę, a ręce okolone rękawami koszuli położył luźno na udach. Wzrokiem przebiegłam po ścieżce żył na jego przedramionach i zatrzymałam się z powrotem na jego twarzy, która właśnie rzucała mi wyzwanie. Zresztą tak jak i cała jego postawa.
- Jeśli pan tego nie zrobi, będę zmuszona...
- Mi punirai?6 - przerwał mi. Nie miałam pojęcia, czy źle usłyszałam, czy może użył swojej tajnej broni. Nachylił się lekko, odrywając plecy od obskurnej ściany.
- Niestety albo i stety nie rozumiem. Ale jeśli nie wykona pan mojego polecenia, będę zmuszona zrobić to za pana - skwitowałam.
Ja chyba naprawdę straciłam rozum.
Lancaster uniósł kącik ust oraz ręce na znak dania mi wolnej ręki do działania. Typ bawił się mną, myśląc, że jestem zwykłym, niesłownym tchórzem. Wkurzona nie zamierzałam dać mu tej satysfakcji. A wołanie po strażnika mam na końcu języka tylko profilaktycznie.
- Nie jestem głupia - powiedziałam, pochylając głowę.
- Non ne dubito, Rossa7 - odparł, kolejny raz dobrze wiedząc, o co mi chodzi. Wolnym, prawie ślimaczym tempem zabrał ręce znad głowy i umiejscowił je za swoimi plecami, by spleść ze sobą palce.
Co on wyprawia?
Nie wiedziałam, co do mnie mówi, i nieważne, jak bardzo próbowałam wytężać słuch, nie potrafiłam wyłapać choćby jednego słowa z tych, które opuszczały jego usta.
Zrobiłam dwa kroki do przodu, byłam już dość blisko mężczyzny. Wystarczająco blisko, żeby zasłonić mu oczy dłonią i odejść tam, gdzie moje biurko chroniło mnie przed wszystkim. I przy dobrych wiatrach nie musieć już tu wracać.
Wzięłam głęboki wdech i sięgnęłam ręką do jego twarzy. Zanim jednak do niej dotarłam, mocno chwycił mnie szorstkimi palcami za nadgarstek. Zrobił to tak gwałtownie, że odskoczyłam w tył, niemal wpadając na kolejny rząd osadzonych.
- Non cos? in fretta8. - Pokręcił subtelnie głową, a drugą ręką wskazał na moją szyję. W strachu szybko spojrzałam w dół w poszukiwaniu odpowiedzi.
- M-moja apaszka? - zapytałam, bo nie potrafiłam wykrztusić z siebie nic więcej, zupełnie zapominając języka w gębie. Może i uścisk nie był najmocniejszy, ale wątpiłam, że dałabym radę się z niego wyrwać.
Lancaster kiwnął głową, po czym sięgnął po materiał owinięty wokół mojej szyi. Od razu wstrzymałam oddech, nie wiedząc, co zrobić. Po prostu zamarłam. Apaszka otarła mi skórę szyi, w końcu spadła z niej niczym metalowy łańcuch, co dało mi dostęp do powietrza. Mężczyzna wziął materiał w obie ręce, a w momencie puszczenia mojego nadgarstka ten automatycznie odciągnął się od niego prosto w stronę mojego ciała niczym magnes.
Więzień zasłonił sobie oczy apaszką, a tym samym ściągnął ze mnie swoje spojrzenie. Brak kontaktu wzrokowego pozwolił mi na wzięcie pierwszego swobodnego oddechu od co najmniej kilku minut.
Lancaster czekał cierpliwie, aż zawiążę materiał z tyłu jego głowy. Zrobiłam to bez większego wahania, bo chciałam, żeby to wszystko już się skończyło. Chciałam wrócić do swojego biurka i w końcu zmienić tę cholerną piosenkę. Chciałam stąd wyjść.
Kiedy tylko zacisnęłam supeł odpowiednio mocno, dosłownie zerwałam się do powrotu na swoje miejsce.
- Nie otwierajcie jeszcze oczu. Chciałabym, żebyście zapamiętali to, co sobie dzisiaj wyobrażaliście. Opowiecie mi o tym przy naszym najbliższym spotkaniu - powiedziałam niewyraźnym głosem, patrząc w róg sali. - Pamiętajcie, żeby przy wyjściu zabrać po drożdżówce.
Spięłam się cała i wyłączyłam wreszcie tę pieprzoną piosenkę, co spotkało się z otwarciem oczu przez więźniów. Ich rosłe sylwetki zasłaniały mi widok na tyły. Stres rozlał się po całym moim ciele, a wizja mężczyzn wypytujących o część mojej garderoby na jednym z nich sprawiła, że grunt osunął mi się pod nogami.
Kolejne osoby kładły koce na biurko i sięgały po nagrodę w postaci drożdżówki. Ciśnienie skakało mi coraz wyżej, bo w miarę upływu kolejki dalej nie potrafiłam dojrzeć Lancastera. Aż do momentu, kiedy tatuaż jaskółki na jego przedramieniu śmignął mi przed oczami. Podniosłam wzrok, szukając apaszki, ale tej już nie było na jego głowie. Nie było jej też w żadnym innym widocznym dla mnie miejscu. Jakaś część kamienia osiadłego mi na sercu spadła prosto w dół.
- Alla prossima volta9, Rossa. - Tylko tyle powiedział. Oderwał też kawałek kruszonki z drożdżówki i wsadził go sobie do ust na moich oczach, po czym wyszedł.
A ja, nie wiedzieć czemu, stałam w miejscu jeszcze przez dłuższą chwilę, pocierając nadgarstek, za który dopiero co mnie trzymał. Moje myśli zakręciły się wokół obrazu, którego niewątpliwym autorem był właśnie osadzony Lancaster. Obrazu, na którym klęczałam ze związanymi w uścisku rękami, niemal takim, jaki wywarły jego palce.
Myślałam nad napisem, który po sobie zostawił.
I owszem. Lubiłam się bawić, ale na swoich własnych zasadach.
8. NOWY WŁAŚCICIEL
Veronica
Tak samo dawno, jak nie byłam na randce, nie byłam też na zakupach. Moja szafa świeciła pustkami, a rzeczy, które nosiłam na co dzień, nie nadawały się na spotkanie z kimś takim jak Chad. Facet ociekał elegancją i klasą, w czym nie miałam zamiaru od niego odstawać. Właśnie dlatego potrzebowałam czegoś, co zwaliłoby go z nóg. Albo chociaż z krzesła.
Niestety, nie wybrałam do tego interesu zbyt dobrego wspólnika.
- Theo! Odłóż to na miejsce, bo jak ci zasadzę... - Zatrzymałam się w połowie alejki, kiedy jakaś starsza pani popatrzyła na mnie znad okularów. Jej mina wyrażała więcej niż tysiąc słów, i to takich bardzo niecenzuralnych. - Tę... Tę bazylię w pokoju, to przecież i tak ci zwiędnie - dokończyłam, co spotkało się z uśmiechem na ustach staruszki. Odwzajemniłam go, świecąc przed nią zębami, ale to nie mogło potrwać długo, bo mój brat właśnie śmignął mi przed oczami i wyszedł poza zasięg wzroku.
Być na zakupach z ośmiolatkiem to jak znowu zawitać na salę gimnastyczną podczas wf-u. I może gdybym za każdym razem w szkole nie fałszowała zwolnienia, miałabym jakąkolwiek kondycję, by w ogóle nadążyć za tym gnomem z zamontowanym w tyłku motorkiem.
- Theodor! W tej chwili odłóż ten stanik na półkę albo możesz zapomnieć o Happy Mealu! - krzyknęłam, dobiegając do części bieliźnianej sklepu.
Theo schował się za manekinem albo przynajmniej próbował to zrobić, bo jego postać odbijała się w lustrze tuż obok. Dopiero co dobrał się do jednego z manekinów i ogołocił go ze stanika, pozostawiając tym samym goły plastik na wierzchu.
- Myślałem, że masz trochę większe cycki niż manekin. - Zaśmiał się, wyskakując zza plastikowego człowieka. Przyłożył damską garderobę do swojego torsu i najwyraźniej popisywał się, udając mnie.
- Wymienię ci frytki na sałatkę, przysięgam! - warknęłam, wyrywając mu biustonosz z dłoni, po czym odłożyłam go na półkę obok.
- No i dobrze, ktoś w tej rodzinie musi być fit i dobrze się prezentować - powiedział pewnie, ruszając przed siebie.
- Skąd ty w ogóle znasz takie słowa? - Zmarszczyłam brwi, pytając bardziej samą siebie. - Zresztą nieważne. Miałeś mi pomóc znaleźć jakąś kieckę, a nie latać po sklepie i robić mi wstyd roku. - Złapałam go za rękę, którą niechętnie odwzajemnił uścisk.
- Nie masz od tego koleżanek? - zainteresował się młody, a kiedy już miałam zwrócić mu uwagę, dodał: - Przypomnę ci tylko, że jeszcze piętnaście minut temu nie znałem różnicy między sukienką a spódniczką.
- Wiesz co? Coraz częściej rozważam rzucenie studiów i zmarnowanie pięciu kolejnych lat na pedagogikę tylko po to, żeby zatrudnić się w twojej szkole, gdzie każdego dnia prowadziłabym cię na dywanik u dyrektora za to, co gadasz. - Ruszyliśmy dalej w głąb sklepu.
- Oj tam, od razu zmarnowanie. Pedagogika nie jest taka zła, trochę ogłady i wiedzy by ci się przydało, Ronnie - powiedział, na co z wrażenia aż się zatrzymałam.
- Po raz kolejny: skąd ty znasz takie słowa? - zdziwiłam się, patrząc na niego z uniesionymi brwiami, na co szyderczo się uśmiechnął. - Okej, chyba nie chcę znać odpowiedzi na to pytanie.
- A dla kogo ty chcesz kupić tę sukienkę? Mama go zna? - zmienił temat, a kiedy nie odpowiadałam przez dłuższą chwilę, wpatrzona w dżinsową kurtkę na wieszaku, wepchnął się przed moją twarz. - Chwila. Czy ty idziesz na randkę z - przyciszył głos tak, żeby nikt nie słyszał - kryminalistą?
- Theo, co ty...
- Ja cię! Ostatnio oglądałem taki program, że babka wzięła ślub z takim typem z więzienia i potem...
Nie pozwolił mi dokończyć zdania, ale ja również w porę mu przerwałam:
- Sukienka. Szukamy sukienki. - Potrząsnęłam go za ramiona. Chłopiec kiwnął głową, a ja byłam dumna, że choć na chwilę udało mi się zdobyć jego uwagę.
Chodziliśmy jeszcze naprawdę sporo, po drodze zahaczając o dziwne tematy, odwiedziliśmy też McDonalda. Nie zdawałam sobie sprawy, do czego są zdolne dzieci w jego wieku, choć i tak nie byłam pewna, czy inne byłyby w stanie odwalać numery pokroju mojego brata. W końcu nie każdy ośmiolatek byłby na tyle złowieszczy, żeby wsadzić sobie do kieszeni nuggetsa, a potem pójść z opakowaniem do menadżera restauracji i poskarżyć się na niekompletność zamówienia. Już nawet nie miałam siły, żeby za nim iść i go ochrzaniać.
Najważniejsze było to, że udało mi się kupić coś do ubrania. I choć sukienka była naprawdę prosta, to czułam się w niej dobrze i w żadnym stopniu nie odstawałam od wystroju miejsca, do którego zaprosił mnie Chad. Ani też od niego samego, bo na nasze wyjście na kawę włożył pieprzony garnitur. Niebieskie pasy na marynarce optycznie poszerzały jego ramiona, na które zarzucił znany mi już płaszcz.
Gdy zobaczyłam go z daleka, pomachałam spod parasola. Pogoda była naprawdę paskudna, a deszcz i grzmoty pokrzyżowały moje plany na ubranie wysokich butów.
- Hej!
- Hej, chociaż chyba powinien zacząć od "pięknie wyglądasz". - Podbiegł do mnie z uśmiechem pełnym szarmanckości. - Panie przodem - dodał, łapiąc za klamkę i otwierając przede mną drzwi.
- Elegancki dżentelmen, otwierający przede mną drzwi i odkupujący mi kawę? Czyżby świat stanął na głowie? - Zaśmiałam się lekko, kierując się do wieszaka, gdzie zostawiłam zmoczony parasol i płaszcz.
- Widzę, że bardzo szybko zmieniłem rangę z oblecha na dżentelmena. - Znowu się uśmiechnął, ukazując dołeczki w policzkach, na widok których zrobiło mi się gorąco.
Chad potwierdził rezerwację u jednej z kelnerek, która zabrała nas prosto do stolika na uboczu. Restauracja była jak dla mnie trochę zbyt ekstrawagancka, ale mimo wszystko byłam przyzwyczajona do tego typu wystroju. Rodzice mieli fioła na punkcie jedzenia na poziomie, więc często odwiedzaliśmy takie miejsca, kiedy jeszcze z nimi mieszkałam.
- Trochę spóźnione pytanie, ale dalej nie wiem, jak ci na imię - odezwał się Chad, podnosząc menu ze stołu. Zmarszczyłam brwi na tę uwagę, więc szybko dodał: - No chyba że nazywasz się "Dzień dobry", bo dokładnie tak zapisano na twojej kawie.
Och...
- Ron... - Chciałam podać mu zdrobnienie, którym posługują się moi bliscy, lecz ostatecznie zdecydowałam się na pozostanie przy pełnym imieniu: - Veronica.
- Veronica - powtórzył. - Pasuje ci prawie tak bardzo jak ta sukienka.
Ilość komplementów płynąca z jego ust była jak muzyka dla moich uszu. Dokładnie tego było mi trzeba.
Wzięłam menu i przekartkowałam je do sekcji z napojami, by poszukać jakiejś kawy.
- Może zamiast kawy napijemy się czegoś odrobinę...
- Mocniejszego? - dokończyłam za niego, ale widząc jego śmiejący się ze mnie wyraz twarzy, prawie zjechałam tyłkiem pod stół.
- W zasadzie to tak. Wina?
Już myślałam, że zacznie mnie poprawiać, ale najwidoczniej się rozluźnił.
- Powiedziałabym, że trafiłeś idealnie, ale niestety dzisiaj nie mogę. Czeka mnie nocna zmiana, bo ktoś z góry pokićkał grafiki, a bez tego nie mogę tam tak po prostu być - wyjaśniłam.
- Ach, rozumiem. Długo tam pracujesz? - dopytał, skanując wzrokiem pozycje w menu.
- W zakładzie? Nie, nie, to tylko praktyki. Studiuję resocjalizację penitencjarną i trafiłam tam jako królik doświadczalny do sprawdzenia gruntu. - Poprawiłam się na krześle, ciągnąc materiał sukienki nieco w dół. - A ty co robisz na co dzień? Studiujesz, pracujesz?
- Jestem na czwartym roku prawa, tak że tematyka jest dość podobna. W tym czasie dla zdobycia doświadczenia dorabiam w kancelarii matki i czas jakoś tak leci.
Przyszły pan prawnik umawiający się z dziewczyną pieczącą babeczki dla więźniów. Ciekawe połączenie.
Rozmawialiśmy głównie na tematy związane ze studiowaniem, w międzyczasie zajadając się drogimi bajglami z kremem pistacjowym i popijając kawę w małych kubkach. Dowiedziałam się, że Chad od małego chciał pójść w ślady swojej mamy, która otworzyła kancelarię głównie z myślą o pomocy kobietom zostawionym przez mężów z niczym. Imponowało mi to, że po ciężkich przeżyciach z ojcem Chada postanowiła nie pozwolić już żadnej kobiecie przechodzić przez to, co ona. To tłumaczyło też nieskazitelne zachowanie jej syna i zrozumienie względem płci przeciwnej, z czym do tej pory jeszcze się nie spotkałam.
Niestety, czas mijał zdecydowanie zbyt szybko, nieubłaganie przesuwając wskazówkę do godziny rozpoczęcia przeze mnie zmiany. Pieprzony Pete Baker zapomniał wpisać się na rano i wpakował nas w nockę, która zapowiadała się na naprawdę długą i żmudną, bo byłam mocno zmęczona. Spotkanie z bratem, randka i praca tego samego dnia nie były czymś, co miało zostawić mi jakiekolwiek pokłady energii do wykorzystania na końcu.
- Odwiozę cię do domu, bo pewnie chciałabyś przebrać się przed praktykami - zaproponował Chad, otwierając parasol nad moją głową.
- Bardzo chętnie, jednak muszę podejść jeszcze do jednego miejsca, zanim się zamknie. - Wolałam oszczędzić mu szczegółów, bo w sumie sama nie do końca wiedziałam, jak wytłumaczyć fakt, że zgubiłam jedną ze słuchawek podczas alarmu w więzieniu...
- Jasne, zajedziemy tam, gdzie tylko potrzebujesz - stwierdził, biorąc mnie pod rękę. Ten gest był w jego wykonaniu tak naturalny, że nie czułam już żadnego skrępowania.
Deszcz dalej stukał o materiał parasola, który ledwo co mieścił pod sobą nas oboje. Spacerowaliśmy jeszcze chwilę, aż w końcu dotarliśmy na parking, na którym stało auto Chada. Biały mercedes klasy A, rocznik dwa tysiące dwudziesty pierwszy ze lśniącym emblematem AMG. A pomyśleć, że jeszcze parę lat temu prawie płakałam, kiedy tata opowiadał mi o samochodach.
- Już otwieram, tylko znajdę kluczyki... - wymamrotał mężczyzna, puszczając moją rękę, i zaczął grzebać po wszystkich kieszeniach. - O! Mam cię. - Uśmiechnął się, pokazując mi kluczyk z breloczkiem z Temidą, symbolem sprawiedliwości. Prawnik pełną parą.
- Zaczekaj tu, Veronico, wyjadę trochę, żeby łatwiej było ci wsiąść - rzucił do mnie przez ramię, otwierając drzwi samochodu.
Grzecznie czekałam, aż Chad odpali silnik, bo pogoda sprawiała, że marzłam nawet na łydkach. Na dworze było cholernie nieprzyjemnie, a warkot dławiącego się silnika tylko pogarszał całą sytuację.
Popatrzyłam na załamanego Chada, kolejny raz przekręcającego kluczyk w stacyjce. Ale to i tak było na nic i nie tylko ja o tym wiedziałam, bo jego mina mówiła sama za siebie.
- Tak bardzo cię przepraszam, ale to cholerstwo chyba nie odpali. Zanim wezwę lawetę albo mechanika, to już dawno będziesz spóźniona - powiedział zrezygnowany, uchylając drzwi, przez które wyjrzał.
- Nie ma sprawy, Chad, naprawdę. To przecież nie twoja wina. - Uśmiechnęłam się, ledwo zmuszając się do tego gestu, bo moje usta zamarzały razem z nogami. - Przejdę się, a potem wsadzę tyłek w autobus i na spokojnie dojadę do zakładu.
- Nie pozwolę, żebyś w taką pogodę tułała się na piechotę. Pozwól zamówić sobie chociaż taksówkę - stwierdził błagalnym tonem, jakby co najmniej miało to uratować jego honor i dumę. A ja musiałam schować swoją własną w kieszeń, bo po jego twarzy widziałam, że nie zamierza odpuścić.
- Dobrze. Najpierw jednak wpadnę do tego serwisu, o którym ci mówiłam. Wyślę ci jego adres, na który zamówisz taksówkę, i stamtąd od razu pojadę do zakładu, żeby nie marnować już czasu.
Chad zgodził się na moje warunki, z których sama nie byłabym do końca zadowolona, gdyby to nie była sprawa życia i śmierci. Nie chciało mi się chodzić w taki mróz. Na szczęście serwis, którego szukałam przy śniadaniu, nie był daleko od lokalizacji restauracji i udało mi się trafić do niego kilkanaście minut przed zamknięciem.
- Dobry wieczór, potrzebuję pomocy jakiegoś fachowca, i to najlepiej od ręki - powiedziałam od razu po wejściu, kiedy dzwonek drzwi zadzwonił mi nad głową, zagłuszając wszystko to, co właśnie powiedziałam.
- Dobry. Fachowcem to ja może nie jestem, ale pomogę na tyle, na ile mogę. - Do lady podszedł pulchny facet z brodą sięgającą obojczyków. Zdecydowanie wyglądał jak ktoś, kto zna się na rzeczy.
- No więc... - zaczęłam, sięgając ręką do torebki, z której wyjęłam pudełeczko. - Niedawno zaginęła mi jedna ze słuchawek Bluetooth i zastanawiałam się, czy można u państwa dokupić drugą po cenie... - odchrząknęłam. - No, outletowej.
Facet wziął w ręce pudełko, które mu podałam, i przyjrzał się dokładnie napisom na jego tyle. Może i znałam się trochę na autach, jednak tekstu ze słuchawek za Chiny nie rozumiałam i nawet nie zamierzałam próbować rozumieć.
- Nie sprzedajemy słuchawek na sztuki, kochana pani - powiedział, na co ramiona mi opadły razem z opuszczającym moje usta jękiem zrezygnowania. - Ale... - dodał po chwili, sięgając po laptopa zza lady. Nie potrzebował dużo czasu, żeby znaleźć to, czego szukał, mimo że dla mnie było to najdłuższe "ale" w moim życiu.
- Ale...? - pospieszyłam go trochę, posyłając mu szeroki uśmiech, żeby za bardzo się na mnie za to nie wkurzał.
- Ale pani słuchawki mają wbudowany nadajnik GPS, co oznacza, że mają też wbudowany system i dedykowaną aplikację śledzącą ich położenie - wytłumaczył, choć i tak nic z tego nie pojęłam. I chyba to zauważył, bo westchnął, wyciągając do mnie rękę. Kiwnął głową na mój telefon, a ja zrozumiałam aluzję i mu go wręczyłam.
- No i mamy gagatka - stwierdził po chwili wystukiwania czegoś na moim telefonie, przygryzając przy tym język. - Gruby kaliber. Zgubiła pani słuchawkę, a złodziej zabrał ją ze sobą do paki. - Zaśmiał się, pokazując mi mapkę wyświetlającą się na telefonie.
Przełknęłam ślinę.
Niedługo później, lżejsza o dwadzieścia dolców, wyszłam z serwisu, wysyłając przy tym wiadomość z adresem do Chada. Taksówka przyjechała w ekspresowym tempie i tak samo szybko podwiozła mnie wprost pod bramę zakładu.
Oczywiście kurs został opłacony z góry.
Z odpaloną aplikacją śledzącą w telefonie szłam korytarzem, nawet nie przejmując się zostawieniem przemokniętych rzeczy w szatni. Od razu ruszyłam za czerwoną kropką, mijając kolejne drzwi dzięki karcie, którą na wejściu dał mi Pete. Tej nie musiał sprawdzać strażnik, więc zaoszczędziłam sporo czasu.
Po kolejnych drzwiach wpakowałam się do ciemnego pomieszczenia, które przyprawiało mnie o déja vu. Próbowałam wymacać włącznik światła na ścianie, lecz ten nie chciał zadziałać nawet za piętnastym wciśnięciem. Wtedy zorientowałam się, że najwidoczniej burza wywaliła prąd w tej części zakładu. Westchnęłam, patrząc na niski poziom baterii w telefonie. Oczywiście wielbiona przeze mnie technologia nie pozwalała mi na włączenie pieprzonej latarki. A więc jedyne, co oświetlało pomieszczenie, to błyskawice za oknem.
Łazienka. Dokładnie ta, w której byłam pierwszego dnia. Teraz była jednak o wiele bardziej mroczna i mrożąca krew w żyłach, bo nie było w niej żywego ducha. Tylko ja, prysznice, pisuary, zlew i jakiś wózek z chemią do czyszczenia.
Zmrużyłam oczy, skupiając się z powrotem na czerwonej kropce w aplikacji. Przeszłam obok pryszniców, po kolei dokładnie skanując każdy z nich z góry na dół. W końcu natrafiłam na ten, przy którym kropka oślepiła mnie od migotania. Schowałam więc komórkę do kieszeni płaszcza, robiąc krok w stronę prysznica - zwykłego, pełnego kafelków i kamienia.
Moja słuchawka jak nic siedziała sobie samotnie w odpływie, płacząc za swoją bliźniaczką.
Schyliłam głowę, żeby lepiej przyjrzeć się odpływowi, ale robiąc to, zauważyłam ukruszony kawałek glazury. Rzucił mi się w oczy dokładnie w momencie, w którym łazienka wypełniła się białym światłem pioruna. Przyklęknęłam na jedno kolano i wyciągnęłam rękę w stronę wyrwy.
I to był błąd, który poczułam na ciągniętych do tyłu ramionach.
9. CZASZKA JAK NA DŁONI
Veronica
Zachłysnęłam się powietrzem, wciągając je razem z przeciągiem, który owiał moje włosy równo z chwilą, gdy ktoś pociągnął mnie do tyłu. Zderzyłam się plecami ze ścianą zlewów, ciągnących się tuż obok w linii prostej. Mocnym uściskiem przyszpilił mnie do ściany, tym samym unieruchamiając, zaś drugą ręką zasłonił mi usta.
Ręką, którą już wcześniej mnie trzymał.
Kolejna błyskawica oświetliła twarz napastnika, odbijając blask spojrzenia, które zatrzymało krążenie w moich żyłach. Zamarłam w miejscu, nie mogąc wykonać żadnego ruchu. Nie mogłam nawet mrugnąć, bo zrobienie tego wydawało się zbyt niepewne. W końcu nie wiedziałam, do czego zdolny był Lancaster. Jego rosła postać górowała nade mną, odcinając mi jakąkolwiek formę ucieczki. Palcami szczelnie kneblował mi usta i nie miałam nawet jak krzyczeć.
Krople deszczu uderzały o szybę z coraz większą częstotliwością. Osadzony, nie odrywając ode mnie wzroku, sięgnął do jednego z kranów. Monitorowałam jego każdy ruch, zapisując w głowie to, jak się rusza, zupełnie jakbym zbierała zeznania. Wystarczyła chwila, by głośny strumień wody wypełnił echem całą łazienkę, dokładnie tak jak mój cichy, niekontrolowanie przyspieszony oddech na jego dłoni.
- Znowu węszysz, Rossa - wyszeptał mężczyzna z nutą chrypki w głosie, nachylając się nieco bliżej mojej twarzy, po której niedbale wędrował wzrokiem. Docisnął moją głowę do ściany, używając więcej siły niż poprzednim razem.
Otworzyłam szerzej oczy, bo zaczynało brakować mi tchu.
- Jesteś jak lisica obserwująca kury w kurniku. Chodząca wieczorami, monitorująca to, co się dzieje wokół. Szukająca tej jednej najsłabszej ofiary - mówiąc to, przejechał kciukiem po moim policzku i sięgnął aż do nosa. - Ale tak naprawdę jesteś tylko zwykłym, małym, nic nieznaczącym dla całego gospodarstwa zwierzątkiem. I wiesz co, Rossa?
Docisnęłam mocniej ręce do kafelków na ścianie, powoli tracąc w nich czucie. Serce waliło mi w piersi, jakby chciało wyjść na zewnątrz i nigdy do niej nie wracać. Lancaster dopychał mnie siłą nie tylko całej ręki, ale i ciała. Nacisk sprawiał, że czułam się, jakby moje płuca skurczyły się kilkukrotnie.
Praktycznie nie mogąc oddychać, ledwo widocznie pokręciłam głową w odpowiedzi. Strach sprawił, że jakikolwiek instynkt samoobronny schował się gdzieś w głębi mnie i nie pozwalał mi na nic innego niż okazanie względnego posłuszeństwa. Moją głowę wypełniła myśl, że albo będę wykonywać jego polecenia, albo konsekwencją buntu będzie coś potwornego.
"W królestwie zwierząt obowiązuje zasada: jedz albo zostań zjedzony; w ludzkim królestwie: definiuj lub bądź definiowany"10.
- Źle wybrałaś swoją ofiarę - dokończył, jednym ruchem odciągając mnie od ściany.
Poderwałam się w bok, a dźwięk, który z siebie wydałam, przypominał największą ulgę wymieszaną z goryczą. Włosy zasłoniły mi widok, bo wpadały prosto w oczy. Kilka kosmyków wisiało nędznie na moim czole, a oddech, który ledwo co udało mi się odzyskać, znowu został zamknięty w pułapce długich palców.
Więzień gwałtownie obrócił mnie tak, że moja miednica stykała się w ciasnym zwarciu z linią blatu, którym pokryte były zlewy. Woda dalej lała się z jednego z nich, a szum połączony z grzmotami na zewnątrz przyprawiał mnie o gęsią skórkę, która pojawiła mi się na ramionach. Strach też robił swoje, dokładając do tego cegiełkę.
Lancaster mocno pociągnął mnie dłonią zasłaniającą mi twarz, co zmusiło mnie do nachylenia się nad kranem prawie do samego końca. Drugą ręką osadzony odgarnął włosy z moich oczu, sprawiając, że w końcu ujrzałam nas oboje w lustrze w całej okazałości. Siebie, zgiętą wpół, trzymaną w potrzasku, którego twórcą był diabeł we własnej osobie, i jego, dociskającego mnie biodrami, patrzącego z góry na to, do czego doprowadził.
Błądziłam wzrokiem po blacie w poszukiwaniu czegoś, czego mogłabym użyć jako broni. Ale nic takiego nie widziałam, bo to przecież pieprzone więzienie, w którym wszystko jest dopilnowane i dopięte na ostatni guzik tak, że nie było opcji zrobienia sobie żadnej krzywdy. Ani sobie, ani nikomu innemu.
Ani jemu.
Wbiłam spojrzenie w dłoń Lancastera oplatającą ciasno moją twarz. Cała była pokryta tatuażami, ale na jej wierzchu zobaczyłam to, co najbardziej zwróciło moją uwagę. Dolna część czaszki, która układała się na mojej twarzy w niemal idealnych miejscach. Nos, uzębienie, cały zarys kości szczęki. Tatuaż wyglądał zupełnie tak, jakby właśnie po to został stworzony.
- Non andr? pi? a curiosare11 - odparł nagle, umieszczając drugą z dłoni na tyle mojej głowy. Przejechał palcami po moich skołtunionych już włosach i owinął je sprawnie wokół swojego nadgarstka. - Powtórz, Rossa.
Byłam przerażona. Gdyby chciał, mógłby skręcić mi kark tu i teraz. W jednym momencie po prostu odebrać mi życie, a ja nawet nie miałabym sekundy, żeby się zająknąć.
Bo nie byłabym w stanie.
Próbowałam z całych sił pokręcić głową, aczkolwiek wystarczył niewielki ruch z mojej strony, żeby Lancaster szarpnął moimi włosami, ciągnąc je do tyłu. Promieniujący ból przeszył mi skórę na głowie, po czym dotarł aż do dołu kręgosłupa.
- Powtórz to, co powiedziałem, a puszczę cię wolno. - Zacisnął palce na moich policzkach, marszcząc skórę wokół nich. - Jeżeli wydasz z siebie jakikolwiek inny dźwięk, dopilnuję, żebyś już nigdy więcej się nie odezwała.
Chciałam wyć. Szlochać, płakać i krzyczeć tak głośno, jak to tylko możliwe. Lecz żadna łza nie miała prawa opuścić moich oczu.
Kiwnęłam głową, bo nic innego mi nie pozostało.
- Brava ragazza12. A teraz powtarzaj za mną - odezwał się, powoli ściągając rękę w dół, aż zatrzymał się na mojej szyi. Trzymał mnie za nią na tyle mocno, że mógł kontrolować to, czy powietrze w ogóle dostanie się do moich płuc. Dokładnie tak samo jak to, czy jakiś dźwięk będzie w stanie opuścić moje usta. - Non...
Błyskawica przecięła niebo, rozświetlając moje włosy, których kolor wyróżniał się na tle ciemnoszarych płytek.
- N... N-non... - powtórzyłam, nie mogąc zrobić tego bez zająknięcia.
Więzień drapnął kciukiem po skórze mojej szyi w poszukiwaniu tętnicy. Nacisnął na nią, sprawiając, że przełknęłam głośno ślinę zbierającą mi się w ustach.
- Andr?... - zaakcentował, a ja od razu zaczęłam powtarzać to słowo w głowie niczym mantrę.
- A-andr?... - wybełkotałam, starając się naśladować jego wymowę.
Kolejna błyskawica i kolejny nacisk na tętnicę szyjną. Narastająca panika.
- Pi?... - przeciągnął słowo, tak samo długo przesuwając paznokciem po skórze tuż za moim uchem.
Wzdrygnęłam się na ten niespodziewany dotyk. Bo mimo że widziałam w lustrze wszystko, co robi, jego ruchy były zbyt gwałtowne i niemożliwe do przewidzenia.
- No dalej, Rossa - powiedział, kiedy przez dłuższą chwilę się nie odzywałam. - Wiem, że potrafisz, nawet jeśli nie chcesz tego przyznać. Pi?...
- Pi?... - powiedziałam na wdechu, ruszając nieco biodrami.
Czułam w jednym okropny ból, który zwiastował siniaki. Cała ta pozycja, w której mnie trzymał, była prawie niemożliwa do zniesienia, lecz ten ucisk przeważał wszystko.
Lancaster pociągnął mnie za włosy, a potem od razu popchnął w przeciwną stronę tak, że moja twarz zatrzymała się praktycznie centymetr od lustra. Mój gorący oddech osadził się na szkle.
- A curiosare.
Zostało tak mało. Było już tak blisko. Dosłownie jedno słowo dzieliło mnie od wolności, której w tym momencie pragnęłam bardziej niż czegokolwiek innego.
- A curiosare - wydusiłam z siebie, momentalnie czując, jak wielki głaz, który pcha się przez moje gardło, wreszcie ustępuje.
Powoli wycofał rękę z moich włosów. Rozluźniłam się nieco, a odsunięcie się nawet na ten niewielki dystans pozwoliło mi wreszcie wypuścić z siebie wycie, które czekało na końcu mojego języka praktycznie od samego początku.
- Ti ho lodato troppo presto13.
Nie minęła nawet sekunda, a Lancaster pociągnął mnie za szyję do tyłu, sprawiając, że zderzyłam się z jego twardym torsem.
Gdyby w tym pomieszczeniu wisiał zegar, jego wskazówki właśnie by się zatrzymały.
Mężczyzna oplótł moją talię ramieniem, zamykając mnie w ciasnym uścisku. Tylko dzięki błyskawicy próbującej przedrzeć się przez okno zauważyłam, jak wędruje dłonią z mojego gardła z powrotem do góry. Aczkolwiek tym razem nie zasłonił mi ust, a wdarł się do środka dwoma palcami. Wdech, który wpadł tam razem z nimi, praktycznie mnie sparaliżował. Osadzony palcami dopchnął mój język do podniebienia, zmuszając mnie, bym zetknęła się głową z jego klatką piersiową. W lustrze widziałam, jak moja pierś unosi się i opada jeszcze szybciej niż chwilę temu.
Próbowałam coś powiedzieć. Próbowałam nawet poruszyć językiem, jednak ten ruch nie spotkał się z aprobatą ze strony mężczyzny. Naparł palcami, wychodząc na spotkanie ściance mojego gardła.
Lancaster patrzył, jak się krztuszę przez jego dłoń. Jak odbiera mi oddech i decyduje o moim ciele, a nawet o moim życiu.
- Cisza jest bardzo ważna - stwierdził w końcu, poprawiając uścisk na moich szczękach. - Bo bez ciszy nie byłoby słychać krzyku. A ten jeszcze ci się przyda.
Gwałtownie wyciągnął palce z moich ust, pozostawiając mnie z kaszlem, który tak bardzo próbowałam hamować. Aczkolwiek nie było na to czasu. Lancaster obrócił mnie, a kiedy byłam twarzą na wysokości jego klatki piersiowej, zatrzymał mnie. Dopchnął mnie całym sobą, sprawiając, że moje pośladki zetknęły się z zakończeniem blatu.
Nie potrafiłam swobodnie oddychać nawet wtedy, kiedy przestał odbierać mi tę możliwość.
- Przyda ci się, bo jeśli jeszcze raz będziesz się wtrącać w nie swoje sprawy, to zaczniesz krzyczeć tak, jak nigdy jeszcze tego nie robiłaś. - Złapał moją obolałą brodę w dwa palce, nakierowując ją tak, żebym na niego spojrzała. Kiedy skrzyżowałam z nim wzrok, dodał: - A ja będę ciszą. Ostatnią ciszą, której doznasz, Rossa.
I w końcu mnie puścił. Zostawił w pozycji, w której zastygłam. Kątem oka widziałam, jak łapie za metalową rączkę wózka z chemią do mycia i spokojnie pcha go w stronę wyjścia.
Tak po prostu.
10. LISICA W FORMIE
Veronica
Czy specjalnie wyszłam na dwór w nocy boso i w samym szlafroku tylko po to, żeby się przeziębić i wylądować w pracy zdalnej? Być może. Chciałam nawet wyjść w stroju kąpielowym, ale wolałam, by jednak sąsiedzi nie uznali mnie za wariatkę.
Czy teraz dostaję przez to po łapach, bo kompletnie zapomniałam, że obiecałam mamie zająć się Theo? Oczywiście, że tak.
Nie mogłam ani nie chciałam zawieść mamy w kwestii opieki nad bratem, więc musiałam jakoś dać radę. Spiąć tyłek na tyle, żeby zebrać się i przestać kichać. A przez brak bliższych znajomych, którzy byliby chętni spędzić popołudnie z najbardziej upierdliwym ośmiolatkiem chodzącym po tej planecie, byłam zmuszona poprosić o to kogoś, kogo jeszcze nie zdążyłam umieścić na liście kontaktów pod nazwą "nagłe przypadki". Kogoś, kto na pewno nie spodziewał się, że na kolejnej randce będzie musiał robić za niańkę.
- Chad? Masz może chwilę? - odezwałam się, kiedy odebrał po kilku sygnałach.
Siedziałam zamknięta w łazience, bo ten mały karaluch nie odstępował mnie ani na chwilę.
- Veronica, hej. Daj mi moment - wysapał do słuchawki, a szmery między jego słowami były na tyle głośne, że musiałam odsunąć telefon od ucha, żeby czasem nie ogłuchnąć.
Oparłam się biodrem o pralkę, ale nie był to zbyt przemyślany ruch, bo sine ślady na skórze może i nie bolały jakoś bardzo, lecz nie były też zbytnio komfortowe. Głównie dlatego, że przy wkładaniu majtek czy piżamy przed oczami miałam tylko jedną scenę, w której odgrywałam główną rolę.
A wcale się na nią nie pisałam.
- Halo? Już jestem, wybacz - powiedział w końcu spokojnym tonem.
- Hej. Słuchaj, nie wiem za bardzo, jak zacząć... - Przygryzłam wargę.
- Próbujesz zaprosić mnie na randkę, ale nie wiesz jak? - Zaśmiał się do słuchawki.
- Coś w tym stylu, tylko nieco gorzej.
- Gorzej? Już się boję, co takiego wymyśliłaś - stwierdził z zaciekawieniem w głosie.
Ja też się bałam, lecz nie dlatego, że chciałam prosić go o przysługę, a raczej dlatego, że ta "przysługa" właśnie zaczęła wydzierać się na tyle głośno, że słyszałam ją nawet przez zamknięte drzwi łazienki.
- O cholera! - Poderwałam się do drzwi, próbując otworzyć zamek jedną ręką. - To znaczy... Chad, wszystko ci wyjaśnię, ale musisz mi po prostu zaufać i przyjechać pod adres, który ci wyślę, dobrze? - odparłam pospiesznie.
Rozłączyłam się, nie dając mu nawet czasu na odpowiedź.
Szarpnęłam za klamkę, a drzwi z impetem uderzyły o ścianę obok. Byłam wręcz pewna, że ukruszyłam z niej trochę tynku. Gdy tylko Theodor podrośnie, będzie pierwszym w kolejce, który zrobi remont mojego mieszkania i zacznie właśnie od tego miejsca.
- Theo?! - krzyknęłam, bo jego piski zdążyły już ucichnąć.
Wbiegłam jak szalona do kuchni, skąd dochodziło wcześniej jego wycie. No i prawie dostałam przy tym zawału.
Mój brat stał na odwróconej misce, wpatrując się w wypełniony po brzegi garnek z przykrywką, którą próbował podnieść przez ścierkę.
- Co ty robisz, do cholery? - Już nawet nie próbowałam się hamować.
- Jak to co? Obiecałaś mi frytki, ale zamknęłaś się w łazience, więc postanowiłem zrobić je sam. No to nalałem olej do garnka i czekam - stwierdził niewzruszony, obracając się w moją stronę.
- Czekasz? - zapytałam, próbując uspokoić oddech. - Na co ty czekasz?
- No przecież musi się zagotować, nie? - powiedział z uniesionymi brwiami, wycierając rękę o za duży o kilka rozmiarów fartuch, który dorwałam na wyprzedaży z myślą, że będzie świetnym rozpoczęciem mojej przygody z gotowaniem.
- Zagotować... Zagotować olej... - Nie potrafiłam sklecić zdania.
Theo chciał wysadzić moje mieszkanie, a ja tylko wyszłam do łazienki.
Na dwie minuty.
DWIE.
MINUTY.
- Masz problemy żołądkowe, że się tak krzywisz? Zrobić ci herbatkę? - Zeskoczył z miski i wyłączył gaz. Niewielkie bulgotanie wydobywające się z garnka powoli ustało, dokładnie tak jak i kołatanie mojego serca.
- Ja ci dam herbatkę! Siadaj na tyłku, włącz sobie telewizor i zamknij jadaczkę, dopóki nie pozwolę ci znowu mówić.
Dopadł mnie sąd ostateczny. Jak nie niedoszły wybuch w kuchni, to ratowanie się telewizorem i tymi bajkami, których nawet ja nie rozumiem.
- Za dziesięć - odparł, wyszczerzając się do mnie.
- Za dziesięć minut? Nie, zrobisz to teraz, Theo. - Pokręciłam głową, karcąc go wskazującym palcem.
- Nie minut. Za dziesięć dolców! - Wystawił mi język.
- Ty mały... - Nie dokończyłam, bo zaczęłam biec w jego stronę.
Bo tacy właśnie byliśmy. Ganialiśmy się po całym mieszkaniu, śmiejąc się i krzycząc. Kochałam brata nawet wtedy, kiedy był nieznośny. Czyli zawsze.
Po skończonej gonitwie klapnęłam na kanapę i sięgnęłam po telefon, żeby w końcu wysłać wiadomość do Chada. Miałam nadzieję, że to, co tu zastanie, jakoś bardzo go do mnie nie zniechęci. Pragnęłam też, żeby zdał ten "test". Bo jakikolwiek facet nie pojawiłby się w moim życiu, Theo Harris zawsze był i będzie jego nieodłączną częścią, więc albo Chad go zaakceptuje, albo kontynuacja tej relacji nie ma większego sensu.
- Ta bajka może być? - zapytałam, przełączając kanał. Nie mogłam już dłużej bezczynnie siedzieć przed telewizorem, a dwa maile od Pete'a Bakera tkwiły na mojej skrzynce już ponad godzinę i co rusz przypominały o sobie głośnym powiadomieniem.
- Ty naprawdę myślisz, że ja oglądam takie bajki? - rzucił Theo z drugiego końca kanapy, zakrywając nogi kocem.
- To co ja mam ci niby włączyć? "Grę o tron"? - zapytałam, przewracając oczami.
- Znudziłem się po trzecim sezonie. - Puścił mi oczko, kiedy moja szczęka zetknęła się z podłogą. Ten dzieciak jest niemożliwy.
- Masz tu tego pilota i oglądaj, co tam chcesz, poddaję się. - Podałam bratu urządzenie, unosząc ręce na znak kapitulacji.
Po drodze do stołków barowych wzięłam laptopa, którego położyłam na blacie tak, żeby mieć Theo na oku. I żeby on nie miał na oku mnie.
Otworzyłam klapę, po czym wpisałam hasło i zalogowałam się na skrzynkę pocztową. Baker zostawił mi jakieś dane do logowania i zabezpieczony link do platformy, na której miałam je wpisać. Dobrze, że dołączył też instrukcję, bo mogłoby się skończyć różnie.
Poprawiłam okulary, których szkła mimo nowości już zdążyły uwalić się syfem. Oczywiście takim, którego nie da się przetrzeć zwykłą szmatką, tylko tymi śmierdzącymi chusteczkami zostawiającymi smugi. Bycie półślepym to wieczna walka o pieniądze. Tu wizyta u okulisty, tu nowe szkła, bo wada się pogłębia, tam jakieś chusteczki, a potem człowiek zostaje bez kasy, bo chciał cokolwiek widzieć.
Wpisałam login i hasło, uważnie sprawdzając wszystkie literki, cyferki i znaki specjalne. Strona przekierowała mnie na kolejną kartę, która po chwili wypełniła się danymi. Przypominała tabelkę, którą wypełniałam już u Pete'a w biurze. Zmrużyłam oczy, żeby sprawdzić, czy wypisuje się ją w taki sam sposób, ale nowe okno wyskakujące mi tuż przed twarzą skutecznie to uniemożliwiło. Podskoczyłam w miejscu, a czerwone napisy okazały się informacją o poufności danych i monitorowaniu mojego urządzenia. Zaakceptowałam wszystkie okienka, co zajęło mi nawet dłużej niż ogarnięcie, jak powinnam się zalogować. Dopiero wtedy mogłam z powrotem dojrzeć tabelkę, która okazała się niemal identyczna jak poprzednia.
W wiadomości od Bakera był jeszcze zapakowany folder z danymi do wypełnienia oraz kilka informacji. Głównie bełkot o tym, że mam po trzy razy sprawdzać kody i nazwiska, nie zagłębiać się w kartotekę i po prostu wypełnić jak najwięcej. W skrócie moja robota polega na sprawdzeniu, czy praca Pete'a jest dobrze wykonana. Tabelki były już dawno wypełnione, a ja tylko sprawdzałam, czy nie popełnił gdzieś jakiejś gafy.
Ostatnio skończyłam na "I". Dość szybko uwinęłam się z "J", bo nie było dużo osadzonych z nazwiskami na taką literę. Nad "K" siedziałam trochę dłużej, aż do momentu, gdy w oczach zaczęły mi się mienić literki i cyferki. O dziwo, Theo siedział cicho i coś tam sobie oglądał, lecz nie miałam odwagi sprawdzić co. Wolałam żyć w niewiedzy i tylko co jakiś czas sprawdzałam, czy dalej siedzi na kanapie, a jego czupryna na szczęście zawsze wystawała zza poduszek.
Przy "L" miałam ochotę zwrócić śniadanie prosto na monitor. Lambert Michael wyglądał na zdjęciu jak klon brata mojego ojca. Ta sama przepita morda i wąsik podkręcony na żel w stronę brody. Gdyby nie inne imię i nazwisko, pomyślałabym, że to naprawdę on. Z ciekawości przesunęłam kursor w bok, żeby doczytać, za co siedzi sobowtór mojego wujka.
Napad na sklep osiedlowy z bronią w ręku. Jak się później okazało, zabawkowym pistoletem na wodę. Niestety bądź stety, pieniądze z kasy były już prawdziwe, i za to odbywał odsiadkę.
Brzmi jak coś, co zrobiłby wujek.
Przetarłam zmęczone oczy wierzchem dłoni. Lista zdawała się nie kończyć, a Michael Lambert nie siedział po raz pierwszy. Ani nawet drugi. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a ja właśnie się w nim smażyłam, czytając wszystkie wyroki nałożone na Lamberta. Wstyd się przyznać, ale wciągnęłam się zdecydowanie bardziej niż w jakąkolwiek lekturę szkolną.
Kolejny napad, tym razem już na większy dyskont. Ukradł hurtowo dwa kartony pasty do zębów i kawy rozpuszczalnej. Zeznał, że po dwóch latach picia więziennej lury z fusami należało mu się coś od życia. Potem na przepustce okradł sąsiadów z mleka wystawianego przed drzwiami, przez co stracił możliwość ponownego wyjścia i pracy na zewnątrz.
Przesunęłam jeszcze niżej, lecz reszta przewinień nie zgadzała mi się z tymi poprzednimi. To nie były już napady czy głupie przewinienia, a nielegalny handel kradzionymi samochodami. Wymienione były marki, o których istnieniu nawet nie słyszałam, z czegokilka sztuk zwanych modelami kolekcjonerskimi. Zmarszczyłam brwi i przejechałam wzrokiem w bok, żeby upewnić się, czy numer osadzonego zgadza się z tym w systemie.
- O kurwa - wykrztusiłam ledwie, szybko unosząc wzrok znad laptopa na Theo. Na szczęście nie usłyszał swojej przeklinającej siostry, dowiadującej się, że numer więźnia się nie zgadza. Ale z niczyjej winy. Nie zgadzał się, bo węszenie sprowadziło mnie aż o rubrykę niżej. Numer osadzonego pasował do kolejnej osoby z listy.
Do Alessandra Lancastera.
Odsunęłam się nieco, starając się nie myśleć o tym, co między nami zaszło. Chociaż trudno było nazwać to "między nami", bo to on zrobił ze mną to, co mu się żywnie podobało. Obracał mną jak pluszowym misiem. Bez żadnego wysiłku czy wypowiedzianego słowa. Wiedział, czego chce, i zamierzał dosadnie przekazać mi, że to było jego pierwsze i ostatnie ostrzeżenie.
Problem w tym, że chyba właśnie przestałam go słuchać. Przesunęłam myszką w prawo, a tabelka na ekranie powoli zmieniła położenie. Wróciła do rubryki z przewinieniami, a ja nie zamierzałam już oszczędzać oczu. Prześledziłam wzrokiem wymienione w raporcie roczniki samochodów, po czym szybko przeszłam do zeznań świadków.
Puste pole. Żadnych świadków?
Oparłam się łokciami o blat i odpaliłam nowe okno przeglądarki. Wpisałam pospiesznie jego imię i nazwisko, lecz wujek Google nie znał Lancastera. Przynajmniej nie lepiej niż strona zakładu, do której miałam dostęp. Wróciłam więc do poprzedniego okna, by czytać dalej.
Zgodnie z zeznaniami Alessandro L. dopuścił się kradzieży czarnego samochodu marki Chevrolet, modelu Silverado, wpierw jednak włamał się do niego z zamiarem opróżnienia wnętrza z całego wyposażenia. Oskarżony pokonał trasę wynoszącą piętnaście kilometrów, przejeżdżając przez następujące punkty...
Nagły dzwonek do drzwi sprawił, że nie dość, że prawie spadłam ze stołka, to jeszcze o mało nie pociągnęłam za sobą sprzętu razem z ładowarką.
Zamknęłam szybko klapę laptopa, czując, jakby co najmniej ktoś przyłapał mnie na gorącym uczynku. Jakbym to ja była Michaelem Lambertem kradnącym mleko sąsiadowi, który akurat patrzył przez wizjer...
- Theo, koniec tych bajek - rzuciłam przez ramię, wstając od blatu. Przynajmniej mogłam mieć nadzieję, że oglądał właśnie kreskówki.
Ruszyłam w stronę drzwi i przed otwarciem poprawiłam rozrzucone włosy. Ktokolwiek to był, musiał znieść widok mnie w piżamie i żółtym szlafroku w marchewki.
Otworzyłam drzwi, poprawiając się przed progiem.
- Hej, szybciej się nie dało - wyjaśnił Chad, nachylając się i dając mi buziaka w policzek. Nie spodziewałam się, że w ogóle się zjawi po tej wiadomości, a już tym bardziej, że zrobi to tak szybko. - Mam nadzieję, że mimo wszystko mi wybaczysz. - Uśmiechnął się, wręczając mi bukiet kwiatów, który wyrósł dosłownie znikąd.
Kwiatki. Takie z kwiaciarni. Z łodygami i liśćmi.
Stałam jak wryta, nie potrafiąc nawet zmusić się do zamknięcia za nim drzwi.
- Kupiłem ci też jakieś leki przeciwgorączkowe i herbatę miodową - dodał, wchodząc do kuchni, gdzie odłożył torbę z zakupami na blat. Ubrał się w ten płaszcz, co zwykle, ale skomponował go z lekkimi dżinsami i czarnym swetrem z wycięciem w serek.
Nagle zachciało mi się herbatki.
- Boże... Chad, dlaczego ty... - jąkając się, domknęłam w końcu drzwi.
- Nie dało się nie usłyszeć, jak kichasz w słuchawkę. No i tych krzyków, ale tutaj nie byłem w stanie domyślić się, o co chodzi. - Zaśmiał się, po kolei wykładając zakupy z torby.
- To był... - No właśnie. - Theo! Mówiłam, że koniec z tymi bajkami - powiedziałam, podchodząc do kanapy, żeby rozczochrać mu te jego idealnie ułożone włosy.
Wyciągnęłam rękę i kolejny raz tego dnia wydarłam się na całe mieszkanie, prawie upuszczając bukiet tulipanów na podłogę.
To nie była głowa mojego brata ani nawet jego włosy, a pieprzony koc, który dałam mu do przykrycia się. Okrążyłam kanapę, a kiedy zobaczyłam stos poduszek ułożony w kształt jego pustej głowy, miałam ochotę wyjść z siebie, stanąć obok i walnąć się w twarz za to, że dałam się przechytrzyć ośmiolatkowi.
- Wszystko w porządku? - Chad zrobił kilka kroków w moją stronę.
- Chyba coś zgubiłam - odpowiedziałam, czując, jak się we mnie gotuje i jednocześnie robi mi się słabo z nerwów.
- Co zgubiłaś? - W jego głosie było słychać zmartwienie. - Może jakoś uda nam się...
- Brata. Zgubiłam brata.
11. CIAO SICILIANO
Alessandro
Jakiś czas temu
Kiedyś wystarczał kawałek porcelany, a szyba roztrzaskiwała się na miliony kawałeczków, które nie do końca były łatwe do usunięcia. No i oczywiście uszkadzały część samochodu, co automatycznie zmniejszało jego wartość. A to przecież głównie o nią chodziło, chyba że ktoś robił to z własnych pobudek. Nie zawsze chodziło o forsę i handel. Czasem głównym aspektem była adrenalina, innym razem chęć posiadania czegoś, co nieosiągalne.
Cały ten proces był nie do zatrzymania. Nieważne, czy zdążyłeś już dorobić się grubego siana, czy też nie, robiłeś to dalej. I robiłeś to tak, jak za pierwszym razem, tyle że szybciej i precyzyjniej, przy każdym kolejnym włamaniu próbując pobić swój poprzedni rekord.
Oparłem się plecami o bagażnik furgonetki. Skanowałem teren, rozstaw kamer i każdego przechodnia w zasięgu wzroku. Świeżutko wyprodukowany rocznik S4 w metaliku. Niczym niewyróżniający się dla przechodniów, na pierwszy rzut oka rodzinny samochód.
Nic bardziej mylnego.
Zaparkowany został tak, że idealnie mieści się w martwej strefie, więc ten, kto siedzi na kamerach, nie ma dziś dobrego dnia. Za to mój zapowiada się wręcz wspaniale.
Poprawiłem białą koszulę w czarne pasy, bo cholerny kołnierzyk wpijał mi się w szyję. Gdy zobaczyłem kobietę o długich złocistych włosach, odpiąłem trzy pierwsze guziki. Plan był prosty, a faza pierwsza już za mną. Teraz wystarczyło tylko robić to, co potrafię najlepiej.
Grać.
Blondynka podbiegła kawałek, wymijając nadjeżdżające auta. Ręce miała obładowane siatkami z zakupami, a okulary przeciwsłoneczne zwisały jej swobodnie zza dekoltu bluzki. Na jej palcu nie widniała ani obrączka, ani pierścionek zaręczynowy. Na tylnym siedzeniu audi nie wypatrzyłem też wgnieceń po foteliku. Na skórze znajdowały się głównie kępki sierści, prawdopodobnie po psie małej wielkości. Żadnych pobieżnych śladów użytkowania na fotelu pasażera, a kierownica pozostawała praktycznie nietknięta.
- Weź, nawet nic nie mów, były takie kolejki, że już więcej nie przyjadę o takiej godzinie - usłyszałem, jak mówi do telefonu ustawionego na tryb głośnomówiący.
Rozmową przez komórkę pospieszyła mi robotę o jakieś dwie minuty.
Kobieta doszła do samochodu, a ja skupiłem się na wykonywanych przez nią ruchach, kompletnie ignorując damski głos dochodzący z jej telefonu. Ostrożnie odłożyła połowę reklamówek na betonowe płyty chodnika i smukłą dłonią sięgnęła do małej, kopertowej torebki. Rękami wykonywałem lustrzane odbicie jej ruchów, gdy włożyłem je do tylnej kieszeni swoich spodni. Upewniłem się tylko, czy dobrze podpiąłem modem, a potem najechałem palcem na odpowiednią część flippera14.
- Nie mogę znaleźć tego pieprzonego kluczyka - burknęła, a przez gwałtowne ruchy, jakie wykonywała, telefon prawie upadł jej na ziemię. - No tak! Dalej zapominam, że przecież nie muszę go nawet brać do ręki. Dasz wiarę, że teraz wymyślają takie cuda? Trzymam kluczyk w torebce, a ten sam jakoś tam działa i otwiera mi samochód. Kocham technologię, Katie.
Ja również ją kocham.
Wystarczyło, że blondi odpowiednio zbliżyła się do drzwi kierowcy, a jeden klik ściągnął sygnał otwarcia i cały program kluczyka wraz z immobilizerem15. Trzymałem w kieszeni duplikat tego, co siedziało głęboko w jej torebce.
- Poczekaj, bo jak odpalam, to muszę się skupić - dodała, po czym włożyła zakupy do auta i trzasnęła drzwiczkami. Kilka kolejnych minut zajęło jej dojście do tego, że tym razem nie będzie miała nad czym się skupiać, bo nie odpali pojazdu. I że już nigdy nie zrobi tego jego prawowita właścicielka.
Kobieta wysiadła, zostawiając w środku telefon wraz z reklamówkami. Zanotowałem ten fakt w głowie i ruszyłem przed siebie, odbijając się od bagażnika furgonetki. Oblizałem wargi i bez dłuższych przemyśleń podszedłem do blondynki, która obchodziła samochód dookoła.
- Wszystko w porządku? - zapytałem, nie ukrywając akcentu. W zasadzie to był on jedną z nielicznych rzeczy, które w sobie lubiłem.
- A wie pan, że tak? I to jeszcze jak! - Uniosła ręce do nieba. - Na cholerę było mi auto z salonu, jak, kurwa, nie odpala! - Popatrzyła do góry zupełnie tak, jakby rozmawiała z Bogiem. - Proszę wybaczyć, ale tu nie da się nie kląć.
- Całkowicie panią rozumiem. Kilka miesięcy temu moja siostra też brała cacko z salonu i było dokładnie to samo. A potem płać, człowieku. - Pokręciłem głową, bajerując ją dalej. - Nie odpalało, bo trzeba było dolać płynu chłodniczego, takie sprawy.
Pierdolenie. I z płynem, i z siostrą. Bo ja nie mam siostry, a bez odpowiedniej ilości płynu silnik skończyłby jako dobry grill pod steka. Ale blondi nie musiała o tym wiedzieć. Jej wzrok tylko to potwierdzał.
- O panie... - zmartwiła się.
- Na szczęście mam brata mechanika, który co nieco potrafi zdziałać pod maską.
- Mógłby pan? Byłabym taka wdzięczna! - Zawiesiła wzrok na rąbku mojej odpiętej koszuli, spod której wystawał biały podkoszulek.
- Proszę otworzyć maskę, zobaczę, co da się zrobić. - Uśmiechnąłem się, żeby dopiąć wszystko na ostatni guzik.
Kobieta sięgnęła do środka samochodu i otworzyła maskę, którą jeszcze niedawno odpowiednio podważyłem. Rozejrzałem się po jeszcze czystym jak łza silniku, udając, że grzebię tu i tam. Przejechałem ręką tak, żeby na pewno upaprać ją w niewielkiej ilości brudu wpadającego do środka przez koła podczas jazdy.
- Powiem pani tak... - Pociągnąłem nosem. - Bez płynu daleko nie zajedziemy.
Rzuciłem jej spojrzenie z nutką obawy, na co niepewnie przełknęła ślinę.
- Na szczęście w tym sklepie - wskazałem palcem na ten, z którego wyszła (za chuja nie wiedziałem, co w nim sprzedają, nigdy w życiu nawet tam nie byłem) - mają sekcję motoryzacyjną. Podejdzie pani do któregoś kasjera i powie, że potrzebuje płynu chłodniczego. Dolejemy i furka będzie śmigać jak nówka.
Blondynka popatrzyła mi w oczy zmartwiona, po czym przeniosła wzrok na samochód i sklep nieopodal. Widocznie się zastanawiała, jak postąpić w tej sytuacji. Nie ufała mi w pełni, aczkolwiek do tego brakowało tylko jednej ważnej kwestii, o której dotąd zapomniałem.
- Oczywiście dla pani usługa gratis, ale proszę pamiętać o moim istnieniu. - Uśmiechnąłem się, pokazując przy tym zęby, które zlustrowała wzrokiem.
Wahanie w jej oczach od razu odeszło w niepamięć.
To było aż tak proste. Zresztą jak prawie zawsze.
- To pan tu poczeka. Ja skoczę i szybko to załatwimy! - rzuciła przez ramię w biegu i pospiesznie sięgnęła po torebkę z siedzenia pasażera.
Kluczyk w kopertówce zniknął mi z pola widzenia razem z blondi, która prawie połamała obcasy, biegnąc do sklepu. Zostawiła mi otwarty samochód, dosłownie wyręczając mnie z połowy roboty. Przez chwilę nawet nad tym ubolewałem.
Złapałem za kabelki i z powrotem wpiąłem je na swoje miejsce. Sztuczka z wtryskami paliwa czy zasilaniem cewek pozostawała niezawodna. Domknąłem maskę i wytarłem ubrudzone ręce w czarne spodnie. Wsiadłem do auta i wyciągnąłem z kieszeni moje cudeńko. Wystarczyły trzy minuty, a przycisk start-stop na konsolecie zaświecił się gotowy do jazdy. Zapiąłem pasy, bo może i byłem pieprzonym złodziejem, lecz pasy powinno się zapinać zawsze.
Wcisnąłem przycisk, by zmienić bieg na tryb jazdy.
I tyle. No może prawie, bo kiedy chciałem już odjechać, imitując styl jazdy blondi, przypomniało mi się o jej telefonie leżącym na siedzeniu. Nie zabrała go. Ekran podświetlił się, gdy tylko na niego spojrzałem, a tapeta z małym szczeniakiem kundelka sprawiła, że nie miałem serca się go pozbywać. Naciągnąłem więc koszulę tak, żeby zasłaniała mi palce, i złapałem urządzenie. Otworzyłem drzwi pojazdu i położyłem telefon na betonowych płytach, po czym to samo zrobiłem z zakupami kobiety.
W końcu kradnę tylko samochody.
Wyjazd z parkingu zajął mi tylko chwilę. I choć preferowałem manualną skrzynię biegów, automaty też miały coś w sobie. Tym czymś była nieodzowna wygoda, której nie można było im odmówić. Człowiek mógł rozwalić się jak przysłowiowa żaba na liściu i jechać w siną dal. Do jazdy tym autem wystarczyła dłoń i stopa na pedale gazu. Chociaż gdyby się uprzeć, to nawet i tego nie trzeba było używać. Ilość systemów wspomagających, naprowadzających i utrzymujących tor jazdy przekraczała najśmielsze wyobrażenia. Może i auta jeszcze nie latały, ale zdecydowanie nie potrzebowały już tak dużego zaangażowania kierowcy jak kiedyś.
Otworzyłem schowek przy siedzeniu pasażera, a kiedy oprócz kilku zapakowanych tamponów i większej kolekcji okularów przeciwsłonecznych znalazłem płytę ze składanką o tytule "Włoskie Hity", zachciało mi się śmiać.
Wepchnąłem CD w napęd, którego obecność nieco mnie zdziwiła. Aczkolwiek skoro tu był, nie pozostawało mi nic innego, jak przesłuchanie dedykowanej jakby dla mnie płyty. Na pierwszy ogień poleciało coś, obok czego nie potrafiłbym przejść obojętnie. "Ciao, ciao, Siciliano16".
Och, ironio.
- Porta nel cuore la speranza. Di ritornare un giorno a casa. Con la Mercedes accanto alla mamma17 - podśpiewywałem sobie pod nosem. Tekst jednak nie do końca pasował do sytuacji, bo tym razem trafiło mi się audi.
Przyspieszyłem, wjeżdżając na autostradę. Jechałem tam, gdzie noga mnie poniosła, i robiłem to, co chciała moja ręka. A ta właśnie otwierała na oścież wszystkie okna samochodu.
- Ciao, ciao, ciao, Siciliano! Giri il mondo e cerchi la fortuna18 - śpiewałem, kiedy przeciąg porwał ze sobą moją koszulę, której boki podwiewało do góry. Sięgnąłem do schowka i bez patrzenia wybrałem w ciemno parę okularów przeciwsłonecznych, po czym włożyłem je na nos. - Ciao, ciao, ciao, Siciliano!
Mijałem pola, fabryki i ogromną ilość pobliskich lasów.
Czułem, że żyję.
- Ovunque tu andrai. Lo so, la troverai19!
Bo wtedy zdawałem się jeszcze żyć.
12. WPADKI, PRZYPADKI I WYPADKI
Veronica
- Theo! - To ostatnie słowo, które opuściło moje usta, gdy drzwi mieszkania otworzyły się na oścież, a mój brat wystrzelił przez nie jak z procy.
Myślałam, że gorzej już być nie może, ale jak zwykle bagatelizowałam umiejętności ośmiolatków. Zwłaszcza tego jednego.
- O kur... - odezwał się Chad, zatrzymując się w pół słowa. - Przepraszam.
Czy on właśnie przeprosił mnie za przeklinanie?
- Nie, "o kurwa" to odpowiednie określenie tej sytuacji - wtrąciłam, podbiegając do szafki z butami, na której usiadłam. Złapałam w pośpiechu pierwsze lepsze trampki i wepchnęłam je siłą na stopy. Chad złapał za płaszcz i wziął mnie za rękę, po czym pociągnął za sobą na schody. Trzasnęłam drzwiami mieszkania, nawet nie zamykając ich na klucz. Zgubiony brat wydawał mi się o wiele większym zagrożeniem dla społeczeństwa niż włamanie.
- Niech no tylko go dorwę, to... - Nie dokończyłam, bo o mało nie ześlizgnęłam się tyłkiem po całej długości schodów.
Wybiegliśmy na zewnątrz, a ja od razu rozejrzałam się w poszukiwaniu rudej czupryny. Na szczęście Theo miał za krótkie nogi, żeby uciec nie wiadomo jak daleko. Wypatrzyłam go przy piekarni, tuż obok pasażu handlowego.
- Mam cię! - wykrzyczałam podenerwowana, zaciskając uchwyt na dłoni Chada. Teraz to ja ciągnęłam go za sobą, prowadząc w stronę tego małego urwisa. - Chodź!
- Dlaczego on zwiał? I jak w ogóle...
Szarpnęłam mocno, co skutecznie uciszyło Chada. Nie potrzebowałam teraz zbędnych pytań, na które sama nie do końca znałam odpowiedź. Jedyne wyjaśnienie, jakie przychodziło mi na myśl, to "to po prostu Theo".
Przeszliśmy obok piekarni, a ja ciągle miałam brata na oku. Mijaliśmy kolejnych przechodniów, jakąś panią z dziecięcym wózkiem i grupkę nastolatków. Theo skręcił w prawo, a my tuż za nim. Byłam już tak blisko, że gdyby nie ciężar szlafroka, prawie bym go miała.
No tak. Przecież wybiegłam na dwór w szlafroku nałożonym na piżamę.
- Wracaj tu, diable! - rzuciłam za nim, kiedy jego wątła postać zniknęła za drzwiami jednego z lokali w pasażu handlowym. Determinacja, jaką odczuwałam, nie pozwoliła mi nawet się zorientować, gdzie właśnie wchodzę. Ślepo wbiegłam za bratem do środka, chcąc mieć już to wszystko za sobą.
Nie wiedziałam nawet, czy Chad dalej dotrzymuje mi kroku, bo zdążyłam puścić jego rękę, żeby zyskać trochę na prędkości. Niestety, za dużo to nie pomogło, bo Theodor minął recepcję, której pracownica obrzuciła mnie skonfundowanym wzrokiem. Nie rozumiałam, co było takiego złego w ubraniu trampek i szlafroka na...
Siłownię.
Mój brat wciągnął mnie na jakąś ogromną halę treningową.
Zatrzymałam się w pół kroku, zaciskając palce na klamce drzwi. Jedna z pracownic, zapewne trenerka, zwróciła na mnie uwagę, zresztą tak jak i cała reszta kobiet na sali. Jej spojrzenie wyrażało więcej niż tysiąc słów, aczkolwiek przynajmniej uformowała usta w przyjemnym, zapraszającym do wejścia uśmiechu. Mimo to wyglądała na trochę przestraszoną. Ale tylko trochę.
Przełknęłam ślinę, a kiedy chciałam im niezręcznie pomachać, mój brat przebiegł między kobietami, wymijając je jak pionki. Cofnęłam więc rękę i wsadziłam ją do kieszeni szlafroka.
- Pani na zajęcia? - odezwała się w końcu trenerka, przerywając niezręczną ciszę, która metaforycznie przebijała się nawet przez muzykę. - Proszę kontynuować rozgrzewkę, zaraz do was wrócę - zwróciła się do pań, które zgodnie z poleceniem wróciły do przerwanych ćwiczeń.
Stałam jak wryta. Wychyliłam głowę, żeby dojrzeć, co takiego robi Theo, ale wysoka postać trenerki skutecznie mi to uniemożliwiła.
- Nessa Bennet, witam panią. - Uśmiechnęła się, wyciągając do mnie dłoń. Nie wiedząc, co powinnam zrobić, po prostu odwzajemniłam uścisk. - Co prawda zaczęłyśmy kilka minut temu, ale to w niczym nie przeszkadza. Ze strojem będzie już trochę gorzej, lecz dla chcącego nic trudnego.
Patrzyłam na nią z otwartymi ustami.
- No i będzie pani musiała zaprowadzić syna do części z bawialnią, bo nie chciałabym, żeby coś mu się stało - dodała, spoglądając na zegarek na smukłym nadgarstku. - Widzimy się za pięć minut, tylko proszę w miarę szybko schodzić po schodach, to zaliczymy to jako rozgrzewkę i będziemy mogły przejść do właściwych zajęć bez żadnych zaległości.
- Zajęć...? - wykrztusiłam, kręcąc głową.
Zlokalizowałam wzrokiem małego diabła, siedzącego jak gdyby nigdy nic na ławeczce pod ścianą. Jakieś kobiety podeszły do niego i zaczęły go komplementować; nawet ze swojego miejsca udało mi się dosłyszeć ich zachwyty na temat jego włosów czy piegów.
- Zajęcia z samoobrony dla kobiet - wyjaśniła Nessa, mrużąc oczy. - Bo tutaj miała pani trafić, tak?
- Ja... - zacięłam się. Popatrzyłam z powrotem na trenerkę, próbując na nowo odtworzyć to, co właśnie do mnie powiedziała.
Zajęcia z samoobrony dla kobiet. Zajęcia, które nauczyłyby kogoś takiego jak ja obronić samą siebie. Przedstawiłyby chwyty, które chociaż w jakimś stopniu pomogłyby w sytuacjach podbramkowych. Przykładowo takich, w których napastnik przyszpila cię do lustra i każe powtarzać po sobie słowa w obcym dla ciebie języku.
- Tak - odparłam w końcu. Takie coś było mi potrzebne, i to właśnie teraz. A darmowa bawialnia, która zajmie Theo choćby na godzinę, była zbawieniem od losu i dodatkiem przypieczętowującym moją decyzję.
Odprowadziłam brata, który, o dziwo, zachwycił się basenem z plastikowymi kuleczkami i trampoliną z małpim gajem. Schodząc po schodach, wpadłam na zasapanego Chada, który prawdopodobnie szukał mnie już w każdym pomieszczeniu tego budynku, a ja przez całe to zamieszanie kompletnie o nim zapomniałam.
- Znowu ci uciekł? - zapytał z przerwami na wdechy, opierając rękę o moje ramię.
- Właściwie to... właśnie bawi się tam, na górze. - Kiwnęłam głową na schody. Chadowi oczy prawie wyszły z orbit, zresztą prawie tak jak i płuca spomiędzy żeber.
- Ale...
- Nie pytaj. I nie pytaj też, jak i dlaczego, aczkolwiek idę teraz na zajęcia z samoobrony. - Uśmiechnęłam się niezręcznie, posyłając mu spojrzenie pełne błagania o litość.
- Chyba mi tlen odcięło, bo nic z tego nie rozumiem. - Chad zassał powietrze.
- Wszystko ci wytłumaczę, jednak naprawdę muszę już iść. Dziękuję ci bardzo za pomoc i za to, że przyszedłeś. Jest mi głupio, ale muszę mieć do ciebie jeszcze jedną prośbę...
- Też mam iść na te zajęcia?! - zawył, wykrzywiając twarz.
- Zajęcia są dla kobiet, Chad. - Zaśmiałam się lekko. - Chciałam zapytać, czy nie chciałbyś mnie, a w sumie to nas, odebrać.
- Uff, dzięki ci, Jezu - odparł z ulgą. - Tak. Jasne, że tak.
Na szczęście po zdjęciu szlafroka moja piżama aż tak nie odznaczała się na tle strojów reszty grupy. Mimo to dalej czułam lekki wstyd, choć komfort zdecydowanie go wynagradzał. Zaczęłyśmy od prezentacji pozycji, którą później miałyśmy wykonać na sobie w parach. Nie spodziewałam się jednak, że trafiłam na zajęcia grupy średniozaawansowanej, a trenerka pokazywała chwyt zwany "trójkątnym duszeniem nogami". Polegał na wykorzystaniu pozycji przeciwnika i zawinięciu kolan i ud wokół jego szyi. Brzmiało to fajnie, ale oglądanie w praktyce, jak dziewczyna z grupy wykręca się wpół, sprawiło, że zaczynałam żałować powrotu na salę.
- Powtórzcie to samo, ale proszę w zwolnionym tempie, żeby żadna z was nie zrobiła sobie krzywdy. Na następnych zajęciach spróbujemy już pełnowymiarowo - rzuciła trenerka, puszczając wykręconą panią.
Przełknęłam gulę w gardle i poprawiłam spodenki od piżamy. Nie byłam na to gotowa. Nawet na rozgrzewkę nie byłabym gotowa.
- Dobierzcie się w pary. Sydney, dołącz, proszę, do naszej nowicjuszki. - Uśmiechnęła się, wskazując na mnie palcem.
Czekałam więc grzecznie na podejście do mnie Sydney, która już chwilę później popukała mnie w ramię. Obróciłam się, a kiedy zobaczyłam starszą kobietę z siwizną na głowie, poczułam, jak kamień spada mi z serca.
- To która z nas zaczy... - Nie dokończyłam, bo gdy tylko wystawiłam rękę na przywitanie, Sydney złapała za nią i w sekundę sprawiła, że twarzą zderzyłam się płasko z matą. Kolejną sekundę zajęło jej umiejscowienie mojej głowy między kolanami i zmuszenie mnie do poddania się, co zrobiłam, odklepując ręką.
- O-okej, pani zaczyna, rozumiem - wydyszałam, czując, jak robię się czerwona, a policzki drętwieją mi od nacisku jej nóg.
Ćwiczyłyśmy ten sam chwyt jeszcze kilka razy, aż zajęcia dobiegły końca. Godzina minęła naprawdę szybko i mimo bólu szyi czułam się naprawdę dobrze. Choć następnym razem zdecydowanie wolałabym robić to w legginsach i podkoszulce.
Zapłaciłam za pierwsze zajęcia, zaliczając ten wydatek do tych, których się nie żałuje. Poszłam na górę, ledwo dając sobie radę ze schodami. Odebrałam równie zmęczonego Theo, co było jeszcze większym benefitem całej tej przygody. Oboje zeszliśmy na dół do recepcji, gdzie czekał na nas Chad.
- Hej, uciekinierze. - Posłał uśmiech mojemu bratu. - Jeszcze nie mieliśmy okazji się poznać. Jestem Chad.
- To czad, Chad - odparł żartem, a ja miałam ochotę zedrzeć sobie skórę z twarzy. - To ty jesteś tym kolesiem z pracy Ronnie?
- Kolesiem z pracy to nie, choć kiedy zostanę już prawnikiem, to zapewne zawitam w te rejony.
Wybrnął. Wybrnął idealnie.
Stałam między nimi, patrząc to na jednego, to na drugiego. Ścisnęłam mocniej rękę Theo, bo jak zwykle zapominał hamować jadaczkę. Niestety, taka forma uciszania nie do końca mu się spodobała.
- Aaa, prawnik. Czyli umawiacie się, żeby wyciągnąć z pierdla nowego chłopaka Ronnie?
- Słownictwo! - skarciłam brata, czując, jak moje plecy oblewa zimny pot.
- Nowego chłopaka? - Chad od razu spojrzał na mnie w pytający sposób, oczekując wyjaśnień.
- Theo ubzdurał sobie, że kiedy szłam na randkę z tobą, to tak naprawdę umówiłam się z którymś z osadzonych. Wybacz, że jest taki bezpośredni. - Posłałam mężczyźnie niezręczny uśmiech, bo sytuacja sprawiła, że powietrze w recepcji jakby stanęło w miejscu. Najchętniej wzięłabym nożyczki i pocięła je tak, żeby uciec stąd gdzie pieprz rośnie.
- Wcale sobie nie ubzdurałem. On cię nawet narysował, i to z gołą du... - W porę zakryłam mu usta ręką.
Boże, miej mnie w opiece.
Mina Chada sprawiała, że moje stopy jeszcze bardziej grzęzły w kałuży pomyj, które wylał mój brat. Nie miałam pojęcia, jak ani kiedy Theo dobrał się do obrazków wykonanych przez więźniów, bo chowałam je lepiej niż słodycze, z których odnalezieniem zawsze miał problem.
- Chad, to nie tak. - Pokręciłam głową, mając nadzieję, że zrozumie i da mi to jakoś wytłumaczyć. To wszystko rzeczywiście brzmiało jeszcze dziwniej, niż mi się początkowo wydawało.
- Wiesz co, Veronico? - Zacisnął zęby. - Jednak nie mogę was dzisiaj odwieźć. Wracajcie bezpiecznie do domu i zadzwoń, jak to wszystko jakoś poukładasz, okej? - powiedział obojętnym tonem, powoli cofając się o krok.
Zdębiałam. Czy on naprawdę bierze za pewnik słowa ośmiolatka, którego dopiero co goniliśmy po ucieczce z domu?
- Serio, Chad? - Zmarszczyłam brwi. - Nie chcesz nawet wysłuchać, co mam do powiedzenia?
- Myślę, że twój brat wygadał wystarczająco dużo. - Obrócił się plecami do mnie, a na pożegnanie rzucił przez ramię: - Masz mój numer.
I wyszedł, zostawiając mnie z bratem na środku recepcji. Nawet nie wiedziałam, którego z nich bardziej chciałam zatłuc za to, co tego dnia powiedzieli.
13. KRZYŻ NA DROGĘ
Veronica
Dojście do siebie zajęło mi kilka dni, które spędziłam na samotnym wypełnianiu tabelek w formule pracy zdalnej. Nieważne, ile razy analizowałam słowa Chada, i tak nie potrafiłam do niego zadzwonić. Szczerze mówiąc, to im więcej o tym myślałam, tym bardziej byłam na niego wściekła. Tak samo jak i na Theo, tyle że on miał osiem lat, a Chad był, do cholery, dorosłym facetem. Cała ta sytuacja była tak absurdalna, że mimo zapchanego nosa marzyłam o powrocie do normalnego trybu pracy. To również brzmiało dość absurdalnie, jednak tam przynajmniej miałam tyle obowiązków, że nie musiałam więcej analizować tego, co się wydarzyło.
Tak mi się przynajmniej wydawało, bo wsiadając do autobusu i patrząc na lampę, myślałam o Chadzie. Idąc po zabłoconej drodze, wchodząc przez bramę, a nawet wtedy, gdy dostałam jakąś wiadomość, za każdym razem z tyłu głowy miałam jego wykrzywioną twarz. Dokładnie tę, z którą mnie tam wtedy zostawił.
Jakby tego było mało, wchodząc do zakładu, prawie się przewróciłam na jednego ze strażników, bo się potknęłam o własne nogi. Byłam zdecydowanie za bardzo rozkojarzona i nic tego dnia nie szło po mojej myśli. Nawet głupie tosty na śniadanie, które skończyły przyjarane. Nawet one...
- Veronica Harris? - usłyszałam swoje imię i nazwisko, kiedy poprawiałam guziki koszuli. Tego dnia postawiłam na elegancki ubiór, składający się z prostych czarnych spodni i białej koszuli z falbanką przy kołnierzu.
- We własnej osobie. - Obróciłam się w stronę, z której dobiegł mnie męski głos. Nie spojrzałam, kto był jego właścicielem, bo byłam zajęta zapinaniem ostatniego guzika, który za cholerę nie chciał przejść przez zbyt mały otwór.
Jednak głośne chrząknięcie skutecznie powstrzymało mnie przed kontynuowaniem szarpania się z koszulą, którą, o dziwo, udało mi się w końcu jakoś zapiąć.
- O... Pan kierownik. - Posłałam mu niezręczny uśmiech, gdy tylko złapaliśmy kontakt wzrokowy. - Czy coś się stało?
- Tak. Właśnie dlatego pani szukałem. Zapraszam do mojego gabinetu, nie będziemy urządzać schadzek na korytarzu. - Wskazał ręką na część korytarza prowadzącą do jego biura.
Przełknęłam ślinę, nie wiedząc, czego się spodziewać, zwłaszcza że jego ton brzmiał dość poważnie.
Szłam za nim w ślimaczym tempie, chcąc to jakoś opóźnić. Ale jedyne, co mogłam zrobić, to wejść do środka i posadzić tyłek na krzesełku, które zazwyczaj służyło osadzonym. Siadając na nim i widząc minę kierownika, nawet czułam się jak jeden z nich.
- Panno Harris, będę miał do pani nietypową prośbę. Zapewne jeszcze pani tego nie wie, ale pani prowadzący, Pete Baker, poszedł na chorobowe. A to właśnie on jest odpowiedzialny za zajęcie się wierzącymi osadzonymi, których, co prawda, nie ma dużo, ale zgodnie z prawem kapliczka musi się znaleźć w zakładzie, nawet jeśli tylko dla jednej osoby. - Poprawił się na krześle. - Oczywiście mamy tu więźniów o różnych wyznaniach, aczkolwiek Baker zajmował się akurat katolikami. Jako że nie pojawi się w pracy w niedzielę, przesunęliśmy termin spotkania wierzących na dziś.
Słuchałam go na wdechu, żeby na pewno nic mi nie umknęło. Czekałam też, aż w końcu dowiem się, co mam z tym wszystkim wspólnego oprócz faktu, że Pete Baker jest moim teoretycznym przełożonym na co dzień.
- Tutaj pojawia się kwestia pani i zastępczego opiekuna na czas nieobecności Bakera. Wybrany przeze mnie pracownik oprowadzi panią po kapliczce i wyjaśni pokrótce, o co chodzi. Chciałbym, żeby wzięła pani czynny udział w tym przedsięwzięciu, bo z tego, co pamiętam, wynika, że w formularzu praktyk zaznaczyła pani neutralność religijną. - Położył ciężkie ręce na biurku i złapał myszkę w jedną z nich. Zaczął klikać coś na komputerze, a potem rzucił mi pytające spojrzenie. - Czy mogę na panią liczyć, panno Harris?
Wpatrywałam się w niego, lecz żadna odpowiedź nie nasuwała mi się na myśl. Chociaż i tak dobrze wiedziałam, że nic innego niż "tak" nie wchodzi w grę, bo albo zrobię te praktyki, oddając się im w stu procentach, albo mogę się pożegnać ze zdanym rokiem. A na to po prostu nie mogłam sobie pozwolić.
- Tak. Myślę, że tak. - Kiwnęłam głową, niepewnie przygryzając wargę.
- Pani zaangażowanie na pewno nie zostanie pominięte przy wypełnianiu przeze mnie dziennika praktyk. - Posłał mi ostatni uśmiech, zanim drzwi pomieszczenia się otworzyły. - O, jest i on - stwierdził kierownik, choć nie do końca wyglądał na zadowolonego z obrotu spraw. Wstał od biurka, więc zrobiłam to samo i zwróciłam oczy na mojego nowego opiekuna. - Shawn, poznaj naszą praktykantkę.
Facet był przeciętnej budowy ciała, ani za chudy, ani za gruby. Ubrany w niebieską koszulę pracowniczą, która nie zdradzała za dużo, dokładnie tak jak i jego twarz. Pokryta lekkim zarostem szczęka, na której nie widniał ani uśmiech, ani żaden grymas.
- Veronica Harris - przedstawiłam się, podchodząc bliżej, i wystawiłam rękę w jego stronę. Shawn popatrzył na nią, a potem przeleciał wzrokiem po moim ciele i dopiero wtedy postanowił uścisnąć moją dłoń.
- Shawn Graves - odparł z nonszalancją w głosie. - Pozwoli kierownik, że rozejdziemy się już w swoje strony - zwrócił się do mężczyzny za biurkiem, który tylko skinął głową na odchodne.
Wstałam z krzesła i dziękując kierownikowi, ruszyłam za Shawnem, który udał się do wyjścia.
- Gotowa? - zapytał, kiedy szliśmy korytarzem w stronę skrzydła z kapliczką.
- "Gotowa" to może za duże słowo... - stwierdziłam zgodnie z prawdą.
- Nie bój żaby, mała. Nie ma żadnej filozofii w siedzeniu w rogu pokoju i gapieniu się, jak klecha wysłuchuje modlitwy jakiegoś szmatławca. To tylko formalność.
Wzięłam głęboki wdech. Filozofii może i w tym nie było, lecz skrępowanie już tak. No i wiele innych niespodziewanych uczuć kotłujących mi się w żołądku.
Strażnik przepuścił nas w drzwiach prowadzących do kolejnego korytarza. Z zewnątrz więzienie nie wyglądało na aż tak duże i dopiero, gdy byłam w środku, docierało do mnie, ile znajdowało się w nim zakamarków czy pomieszczeń, o których nikt poza kierownikiem i pracownikami nie miał bladego pojęcia.
- No to tak... Przez to przeniesienie z niedzieli na piątek parę osób zrezygnowało i w sumie to będzie ich trzech. W środku masz dwa pomieszczenia, jedno dostępne dla wszystkich, żeby się tam pomodlili i te inne gówna. Potem jest kolejny pokój z tym drewnem do klęczenia i dojebanie wielkim obrazem Jezusa. Tam wchodzą sobie, jak chcą trochę prywatności ze swoim Bogiem - tłumaczył, a na moje usta nasuwało się tylko jedno zasadnicze pytanie.
- Nie oprowadzisz mnie? Kierownik powiedział, że...
- Słuchaj, mała, kierownik mówi dużo rzeczy i nie zawsze powinnaś go tak słuchać. Im dłużej tu będziesz, tym szybciej się tego nauczysz. Korzystaj z tego, że w pierdlu jesteś nadczłowiekiem w porównaniu z więźniami. Możesz wszystko i chuj to kogo obchodzi, co, z kim i gdzie robisz - przerwał mi i sięgnął po coś do górnej kieszonki koszuli. Wyjął z niej zapalniczkę i obrócił ją w palcach, patrząc z powrotem na mnie. - Dlatego ja idę na szluga.
- Ja-jak to?! - przeraziłam się. Słowa Shawna od samego początku średnio do mnie docierały, ale to już było szczytem wszystkiego.
- Tak to - prychnął pod nosem. - Nie miałem przerwy od samego rana, a trzech pełnych miłosierdzia katolików cię nie zabije. Strażnicy stoją przy drzwiach, w pokoju jest ksiądz. Wyluzuj - rzucił jak gdyby nigdy nic. - No chyba że idziesz zajarać ze mną?
Nie wierzyłam, że to naprawdę się dzieje. A jednak wiele rzeczy mających miejsce w tym zakładzie działo się mimo odgórnych zasad.
- Nie palę. - Zrezygnowana pokręciłam głową.
- W takim razie nie wiesz, co tracisz. Niedługo wrócę, a jakby się coś działo, to po prostu krzycz, pomogą ci bez kiwnięcia palcem.
No i obrócił się na pięcie, kierując się do drzwi ewakuacyjnych, które po otwarciu nie wydały żadnego ostrzegającego dźwięku. A ja zostałam sama, bo dokładnie tak się czułam mimo obecności strażników i księdza, którego nawet nie poznałam, bo Shawn okazał się jeszcze większym dupkiem niż Pete Baker.
Westchnęłam głośno i podeszłam bliżej drzwi. Z wahaniem położyłam rękę na klamce, która razem ze mną czekała na przypływ jakiejkolwiek siły zmuszającej mnie do wejścia do środka. Kiedy w końcu ją poczułam, pociągnęłam za klamkę i wolnym krokiem weszłam do środka. Pomieszczenie było równie obskurne, jak korytarze w pobliżu, choć ktoś ewidentnie próbował przykryć dziury w ścianie obrazkami i krzyżykami powieszonymi praktycznie przy suficie. Bezpieczeństwo ponad wszystko, bo przecież taki niewielki krzyżyk mógłby wyrządzić wcale nie tak małą krzywdę, gdyby tylko wpadł w niepowołane ręce.
Rozejrzałam się wokół w poszukiwaniu księdza, który okazał się starszym panem siedzącym na krześle przy klęczniku. Ubrany był w czarną koszulę z koloratką pod kołnierzem i okulary sporo odstające grubością od moich.
- Dzień dobry - odezwałam się niepewna, jak powinnam się do niego zwracać.
- Szczęść Boże! - Poderwał się uradowany, na co otworzyłam szerzej oczy. - Jakie nazwisko? - Popatrzył na mnie spod okularów, przekrzywiając głowę do tyłu. - A nie! Widzi pani, byłem prawie pewien, że to jakiś osadzony z trochę bardziej zniewieściałym głosem.
Okej, czyli grubość szkieł stała się jasna. Z jego wzrokiem jest aż tak źle.
- Nie, nie. Ja jestem praktykantką, mam doglądać tego całego... - Nie wiedziałam, czy nazwanie tego procesem było na miejscu. - Może po prostu usiądę i poczekamy na więźniów.
Posłałam staruszkowi niezręczny uśmiech, na co ten kiwnął głową.
- Zaraz powinni panów przyprowadzić. Tutaj mam taką listę, to chyba dla pani. - Sięgnął po kawałek kartki z biurka i wychylił ją w moją stronę. Podeszłam bliżej i wzięłam ją do ręki, po czym od razu udałam się na wyznaczone dla mnie miejsce. Po drodze przeczytałam ręcznie wypisane nazwiska. Melrose, Barrett i...
Lancaster.
No przecież, że on. Pieprzony Lancaster jest wszędzie tam, gdzie i ja. Był nawet we mnie, bo sytuacja w łazience stała się nieodłączną częścią mojej głowy, w której zdołał zatrzymać się na dłużej. Nawiedzał mnie nie tylko podczas praktyk, ale i w nocy, przez co budziłam się z potem na czole. Za każdym razem migały mi obrazy to jego tatuażu na dłoni, której szorstkość pamiętam do teraz, to szaroniebieskich oczu, które rozrywały moją duszę na dwie części. Część pierwszą, która chciała biec, uciekać, krzyczeć, i część drugą, do której istnienia wolałabym się nigdy nie przyznawać. Taką, która naprzemiennie zmuszała mnie do oglądania się za siebie w poszukiwaniu jego ostrej jak brzytwa szczęki i rosłej sylwetki, przypominającej mi o pokrytych tatuażami rękach, które z siłą trzymały mnie w ryzach i sprawiały, że adrenalina podskakiwała mi niemal do gardła.
Kurwa.
Serce prawie wyskoczyło mi z piersi, lecz nie miałam już czasu na ucieczkę, bo drzwi otworzyły się na oścież, a w progu stanął jeden ze strażników. Pospiesznie wytarłam brodę wierzchem dłoni, zamykając przy tym rozchylone usta.
- Jeden na prywatę, dwóch na grupową modlitwę - odezwał się nieco głośniej, żeby ksiądz również go usłyszał. Chwilę później wprowadził po kolei osadzonych, którzy ręce mieli skute kajdankami. Strażnik odpiął je jedne po drugich, po czym odprowadził mężczyzn pod ścianę, żeby ich przeszukać.
Aless zetknął dłonie ze ścianą i jedynie na to byłam w stanie patrzeć. A konkretniej to na tę jedną ozdobioną czaszką. Czaszką, która jeszcze niedawno zasłania moje usta, odbierając mi oddech. Teraz znowu poczułam, że mi go brakuje.
- Wszystko się zgadza. Wrócę punkt szósta i ani minuty później, osadzeni. Zachowujcie się, bo jak któryś spróbuje coś wywinąć, to może pożegnać się z wieloma rzeczami, których raczej nie muszę wymieniać - powiedział strażnik, rozglądając się po więźniach, a potem wyszedł.
Zacisnęłam dłonie w pięści, czekając, aż któryś z mężczyzn się ruszy.
- Witajcie, witajcie! Jestem tu dla was, zesłany przez pana Boga. - Ksiądz złożył ręce do modlitwy. - Podejdźcie, porozmawiajmy.
Jak poprosił, tak zrobili. Ruszyli w stronę biurka, a ja spojrzałam na Lancastera, który zdawał się mnie... Ignorować?
- Powiedzcie, który z panów chciałby pobyć w samotności i odbyć prywatną rozmowę z panem Bogiem? - dopytał ksiądz.
Jeden z mężczyzn, którego włosy powoli zachodziły siwizną, próbował zrobić krok do przodu. Otworzył usta, jakby chciał się odezwać, ale coś skutecznie go przed tym powstrzymało. Tym czymś był Aless, który nadepnął mu na palce u nóg całym ciężarem swojego ciała.
- Ja, proszę księdza.
Te słowa odbijały się w mojej głowie jak najbardziej denerwujący dźwięk, który nie chciał zostawić mnie w spokoju. Ani powietrze, ani bicie mojego serca, ani nawet krew płynąca mi w żyłach nie były spokojne. Nic, co powiązane z Lancasterem, takie nie było.
- Bardzo cieszą mnie pańskie postępy, panie Lancaster. Bóg jest z pana dumny.
Z pewnością.
- W takim razie zapraszam do pokoju, a my zabierzmy się do wspólnej modlitwy, panowie - oznajmił ksiądz, wskazując ręką na drzwi będące niedaleko mnie.
Na drzwi, na które spojrzeliśmy oboje.
Od razu podniosłam się z krzesła, chcąc mieć większą kontrolę nad sytuacją. Zdążyłam poznać Lancastera na tyle dobrze, że zdawałam sobie sprawę z zagrożenia, które stanowił. Nie byłam jednak w stanie przewidzieć tego, jak zachowa się tym razem. Ani żadnym następnym.
- Zacznijmy więc... - Głos księdza rozbrzmiewał gdzieś w tyle, kiedy Alessandro stawiał kolejne kroki w stronę drzwi.
Przeskakiwałam wzrokiem to na niego, to na księdza, który rozpoczął modlitwę. Księdza, którego sekundę później zasłonili pozostali osadzeni. Księdza, którego nie mogłam zawołać, bo czaszka na dłoni Lancastera odebrała mi mowę.
A on sam zabrał gdzieś mnie.
I teraz to ja modliłam się, żeby Bóg tak naprawdę istniał.
14. SPOWIEDŹ OSADZONEGO
Veronica
Wciągnął mnie silnymi rękami prosto do prywatnego pokoju.
Trzymał mnie ciasno przy sobie, skutecznie ograniczając mi możliwość jakiegokolwiek ruchu. Nie mogłam krzyczeć ani mu się wyrwać. Nie walczyłam, bo byłam na przegranej pozycji już od samego początku. Ukartował to. Byłam tego bardziej niż pewna. Pozostało mi jedynie rozejrzeć się po bordowych ścianach pokrytych poświatą świecy. Nie wiedziałam, czego na nich szukać. Może zbawienia?
Pomieszczenie było niewielkie i zgodnie z opisem Shawna na jego środku znajdował się klęcznik, nad którym wisiał obraz przedstawiający Jezusa Chrystusa. Patrzyłam na niego, myśląc, że jeśli Lancaster nie pozwoli mi oddychać, już niedługo znajdę się w jego rękach, tam, na górze. Oświetlał go płomień świec, które były jedynym źródłem światła, bo w pokoju nie było okien. Otaczały nas tylko prawie gołe ściany. Po rękach i nogach przeszły mnie dreszcze.
Szarpnięcie wyrwało mnie z transu. Aless ułożył mnie tak, że lekkie pchnięcie spowodowało upadek i zderzenie plecami z klęcznikiem. Poczułam ból przeszywający mój kręgosłup, przez co zakwiliłam prosto w rękę mężczyzny.
- Nie umiesz siedzieć cicho, Rossa? Nie potrafisz nie być wszędzie tam, gdzie ja, prawda? - spytał, na co zmrużyłam oczy. Przecież to on był tam, gdzie i ja. To on...
Był za blisko. Dokładnie tak blisko jak moje serce i gardło, w którym czułam pospieszne bicie.
Kiedy tylko się zorientowałam, że mężczyzna luzuje uścisk na mojej talii, uwolniłam ręce i automatycznie położyłam je na dłoni, którą mnie trzymał. Wbiłam w nią paznokcie, starając się oderwać ją od mojej szczęki.
- Chciałabyś mi coś powiedzieć? Może wytłumaczyć, dlaczego nie dotrzymujesz danego mi słowa? - kontynuował, sięgając po coś wolną ręką. Przyszpilił moją głowę do części klęcznika, która wbijała mi się w potylicę. Niewielka ilość powietrza, którą mogłam wziąć do płuc, sprawiła, że przed oczami gdzieś w tle zaczęły mi tańczyć mroczki. - Poznajesz, Rossa? - zapytał Lancaster szeptem, machając mi czymś przed twarzą. Nie potrafiłam jednak skupić rozbieganego wzroku i z całej siły wciąż walczyłam z jego ręką, która ani drgnęła.
Nie potrzebowałam jednak dużo czasu, żeby zrozumieć, co takiego miałam poznać. Bardzo dobrze znałam materiał, który owinął wokół mojego nosa. Zapach moich perfum pozostał na apaszce w nikłej, ale nadal wyczuwalnej ilości. Jednak nie była to jedyna woń, bo teraz na apaszce czułam też ostry zapach metalu i czegoś, czego nie potrafiłam nazwać. Czegoś ostrego, kłującego w nos. Coś tak męskiego, innego, co sprawiało, że byłam przerażona, bo pachniało nim, a tym samym mi się... podobało. Podobało, a wcale nie mogło i zdecydowanie nie powinno.
Mężczyzna zacisnął szorstkie palce na moich policzkach i oderwał moją głowę od kawałka drewna. Próbowałam wymachiwać rękami w jego stronę, ale uścisk sprawiał, że powieki miałam prawie zamknięte. Burczałam coś do jego dłoni, lecz nic z tego nie brzmiało jak słowa albo chociaż próba wyplucia mu w twarz, że nic z tego nie jest zabawne, bo dla niego ta sytuacja z pewnością nie była poważna.
Alessandro był ciszą, która po mnie przyszła.
Jeden niespodziewany ruch sprawił, że materiał, który dopiero co był na moim nosie, przemieścił się na usta, które ledwo doznały możliwości wzięcia pełnego oddechu. Otworzyłam szeroko oczy w poszukiwaniu twarzy napastnika, ale jego już nie było, przynajmniej nie przede mną.
Popatrzyłam na drzwi, ponieważ ucieczkę miałam teraz na wyciągnięcie ręki. Nie myślałam nawet o próbie zdarcia z siebie apaszki, bo moim priorytetem była wolność. Poderwałam się z miejsca i mimo zawrotów głowy jakimś cudem stanęłam na nogi. Niestety, nie na długo.
Znana mi już siła pojawiła się szybciej, niż mogłam się tego spodziewać. Nie zdążyłam zrobić choćby kroku, a mężczyzna już porwał moje ręce do tyłu. Upadłam i uderzyłam plecami o klęcznik. Kiedy chciałam wyrwać mu dłonie, próba desperacji skończyła się jeszcze mocniejszym pociągnięciem mnie do tyłu. Wypięłam biodra do góry, machając ramionami i wbijając głowę w klęcznik. Próbowałam wszystkiego, żeby jakoś zatrzymać to, co nadchodziło. Lancaster właśnie związywał mi nadgarstki apaszką, którą prawdopodobnie rozerwał na pół. Zamknął mnie w potrzasku bez wyjścia. W pokoju bez okien.
W miejscu, gdzie byłam tylko ja, on i Bóg.
- Dove stai andando, volpe?20 - zapytał po włosku, a przecież dobrze wiedział, że nie rozumiem tego języka.
Przekrzywiałam głowę na wszystkie strony, lecz zasięg mojego wzroku nie pozwalał mi go dojrzeć. Stał za mną i napawał się tym, jaka byłam bezbronna, prawdopodobnie śmiejąc się pod nosem z całej tej sytuacji.
Każdy kolejny ruch, jaki wykonywałam, sprawiał, że apaszka na moich ustach obsuwała się w dół. Poczułam nagły przypływ siły, ponieważ to mógł być mój jedyny ratunek. Zaczęłam machać niedbale głową, aż odurzający zapach coraz bardziej oddalał się od mojego nosa. Zaciskałam mocno powieki, skupiając wszystkie zmysły na tym, żeby mi się udało.
- Boże... - wychrypiałam cicho, kiedy moje usta odzyskały możliwość otwarcia. Aczkolwiek to był błąd.
- Corretto21. - Głos Lancastera rozbrzmiał tuż obok mojego ucha, na co gwałtownie podskoczyłam. Był tuż obok mnie. Znowu.
Wzięłam ostatni haust powietrza, zanim materiał apaszki na nowo ciasno zawinął się wokół moich ust.
- Pomódl się, Rossa. Módl się za to, żebym to nie ja był twoim zbawicielem w tym miejscu - oznajmił, złapał moją brodę w palce i nakierował ją na obraz Jezusa, zmuszając mnie do patrzenia na niego. - Nie chciałabyś, żebym nim był - mówiąc to, puścił moją szczękę, ale wcale nie skończył z dotykaniem mnie. Wręcz przeciwnie, z prawie niewyczuwalnym naciskiem błądził palcami po mojej szyi, mijając obojczyki, aż w końcu z drapnięciem przesunął nimi wzdłuż mojego brzucha. Ślad, który po sobie zostawiały, znaczył nie tylko to, co było na zewnątrz, lecz i moje wnętrze. Sprawiał, że komórki w całym moim ciele pracowały na najwyższych obrotach, pozostawiając mnie w panice.
To koniec. Byłam skończona, i to we własnych oczach, bo obrazy teraźniejszości mieszały się z tymi z łazienki i korytarza. Wszystko sklejało się w jasną całość, która oślepiała we mnie wszystkie racjonalne instynkty.
- A może tego właśnie chcesz? Chcesz, żebym zabrał cię z karuzeli życia, która wiecznie kręci się tylko w jedną stronę, tylko jedną prędkością pokonując kolejne dni? - kontynuował, wisząc nade mną. Przysunęłam się do klęcznika, próbując uciec od jego osądu, który opisywał moje dotychczasowe życie. Proste, zwyczajne i płynące jednym tempem bez wyrazu.
Zawsze wydawało mi się jednak, że od tego po prostu nie było ucieczki.
Nigdy nie spodziewałabym się też, że o moim błędzie uświadomi mnie ktoś, kto był zakazanym owocem codzienności. Zabójcą rutyny i wszelkich norm, które od lat ustanawiałam w swojej głowie. Żyłam nimi, stosowałam się do nich i nie wychodziłam poza ramy w żadnym wypadku.
A teraz stałam twarzą w twarz z tym, który przyszedł zakończyć to, czym się kierowałam. Postawił na mojej trasie mur, z którego nadchodzącym zderzeniem właśnie się konfrontowałam.
Aless zjechał palcami w dół, drogą guzików koszuli, i zatrzymał się na szwie bluzki. Moja klatka piersiowa niebezpiecznie szybko unosiła się i opadała, nie pozwalając mi do końca zobaczyć, co takiego próbuje zrobić. Nie musiałam jednak długo czekać, bo Lancaster uniósł materiał koszuli i w okropnie wolnym tempie muskał zimnym palcem miejsce wokół mojego pępka, znów robiąc to na tyle lekko, że myliło to moje zmysły. Nie wiedziałam, czy rzeczywiście mnie dotyka, czy może tylko drażni się z moim roztargnieniem, zwyczajnie przesuwając palcem zaledwie milimetr od brzucha.
Wygięłam plecy w łuk, nie mogąc dłużej wytrzymać tego frustrującego uczucia. Uczucia, które obnażało zamiary mojego serca kłócącego się z moralnością umysłu. Czegoś, co mimo prób wymazania z mojej głowy uświadamiało mi, że nie potrafię być ze sobą w stu procentach szczera. Wygłodniały wzrok Lancastera błądzący po mojej twarzy i ciele wprawiał mnie w stan osłupienia.
- Chciałabyś wysiąść z wagonika, w którym nie ma drzwi. Chciałabyś nawet z niego wyskoczyć, niezależnie od jego położenia - szeptał mężczyzna, przemieszczając dłoń w górę. - Niezależnie od tego, czy byłby w górze... - Musnął knykciem w dół, robiąc to na tyle delikatnie, że nie byłam pewna, czy sobie tego nie wmawiam. - Czy może na samym dole... - mówiąc to, klęknął na jedno kolano, opuszczając rękę, która wyślizgnęła się spod materiału mojej bluzki.
O ile nie byłam w stanie krzyczeć na głos, wewnętrznie darłam się wniebogłosy, bo jego oczy nie dawały mi spokoju. Gapił się, zostawiając po sobie ślady, które paliły mnie żywym ogniem. Obawiałam się tego uczucia coraz bardziej, bo jeszcze nigdy nie doświadczyłam tak skrajnych emocji.
To wszystko sprawiało, że mimowolnie wydawałam z siebie pomruki, które próbowały przebić się przez materiał apaszki. Dźwięki ewidentnie dotarły do uszu Alessa, który zaprzestał jakichkolwiek ruchów i przekrzywił głowę. Zgiął drugą nogę, klęcząc tuż przede mną. Nachylił się, powoli zbliżając się do mojej twarzy.
Przestałam odpychać mężczyznę po to, żeby zacząć odpychać dręczące mnie myśli. Cholernie intensywnie myślałam o tym, że Alessandro Lancaster mógł mieć pieprzoną rację, a ja już długi czas skrycie zastanawiałam się nad wydostaniem się z wagonika, o którym wspominał.
Chciałam uciec od rzeczywistości, przez którą właśnie podawał mi rękę.
Życie przemknęło mi przed oczami w pojedynczych obrazach. Szukałam w nich czegoś, co dałoby mi znak. Potrzebowałam tego, żeby zastopowało to, co kłębiło się we mnie, odkąd po raz pierwszy przekroczyłam próg zakładu karnego. Uczucie, które było dla mnie inne i dziwne, ponieważ pokazywało mi, że nastał ten moment, w którym zaczynam nowy rozdział. Coś, co wprowadziło zmianę, do której nie potrafiłam tak po prostu się przyzwyczaić.
15. CIĘŻKA PRACA POPŁACA
Alessandro
Ruda leżała z plecami opartymi o klęcznik jeszcze chwilę czasu. Czasu, którego nie mieliśmy, bo dobrze wiedziałem, że Shawn może i ma to wszystko głęboko w dupie, ale strażnicy na pewno nie mają. Raz w ciągu spotkania w kapliczce wchodzą do środka, by się rozejrzeć. A biorąc pod uwagę to, o co się starałem, nie mogłem wpakować się w żadne bagno, nawet jeśli wizja oczu patrzących na mnie błagalnie przez oprawki okularów była w kółko powtarzającym się obrazem w mojej głowie. Jak zacięta płyta, tyle że w żadnym stopniu nie przeszkadzało mi to, co pokazywała. Wręcz przeciwnie. Sprawiała, że pragnąłem dać tej dziewczynie nauczkę jeszcze wiele, wiele razy.
Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale z każdym kolejnym razem coraz ciężej było mi się powstrzymać. Lgnąłem do niej jak pieprzony desperat, a przecież wcale taki nie byłem. Ta dziewczyna wzbudzała we mnie coś takiego, czego jeszcze nigdy nie czułem. Sprawiała, że stawiałem sobie cel, o którego potrzebie nie miałem wcześniej pojęcia.
Patrząc na nią, czułem się zupełnie tak, jakbym gdzieś tam, w głębi, widział swoje własne odbicie. Nie potrafiłem wytłumaczyć dlaczego, ale wydawało mi się, że byliśmy do siebie podobni, że oboje ukrywaliśmy w duszy to, kim tak naprawdę byliśmy i czego pragnęliśmy, i to właśnie chęć odkrycia naszych pragnień sprawiała, że nie potrafiłem przejść obok niej obojętnie.
Spojrzałem na Rudą w poszukiwaniu odpowiedzi. Wyraz jej twarzy nie był trudny do rozwikłania, bo mimiką zdradzała o wiele więcej, niż by sobie tego życzyła. Walczyła z tym, co czuła. Nie dopuszczała do siebie myśli, że miałem rację, wypowiadając na głos jej najskrytsze pragnienia. A już najbardziej bolał ją fakt, że podświadomie wiedziała, że nie potrzebowałem dużo, by rozłożyć ją na czynniki pierwsze i wkraść się jej w głąb, żeby je uwolnić.
- Wychodź pierwsza - zwróciłem się do niej, kiedy poprawiała koszulę, która wcale nie potrzebowała wygładzania materiału. Ogniste włosy upadały jej na ramiona, zmierzwione od tarcia wywołanego przez wiercenie się w miejscu. - Ale najpierw...
Sięgnąłem do jej twarzy, by złapać jeden z kosmyków wpadających pod szkła jej okularów. Ten gest również nie spotkał się z aprobatą Rudej, bo złapała za mój nadgarstek, próbując mnie zatrzymać.
- Możesz być na mnie zła - powiedziałem, napierając na nią całym ciałem. - Możesz mną gardzić, możesz nawet nienawidzić. - Stawiałem kolejne kroki, zmuszając ją do spotkania się plecami z chłodną ścianą. - Ale nigdy, przenigdy nie próbuj przestawać się do mnie odzywać, Rossa - wyszeptałem, kiedy spojrzała mi w oczy. Sięgnąłem do jej ucha, gdzie zaplątałem zbłąkany kosmyk jej włosów.
- Dotarło? - zapytałem dla pewności.
Powędrowała wzrokiem w dół po mojej szczęce, gubiąc się gdzieś na klatce piersiowej, i dopiero wtedy, prawie niewidocznie, kiwnęła głową. Gwałtownym ruchem złapałem ją za policzki. Ten gest sprawił, że z powrotem na mnie popatrzyła.
- Chcę cię usłyszeć, Rossa. - Poprawiłem chwyt, upewniając się, że jest wystarczająco stanowczy, ale nie robi jej większej krzywdy. - Czy dotarło?
- Pierdol się, Lancaster - stwierdziła soczyście, na co szczerze się uśmiechnąłem.
Przed nami jeszcze długa droga.
- Na pewno chcesz używać tych ust do mówienia takich rzeczy? - zapytałem pewnie. Jednym ruchem wślizgnąłem się kciukiem między jej rozchylone wargi. Ruda otworzyła szerzej oczy, lecz jej szok nie był już tak wielki jak za pierwszym razem. Uczyła się mnie. - Znam lepsze sposoby na...
Nie dokończyłem, bo mnie ugryzła.
- Jeśli chcesz grać w tę grę... - zacząłem od nowa, naciskając na jej język. Wolną rękę położyłem na biodrze Rudej, wpijając palce w materiał spodni. Jednym ruchem obróciłem nas oboje tak, że jej tyłek zetknął się z częścią klęcznika, na której kładło się dłonie do modlitwy. - Naucz się, że zawsze będę o krok przed tobą.
Puściłem ją i mimo dalej naciskających na moją skórę zębów wyciągnąłem palec z jej ust. Ruda zostawiła po sobie czerwone ślady ugryzienia, które przyjemnie szczypały.
- Wszystkie chwyty dozwolone, Rossa - stwierdziłem na odchodne, ciągnąc za klamkę.
Wyszedłem z pokoju, upewniając się, że ona również bezproblemowo opuści pomieszczenie. Na szczęście stary ksiądz widział tyle, co nic, więc jej nieobecność pozostała niezauważona. A fakt, że tamtych dwóch odpłaciło się za kiedyś wyświadczoną im przysługę, pozostawiał mnie z czystym kontem po obu stronach medalu.
Strażnicy weszli do środka niedługo po mnie i od razu zawołali nas do ściany. Żaden z tych dziadków nie buntował się przed wykonaniem polecenia, więc w spokoju dotarliśmy razem na wyznaczone miejsce przeszukania. Klepanie po rękawach i spodniach zdawało się trwać w nieskończoność, zatrzymując mnie przed czymś, czemu musiałem stawić czoła.
Im szybciej, tym lepiej.
Po przeszukaniu nas przez strażników całą grupą wyszliśmy na korytarz.
- Chcę rozmawiać z wychowawcą - rzuciłem głucho przez ramię, zatrzymując się na korytarzu.
- Chcieć to ty sobie możesz, osadzony - prychnął strażnik, spoglądając na mnie spode łba. Uśmiechnął się do kolegi obok, myśląc zapewne, że wcale tego nie widzę.
- Jestem umówiony - wysyczałem, robiąc krok do przodu.
Dobrze wiedziałem, gdzie leży granica. Każdego dnia popychałem ją o milimetr do przodu, zwłaszcza że strażnik ewidentnie był nowy i młody. A wszystko, co nowe, w więzieniu było też szansą na korzyści.
Takim oto sposobem zostałem wprowadzony do gabinetu wychowawcy już pół godziny później. Czasem lubiłem tu przebywać. Facet był normalny, może i trochę prosty, ale stanowczy, a co najważniejsze - słowny. Wysłuchiwał każdego, doceniając, że przychodzi się do niego tylko w naprawdę wyjątkowych chwilach i przypadkach. Nie lubił, gdy zawracało mu się dupę koperkowymi aferami czy konfliktami, które można było rozwiązać samemu. Trzeba było wiedzieć, kiedy i z czym się do niego zgłaszać, a co ignorować i zostawiać dla siebie.
Kiedy mnie widział, wiedział, że nie przychodzę z błahostką, a moje konto za kratami świeci czystością i brakiem przewinień. To wcale nie tak, że byłem aniołem. Zwyczajnie nauczyłem się, jak załatwiać sprawy w taki sposób, żeby nie widzieli ani nie słyszeli o tym ci, którzy nie powinni. Miałem w tym wszystkim swój interes i gdyby nie ta jebana izolatka, nadal byłbym nieskazitelny jak łza.
Aż do tego momentu.
- Dzień dobry, co pana sprowadza, panie Lancaster? - powitał mnie, gdy tylko zjawiłem się w progu.
Strażnik zdjął mi z rąk kajdanki i po uzgodnieniu z wychowawcą zostawił nas samych w jego biurze. Gabinet nie był duży. Biurko zawalone papierologią, ekspres do kawy i długopisy schowane za kawałkiem pleksi. Jedynym, co wyróżniało ten pokój na tle więzienia, był kolor ścian, który wręcz raził w oczy żółcią, odbiegając od tego stonowanego, korytarzowego odcienia.
Mimo krótkiego zakucia w metal i tak czułem potrzebę, żeby przetrzeć nadgarstki palcami. Dokładnie tymi, które jeszcze chwilę temu muskały delikatną kobiecą skórę Rudej.
- Dzień dobry. - Usiadłem na krześle naprzeciwko niego i nachyliłem się odpowiednio tak, żeby mową ciała zdradzać zainteresowanie rozmową. - Dokładnie to samo, o czym rozmawialiśmy ostatnim razem. Czy coś już wiadomo w tej sprawie?
Cisza.
Obserwowałem, jak wychowawca drapie się po brodzie, zastanawiając się nad sformułowaniem swojej odpowiedzi. Ręce zaczynały mnie świerzbić, bo nie dopuszczałem do siebie myśli, że mógłby mi odmówić. Nawet jeśli to była najprawdopodobniejsza opcja w moim przypadku...
- Zgodnie z naszą umową rozpatrzyliśmy z kierownikiem pana wniosek. Odbyłem z nim nawet bardzo długą rozmowę na pana temat.
Zamieniam się w słuch.
- Widzę, że bierze pan czynny udział w zajęciach z naszą praktykantką. Uczęszcza pan też do biblioteki, gdzie kilku pańskich kolegów zgłosiło mi, że raczy ich pan nieodpłatną pomocą. Dochodzą nam jeszcze... - zatrzymał się, by wziąć długopis, którym zaczął kreślić kółka na papierowej podkładce. - Czysta cela, przeszukania bez żadnych niespodzianek, brak skarg od strażników czy innych pracowników. Poza tym jednym występkiem wtedy, na stołówce, wszystko jest w porządku. Można by rzec, że w porównaniu z niektórymi nawet bardziej niż w porządku. - Sięgnął po jakieś kartki ułożone na stosiku tuż obok parapetu.
Nie potrafiłem usiedzieć w spokoju. Nie byłem jednak pewien, czy większe emocje wzbudziło we mnie czekanie na jakieś "ale", czy może wspomnienie Rudej będącej na wyciągnięcie mojej ręki.
Zacisnąłem pięści, chowając je między kolanami. Musiałem chociaż sprawiać pozory.
- Kierownikowi nie do końca podobał się pański pobyt w izolatce, ale przekonałem go, że nie był pan jedynym sprawcą tamtego zamieszania, a wziął na siebie konsekwencje tamtej burdy. Bo wszyscy dobrze znamy prawdę, panie Lancaster. - Kiwnął głową. Rwałem się do przodu, żeby wreszcie usłyszeć jego decyzję. Praktycznie spadałem już z krzesła, kiedy wreszcie ponownie się odezwał: - Praca usługowa, zwana też porządkową. Będzie się pan zajmował składaniem ręczników w hotelu, wycieraniem kurzu i podłóg. Zmiana pościeli, podlewanie kwiatów. Same proste obowiązki, zgadza się?
Wypuściłem powietrze z płuc. Praca poza zakładem. Taka na wyciągnięcie ręki, lecz nie nogi, bo na kostce miało się opaskę z dozorem elektronicznym, niepozwalającym opuścić ściśle wyznaczonego miejsca pracy. Aczkolwiek nawet taka wolność była lepsza niż żadna.
- Dziękuję - powiedziałem krótko, wyciągając do niego rękę, której uścisk odwzajemnił. Wbił we mnie spojrzenie, które kojarzyło mi się ze wzrokiem tylko jednego faceta. Mój ojciec patrzył na mnie dokładnie tak samo, gdy miał zamiar mnie o czymś pouczyć.
- Proszę nie zaprzepaścić tej szansy. Wiem, że sprzątanie hotelu to nie szczyt pańskich możliwości czy marzeń, ale jak to mówią, lepsze to niż nic - dodał, puszczając w końcu moją dłoń. - A co do tego drugiego tematu... Zastanowimy się nad nim po tym, jak będzie pan miał za sobą już trochę pracy.
Po powrocie do celi od razu natknąłem się na ubierającego skarpety Amigo. O tej porze zazwyczaj szedł na siłownię albo spędzał czas na rozwiązywaniu krzyżówek, które co miesiąc przysyłał mu w paczce kuzyn. Oprócz tego dostawał jeszcze trzy saszetki z kisielem i budyń, którym zawsze się ze mną dzielił za pomoc w odgadywaniu haseł. Pierdolony znał odpowiedź na każde pytanie, chyba że dotyczyło geografii. Wtedy zaczynały się schody i wściekłość, którą wyżywał właśnie na siłowni. Przynajmniej w przypadkach, kiedy w pobliżu nie byłoby nikogo, kto podałby mu jakąś stolicę albo wymienił przepływającą przez miasto rzekę.
Tym kimś byłem ja.
- Gdzieś się podziewał? - zapytał, wsuwając stopy w klapki.
- Dostałem robotę. - Akurat tym mogłem się pochwalić. Co innego, jeśli chodziło o resztę moich spraw, które zostawiałem wyłącznie dla siebie.
Oparłem rękę o ramę piętrowego łóżka i nachyliłem się nad siedzącym Amigo. Jego krzyżówki były zamknięte, a długopis znajdował się w pudełku po herbacie leżącym na stole.
Zmarszczyłem brwi, posyłając mu pytające spojrzenie.
- Nasza malarka wymyśliła sobie kolejne zajęcia. Zgadnij, co tym razem. - Przewrócił oczami, choć na jego usta wpłynął chytry uśmiech, którego nawet nie próbował kryć.
- Gadaj - pospieszyłem go, zwężając uchwyt na metalowej rurce.
- Gdybym miał gumofilce, ubrałbym je. Idziemy do pierdolonego ogrodu - prychnął, podnosząc się z łóżka. - Ja nawet nie wiedziałem, że mamy tu jakiś ogród. A co dopiero pierdolony.
- Ogród. - Bardziej stwierdziłem, niż zapytałem.
- Terapeutyczne sadzenie roślinek łopatką - wyjaśnił, zapinając bluzę pod samą szyją. - Stary, wolę babrać się w nawozie z własnego gówna, niż dłużej tu ślęczeć i zastanawiać się, co jest, kurwa, stolicą jakiejś Ugandy. Idziesz?
W przeciwieństwie do Amigo nie musiałem zastanawiać się ani nad stolicą, ani nad odpowiedzią na jego pytanie. Oczywiście, że i tak bym z nim poszedł. Za bardzo intrygowało mnie, jaki ruch w naszej grze będzie tym następnym, zwłaszcza że należał do niej.
A te zajęcia nie mogły być przypadkiem. Nie kiedy pozbierała się tak szybko.
16. LECZNICZE DZIAŁANIE POKRZYWY
Veronica
Oprócz worków z ziemią ustawionych przy prowizorycznej szklarni, plastikowych szpadli niczym dla dzieci i kilku doniczek ogród więzienny mało czym przypominał prawdziwy ogródek. Klucznik stwierdził, że mimo dostępu do różnego typu roślinności to miejsce nie było odwiedzane już od naprawdę długiego czasu. Roślinki trzeba było jednak zamówić z wyprzedzeniem, bo w wielkich donicach i na nierównych grządkach rosły jedynie kępy mleczy, chwastów i pokrzyw. Właśnie dlatego pierwszym krokiem do posadzenia tu czegoś nowego było uporządkowanie wszystkiego.
- Nie raz, nie dwa w naszym życiu kumuluje się syf, którego nie chcemy sprzątać. Czasem nie mamy siły, czasem wolimy go ignorować. Czasem po prostu zostawiamy go na później i przypominamy sobie o nim w najgorszym możliwym momencie, kiedy często jest już za późno na podjęcie działania. Dlatego chciałabym, żebyśmy zaczęli od czegoś mniejszego - wytłumaczyłam, kiedy osadzeni w mniejszej niż zwykle grupce weszli do wyznaczonej części ogrodu. - Trzeba będzie wysypać nową ziemię, wyrównać grządki i powyrywać chwasty. W życiu też zdarzają się takie momenty, w których najpierw musicie się czegoś pozbyć, by zrobić coś nowego.
Kilka zajęć, dzięki którym spędzałam z nimi coraz więcej czasu, sprawiło, że jakaś część więźniów zaczynała się do mnie przekonywać. Oczywiście, że niektórzy przychodzili tu tylko dla różnorodności dnia i traktowali moje gadanie jak muzyczkę puszczaną w tle. Aczkolwiek byli też tacy, którzy słuchali, a nawet angażowali się bez potrzeby przekupywania ich wypiekami domowej roboty.
Byli tacy i tacy, lecz był też człowiek, który niezależnie od miejsca czy tematyki zajęć kontrolował wzrokiem każdy mój ruch. Był jak cień podążający za dłonią wystawioną do słońca. Jak intensywny sen, który wracał za każdym razem, kiedy tylko zamykało się oczy.
- Będę to robić z wami, bo musicie pamiętać, że nieważne, co się dzieje, proszenie o pomoc czy wsparcie nie powinno być powodem do wstydu. Każdy z nas się kiedyś w czymś pogubił i nie ma w tym nic złego. Ból nie zawsze jest czymś złym - dodałam, momentami robiąc pauzy między słowami. Nie mogłam wypowiedzieć pełnego zdania, ponieważ czułam na sobie świdrujący wzrok Alessandra. Dobrze wiedziałam, że to właśnie jego para oczu się we mnie tak wpatruje.
Przyszedł. Dokładnie tak jak myślałam.
Poprawiłam fartuch, który na szczęście spakowałam do torby z myślą o tych zajęciach. Na szczęście, bo przysłaniał plamy od potu, których przyczyny nie potrafiłam się doszukać, a przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam. Wytarłam w niego ręce, które wcale nie były brudne, tylko spocone od zdenerwowania. Choć nuta adrenaliny wypełniająca moje żyły teoretycznie powinna dać mi kopa, dawała też lekkie poczucie niepokoju, którego nie umiałam się pozbyć. Głównie dlatego, że słowa opuszczające usta Lancastera nigdy nie były rzucane na wiatr - zdążyłam się o tym przekonać na własnej skórze.
Osadzeni rozproszyli się po ogrodzie, by skupić się na pracach, które im wyznaczyłam. Porządkowali grządki, wyrywali mlecze i dosypywali ziemi wymieszanej z wodą do użyźnienia suchej gleby. Ja zabrałam się za szklarnię, która w całości zaparowała do tego stopnia, że nie potrafiłam nawet stwierdzić, czy skrywały się w niej pomidory, czy może zabójcza pleśń.
Przedarłam się przez wyższe zarośla w poszukiwaniu drzwi. Nie było to proste, lecz ostatecznie udało mi się wejść do pomieszczenia i prawie wpadłam twarzą na hodowlę pokrzywy. Krzaki były naprawdę wysokie, gdzieniegdzie dosięgały nawet daszka szklarni. Krople wody zbierały się na płachcie, która je przykrywała. Zaduch był okropny, dlatego zostawiłam drzwi otwarte, żeby powietrze mogło swobodnie wpadać do środka.
Chciałam zaszyć się tutaj nie bez powodu. Potrzebowałam chwili wytchnienia i nawet duszący zaduch nie odwiódłby mnie od tego. Dochodziłam do siebie nie tylko fizycznie, ale też psychicznie.
Klęknęłam na ziemi w wolnym miejscu i zabrałam się za wyrywanie zbędnej roślinności razem z korzeniami. Mimo wysokiego kucyka kilka niesfornych loczków, które uformowały się od ciepłego powietrza, ciągle wpadało mi na twarz, między okulary a oczy, co doprowadzało mnie do szału.
Wzięłam głęboki wdech, odsuwając głowę do tyłu i przecierając czoło o przedramię.
Czułam się wykończona, było mi gorąco, a moje myśli prowadziły mnie na skraj załamania nerwowego. Miałam nadzieję, że praca fizyczna pozwoli mi jakoś zapomnieć o tym, co się dzisiaj stało, żebym skupiła się na czymś innym. Ale im bardziej się starałam, żeby wizja Alessandro będącego tak blisko mnie wydostała się z mojej głowy, tym intensywniejsza się stawała. Pamiętałam z niej każdy, nawet najmniejszy szczegół, kiedy zazwyczaj miewałam problemy ze skupieniem się choćby na tym, z czym jadłam kanapkę rano.
- Kurwa! - syknęłam, bo zahaczyłam ręką o listki pokrzywy. Jednak nie potrafiłam się skupić.
- Nie kurwa, a ziemia, szefowo. - Aż podskoczyłam, słysząc głos Amigo tuż za plecami. Powoli zaczynałam kojarzyć osadzonych po głosie czy twarzy. Uczyłam się też ich ksywek, czym chciałam nawiązać nieco bardziej kumpelską relację. - Przytargałem cały wór, bo tu sucho jak w mordzie w poniedziałek rano po zachlanej niedzieli.
- J-jasne, dzięki. - Potrząsnęłam głową, zwracając się w jego stronę. Czułam, jak fala zażenowania zalewa moje policzki. - I przepraszam! - rzuciłam, kiedy Amigo zaczął już powoli się wycofywać.
- Nie ma za co. Każdy czasem rzuci jakąś kurwą. Jak to szefowa mówi, przecież każdy z nas jest tylko człowiekiem. - Uśmiechnął się, puszczając mi oczko, i zniknął za płachtą szklarni.
Gdybym tylko sama stosowała się do tego, co na co dzień próbuję im przekazać...
Zdjęłam rękawiczki i rzuciłam je gdzieś w bok. Przetarłam twarz gołymi rękami i potem od razu sięgnęłam do worka z ziemią. Wbiłam paznokieć w folię i przejechałam nim w bok, robiąc przy tym spory otwór. Garściami przeniosłam glebę na docelowe miejsce, a kiedy uformowała się z tego wystarczająca górka, bez zastanowienia wsadziłam w nią ręce.
Przyjemny chłód pokrył moją skórę i wysłał dreszcze ulgi wzdłuż moich ramion. Tym uczuciem zostało mi zrekompensowane stojące w miejscu powietrze, które mimo otwartych drzwi do szklarni pozostawiało po sobie jeszcze trochę niekomfortowego wrażenia przytłoczenia.
Zamknęłam oczy i nawet skrzypnięcie, które usłyszałam gdzieś z boku, nie było w stanie wyrwać mnie z tego transu.
- Dziękuję za ziemię, Amigo, ale poradzę sobie...
Nie dokończyłam. Nie miałam nawet jak, bo oddech z moich płuc urwał się w momencie, kiedy ciężar mężczyzny naparł na mnie od tyłu. Tak bardzo znajomymi mi już szorstkimi dłońmi Aless przykrył moje zanurzone w ziemi ręce i wbił je głębiej w glebę, blokując mi ramiona.
- Byłem pewien, że zdążyłaś już nauczyć się mojego imienia, Rossa - szepnął tuż obok mojego ucha, sprawiając, że przekrzywiłam głowę od nagłego powiewu powietrza. - Bo dobrze wiesz, jak się nazywam, prawda?
- A ja byłam pewna, że macie zająć się ogrodem i nikomu w niczym nie przeszkadzać - sprzeciwiłam się, a słowa, które wypowiedziałam, zszokowały nawet samą mnie.
- No widzisz, i tutaj nie do końca się zgadzamy - warknął i wyrwał jedną z dłoni z ziemi, ciągnąc przy tym też tę moją. Automatycznie poderwałam głowę, żeby rozejrzeć się wokół i sprawdzić, czy ktoś nas nie widzi. Ale to przecież było niemożliwe, tak samo jak i to, co ze mną robił.
Aless splótł ze sobą nasze palce, muskając przy tym moje knykcie. Popatrzyłam w dół na to, jak węduje z naszymi dłońmi.
- To, co się stało... - zaczęłam mówić, czując, jak kurczą mi się płuca.
- Nie powinno mieć miejsca - dokończył za mnie, ciągnąc moją ubłoconą dłoń wzdłuż mojego uda. Robił to powoli, zbliżając się coraz bardziej w stronę brzucha. - Ale się stało. I podobało ci się to, Rossa.
Nie czekał na moją reakcję. Wystarczyła mu chwila, by się nachylił i zaczął zębami skubać skórę mojej szyi. Szczypał ją, niemiłosiernie mocno zaciskając palce na moich dłoniach. Nie potrafiłam dłużej wstrzymywać oddechu, a ten wyciągnął z moich ust niskie jęknięcie, które zaś wpłynęło na Lancastera jak czerwona płachta na byka.
- Voglio di pi?22. - Używał włoskiego, skrywając przede mną znaczenie swoich słów. - Nie ukryjesz się przede mną, volpe.
Nie próżnował. W którymś momencie puścił moje ręce i wdarł się swoimi pod fartuch przykrywający moje spodnie aż do kolan. Złapał ich materiał i przy pomocy mocnego szarpnięcia doszczętnie rozerwał je na udach. Odruchowo pisnęłam, kompletnie się tego nie spodziewając, ale wbijane w moją skórę paznokcie Alessa skutecznie powstrzymywały mnie przed głośniejszą reakcją.
Lancaster kolanami i udami mocno trzymał mnie w jednej pozycji, dociskając z obu stron. Był to już kolejny raz, kiedy zamknął mnie w potrzasku. Tym razem jednak nie znalazłam w sobie takiej siły, która pozwoliłaby mi próbować się mu wyrwać.
- Ciągle patrzysz gdzieś w bok. Boisz się, że ktoś nakryje cię na tym, że pragniesz takich rzeczy? - zapytał cicho, na co zmarszczyłam lekko brwi.
- Jakich rzeczy? - Ledwo zdążyłam zapytać, a już poznałam odpowiedź na to pytanie.
Odgłos wyrywania czegoś z ziemi nie ostrzegł mnie w porę, żebym zdążyła przygotować się na to, co miało nadejść. Aless zrobił na mojej skórze palący, swędzący tor pokrzywami, które zerwał. Cała się spięłam, a uczucie świądu zmuszało moje ręce do oderwania się od niego.
- Nie tak szybko, Rossa - odezwał się, zatrzymując moje ręce. Zamknął je w szczelnym uścisku, uniemożliwiając mi poczucie ulgi. - Napawaj się tym. Ból nie zawsze jest czymś złym, czyż nie tego chciałaś nas nauczyć? - wspomniał moje słowa.
Kurwa.
Wiłam się w jego ramionach, wewnętrznie wariując od uczucia, które zostawiły po sobie pokrzywy. Nie potrafiłam skupić się na oddychaniu ani skleceniu żadnego zdania. Aless pędził pewnie dłonią po moich udach, zjeżdżając z jednego na drugie i pokrywając moją skórę zaczerwienionymi podrażnieniami. Pieczenie nasilało się z każdą sekundą razem z moim przyspieszającym oddechem.
- Tak jak mówiłaś... - zaczął szeptem, kiedy gwałtownym ruchem oderwał rękę z pokrzywą od moich ud. Chłodne powietrze owiało moją poparzoną skórę, zmuszając mnie do wciśnięcia się w klatkę piersiową mężczyzny. Desperacko potrzebowałam ulgi. - Nie zawsze jesteśmy gotowi na to, co nas czeka.
Ja nie byłam. Nie byłam gotowa na to, że listki pokrzywy spotkają się z moją skórą jeszcze raz, ale już nie na nogach, a na szyi, że pokryją ją ostrością i już nie wytrzymam nadmiernej ilości bodźców.
- Aless - zakwiliłam. Powiedziałam to, zdradzając samą siebie.
- Dokładnie tak, Rossa. Wiedziałem, że je pamiętasz - powiedział, po czym zakrył ustami podrażnione miejsce na mojej szyi.
W tym samym momencie puścił moje ręce i pociągnął mnie do tyłu, pozwalając mi w całości zależeć tylko od niego. Złapał moją szczękę i czubek głowy, pomagając sobie nakierować moją szyję tak, żeby mógł zacząć zasysać obolałą skórę. Nie miałam już nawet siły na to, żeby myśleć o poparzonych udach. Nie potrafiłam myśleć o niczym innym niż o tym, co robił językiem. Jak przyciskał go do mojej skóry, głośno przy tym oddychając. Jak napierał na mnie całą swoją siłą, a ja wychodziłam mu naprzeciw.
Nie poznawałam samej siebie.
A może to właśnie byłam ja?
Byłam pewna jedynie tego, że musiałam zdobyć odpowiedź na to pytanie.
Jakby na zawołanie, Aless puścił mnie, powoli wycofując się ze szklarni. Zostawił mnie z ciężkim oddechem i bijącym sercem, zwisającą nad własnymi nogami, które zdążyły już ugrząźć w błocie razem z rękami.
- A presto, mia Rossa23 - rzucił Lancaster przez ramię po tym, jak wstał i udał się do wyjścia.
Trzęsącymi się rękami sięgnęłam do kieszeni spodni, gdy tylko upewniłam się, że już nie ma go w pobliżu. Wyjęłam telefon i odblokowałam go, myląc się przy wpisywaniu hasła aż dwa razy. Od razu weszłam w aplikację z kontaktami i wybrałam odpowiedni numer, po czym przyłożyłam urządzenie do ucha. Czekając na odpowiedź, wolną dłonią nieświadomie muskałam skórę na szyi, na której dopiero co czułam usta Alessandra Lancastera.
17. NIECHCIANY RATUNEK
Veronica
Stukałam palcami po stole przykrytym obrusem, który już zdążyłam poplamić. Kropki z wina z pewnością nie zejdą tak łatwo, jakbym tego chciała, i personel nie będzie zachwycony z takiego obrotu spraw. Właśnie dlatego, kiedy tylko kelner przechodził tuż obok mojego stolika, kurczowo przyciskałam rękę do poplamionego miejsca. Szczerze mówiąc, to nie do końca wiedziałam, jak się zachować. To kolejne miejsce, które raczej preferowaliby moi rodzice, a nie ja. Nie potrafiłam czuć się swobodnie gdzieś, gdzie cena za obrus wynosiła więcej niż połowa mojej wypłaty. Z winem było zresztą podobnie, dlatego piłam tylko jedną lampkę, odkąd tu przyszłam.
Czekałam. Ale wcale nie cierpliwie, bo ciągle patrzyłam to na drzwi frontowe, to na telefon, który zdążył już zaświecić się przy wiadomości z informacją o spóźnieniu. Fala gorąca zalewała całe moje plecy, paraliżując mój żołądek, który mimo wcześniejszego uczucia głodu teraz odmawiał posłuszeństwa i nie wykazywał żadnej chęci na posiłek.
Nie wiem, dlaczego tak postąpiłam. Bo po co do niego zadzwoniłam? Chciałam udowodnić sobie, że to tylko moje ciało jest zdradliwą suką, mój mózg zaś wcale nie jest z niego zadowolony i potrafi sobie poradzić z tym wszystkim? Że po prostu zapomniał o tym, jak reagował, a drobne decyzje, które wprawiły go w porządne wkurzenie, nie powinny decydować o całości.
Całości zwanej Chadem, który właśnie przekroczył próg restauracji.
Odchrząknęłam, poprawiając się na krześle. Gdy tylko oderwałam ręce od stołu, zauważyłam, że plama z obrusu przebiła się na materiał mojej ulubionej bluzki. Ostatnio po prostu miałam farta z ulubionymi rzeczami, które musiały lądować w koszu na śmieci albo marnować po dwie kapsułki przy małym nakładzie rzeczy do prania. Najpierw spodnie, w których ledwo doszłam do domu, a teraz jeszcze bluzka.
Złączyłam kolana i przygryzłam wargę, wgapiając się w płaszcz Chada zawieszany właśnie przez obsługę. Długo myślałam nad tym, co powinnam mu powiedzieć. Albo co on powinien powiedzieć mnie. Stanęliśmy w bardzo dziwnej dziurze w naszej relacji, a kompletna głupota sprawiła, że nie potrafiliśmy poradzić sobie z wyjściem. Nie rozmawialiśmy, a ja unosiłam się dumą i nie chciałam do niego dzwonić. Nawet nie wiedziałam, które z nas było w tym wszystkim bardziej niedojrzałe, zwłaszcza patrząc na to, co ostatnio miało miejsce między mną a...
- Cześć - przywitał się Chad, łapiąc za oparcie krzesła.
To było chyba najbardziej formalne "cześć", jakie w życiu słyszałam. I wcale nie sprawiło, że poczułam się komfortowo.
- Hej - wykrztusiłam. Nie za bardzo wiedziałam, czy powinnam podać mu rękę, czy może wstać i się przywitać, więc po prostu siedziałam bez ruchu na tyłku.
- Nie spodziewałem się, że zadzwonisz - odparł, zajmując miejsce przy stole.
Też się tego nie spodziewałam.
Przyjrzałam się marynarce Chada, któa leżała mu luźno na barkach. Zielony kolor podkreślał barwę jego oczu, którymi rozglądał się po otoczeniu. Nie złapaliśmy kontaktu wzrokowego, bo ja błądziłam spojrzeniem wszędzie, tylko nie po jego twarzy.
Atmosfera przypominała mi ten dziwny stres, który za dzieciaka czułam, gdy podczas oglądania filmu z rodzicami para na ekranie zaczynała uprawiać seks.
- Słuchaj, Chad... - zaczęłam mówić, choć nie miałam pojęcia, jak skończyć. Nie wiedziałam nawet, co takiego chcę mu przekazać. Nieważne, ile razy widziałam przebieg takich konwersacji w głowie, to i tak to, co naprawdę się działo, miało się nijak do tych wersji i wręcz mnie zatykało.
- Veronico... - odparł, kładąc dłoń na moim nadgarstku. Wzdrygnęłam się na ten niespodziewany gest, lecz z całych sił starałam się nie dać tego po sobie poznać. Spojrzałam na nasze ręce, a potem uniosłam wzrok na Chada, który już na mnie patrzył. - Nie chciałbym być intruzem w twoim życiu.
Wbiłam palce u stóp w spód butów, przygotowując się na to, że ta rozmowa nie będzie ani przyjemna, ani krótka.
- Chyba rozumiesz moje obawy, bo...
Nagle do naszego stolika podszedł kelner, by wziąć zamówienie od Chada. No i ode mnie, bo wino zapewne nie było wystarczającym obciążeniem na otwartym przeze mnie rachunku w tak eleganckiej restauracji.
- Czy są już państwo gotowi do złożenia zamówienia? - przerwał Chadowi, nachylając się nieco nad naszym stolikiem. - Polecam carideę w tempurze, specjał szefa. Jeśli to...
- Weźmiemy dwa razy, na wynos. - Tym razem to Chad wtrącił się kelnerowi w zdanie, po czym, ewidentnie zirytowany, dodał: - Poproszę też od razu rachunek.
Przełknęłam ślinę.
Może i nie czułam się dobrze w tym miejscu, lecz nie byłam też do końca pewna, czy wyjście stąd było dobrym pomysłem, zwłaszcza że ledwo zdążyliśmy się przywitać.
- Wybacz, że nie zapytałem cię o zdanie, jednak nie czuję, że to dobre miejsce na tego typu rozmowy. Możemy jechać do mnie, w spokoju zjeść i porozmawiać - mówił, powoli wstając od stołu. - Chyba że wolisz, żebyśmy poszli do ciebie.
Sama nie wiedziałam, co wolę. To wszystko działo się tak szybko, że nie miałam nawet czasu porządnie zastanowić się nad odpowiedzią. Przez moją głowę przelatywały setki myśli, a Chad idący uregulować rachunek nie pozostawił mi większego wyboru. Choć gdy wkładałam na siebie płaszcz, dotarło do mnie, że może tak rzeczywiście będzie lepiej. Zależało mi na tym, by wyjaśnić sytuację między nami, a fakt, że przy okazji mogłabym też jakoś rozjaśnić własne myśli, tylko pchnął mnie do przystania na propozycję mężczyzny.
Pójście do jego domu do niczego mnie zobowiązywało, a wręcz mogło pomóc mi w zdecydowaniu, czego tak naprawdę chcę. A chciałam wiedzieć, że mam jeszcze jakieś resztki kontroli nad sobą. Nie do końca dobrze czułam się z tym, że Chad miał być częścią mojego testu, ale to, co się między nami rodziło, było równie niezrozumiałe, co nasze ostatnie spotkanie. Musiałam upewnić się, że ta głupia sprzeczka nie jest gwoździem do trumny naszej relacji.
W ciszy wyszliśmy na dwór od razu po tym, jak dostaliśmy jedzenie w papierowych torbach. Chad niósł je w wolnej ręce, natomiast drugą trzymał głęboko w kieszeni. Z kilometra widać było, że jest spięty całą tą sytuacją. I zdecydowanie nie był w tym sam.
- Wrzucę to do tyłu, a ty już możesz wsiadać - powiedział, zbliżając się do ciemnoniebieskiego audi. Zmarszczyłam brwi, bo nie tak zapamiętałam jego samochód.
- Nowe auto? - zapytałam, łapiąc za klamkę od strony pasażera.
- Daj spokój. Z tamtym to nawet serwis sobie nie poradził. - Pokręcił głową, posyłając mi lekki uśmiech. Pierwszy raz, odkąd się zobaczyliśmy, i pierwszy, który odwzajemniłam.
Dopiero gdy muzyka wypełniła pojazd, a Chad osunął się nieco na siedzeniu, poczułam się bardziej wyluzowana. Emocje powoli opadały, a spojrzenia, które posyłaliśmy sobie co jakiś czas, sprawiały, że oboje się rozluźniliśmy. I to do tego stopnia, że po kilku minutach wylądowaliśmy na parkingu przed apartamentem Chada, jedząc te fikuśne dania na bagażniku jego auta.
- Zajebiste - odezwałam się między kęsami.
- Widać. - Zaśmiał się Chad, sięgając ręką do mojej twarzy. Popatrzyłam na nią i od razu przestałam przeżuwać. Sekundę później kciukiem starł resztki sosu z kącika moich ust.
Spojrzałam z powrotem na Chada, który kompletnie nie patrzył na to, co robi, bo za bardzo skupił się na mojej twarzy. Jego mina zdradzała, że intensywnie nad czymś myśli. Zapewne się zastanawiał, jak zacząć rozmowę.
- No więc... - Odchrząknął. - Postąpiłem głupio, słuchając twojego brata.
Zdziwiona patrzyłam na niego, nie do końca wierząc, że tak po prostu przyznał się do błędu. W głębi duszy czekałam na "ale", które przyszło szybciej, niż się tego spodziewałam.
- Ale zostałem nauczony, że dzieci zawsze mówią prawdę. No i szczerze mówiąc, trochę zabolało mnie, że rzeczywiście możesz kogoś mieć. Nie ukrywam, że naprawdę cię polubiłem i wizja tego, że nie byłem jedyny, jakoś zaćmiła mi szare komórki... - Spuścił wzrok, przygryzając wargę. Wbił spojrzenie w moje buty, powoli przenosząc je wzdłuż moich nóg, centymetr po centymetrze. Zacisnęłam kolana, co sprawiło, że zatrzymał się na nich trochę dłużej.
- Chad... - odezwałam się nieco ciszej, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Zareagowałam gęsią skórką na to, jak na mnie patrzył, choć myślami byłam zupełnie gdzieś indziej.
- Veronica... - zawtórował mi, oblizując wargi i spoglądając z powrotem na moją twarz.
Patrzyliśmy na siebie przez dłuższą chwilę, aż Chad zrobił krok naprzód. Czułam na sobie jego błądzący wzrok i to, jak nie jest pewien swoich ruchów. Jak czeka na to, aż sama mu powiem, że może się do mnie zbliżyć. Nie czerpał niczego z faktu, że stoję przed nim jak otwarta księga i pozwalam mu samemu zrobić pierwszy krok.
Przygryzłam wnętrze policzka i mimowolnie położyłam rękę na szyję, żeby się podrapać. Pocierałam miejsce, które z każdą sekundą szczypało mnie coraz bardziej, podczas gdy Chad dalej badał grunt. Był już bardzo blisko, tak blisko jak ja do poczucia drobnego bólu.
Do powrócenia do tych wspomnień.
Poczułam, jak robi mi się gorąco. Wbiłam paznokcie w skórę na szyi, czerpiąc z tego najwięcej, jak się tylko dało. Chad objął moją talię i niepewnym ruchem przyciągnął mnie do siebie. Zderzyłam się z jego klatą, a zapach jego miętowych perfum wdarł się do mojego nosa.
Przechylając głowę, czułam, jak moje włosy muskają podrażnioną skórę szyi, doprowadzając mnie do wewnętrznego szaleństwa. Westchnęłam więc do ucha Chada, który nachylił się nade mną. Jego oddech był niespokojny, mówiący mi, że to nie jest dobre miejsce. Znowu.
- Może... - szepnął tuż przy moim uchu, a jego oddech owiał moje palce i szyję. - Może pójdziemy na górę?
Pokiwałam głową, dając mu do zrozumienia, że nie mam nic przeciwko.
Chad był... inny. Spokojniejszy. Badał teren, był zachowawczy w tym, jak mnie dotykał i co do mnie mówił. Dobierał odpowiednie słowa i ton zupełnie tak, jakby rozmawiał ze mną po raz pierwszy. Prowadził mnie do swojego apartamentu schodami, trzymając mnie za rękę. Dotarliśmy na górę w lekkim pośpiechu, a on trzęsącymi się rękami niezdarnie otworzył zamek drzwi, po czym je popchnął. Weszłam do mieszkania tuż za nim.
- Pomogę ci - odezwał się, odwracając się do mnie twarzą, co normalnie zmusiłoby mnie do oparcia się o drzwi. Ale Chad dawał mi przestrzeń. Wyciągnął ręce, żeby zdjąć ze mnie odzież wierzchnią, na co nie protestowałam. Potrzebowałam ujścia dla gorąca, które kumulowało się w moim ciele.
Mężczyzna powolnym, zgrabnym ruchem pociągnął mój płaszcz w dół. Patrzył mi przy tym głęboko w oczy, chwilami zjeżdżając spojrzeniem na zakryte bluzką ramiona. Skorzystałam więc z okazji i odchyliłam nieco głowę, żeby dać mu miejsce na zajęcie się moją szyją. Na szczęście zrozumiał aluzję i zbliżył się do mnie, by nachylić się nad odkrytym miejscem.
Chciałam więcej. Potrzebowałam więcej, pragnęłam, żeby do mnie mówił, żeby robił rzeczy, których się nie spodziewam. Ale jego usta przewidywalnie zetknęły się z moją szyją, lekko całując jej wierzch.
- Chad - ponagliłam go. Jeśli coś miało się między nami stać, to albo teraz, albo nigdy.
- Masz taką delikatną skórę - wymruczał tuż przy moim uchu, zaciskając przy tym dłonie na moich nadgarstkach i pozwalając, by jego płaszcz opadł na podłogę.
Syknęłam, gdy tylko najechał wargami na wrażliwe miejsce na mojej szyi.
- Wszystko w porządku? - zapytał, odsuwając się ode mnie.
Westchnęłam z poczucia bezsilności.
- O Boże, co ci się stało? - odezwał się zszokowany, przypatrując się mojej szyi. - Twoja szyja... Masz ją całą czerwoną i jakby... poparzoną?
Zmarszczyłam brwi, dotykając palcami zaognionego miejsca. Minęłam Chada, kierując się do wielkiego lustra, które wypełniało przedpokój jego apartamentu. Spojrzałam na odbicie i dokładnie tak, jak mówił Chad, miałam szyję całą zaczerwienioną. Nie była to jednak wina jego pocałunków czy też tego, że wcześniej ją podrapałam.
Pokrzywa.
- To... To nic takiego, naprawdę - zapewniłam, kręcąc głową.
- Nic takiego? To wygląda całkiem poważnie, Veronica.
- Mam uczulenie i tyle - wypaliłam, wzruszając ramionami.
Całe podniecenie, które i tak w nikłej ilości buzowało w moich żyłach, od razu wyparowało.
- Na co jesteś uczulona? - dopytał, przyglądając się mojemu odbiciu w lustrze.
- Na... - Wstrzymałam oddech, bo przecież wcale nie byłam uczulona. - Na owoce morza - wymyśliłam na poczekaniu, żeby pominąć już temat mojej szyi.
Chadowi mina gwałtownie zrzedła, aż lekko pobladł.
- Ubieraj się - polecił, schylając się po mój płaszcz. Słysząc to, poczułam, jak na nowo odżywam.
- D-dlaczego? - zapytałam przez przygryzioną wargę.
- Jedziemy do szpitala. - Pospiesznie wypchnął mnie przez drzwi, które wcześniej otworzył na całą szerokość.
- Jak to do szpitala? - Uniosłam brwi, już kompletnie go nie rozumiejąc.
Chad zamknął drzwi na zamek i obrócił się na pięcie w moją stronę. Złapał mnie za ramiona, nawiązując ze mną kontakt wzrokowy.
- Przecież dopiero co zjedliśmy krewetki! - niemal wykrzyczał spanikowanym głosem.
- Dałabym sobie rękę uciąć, że kelner mówił o jakichś... cari... Cadri... - Za Chiny nie mogłam przypomnieć sobie tej pokręconej nazwy.
- Caridea. Veronica, caridea to krewetki! - odezwał się nieco głośniej, ciągnąc mnie w dół schodów. - Oddychaj, dojedziemy tam w siedem minut!
Kłamstwo jednak rzeczywiście ma krótkie nogi.
18. SEKRET POKRYTY CIENIEM
Veronica
Ta podróż to najdłuższe siedem i pół minuty mojego życia.
Chad wydawał się panikować o wiele bardziej niż ja, przeklinając coraz głośniej z każdymi kolejnymi światłami. I to nie tak, że trzymałam go w niepewności aż do przyjazdu do szpitala. On po prostu nawet nie dał mi się odezwać. Nie pozwolił mi dojść do słowa ani przy recepcji, ani kiedy biegł korytarzem prowadzącym na SOR. Nie patrzył na mnie, kiedy kręciłam głową przy lekarce, która nas przyjęła. W którymś momencie po prostu się poddałam.
Wchodząc do gabinetu, do którego wepchnął się również Chad, nie mogłam zrobić nic innego, jak brnąć dalej w to, co już się zaczęło.
- Proszę zająć miejsce na kozetce, zaraz do pani podejdę - oznajmiła lekarka siedząca przy biurku w kącie pokoju.
Przełknęłam ślinę i niepewnie usadowiłam się na kozetce, kładąc ręce na kolanach. Chad usiadł na krześle stojącym tuż obok biurka pani doktor.
- Wypełnili państwo dokumenty? - spytała lekarka, ściągając okulary.
- Tak, tak - odparł za mnie Chad, podając jej papiery. Nawet nie wiedziałam, kiedy je wypełnił i co takiego tam powypisywał. Spoglądałam to na niego, to na lekarkę, która pobieżnie czytała nabazgrane literki.
- Uczulenie na owoce morza... - powiedziała bardziej do siebie, sięgając z powrotem po okulary. Wstała z fotela, zrobiła kilka kroków i kiedy znalazła się przy mnie, zalała mnie falą pytań:
- Wymioty?
Pokręciłam głową.
- Biegunka? Ból brzucha? Wzdęcia?
Na każde z nich odpowiadałam zgodnie z prawdą.
- Pokrzywka? Jakieś zmiany skórne?
- Na szyi, taka okropna czerwona plama - wtrącił się Chad, zanim zdążyłam otworzyć usta. - Czy to coś poważnego?
Lekarka nie odpowiedziała na jego pytanie. Sięgnęła po parę rękawiczek nitrylowych i włożyła je na dłonie, zanim dotknęła mojej szyi. Odgarnęła mi włosy nachodzące na skórę i przejechała palcem po konturach swędzącego miejsca.
Gapiłam się w nią jak w obrazek, który miałby dać mi odpowiedzi. Pokazać rąbek przyszłości albo chociaż podpowiedzieć, co takiego powinnam zrobić. Ale kobieta o ciemniejszej karnacji i długich, kręconych włosach nie wyglądała na taką, która chciałaby zostać moją wyrocznią w tej kwestii. Ani w żadnej innej.
- Nie wygląda mi to na uczulenie. Raczej na... - Przekrzywiła głowę, mocniej przejeżdżając palcami po mojej szyi. Ten gest sprawił, że miejsce zaczęło mnie na nowo piec i swędzieć. - Bliższe spotkanie z pokrzywą czy inną rośliną tego typu.
- Chwila... Ale w tym jedzeniu nie było pokrzywy. - Chad wyglądał, jakby głęboko się nad czymś zastanawiał, zapewne przypominając sobie składniki tego cari... cadre...
Tych krewetek.
- To stało się w pracy... To znaczy, na praktykach. Pracowaliśmy w ogrodzie i tam były takie ogromne pokrzywy. Wpadłam na nie, ale nie myślałam, że zostanie mi aż taki ślad... - wyjaśniłam, zakrywając ręką kawałek szyi.
Nie wspominałam już nawet o tym, że całe moje uda pokryte były tą samą barwą.
- W takim razie to była niepotrzebna panika. Pani chłopak sam trafiłby do nas w stanie przedzawałowym, jakby tak dalej poszło - zaśmiała się, na co lekko niezręcznie zawtórował jej Chad. A ja...
Ja miałam w głowie słowo, którego użyła do opisania jego osoby.
- Przepraszamy za kłopot - przerwałam ich pogawędkę, która zdążyła się już rozkręcić. Nie potrafiłam się jednak skupić na tym, o czym rozmawiali, ani w sumie na niczym innym, bo myślami byłam wszędzie indziej, tylko nie tu i teraz.
- Proszę przyłożyć trochę lodu albo zrobić zimny okład i plama powinna zejść jeszcze szybciej, niż się pojawiła. - Tym razem kobieta zabrzmiała nieco milej. Zdjęła rękawiczki i wyrzuciła je do kosza stojącego przy drzwiach. Otworzyła je, dając nam do zrozumienia, że wizyta dobiegła końca.
Pospiesznie wstałam z kozetki i poprawiłam włosy tak, żeby znowu zasłaniały mi szyję. Po pocałunkach Chada nie było ani śladu. Próbowałam je sobie przypomnieć, aczkolwiek mgła w mojej głowie nie pozwalała mi odtworzyć tego uczucia.
- Cieszę się, że to tylko jakaś pokrzywa - odezwał się Chad po tym, jak wyszliśmy ze szpitala.
Tylko pokrzywa...
- Tak, ja też. Przepraszam, że wcześniej ci nie powiedziałam, ale byłeś tak zmartwiony, że... - Chciałam chociaż spróbować się wytłumaczyć, lecz Chad nie pozwolił mi dokończyć już któryś raz tego dnia.
- Nie szkodzi. Mnie też zdarza się czasem coś zapomnieć, zwłaszcza w takiej chwili jak tamta... - Oblizał wargi, zatrzymując się przy samochodzie. Złapał mnie za rękę. Pozwoliłam mu na to, choć w środku czułam się rozdarta. Prowadziłam ze sobą wewnętrzną walkę, nie znając przeciwników, którzy tak bardzo pchali się, żeby przeszkodzić mi w byciu obecną przy Chadzie.
- Ja... - Nie wiedziałam, jak ubrać w słowa to, co czuję. I jak przekazać mu fakt, że nie czuję przy nim w pełni tego, czego bym chciała.
- Poczekam, naprawdę. Trochę przesadziłem z prędkością tego wszystkiego. - Uśmiechnął się krzywo, drapiąc się po głowie wolną dłonią.
Odchrząknęłam, kompletnie nie spodziewając się takich słów z jego strony.
- Słuchaj, Veronico, wiem, że ten wieczór nie należał do najlepszych w moim wykonaniu. Jedliśmy na bagażniku auta zamiast w restauracji. A potem zamiast... - Zatrzymał się, szukając odpowiedniego słowa zupełnie tak, jakby wstydził się nazwać to prawie seksem. - Wylądowaliśmy w szpitalu.
- Było... dobrze - odparłam, nie chcąc więcej go okłamywać. Bo było dobrze, ale... nic poza tym.
- Dasz mi się przeprosić? Moja mama ostatnio spędziła kilka nocy w takim hotelu nieopodal, kiedy zjechali się tu na kongres. Mają naprawdę piękny wystrój, baseny, sauny, prywatny lasek i pełno innych atrakcji, z których moglibyśmy skorzystać. - Uśmiechnął się prosząco. - No wiesz, trochę się rozluźnić po tych dzisiejszych atrakcjach. Nie chciałbym, żebyś źle wspominała te przeprosiny.
Westchnęłam.
Może i Chad nie był idealny, a ja nie do końca wiedziałam, czego oczekuję, ale, cholera, miał w sobie coś, co nie pozwalało mi tak po prostu go spławić i zostawić. Chciał dla mnie dobrze, a ja chyba właśnie tego ostatnio potrzebowałam. Odskoczni od mojej nienormalności.
- Na jedną noc? - dopytałam, lekko unosząc kąciki ust.
- Na tyle, na ile tylko będziesz chciała.
Spontaniczność Chada naprawdę mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się, że jeszcze tego samego dnia wezmę ze sobą torbę podręczną z najpotrzebniejszymi rzeczami i wyląduję w hotelu, który skrywał w sobie więcej, niż mogłoby się wydawać.
Oferta przedstawiała to, o czym mówił Chad, a nawet wiele więcej. Prywatny lasek obok patio prezentował się naprawdę okazale, choć o tej porze mimo licznych światełek przerażał gęstością i rozpiętością koron drzew.
Z tego samego patio weszliśmy do hotelu. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z wystrojem tego typu. Wszędzie ciemne drewno, obicia kanap w krwistym odcieniu czerwieni, panele na podłodze przykryte futrzanymi dywanami, które błagałam o bycie sztucznymi. Wchodząc do środka, od razu wyczuwało się atmosferę ciepła, a z restauracji niósł się ostry zapach pieczonego mięsa i grillowanych warzyw z przyprawami.
Wstrzymałam oddech, rozglądając się wokół i chłonąc oczami ten nietypowy wystrój, podczas gdy Chad podszedł do recepcji. Kobieta za ladą stała prosto, włosy miała spięte wysoko na czubku głowy, a ciemna koszula tylko jeszcze bardziej dodawała nonszalancji i elegancji jej urodzie. Jednak to wszystko nie miało znaczenia, bo pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, była zawieszona tuż nad nią wypchana głowa dzika. Akurat ta dekoracja wzbudzała we mnie obrzydzenie i dziwne wrażenie, że jestem obserwowana. Wzdrygnęłam się i oderwałam wzrok od czegoś, co z całą pewnością nie było sztucznym wytworem.
- Na razie wziąłem pokój na dwie doby hotelowe, ale poinformowałem, że jeśli się nam spodoba, to jutro rano przedłużymy pobyt - wyjaśnił Chad, podchodząc do mnie. Sięgnął po moją torbę, którą z wielką chęcią mu podałam. Najpotrzebniejsze rzeczy naprawdę ważyły całkiem sporo.
- Może to zabrzmi głupio, aczkolwiek jestem padnięta - odparłam, ruszając w stronę schodów. - Będziesz miał coś przeciwko, jeśli pójdziemy do pokoju, włączymy jakiś serial i zamówimy coś do jedzenia? Przysięgam, że nie chrapię.
Chad posłał mi szeroki uśmiech i złapał mnie pod rękę.
- Jestem za - stwierdził, sięgając po kartę do kieszeni spodni. Podał mi ją, kiedy znaleźliśmy się na odpowiednim piętrze. - W takim razie wejdź już do środka, a ja zamówię coś niezdrowego z restauracji.
Kiwnęłam głową i ruszyłam w stronę drzwi z odpowiednim numerem. Chad poszedł wzdłuż korytarza, łapiąc za telefon.
Przejechałam kartą po czytniku, lecz nie usłyszałam dźwięku otwieranego zamka. Zmarszczyłam brwi i przejechałam kolejny raz. Dalej nic. Popchnęłam więc drzwi, a te puściły bez większego wysiłku. Najwyraźniej nie zamykali ich po sprzątaniu.
Weszłam do środka, nasłuchując, czy ktoś z ekipy sprzątającej jest jeszcze w pomieszczeniu, jednak nie słyszałam nic oprócz chodzącego na średnich obrotach wiatraka sufitowego. Chłodne powietrze owiało moją skórę i dopiero wtedy dostrzegłam, że drzwi balkonowe są otwarte. Ruszyłam w ich stronę, żeby trochę je przymknąć, ale gdy mijałam lodówkę, przypomniało mi się, że miałam zrobić sobie okład z lodu.
Nie rozglądałam się jakoś szczegółowo po pokoju, raczej pospiesznie rzuciłam na niego okiem. Wystrojem przypominał styl recepcji, tyle że z mniejszym przepychem. Na szczęście nie było tutaj żadnej głowy czy innej części ciała jakiegoś bogu ducha winnego zwierzęcia.
Było za to jedno duże małżeńskie łóżko.
Wypuściłam powietrze z płuc i ignorując ten fakt, schyliłam się do zamrażarki w poszukiwaniu lodu.
- Mogę w czymś pani pomóc? - Ledwo usłyszałam męski głos rozbrzmiewający za moimi plecami, a ten i tak mnie przestraszył.
Nogi się pode mną ugięły i gdyby nie ręka, którą trzymałam na drzwiczkach lodówki, leżałabym już na podłodze.
- Wie pan co, szukam lodu. Nie wiedziałam, że pokój nie jest gotowy, bo na recepcji nic nam nie powiedziano w tej sprawie i...
Gdy tylko zwróciłam głowę w stronę, skąd wcześniej dochodził głos, serce stanęło mi w miejscu. W pierwszej chwili nie wierzyłam własnym oczom. Wszystko wokół się zatrzymało, nawet Chad wchodzący przez drzwi gdzieś w oddali.
- Aless? - wybełkotałam prawie bezdźwięcznie.
On tu był. Lancaster był w moim pokoju hotelowym, i to w stroju pracownika.
- Veronica, zamówiłem nam... - przerwał zdanie Chad, stając tuż za plecami Alessa, który nie odrywał ode mnie wzroku. Kiedy tylko Lancaster usłyszał Chada, jego spojrzenie się nasiliło i tępo wbijało w moje oczy.
Skóra na twarzy od razu zaczęła mnie palić mimo otwartych drzwi lodówki i wiatraka wprowadzającego chłodne powietrze z dworu.
Palce zbielały mi od zaciskania ich wokół drzwiczek lodówki, która zaczęła wydawać z siebie ostrzegawczy sygnał informujący, że czas ją zamknąć. Ale nie potrafiłam tego zrobić.
Nie potrafię niczego zrobić.
- Pokój jeszcze nieposprzątany? Przecież recepcjonistka wydała nam już klucze. Nie powinno już tu pana być, czyż nie? - odezwał się Chad pyszałkowatym tonem. Lustrował wzrokiem tatuaże na rękach Lancastera, wewnętrznie kwestionując zatrudnienie pracownika o takim wyglądzie.
- Daj spokój, Chad. - Popatrzyłam w jego stronę, jakimś cudem odrywając wzrok od Alessa. - P-pan chciał tylko upewnić się, że wszystko jest gotowe. I... I doniósł nam ręcznik, bo brakowało jednego - dodałam szybko, spoglądając na biały, złożony w kostkę materiał, który leżał na komodzie obok. Wydawał się idealnym kandydatem na wymówkę i wybrnięcie z sytuacji, choć działanie pod presją wcale nie należało do najłatwiejszych.
- Taki standard hotelu i zapomnieli o ręczniku, niesamowite. - Pokręcił głową Chad, prychając. - W takim razie wie pan, gdzie są drzwi. Chyba że trzeba...
- Chad - przerwałam mu.
Aless nie odezwał się ani słowem. Obrócił się tylko i przez dosłownie sekundę patrzył Chadowi w oczy. Minął go, a ich ramiona słyszalnie się o siebie otarły.
Wciągnęłam powietrze, modląc się, żeby to wszystko było tylko snem albo zwidami.
- Pieprzeni sprzątacze - burknął Chad, trzaskając drzwiami tuż za plecami Alessa.
Ja również zamknęłam wreszcie drzwiczki lodówki, kompletnie zapominając o tym, co chciałam z niej wyciągnąć. Przypomniałam sobie również o oddychaniu, a przeciąg wywołany przez balkon nie wydawał się już taki istotny.
- Wybacz, że tak długo, ale jak widać, w tym hotelu nie mają zbyt szybkich ruchów - zaśmiał się lekko Chad, siadając na łóżku.
Nic nie odpowiedziałam. Przez dłuższą chwilę próbowałam jakoś przyswoić to, co zobaczyłam, i to, co przed chwilą powiedział Chad.
- Zamówiłem frytki i margheritę, bo nie wiedziałem, jakie lubisz dodatki. Wziąłem też wino, ale jeśli nie chcesz alkoholu, to...
- Nie ma problemu. - Zatrzymałam się wzrokiem na jego twarzy. - Wino może być.
Posłałam mu lekko wymuszony uśmiech, chcąc zapewnić go, że wcale nie ruszyło mnie to, co przed chwilą zaszło. Ale przecież Chad nic nie wiedział. Nie wiedział, kim jest Alessandro Lancaster i do czego jest zdolny.
A ja bałam się, że jeśli będę przebywać z nim w jednym budynku, szybko może się o tym przekonać, zwłaszcza że tamten widział go w moim towarzystwie.
Nie byłam w stanie przegryźć nic więcej niż kilka frytek. Sączyłam jeden kieliszek wina dłużej niż w restauracji, mimo że przecież wcale nie musiałam martwić się o jego cenę. Aczkolwiek nic nie chciało mi przejść przez gardło, bo mój mózg skutecznie wszystko blokował, w pełni skupiając się na tym, jak miała wyglądać ta noc. Nie miałam nic przeciwko spaniu w jednym łóżku z Chadem. Parę lat temu zdarzało mi się przecież spać z kolegami na jednym materacu podczas nocek imprezowych, ale akurat w tym przypadku coś ciągle nie dawało mi spokoju. Nie wiedziałam jednak co.
- Wszystko w porządku? - zapytał Chad, opierając plecy o zagłówek łóżka. Leżał na nim w bokserkach i koszulce, co trochę mnie uspokoiło. - Prawie nic nie zjadłaś.
- Chyba naprawdę muszę się po prostu położyć, wiesz? - wyjaśniłam spokojnym głosem, naciągając na tyłek spodenki od piżamy. Zostawiłam sobie top na ramiączkach, który miałam pod bluzką. Odłożyłam okulary na szafkę nocną i weszłam na łóżko, podczas gdy Chad szukał jakiegoś filmu lub serialu.
- Lubisz horrory? - dopytał, spoglądając w moją stronę.
- Może lecieć nawet i "Zakonnica", bo póki nie będziesz mi zabierać kołdry, nic innego mnie nie obchodzi. - Zaśmiałam się, wślizgując się pod bawełniany materiał.
- W takim razie niech będzie i "Zakonnica". - Uśmiechnął się Chad, odkładając pilot na swoją szafkę nocną.
Zaśnięcie nie zajęło mi dużo czasu. Szczerze mówiąc, to nawet nie pamiętałam, jak zaczął się ten film, bo odleciałam szybciej niż napisy początkowe. Wierciłam się przez sen, nie mogąc dobrze się ułożyć.
Mimo mocnej początkowej fazy snu później nie potrafiłam zmusić się do zaśnięcia na nowo. Byle skrzypnięcie budziło mnie i sprawiało, że gapiłam się w pustą ścianę obok łóżka. Było jeszcze stosunkowo wcześnie, więc część gości przemieszczała się po korytarzu bądź spędzała czas na patio. Słyszałam ich flirty i rozmowy, aż w pewnym momencie pożałowałam, że nie mam stoperów do uszu.
Przez nikłe światło ściana obok mojego łóżka wydawała się całkiem szara. Odbijały się na niej cienie gałęzi drzew, które jako jedyne dawały mi nadzieję, że jeszcze zdołam zasnąć tej nocy. Chad spał obok mnie jak zabity, bo nawet kiedy ściągnęłam z niego całą kołdrę, nawet nie mruknął. Leżał jak kłoda na swojej części łóżka.
Kiedy w końcu ponownie zasnęłam, przyśniła mi się naprawdę dziwna scena. Ktoś mnie jakby podniósł, zostawiając kołdrę na łóżku. Czułam się jak piórko, które chwilę później wylądowało na fotelu. Zostałam posadzona tak, że moje plecy stykały się z jakąś twardą powierzchnią. W tej pozycji miałam idealny pogląd na leżącego na łóżku Chada, choć spod półprzymkniętych powiek i tak nie widziałam zbyt wiele. Moje ręce swobodnie opadały po bokach fotela, pozwalając mi wygodnie się na nim ułożyć.
- Vedi questo, volpe?24 - Na te słowa poderwałam się z miejsca, lecz moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Ciasny uścisk na brzuchu skutecznie uniemożliwił mi jakiekolwiek ruchy. Ręka, która mnie trzymała, była mocna i tak prawdziwa, jakby...
Zupełnie jakby to wcale nie był sen.
Otworzyłam szerzej oczy i zorientowałam się, że wcale nie siedzę na fotelu, a na czyichś kolanach. Na kolanach Lancastera, który trzymał mnie mocno i w idealnym momencie zasłonił mi usta.
- Przyszłaś tu z nim? - zapytał wcale nie cicho, kompletnie nie przejmując się tym, że mógł obudzić śpiącego naprzeciwko nas Chada.
Uścisk na moich ustach lekko się poluzował, dając mi pole do odpowiedzi:
- J-ja...
Wbił twardo palce w moją talię, sprawiając, że wzięłam głębszy wdech. Dłoń, którą trzymał mnie za brodę, ułożył tak, że mógł zmusić mnie do patrzenia na Chada.
Mógł i zrobił to.
- Przyszłaś z nim czy nie? - ponowił pytanie, dopychając mnie do siebie. - Prosta odpowiedź, Rossa.
- Aless... - Pokręciłam głową na tyle, na ile to było możliwe.
- Odpowiedz mi - ponaglił, wydychając gorące powietrze na moje ucho, co szybko sprawiło, że cała pokryłam się gęsią skórką. - Teraz.
- Tak, tak - szepnęłam, bo w przeciwieństwie do niego bałam się, że Chad się obudzi, zwłaszcza że minimalnie poruszał się na łóżku co któreś słowo opuszczające usta Lancastera.
Przełknęłam gulę w gardle, czekając na kolejny ruch Alessa, który zastygł w jednej pozycji. Wydawało mi się, że przestał nawet oddychać i nie mrugał, podążając za moim spojrzeniem.
- Może i przyszłaś tu z nim - odezwał się w końcu, mocnym szarpnięciem obracając mnie tak, że teraz leżałam brzuchem na jego kolanach, z głową prawie stykającą się z kawałkiem dywanu wystającym spod fotela. Krew natychmiast mi do niej spłynęła, a palce u stóp zdążyły zdrętwieć, zanim Aless dodał: - Ale to ze mną dojdziesz.
19. PIERWSZY STOPIEŃ DO PIEKŁA
Alessandro
Ruda spięła mięśnie, gdy tylko wbiłem palce w jej pośladki. Materiał spodenek od piżamy miała prawie prześwitujący, a ja upewniłem się, że to nie była jedyna warstwa, jakiej musiałem się pozbyć.
- Jak on się nazywa, Rossa? - spytałem, owijając sobie jej włosy wokół wolnego nadgarstka.
Kiedy nie odpowiadała, a jedyne, co usłyszałem, to jej przyspieszony oddech, szarpnąłem ją nieco do góry. Trochę pisnęła, lecz tak samo szybko urwała.
Zacisnąłem jej pośladek w dłoni, biorąc przy tym głęboki wdech. Uniosłem nagle rękę i z głośnym plaskiem klepnąłem ją w tyłek, gdy najmniej się tego spodziewała.
- Boisz się, że się obudzi? - zniżyłem głos, nachylając się nad jej zagubioną twarzą. Nie patrzyła na mnie, a na niego. Na tego faceta, którego tu ze sobą przyprowadziła. Na tego, który nie był mną.
Na jej zły, kurwa, wybór.
- Chciałabyś być cicho... - szepnąłem prawie niesłyszalnie, żeby zbić ją z tropu, po czym uderzyłem ją w pośladek z większą siłą. Ruda poderwała się na moich kolanach, wychodząc na spotkanie mojemu kroczu. - Ale ty tak nie potrafisz, Rossa. Lubisz być głośna. Lubisz zwracać na siebie moją uwagę. A przede wszystkim...
Kolejny dźwięk skóry uderzającej o skórę.
Potem następny.
I jeszcze jeden.
Ruda błagalnie wiła się w moich ramionach, walcząc z dźwiękami, które chciały jej się wypsnąć. Hamowała je, a także całą siebie.
- Przede wszystkim lubisz być słyszana - powiedziałem nieco głośniej, ignorując zmieniającego pozycję faceta na łóżku. Jego widok sprawiał, że resztki mojej samokontroli wsiąkały w fotel razem z agresją, której nie chciałem wywierać akurat na tej dziewczynie.
- W porównaniu z nim nie wydaję się dla ciebie wystarczający, Rossa? - zapytałem, wyrzucając z siebie frustrację i siłę, która kumulowała się gdzieś wewnątrz mnie. Gdy o to pytałem, nie położyłem ręki na jej tyłku, a wślizgnąłem się nią pod materiał spodenek.
- To nie tak... - wycedziła.
- A jak? - dopytałem, muskając nagą skórę jej pośladków. Czułem, jak z każdym dotykiem Ruda napiera na moją rękę. - To skomplikowane, tak?
- To skomplikowane... - powtórzyła, brzmiąc, jakby była w transie. - T-tak...
- Na co odpowiadasz mi "tak"? - spytałem lekko, chcąc pociągnąć ją za język, żeby w końcu to powiedziała. Chciałem, żeby się przyznała. - Czyżbyś dawała mi zgodę na to, żebyśmy mieli świadków na twoją niesubordynację?
- Lancaster - wypowiedziała moje nazwisko zupełnie tak, jakby próbowała mnie skarcić. W odpowiedzi wykrzywiłem usta w coś przypominającego uśmiech, bo stety lub niestety cholernie mi się to podobało.
- Wystarczy jedno twoje słowo - odparłem, przemieszczając dłoń nieco niżej, na co naparła na mnie jeszcze bardziej niż dotychczas.
- Jedno moje słowo, które tak po prostu cię złamie - stwierdziła w końcu, zerkając na mnie od razu po tym, jak obrzuciła spojrzeniem stojące przed nami łóżko.
Wystarczyła chwila, żeby oczy Rossy zaświeciły, odbijając światło padające przez drzwi balkonowe. Wystarczyło też, żeby pokiwała głową, dając mi do zrozumienia, że to przestępstwo popełnimy razem.
Nachyliłem się nad jej uchem i puściłem wolno pukiel jej potarganych włosów. Pewnie przemieściłem rękę do momentu, aż moje palce nie wyszły naprzeciw jej cipce. W tym samym momencie odgarnąłem jej też włosy z ucha, polizałem ją od żuchwy aż po sam jego czubek i właśnie w tym momencie zanurzyłem palec wskazujący w jej wnętrzu.
Drgania Rudej wprawiały mnie w stan, którego nie potrafiłem już zatrzymać. Nic, co było z nią związane, nie podlegało takiej opcji.
- Aless... P-proszę... - odezwała się w końcu, robiąc to o wiele ciszej, niż bym sobie tego życzył.
- O co mnie prosisz, Rossa? Mam go obudzić? - zapytałem, dodając drugi palec. Poruszałem nimi, co chwilę się zatrzymując, żeby wyciągnąć z niej to, czego chciałem.
- N-nie - wysapała, wypychając biodra na moją dłoń. Uśmiechnąłem się i przygryzłem środek policzka.
Przesunąłem się nieco na fotelu, żeby z łatwością dosięgnąć do lodówki. Otworzyłem drzwiczki i dzięki temu, że dzisiaj ją wypełniałem, dokładnie wiedziałem, gdzie szukać. Wsadziłem dłoń do woreczka, a chłód od razu owiał moje palce.
- A może jednak? - zapytałem, odwracając jej uwagę. Złapałem kostkę lodu w palce i gwałtownie przyłożyłem ją do zaczerwienionych pośladków Rudej.
Syknięcie, które z siebie wydała, sprawiło, że kutas naparł mi na spodnie. Ciepło jej skóry rozpuszczało lód, którym sunąłem, obrysowując na niej własną dłoń. Krople spływały w dół po krągłych pośladkach Rudej i skapywały prosto na dywan.
- Odpowiedz, Rossa - ponagliłem ją, przemieszczając kostkę coraz niżej jej tyłka. A gdy odwróciła głowę, dając mi do zrozumienia, że nie wykona mojego polecenia, lód znalazł się tam, gdzie najmniej by się tego spodziewała.
- Mów albo wsadzę to w ciebie tu i, kurwa, teraz. - Naparłem na jej cipkę kostką, odnajdując łechtaczkę.
Ruda cicho piszczała i jednocześnie kręciła głową. A ja nie rzucałem słów na wiatr.
Płynnym ruchem przesunąłem kostką w dół, a lekkie pchnięcie sprawiło, że znalazła się w środku bez większego wysiłku. Za to z głośnym, niskim jękiem Rudej.
Za głośnym.
- Veronica? - Zaspany głos przerwał wszystko to, co miało miejsce.
Veronica.
Ruda cała się spięła i zachłysnęła powietrzem. Facet nie ruszył się nawet o milimetr, lecz ewidentnie lekko się rozbudził. Musiałem działać szybko, ale nie za szybko. Każdy dźwięk miał teraz znaczenie.
Starając się zrobić to jak najciszej, pociągnąłem dziewczynę do góry tak, że z powrotem siedziała na moich kolanach, opierając się plecami o mój tors. Złapałem ją pewnie za gardło.
- Mów do niego - szepnąłem tuż przy jej uchu. - No dalej - dodałem, wzmacniając uścisk.
- Wszystko jest... d-dobrze - zawahała się, bo drugą rękę wsunąłem jej pod gumkę spodenek. Odetchnąłem z ulgą, gdy tylko pod palcami poczułem nabrzmiałą łechtaczkę i mokre od rozpuszczonego lodu majtki.
- Dlaczego nie śpisz? - wymamrotał facet tak, że ledwo dało się go zrozumieć. Nie wiedzieć czemu, im więcej mówił, tym mocniej zaciskałem chwyt na gardle Rudej.
- Odpowiadaj, Rossa - szepnąłem, puszczając ją. Od razu odczułem to, że nie jest pewna mojego następnego ruchu. Bo właśnie tak miało być.
Złapałem za gumkę od jej spodenek, zahaczając też o tę od majtek. Zsunąłem je pewnie w dół, muskając przy tym jej uda, które pokryły się gęsią skórką.
- Chad... - powiedziała na wdechu.
Chad, zakodowałem w głowie.
Zapamiętałem też, że imię inne niż moje to najgorsze, co kiedykolwiek mogłem usłyszeć z jej ust. I co kiedykolwiek mogła powiedzieć.
Pociągnąłem Rudą za ramiona do tyłu, żeby w pełni położyła się na mojej klatce piersiowej. Potem sięgnąłem po jej stopy i szarpnąłem nimi do góry, zmuszając ją, by maksymalnie zgięła kolana. Położyłem je po bokach swoich ud, a zanim zdążyła się z tym oswoić, złapałem ją za biodra i uniosłem je nieco.
- Hm... - Nie rozumiałem już jego bełkotu. Nie chciałem i nie zamierzałem go rozumieć, bo dla mnie, kurwa, nie istniał.
Była tylko ona. I była tylko moja.
- A teraz mów do mnie, mia Rossa - rozkazałem, bo chciałem, żeby skupiła się tylko na mnie, by już zawsze skupiała się na mnie.
- J-ja... - wydusiła z siebie, trzęsąc się przez chłód wpadający do pokoju.
- Tak, ty - odpowiedziałem za nią. Ruda położyła ręce na moich przedramionach, desperacko próbując nakierować je tak, bym ponownie jej dotknął. Bez wahania zabrałem się za zsuwanie spodni razem z bokserkami, ale tylko na tyle, na ile było to potrzebne. - Ty i ja.
Nie czekając ani chwili dłużej, wróciłem rękami na jej biodra i nakierowałem je tak, że jedno pchnięcie w dół pozwoliłoby mi się zetknąć z jej cipką. Ale nie wszedłem w nią.
Jeszcze nie.
- Dlaczego...? - zaczęła, ale to ja dokończyłem.
Pchnąłem biodrami w górę, wdzierając się do jej wnętrza i stając na równe nogi. Podniosłem nas do pozycji stojącej, na co Ruda w panice docisnęła się do mnie. Złapałem ją jedną ręką pod piersiami, unosząc nieco tak, żeby jej stopy nie stykały się z podłogą. Westchnienie wymieszane z jękiem popłynęło wprost do mojego ucha, tylko jeszcze bardziej mnie napędzając.
Bez zastanowienia zrobiłem to, co planowałem. Otworzyłem uchylone już drzwi balkonowe, dalej będąc w jej cipce. Nie poruszałem się, dając jej ostatnie chwile na to, żeby się do mnie przyzwyczaiła. I żeby dokładnie zapamiętała jedynego kutasa, który ma do niej prawo.
Popchnąłem ją na barierkę balkonu, ignorując fakt, że od pasa w dół jest w pełni naga. Pospiesznie szarpnąłem zasłonę, która przysłoniła widok na pokój hotelowy. Zatrzasnąłem drzwi balkonu na tyle cicho, na ile się dało.
- Oddychaj, Rossa - powiedziałem, kładąc dłonie na jej biodrach. Wysunąłem się z niej prawie całkowicie, żeby już sekundę później z powrotem pchnąć aż do samego końca. - Korzystaj z powietrza, póki jeszcze je masz.
- Boże... - westchnęła, zaplatając palce wokół barierki.
- Bóg widział cię nagą i bezbronną - odparłem, wykonując jedno powolne pchnięcie. - A teraz zobaczy, jak rżnę cię bez opamiętania, mia Rossa.
I tak jak powiedziałem, tak też zrobiłem. Ponownie złapałem ją za gardło, odchylając jej głowę tak, żeby mieć lepszy dostęp do jej szyi. Składałem na niej mokre pocałunki, ciągnąc językiem po skórze w rytm pchnięć, do których zużywałem całą swoją energię. Słyszałem, jak Ruda próbuje wziąć oddech, ale przez uciekające z jej gardła jęki nie dawała sobie z tym rady. W końcu opadła z sił, zawieszając się na barierce, która była jej jedynym ratunkiem.
Pieprzyłem ją. Byłem w niej, a nasze nagie skóry uderzały o siebie z intensywną częstotliwością. Knykcie Rudej pobladły od zaufania, którym darzyła barierkę. Położyłem rękę na jej palce, dociskając je z jeszcze większą siłą, i tak samo mocno się w nią wbijałem.
- Poczuj to, Rossa - powiedziałem szorstkim tonem. - To właśnie tego brakowało ci przez cały ten czas. Tego szukałaś w czeluściach swojej codzienności.
Wypowiadając te słowa, sięgnąłem do jej cipki. Wskazującym palcem zacząłem masować jej łechtaczkę kolistymi ruchami, sprawiając, że Ruda sama położyła głowę w zgięciu mojej szyi.
Oddała mi się, a moje ręce były jedynymi, które mogły spełnić każdą z jej fantazji.
- Alessandro... - zakwiliła w końcu. Wypowiedziała moje imię w pełnej okazałości, zmuszając mnie do opuszczenia jej wnętrza. Nie potrafiłbym tak po prostu pieprzyć jej od tyłu, gdy była na skraju i tak błagalnie powiedziała moje imię.
- Veronica - zawtórowałem jej, obracając ją tak, żeby jej twarz zetknęła się z moją.
Patrzyłem jej prosto w oczy, nachylając się nad jej głową, i zasłaniałem ją sobą. Wziąłem penisa w rękę i nakierowałem go z powrotem na miejsce, do którego należał.
- Pocałuj mnie, mia Rossa. Teraz - rozkazałem, pchając biodrami w przód.
Jęk Rudej zniknął gdzieś w głębi moich ust, gdy ta połączyła nasze wargi. Wtedy nie musiałem się już hamować. Naparłem na nią ustami, całując ją tym, co we mnie zostało. Jej sterczące sutki tarły mój tors nawet mimo bariery, jaką były ubrania. Czułem jej podniecenie w pocałunkach, w dotyku piersi i w postaci wilgoci, która otaczała mojego kutasa z każdej strony.
- B-blisko. Jestem blisko, proszę - jęknęła, odrywając się od moich ust. W tym momencie złapałem ją pod biodrami, bo nie miała już sił ustać na własnych nogach. Dzięki nowej pozycji mogła mnie nimi opleść, a kąt, który obrałem, sprawił, że tylko przyspieszyłem nadchodzący orgazm.
- Zapamiętaj tę chwilę, Rossa. Od tej pory będziesz dochodzić już tylko dzięki mnie - powiedziałem swoje ostatnie słowa, zanim Ruda odpłynęła w moich ramionach.
I to wszystko mogłoby być idealne, gdyby nie podjeżdżający pod hotel van, którego dojrzałem kątem oka. Samochód, który zwiastował tylko jedno.
Bo życie przecież nigdy nie jest idealne.
20. POCZĄTKI UZALEŻNIENIA
Alessandro
Odstawiłem Rudą na kafelki pewnym ruchem, mimo że jej nogi oplatające moje biodra to uczucie, którego nie chciałem się tak szybko pozbywać. Przyczepiła się do mnie niczym rzep, szczelnie dociskając piersi do mojej klaty. Czułem, jak szybko oddycha, jak walczy ze sobą, by przetrwać poczucie stresu, które zdawało się hamować ją coraz mniej. Była stworzona, żeby trzymać ją w ramionach. Pasowała do nich idealnie.
Pasowała do mnie idealnie.
Widziałem, jak błądzi wzrokiem po mojej twarzy w poszukiwaniu odpowiedzi. Dla niej moje czyny były jeszcze bardziej niezrozumiałe niż dla mnie fakt, że w sypialni tuż za drzwiami balkonowymi śpi jakiś typ. Intruz między ścianami, które stawialiśmy, żeby ukryć się przed całym światem.
Wciągałem powietrze do momentu, aż moje płuca wypełniły się palącym ogniem. Korzystając z nieuwagi Rudej, położyłem rękę na jej szyi i bez wahania pchnąłem ją na barierkę. Nie miała siły, więc łatwo mi się poddała. Wbiła się łopatkami w metal, sprawiając, że jej miedziane włosy wisiały na wietrze.
- Aless? - zapytała, rozszerzając źrenice, i spojrzała w bok. Wysokość nie była najgorszą rzeczą, na jaką mogła trafić, ale zdecydowanie wystarczała do przekazu, który dla niej miałem.
Spanikowana złapała mnie za nadgarstek, wbijając w niego paznokcie. Na ten gest tylko bardziej docisnąłem ją w dół. Ruda przełknęła gulę w gardle, co aż poczułem w ręce, którą ją trzymałem.
- Dobrze wiesz, jak praca na zewnątrz jest ważna... - zacząłem mówić, mimowolnie spoglądając w dół w poszukiwaniu dozoru elektronicznego na mojej kostce. Nie było go widać pod spodniami, aczkolwiek cholerstwo uwierało mnie na samą myśl o tym, że tak naprawdę wcale nie jestem wolny. - Ale nic nie jest ważniejsze od tego, żebyś przestała otaczać się kimś, kto nie jest mną, mia Rossa.
Przygryzłem wnętrze policzka, patrząc na strach pojawiający się w jej oczach. Kątem oka widziałem samochód czekający na mnie przy patio. Każda minuta w przypadku podjechania wozu była dla mnie na wagę złota.
Zamknąłem jej usta, którymi próbowała wziąć wdech. Pokryłem je swoimi, całując ją dokładnie tak, jak chciałem, żeby zabrzmiały moje słowa. Miała wiedzieć, że od teraz jestem już tylko ja i nikt, kurwa, inny.
- Niedługo wrócę, mia Rossa - odezwałem się i oderwałem od niej w ostatnim momencie. Gdyby to trwało choćby sekundę dłużej, nie potrafiłbym tak po prostu odejść.
Z wielką niechęcią puściłem jej gardło, od razu czując pustkę w dłoni. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy i mimo że dzieliło nas tak niewiele, czułem, że oddalamy się od siebie o wiele za szybko.
- Torno sempre25 - dodałem, znikając za drzwiami.
Stawiając kolejne kroki przez sypialnię, czułem narastającą presję. Coś, co rozrywało mnie od środka i chciało, żebym na niego popatrzył. Żebym sprawdził, jaki był i jak bardzo się ode mnie różnił. Świadomość tego, że nie mogłem zainterweniować, męczyła mnie o wiele bardziej niż samo to, że tutaj był. W tym samym, co ona, łóżku, pod jedną kołdrą i jedną cienką warstwą ubrań. Miał ją na wyciągnięcie ręki, podczas gdy ja walczyłem o każdą sekundę, korzystając z wszystkich dojść i szans, jakie tylko mi dano.
Zacisnąłem pięści na tyle mocno, na ile się dało. Rozluźniłem je dopiero wtedy, kiedy dotarło do mnie, że karma przyszła po niego, jeszcze zanim zdążył otworzyć mordę i zwyzywać osoby, które sprzątają.
W końcu biały mercedes z dwudziestego pierwszego roku potrzebował sprawnej ręki i informatora, żeby już nigdy nie odjechać z miejsca.
Podróż nie należała do najprzyjemniejszych. Wolałbym móc powiedzieć, że wracałem do domu, ale to coś nie było domem, mimo że tam jadłem, spałem i załatwiałem swoje potrzeby, mimo że ludzie, którymi się otaczałem, byli mi najbliżsi, odkąd sięgałem pamięcią, bo nikt poza nimi nie był godzien takiego zaufania. Nikt nie rozumiał tego, w jaki sposób żyłem. Nikt oprócz nich, bo tylko złodziej zrozumie drugiego złodzieja. Tylko kryminalista będzie wiedział, że powodów jest wiele i chociaż nie można nazwać nas dobrymi albo chociaż normalnymi ludźmi, dalej byliśmy tylko ludźmi.
Po przeszukaniu wszedłem do celi, gdzie ujrzałem Amigo. Jak zwykle siedział na swojej pryczy, wypełniając hasła krzyżówki, choć i tym razem od razu zauważyłem, że głowi się nad którymś z nich.
- Czego ci brakuje? - zapytałem i rzuciłem bluzę z ramion w kąt swojego łóżka.
- Spierdalaj - burknął, na co uniosłem kąciki ust. Amigo obrzucił mnie spojrzeniem, którego używał właśnie jako uśmiechu. - Najdłuższa rzeka we Włoszech, panie Italiano vero26.
- Pad - odparłem bez zastanowienia. - Prawie jak Paco, nie uważasz?
- Nie przeginaj pały, Lancaster. - Pokręcił głową, oblizując przy tym usta.
Amigo nie lubił, gdy ktoś zwracał się do niego po imieniu, a nazywał się właśnie Paco. Była naprawdę cienka granica, której przekroczenie doprowadziłoby do rozboju stulecia z nim w roli głównej. Wypowiadanie jego imienia było jedną z nich.
- Możliwe, że już ją przegiąłem - powiedziałem nieco ciszej i bardziej do siebie. Zdecydowanie przeginałem. Obchodziłem sytuację z każdej strony, nadeptywałem na odłamki miny, która mogła wybuchnąć w każdej chwili. Ale to w ogóle mnie nie powstrzymywało. Wręcz przeciwnie, moja głowa kręciła się wokół rzeczy, których wcale nie powinno w niej być.
Myślałem o Rudej przy obiadach. Chciałem karmić ją najdroższymi cudami tego świata podczas jedzenia na stołówce. Wyobrażałem sobie, jak jest pode mną w trakcie pryszniców. Wgapiałem się w jej okulary, które grzecznie czekały na naszym wspólnym stoliku, myśląc, jak by to było je jej włożyć, a potem kazać pozostać tylko w nich.
- Kurwa - wysyczałem, nawet nie wiedząc, kiedy usiadłem na krześle przy stoliku.
- Nie wejdzie - odezwał się Amigo i dopiero wtedy dotarło do mnie, że kompletnie przestałem go słuchać.
- Co nie wejdzie? - Skrzywiłem się, spoglądając w jego stronę. Za bardzo skupiłem się na wszystkim innym, tylko nie na tym, że żyję tu i teraz w tej szarej, zasranej rzeczywistości.
- Za dużo liter - wyjaśnił, drapiąc się długopisem po brodzie.
Amigo był dla mnie jak brat. Nie raz ratowaliśmy sobie nawzajem tyłki, a żaden z nas nie wymagał od drugiego czegoś w zamian. To po prostu przychodziło naturalnie i budowało między nami coś, co było nie do złamania. Wiedziałem o nim więcej niż on sam i vice versa.
- Co tam masz dalej? - dopytałem, ciągnąc rozmowę.
I takim sposobem cały kolejny dzień zleciał nam na rozwiązywaniu tych pieprzonych krzyżówek. Nie wspominałem o Rudej, chociaż ciągle o niej myślałem. Miałem ją z tyłu głowy przy każdym kolejnym haśle. Intensywność moich myśli zmusiła mnie do doprowadzenia się na skraj podczas treningu na siłowni. Próbowałem wyrzucić z siebie to wszystko, co kumulowało się we mnie, odkąd się rozstaliśmy. Ale nie potrafiłem tego zrobić. Nie umiałem, bo jedynym lekiem na tę przypadłość była właśnie ona. I, kurwa, była bardziej uzależniająca niż wszystko to, co przechodziło przez mury tego więzienia.
Zacisnąłem palce wokół sztangi i dobrze wiedząc, że ciężar po bokach jest zbyt duży, uniosłem ją. Czułem, jak moje mięśnie powoli zaczynają drżeć, przyprawiając mnie o lekki ból skroni. Mimo to zacisnąłem zęby i powtórzyłem ruch kolejny raz. Potem jeszcze raz i dopiero w połowie kolejnego, kiedy moje płuca zaczynały odmawiać posłuszeństwa, ktoś mi przerwał:
- A ty co, chcesz się zaciukać? - Perez zaszedł mnie od strony głowy. Bez pytania chwycił gryf, siłą wyrywając go z moich wątłych rąk. - Normalnie jakbym widział swojego dzieciaka. Ten sam zapał, ale zero hamulców.
- Chłopak wie, co dobre. - Podniosłem się do siadu, robiąc to zbyt szybko, przez co krew dopływająca na nowo do mojej głowy sprawiła, że mroczki przed oczami powiększyły mi się kilkukrotnie.
Syn Diego Pereza był jego jedynym dzieckiem, które nie zeszło na złą drogę. Reszta leciała na chmurce tytułu ojca kryminalisty. Korzystali z tego, mieszając się w dziwne akcje narkotykowe, bo pozycja ich ojca pozwalała na wejście do świata kartelu. Perez nigdy nie zagłębiał się w żadne dalsze historie swoich dzieci, nie zdradził nawet, że jedna z jego córek trafiła do więzienia kilka stanów dalej. A kto dowiedział się o tym spod celi, miał na zawsze zamknąć usta, bo w przeciwnym wypadku skończyłby bez języka.
- Szkoda, że jego stary już nie do końca - rzucił, dosiadając się na ławeczkę. - Mam wrażenie, że przechodzę jakiś kryzys wieku średniego.
- Chyba wieku starczego, dziadku. - Śmiech Amigo poznałbym nawet z kilometra.
- Ja przynajmniej mam srebro na włosach, a nie na zębach - burknął oburzony Perez.
Normalnie bałbym się, że takie teksty rozpoczną bójkę, ale za dobrze ich znałem. Przekomarzali się tak na każdym kroku, a potem oczekiwali ode mnie osądu, który z nich wygrał potyczkę słowną. Jakbym chciał oceniać ich wierszyki, to poszedłbym na studia o wiedzy teatralnej, a nie do pierdla.
- Co wy tak zamulacie, zaraz zaczynamy kolejną sesyjkę z szefową. Mam tylko nadzieję, że tym razem nie będę musiał rwać tych chwastów, bo za chuja nie odróżniam, które są dobre, a które nadają się do wyjebania - skwitował Amigo, klepiąc mnie i Pereza po ramionach.
Na wspomnienie Rudej do moich płuc doszła wielka fala powietrza, którego jeszcze chwilę temu prawie mi zabrakło.
- Znowu idziemy babrać się w tym ogrodzie? To nie na moje kości - kontynuował narzekanie Perez.
- Jakie kości? Człowieku, ty masz czterdzieści lat. Musisz dbać o linię, bo nawet nie wiesz, ile młodych babek teraz leci na takich tatuśków. Gdybyś się tak nie bał teściowej, to kto wie, może jakaś z zamkniętymi oczami by się na ciebie pokusiła.
- Ja pierdolę... - To jedyne, co miałem siłę powiedzieć.
- No mówię właśnie, popierdoliłby sobie, to i kości by się rozruszały, nie? - dodał Amigo.
- Jeśli się nie zamkniesz, to gryf od tej sztangi wyląduje w twojej dupie. - Perez spojrzał na niego wkurzony, na co ten podniósł ręce na znak poddania.
Nie mogłem więcej ich słuchać, więc dobrze, że w końcu przestali gadać mi nad głową. Zastanawiałem się tylko, czy bardziej chodziło o tematykę tej rozmowy, czy może krążące po mojej głowie pytanie. Pytanie, na które miałem zamiar poznać odpowiedź:
- Gdzie są te zajęcia?
21. OGIEŃ I WODA
Veronica
- To nie wyjdzie, Chad. Przykro mi.
Nie mogłam dłużej brnąć w to i tak grząskie już bagno.
Wypowiadając te słowa, nie spodziewałam się reakcji, którą obdarzył mnie Chad. Był spokojny, opanowany i zupełnie zastygł, jakby się zastanawiał, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Chciałabym mieć dla niego jasną odpowiedź, dać mu powód, bo nie jest złym człowiekiem. Wręcz przeciwnie, czasami chciał aż za dobrze. Starał się i był w tym wszystkim tak grzeczny i tak wyczulony, że zaczynałam się czuć jak jego dyrygentka. Musiałam wskazywać mu, gdzie mnie całować, dotykać, jak się ze mną obchodzić i co do mnie mówić. Swoim zachowaniem wydawał się tak bliski ideału, że nie czułam się dla niego odpowiednia czy nawet wystarczająca. Zwłaszcza że tuż obok był ktoś zupełnie mu przeciwny.
Ktoś, kto był dla mnie zakazany.
Tak samo jak zakazane wydawało się wyjście z pokoju hotelowego i zostawienie Chada samego z tym, co musiałam mu przekazać. Nie było to w porządku z mojej strony, ale nic, co ostatnio robiłam, takie nie było. Mój rozum kłócił się z sercem, pozostawiając decyzyjność gdzieś pomiędzy. Raz byłam bardziej, raz mniej świadoma samej siebie. Wiedziałam tylko tyle, że to, co robiłam, nie miało prawa bytu. Że pozwalanie sobie na to wszystko było jak stawianie stóp na coraz to gorętszych kamieniach z myślą, że mogę, lecz wcale nie muszę się poparzyć.
A w tym wszystkim gdzieś za rogiem czyhał na mnie Alessandro Lancaster, złodziej samochodów i więzień zakładu, mający ten pieprzony, pożerający mnie żywym ogniem wzrok. Taki, który mówi, że nie zamierza przestać, mimo dobrze znanych mu konsekwencji.
Przekraczając próg więzienia, nie zachowywałam się normalnie. Działałam pod wpływem impulsu. Organizowałam zajęcia, dobrze wiedząc, że się na nich pojawi. Przyjdzie i będzie tak daleko, a zarazem tak blisko. Nikt poza nim i mną nie wie, czego się dopuścił, i że czeka, by znowu to zrobić.
Tak jak czekam na to ja.
Sala była sporych rozmiarów, dlatego musieli się w niej znajdować strażnicy. Nie pilnowali już tylko drzwi, a cały przebieg przeprowadzanych przeze mnie zajęć. Stali pod ścianą, rozmawiając między sobą i przyglądając się temu, jak sprawdzam kompletność stanowisk. Na każdym stole położyłam kawałek drewnianej sklejki z odzysku, metalowe narzędzia, których osadzeni mogli używać wyłącznie pod nadzorem strażnika, i kilka innych przedmiotów, takich jak glina czy małe pręciki do wyginania. Możliwości było mnóstwo, i to tylko od nich zależało, na co się zdecydują. Mieli wykazać się umiejętnościami planowania pracy z rzeczami, których wcześniej nie znali.
Położyłam lodowate ręce na ramionach, zamykając się przed tym, co mnie czeka. Moje oddechy były płytkie, zwiastujące strach, który rozlewał się gdzieś w środku mnie. Blokowałam barki, spinając przy tym wszystkie inne mięśnie. Emocje, które towarzyszyły mi przy każdym rozpoczęciu zajęć, sprawiały, że zaczynałam dobrze dostrzegać to, czego nie widziałam w Chadzie.
Chad był dobry. Miał wykształcenie, ambicje i perspektywę na to, czego oczekiwał od życia. Był ułożony, choć czasem nietaktowny. Potrafił znaleźć ze mną wspólny język i choć dogadywaliśmy się naprawdę dobrze, byliśmy jak magnesy o tym samym biegunie. Z początku do siebie lgnęliśmy, ale im bliżej siebie lądowaliśmy, tym bardziej ucieczka wydawała się jedyną opcją rozwoju sytuacji.
- Do ściany, osadzeni. - Głos jednego ze strażników odciągnął mnie od opierania się o biurko.
Przeciągnęłam wzrokiem wzdłuż całej długości ściany, pod którą zaczęli ustawiać się mężczyźni. Rozpoznawałam większość z nich, a kiedy minęłam Pereza, wiedziałam, kto będzie następny.
Instynktownie zacisnęłam ciasno uda.
Jest tu.
- Dobry. - Jeden z osadzonych kiwnął głową, kierując się do swojego stanowiska.
Żaden z nich nie był tu pierwszy raz, lecz mogłam być bardziej niż pewna, że tak samo nikt z nich nigdy nie przychodził tu po to, by wyżyć się w artystyczny sposób. Zazwyczaj więźniowie korzystali z tej pracowni w ramach pracy wewnętrznej w zakładzie czy stworzenia czegoś, co mogłoby ułatwić im funkcjonowanie. Oczywiście tylko sposobem, którym nie łamaliby panujących tu zasad. Żadnej pseudobroni, przyrządów, które ułatwiłyby podjęcie próby samookaleczenia czy nawet wyciągania tuszu z długopisów, by wykorzystać go do robienia tatuaży.
Patrzyłam na wszystkich osadzonych, starając się nie skupiać wzroku na Lancasterze. Walczyłam ze sobą, bo chęć zrobienia tego była silna. Zbyt silna.
- Miło was widzieć, panowie. Cieszę się, że tak licznie stawiacie się na moje zajęcia i traktujecie je poważnie mimo trudnych początków - zaczęłam, poprawiając okulary. - Dzisiaj chciałabym wykorzystać możliwości pracowni, ale nie tylko jej, bo również i wasze.
Czułam, że to, co zamierzam zrobić, jest ryzykowne. Można by rzec, że nawet bardzo, a mimo to ruszyłam do pierwszej linii stanowisk. Bez większego wahania podeszłam do stołu, za którym siedział Aless i tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, kontynuowałam:
- Macie przed sobą do dyspozycji drewienka, narzędzia i wszystko to, co może wam pomóc w osiągnięciu celu. - Unosiłam kolejno przedmioty z jego stanowiska. Przez cały ten czas ani na chwilę na niego nie spojrzałam. Robiłam wszystko, żeby nie złapać z nim kontaktu wzrokowego, a zarazem stałam tuż przed nim. Czułam jego obecność, wzrok, a nawet siłę napiętych mięśni, bo, o zgrozo, był cholernie spięty.
- Podejdźcie do tego tak, jak do zaplanowania czegoś dla was ważnego. Stwórzcie w głowach plan, który chcielibyście z czasem spełnić czynami. Tematyka pracy jest dowolna i w pełni zależna od was, panowie. - Oblizałam usta. - Liczę na waszą kreatywność.
Mówiąc to ostatnie zdanie, wbiłam wzrok w Lancastera, który kompletnie się tego nie spodziewał. Widziałam na jego twarzy, jak pewnie czeka na to, aż w końcu się złamię i na niego spojrzę. Ale to nie było złamanie, a świadoma decyzja. Rzucone wyzwanie, które przyjął bez kiwnięcia głową.
Miał plan.
Odepchnęłam się od jego stołu, pozwalając mu badać moją twarz. Przyglądał się moim rozpuszczonym włosom, upewniając się, że jego oczy nie błądzą nigdzie poniżej. Wiedział, że musi się hamować, a właśnie to było dla niego największą torturą.
Usiadłam na krześle za biurkiem. Wzięłam głęboki wdech i mimowolnie co jakiś czas spoglądałam w stronę Alessa, za każdym razem przystając na nim coraz dłużej. Gapiłam się w jego spinające się ramiona, które pewnie sięgały po kolejne części układanki. Tworu, którego nie potrafiłam rozpoznać, nieważne, z jakiej strony bym na niego patrzyła. Silnymi, lecz nadal precyzyjnymi palcami Lancaster zwijał kolejne druciki w jedną całość. Z czasem ta całość zaczęła przypominać konstrukcję, która była tylko początkiem jego pracy.
Niecierpliwiłam się, starając się jak najbardziej pohamować potrzebę wiercenia się na krześle. Spoglądałam to na pracę innych osadzonych, to na strażników, którzy czynnie obgadywali to, co dzieje się na stanowiskach przed nimi. Jedni więźniowie działali szybciej, wytwarzając to, co przyszło im do głowy, inni główkowali dalej, mozolnie próbując dojść do końca swojego pomysłu.
Kiedy tak na nich patrzyłam, poczułam ruch w kieszeni spodni. Mój telefon zawibrował, zwiastując przychodzące powiadomienie. Początkowo zignorowałam wiadomość, zaciskając ręce tak, żeby nie świerzbiło mnie, by sprawdzić, kto do mnie napisał. Na szczęście moją ciekawość uratowało słowo wypowiedziane gdzieś z końca pracowni.
- Skończyłem! - rzucił nieco głośniej jeden z osadzonych tak, żebym na pewno go usłyszała.
Odetchnęłam z ulgą i podniosłam się z miejsca. Przemknęłam między stanowiskami, bardzo dobrze zdając sobie sprawę z tego, że jestem obserwowana, i to nie tylko przez jedną parę oczu.
- Jestem - odparłam, podchodząc bliżej do starszego mężczyzny. Na oko był już grubo po sześćdziesiątce, a siwizna na skroniach i zgarbione plecy dawały o sobie znać.
- Udało mi się wymóżdżyć takie... - Nie dokończył, wskazując ręką na swoją pracę.
- Coś... - dopowiedziałam za niego, skręcając lekko głowę tak, żeby obejrzeć pracę pod innym kątem. Mężczyzna nie dodał nic więcej, tylko przechylił głowę tak samo jak ja.
Tym czymś była wydłubana w drewnie kula z wbitymi po bokach drucikami. Gdzieś na górze osadzony przykleił czarne, lekko koślawe kółka, mające imitować... Oczy?
- To jest ktoś, a nie coś, prawda? - zapytałam, spoglądając na jego zadowoloną minę.
- Tak. Dokładniej to moja ukochana teściowa Gertruda - wyjaśnił szczęśliwie.
Przełknęłam ślinę, gdy uniosłam brwi. Na szczęście w dobrym momencie ugryzłam się w niewyparzony język.
- Czy ktoś jeszcze... - zaczęłam, lecz nie dane mi było dokończyć. Telefon w mojej kieszeni domagał się odpowiedzi, kolejny raz wibrując. Odruchowo wsadziłam rękę tam, gdzie był, i dopchnęłam go jak najgłębiej się dało. Byłam już wystarczająco rozkojarzona, a to tylko jeszcze bardziej mnie dekoncentrowało.
Następne kilka minut spędziłam na przejściu się po ostatnich rzędach i oglądaniu tego, co przyszło na myśl osadzonym. W głównej mierze zdecydowali się na rzeźbienie w drewnie, używając reszty przedmiotów jako dodatki do swoich prac. W wyniku tego otrzymaliśmy kilka planów domków z drzewami zwiniętymi z drucików. Jedne bardziej, inne mniej staranne, ale wytworzone ich własnymi rękami. W niejednym oku zobaczyłam iskierkę, której trudno doszukać się u ludzi w zamknięciu, i właśnie to pokazało mi, że moje zajęcia mają sens nie tylko dla mnie, lecz także dla nich samych, spełniają więc swoje założenia.
Kilka kolejnych dzieł to mocno skręcone druciki, składające się na jedną całość. Raz przedstawiające słońce z długimi promieniami, innym razem kwiaty, a jeszcze innym pierwszą literę imienia ukochanej osoby. Różnorodności nie było końca, choć żaden z panów nie zdecydował się na użycie gliny jako głównego materiału swojej pracy.
Żaden poza nim.
- Koniec tego dobrego. Pod ścianę, osadzeni. - Tembr głosu strażnika uderzył mnie w uszy, kiedy obserwowałam, jak Aless odchodzi od stanowiska i wyciera ręce o nogawki spodni. Nie mogłam jednak dostrzec jego pracy na tyle, żeby zidentyfikować, czym dokładnie jest. Widziałam tylko puste miejsce na stole dokładnie tam, gdzie leżał kawałek gliny.
Mężczyźni ruszyli bez wahania w stronę ściany, zasłaniając mi sobą widok. Wychylałam głowę, próbując cokolwiek dojrzeć. Nie mogłam przepychać się przez nich w takim momencie, bo to zwiastowałoby tylko kłopoty, zarówno dla nich, jak i dla mnie.
Gdy tylko Lancaster stanął pod ścianą, opierając się o nią rękami i rozstawiając nogi, poczułam, że to moja szansa. Miejsce między stanowiskami nieco się poluzowało, a ja skorzystałam z okazji i pewnie ruszyłam do pierwszego rzędu stołów. Mijając pozostałych osadzonych i to, co zostawili na stolikach, nie widziałam nic oprócz jednego zlepka gliny przypominającego owal. Zmarszczyłam brwi, przyspieszyłam i w końcu dotarłam do stanowiska Alessa.
Rzeźba, którą wykonał, wyglądała... dziwnie. Rzeczywiście jej kształt przypominał owal pokryty małymi nacięciami formującymi się w coś w rodzaju kolców. Pokrywały one większość powierzchni rzeźby, a im dłużej się im przyglądałam, tym mniej rozumiałam.
Spojrzałam w stronę Alessa, który tak jak i reszta osadzonych powoli opuszczał teren pracowni. Odprowadzany przez strażników patrzył na mnie przez ramię. Jego twarz nie zdradzała nic konkretnego, tylko spojrzał w dół, jakby chciał, żebym też to zrobiła. Zatrzymałam się więc wzrokiem na jego nadgarstkach, które trzymał strażnik. Wtedy zobaczyłam, jak robi palcami okrężny ruch, dając mi znać, że mam coś obrócić. Albo obejść.
Kiedy tylko zniknął mi z pola widzenia, a ja w końcu odzyskałam możliwość poruszania się, obeszłam wolnym krokiem stanowisko Alessa. Robiłam to wszystko na wdechu, kompletnie nie spodziewając się tego, że widok rzeźby z poprawnej strony może odebrać mi oddech jeszcze na o wiele dłuższą chwilę.
To nie była zwykła rzeźba. Nie był to też żaden owal z kolcami ani dziwny, niejasny twór. Patrzyłam na pracę Alessa, czując, jak gula podchodzi mi do gardła. Tak bardzo uciekałam od tego widoku, nie mogąc stawić czoła temu, do czego doprowadziłam. Aczkolwiek teraz widziałam i znałam go aż za dobrze.
Każdy, choćby najmniejszy detal twarzy Chada został odwzorowany jeden do jednego, odzwierciedlał jego rysy, a wibracja w telefonie tylko jeszcze bardziej upewniała mnie w tym, że od niego nie da się uciec. Od żadnego z nich nie dało się uciec, bo złoty drucik układał się w idealnie równe, łatwe do odczytania litery. Litery formujące się w zdanie, które miało pozostać ze mną jeszcze na bardzo, bardzo długo.
Scegli saggiamente, volpe27.
Zresztą dokładnie tak samo jak litery, które rozświetlały ekran mojego telefonu. A przez niemal idealne odwzorowanie detali rzeźby czułam się, jakby nadawca wiadomości właśnie patrzył mi w oczy.
22. NADZIEJA MATKĄ GŁUPICH
Veronica
Patrząc na ekran, ujrzałam nie tylko jego wiadomości, lecz także twarz. Nie tę, którą widziałam jeszcze niedawno, a rzeźbę, która wyszła spod rąk Alessa. Coś tak pięknie wytworzonego wcale nie niosło ze sobą równie pięknego przekazu. To było ostrzeżenie. Wybór, który tak naprawdę był decyzją, co do której nie miałam prawa głosu. Ta decyzja zapadła, zanim zdążyłabym otworzyć usta.
Nie podjęłam jej ja, a moje zdradzieckie serce.
Poprawiłam się na kanapie, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Dźwięki dosłownie drącego się telewizora skutecznie zagłuszały szmery z kuchni. Przychodząc do rodziców, nie zamierzałam zostawać na dłużej, a co dopiero na obiad, ale ta decyzja również wpadła do kosza pod tytułem "podjęte za Veronicę". Tyle że tym razem to nie mój rozum zaćmiony oparami ulatniającymi się z serca, ale moja własna matka zadecydowała za mnie, a z moją mamą się po prostu nie dyskutuje. To była sprawa typu: "Zjedz mięsko, ziemniaki możesz zostawić". Wtedy jadło się to mięso jak z szubienicą nad głową.
- Ronnie, idź po Theo, zaraz będę nakładać! - powiedziała nieco głośniej mama.
Chociaż spokojnie mogliby pozwolić sobie na wynajęcie kucharza, mama nigdy by się na to nie zgodziła. Kuchnia to jej azyl, gdzie nie wchodzi nikt poza nią, a czystość można tam sprawdzać białą rękawiczką.
- Idę - odpowiedziałam, podnosząc się z wygrzanego miejsca. Wchodząc po schodach, modliłam się tylko, żeby Theo grzecznie posłuchał starszej siostry i nie robił jej problemów.
Ale to w końcu był Theo.
Zapukałam kontrolnie w jego drzwi, a kiedy tylko usłyszałam odpowiedź, popchnęłam je. Chociaż właściwie nie można było tego nazwać popchnięciem, bo musiałam użyć całej siły, żeby przepchać to cholerstwo choćby o kilka centymetrów.
- Co ty, zrobiłeś barykadę przed podwójną porcją surówki? - zapytałam zmachana.
- Nie, to akurat mury spacerniaka - wyjaśnił dumnie mój brat.
Pokręciłam głową, bo nie bardzo docierało do mnie to, co widziały moje oczy. A już tym bardziej to, co właśnie do mnie powiedział. Z otwartymi ustami podziwiałam podłogę, której już praktycznie nie było widać przez ilość poduszek, klocków i torów z kredek.
- Po pierwsze, co to jest? A po drugie, skąd ty wiesz, co to jest spacerniak? - Z zachwytu aż uniosłam brwi, nie wiedziałam tylko, czy należał on do pozytywnych wrażeń.
Czasami kwestionowałam fakt, które z nas tak naprawdę jest tym starszym. Mój brat często wypowiadał się w sposób, który przyprawił o zakłopotanie niejedną opiekunkę. Ten dzieciak wiedział zdecydowanie za dużo jak na swój wiek...
- A na co ci to wygląda? Przecież widzisz więzienie praktycznie codziennie. No, może w tym twoim nie biorą zakładników i nie serwują na obiad błota ze ślimakami, ale...
Z tym obiadem to bym polemizowała.
- Zakładników?
- No, tak jest fajniej! Zrobiłem z plasteliny twojego chłopaka - odparł Theo zafascynowany tym, że dalej go słucham. Sięgnął po różową figurkę z plasteliny, przypominającą kaloryfer z głową. - No i on się wkurzył, że masz jakiegoś fagasa, no i...
- Theo! - skarciłam go, chociaż wewnętrznie walczyłam sama ze sobą, żeby nie roześmiać się na widok doboru kolorów do postaci Alessa.
Chwila...
- No co? Wziął Chada na zakładnika i teraz ten siedzi sobie w celi - mówiąc to, wskazał palcem na figurkę schowaną za ścianką plastikowego pojemnika na jedzenie.
Chad był kasztanem nabitym na wykałaczkę.
K a s z t a n e m.
Pójdę do piekła.
- Ronnie! Bo wszystko wystygnie! - Nigdy nie pomyślałabym, że krzyk mojej mamy mógłby uratować mnie od padnięcia na podłogę ze śmiechu. Ale dokładnie tak się stało.
- No właśnie, obiad. - Poprawiłam się, starając się spoważnieć. - Chodź.
Theo początkowo się opierał, lecz w końcu ruszył cztery litery i zbiegł po schodach, śmigając tuż obok mnie. Już stąd czułam zapach przypieczonego mięsa, a ślinka napłynęła mi do ust. Można było mówić, co się chce, ale kuchnia mojej mamuśki to była zdecydowana topka.
- Słyszałaś? - Brat zatrzymał się w pół kroku, od razu po tym, jak minął drzwi wyjściowe.
- Nawet gdybym chciała, to nic nie słyszę przez ten mecz taty. - Wzruszyłam ramionami, wskazując głową w stronę jadalni, gdzie ojciec oglądał telewizję prawie na fula. Theo pewnie sięgnął do klamki, pociągnął ją i otworzył drzwi na oścież.
- To ty nie w celi? - zapytał mój brat, patrząc w górę.
Serce od razu stanęło mi w piersi, a zasłaniające mi widok drzwi tylko podjudzały wszystkie moje zmysły do pracy na najwyższych obrotach. Nawet nie wiedziałam, kiedy dolna warga ścierpła mi na tyle, że samoistnie opadła.
- Cóż miałbym tam robić, Theodorze? - Słysząc głos dobiegający zza drzwi, zaczynałam żałować, że Chad rzeczywiście nie pozostał w pojemniku śniadaniowym w pokoju mojego brata.
- Chad? - zapytałam, przemykając susem, żeby upewnić się, że się nie pomyliłam. Jednak widok płaszcza i eleganckiego garnituru w kolorze beżu nie zostawił po sobie żadnych wątpliwości. Złapałam Theo za ramię i stanęłam tuż przed mężczyzną.
- Ciebie również miło widzieć, Veronico - odpowiedział, ukazując rząd równych zębów.
- Ronnie! Ile razy mam cię... - Mama jakby wyrosła spod podłogi. Zlustrowała Chada wzrokiem i już po chwili wycierała ręce o fartuch. - A pan to...?
- Proszę wybaczyć mój brak manier. Jestem Chad...
- Nic nie wspominałaś, że zaprosisz chłopaka! - Pokręciła głową, jednak jej skwaszona mina szybko zamieniła się miejscami z przyjaznym uśmiechem.
Mama nawet nie dała mu dokończyć. Wystawiła dłoń, którą z lekkim uściśnięciem przyjął Chad. W drugiej ręce trzymał niemały bukiet kwiatów, który również powędrował do mojej mamy.
- Chad nie jest...
- Takich zwrotów akcji to nawet w "H2O: wystarczy kropla" nie było - wtrącił się mój brat. Obrzuciłam go głośnym chrząknięciem, bo wystarczyła jedna osoba w progu naszego rodzinnego domu, żebym kompletnie straciła chęci na cokolwiek.
- Są piękne! Nie trzeba było, naprawdę. - Mama się zarumieniła. - Ronnie, zaprowadź Chada do kuchni. Wsadzę te piękności do wazonu i nałożę sobie drugą porcję, weźcie mój talerz! - dorzuciła przez ramię, odchodząc w głąb kuchni.
- Nie chciałabym być niegrzeczna, ale byłam pewna, że wyraziłam się jasno, Chad. - Z powrotem odsunęłam Theo, który próbował przepchać się przeze mnie do przodu.
- Tylko idiota nie walczyłby o kogoś takiego jak ty, Veronico - sprostował mężczyzna, przechylając głowę. A ten tekst, zamiast na mnie zadziałać, tylko sprawił, że miałam ochotę zapaść się pod ziemię tu i teraz.
- Powiedz mojej mamie, że musisz już iść, a tłumaczenie jej, że nie jesteśmy razem, zostaw mnie - powiedziałam na wdechu, ale jego reakcja mówiła, że nie zamierza dać za wygraną. Nie tak łatwo.
- Nie stójcie tak w progu! Chodź, Chad, powieś tu swój płaszcz.
A mówi się, że matka to twoja najlepsza przyjaciółka. Moja to chyba lubi lecieć na dwa fronty.
Właśnie takim sposobem Chad siedział naprzeciwko mnie, tuż obok mojego ojca, który zachwycał się jego wiedzą prawniczą. Nie wiedziałam jednak, czy bardziej wkurzały mnie jego "ochy" i "achy", czy może fakt, że określił nas parą idealną, bo mamy podobne zainteresowania. No jasne, tato, Chad nie obroni tak jak trzeba swojego klienta, a ja z uśmiechem odprowadzę go później do celi. Wszystko dla związku.
- Aż mi przykro, że tak długo ukrywałaś przed nami takiego wspaniałego człowieka. - Mama pokręciła głową, odstawiając szklankę na stół. Dobrze, że ja niczego nie piłam, bo właśnie krztusiłabym się zawartością szklanki. - Właśnie, Chad, ile to już czasu jesteście razem?
Zacisnęłam palce wokół sztućców, gotowa walczyć nimi jak bronią. Wbiłam wzrok w Chada, który po przełknięciu ostatniego kęsa wytarł usta w chusteczkę. Miał jedną szansę na dobrą odpowiedź i miałam ogromną nadzieję, że jej nie spieprzy.
- To nie do końca tak, pani Harris - zaczął z uśmiechem na ustach. Po wyrazie jego twarzy widziałam, że wie, że się na niego gapię. - Do tej pory z Veronicą zdążyliśmy udać się na kilka randek dla zapoznania i nie miałem jeszcze okazji na kolejny krok. Chciałbym, żeby to wszystko odbyło się w swoim czasie, a pańska córka była pewna swojej decyzji.
Decyzji to mi było dość już na następne pięć lat.
- Powiedz, Chad, oglądasz może mecze i pijesz piwo po godzinach pracy? - Ojciec uniósł brwi, a ja czułam, że dłużej tego nie wytrzymam.
- Jak najbardziej. A do tego tylko grillowany stek polany szkocką.
- Wystarczy już tego - wtrąciłam się i z szurnięciem odsunęłam krzesło od stołu.
- Ronnie, zostało jeszcze ciasto, gdzie ty się wybierasz? Poza tym to trochę niegrzeczne. - Spojrzenie mamy kierujące się na Chada miało dać mi znak, że powinnam zainteresować się również jego osobą.
- Jestem przekonana, że dacie sobie z nim radę - urwałam konwersację i bez zbędnych pożegnań odeszłam od stołu.
- Veronica! - skarcił mnie tata, lecz ja nie zamierzałam się obracać, a już tym bardziej nie miałam w planach dalej uczestniczyć w tej szopce.
Nie miałam pojęcia, co takiego kombinuje Chad, ale jeżeli nie docierają do niego proste zdania, to nie wróżę mu świetlanej przyszłości w karierze prawniczej.
W akompaniamencie przeprosin moich rodziców w stronę Chada włożyłam buty i wyszłam z domu, trzaskając drzwiami. Nie wiedziałam, dokąd powinnam się udać. Oprócz rodziców i ośmioletniego brata nie miałam żadnej bliższej osoby. Przez to, że przyszłam na zajęcia miesiąc później, koleżanki z roku zdążyły połączyć się w zamknięte grupki. I chociaż cholernie mnie kusiło zapytanie Theo o jego ulubioną syrenkę, to zwierzanie mu się w tym przypadku nie wchodziło w grę.
Byłam w tym wszystkim jak ten jeden klocek lego, który zostaje pod koniec budowania. Człowiek zastanawia się wtedy, czy to zapas, czy może spartolił robotę i wszystko rozpadnie się, zanim zdąży odłożyć budowlę na półkę. A ja trochę zaczynałam się rozpadać. Kawałek po kawałeczku traciłam samą siebie, bo nie potrafiłam już czerpać z życia tego, co dotychczas. Potrzebowałam więcej i więcej, pragnęłam odkryć wszystko to, co chowało się we mnie przez cały ten czas.
A żeby to zrobić, musiałam podjąć jedną bardzo głupią decyzję, której po prostu nie potrafiłam żałować.
Czułam mrowienie w palcach u stóp, kiedy stawiałam kolejne kroki. Schody wydawały się ciągnąć w nieskończoność, a sztuczne uśmiechy posyłane obsłudze marniały z każdym kolejnym przypadkiem. Byle drgnięcie w starych panelach sprawiało, że cała się spinałam. Poczucie oczekiwania na coś, czego nie byłam pewna, zabijało jakiekolwiek resztki samokontroli, jaka mi została, o ile w ogóle coś takiego jeszcze we mnie było. Nie wiedziałam, czy tu będzie. Nie mogłam tego wiedzieć, jednak coś w środku mówiło mi, żebym zaufała swojej intuicji.
Złapałam się poręczy prowadzącej do części z apartamentami. Służyła dla wsparcia osób z ciężkimi bagażami i trzymając się jej, również czułam, jakbym ciągnęła za sobą ciężar. Ciężar, którego nie umiałam już dłużej samodzielnie dźwigać.
Rozglądałam się jak za zagubioną rzeczą.
Czekałam.
Mijały minuty, godzina, dwie, a ja dalej siedziałam na niedużej kanapie służącej do odpoczynku, tyle że wcale nie odpoczywałam. Wibracje w telefonie tylko jeszcze bardziej mnie dobijały. Oparłam głowę o nadgarstki wsparte na kolanach, tracąc nadzieję.
- Zgubiłaś się, mia Rossa?
23. GWIAZDY JASNEGO NIEBA
Veronica
Poderwałam głowę na dźwięk jego głosu.
Intuicja mnie nie myliła, on rzeczywiście tu był. Stał przede mną, a jego ciemne buty mignęły mi przed oczami razem z kawałkiem hotelowego uniformu. Powoli powędrowałam wzrokiem wzdłuż nóg Alessa, aż do bioder i torsu. Nie potrafiłam spojrzeć na jego twarz. Nie umiałam tego zrobić, bo nie wiedziałam, do czego będę zdolna.
Co będę w stanie zrobić, żeby tylko się do niego zbliżyć.
Widziałam, jak spina ramiona, a żyła tuż pod jego brodą drga pod wpływem zaciśnięcia szczęk. Jego uniform składał się z prostych spodni z kieszeniami oraz pasującego do nich kolorem granatowego bezrękawnika nałożonego na bluzkę z długim rękawem. Biała warstwa materiału idealnie opinała muskularne ręce mężczyzny, uwydatniając poszczególne mięśnie i żyły.
- Już wiem - stwierdził nagle. To jedno krótkie zdanie zmusiło mnie do popatrzenia mu prosto w oczy. Nie musiałam błądzić po twarzy Alessa, bo znałam jej rysy wystarczająco dobrze, żeby namierzyć to, co potrafiło przeszyć mnie na wylot.
- Wiesz? - dopytałam drżącym głosem.
Wbiłam paznokcie w kolana, drapiąc je w górę aż do ud. Mrowiące paski wcale nie uśmierzyły tego, co budowało napięcie w moim podbrzuszu.
- Wiem - odpowiedział krótko, klękając przede mną na jedno kolano. Wciągnęłam powietrze jednym haustem, prawie się przy tym krztusząc. Śledziłam wzrokiem każdy ruch Alessa, każde jego mrugnięcie i zaciśnięcie zębów. Oparł przedramię o kolano i lekko nachylił się w moją stronę, sprawiając, że moje plecy wylądowały na ścianie.
Przełknęłam ślinę. Mogłabym przysiąc, że czuję na twarzy jego oddech. Był tak blisko mnie. Tak cholernie blisko.
- Wiem, jaką decyzję podjęłaś - szepnął, a dźwięk jego głosu wpadł prosto do mojego ucha. - Nie pożałujesz jej, mia Rossa.
Wystarczył tylko moment, a całe ciepło, które biło od Alessa, zostało mi odebrane. Tylko moment, żeby wstał i bez żadnego wahania, bez choćby jednego słowa, ruszył pewnym krokiem w przeciwną do mnie stronę. Jedna chwila, żebym straciła go z zasięgu wzroku, i tylko minuta na zorientowanie się, że nie rzuciłam się w pogoń za tym, po co tu przyszłam. Zamiast tego dalej siedziałam jak słup soli w tym samym miejscu, odkąd się tu pojawiłam.
Wypuściłam głośno powietrze, a bolące płuca dały mi się we znaki. Przemrugałam cały ból zaschniętych oczu do momentu, aż poczułam ulgę. W tym momencie to była jedyna ulga, na którą mogłam sobie pozwolić.
Popatrzyłam na swoje ręce, które mrowiły od pozostawania w jednym miejscu. Poruszyłam palcami, starając się wrócić do rzeczywistości, która mdląco mnie otaczała.
- Upadło coś pani - usłyszałam nieznajomy mi damski głos, który wreszcie wyrwał mnie z niekończącego się transu.
Podniosłam głowę i popatrzyłam w jej stronę, ale kobieta właśnie wchodziła do swojego pokoju. Zanim zdążyłam się odezwać, a ona zamknąć drzwi, wskazała palcem na podłogę tuż obok moich stóp. Czując chęć przekonania się, o co jej chodzi, spojrzałam w dół. Między moimi nogami rzeczywiście leżało małe zawiniątko przypominające kulkę zmiętego papieru. Bezzwłocznie złapałam papierek w dłonie i rozwinęłam go z zapartym tchem.
Nadzieja wróciła z chwilą, w której przeczytałam zawartość karteczki.
400. Ragazza intelligente28.
Ręce trzęsły mi się bardziej niż na zakończeniu liceum. Zresztą razem z nogami, co szybko zweryfikowały stawiane przeze mnie kroki. Schody na górę zdawały się ciągnąć bez końca, a wdrapanie się na sam szczyt było największym wysiłkiem dla mojego organizmu. Mimo przekonania w mojej głowie ciało odmawiało mi posłuszeństwa, a resztki zdrowego myślenia podpowiadały, że to, co robię, nie jest rozsądne.
Cała przestałam taka być w dniu, w którym przekroczyłam próg Harp Prison.
Więzienie mnie zmieniło, a nawet nie byłam osadzona za jego kratami. Zbyt szybko stałam się częścią układanki, którą był cały budynek zakładu, a także ludzie w nim przebywający. Zbyt szybko stałam się puzzlem, który pasował już tylko w jedno miejsce. To najbardziej zakazane i rządzące się własnymi prawami.
Szukałam wzrokiem drzwi do pokoju z numerem, który zostawił mi Aless. Zdążyłam przejść cały korytarz najwyższego piętra, jednak żadna plakietka nie przekraczała numeru trzysta. Z każdymi kolejnymi drzwiami czułam, jak promieniujący ból coraz bardziej przeszywa mi kręgosłup. Gdzieś w głębi czułam się zdradzona. Porzucona.
Przynajmniej do pewnego momentu.
Skupiając całą uwagę na numerach, które powoli zaczynały mienić mi się przed oczami, potknęłam się o coś leżącego na podłodze. Cała poleciałam do przodu i wylądowałam na pobliskim meblu, na którym stała duża donica z chwastami. Nie dość, że prawie zakichałam się od ostrego zapachu kwiatów, to jeszcze feralny wazon spadł, roztrzaskując się na większe kawałki. Gdyby nie dywan, połowa piętra już byłaby na zewnątrz, obudzona przez głośny brzdęk.
Westchnęłam zrezygnowana i gotowa się poddać. Poprawiłam ubranie i spojrzałam przez ramię, żeby dojrzeć sprawcę całego zamieszania. Sprawcę, który okazał się...
Sznurem?
Zmarszczyłam brwi, bo co kawałek płóciennego sznura robiłby na korytarzu hotelowym? Schyliłam się więc po niego, poprawiając okulary. Jednak zanim zdążyłam uchwycić choćby jeden z odstających przy końcu włosków, przedmiot poruszył się do przodu, umykając mi w ostatnim momencie. Mimowolnie wyprostowałam plecy, zszokowana tym, co właśnie się wydarzyło. Ponowiłam próbę sięgnięcia po sznur, robiąc krok do przodu, aczkolwiek i tym razem wymsknął mi się w ostatniej chwili.
Tak jak i za każdym kolejnym razem.
Goniłam za pieprzonym sznurem po schodach, gotowa wygarnąć śmieszkowi, który robi sobie ze mnie jaja. Przez to wszystko nawet nie zwróciłam uwagi, kiedy znalazłam się za kolejnymi drzwiami, które raczej nie były przeznaczone dla gości. Pokonując szereg schodków, w końcu znalazłam się na ich końcu. Podnosząc głowę, w sekundę zdałam sobie sprawę, że wcale nie wygarnęłabym temu, kto za tym stał.
Bo nikogo tam nie było.
Gonitwa doprowadziła mnie na dach hotelu. Sznur leżał samotnie zwinięty na samym środku podłoża, a mi towarzyszył jedynie ciemniejący zachód słońca padający mi na twarz.
- Chciałaś usłyszeć to na żywo, prawda?
Wzdrygnęłam się na te słowa, ale to było jedyne, co dane mi było zrobić. Nie zdążyłam się choćby odwrócić czy mrugnąć, bo lina, która dopiero co leżała tuż przede mną, była teraz na mnie. Zaciskając się wokół moich dłoni z prędkością, za którą nie potrafiłam nadążyć.
- Aless? - zapytałam cicho, wciągając powietrze do płuc. Zapytałam, choć dobrze wiedziałam, że to on.
Zawsze wiedziałam.
- Nikt inny, mia Rossa. - Jego słowa otuliły ciepłem płatek mojego ucha. Dreszcze przebiegły mi stamtąd aż do czubków palców u stóp. - Znalazłaś mnie.
Nie mogąc nic z siebie wykrztusić, przytaknęłam ruchem głowy.
- A może to ja znalazłem ciebie? - zapytał, ciągnąc za resztkę liny, która odstawała od supła zbudowanego wokół moich nadgarstków. Zderzyłam się plecami z torsem mężczyzny, odczuwając na skórze jego napięte mięśnie.
- C-co mi zrobisz? - spytałam półgłosem.
Nieważne, ile razy trzymałby mnie w ten sposób, ile razy mówił do mnie językiem, który tak bardzo pragnęłam poznać, ile razy posiadał mnie na sposoby, o jakich mi się nie śniło, bo i tak za każdym nie potrafiłam być więcej niż uległa. Ulegałam jego czynom i słowom, nie potrafiąc się tego wstydzić.
- Ja? Nic - odparł krótko. Tak samo krótko, jak trzymał mnie przy sobie, ocierając się o mnie. - To ty zrobisz coś dla mnie, mia Rossa.
I najgorsze było to, że nie protestowałam, bo wcale nie chciałam tego robić.
Próbowałam tylko popatrzeć przez ramię, żeby dojrzeć jego twarz, ale jeden ruch skutecznie mi to uniemożliwił. Aless obrócił mnie tak, że gdyby nie różnica wzrostu, nasze twarze dzieliłyby centymetry.
- Opisuj wszystko to, co ci zrobię - polecił i jak gdyby nigdy nic padł przede mną na kolana. - Mów wyraźnie i skup się na swoich słowach.
Zamarłam w miejscu, kompletnie nie wiedząc, czego się spodziewać. Aless nie pozwolił mi długo czekać na odpowiedź i już po chwili pewnym ruchem złapał za guzik moich dżinsów.
Przełknęłam ślinę.
- Rozpinasz mi spodnie - odparłam, patrząc w dół. Widziałam, jak z łatwością rozpina guzik, a potem rozporek. Dźwięk zamka odbił się od moich uszu. - Zdejmujesz je...
- Jak? - ponaglił, łapiąc za szlufki Zgiął lekko palce i ciągnąc w dół, utrzymywał ze mną kontakt wzrokowy.
- Powoli - wydusiłam z siebie, kiedy materiał spodni mozolnie spływał po skórze moich ud. - B-bardzo powoli.
- Ale ty tego nie lubisz, prawda, mia Rossa? Nie tego chcesz - mówiąc to, przechylił głowę w bok. W tym samym momencie mocno pociągnął za dżinsy, prawie je rozszarpując.
- Aless - powiedziałam, próbując ukryć desperacki ton. Przygryzłam wewnętrzną stronę policzka, chcąc jakoś powstrzymać to, co chciało opuścić moje usta.
Lancaster nie poprzestał na zdjęciu ze mnie spodni i rzuceniu ich w kąt po tym, jak pomógł mi wyjąć z nich stopy. Zabrał się też za koszulkę, która okrywała mi ramiona. Ale nie zamierzał tak po prostu jej zdjąć.
On ją ze mnie zerwał.
- Rozrywasz moją bluzkę i orientujesz się, że nie ubrałam dziś stanika. - Mój ton przybrał na pewności w momencie, kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały. W chwili, gdy wcale nie skupił wzroku na nagich piersiach, a na moich oczach.
- Zostaję w samych majtkach.
Ale długo to nie potrwało, bo Alessandro pozbył się również i ich. Pociągnął materiał w przeciwne strony, pozostawiając go w dwóch nierównych częściach.
- Moje marzenie - powiedział nagle, prostując się przede mną. Zmarszczyłam brwi, próbując jakoś rozgryźć jego przekaz. - Ty, nagość i lina. Pamiętasz ten obraz, mia Rossa?
Przez chwilę błądziłam po nim wzrokiem, ale w końcu zatrzymałam się na jego twarzy i kiwnęłam głową. Pamiętałam obrazek, który powstał na moich zajęciach. Pamiętałam, jak pierwszy raz ujrzałam go, rozmawiając przez telefon z Chadem. Jak leżał na biurku i mącił mi w głowie już od samego początku.
- Bądź dla mnie taka, jaką cię namalowałem.
Wyraz jego twarzy, ton, którym do mnie mówił, i te oczy patrzące na mnie w sposób, jakiego nie potrafiłam opisać. Niczym płynąca rzeka mówiąca bezradnemu zwierzęciu, żeby trochę jej posmakowało, żeby weszło głębiej i sprawdziło, jaka jest kojąca, żeby zrobiło pierwszy krok, który wystarczy, by pochłonąć je w całości.
Alessandro Lancaster pochłonął mnie właśnie taką. Nagą i obracającą się do niego tyłem. Klękającą i układającą pośladki na piętach. Pochylającą głowę tak, żeby wolne od upięcia włosy pokryły większość pleców.
Taką, jaką mnie sobie wyobraził.
Dokładnie taką, jaką namalował.
Nie trzeba było dużo czasu, żebym poczuła, jak owija moje włosy wokół swojej dłoni. Mimo ich długości ciasny uścisk sprawił, że moja głowa powędrowała odrobinę do tyłu. Czułam obecność Alessa tuż za sobą. Dosłownie chłonęłam całą jego sylwetkę, która zostawiała po sobie długi, rozciągający się na podłożu cień, przyćmiewający nawet zachód słońca. Górował nade mną, nie pozwalając mi przejąć kontroli.
Do czasu.
- Chcę... - zaczął mówić przez zęby. Szarpnął mnie za włosy tak, że teraz widziałam jego twarz do góry nogami. - Chcę ciebie, mia Rossa. Ale tej ciebie, której nie poznał jeszcze nikt inny.
- Aless - szepnęłam, czując, jak kolana wbijają mi się w podłoże. Lekkie podmuchy wieczornego wiatru okalały mi ramiona, zostawiając po sobie gęsią skórkę. Bodźce przychodziły z każdej strony, a nieumiejętność zamknięcia oczu i skupienia się choćby na jednym z nich wyparowała. Czułam wszystko, i to na podwójnych obrotach.
- Pokaż mi to, co skrywałaś przez całe swoje życie. Daj mi siebie w czystej postaci, a ja splamię złem każdy jej zakamarek, choćbym miał robić to do końca mojego jebanego życia. - Jego słowa mieszały się z dźwiękiem rozpinanego rozporka. Kolejne brzdęki należały do klamry jego paska, a ja mogłam jedynie zacisnąć ręce na plecach.
- A co dostanę w zamian? - zapytałam na wdechu, wbijając wzrok w wolną rękę Alessa, którą pewnie sięgnął za gumkę bokserek.
Po tym pytaniu Lancaster zatrzymał się na chwilę, patrząc mi prosto w oczy. Nie przerwał jednak ruchów i w ciągu chwili widziałam go w całej okazałości. Gotowego na to, co zamierzał mi zrobić.
- Mnie.
Ta krótka odpowiedź zwiastowała tylko jedno. Szybko mnie obrócił i gwałtowne wsunął się między moje usta. Już na samym początku czubek jego penisa spotkał się z moim gardłem. Robiłam wszystko, by powstrzymać się od zakrztuszenia, lecz kolejne wolne, ale mocne pchnięcia skutecznie mi to uniemożliwiły.
Brałam go całego, ssąc każdy kolejny centymetr. Aless trzymał mnie za włosy, natomiast drugą ręką sprawnie operował sznurem zawiniętym wokół moich nadgarstków. Każde pchnięcie jego bioder przybliżało mnie do niego. Ślina zbierająca się w moich ustach spłynęła mi ciurkiem po brodzie, kiedy tylko Alessandro wysunął się z moich warg.
- Pokaż mi, mia Rossa. Pokaż, dlaczego nazywam cię swoją - zawarczał stanowczo, z powrotem wbijając się bez wahania w moje gardło.
Mrużyłam oczy, bo mimo dyskomfortu zatarć od sznura czy zmęczonych ust również odczuwałam przyjemność. Było mi dobrze, bo jemu było dobrze.
Chciałam więcej.
Potrzebowałam więcej.
Instynktownie zacisnęłam uda, czując, że jest mi coraz ciężej kontrolować własne podniecenie. I dokładnie w tym samym momencie, jakby na zawołanie, Aless odciągnął moją głowę do tyłu. Nie wiedziałam, co planuje, ale korzystałam z okazji na wzięcie kilku głębszych oddechów. Kaszel nie ustał zbyt szybko, lecz nie miałam chwili, by zbytnio się nim przejmować. Alessandro pociągnął mnie do góry i połączył nasze wargi, kompletnie nie przejmując się tym, że dopiero miałam go w ustach.
Całował mnie bez opamiętania, pochłaniając moje wargi. Nie nadążałam oddawać wszystkich pocałunków, które kończyły się przygryzaniem i ssaniem skóry mojej brody. Jęczałam, kiedy Aless zszedł niżej, by muskać moją szyję. Jego język męczył mnie tak samo jak erekcja przyciskająca się do mojego brzucha. Próbowałam poruszyć się nieco tak, żeby doszło do jakiegokolwiek tarcia, które mogłoby jakoś ulżyć obojgu z nas. Ale Aless mocno trzymał mnie przy sobie, nie odrywając się choćby na chwilę, przynajmniej do momentu, kiedy nie zaczął stawiać kroków przed siebie. Z łatwością niósł mnie w miejsce, które wybrał.
Sapnięcia opuszczały moje usta z coraz większą częstotliwością, a nogi drżały mi jak oszalałe. Nie byłam pewna, ile mogę jeszcze wytrzymać, lecz skraj mojej wytrzymałości był już bliżej niż dalej.
Aless ułożył mnie tyłem do siebie i dopiero wtedy zarejestrowałam, że jesteśmy na krańcu dachu. Docisnął mnie plecami do dołu, a głowa zwisała mi z wysokości, która przyprawiała mnie o utratę tchu.
Chciałam złapać się tak, żeby nie spaść, lecz wtedy przypomniało mi się, że dalej miałam związane ręce. A kiedy moje serce już prawie opuściło pierś, Aless w końcu się odezwał:
- A teraz, mia Rossa... - Z całych sił starałam się skupić na jego głosie. - Wypnij się i podziwiaj ten widok, póki jest ci to dane. Niebo nie zajęło się jeszcze czernią, a ty i tak zobaczysz na nim pierdolone gwiazdy.
24. UŚMIECH DO ZDJĘCIA
Veronica
Zanim zdążyłabym cokolwiek powiedzieć, Aless dopchnął mnie do podłoża i zanurzył się we mnie jednym pchnięciem. Zawyłam, bo strach zdążył pomieszać się z podnieceniem na tyle, że nie potrafiłam już skupić się tylko na jednym z odczuć. Dyszałam głośno, czekając, aż Aless zacznie poruszać biodrami, lecz nic takiego nie nastało.
- Aless? - zapytałam niepewnie, nie widząc nic poza stromym spadem w dół. Przełknęłam ślinę, bo wysokość wyglądała na wystarczającą, by zadecydować o losie człowieka szybciej niż mrugnięcie okiem.
- Ciii - uciszył mnie, wbijając palce w moje łopatki.
Jęknęłam na niespodziewany, szorstki dotyk, który przemieścił się w dół, aż do bioder. Alessandro złożył na moich plecach mokre pocałunki. Ciarki przepływające po moim kręgosłupie nie pozwoliły mi trzeźwo myśleć. Próbowałam poruszyć się na wszelkie sposoby, by poczuć jakikolwiek ruch między nami, ale to wszystko zdało się na marne, bo pozycja, w której trzymał mnie Aless, była kurczowa i bez wyjścia.
Przy nim zawsze byłam bez wyjścia. Chociaż z każdym pieprzonym dniem miałam wrażenie, że to właśnie on się nim stawał, że to on był kluczem, który daje mi dostęp do drzwi, o jakich nawet nie śniłam.
- Proszę... - zakwiliłam. Desperacja przebijała się przez ton mojego głosu, co jakiś czas o sobie przypominając.
- Prosisz na próżno, mia Rossa - odparł niemal od razu.
Gwałtownie zabrał ręce z moich pośladków, lecz to tylko po to, żeby już po chwili znów na nich wylądowały. Dźwięk klapsa prawie całkowicie zniknął pod natężeniem jęku opuszczającego moje usta.
- A wiesz dlaczego?
Chciałam odpowiedzieć. Czułam, że jestem bliska zwariowania i to na tyle, by wygarnąć mu w twarz wszelkie zło tego świata. Wszystko tylko po to, żeby w końcu choć na chwilę się poruszył.
- Zapytaj mnie dlaczego - ponaglił moją odpowiedź, znowu uderzając rękami moje pośladki. Wciągnęłam powietrze w ostatnim momencie. Gdybym tylko mogła, zadrapałabym beton na całym tym pieprzonym dachu.
- Proszę cię... - odparłam na wdechu, wyrzucając biodra w jego stronę. Nie przyniosło to jednak upragnionej przeze mnie ulgi.
- Pytaj, mia Rossa. Pytaj mnie, kurwa. - Kolejne skarcenie równało się kolejnemu klapsowi. Palący odcisk dłoni Alessa dawał mi o sobie znać jeszcze chwilę po zetknięciu się z moją skórą. Pieczenie w żaden sposób nie pomagało mi w doprowadzeniu się do rozsądnego stanu.
Chciało mi się płakać. Ból był nie do zniesienia. Jednak nie ten wywołany przez klapsy, a ten, który odczuwałam w podbrzuszu. Niepohamowana żądza, błagająca o choćby najmniejszy cień doznania kończący się ulgą.
- Dlaczego?! - zawyłam. Byłam na skraju wytrzymałości tu i teraz. Na opadnięciu z sił i poddaniu się całemu chaosowi, który mieszał mi w głowie.
- Bo to ja decyduję, kiedy i co powiesz. To ja sprawiam, że wydajesz z siebie dźwięki, o których nie miałaś pojęcia.
Wystarczyła chwila nieuwagi, kiedy w pełni skupiłam się na słowach Alessa. Tylko chwila, żeby dotknął mojej łechtaczki i jedynie chwila, by sprawił, że moje nogi trzęsły się jak opętane.
- To ze mną się pieprzysz i to ze mną dochodzisz.
Nie rozumiałam kolejnych słów, które wypowiadał. Nie wiedziałam nawet, czy były to słowa układające się w zdania, czy może pomruki i sapnięcia. Czy mówił, czy może jednak wykorzystywał wszystkie znalezione w sobie siły, żeby w końcu to zrobić, żeby złapać mnie mocno za biodra i docisnąć się do nich kroczem, żeby wysunąć się prawie do końca i wbić z powrotem z siłą, jakiej jeszcze w nim nie poznałam.
- Kurwa... - Miotałam się, pozwalając, by moje usta opuszczały wszelkie bluźnierstwa, o jakich tylko miałam pojęcie.
- Właśnie tak, mia Rossa. Niech wszyscy w tym pierdolonym hotelu wiedzą, że robię ci dobrze - warknął, przyspieszając tak, że nasze oddechy zmieszały się w jedno. Dźwięki, jakie wydawała skóra moich pośladków podczas uderzeń, formowały się razem z klaśnięciami jego bioder.
Aless trzymał mnie ciasno przy sobie. Na tyle ciasno, że czułam na plecach każdy centymetr jego ciała. Wychodziłam naprzeciw jego ruchom, starając się nadążyć za tempem, które narzucał.
- Gotowa? - zapytał nagle, kiedy moje oczy zdążyły już zajść białkami.
Boże, nie wiedziałam, co się ze mną dzieje.
- C-co? - odpowiedziałam pytaniem, zaciskając szczęki. - Na co?
- Powtarzaj za mną, a pozwolę wrócić ci do domu. - Szarpnął moimi biodrami. - Grzecznie powtarzaj każde moje słowo, a znajdziesz jeszcze drogę do swojego mieszkania, mia Rossa. Chcę, żebyś wróciła tam i zdała sobie sprawę, jak bardzo mnie potrzebujesz. Jak bardzo ci mnie brakuje i jak bardzo chcesz, by twoje łóżko stało się naszym.
Wciągnęłam powietrze, kiedy ruchy Alessandra zwolniły. Dopiero wtedy odczułam, jak bardzo moja skóra błaga o ukojenie. Czułam pieczące mrowienie na nogach, a kolana oparte o szorstkie podłoże przestały wysyłać sygnały do mojego mózgu.
Aless gwałtownie złapał mnie od tyłu za szyję, sprawiając, że prawie zachłysnęłam się powietrzem. Jedno pociągnięcie do góry i popchnięcie do przodu sprawiły, że moje piersi ledwo opierały się o strome zakończenie dachu. Wszystko powyżej nich wisiało teraz na włosku razem z moim życiem.
Wszystko, w tym ja, jest teraz zależne od Alessandra Lancastera.
- Aless, ja... J-ja... - Próbowałam wydusić z siebie chociaż jedno słowo, lecz wszystko zatrzymywało się tuż obok guli w moim gardle. Chciałam poruszyć rękami, ale ten ruch również był bezskuteczny. Lina mocno trzymała moje nadgarstki, a uczucie ciągnięcia napinało ją tylko jeszcze bardziej.
- Mi arrendo a te29 - zaczął mówić, pogłębiając przy tym ton.
Poczułam, jak stres rozpływa się po moim ciele, zastępując strach. Nie było takiej siły, która pozwoliłaby mi zapamiętać to, co powiedział. Patrzyłam w dół, pozwalając swojemu oddechowi niebezpiecznie przyspieszyć.
- Ruda... - zawarczał Aless, wbijając się biodrami do samego końca. Zamknęłam oczy i mimo ganiających się w mojej głowie skrajnych emocji oddałam się przyjemności, którą mi sprawił. - Mi arrendo a te. Powtarzaj.
- Mi... Mi arrendo... - wyjęczałam, starając się naśladować jego akcent. - A te...
- Il miei pensieri30 - kontynuował, nie przestając się we mnie poruszać. Jego ruchy były wolne, lecz silniejsze niż zwykle. Czułam przez nie każdą, nawet najmniejszą emocję, którą próbował mi przekazać.
- Il miei pensieri - wydukałam, nie zastanawiając się nawet, co takiego właśnie powiedziałam.
- Il mio corpo31 - dodał, ciągnąc za sznur i moje włosy jednocześnie. Jego członek trafiał w mój najczulszy punkt, sprawiając, że nie miałam już jak się bać. Bo nie było nic poza nim i tym, co mi dawał.
- Il mio corpo - powtórzyłam najlepiej, jak tylko potrafiłam.
- No dalej, mia Rossa. Skończmy to razem - wyszeptał mi tuż przy uchu. Nie zdążyłam nawet zarejestrować, kiedy Alessandro nachylił się na tyle, żeby być tak blisko mnie. Oboje byliśmy teraz o krok od upadku. Oboje byliśmy blisko spełnienia i oboje, jedno po drugim, wypowiedzieliśmy ostatnie zdanie.
- Il mio cuore32. - Wraz z jego słowami poczułam na szyi tonę pocałunków. Alessandro kąsał delikatne miejsca na mojej skórze, a jego oddech i ruchy były tak zdesperowane, że nie potrzebowałam wiedzieć nic więcej.
- Il mio cuore. - Wyszłam naprzeciw nie tylko jego słowom, ale i losu. Skończyliśmy razem, będąc blisko przy sobie i pozwalając wszystkiemu odejść w niepamięć.
- A teraz pozwól mi skraść swoje usta jeszcze jeden raz.
Opuszczając hotel, nie dawałam po sobie poznać, jak bardzo ruszyło mnie to, co wydarzyło się na jego dachu. Nie ze względu na seks, słowa czy pocałunki, a na ból. Na ból, który pozostawiało we mnie poczucie pustki. To drapiące w gardle uczucie niepozwalające na normalność, bo normalność znikała przy kimś takim jak Aless. On był jej przeciwieństwem i nękał nie tylko moją głowę, lecz i serce.
Nękał mnie dokładnie tak jak wibracje mojego telefonu. Jak kilkanaście wiadomości z przeprosinami napisanymi przez Chada. I jak ta jedna pieprzona wiadomość MMS. Jedno zdjęcie wysłane z zastrzeżonego numeru i jeden koszmar, który dopiero miał się rozpocząć.
25. KIEDY CIEŃ STAJE SIĘ KOSZMAREM
Veronica
Gapienie się w ścianę w niczym nie pomagało. Sprawiało tylko, że moja głowa jeszcze bardziej skupiała się na obrazie, który przewijał się w niej już od kilku dni. Jedno zdjęcie, które obnażyło nie tylko mnie, lecz także prawdę. Prawdę o tym, że ja, Veronica Harris, dopuściłam się przekroczenia granicy, którą ustaliłam sobie na samym początku. Obiecałam sobie, że nie dam wejść sobie nikomu z nich na głowę. Tymczasem skończyłam z jednym z nich, i to nie na głowie, a w niej. Aless nawiedzał mnie nie tylko wtedy, gdy był obok. Widziałam go, myśląc o czymś miłym. Wyobrażałam sobie jego ciało, myśląc o pożądaniu. Czułam na sobie jego ręce podczas snu. Na każdym pieprzonym kroku towarzyszył mi niczym duch. Nawet mimo tego, że nie mógł być fizycznie blisko mnie, to ja i tak stale go na sobie czułam.
Wydawałoby się, że powoli popadam w obsesję. W coś, co nie pozwala mi normalnie funkcjonować. Kiedy szłam do zakładu, z tyłu głowy mając praktycznie stuprocentową pewność, że go tam nie zastanę, wariowałam. Traciłam chęci na prowadzenie zajęć, na wszelkie rozmowy czy choćby dbanie o swoje własne bezpieczeństwo. Praca Alessa dobijała mnie bardziej niż nachalność Chada. Ignorowałam wszystkie próby kontaktu, jakie wychodziły z jego strony, ale ten typ był w tym niezłomny. Nie zamierzał poddać się tak łatwo, a ja, zamiast martwić się tym, że próbuje wejść z butami w moje życie, żyłam tym, czym wcale nie powinnam.
W wolnych chwilach, gdy całe zaufanie przelewałam na strażników, wystukiwałam na klawiaturze telefonu imię i nazwisko Alessandra. Może chciałam upewnić się, że wcale go sobie nie wymyśliłam i rzeczywiście był gdzieś tam, w tym samym hotelu. Może chciałam po prostu zobaczyć jego zdjęcie z komisariatu, zrobione na białym tle z numerami wskazującymi na jego niemal dwumetrowy wzrost. A może po prostu nie potrafiłam powstrzymać się przed dziwnym uczuciem, które wypełniało mój żołądek. Cokolwiek z tego bym nie wybrała, żadna wymówka nie wydawała się wystarczająca. Zaniedbywałam siebie, praktyki, a nawet relacje z rodziną.
- Jezu! - powiedziałam nieco za głośno po tym, jak zdałam sobie sprawę, że dzisiaj jest moja kolej na odebranie Theo ze szkoły.
- Wszystko w porządku? - zapytał jeden ze strażników, robiąc krok w moją stronę. Zanim zdążyłam zasłonić usta ze wstydu, pokiwałam głową w nadziei, że nie uznają mnie za gadającą do siebie wariatkę. Choć już czasem zdarzało im się tak na mnie patrzeć. Głównie ze względu na tematykę moich zajęć. No i ten jeden raz, gdy trochę mnie poniosło, a z głośników popłynęła włoska piosenka...
- Jest pani blada, mamy ich już wyprowadzić? - Kiwnął głową na więźniów.
W mojej głowie automatycznie rozpoczęła się walka, która z góry była przegrana. Wiedziałam to i ja, i moje usta, które bez wahania odpowiedziały strażnikowi:
- T-tak. W zasadzie to tak - odparłam.
Mężczyzna zamrugał kilka razy, zupełnie jakby chciał się upewnić, że zaraz nie wykituję. Sądząc po biciu mojego serca, wcale nie było mi do tego daleko. Gapiłam się w jego niebieskie ślepia, które zdawały się wyrażać resztki współczucia.
- Chad, zabieramy ich - odparł, powodując tym, że włosy na rękach stanęły mi dęba.
Mój żołądek wypełnił się dziwnym poczuciem stresu, kumulującego się aż do gardła. Na całym ciele czułam, jakby literki ze wszystkich wysłanych przez niego wiadomości biegały mi po skórze. To uczucie szybko doprowadziło do tego, że przed oczami znowu miałam zdjęcie mnie w objęciach Alessa. Każda, choćby najkrótsza droga przypominająca mi o tym MMS-ie, była katorgą. Wystarczyły mi nawet te durne błagania Chada.
Bałam się pomyśleć, jak miałabym kontynuować funkcjonowanie w takim stanie, gdy przyczyną mojej reakcji tym razem była tylko głupia zbieżność imion...
Stałam tuż koło płotu, który wyznaczał koniec terenu szkoły mojego brata. Na szczęście udało mi się dojechać w jednym kawałku i, o dziwo, bez przeszkód. Czekałam, opierając się tyłkiem o szczeble płotu, a moja lewa noga dawała mi znać, jak bardzo niecierpliwa potrafiłam być. Kolano pulsowało mi od liczby ruchów wykonywanych na minutę. Oczy chodziły mi tam i z powrotem, skanując teren od bramy, przez którą przebiegały starsze roczniki uczniów, aż do drzwi wejściowych, z których wychodzili rodzice.
- Na co czekamy? - usłyszałam nagle pod sobą, przez co odskoczyłam do tyłu, uderzając się przy tym w głowę.
- Kurwa! - wymsknęło mi się, bo ból niemiłosiernie szybko rozlał mi się po potylicy. Spod półprzymkniętych powiek ledwo widziałam zarys tego, który mnie przestraszył.
- Tam jeszcze nie byłem - odezwał się mój brat, kiwając głową.
- Theo! - skarciłam go i dopiero po chwili zaczęłam zastanawiać się, jakim cudem nie zauważyłam, kiedy wyszedł ze szkoły.
- Dokładnie tak mama dała mi na imię, Ronnie - powiedział dumnie, prężąc się przede mną. Miałam ochotę złapać za uchwyt jego plecaka i przerzucić mu go przez głowę tak, żeby zrobił fikołka. Może wtedy wreszcie przestałby być taki mądraliński.
- Nawet nie zaczynaj. - Pokręciłam głową, ciągle masując obolałe miejsce. - Jeżeli zrobi mi się z tego siniak, to przysięgam, że namaluję ci takiego samego na nosie, i to wodoodpornymi cieniami - burknęłam i złapałam go za rękę.
- Nie przesadzaj, Ronnie. Fiolet przecież ładnie komponuje się z rudym. - Uśmiechnął się, zaciskając palce na mojej dłoni.
- Widzę, że bycie pyskatym świetnie komponuje się ze słodką, niewinną twarzyczką, panie "wygrałem na loterii genów" - parsknęłam, ruszając do przodu.
- No widzisz, ktoś z nas musiał przegrać, żeby to drugie mogło wygrać. - Zaśmiał się, na co w odpowiedzi przyspieszyłam kroku tak, aż Theo pisnął w obawie, że zostanie w tyle: - Ej!
- Nie "ejuj' mi tu. - Pokręciłam głową, wywracając oczami. - Idziemy.
- Znowu go zaprosiłaś? - Szarpnął mnie za rękę.
- Co? Kogo? - zapytałam, zwalniając tempo stawianych kroków niemal do zera.
Spojrzałam w stronę, w którą jeszcze przed chwilą patrzył Theo, lecz słońce uniemożliwiło mi zidentyfikowanie osoby. Promienie raziły mnie do tego stopnia, że dopiero przysłonięcie okularów dłonią z góry sprawiło, że dojrzałam męską postać zmierzającą w naszym kierunku.
- Jesteś pewna, że wada wzroku ci się nie pogorszyła? - zapytał Theo, stając przede mną.
- Jeszcze jedno słowo i...
- I nie pójdziemy na pizzę? - Popatrzył na mnie maślanymi ślepiami. - No weź! Cały dzień w budzie mówiłem, że idę na pizzę z podwójną porcją sera, salami i serowymi brzegami!
- Jaką znowu pizz...
I wtedy dotarło do mnie, że rzeczywiście obiecałam mu tę pieprzoną pizzę. Ale już na pewno nie taką, za którą wybuliłabym podwójną cenę. Serowe brzegi zdecydowanie nie dogadałyby się z moim stanem konta.
- Zapomniałaś o naszym obiedzie? - zasmucił się, przez co aż zadrżałomi serce. Skubany dobrze wiedział, jak sprawić, żeby moje oszczędności postanowiły spełnić wszystkie jego zachcianki.
- Twoja siostra ma sporo na głowie, Theodorze.
Nie trzeba mi było usłyszeć niczego więcej, żeby zrozumieć, o czyją obecność przed chwilą chodziło mojemu bratu.
- Co ty tu robisz, Chad? - zapytałam, podrywając głowę.
Niestety, uszy mnie nie myliły, a postawny mężczyzna w garniturze wyrósł przede mną niczym mur. I to taki, który najchętniej bym przeskoczyła.
- Nie odpowiadałaś na moje wiadomości, przez co zacząłem się nieco martwić. Postanowiłem więc, że osobiście sprawdzę, czy wszystko u ciebie w porządku - odpowiedział jak gdyby nigdy nic.
- Ciężko odpowiedzieć na czterdzieści trzy SMS-y - rzuciłam sarkastycznie, wymijając go i ciągnąc Theo.
- Czterdzieści dwa - sprostował, idąc tuż obok nas. - Poza tym to tylko troska.
Kiedy ja przyspieszałam kroku, mężczyzna szedł szybciej. Gdy skręcałam w następną uliczkę, Chad kierował się w tę samą stronę. Kiedy chciałam się zatrzymać, on stawał, kurwa, w miejscu.
- Natręctwo nazywasz troską? Ciekawe stwierdzenie, gdzie się tego nauczyłeś? Na wykładach na temat stalkingu? - zapytałam z całą frustracją, którą w tym momencie czułam.
Pizzeria nie była daleko, ale droga z drugim dzieckiem przy nodze wydawała się wydłużać jakieś trzy razy bardziej.
- Po co te nerwy, Veronico? Chciałem tylko porozmawiać, ja...
- Czego ty ode mnie oczekujesz, Chad? Ile jeszcze razy będziesz próbował ze mną rozmawiać? Nie jesteśmy na imprezie, a już tym bardziej nie jesteś moją przyjaciółką, z którą idę do łazienki porozmawiać o chłopaku, który właśnie zrzygał mi się na buty. No chyba że czegoś tu nie widzę. Może gdzieś tu jest ten pieprzony kibel, a ty masz długie blond włosy i za krótką sukienkę, spod której wystaje ci tyłek? - Zaczęłam rozglądać się wokół, nadstawiając dłoń nad okulary, żeby być jeszcze bardziej dosadna. - Widzisz coś, Chad? Bo ja widzę tylko naprzykrzającego się gościa, który nie rozumie, co się do niego mówi.
- Jesteś przesłodka - stwierdził z uśmiechem.
- Ja pier... - powstrzymałam się gwałtownie, przypominając sobie, że przecież drugą dłonią trzymałam za rękę swojego brata. - Ja pierdzielę. Dasz nam spokój?
Czekając na kolejną durną odpowiedź Chada, spojrzałam na Theo, który kompletnie odciął się od naszej rozmowy. Wgapiony w telefon chyba większy od swojej głowy nawet nie zwrócił uwagi na to, że byliśmy już na miejscu. Wcale mnie to nie zdziwiło, bo pewnie już dawno dodałby coś od siebie, nie mogąc powstrzymać języka za zębami. Oboje mamy to po matce.
- A dasz mi zapłacić za wasz obiad? - zaproponował Chad, unosząc brew.
- Nie - odpowiedziałam prawie od razu. Niestety, tym razem mój brat uznał, że argument pizzy jest wart jego uwagi bardziej niż telefon.
- Tak! - Niemal wyrwał się z mojego uścisku, co najmniej tak, jakbym sama nie mogła zapłacić za ten obiad. No, może trochę tak było, ale odjęłabym sobie od ust, żeby tylko był zadowolony. Bo może i czasem był tym wkurzającym młodszym bratem, aczkolwiek nadal bratem. Gdzieś pod tą pustą kopułą był ten mały, kochany Theo, który nie potrafił jeszcze mówić i grzecznie siedział w wózku, podczas kiedy ja bawiłam się w dom.
- Dzieci i ryby głosu nie mają - odparłam, łapiąc za klamkę drzwi wejściowych do lokalu. - Na razie, Chad - rzuciłam za siebie, nie chcąc kontynuować tej dyskusji.
- Akurat tak się składa, że ja mówić potrafię, Ronnie - zaoponował Theo. - Ale przynajmniej po części miałaś rację, ryby nie mówią.
Zaraz wyjdę z siebie, stanę obok i wyleję na siebie drinka, którego kelner właśnie przyniósł do jednego ze stołów.
- Siadaj na miejscu, a ja pójdę zamówić przy ladzie, żeby było szybciej - powiadomiłam Theo, który już zdążył zająć miejsce na kanapie, zostawiając mi krzesło naprzeciwko. - Rozumiem, że to dalej aktualne ze wszystkimi dodatkami w podwójnej wersji?
- I ser w brzegach! Obowiązkowo! - powiedział radośnie, posyłając mi szeroki uśmiech.
Obowiązkowo to ty mi zaraz będziesz dziękować.
Westchnęłam, choć mimo to i tak odwzajemniłam szczęśliwe wyszczerzenie zębów. Tyle dobrego, że mi przynajmniej nie brakuje dolnej dwójki.
Ruszyłam środkiem restauracji, która wystrojem przypomniała typowe bistro na przedmieściach. Kanapy przy ścianach pokryte ceratą, podłoga wykafelkowana na dwa niepasujące do siebie kolory i żyrandole rodem z lat osiemdziesiątych. Mimo to knajpa miała naprawdę przyjemny klimat i gdy tylko Theo miał ochotę na jakiegoś fast fooda, lądowaliśmy właśnie tu. Obsługa była naprawdę przemiła i często zdarzało się, że mimo ogromnych zamówień na dodatki składanych przez mojego brata, pani przy kasie "przypadkiem" zapominała doliczyć za nie pieniądze.
Stanęłam przy ladzie w oczekiwaniu na złożenie zamówienia. Wszyscy zdawali się być zapracowani na kuchni albo na sali.
- Edna, przyjmij zamówienie od panienki Ronnie! - Ten zachrypnięty krzyk rozpoznałabym z kilometra.
- Spokojnie, poczekam - odparłam łagodnym tonem. Nie zamierzałam pospieszać nikogo z lokalu, nawet jeśli mój brat to największy głodomór i maruda na świecie.
- Wybacz, skarbie! Od rana mamy urwanie głowy - powiedziała zasapana Edna, przechodząc tuż obok mnie ze stertą talerzy w rękach. - To, co zawsze? - zapytała, zanim zdążyła odłożyć naczynia do zlewu.
- Dokładnie tak. - Uśmiechnęłam się szczerze. - Ale tym razem policz wszystko tak jak w karcie.
- Nie wiem, o czym mówisz, skarbie. - Ten uśmiech i uciekający wzrok znałam tak samo dobrze, jak i ceny w menu. Edna była przekochaną kobietą, nieco starszą od mojej mamy. Ona i jej mąż nie mogli mieć dzieci, dlatego zawsze powtarzała, że ta knajpa to ich jedyny potomek.
- Siedzimy tam, niedaleko okna. - Wskazałam palcem na czuprynę Theo, po czym po skinieniu głowy Edny odeszłam od lady.
I choć myślałam, że droga powrotna to tylko kwestia przejścia kilku kroków, to byłam w błędzie. Chcąc spojrzeć na to, co robi Theo, kątem oka wyłapałam sylwetkę kogoś, kogo miało tu nie być. A siedział, do cholery, w loży obok.
Początkowo chciałam podejść do Chada i zapytać, czy nie zapomniał czasem angielskiego. Ale z każdym zbliżającym się do niego krokiem dochodziłam do wniosku, że ta walka nie ma sensu. Dawanie mu atencji tylko pogarsza sprawę, a przecież chciałam się go pozbyć. Usiadłam więc naprzeciw Theo i zignorowałam spojrzenie Chada, które teraz wbijało mi się jak tępa strzała w plecy.
- Czemu on za nami szedł? - zainteresował się brat.
- Nie wiem. Nie mówmy o tym - westchnęłam. - Jak było w szkole?
- Spoko. Gdyby nie ta głupia Sarah, to byłoby lepiej. - Wywrócił oczami.
- Głupia? Dlaczego ją tak nazywasz?
- Podkablowała mnie za... zresztą nieważne. - Złapał za serwetkę znajdującą się w opakowaniu. - A czemu Chad siedzi za nami i się na ciebie gapi?
- Czy ty musisz wszystko wiedzieć? Mówiłam ci już, nie gadajmy o nim - powtórzyłam nieco bardziej zdenerwowana. - Co z tą Sarah?
- Sama mnie wypytujesz, a potem się wnerwiasz. Chciałem po prostu wiedzieć, czemu wkurzyłaś się, że przyszedł pod moją szkołę, chociaż sama go zaprosiłaś. - Pokręcił głową Theo.
- Wcale go nie...
I dopiero wtedy dotarło do mnie, że Chad rzeczywiście sam z siebie przyszedł pod szkołę mojego brata, o której umiejscowieniu nigdy mu nie wspominałam. A tym bardziej bez świadomości, że akurat tego dnia będę go stamtąd odbierać.
26. DLA KOGO DOBRA, DLA TEGO DOBRA
Veronica
Zacisnęłam palce na krawędzi stołu. Miałam ochotę przebić go na wylot tylko po to, żeby dać upust emocjom, które kumulowały się w mojej głowie wraz z natłokiem myśli.
Zachciało mi się iść na kawę z pieprzonym studentem prawa.
- Prawie zapomniałabym przynieść wam sztućce, skarbie. - Delikatny śmiech Edny wybił mnie z rytmu, który tym razem przypominał bardziej piątą symfonię. Posłałam kobiecie jedyny uśmiech, który potrafiłam z siebie wydusić, i zapewne nie wyglądał na najbardziej obiecujący. Staruszka odstawiła kubek z dwoma zestawami sztućców oraz kilkoma chusteczkami ozdobionymi kwiatowym wzorem.
Mnie to już nawet patrzenie na zielone nie mogłoby pomóc.
- Dziękujemy - odezwał się Theo, machając ręką na odchodzącą Ednę.
- Zaraz wrócę. Jakby jedzenie już przyszło, to szamaj do woli. Wszystko i tak jest dla ciebie, gnomie - powiedziałam łagodnie, zostawiając całą złość na rozmowę, która dopiero miała nadejść. Chociaż nie byłam pewna, czy konfrontację, którą zdążyłam przerobić w myślach już trzy razy, można było nazwać rozmową.
Wzięłam głęboki wdech i po tym, jak brat znacząco kiwnął głową, wstałam od stołu. Nie zamierzałam robić żadnej szopki w miejscu, które było mi bliskie, a już tym bardziej nie przy Theo. Wystarczyło już, że ostatnio zbudował ogromne więzienie z pudełek śniadaniowych. Wolałam nie dawać mu pretekstu do kolejnych zabaw tego typu. Przynajmniej na jakiś czas.
Obróciłam się na pięcie, od razu piorunując Chada wzrokiem. Siedział na tyle blisko, że pokonanie dystansu między nami zajęło mi milisekundy. Wystarczająco dużo czasu na działanie dla mnie i niewystarczająco na jakąkolwiek reakcję z jego strony.
- Chodź - syknęłam i złapałam go za przedramię.
- Veroni...
- Zamknij jadaczkę i chodź - powiedziałam już nieco bardziej stanowczo, zmniejszając uścisk na jego ręce. Tym samym wbiłam w niego spojrzenie, które najwidoczniej zadziałało, bo Chad przestał protestować i podniósł się z miejsca.
Całą drogę na zewnątrz czułam na swoich plecach jego pytający wzrok. Nie tylko taki, który nie znał moich zamiarów, ale też taki, który miał w sobie cichą nadzieję, że pozwolę mu usiąść przy naszym stole, domówić sok i nakarmić mnie widelcem. Na ten moment miałam ochotę jedynie wsadzić mu ten widelec w oko.
Kiedy oddaliliśmy się od wejścia na tyle, żebym dalej mogła zerkać na Theo, ale też na tyle, by mój brat nas nie widział, puściłam rękaw Chada. Stanęłam tuż przed nim, początkowo wpatrując się mu się w twarz, żeby ocenić, czy naprawdę uważa mnie za tak głupią.
- Po co...
- Nie, Chad. Teraz mówię ja - przerwałam mu, zanim zdążył wypytać mnie o cokolwiek. - Co ty kombinujesz?
- Co? - zapytał z miną wyrażającą zdziwienie. - Co mam kombinować?
- To ja cię pytam! Czego chcesz ode mnie, a już tym bardziej od Theo, hm? - natarłam na niego pytaniami, ale i palcem wskazującym, pod którego naciskiem Chad oparł się plecami o ścianę budynku.
Czułam, jak frustracja rozlewa się po moich żyłach, sprawiając, że robi mi się gorąco. Nie wiedziałam, co denerwowało mnie bardziej, Chad udający, że nic się nie stało, czy może próbujący zrobić ze mnie wariatkę.
- Chciałem tylko zapłacić za wasze jedzenie. Nie widzę w tym nic złego, a wręcz przeciwnie, bo po rozmowie z tobą wiem, że nie zawsze jest ci łatwo spełniać wszystkie zachcianki twojego brata - wyjaśnił spokojnie, patrząc na moje usta.
- Nawet o tym nie myśl - zastopowałam jego zamiary. - I przestań robić ze mnie idiotkę. Myślisz, że nie widzę, co próbujesz zrobić?
- A co takiego twoim zdaniem próbuję zrobić? - zapytał, jak gdyby odpowiedź na to pytanie nie była oczywista.
- Nie no, zaraz nie wytrzymam. Przychodzisz pod szkołę mojego brata, dziwnym trafem pojawiasz się tam po naszej kłótni i po tym, jak jasno powiedziałam ci, że między nami koniec. Przychodzisz tam, nie wiedząc, że tym razem to ja miałam go odebrać. Przychodzisz tam, nie znając pieprzonego adresu jego pieprzonej szkoły! - wykrzyczałam mu prosto w twarz, nie hamując złości. - Nie wiem, skąd o tym wiedziałeś. Może oprócz wysyłania setek wiadomości na studiach nauczyli cię jeszcze, skąd brać informacje o ludziach, co, Chad?
Zaśmiał się. Chad się zaśmiał. Skwitował cały mój monolog jednym głupkowatym parsknięciem.
- Tak. Na studiach nauczyli mnie, jak rozmawiać z ludźmi, i właśnie dlatego, kiedy byłem w twoim domu na obiedzie, rozmawiałem z waszymi rodzicami. I o dziwo, twoja mama bardzo ochoczo poinformowała mnie, do której szkoły chodzi Theodor i jaka z ciebie kochana córka, że co czwartek odbierasz brata i odprowadzasz go aż pod same drzwi - odpowiedział, po czym uniósł ręce w powietrze. - Wysoki sądzie, przyznaję się do winy.
Kurwa.
- C-co? - Zdębiałam, a wszystkie fakty, które przekazał mi Chad, powoli do mnie docierały.
Odsunęłam się od niego o krok, procesując wszystkie informacje. Błądziłam wzrokiem po chodniku i spodniach od garnituru mężczyzny, którego właśnie oskarżyłam o coś tak niedorzecznego. Coś, przy czym tak bardzo się upierałam, bo wydawało się zbyt podejrzane, żeby mogło okazać się tak proste i zarazem głupie. Przekazanie takich informacji chłopakowi, którego ledwo się poznało, rzeczywiście było podobne do mojej mamy. A już zwłaszcza wtedy, gdy była przekonana, że typ jest moim chłopakiem.
Pozwoliłam sobie powoli powędrować wzrokiem po reszcie garnituru Chada, aż w końcu zatrzymałam się na jego brodzie. Było mi zbyt głupio, żeby spojrzeć mu w oczy. To nie on robił ze mnie idiotkę. To ja ją zrobiłam z siebie.
- Chad... - wymamrotałam cicho, próbując jakoś poukładać w głowie to, jak zamierzałam go przeprosić. Zanim jednak zdążyłam wypowiedzieć jakiekolwiek słowo, mój telefon zawibrował.
Poderwałam się w miejscu, myśląc, że to biedny Theo, który siedzi samotnie w knajpie z pizzą na stole.
- Przepraszam - powiedziałam szybko, mając nadzieję, że Chad nie odbierze tego jako rzeczywiste przeprosiny za to, jak na niego naskoczyłam. Pospiesznie wyjęłam telefon z kieszeni i odblokowałam go sekundę po tym, jak dostał się do mojej dłoni.
Zastrzeżony numer:
Ciekawe, czy goście hotelu wiedzą, kim jest ten człowiek i do czego jest zdolny.
Serce momentalnie mi stanęło. Mignęłam oczami po wiadomości tekstowej, a już chwilę później tuż pod nią ukazało się zdjęcie, które odebrało mi dech. Fotografia nie była wyraźna, ale wystarczająca, żebym rozpoznała postać, która zajmowała większość kadru. Alessandro stał przy ciemnym meblu, trzymając coś w rękach. Nie mogłam określić, co to takiego, lecz kolor ubrania podpowiedział mi, że Aless został sfotografowany w hotelu podczas pracy.
Ilość emocji przeważyła nad moją świadomością. Najpierw te ciągle mnożące się wiadomości, potem Chad, a teraz kolejne zdjęcie, które nie dawało mi spokoju. Ktoś o nas wiedział, ktoś nas obserwował i chciał, żebym o tym wiedziała. Ten sam ktoś zrobił nam zdjęcie, a teraz stał gdzieś między drzewami, a może na balkonie przeciwległego budynku i znowu to robił. Albo, co gorsza, wcale nie był taki niewidoczny i śmiał mi się w twarz, podczas gdy ja odbierałam to jako żart.
- Veronica? Pobladłaś, przynieść ci wody? - usłyszałam głos Chada próbujący się przebić przez barierę, która okalała moje uszy. - Hej?!
- S-słabo mi... - próbowałam powiedzieć, choć nie byłam pewna, czy jakiekolwiek słowa opuściły moje usta.
- Cholera jasna! - To ostatnie, co usłyszałam, zanim moje oczy zalały się ślepnącą czernią i poleciałam w przód.
Zamroczenie nie trwało długo, bo już kilka sekund później słyszałam, jak Chad do mnie mówi. Nie wiedziałam co, ale byłam pewna, że to robi. I nie tylko to, bo ciasno oplótł ramiona wokół mojej talii, podtrzymując mnie porządnym chwytem.
- Oddychaj. Głębokie wdechy, Veronico. - W końcu dotarło do mnie coś więcej niż pomruki próbujące przebić się przez barierę wokół moich uszu.
Przetarłam twarz ręką i mogłabym przysiąc, że czułam, jak odzyskuję kolory.
- Oddycham. Jak sam widzisz, jeszcze żyję, więc oddycham - wybełkotałam, podpierając się przedramieniem o jego tors. Próbowałam jakoś ocieplić sytuację, chociaż twarz Chada wyglądała na bardziej zmartwioną niż rozbawioną moim tekstem.
- W takim razie nie przestawaj. No chyba że mowa o chodzeniu, bo powinnaś teraz usiąść - odparł, nachylając głowę nad moją twarzą, żeby się jej przyjrzeć.
- Taa, może jeszcze na twoich kolanach? - zapytałam drwiąco, ale widząc jego zakłopotanie i chęć pomocy w oczach, zrobiło mi się głupio. - Wybacz - dodałam, patrząc mu prosto w oczy przez dłuższą chwilę. Miałam nadzieję, że zrozumie moją aluzję i chociaż w jakimś stopniu wybaczy mi moje dzisiejsze zachowanie.
- Nie szkodzi - odpowiedział gładko, kręcąc głową. Masował dłonią moje ramię zupełnie tak, jakby chciał, bym trochę się ogrzała. - Co prawda moje auto zostało kilka ulic stąd, ale to nie zmienia faktu, że nie pozwolę ci w takim stanie wracać autobusem, a już tym bardziej pieszo. Zadzwonię wam po taksówkę, usiądziesz sobie w środku, a ja w tym czasie pójdę po Theo. Odwiozę was do domu. Może i nie osobiście, ale odwiozę.
- Ale...
- I nie chcę słyszeć już żadnych "ale" - skwitował nieco bardziej stanowczo i zrobił dwa kroki w przód.
Zanim zdążyłabym się zająknąć, Chad machnął ręką na postój taksówek mieszczący się kilka metrów dalej. Wystarczył moment, żeby jeden z kierowców zatrzymał się tuż przed moim stopami.
- Proszę poczekać, zaraz przyprowadzę jeszcze jednego pasażera i będziemy mogli jechać - powiedział do kierowcy Chad, kiedy mężczyzna opuścił do połowy przednią szybę.
- Za postój muszę doliczyć dopłatę, psze pana. - Facet siorbnął nosem i zlustrował ubiór Chada od stóp do głów.
- Proszę doliczyć tyle, ile będzie trzeba, ale najpierw niech pan ściszy tę muzykę i podkręci ogrzewanie, jasne? - polecił, pomagając mi otworzyć tylne drzwi i usadowić się na miejscu.
- Jak słońce, szefie. - Uśmiechnął się szyderczo, co aż za dobrze widziałam w odbiciu wstecznego lusterka.
Nie musiałam nic mówić, bo kiedy tylko podjechaliśmy pod adres domu moich rodziców, Chad sam z siebie poprosił kierowcę o postój i odprowadził Theo pod same drzwi, upewniając się, że nasza mama dowiedziała się o całej sytuacji. Nie wiedziałam, o czym jeszcze rozmawiali, ale kilka słów szybko zamieniło się w kilkanaście zdań. Chad stał oparty w progu, a moja mama przez dłuższy czas wysłuchiwała tego, co ma do powiedzenia. Dopiero po kilku minutach wyszła na ganek i pomachała w stronę taksówki, po czym poprawiła pasek od szlafroka. Z tej odległości nie widziałam zbyt dobrze wyrazu jej twarzy, aczkolwiek byłam pewna, że zmartwiła się moim osłabnięciem. Inaczej nie męczyłaby Chada przez tak długi czas.
- Trochę się wam przedłużyło - stwierdziłam, gdy tylko Chad otworzył drzwi samochodu. Tym razem nie siedział już z przodu, a obok mnie.
- Trochę. - Uśmiechnął się do mnie, przelatując po mnie wzrokiem.
- Już jest okej, nie musisz mnie skanować. - Pokręciłam głową, odwzajemniając jego uśmiech.
- Wolałem upewnić się sam. Chociaż dalej nie do końca rozumiem, co było przyczyną tego omdlenia.
- To nie było omdlenie. Tylko na chwilę mnie zamroczyło i tyle, nic wielkiego. Mało dzisiaj zjadłam, poza tym stres zrobił swoje. Bo na pewno nie myśl, że zapomniałam o zapełnionej skrzynce z SMS-ami. - Ściągnęłam brwi, unosząc dłoń z telefonem.
- Wcale nie chciałem jej aż tak zapchać - tłumaczył się Chad, podczas gdy taksówkarz ruszał z miejsca.
- No jasne, że nie. Twoje palce same z siebie wstały w nocy, wzięły telefon i postanowiły do mnie napisać - parsknęłam, kręcąc głową. - Nie tłumacz mi się, Chad. Po prostu nie rób tak więcej, a ja postaram się zapomnieć, że ręka omsknęła ci się przy przycisku "wyślij" te kilkadziesiąt razy. - Uciekłam wzrokiem od lusterka wstecznego kierowcy, który musiał uznać naszą rozmowę za absurdalną.
- Zapamiętam.
- Za chwilę będziemy. Płatność kartą czy gotówką? - przerwał nam kierowca. Spojrzałam za szybę i rzeczywiście zbliżaliśmy się do mojego mieszkania. Dopiero widok blokowiska uświadomił mnie, że cena za podróż przez pół miasta zdecydowanie przekracza mój budżet.
Przełknęłam ślinę i sięgnęłam do torebki w poszukiwaniu portfela.
- No chyba żartujesz - wtrącił się Chad, łapiąc mnie za nadgarstek.
- To chyba ty żartujesz, jeśli myślisz, że po zapłaceniu za pizzę pozwolę ci wydać kolejne, i to wcale niemałe, pieniądze na przejazd - odparłam stanowczo, a ręka mi zadrżała.
- Skoro ja zaproponowałem, że odwiozę was do domu, to ja zapłacę. - Chad ściszył ton, nachylając się nade mną tak, że skóra siedzenia wydała z siebie charakterystyczne burknięcie.
- Nie, Chad. To za dużo, ja...
- Nalegam. - Zacisnął szczęki razem z uchwytem na moim nadgarstku. Uścisk nie był bolesny, ale nie należał też do najprzyjemniejszych, więc instynktownie spojrzałam na swoją dłoń. Kiedy tylko przez dłuższą chwilę zawieszałam na niej wzrok, a taksówkarz zatrzymał się przy chodniku przed moim mieszkaniem, Chad puścił mnie i odchrząknął.
Popatrzyłam jeszcze chwilę na jego twarz i urwałam kontakt wzrokowy od razu po tym, jak go nawiązaliśmy. Złapałam za klamkę wolną dłonią i jednym wybiciem wyszłam z samochodu. Gdy już chciałam zamknąć drzwi, usłyszałam tylko, jak Chad mówi opieszałemu kierowcy, że reszty nie trzeba. Zrobił to, bo widział, że bez słowa wysiadłam z auta.
- Veronica! - zawołał, wręcz wyskakując z taksówki. Słyszałam, jak jego buty stukają o chodnik, kiedy biegnie za mną krok w krok. - Przepraszam!
Zatrzymałam się, czując, że jestem mu to winna. Moje sumienie nie pozwalało mi zapomnieć o tym, o co go oskarżyłam, nieważne, co jeszcze by zrobił. Po prostu musiałam wysłuchać, co ma mi do powiedzenia, bo inaczej nie zmrużyłabym tej nocy oka.
- Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Może... - urwał, lekko dysząc. Westchnęłam i obróciłam się przodem do niego. - Może po prostu mam gdzieś z tyłu głowy, że... że znowu stracę szansę na polepszenie naszej relacji. A nawet bardziej na to, że nie będę miał jak naprawić błędów, które względem ciebie popełniłem...
Chad opuścił głowę i wpatrywał się w moje buty, intensywnie nad czymś rozmyślając. Może szukał odpowiednich słów, a może po prostu milczenie było w tym przypadku najlepszym wyborem. Sama tego nie wiedziałam.
- Nie wiem, co mam ci powiedzieć, Chad. Mam ostatnio naprawdę... - Zacięłam się. Przygryzłam wargę, zastanawiając się, czy to, co siedzi w mojej głowie, powinno ujrzeć światło dzienne. - Mam ostatnio naprawdę popieprzony czas i jeśli mam być szczera, twoja nachalność wcale mi nie pomaga. Potrzebuję przestrzeni i właśnie to próbowałam zakomunikować ci przez cały ten czas.
Poczułam, że przynajmniej jakaś część ciężaru właśnie spadła mi z barków.
- Nie chciałem, żeby tak to...
- Wiem - przerwałam mu. - Wiem, że nie chciałeś źle, ale tak się stało i już tego nie zmienisz. Po prostu dajmy sobie spokój z bliższą relacją - oznajmiłam wprost. - Nie wiem i na pewno nie mogę obiecać ci, że jeszcze kiedykolwiek coś między nami będzie. - Przetarłam twarz rękami. - Polubiłam cię, Chad, lecz na razie chciałabym pozostać tylko przy lubieniu - powiedziałam najłagodniej, jak się tylko dało. - Jesteś w stanie po prostu mnie lubić i dać mi dystans, którego potrzebuję?
Głucha cisza między nami przyprawiała mnie o dreszcze. Ale nie mogłabym postąpić inaczej. Postawiłam sprawę jasno i albo Chad to zaakceptuje, albo nie mamy więcej o czym rozmawiać.
- Myślę, że tak... - odezwał się po chwili, kiwając głową. - Tak - dodał dla pewności.
- Dziękuję za wyrozumiałość.
Nie wiedziałam, co więcej mogłabym mu powiedzieć.
- Chcę tylko, żebyś wiedziała, że zawsze możesz na mnie liczyć. Dzwoń, pisz. Zawsze postaram się pomóc, bez względu na wszystko, Veronico - powiedział spokojnie, choć w powietrzu dało się wyczuć napięcie w jego głosie.
Podszedł bliżej i niepewnie wyciągnął dłoń w moim kierunku. Popatrzyłam w jego oczy błądzące po mojej twarzy, po czym podałam mu rękę i pozwoliłam, żeby przyciągnął mnie do siebie. Staliśmy w uścisku przez krótką chwilę, którą przerwałam klepaniem go po plecach.
- Czy ja... - zaczął widocznie zakłopotany. - Czy mogę w takim razie wejść do ciebie i zrobić ci herbatę?
- Chad...
- Herbatę, V. Zrobię ci herbatę i od razu wychodzę. - Prośba w jego oczach błagała o zgodę.
- Jedna herbata, Chad.
I dokładnie takim sposobem znaleźliśmy się na górze, a konkretniej w mojej kuchni, gdzie Chad zabrał się za zaparzenie herbaty w napełnionym po brzegi dzbanku.
Czułam, że dzisiejszy dzień mnie wykończył. Po zdjęciu butów rzuciłam je w kąt razem z kurtką, kompletnie nie przejmując się, że się pogniecie. Musiałam się położyć i odespać wszystkie emocje, które wyżarły ze mnie całą energię i jej dodatkowy zapas.
- Słodzisz?! - zawołał z kuchni Chad.
- Nie! - odpowiedziałam krótko, dosłownie rzucając się na kanapę.
Sięgnęłam po koc i przykryłam nim nogi. Miękki materiał tylko jeszcze bardziej sprawiał, że chciało mi się spać.
- Proszę - usłyszałam głos poprzedzony kilkoma dźwiękami stawianych na podłodze stóp. - Trochę ją wystudziłem, więc możesz od razu się napić.
Posłałam Chadowi mizerny uśmiech i wyciągnęłam rękę po kubek, który mi podawał.
- Dzięki.
Wzięłam kilka porządnych, głębszych łyków, a ciepło herbaty błogo mnie wypełniło. Śledziłam wzrokiem Chada, który minął kanapę i podszedł do wieszaka, na którym wisiał jego płaszcz.
- Prześpij się i jakby to omdlenie się powtórzyło, daj znać. Trzeba będzie wtedy pojechać i zrobić jakieś badania krwi albo...
- Będzie dobrze, Chad - nie pozwoliłam mu dokończyć. - Poradzę sobie.
- Będzie dobrze - powtórzył, zarzucając płaszcz na ramiona. - Odezwę się... To znaczy, odezwij się jeszcze z rana - szybko się poprawił.
- Napiszę. - Pokiwaliśmy głowami w tym samym momencie.
Lekkie trzaśnięcie drzwiami zlało się z dźwiękiem przychodzącej wiadomości.
No chyba sobie żartuje.
Wkurzona sięgnęłam po telefon leżący na stoliku i szybko go odblokowałam. Od razu przekonałam się, że chciałabym, żeby sobie żartował. I chciałabym, żeby SMS był od Chada.
Zastrzeżony numer:
Dobranoc.
Ale to nie było wszystko. Kolejny dźwięk powiadomienia mógł zwiastować tylko jedno. Zdjęcie, które znów przedstawiało Alessa, zrobione było jakby z dworu przez kraty celi, w której spał. Przez ten jeden moment mężczyzna wyglądał, jakby był całkowicie bezbronny.
27. GORZKA KAWA Z AUTOMATU
Alessandro
Gdyby ktoś zapytał mnie kilka lat temu, czego najbardziej mi brakuje, odpowiedziałbym, że wolności. Możliwości otwarcia okna i wdychania świeżego powietrza. Patrzenia na przechodniów idących chodnikiem. Oparcia ramion o brudnawy parapet. Taki, na którym leży słoik zapełniony pół na pół wodą i niedopałkami papierosów ze średniej półki kupionych w sklepie obok. W małym, przydrożnym sklepiku z ofertą produktów, które można było policzyć na palcach obu rąk. Takim, gdzie kupisz czerstwy chleb z przedwczoraj.
Chleb, którego my nie dostajemy.
Wolność wydaje się tu pojęciem względnym. To przecież nie tak, że nie mogę poruszać się po obiekcie. Nie tak, że zamykają mnie na całe dnie i pozbawiają wszelkich praw. W końcu została mi decyzja o tym, czy tego dnia wezmę prysznic, czy pójdę do kantyny i kupię maszynkę do golenia, czy może jednak pozwolę skórze na brodzie pokryć się czarnymi włosami, czy skorzystam z toalety, czy w tym dniu w ogóle otworzę usta i się odezwę.
Nigdy nie pomyślałbym jednak, że w moim życiu pojawi się coś, co zastąpi pragnienie wolności, a już na pewno nie, że to będzie ktoś, a nie coś.
Ruda. Veronica. Kobieta prowadząca z nami zajęcia. Bezbronna, a zarazem podstępna lisica męcząca swoją ofiarę. Z pozoru zwykła dziewczyna. Studentka, która weszła do więzienia i jeszcze tego samego dnia postawiła na sobie kreskę.
Kreskę, którą narysowałem ja.
Bo to była moja pieprzona Rossa i nikt ani nic nie mogło tego zmienić.
- Dzisiaj to dali taki chłam, że mi się niedzielne obiadki u teściowej przypomniały. - Słowa Pereza przeszły przeze mnie jak przez sito. Odciąłem się od konwersacji już jakiś czas temu, kiedy stanęło na kwestionowaniu galaretki z wczorajszego podwieczorku.
- Też posypywała ziemniaki surową cebulą? - zapytał Amigo i wyjął z kieszeni resztkę śmietany z rana. - Nic dziwnego, że tak ci jedzie z gęby.
Siedzieliśmy na stołówce, męcząc posiłek, który nam zaserwowano. Mięso niewiadomego pochodzenia, ziemniaki ze wspomnianą surową cebulą i plastry marchwi, które już swoje przeżyły.
Amigo oderwał plastikową zawleczkę, która majtała się obok korka. Pociągnął jeden z ostatnich łyków i skrzywił się niemal od razu po przełknięciu zawartości z pojemniczka.
- Przynajmniej czasem udawało jej się zrobić jakiś sernik. No, może oprócz tego jednego razu, kiedy pomyliła ser z jogurtem i cukier z solą. Nie wiem, jakim chujem to się w ogóle upiekło - odchrząknął Perez, nachylając się nad stołem. Góra od jego uniformu błagała o wymianę, bo naszyty na niego materiał ledwo trzymał się na cienkich nitkach. Przyglądałem się jego twarzy, która sporo postarzała się przez te parę lat. Zmarszczki na jego czole uwydatniły się nieco, a plamy na dłoniach powiększyły przez brak odpowiednich witamin.
- Taka teściowa to skarb. Nic, tylko zakopać. - Po tych słowach Amigo dostał z otwartej ręki w czerep. - Kurwa! Za co to niby?!
- Zaraz to ja ciebie zakopię pod tymi pomidorkami w ogródku Rudej.
Zacisnąłem pięści na wspomnienie Veroniki.
Ostatnie tygodnie były dla mnie męczarnią. Jak bardzo bym się nie zapracowywał, mój umysł nie pozwalał mi w pełni o niej zapomnieć. Zanim tu przyszła, robiłem wszystko, żeby dostać możliwość roboty poza zakładem. Potrafiłem zmusić się nawet do płaszczenia przed kierownikiem, i to tylko po to, żeby w końcu się na to zgodził i znalazł mi coś, co pozwoli mi choć na chwilę poczuć, że nie jestem zamknięty w czterech ścianach. A teraz? Teraz byłem gotów zrezygnować z danej mi szansy, bo odbierała mi to, czego najbardziej potrzebowałem.
- O której dzisiaj masz robotę? - Perez walnął mnie w ramię.
- Dzisiaj mi odwołali, bo jakiś debil postanowił przyćpać w pokoju hotelowym. Zamknęli cały budynek, pełno psów i przeszukań, żeby upewnić się, że to jedyny taki przypadek - odparłem, opierając brodę o rękę.
- Ten to ma życie jak w Madrycie. Też bym sobie tak popracował. Tutaj jakieś drineczki z barku w pokoju delux, potem szlafroczek wyszyty złotem i cyk, skok do jacuzzi wylanym po brzegi mlekiem - rozmarzył się Amigo, zamykając oczy, i uniósł kubeczek śmietany.
- Wylała to ci się ta skisła śmietana, durniu. - Perez zaśmiał się w głos, pokazując palcem na skapujące po dłoni Amigo krople. - Już widzę, jak ty byś latał i składał ręczniki jakimś paniusiom albo, co lepsze, starym dziadygom. - Przewrócił oczami i kontynuował, przybierając piskliwą barwę głosu: - "Proszę przynieść mi okład na haluksy. I jeszcze niech mi pan wysmaruje plecy, bo przez zwyrodnienie kręgosłupa nie mogę sięgnąć! Och tak, właśnie tam!".
Perez wstał z miejsca, dalej udając kobietę. Musiałem przyznać, że opisowo idealnie pasowała do klientki, która co piątek przychodziła na nocki do hotelu. Aż za bardzo.
- Sklej wary, dziadku! - próbował uciszyć go Amigo, ciągnąc go za ramię w dół, żeby usiadł z powrotem na miejscu. - Siadaj, bo z twoim budżetem to za szybko nie uzbierasz na balkonik.
- "Co mówiłeś? Och tak, pójdę z tobą na batonik z automatu!" - grał dalej.
- Ta, batonik idealnie zmieści ci się w tę dziurę w zębach. Nawet japy nie będziesz musiał otwierać, a się najesz.
- Moje zęby są przynajmniej coś warte - odpyskował Perez, uśmiechając się szeroko. Odsłonił przy tym trzy sztuki wstawionych złotych zębów, które pozyskał jeszcze na wolności.
- No widzisz? Zawsze wiedziałem, że opłaca się z tobą chodzić do lombardu. Może następnym razem i ciebie zostawię.
- Ja pierdolę - skwitowałem, nie mogąc już znieść ich przepychanek słownych.
Przetarłem twarz dłonią, którą wcześniej podtrzymywałem głowę. Wszystko mnie frustrowało. To, co wcześniej jakoś znosiłem, teraz było nie do wytrzymania. Irytowałem się nawet najmniejszymi rzeczami. Głupią wygiętą rączką od szczoteczki. Durnym klapkiem, który rozkleił mi się z rozchodzenia. Nawet pieprzonym materacem, który na wysokości stóp skruszył mi się ze starości.
- Koniec żarcia! - mruknął strażnik, ostrzegawczo uderzając gumową pałką o kraty w drzwiach. - Osadzeni pod ścianę. Tylko ruchy.
Westchnąłem na to zawołanie, choć po części byłem mu wdzięczny. Powrót do celi równał się z chwilą samotności i spokoju, bo właśnie wybijała godzina widzeń.
Podniosłem się ociężale, obracając przy tym głowę na boki. Strzyknięcie kości i upuszczanego powietrza ledwo przebiło się przez głośne odgłosy zbierających się więźniów. Szuranie stołami, plastikowe tacki uderzające o kubki i przewijające się zewsząd ciężkie kroki. Wszystko to zagłuszało moje myśli i resztki tego, co próbowało pożreć mnie od środka i zostawić z niczym.
Stanąłem w wyznaczonym miejscu i od razu oparłem głowę o ścianę, na której ułożyłem płasko dłonie. Pociągnąłem nosem, kiedy moje czoło zetknęło się z chłodną powierzchnią. Nie minęła dłuższa chwila, a już jeden ze strażników stawał tuż za mną. Trącał rękami kieszenie moich spodni i przemieszczał się nimi w dół nogawek. Od razu potem wrócił wyżej i wyklepał mi boki torsu.
- Oaza spokoju, co, osadzony? - Jego słowa ociekały przemądrzałym sarkazmem, który zignorowałem.
- Oaza to za chwilę tu będzie, jak się poszczam. Pospieszcie się, strażniku - ponaglił go Amigo, sprawiając, że na moje usta wkradł się mały uśmiech.
- Nie ty tu jesteś od pospieszania, osadzony. Jeśli będę chciał, to zeszczasz się nawet tu i teraz - zagroził mężczyzna, co nie do końca zrobiło wrażenie na Amigo.
- Nie wiedziałem, że w zakładzie mile widziana jest fontanna. Takie luksusy dla takich jak my, strażniku? - drażnił go, dalej drążąc temat i wiercąc mu dziurę w brzuchu.
Wiedziałem, do czego to prowadziło, więc mocniej szturchnąłem go butem.
- Co wy dzisiaj macie z tym naparzaniem mnie?! - oburzył się Amigo.
- Zamknij się. Już wystarczy - powiedziałem krótko i posłałem mu ostre spojrzenie. Gdy tylko nawiązaliśmy kontakt wzrokowy, pokręciłem głową, co, o dziwo, na niego podziałało.
- Spokój, Lancaster, bo zastanowię się nad twoim dzisiejszym widzeniem - skarcił mnie strażnik, pchając mnie za ramię.
Na te słowa odbiłem się od ściany tak, jakby dotykanie jej mnie parzyło.
- Jakie widzenie? - zainteresował się Amigo, zanim zdążyłem otworzyć usta.
- Nie interesuj się, bo... - zaczął mówić strażnik, ale nie dane mu było skończyć.
- Kocią mordę to ma twoja stara.
No i się zaczęło.
Brodaty strażnik całym ciężarem dopchnął Amigo do ściany. Wystarczyła chwila, a gumowa pałka poszła w ruch. Tym razem jednak nie została użyta do zagonienia nas we wskazane miejsce, a do podcięcia tyłu kolan Amigo tak, że ugięły mu się pod siłą ciosu.
- Kurwa! - ryknął, napinając szczęki z bólu.
- Masz coś jeszcze do powiedzenia, osadzony? - Strażnik naparł przedramieniem na jego plecy.
Przyglądałem się temu, dobrze wiedząc, że gdybym spróbował zareagować, byłoby tylko gorzej. I to nie jedynie dla mnie, ale i dla mojego kumpla. Właśnie dlatego stałem, zdecydowany wtrącić się dopiero w ostatecznej ostateczności.
Stety albo niestety, Paco był, jaki był.
- Chuj. Ci. Na. Matulę. - To zdanie przeważyło nad losem Amigo szybciej, niż założyłem.
- W izolatce będziesz mieć czas, żeby się zastanowić, kiedy powinno się zamknąć pysk - syknął strażnik i zawołał kolegów po wsparcie. Ja mogłem jedynie stać i patrzeć na to, jak zabierają mojego kumpla. Życie za kratami uczyło, że póki nie masz pewności, nie opłaca się wychylać. Jednak Amigo był jeszcze młody i tak bardzo uparty, że ile by się nie wałkowało tego tematu, on i tak narobi sobie problemów jeszcze raz. Gotów był powtarzać to nawet setki razy tylko po to, żeby pozostać nieugiętym. Życzyłem mu tylko, żeby nigdy, przenigdy nie odbiło mu się to czkawką, która posłałaby go do piachu.
- Osadzeni do cel, zapraszam za mną - odezwał się kolejny ze strażników, wykonując zapraszający do wyjścia gest ręką.
- Widzeniowcy ze mną - dodał drugi mężczyzna stojący po przeciwnej stronie ściany.
Wszyscy rozdzielili się według instrukcji. Ruszyłem w stronę pierwszego strażnika, ale zatrzymał mnie gwizd. Piszczące gówno, które prawie rozerwało mi bębenki w uszach.
- Osadzony Lancaster potrzebuje specjalnego zaproszenia? - upomniał mnie.
Do tej pory nie docierało do mnie to, że ktoś rzeczywiście mógł przyjść na widzenie. Na widzenie do mnie. Napiąłem mięśnie karku, czując, jak palce u stóp zaczynają mi mrowieć. Przygryzłem wnętrze policzka, wbijając wzrok w podłogę, żeby dać sobie czas na zastanowienie. Nie było nikogo, kto mógłby chcieć mnie odwiedzić. Ba, nie było nikogo, kto ośmieliłby się przekroczyć granicę murów więziennych tylko po to, żeby się ze mną spotkać. Nie potrafiłem wyobrazić sobie takiego człowieka. Nikogo tak głupiego, a zarazem odważnego.
I wtedy to do mnie dotarło.
Nikogo oprócz niej.
Wciągnąłem powietrze jednym haustem, niepewny, czy powinienem ruszyć się z miejsca. Nie wiedziałem nawet, czy potrafiłbym to zrobić. Nie widziałem jej tak długo i każdy dzień bez choćby chwilowego spojrzenia na nią frustrował jak diabli. Sprawiał, że nie miałem ochoty wstawać z łóżka i pilnować porządku tak, jak robiłem to kiedyś. Czystość celi to jedyne, na czym mi zależało. Przynajmniej do niedawna. Gdy przestałem widywać Rossę, wszystkie moje priorytety stały się nieważne. Zbyteczne, niepotrzebne i bezsensowne.
Przez nią odkrywałem w sobie pustkę, o której nie miałem pojęcia. Pustkę, którą zostawiła po swoich ustach, głosie i rękach. Palące ślady, którymi kroczyła po mojej skórze. Naiwność, którą wypełniała mój żołądek. Nadzieję, którą wyrywała mi z piersi z siłą, której wcześniej nie znałem.
Była taka... inna. Dobra. Taka, bez jakiej nie potrafiłem już dalej funkcjonować. Wypełniała we mnie lukę i robiła to wyłącznie swoim istnieniem.
- Wolisz trafić do ambulatorium, osadzony? - podniósł głos strażnik, wyrywając mnie z transu, w który wpadłem. - Bo jeżeli zaraz się nie obudzisz, to osobiście dopilnuję, że tam trafisz.
- T-tak. Już idę - zaciąłem się, ledwo wymuszając na sobie odpowiedź. Jeszcze cięższe okazało się jednak ruszenie z miejsca. Zablokowałem się w jednej pozycji, zupełnie zapomniałem, jak się stawia kroki.
Skubałem paznokciem skórkę na przeciwnym kciuku. Wpatrywałem się przy tym w szarawy stół, który pełen był zadrapań i wytartych od łokci plam. Stoliki stały w niewielkich odległościach od siebie tak, że niby dawały człowiekowi trochę prywatności, ale mimo wszystko słyszało się rozmowy innych. Cała sala widzeń monitorowana była przez trzech strażników, którzy w kółko powtarzali te same regułki. Nie dotykamy się, nie przytulamy na powitanie dłużej, niż przewiduje ustawa, nie szepczemy. W zasadzie to lista tego, czego nie można robić, była dłuższa niż rzeczy dozwolonych.
Oparłem się na krześle i zsunąłem trochę w dół. Czekanie mnie dobijało. Durny zegar, który wisiał niedaleko automatów z kawą, zdawał się nie ruszać. Wskazówki stały w miejscu, ilekroć na nie spoglądałem. I nieważne, ile razy bym się rozglądał, nie widziałem tego, czego chciałem.
Strażnik wprowadzał kolejne osoby, a stuknięcia zamykanej żelaznej bramy odbijały mi się od ucha do ucha. Na suchość w gardle nie pomagało nawet przełykanie śliny. Dźwięki nalewającej się w automacie kawy tylko jeszcze bardziej nasilały moje pragnienie. Popatrzyłem więc w stronę ściany, od której dochodziły błogie dźwięki lanego napoju.
Kolejka składała się z dwóch osób. Ubranej w szary dres kobiety, która przeskakiwała z nogi na nogę. Stała, niecierpliwie czekając, aż facet przed nią wyjmie papierowy kubeczek z podajnika. Z tej perspektywy nie widziałem, jak wyglądał ani w co jest ubrany. Nie kojarzyłem go, w przeciwieństwie do blondynki stojącej tuż za nim. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo od tyłu łudząco przypominała jedną z kelnerek hotelu, w którym pracowałem. Wysoka blond kitka, która według tamtejszego dress code'u była wymogiem. Nawet teraz, gdy kobieta wierciła się w miejscu, jej postawa była prawie idealna. Można by powiedzieć, że tak samo wymuszona.
Wciągnąłem powietrze, powoli zaczynając tracić nadzieję. Jeśli Veronica się spóźni, widzenie zostanie odwołane. Chociaż dla mnie zegar stał w miejscu, w rzeczywistości czas upływał nieubłaganie szybko. Na tyle szybko, że nie zdążyłem zauważyć, że nie byłem już jedyną osobą przy stoliku, a facet spod automatu zniknął mi sprzed oczu.
28. RAZ, DWA, TRZY, TERAZ UCIEKASZ TY
Alessandro
- Ciężko tu się do ciebie dostać bez papierka, wiesz?
Patrzyłem na twarz, która już dawno trafiła na tyły mojej głowy. Tam, gdzie miała zostać zapomniana i wymazana z całkowitej egzystencji. I to tylko po to, żebym potrafił się jakoś powstrzymać.
Lewa brew nieco bardziej od prawej osunięta w dół. Głęboko osadzone oczy. Usta pełniejsze od nagminnego wydymania warg.
Wszystko dokładnie tak, jak zapamiętałem.
- Wybacz, że musiałeś czekać. - Chad pociągnął nosem, kładąc ręce na stole zupełnie tak, jakby był jego własnością. - Bo czekałeś, prawda?
Wbiłem spojrzenie w jego oczy, chcąc przedostać się nim do jego mózgu i pozbawić go zdolności mowy.
- Posmutniałeś. Ach, no tak! - Podniósł głos, zwracając tym uwagę strażnika. - Ty naprawdę myślałeś, że to ona do ciebie przyjdzie, hm? - powiedział kpiącym tonem i oblizał wargi, na które już po chwili wpłynął protekcjonalny uśmiech. - Musisz przestać się oszukiwać, Alessandro. Życie w kłamstwie nie ma sensu. Prawdę mówiąc, w twoim przypadku życie pod żadną postacią nie ma większego sensu. A wiesz dlaczego?
Pochyliłem barki nad stołem, unosząc nieco głowę. To, co wisiało w powietrzu, zatrzymało jakiekolwiek poczucie moich podstawowych potrzeb. Nie musiałem już mrugać ani skupiać się na tym, czyje wargi wypowiadają poszczególne słowa. Przestałem zwracać uwagę nawet na strażników stojących w obu końcach sali. W pewnym momencie nie wiedziałem nawet, czy jeszcze oddycham.
- Illuminami33 - odpowiedziałem nieświadomy, kiedy to słowo opuściło moje usta.
- Nie musisz się pogrążać. Nie przy mnie. - Pokręcił głową. - Ty nawet Włochem nie potrafisz być w stu procentach. Zresztą dokładnie tak jak i facetem. Nic dziwnego, że Veronica potrzebowała wsparcia kogoś więcej. - Zlustrował mnie wzrokiem i zatrzymał się na uniformie w miejscu naszywki z moim nazwiskiem. - Poszła w ślady twojej matki. W końcu kobiety lubią skoki w bok. Jako Włoszka twoja matka miała sporo do zaoferowania, łatwiejsza robota. No i mamy... - Uśmiechnął się tępo. - Tak właśnie powstają ludzie tacy jak ty, Alessandro.
Właśnie wtedy coś w środku mnie pękło. Te słowa sprawiły, że ochota poderżnięcia mu gardła przestała być ochotą, a stała się realnym zagrożeniem. A jemu dokładnie o to chodziło. Robił i mówił wszystko, żeby wyprowadzić mnie z równowagi, żeby znaleźć mój słaby punkt i wykorzystać moją furię przeciwko mnie.
Chad mógł mnie obrażać. Mógł wypominać mi fakt, że siedzę w więzieniu, i kłamać o mnie, ile tylko chciał, ale był temat, którego, kurwa, nie miał pierdolonego prawa poruszać. Dotykanie tematu, który choćby w najmniejszym stopniu zahacza o moich bliskich, może skutkować tylko jednym.
Wszedł na ścieżkę, która prowadziła go tylko do końca.
Korzystając z okazji, że Chad skupił się na rejestrowaniu mojej reakcji, gwałtownym ruchem sięgnąłem po jego nadgarstek. Złapałem go z całą siłą. Ze wszystkim, co siedziało we mnie, odkąd przestałem widywać swoją Rossę. Ściskałem go tak, żeby cały mój gniew, choćby miał przenieść się na niego przez moją własną krew, dotarł do niego. Miał poczuć moją tęsknotę, wiedzieć, że cierpienie po stracie matki było moim największym pierdolonym koszmarem, że nawiedzało mnie latami, nie pozwalając funkcjonować w dzień i zasnąć po zachodzie słońca.
- No dalej, Alessandro. - Przerwał na moment, żeby spojrzeć mi głębiej w oczy. - Złap. Mnie. Mocniej. - W jego ślepiach nie było ani grama paniki. Jednak ból, jaki odczuwał, przebijał się przez jego wyraz twarzy, a ja napawałem się nim bardziej, niż sobie wyobrażałem.
Posłuchałem go. Życzenie Chada było dla mnie rozkazem i dostał to, o co prosił.
Uchwyt był teraz na tyle mocny, że mimo materiału płaszcza czułem, jak nacisk przesuwa żyłę znajdującą się pod jego skórą. Nie odrywałem wzroku od przepełnionej goryczą twarzy mężczyzny, aczkolwiek kątem oka i tak wyłapałem to, jak jego ręce robią się bledsze z każdą sekundą.
Im mocniej go trzymałem, tym więcej czułem. Byłem gotów walczyć do samego końca tylko po to, żeby już nigdy go nie puścić.
- Przecież czekałeś na to tak długo. Od tamtego wieczoru w hotelu, pamiętasz? - mówił do mnie, choć jego słowa ledwo docierały do mojej świadomości. - Już wtedy chciałeś to zrobić. Wiem to.
Przypomnienie mi o nim leżącym w tamtym łóżku zabolało. Nie mnie, a jego.
Chad złapał się kantu stołu drugą ręką. W przeciwieństwie do koloru skóry na dłoniach twarz miał całą czerwoną i bliską paraliżu przez to, jak bardzo próbował powstrzymać swoje reakcje.
- Brakuje ci wrażeń w łóżku, Chad? - zapytałem, co od razu go zdezorientowało. Chciał dalej grać w swoją grę, lecz ja rozwiązałem ją, zanim zdążył rozstawić wszystkie pionki na planszy. - Po to nagrywasz swoje jęki?
Nie luzując chwytu, obróciłem jego nadgarstek. Pociągnąłem go w swoją stronę i wiedząc, że narażam się na zwrócenie uwagi strażników, zaryzykowałem. Jednym prostym ruchem odsłoniłem rękaw jego płaszcza, pod którym, dokładnie tak jak wyczułem, znajdowało się okablowanie. Cienki jak cholera przewód kończący się gdzieś przy szyi, gdzie mieścił się mały jak ziarenko piasku mikrofon. Taki, który wyłapywał wszystkie potrzebne dźwięki.
Taki, którego używało się na widzeniach, żeby wyciągnąć z więźnia wszystko, co było potrzebne tym posadzonym wyżej. Wszystko to przy użyciu bliskich dla osadzonego osób. Ale Chad nie był mi bliski. Nie był mi też obojętny.
Chad był tym, który miał zatrzymać mnie za kratami na o wiele, wiele dłużej.
Widocznie sprawienie, że jego samochód nie miał prawa odjechać, było niewystarczające, by odsunąć go na dalszy tor.
- Nie muszę ich...
Już miałem nie pozwolić mu dokończyć. Bez wahania chciałem wstać i dać się ponieść temu, co rozrywało mnie od środka. Zrobiłbym to, gdyby nie krzyk strażnika. Coś, co dawało mi jeszcze więcej możliwości, o których Chad nie miał pojęcia.
- Osadzony! Koniec widzenia, wychowawca prosi do siebie.
29. TRZY, DWA, JEDEN, NIECH STRACH CIĘ PONIESIE
Veronica
Mimo że wiadomości od zastrzeżonego numeru tak bardzo mnie przerażały, jeszcze bardziej się bałam, kiedy przez kilka następnych dni nie otrzymałam ani jednego nowego SMS-a. Dziwny niepokój towarzyszył mi nie dość, że z tyłu głowy, to jeszcze gdzieś na dnie żołądka, który ostatnio miał spory problem z przyjęciem jakiegokolwiek posiłku.
Każdą wibrację w telefonie traktowałam priorytetowo. Zresztą tak samo jak wykonanie planu, który obejmował moje udanie się do hotelu, w którym pracował Aless, i poinformowanie go o tym, że jest obserwowany. Nie wiedziałam tylko, co tak naprawdę mógłby z tym zrobić. W jego sytuacji mało dało się zrobić, a jeden ruch w złą stronę mógł przekreślić go w mgnieniu oka. Wiedziałam, jak ważna jest dla niego zewnętrzna praca, i nie mogłam dopuścić do tego, żeby ją stracił.
Byłam między młotem a kowadłem.
W mojej głowie przebijało się tyle myśli, że nawet próbujący mnie zirytować Theo nie potrafił sprawić, żebym się zdenerwowała. Szczerze mówiąc, to póki nie zaczął krzyczeć mi do ucha, nawet nie zauważyłam, że czegoś ode mnie chce.
- Uspokoisz się, ty mały diable? - Mama się zaśmiała i złapała mojego brata za ramiona.
Siedzieliśmy przy wyspie kuchennej we trójkę, bo tata wyszedł na męskie spotkanie z kolegami. Właśnie to było powodem, dla którego Theo nie chciał dać nam spokoju. Był obrażony, że tata nazwał go zbyt małym na wyjście z jego kumplami.
- Diabły mają ogony, a mi do tego jeszcze daleko - odparł, uchylając się tak, żeby mama została z rękami w powietrzu, bo nie miała już za co trzymać.
- Za to do wyhodowania rogów dużo ci nie brakuje - dodałam, łapiąc za kubek herbaty.
- Ronnie. - Pokręciła głową, choć na jej ustach malował się drobny uśmieszek zdradzający jej prawdziwe zamiary. - Powiedz, jak ci idzie z tymi praktykami. Mało o nich mówisz, a na pewno sporo się tam dzieje.
Żebyś wiedziała, mamo.
Moje kolano chowające się pod blatem niemal od razu poszło w ruch, którym próbowałam rozładować natarcie emocji.
- Praktyki jak praktyki... Głównie skupiam się na prowadzeniu zajęć. Takich, wiesz, przygotowujących ich do powrotu na wolność. Jak znaleźć pracę, jak powoli wdrożyć się do świata, gdzie przeczytać o nowościach w technologii czy polityce, i takie tam - tłumaczyłam. - Czasem coś posprzątam czy posortuję dokumenty. Zajmuję się też ogródkiem więziennym, w którym ostatnio udało nam się trochę odgruzować i nawet posadzić pomidory.
- Nie boisz się czasem? Że któryś z nich nagle cię zaatakuje albo...
- Nie, mamo. Na początku miałam takie nastawienie, ale z czasem wyczuwasz tych ludzi i zauważasz w nich też dobre cechy. Widzisz, że jeden tęskni za rodziną i jest najzwyczajniej w świecie sfrustrowany, a nikt nie dał mu pola do wyżycia się. Kolejny po cichu rysuje niedopałkami z popielniczki, inny uczy się wiązać liny, żeby potem robić to samo z włosami swojej córki - wymieniłam, urywając kontakt wzrokowy. - Owszem, ci ludzie zrobili złe rzeczy, niektórzy nawet niewybaczalne. Ale to nie zmienia faktu, że nadal są ludźmi. Im dłużej tam jestem, tym więcej rozumiem. Może nie wszyscy zasługują na wytłumaczenie ich działań czy zachowania, ale...
Mama nie pozwoliła mi dokończyć, bo zaplotła palce z moją wolną dłonią. Przełknęłam gulę w gardle i spojrzałam jej w twarz, szukając ukojenia w jej oczach.
- Jestem z ciebie dumna, Ronnie - powiedziała, posyłając mi czuły uśmiech, który sprawił, że od razu zrobiło mi cieplej.
- Ja tam bym się nie bał pracować w więzieniu. Siałbym postrach w całym zakładzie i każdy by się mnie bał - wtrącił się Theo, wpychając się między mnie a naszą mamę.
- Z pewnością, dziecko.
Gdy usłyszałam słowa brata, przypomniała mi się jedna bardzo ważna rzecz, o której prawie bym zapomniała.
- A co do strachu. Bać to ja bym się mogła, bo moja mama rozpowiada na prawo i lewo, do jakiej szkoły chodzi mój brat i kiedy jest przeze mnie odbierany - stwierdziłam z nutą ironii w głosie, unosząc brwi w stronę rodzicielki. - A co, jakby to nie był Chad, a jakiś obcy typ podający się za mojego chłopaka? - Nie żeby jakoś bardzo odbiegał od tego opisu. - Jemu też byś wszystko wyśpiewała, bo skomplementował twój obiad?
- Ja już nie rozumiem, o co chodzi z tym Chadem. Poza tym nie wiem też, o czym mówisz, Ronnie. - Spojrzała na mnie ze skwaszoną miną.
- No tak, bo Chad to taki dobry chłopak, zawsze "dzień dobry" na klatce mówi. - Pokręciłam głową, przewracając oczami. - Nie możesz wszystkiego tak od razu podawać na tacy, mamo. Zwłaszcza moim znajomym, gdy mnie przy tym nie ma.
- Tego, że był miły, to mu odebrać nie można. - Uniosła kubek. - Znajomi to znajomi, a w tym przypadku byłam pewna, że Chad jest kimś więcej. Poza tym nie rozmawialiśmy o niczym poza moją świetną kuchnią i drygiem do dekorowania salonów. Nie przypominam sobie, żebym w którymkolwiek momencie wspominała coś o szkole Theo, a już tym bardziej że go odbierzesz, więc nie zrzucaj teraz...
Przez chwilę byłam pewna, że się przesłyszałam.
- Chwila... - przerwałam jej monolog. - Jesteś pewna, że nic mu nie powiedziałaś? Nawet przez przypadek? - dopytałam dla pewności.
- Dziecko, czy ja mówię niewyraźnie? Po co miałabym dzielić się z nim adresem szkoły twojego brata? Gdyby chciał go poznać, to równie dobrze mógłby zapytać o to ciebie.
Wstrzymałam oddech. Chad nie wiedział tego ani ode mnie, ani od mojej mamy, jak twierdził. Nie mógł tego wiedzieć od nikogo innego. Nie miał prawa o tym wiedzieć.
Więc jakim cudem znalazł się pod tym pieprzonym adresem o idealnej porze?
- Ronnie? - usłyszałam zmartwienie w jej głosie, lecz nie potrafiłam odpowiedzieć, bo zakłopotanie przejęło moje myśli.
- Hmm? - wybąkałam, skupiając się na widoku za oknem. Wpatrywałam się w samochód mijający dom rodziców, co moja mama odebrała jako znak.
- Odwieźć cię? - zapytała, myśląc, że to dlatego gapię się na przejeżdżające obok auta.
- Ja... - zająknęłam się. Nie chciałam sprawiać mamie przykrości, ale ostatnio nie byłam do końca sobą. Nikt by taki nie był w momencie, gdy nie wie, co począć. - Przepraszam, mamuś. - Spojrzałam na jej pełną zrozumienia twarz. - Jestem jakaś rozkojarzona...
- Coś cię trapi, myszko?
Gdyby tylko coś, a nie ktoś...
- Chyba po prostu jestem trochę zmęczona - odparłam, czym wcale nie skłamałam. Naprawdę miałam już tego wszystkiego po dziurki w nosie.
Podróż samochodem zleciała nam na zwierzaniu się sobie nawzajem i dawce śmiechu, bo po raz pierwszy od dłuższego czasu miałyśmy z mamą czas tylko dla siebie. Oczywiście to wcale nie tak, że Theo mi przeszkadzał, lecz czasem czułam potrzebę mieć mamę tylko dla siebie. Żebyśmy na chwilę mogły być po prostu mamą i córką, które plotkują o nieudanej fryzurze sąsiadki czy o tym, że poprzedniego dnia były na zakupach spożywczych. To były te drobne rzeczy, których zawsze brakowało najbardziej. Poza tym nasza mama również potrzebowała chwili oddechu, nawet jeśli miało to być w jej własnym aucie w drodze powrotnej.
Wyjęłam klucze z kieszonki torebki i wsadziłam je w zamek. Szczęk, który spowodowany był przekręceniem, brzmiał nieco inaczej niż zwykle, przez co ostatnio zaczynałam zastanawiać się nad wybraniem numeru do ślusarza. Z każdym kolejnym zamknięciem czy otwarciem drzwi liczyłam w duchu, że to nie ten ostatni raz i zamek jeszcze pożyje.
Pchnęłam klamkę w dół łokciem wolnej ręki. Drzwi puściły, a klucz wrócił w całości na swoje miejsce na komodzie przy wejściu.
Zrzuciłam buty ze stóp, ciesząc się, że nie mam na sobie dżinsów, które zdecydowanie nie zeszłyby przez opuchliznę kostek, która często pojawia się u mnie przez wodę zatrzymaną w organizmie. Odwiesiłam torebkę na wieszak, bo tak było mi po prostu wygodniej. Przy wejściu próbowałam jeszcze powalczyć z włącznikiem światła, który jako kolejna rzecz w tym mieszkaniu odmawiał posłuszeństwa. Szłam więc ciemnym korytarzem, czując, jak gęsia skórka pokrywa moje nogi. Powiew chłodu sprawił, że odruchowo zacisnęłam uda, bo nie chciałam pójść w ślady Marilyn Monroe.
Pokręciłam głową, bo zbyt często zdarzało mi się zostawiać otwarte okno w kuchni i już nie raz, nie dwa musiałam ratować zwiane przez wiatr doniczki z ziemią rozsypaną po całej podłodze albo zalane panele, które przegrały walkę z zacinającym deszczem. Powtórka z rozrywki nie była mile widziana.
Choć w całym mieszkaniu panowała ciemność, skręciłam w stronę sypialni.
- Gasić światło. Odłączać kontakty i zamykać te pieprzone okn... - Próbowałam powtórzyć na głos wszystko, żeby w końcu wbić to sobie do głowy, ale nie dokończyłam zdania. Nie udało mi się to, ponieważ silne szarpnięcie sprawiło, że straciłam całe powietrze z płuc.
Ktoś zakneblował mnie dużą ręką, zabierając tym możliwość krzyku.
Nie wiedziałam, co się dzieje. Wierzgałam nogami i machałam rękami, próbując odnaleźć się w sytuacji, która już teraz nie miała żadnego wyjścia. Wszystkie dźwięki, które miały opuścić moje usta, zostawały w środku, stłumione przez ciasny uścisk. Rozpaczliwie rozglądałam się po mieszkaniu, czując, jak się przemieszczamy. Jak ten, kto mnie złapał, przenosi mnie gdzieś, a ja tracę poczucie przestrzeni we własnym domu.
Serce przyspieszyło mi razem z oddechem, który okalał jego palce.
To musiał być mężczyzna. Z pewnością nim był, bo siła i gabaryty nie równałyby się kobiecie. Z łatwością mnie unosił, trzymając tak, że nie miałam możliwości robić gwałtownych ruchów rękami, a kopnięcia nóg nie robiły na nim wrażenia.
To wszystko trwało sekundy. Jeden krótki moment później byliśmy już blisko drzwi wyjściowych, a ja miałam ochotę wyć, czując, że zaraz zostanę porwana.
To była ta chwila.
Mężczyzna nie odstawił mnie na podłogę ani nie zbliżył się już do drzwi. Stanął prawie że na środku korytarza, zwrócony w ich stronę. Zupełnie jakby chciał, żebym się ich bała. Jakby chciał, żebym na nie patrzyła.
I tego właśnie chciał. Zaprowadził mnie w to miejsce nie przez przypadek, bo już po chwili obrócił nas w lewą stronę tak, że teraz widziałam w lustrze swoje odbicie. Nasze odbicie, które przysłaniała ciemność panująca w pomieszczeniu. Odbicie, w którym widziałam jego rękę zaciśniętą na moich ustach i brodzie. Właśnie ta dłoń sprawiła, że zaprzestałam jakichkolwiek prób ucieczki czy wydostania się z jego ramion. Nie wierzgałam już, nie próbowałam kopać i krzyczeć.
Od razu ucichłam.
- Ciii - szepnął, chyląc się nad moim uchem. Ciepło jego oddechu sprawiło, że moje serce wskoczyło na jeszcze wyższe obroty.
To naprawdę jest on.
- Witaj, mia Rossa.
30. ZAKOCHANY KUNDEL
Veronica
Czaszka. Zdradził go tatuaż czaszki, bo to właśnie go chciał mi pokazać.
Nie potrafiłam tego zrozumieć. Był tutaj, Alessandro był tutaj. Stał tuż za mną, za moimi plecami, w moim mieszkaniu. Trzymał mnie, był prawdziwy, a nawet się do mnie odezwał. Nazwał mnie tak, jak tylko on to robił. Niósł mnie tak, że oplatał mnie ciasno ramionami, ale nie robił mi tym krzywdy.
Dokładnie tak jak zawsze.
- Aless? - zapytałam, a mój głos sprawił, że wszystkie lody między nami stopniały w ciągu sekundy. Nie zdążyłam nawet zerknąć przez ramię, żeby mu się przyjrzeć. Nie dałam rady, bo Aless naparł na mnie, zanim udało mi się w pełni obrócić.
Wylądowałam plecami na chłodnej ścianie, ale teraz mi to nie przeszkadzało. Miałam gdzieś wszystko wokół, bo dostałam to, czego mój organizm pragnął bardziej od najważniejszych ludzkich potrzeb.
Alessandro nakrył moje wargi swoimi, nie pozwalając mi na nic więcej. Całował mnie tak, jakbym zaraz miała się rozpaść. Chłonął każdy bodziec, każde mruknięcie i sapnięcie, które zmiennie opuszczały nasze usta. Błądził rękami wzdłuż mojej talii zupełnie tak, jakby nie był do końca pewien, czego szuka. Jakby chciał na nowo nauczyć się każdego milimetra mojego ciała, zapamiętać je i schować gdzieś głęboko w czeluściach pamięci, gdzie tylko on miał do nich dostęp.
Rysował opuszkami palców po moim wystającym spod bluzki brzuchu, momentami najeżdżał na materiał spódniczki. Nie potrzebował wiele, żeby odnaleźć drogę do moich pośladków. Zacisnął na nich dłonie i podciągnął mnie tak, że moje stopy ponownie oderwały się od podłoża.
Nie wiedziałam, czy płakać, krzyczeć, całować go, czy może błagać, by przestał, żebym choć na chwilę mogła popatrzeć mu w oczy. Chciałam go widzieć, oglądać jego twarz i emocje, które skrywał pod grubą skorupą przed ludźmi. Czasem obnażał je tylko przede mną. Chciałam przypomnieć sobie jego bliznę i wszystkie rysy, które czyniły go moim Alessem.
Powietrze bardzo szybko skończyło nam się na tyle, że Aless musiał odpuścić i dać za wygraną. Oderwał się od moich ust, lecz w żadnym momencie nie zezwolił na to, byśmy oddalili się od siebie choćby na centymetr.
Oddychałam szybko, czując, że moja pierś nie nadąża za częstotliwością wydychanego powietrza.
- Aless... - odezwałam się nieco zachrypniętym głosem, nie mogąc już dłużej znieść tej ciszy. - Jesteś tu... Jesteś...
Nie potrafiłam ubrać w słowa tego, co przechodziło przez moje myśli. Adrenalina, szok i niedowierzanie, które nie malały, mimo że czułam jego pocałunki i upewniłam się, że naprawdę przede mną stoi.
Dwa wdechy później Alessandro przyszpilił mnie z powrotem do ściany i uniósł za pośladki. Trzymał mnie za nie bezpośrednio, przez co spódniczka zdążyła mi się już podwinąć.
Tym razem to ja go pocałowałam. Składałam mokre pocałunki na jego szyi i wsłuchiwałam się w dźwięki, które dla mnie wydaje. Drobne sapnięcia, którymi doprowadzał mnie na skraj szaleństwa. Coś, co napędzało mnie do dawania mu tylko więcej i więcej.
Przejechałam językiem wzdłuż napiętej żuchwy mężczyzny, i to właśnie wtedy poczułam pierwsze pchnięcie jego bioder, które domagały się ulgi.
- Jesteś wolny? - bardziej zapytałam, niż powiedziałam, gwałtownie odciągając głowę do tyłu. Musiałam na niego spojrzeć, kiedy wypowiadałam te słowa. Nie umiałam być ich w stu procentach pewna, bo tak naprawdę nie wiedziałam, jak się tu w ogóle znalazł.
Aless oparł czoło o moje czoło, dając sobie chwilę na przepracowanie tego, o co właśnie spytałam.
- Dwa dni - przerwał ciszę, która między nami zapadła. - Mamy dla siebie dwie doby.
Czterdzieści osiem godzin. Dokładny wymiar czasu, który dla siebie dostaliśmy.
A więc przepustka.
- J-jak? Jak ty... - Nie potrafiłam wydusić z siebie niczego więcej.
Aless złożył na moich wargach delikatny, przepełniony czułością pocałunek, który mimo to nie odstawał żarem od tych wcześniejszych. Byłam na skraju łez, bo chociaż ta informacja powinna być dla mnie zbawieniem, była też największym koszmarem. Zdawałam sobie sprawę, że teraz zbliżymy się do siebie jeszcze bardziej, a potem nasze drogi znów się rozejdą. Nie będziemy umieli już tak samo na siebie patrzeć i zwyczajnie funkcjonować tak jak dotychczas.
- Starałem się o to od cholernie długiego czasu. Wychowawca początkowo się opierał, ale robiłem wszystko, żeby go złamać - wyjaśnił stanowczym tonem. - Wszystko po to, żeby cię znów, kurwa, zobaczyć.
Po tych słowach położył dłoń na mojej brodzie i sięgnął kciukiem po dolną wargę. Przejechał po niej palcem i wygłodniale jej się przypatrywał.
- Planowałem wyjść, żeby znowu poczuć, że żyję. Że moje istnienie ma jeszcze jakiś sens i nie jestem tylko kolejnym osadzonym, który trafił do celi, żeby zastąpić tego, który przed nim umarł. Chciałem... Chciałem wrócić do tego wszystkiego, do tego, co za sobą zostawiłem... - Jego wzrok zbłądził w poszukiwaniu odpowiednich słów do wyrażenia tego, co czuje. - Ale nigdy, przenigdy nie pomyślałbym, że wyjdę stamtąd dla...
- Dla? - wtrąciłam się. Doszukiwałam się w jego słowach drugiego dna.
- Dla ciebie, mia Rossa - wyrzucił z siebie szybko, wpatrując mi się głęboko w oczy. Nigdy wcześniej nie widziałam u kogoś takiego poziomu emocji, takiego chaosu zamkniętego w oczach. Czegoś, co znaczyło więcej niż tysiąc słów. - Wyszedłem dla ciebie i jeśli miałbym jeszcze kiedykolwiek wrócić na wolność, wróciłbym w to samo miejsce. Zawsze będę wracać tylko do ciebie, bo już się ode mnie nie uwolnisz, rozumiesz?
Przełknęłam ślinę, pozwalając mu, żeby wpił zęby i pociągnął nimi za moją wargę. Spod półprzymkniętych oczu widziałam, jak na mnie patrzy. Jakby chciał wyciągnąć ze mnie duszę i przywiązać ją do siebie grubym łańcuchem. Chciał mnie. Pragnął wszystkiego, co byłam mu w stanie zaoferować, i jeszcze więcej.
- Tu mi appartieni34.
Pokręciłam lekko głową, dalej nie dopuszczając do siebie myśli, że to wszystko dzieje się naprawdę. Gdy usłyszałam, jak Alessandro mówi po włosku, coś w środku mnie pękło. Czułam silną chęć wyciągnięcia do niego rąk i nie zamierzałam się jej opierać. Położyłam je na jego twarzy i dotknęłam lekko rozpalonej skóry. Musnęłam jego nos, policzki i czoło, zahaczając przy tym o pełne, grube brwi. Pomyślałam, że gdyby ta sytuacja nie była szansą, a codziennością, pewnie pobiegłabym do łazienki po pęsetę i ganiała Alessa po kuchni, by zmusić go do zabiegu domowego spa. Ale nic, co się ostatnio działo, nie było ani codziennością, ani normalnością, i oboje musieliśmy się z tym pogodzić.
- C-co teraz, Aless? - zająknęłam się, pociągając nosem. Jakimś cudem powstrzymałam łzy, lecz tego nie potrafiłam zatrzymać. - Ja... nie wiem, co powiedzieć.
- Nic nie musisz mówić, mia Rossa - odpowiedział, jednak to mi nie wystarczyło. Dotarło do mnie, że był w moim mieszkaniu, zanim do niego weszłam.
- Ile tu na mnie czekałeś? - zapytałam, spuszczając dłonie z twarzy Alessa na jego tors. Dopiero wtedy zauważyłam, że jest ubrany tak... normalnie. Wyglądał jak mężczyźni, których widuję na ulicach. Miał na sobie zwykłe niebieskie dżinsy i czarną koszulkę, opinającą rozbudowaną klatkę piersiową.
- Kilka godzin - powiedział gładko, jakby ten czas był niczym ważnym. - Ale to nie ma znaczenia.
- Oczywiście, że ma znaczenie - oburzyłam się. - Jadłeś coś? Piłeś? Spałeś? Może chcesz wziąć prysznic albo...
- Może musisz się uciszyć? - przerwał mi.
- Co? - zapytałam wybita z rytmu, bo Aless zaczął całować moją szyję. Zakwiliłam, wciągając powietrze do płuc, po czym wstrzymałam oddech. Sunął ustami po mojej skórze, zostawiając za sobą ślady po zębach, którymi co jakiś czas przygryzał ją w akompaniamencie moich sapnięć.
- Umyłem się przed wyjściem, ale chętnie skorzystam z prysznica, który nie pryska zimną wodą na wszystkie strony. No chyba że twój też tak robi? - Zaśmiał się lekko, odsuwając od mojej szyi.
Odchrząknęłam.
- Aless... - Pokręciłam głową. - Idź się wykąp, a ja w tym czasie przygotuję ci coś do jedzenia, okej? - zaproponowałam, kiedy wreszcie się od siebie odkleiliśmy.
- W porządku - zgodził się i obrócił plecami do mnie, po czym ruszył przed siebie.
- Łazienka jest...
- Wiem - odpowiedział, znów mi przerywając.
No tak.
Woda w garnku powoli zaczynała się gotować. Otworzyłam górną szafkę w poszukiwaniu makaronu, stale nasłuchując, co się dzieje w łazience. Dźwięk prysznica ustał już jakiś czas temu, ale Aless dalej nie wyszedł z łazienki. I dopiero kiedy zaczęłam się nad tym zastanawiać, dotarło do mnie, że nie dałam mu nawet żadnego ręcznika.
W pośpiechu sięgnęłam po paczkę makaronu typu spaghetti. Wyjęłam całą zawartość, bo wolałam zrobić za dużo niż zbyt mało dla nas dwoje. W końcu nie miałam pojęcia, jakie porcje zazwyczaj jada Alessandro.
- Wszystko okej? Chcesz ręcznik?! - krzyknęłam, w tym samym momencie wzięłam nitki makaronu i złamałam je na pół w miarę równo. Zazwyczaj tak nie robiłam, ale tym razem chciałam, żeby szybciej się ugotowały.
- Porca puttana35 - usłyszałam za swoimi plecami, na co gwałtownie podskoczyłam.
- Co? - Obróciłam się w stronę Alessa. - Och...
Stał przede mną, i to w samym ręczniku, ledwo trzymającym się wokół jego pasa, dokładnie tak jak moja gęba ledwo trzymała się w zawiasach na ten widok. Przełknęłam ślinę, trochę za długo zawieszając wzrok na podziwianiu białego materiału zaczynającego się trochę poniżej linii "v" i kończącego nieco powyżej kolan.
- Nic... Nic. - Pokręcił głową i przetarł twarz ręką, prawie ściągając z niej skórę. Mimo zaprzeczenia wyglądał, jakby coś go wewnętrznie zabolało.
- Cholera - wymsknęło mi się, podczas gdy złapałam za łyżkę i wymieszałam makaron w garnku.
- Co się stało?
- Chyba zapomniałam posolić wodę na makaron... - przyznałam, wpatrując się w bąbelki utrzymujące się na wodzie.
Westchnięcie Alessa wypełniło kuchnię, a ja poczułam się jak kompletna niezdara. Tak bardzo chciałam zrobić mu normalny posiłek, którego zapewne nie miał w ustach od dłuższego czasu, a jedynie wsadziłam nitki makaronu do garnka. I to połamane nitki, bo byłam pewna, że tym sposobem przyspieszę ich ugotowanie.
- Przepraszam, ja po prostu... - Próbowałam się wytłumaczyć, lecz Alessandro nie pozwolił mi powiedzieć nic więcej. Podszedł, złapał mnie od tyłu za biodra i obrócił przodem do siebie. Chwycił mnie za brodę i kiedy chciałam uciec od niego wzrokiem, uniemożliwił mi to jednym ruchem.
- Nigdy... - Pokręcił głową. - Nigdy nie przepraszaj za to, że robisz coś dla kogoś. A już tym bardziej nie przepraszaj za coś, co robisz dla mnie. Zjadłbym ten makaron, choćbym miał popić go wrzątkiem, rozumiesz?
Nie potrafiłam przekonać się do jego słów. Ani tych o makaronie, ani o przepraszaniu.
- Nie. Nie musisz tego jeść. Może po prostu coś zamówimy, bo ja naprawdę... - Nie dokończyłam, bo Aless palcem wskazującym, którym jeszcze przed chwilą trzymał moją brodę, teraz naciskał moje usta w geście ciszy.
- Ufasz mi, mia Rossa? - spytał, sunąc palcem w dół moich ust i sprawiając, że ich dolna warga zostawiła po sobie mokry ślad na jego skórze.
Nie wiedziałam, o co mu może chodzić, ale nie musiałam się zastanawiać nad odpowiedzią. Wbrew pozorom to właśnie jemu ufałam najbardziej.
Kiwnęłam głową.
- Dobrze - odparł krótko. I dokładnie tyle samo, co odpowiedź, zajęło mu złapanie mnie za biodra. Silnymi ramionami uniósł mnie i z taką samą łatwością obrócił nas tak, że teraz siedziałam na wyspie kuchennej i oglądałam go na tle płyty gazowej i reszty blatów.
W samym, kurwa, ręczniku, który, niestety, mu nie spadł.
Kilka pocałunków, tłumaczeń, gdzie znajdują się przyprawy, i wysłuchiwań, że nie mam prawa się ruszyć, później Alessandro skończył przygotowywać sos. Ugotował też na nowo makaron, którego ani nie złamał, ani nie zapomniał posolić.
Oglądałam, z jaką łatwością przychodziło mu poruszanie się po kuchni. I nie chodziło mi o to, że wiedział, gdzie co znaleźć, bo wcale mnie to już nie dziwiło, ale o to, jak sprawiał, że gotowanie wydawało się takie... proste. Chyba pierwszy raz w życiu widziałam, jak ktoś gotuje z taką pewnością, bez żadnego przepisu, dodając wszystkie składniki "na czuja".
- Uwielbiam sosy pomidorowe - powiedziałam, gdy Aless nakładał porcje na talerze. - Ten wygląda naprawdę smacznie, wiesz?
Chociaż to, co mówiłam, było najszczerszą prawdą, chciałam mu się też przypodobać. Głównie po to, żeby w końcu pozwolił mi zejść z blatu, bo powoli przestawałam mieć czucie w palcach u stóp. Niestety, Alessandro pozostawał nieugięty i żaden komplement na niego nie działał. Musiałam więc improwizować.
- Weź jeden koniec makaronu do ust - poleciłam, kiedy postawił talerz tuż obok mojego uda.
- Po co? - zapytał, unosząc brew.
Popatrzyłam na jego nadal nagi tors i w pewnym sensie cieszyłam się, że w międzyczasie poszedł włożyć spodnie.
- Jak to po co? Żebyśmy mogli odegrać scenę jak z Zakochanego kundla i zjeść w ten sam sposób spaghetti - wyjaśniłam, co dla niego nie wydawało się takie oczywiste. - Nawet mi nie mów, że nie znasz tej bajki.
- Znam. Ale po pierwsze, spaghetti to nie danie, a rodzaj makaronu, a po drugie, nie mam zbyt dużo wspólnego z kundlem.
- W sumie to trochę masz. Też uciekasz przed hyclem, tyle że...
- Veronica - skarcił mnie nie tylko tonem i słowem, ale i spojrzeniem.
- Wybacz, musiałam. - Zaśmiałam się nerwowo, złapałam za widelec i wbiłam go w makaron, żeby pospiesznie się czymś zająć. - Ale nie powiesz mi, że w ogóle nie masz nic wspólnego z Trampem - dodałam z pełnymi ustami.
Starte pomidory, świeża bazylia i przyprawy, o których istnieniu w mojej szafce kuchennej nic nie wiedziałam, właśnie rozsadziły moje kubki smakowe. Przeżuwałam naprawdę powoli, żeby pozwolić im poczuć wszystko po kolei.
Nagle już nie żałuję, że musiałam siedzieć na blacie i w bezczynności patrzeć, jak Włoch z krwi i kości dla mnie gotuje.
- Co masz na myśli? - zapytał zaintrygowany, sięgając po drugi widelec.
- Też na początku byłeś zamknięty. Chciałeś od świata czegoś więcej i od razu było to w tobie widać. Pokazałeś mi, jak to jest żyć inaczej, dokładnie tak jak Tramp pokazał to Lady - stwierdziłam dalej zachwycona smakiem sosu. - Poza tym... nie byłeś nigdy tak zakochany, że byłbyś w stanie poświęcić dla kogoś samego siebie?
Po zadaniu przeze mnie tego pytania nastąpiła głucha cisza. Przełknęłam to, co zostało mi w ustach, czując nagłą potrzebę wypicia litrów wody. Pragnienie wydawało się napaść nie tylko na moje gardło, lecz także na coś jeszcze.
- Nie byłem - odpowiedział, a moje serce od razu przestało rwać się do usłyszenia odpowiedzi. Przestało, bo stanęło w miejscu. - Nie byłem, bo to czas przeszły, a to, co czuję, nigdy nie zamieni się w przeszłość - wyjaśnił stanowczo, niedbale odłożył widelec na blat i zbliżył się do mnie tak, że moje kolana stykały się z jego biodrami.
Ponownie przełknęłam ślinę.
- Ty i ja, mia Rossa. My nigdy nie będziemy przeszłością.
31. OCZY Z TYŁU GŁOWY
Veronica
Rzeczywiście w jakimś stopniu przypominaliśmy Lady i Trampa. Spotykaliśmy się po kryjomu w miejscach, gdzie nikt nas nie widział. Będąc razem, łączyliśmy ze sobą dwa kompletnie odmienne światy, które z pozoru nigdy nie miały prawa stać się jednością. Ale nieważne, ile czasu by minęło, za każdym razem ciągnęło nas do siebie tak samo, jak nie coraz bardziej.
- Rysujesz, rzeźbisz, gotujesz... Czego jeszcze się o tobie dowiem, Alessandrze Lancasterze? - zapytałam z przekąsem.
Aless gładko przepłynął wzrokiem po mojej twarzy, jakby to właśnie tam szukał odpowiedzi na to pytanie. Nie zastanawiając się dłużej, podszedł do mnie na tyle blisko, że czułam na skórze jego ciepły oddech. Błądziłam spojrzeniem między jego ustami a oczami, które dalej tak samo intensywnie mi się przyglądały.
- Quello che vuoi36 - odparł i nachylił się tak, że nasze usta prawie zetknęły się w pocałunku.
Aczkolwiek tylko się ze mną drażnił. Muskał moje wargi na tyle delikatnie, że nie byłam w stanie wyłapać potrzebnego mi dotyku. A kiedy już prawie doszło do czegoś więcej, Aless tak po prostu odepchnął się od blatu i zostawił mnie z rozchylonymi ustami, czekającymi na zaspokojenie.
- Ale... - zaczęłam mówić, patrząc, jak odchodzi. Jak gdyby nigdy nic ruszył w stronę mojej sypialni i nawet nie zamierzał poczekać na to, co mam do powiedzenia.
Oblizałam usta i odchrząknęłam, po czym zeskoczyłam z blatu. Bez zbędnego wahania poszłam śladami Alessandra. Chociaż mnóstwo razy widziałam go bez koszulki, a sypialnia należała do mnie, nie potrafiłam tak po prostu tam wejść. Czułam potrzebę zajrzenia przez niedomknięte drzwi w nadziei, że Aless tak szybko mnie nie zauważy.
Upewniłam się, że nie otworzą się bardziej pod naciskiem mojej dłoni, i położyłam ją na klamce, by łatwiej mi było dostrzec mężczyznę. Alessandro stał obok mojego łóżka i akurat sięgał po koszulkę, którą na nim zostawił.
Przygryzłam wargę, obserwując, jak mięśnie na jego plecach pracują z każdym jego ruchem. Śledziłam wzrokiem skórę jego dłoni, potem barków i dopiero wtedy zauważyłam, że przyozdabia je tatuaż, którego jeszcze nie miałam okazji zobaczyć.
- Zrobiłem go jakiś czas temu - odezwał się nagle, sprawiając, że się wzdrygnęłam. - Podoba ci się?
Z tej odległości trudno mi było stwierdzić, co takiego przedstawia. Widziałam tylko dwa kształty, które nic mi nie mówiły. Nie ukrywając się więcej, popchnęłam drzwi i nieśmiało wykonałam kilka kroków. Instynktownie wyciągnęłam rękę, żeby dotknąć jego tatuażu. Aless zastygł w miejscu, pozwalając mi go zbadać.
Kiedy tylko znalazłam się wystarczająco blisko, a opuszki moich palców zetknęły się z wytatuowaną skórą, zamarłam.
- Czy to... - Ledwo wypowiedziałam te słowa, nie będąc w stanie nic więcej z siebie wycisnąć.
- Twoje oczy - wyjaśnił, spoglądając na mnie przez ramię. - Narysowałem je z pamięci i zaniosłem do gościa, który się tym zajmuje. Nie są idealnie odwzorowane, ale ważne, że pełnią swoją funkcję.
Z niedowierzaniem patrzyłam na tatuaż, który łudząco przypominał moje oczy. Oglądając go, czułam się prawie tak, jakbym widziała je w odbiciu lustrzanym.
On naprawdę wytatuował sobie moje oczy.
- Aless, ja... Ja nie wiem, co powiedzieć... - Pokręciłam głową, nie umiejąc sklecić choćby jednego zdania. - To jest... piękne. One są piękne.
W końcu oderwałam od nich wzrok i skupiłam go na spoglądającym na mnie mężczyźnie.
- Dlaczego akurat moje oczy? Dlaczego tutaj? - wypowiedziałam na głos wszystkie pytania nasuwające mi się na usta.
- Chciałem, żebyś już zawsze widziała to, czego nie zauważam ja - odparł i nie tracąc ani chwili dłużej, obrócił się w moją stronę, upuszczając przy tym koszulkę na podłogę.
Wstrzymałam oddech, gdy tylko Aless chwycił mnie za policzki i pocałował. Czułam, jak tym pocałunkiem przekazuje mi wszystko to, czego nie potrafi ubrać w słowa. Starałam się oddawać mu to z nawiązką. Każdą najmniejszą emocję i każde niewypowiedziane słowo, które było rozumiane tylko przez nasze usta, a nawet nie nas samych.
- Chcę ci pokazać coś jeszcze - powiedział, odsuwając się ode mnie, i sięgnął po leżącą na podłodze koszulkę. Włożył ją na siebie jednym zwinnym ruchem, zabierając mi widok swoich tatuaży.
- A co jest tym czymś? - zapytałam z przyspieszonym bicia serca. Wyrywało mi się z piersi, bo odczuwałam ogromną falę emocji w tak krótkim czasie.
- Sorpresa37 - szepnął, wyciągając do mnie rękę.
A ja nie mogłam zrobić nic innego, jak tylko złapać go za dłoń i dać mu się ponieść w nieznane.
32. SEZAMIE, OTWÓRZ SIĘ
Alessandro
Podszedłem do komody i odsunąłem pierwszą z szuflad. Moim oczom ukazała się sterta materiałów po jednej stronie i poukładane w kostkę ubrania po drugiej. Sięgnąłem więc w nieułożoną kupkę, żeby to z niej wyjąć jeden z ciemniejszych, prawie czarnych materiałów przypominających apaszkę. Dokładnie taką, jaką w innym kolorze miałem u siebie.
Obróciłem się z powrotem do wyczekującej na rozwój wydarzeń Rossy.
- Zwiąż włosy. Wysoko, tak żeby w niczym ci nie przeszkadzały - poleciłem, nie chcąc, by zaplątały się w materiał.
Veronica kiwnęła głową i wzięła gumkę leżącą na tej samej komodzie. Bez słowa zebrała włosy i przeplotła je gumką tak, że na samym czubku jej głowy powstała kitka.
- Przeszkadzały? - zapytała niepewnie, kiedy rude pasma pokryły jej ramiona. - W czym?
Wciągnąłem powietrze do płuc. Coś w jej kolorze włosów sprawiało, że nie potrafiłem się opanować. Nie potrafiłem zmusić się do oderwania od niej wzroku, a co dopiero do hamowania tego, co przychodziło mi na myśl.
Kiedy patrzyłem na nią czy też myślałem o niej, moja głowa była przepełniona obrazami. I tymi brudnymi, ociekającymi niepohamowanym pragnieniem, i tymi czystymi jak łza, przypominającymi mi o tym, jak jest delikatna.
- Mhm - mruknąłem, podchodząc bliżej. Nie posłuchałem wewnętrznego głosu, który błagał mnie, bym został w miejscu, i złapałem w palce pojedynczy kosmyk jej miedzianych włosów. Szarpnąłem go lekko, próbując owinąć go sobie wokół kciuka.
Czułem na sobie jej wzrok i chłonąłem to uczucie, jak bardzo tylko mogłem. Robiłem to, bo wiedziałem, że już za moment Veronica nie będzie miała takiej możliwości.
Puściłem kosmyk, który dołączył do reszty burzliwych fal układających się na jej ramionach. Rozciągnąłem materiał w dłoniach i zanim przyłożyłem go do jej twarzy, przyjrzałem się jej jeszcze jeden ostatni raz.
Jest przepiękna.
- Zamknij oczy, mia Rossa - zażądałem, kiedy najmniej się tego spodziewała. I chociaż na jej twarzy pojawiła się nuta zdezorientowania, posłuchała mnie. - Od teraz będziesz zdana wyłącznie na mnie - wyjaśniłem, starannie zakrywając część jej twarzy od brwi aż po czubek nosa. - Będę twoimi oczami. Twoją podświadomością. To ja zdecyduję, gdzie postawisz następny krok, i to ja zatrzymam cię, kiedy tylko najdzie mnie taka ochota. Zaprowadzę cię tam, gdzie nie dotarł jeszcze nikt oprócz mnie. Nikomu nie udało się znaleźć tego miejsca, mia Rossa, więc pokazując ci je, oddaję w twoje ręce mój największy sekret. Moje być albo nie być.
Patrzyłem, jak zachłystuje się powietrzem i przełyka ślinę, wsłuchując się w to, co do niej mówię.
Wiedziałem, że decyzja, którą podjąłem, jest odpowiednia.
- Chodź za mną - szepnąłem tak, żeby pobudzić jej zmysły. Im szybciej pokona zdezorientowanie, tym szybciej zacznie czerpać z tego przyjemność.
Złapałem ją za rękę i pociągnąłem za sobą, zmuszając do ruszenia się z miejsca. Mimo że znała ułożenie swojego mieszkania lepiej niż ktokolwiek inny, zawładnął nią strach i nie pozwalał w pełni zaufać samej sobie. Wolną ręką ślepo szukała pobliskiej ściany, która pomogłaby jej odnaleźć się w sytuacji. Pozwoliłem jej na to, bo chciałem, żeby poczuła się pewniej i w pełni oddała nowym doznaniom.
- Dokąd mnie prowadzisz? - zapytała równie cicho, kiedy znaleźliśmy się w przedpokoju.
- Ty mi powiedz, Rossa - odparłem, gwałtownie puszczając jej dłoń, na co instynktownie obróciła głowę. - Gdzie teraz jesteśmy?
Zrobiłem krok w tył, szybko zderzając się ze ścianą, o którą oparłem się plecami.
- Wydaje mi się, że... - zaczęła, wyciągając ręce. Dotykała ściany wokół siebie, zjeżdżając coraz niżej tak, że teraz zbliżyła się do siedziska, na którym wkłada się buty.
Tak, że jej pieprzona spódniczka podwinęła się zdecydowanie zbyt wysoko.
- Przedpokój - powiedziała energicznie, gdy tylko jej palce zetknęły się z miękkim materiałem poduszki leżącej na siedzisku. Veronice nie trzeba było w niczym pomagać, żeby z łatwością i gracją na niej usiadła.
- Brava ragazza38 - odparłem w nagrodę.
Uwielbiałem mówić do niej po włosku. Wręcz ubóstwiałem fakt, że mnie nie rozumie i mam nad nią przewagę, którą wykorzystuję, żeby prawić jej komplementy, o których nie ma pojęcia. Żeby mówić jej wszystko to, co jest dla mnie ważne, bo dokładnie tak robiła dla mnie moja mama. Gdy tylko chciała powiedzieć mi coś w sekrecie, porozumiewaliśmy się po włosku. Każde nasze "kocham cię" było po włosku i nigdy nie zamierzałem tego zmieniać. Nie wiem, co musiałbym czuć i do czego musiałoby dojść, żeby ta tradycja uległa zmianie.
- Co teraz, Aless? - zapytała, poprawiając spódniczkę i łącząc przy tym kolana.
- Teraz pomogę ci włożyć buty - wyjaśniłem zgodnie z prawdą.
Podszedłem bliżej i z początku nachyliłem się nad nią, żeby upewnić się, że niczego nie widzi. Veronica ani drgnęła, więc korzystając z okazji, uklęknąłem na jedno kolano tuż obok jej stóp.
- A potem? Co będzie potem? - Przygryzła wargę, próbując mnie sprowokować. Wiedziała, co robi, czym wywołała uśmiech na moich ustach.
Decydując się zagrać w jej grę, złapałem za czarne, lakierowane szpilki, stojące blisko reszty butów. Pewnym ruchem oplotłem ręką kostkę Veroniki, wywołując tym dźwięk westchnienia z jej ust.
Dokładnie tak jak tego chciałem.
- A potem... - zacząłem, wsuwając but na jej nagą stopę. Musnąłem skórę ponad palcami u jej stóp. Nie przestałem jej dotykać, póki nie zetknąłem się z jej kolanem. Veronica zakwiliła, od razu odkrztuszając to, co próbowała przede mną ukryć.
- Aless... - powiedziała łamiącym się głosem.
Wziąłem w ręce drugiego buta i włożyłem go na jego miejsce.
- Potem wezmę cię na ręce i zaniosę do samochodu, którym pojedziemy tam, gdzie nie dociera ani słońce, ani nawet najlepsi technicy policyjni - powiedziałem z przekąsem i wstałem.
Nie czekałem na odpowiedź, a tak naprawdę nie dałem Veronice zadać mi pytania, które już miała na końcu języka, tylko schyliłem się i wepchnąłem jedną rękę pod jej kolana, a drugą ułożyłem na wysokości łopatek.
Tak jak zapowiedziałem, tak też zrobiłem. Niosłem ją na rękach po schodach i po dworze, dopóki nie dotarliśmy do samochodu. Tego, który bardzo dobrze znała i gdyby nie opaska na oczach, od razu by to zauważyła. Powiedziałaby pewnie, że przecież to auto się zepsuło, bo wtedy, gdy to on usiadł za kółkiem, nie chciało odpalić.
Nie chciało, bo tylko ten, kto pokierował kogoś, jak je zepsuć, wiedział też, jak je naprawić.
Odstawiłem kobietę na ziemię obok samochodu i otworzyłem go kluczykiem, który siedział głęboko w kieszeni moich spodni.
- Samochód? - zapytała tuż po usłyszeniu charakterystycznego dźwięku otwierania wszystkich zamków naraz. - To znaczy, że rozwiążesz mi już oczy?
- Znasz odpowiedź na oba te pytania, mia Rossa - mówiąc to, złapałem za klamkę drzwi od strony pasażera, żeby mogła usiąść jak najbliżej mnie.
Położyłem dłoń na głowie Veroniki, bo nie chciałem, żeby przy wsiadaniu się w nią uderzyła. Pomogłem jej wsiąść do środka i zamknąłem za nią drzwi. Obszedłem auto i usadowiłem się na miejscu kierowcy.
- Jak długo będziemy jechać?
To pytanie padło również w mojej głowie. Sam zastanawiałem się, ile to potrwa, bo nigdy nie mogłem być pewien, że nie jestem obserwowany. Jak to mówią, przezorny zawsze ubezpieczony. Właśnie tego musiałem się trzymać, bo jazda w tamto miejsce sama w sobie była ryzykowna. Dlatego byłem zmuszony zrobić kilka zbędnych, ale za to mylących kółek. Skręcałem tam, gdzie wcale nie musiałem. Jechałem prosto, mijając uliczki, które doprowadziłyby nas do celu o kilka minut szybciej.
Została nam ostatnia prosta, która kończyła się żwirową drogą o ostrych zakrętach. Veronica przez większość drogi siedziała cicho, a ja wsłuchiwałem się w jej skupiony, wolny oddech. Podejrzewałem, że próbuje uspokoić samą siebie, bo jej organizm dalej w pełni nie przystosował się do braku widoczności. Dałem jej zatem przestrzeń na to, żeby wsłuchała się w dźwięki panujące za szybą samochodu. W to, jak koła toczą się po asfalcie. Jak muzyka cicho przygrywa, będąc gdzieś na ostatnim planie przy tej ilości innych bodźców występujących na drodze. Głośne szumy mijających nas aut, dźwięk kierunkowskazu czy nawet wycieraczek - to wszystko było dla niej zarazem znane, jak i obce, ponieważ na co dzień nie zwracała na nie większej uwagi. Do tego momentu, gdy te dźwięki stały się jedynym, co jej zostało.
- Przyspieszyłeś... - zwróciła mi uwagę, pewnie ze względu na wyższe obroty silnika.
- Przyspieszyłem - powtórzyłem za nią, naciskając przy tym pedał gazu jeszcze mocniej.
- Aless. - Jej głos przybrał zdenerwowaną barwę, bo nie miała pojęcia, co się właśnie działo.
Spoglądanie na nią, na to, jak siedzi na fotelu, trzyma się uchwytu w drzwiach jedną ręką, a drugą co rusz poprawia podciągającą się coraz wyżej spódniczkę, budzi we mnie wszystkie najgorsze cechy. Wszystkie instynkty, które każą mi zjechać na pobocze, zatrzymać się i rozpiąć ją z tych pieprzonych pasów.
Wdepnąłem gaz i zacisnąłem palce na kierownicy.
- Aless! - odezwała się nieco głośniej, a zdenerwowanie szybko ustąpiło miejsca niepokojowi i lękowi. - Proszę cię, ja...
Panikowała, dając za wygraną emocjom, które szybko ją ogarnęły. Wskazówka na prędkościomierzu idealnie odwzorowywała jej przyspieszony oddech, tak samo jak mój, który wywołała nie tylko prędkość, lecz w głównej mierze właśnie Rossa.
- Złap mnie za rękę, mia Rossa - poleciłem i puściłem drążek do zmiany biegów. Jeden ruch dzielił mnie od dotknięcia tego, co moje.
- A-ale... Nie mogę, przecież... - mówiła z przerwami na urywane oddechy.
- Teraz - powtórzyłem stanowczym tonem.
- Ale jak będziesz wtedy zmieniać biegi? To szaleństwo! - wydukała na wdechu. Kątem oka widziałem, jak wierci się na miejscu i wbija plecy w oparcie fotela.
- Ty je zmienisz - powiedziałem w pełni świadom własnych słów.
- C-co?
Nie zamierzałem czekać ani chwili dłużej. Sam sięgnąłem po jej kruchą dłoń i ciasno splotłem ze sobą nasze palce.
- Ściśnij tak mocno, jak bardzo się teraz boisz, mia Rossa - nakazałem, kiedy zbliżyliśmy się do pierwszego z zakrętów. - Trzymaj mnie, a nie pozwolę, żeby stała ci się krzywda.
Skręciłem kierownicą, gdy tylko koła weszły w kontakt ze żwirem. Wchodzenie w te zakręty wymagało precyzji i odpowiednio szybkiej reakcji, która nie była łatwym zadaniem, biorąc pod uwagę to, że do dyspozycji miałem jedną rękę. Ale musiałem sobie z tym poradzić, bo nie było nawet mowy, by mi się nie udało.
- Zredukuj przed zakrętem, Rossa.
- Zakrętem? Przecież ja nie wiem, kiedy będzie jakiś zakręt, Aless! Rozbijemy się, a ja nawet nie będę widziała gdzie! - wydarła się na mnie, ściskając moją dłoń z całą siłą swojego wrzasku.
- Za trzy...
- Ja pierdolę! Ja pierdolę! - powtarzała w panice.
- Dwa... - Przygryzłem wnętrze policzka. - Jeden.
Mimo zasłoniętych oczu Veronica złapała drążek sekundę przed czasem i praktycznie w idealnym momencie zmieniła bieg na niższy, synchronizując się z naciśniętym przeze mnie sprzęgłem. Całej tej sytuacji wtórował głośny pisk opuszczający jej usta.
- Jeśli jakimś cudem tutaj nie zginiemy, to gdy tylko dojedziemy na miejsce, sama cię uduszę! - wykrzyczała, wbijając paznokcie w moją rękę.
- Czyżby, mia Rossa? Byłem pewien, że z nas dwoje to raczej ty lubisz być duszona - odparłem gładko, puszczając przy tym kierownicę, żebym wolną ręką mógł zmienić bieg z powrotem na wyższy.
Czy przytrzymywanie kierownicy udem było nierozsądne z mojej strony? Owszem.
Czy w ogóle pamiętałem o czymś takim jak rozsądek w sytuacji, kiedy tuż obok mnie siedzi kobieta mojego życia z zawiązanymi oczami i spódniczce, która doprowadza mnie do szału? Absolutnie nie.
Chrząknięcie Rossy wyrwało mnie z transu. Nim się obejrzałem, byliśmy już na miejscu.
Tak długo mnie tutaj nie było...
- Czy my... dojechaliśmy? - Odetchnęła z ulgą i od razu się rozluźniła. Poczułem to na własnej skórze, kiedy puściła mnie zakleszczonymi jak dotąd palcami.
- Wątpiłaś w samą siebie? - zapytałem i złapałem za klamkę z zamiarem wyjścia. - A może we mnie?
- Czasem rzeczywiście wątpię, ale w to, czy ktoś taki jak ty może być prawdziwy - odparła, a ja opuściłem auto. Obszedłem je, wybierając krótszą drogę, i otworzyłem drzwi Veronice od strony pasażera.
Dopiero wtedy pokusiłem się o odpowiedź.
- Chyba nie raz się o tym przekonałaś, prawda, mia Rossa? - Popatrzyłem na jej twarz, która pokryła się lekkim rumieńcem. Taka odpowiedź była dla mnie wystarczająco satysfakcjonująca.
Wyciągnąłem kobietę z samochodu, trzymając ją w ramionach. Zdecydowałem jednak, że tym razem w miejsce docelowe zaniosę ją w nieco inny sposób. Złapałem ją w talii i wzniosłem tak, żeby już po chwili przerzucić ją sobie przez ramię. Piszczała, śmiała się i wierzgała nogami, lecz skutecznie uciszyłem ją klapsem w tyłek.
Wszystkie wspomnienia związane z tym miejscem powróciły do mnie niczym bumerang. Jedno spojrzenie wystarczyło, żebym znowu poczuł się, jakby to było wczoraj. Surowy budynek wykonany z betonowych bloków po bokach pokryty był gęstym lasem. Ścieżka prowadząca do niewidocznych gołym okiem drzwi już prawie całkowicie zarosła mchem i świeżą trawą.
- Dokąd mnie niesiesz? - zapytała, choć w jej głosie trudno było szukać braku cierpliwości.
Sięgnąłem do tylnej kieszeni spodni i wygrzebałem z niej pęk kluczy. Sześć zestawów, które wyglądały prawie identycznie w razie potrzeby zmyłki. Na szczęście nigdy mi się to nie przydało.
- Jeszcze chwila, mia Rossa. Jeszcze tylko moment i wszystko stanie się dla ciebie jasne, maleńka.
Wybrałem odpowiedni klucz dzięki zgrubieniu metalu po jednej ze stron. Wyczułem je palcami bez większego problemu i wsadziłem klucz w jedną z dziur w betonie. Wyglądały prawie jak wloty po pociskach i tylko jedna z nich była tą właściwą.
Tą, która otwierała drzwi do mojego sekretu.
33. ODWRÓCONE ROLE
Alessandro
Wciągnąłem powietrze, pchając drzwi ramieniem. Były cholernie ciężkie, więc zwykła próba użycia do tego siły ręki nie miała sensu. Mechanizm zdążył już zardzewieć i trochę skrzypiał. Szczęście w nieszczęściu, że udało mi się go nieco zakonserwować przed opuszczeniem tego miejsca na kilka, wcale nie tak ładnych lat.
- Zatkaj nos, to nie będzie przyjemne - poinstruowałem Veronicę, ruszając przed siebie.
Mimo upływu czasu dalej pamiętałem smród tego pieprzonego krzewu, którego posadziłem w ramach kolejnej zmyłki mniej więcej w połowie drogi. Kruszyna pospolita, choć niepozorna, waliła zgnilizną, zanim człowiek w ogóle zdążył się do niej zbliżyć. Była idealnym odstraszaczem na nieproszonych gości. Niestety, działała również i na mój nos, który nie znosił tego jakże pięknego zapachu.
Wstrzymałem oddech, gdy tylko znaleźliśmy się wystarczająco blisko, żeby dojrzeć pęknięcie w kamiennej ścianie. To właśnie za nią znajdowało się pomieszczenie z krzewem, który miał stały dostęp do wody z niedalekiej rzeki. Choć z perspektywy czasu żałowałem, że tak bardzo skupiłem się na tym, żeby wykombinować dla niego system nawadniający. Przynajmniej teraz nie musiałbym się dusić, próbując przejść przez korytarz.
- Matko, co tak wali... - odezwała się Veronica, wiercąc się na moim barku.
Zaśmiałem się pod nosem na tę uwagę.
Żwir powoli kończył rzęzić mi pod stopami. Im bliżej byliśmy, tym więcej podłoża się spod niego wyłaniało. Kamienne płyty z każdym krokiem robiły się coraz bardziej widoczne, odblokowując wspomnienia, o których prawie zapomniałem. Przed oczami miałem kolejną z moich wizyt w tym miejscu. To, jak tu w pośpiechu wbiegałem. To, jak czasem po prostu siadałem w przejściu i gapiłem się na kolekcję, którą udało mi się przywłaszczyć. Zawsze wtedy myślałem o tym, że nigdy nie okradłbym biednego. Że ci, których grabiłem, nie byli dobrymi ludźmi. Ja też taki nie byłem i nigdy nie zamierzałem być, dlatego właśnie wykorzystywałem swoje umiejętności. Skoro i tak byłem już skreślony, robiłem coś, co mogło przynieść pokrzywdzonym choć niewielką ulgę.
W końcu przekroczyliśmy próg odsłaniający całą moją złodziejską karierę. Moją kolekcję wozów, o których nie miały pojęcia żadne służby, bo gdyby było inaczej, nigdy nie zobaczyłbym świata na własne oczy inaczej niż przez okno z kratami. Nie wiedział o niej nikt oprócz mnie.
Aż do teraz.
- Jesteśmy, mia Rossa. - Ścisnąłem jej udo. - Ty i ja.
Pomieszczenie było cholernie duże, choć kompletnie się takie nie wydawało. Była to zasługa odbijającej światło czerni, którą w metrowych płytach wysadziłem zarówno ściany, jak i sufit z podłogą.
Zacisnąłem palce w pięść, czując się przytłoczony emocjami i wspomnieniami, jakie mi przy tym wszystkim towarzyszyły. Rozluźniłem dłoń i położyłem na pośladkach Veroniki, po czym spokojnym ruchem odstawiłem kobietę na posadzkę. Od razu złapałem ją za rękę, żeby błędnik zdążył przywrócić ją do normalności.
Na wdechu obróciłem się, żeby nacisnąć włącznik odpowiedzialny za uruchomienie skrzynki z prądem znajdującej się o kilka działek dalej, teoretycznie odpowiadającej za inną posesję. Podpiąłem się już na samym początku i upewniłem, że akurat temu gospodarstwu wahania na rachunku nie zrobią większej różnicy.
Po dwóch minutach lampy zaskoczyły, zapalając się jedna po drugiej, aż cały szereg w końcu się zatrzymał.
Kurwa, ja naprawdę tutaj jestem. Znowu tu jestem.
- Aless, ale ja dalej nic nie widzę... - powiedziała cicho, jakby się bała, że będzie zbyt głośna. W końcu nie wiedziała, gdzie tak naprawdę się znajduje.
- O to chodzi, maleńka. Poczuj to. Daj się ponieść wyobraźni i poczuj to wszystko na własnej skórze - wyjaśniłem i bez żadnego zahamowania nachyliłem się nad nią, by złożyć na jej ustach namiętny pocałunek. Taki, który miał ją zapewnić, że ze mną jest bezpieczna nawet z zasłoniętymi oczami.
Pomogłem Veronice zejść ze schodka, który dzielił nas od wkroczenia do strefy garażowej. Moja Rossa była cicha i zdezorientowana, dokładnie tak jak przez całą drogę. Mało się odzywała, a przez jej głowę z pewnością przelatywało właśnie tysiące myśli, których nie potrafiła zatrzymać.
Popatrzyłem na lewą stronę, po której znajdywały się największe antyki. Największe i najwięcej warte antyki.
Cadillac serii sześćdziesiątej drugiej, generacja trzecia. Jasnożółty odcień, najbardziej unikatowy i pożądany. Ukradziony śmieciowi, który zostawił swoją żonę i dzieci dla innej, młodszej od siebie panny.
Naprzeciwko, po prawej stronie, zaparkowany w niemal lustrzanym odbiciu był Lincoln Continental, ulubieniec gangsterów z lat siedemdziesiątych. I dokładnie jednemu z nich został skradziony.
Kwadraciaki Volvo, okularniki Mercedesa, a nawet DeLorean, lata temu zwany samochodem przyszłości przez swój wygląd i drzwi otwierane w górę.
Kolekcja się powiększała i powiększała, a ja ją nazywałem karmą. Konsekwencją dla wszystkich ludzi, którzy byli ich pierwotnymi właścicielami. Dzięki niej tracili nie tylko pieniądze, lecz także marzenia o posiadaniu aut nie do zdobycia. I o to właśnie chodziło. Chociaż tyle mogłem zrobić dzięki swoim umiejętnościom nabytym po śmierci mamy. Kraść auta nauczyłem się dzięki obserwacji bandytów z osiedla niedaleko domu. Nauczyłem się i zacząłem to wykorzystywać, bo inaczej zginąłbym na ulicy kilka tygodni później. Musiałem wtopić się w towarzystwo, z którego nie było już wyjścia. Przynajmniej do czasu, aż nie zostali złapani. Wówczas jeszcze byłem zwykłym gówniarzem, którego policja nie brała pod uwagę w trakcie śledztwa. Obiecałem sobie wtedy, że nigdy nie dam się złapać tak jak oni.
No i cóż... Nie wszystko poszło zgodnie z moim planem.
- Gotowa, mia Rossa? - zapytałem, idąc przed siebie, dalej trzymałem ją za rękę.
- Na co... - zdziwiła się i urwała zdanie w połowie, gdy tylko puściłem jej dłoń, zostawiając ją pośród zaparkowanych aut.
Była tylko ona, samochody i czerń. Tak właśnie wyobrażałem sobie najlepszą śmierć.
- Aless? Dlaczego mnie puściłeś... - Niepokój w jej głosie narastał z każdą sekundą, wraz z którą coraz bardziej się od niej oddalałem. - Proszę cię...
Nie odpowiadałem. Doszedłem do schodka, z którego jeszcze przed chwilą pomagałem jej zejść, i usiadłem na nim. Dokładnie tak jak przed laty, usiadłem w tym samym miejscu i patrzyłem. Oglądałem to, co kocham na tym świecie najbardziej, choć teraz widok ten był nieco inny, lepszy.
Bo mój świat powiększył się o jedną osobę.
- Aless... - powtórzyła moje imię, stojąc w miejscu.
Pozostawałem nieugięty i nie odpowiadałem. Veronica musiała zaufać nie tylko mnie, lecz także sobie.
- Lancaster! - krzyknęła, ale pomieszczenie wygłuszało jakiekolwiek echo.
Uśmiechnąłem się, słysząc nazwisko nadane mi przez ojca, który niegdyś pokochał pewną piękną Włoszkę.
Role się odwróciły.
Veronica zakryła twarz dłońmi i przez moment obawiałem się, że zdejmie opaskę. Ale ku mojej uciesze nie zrobiła tego. Wręcz przeciwnie, poprawiła materiał, wzięła głęboki wdech i w końcu zrobiła krok w przód. Wystawiła ręce przed siebie, żeby na nic nie wpaść. Bardzo powoli ruszyła z miejsca. Właśnie w tym momencie postanowiłem, że dam jej podjąć decyzję, którą początkowo zostawiłem sobie.
Podniosłem się ze schodka, starając się robić to bezdźwięcznie. Nie czekałem ani chwili dłużej, tylko podszedłem do Veroniki, głucho stawiając kroki. Stanąłem tuż za nią.
- Wybierz mądrze, maleńka - wyszeptałem, nachylając się nad jej uchem, na co się wzdrygnęła przestraszona.
Szybko obróciła się w stronę, z której dobiegał mój głos, a ja równie szybko uchyliłem się przed jej rękami.
- Dobrze się bawisz, patrząc, jaka jestem bezradna i bezbronna? - zapytała z nutą ironii w głosie.
- I to jeszcze jak.
Przyglądałem się, jak Veronica coraz bardziej zbliża się do jednego z samochodów. Skubana wpadła prosto na maskę mercedesa, który był jedną z perełek mojej kolekcji. Można by za niego kupić co najmniej kilka domów wyposażonych z góry na dół.
Przełknąłem ślinę, gdy Rossa kolanami uderzyła o zderzak samochodu, przez co z jej ust wydobył się krótki jęk. Położyła dłonie płasko na masce, powodując, że cała się przechyliła do przodu, dzięki czemu widziałem tylko jej nagie nogi oraz pośladki zakryte skąpą spódniczką.
- Kurwa... - wysyczałem, nie mogąc już dłużej powstrzymywać tego, co rwało mnie do znalezienia się tuż za nią.
Prawie od razu położyłem ręce na tyłku Veroniki i zacząłem wykonywać nimi koliste ruchy. Niespodziewany dotyk spotkał się z kolejnym zająknięciem z jej strony, które skutecznie podziałało na mojego kutasa.
- Już nigdy więcej tak się przy mnie nie ubieraj, Rossa - wycedziłem przez zęby, podwinąłem nieco materiał spódniczki i podziwiałem prawie nagie pośladki. - Chyba że chcesz, żebym nie dawał ci spokoju. Bo dokładnie to zamierzam teraz zrobić.
- Jezu... - pisnęła.
- Wyglądasz tak zajebiście pięknie na tle tego czarnego lakieru, maleńka. - Sięgnąłem za jej ramię, przyciskając się nabrzmiałym kroczem do jej tyłka. Oczy same mi się zamknęły, dając mi do zrozumienia, że to było to, czego potrzebowałem. Że potrzebowałem Veroniki Harris całym, kurwa, sobą.
Pewnie złapałem ją za rude włosy, zgarniając je jedną ręką dzięki temu, że były związane. W dotyku były tak jedwabiste, że niemal wyślizgiwały mi się z dłoni. Szarpnąłem lekko, przemieszczając nieco głowę Veroniki tak, żeby była bliżej mnie.
- Ach...
Oparłem wolną rękę na jej biodrze. Szybko znalazłem nią drogę pod materiał spódniczki, gdzie wskazującym palcem wsunąłem się pod cienki paseczek stringów. Tylko i aż tyle dzieliło mnie od bycia z nią jeszcze bliżej.
Pociągnąłem za pasek i napiąłem jej całe majtki. Dobrze wiedziałem, że z drugiej strony wpijają jej się w cipkę. Zmniejszyłem napięcie, pozwalając, żeby materiał sam zaprowadził mój palec na odpowiednie miejsce. Dołożyłem kciuk do pomocy i rozcierałem nim całą wilgoć.
- Tak... P-proszę - załkała, czym tylko upewniła mnie, jak bardzo jest napalona. Fakt, że nie widziała nic wokół siebie, jeszcze bardziej napędzał resztę jej zmysłów.
- Najpierw zgadnij, gdzie jesteśmy - powiedziałem mimo świadomości, że sam ledwo się powstrzymuję.
- Ale... - Pchnęła biodrami do tyłu, ocierając się bardziej o moje palce.
- No dalej, mia Rossa. Powiedz mi, gdzie będę cię pieprzył.
Czekając na odpowiedź, puściłem jej włosy. Dominującą ręką dotykałem jej cipki, więc musiałem jakoś rozpiąć rozporek przy użyciu tylko tej drugiej.
Rossa nie zamierzała mnie zawieść, bo dobrze wiedziała, że bez odpowiedzi niczego ode mnie nie otrzyma. Desperacko zaczęła dotykać maski samochodu i niemal od razu wylądowała palcami na znaczku gwiazdy.
Grzeczna dziewczynka.
- Mercedes... M-mercedes! - odpowiedziała łamiącym się głosem.
- Dokładniej, maleńka. Gdzie? - drażniłem się z nią, wykonując koliste ruchy wokół jej wejścia, i to bardzo, bardzo powoli.
Drugą ręką udało mi się jakoś rozpiąć rozporek i zsunąć dżinsy na tyle, na ile zdecydowanie było wystarczająco. Veronica usłyszała charakterystyczny dźwięk zamka, który sprawił, że po raz kolejny na mnie naparła. To było silniejsze od niej.
Opuściłem bokserki i złapałem za penisa, nie myśląc już o niczym innym. Przybliżyłem główkę tam, gdzie trzymałem swojego kciuka, i musnąłem nią jej cipkę.
- Gdzie? - pospieszyłem ją sztywno.
- Boże... Na masce, Aless. Będziesz pieprzyć mnie na masce.
- Będę - powiedziałem, wchodząc w nią do samego końca. - Zerżnę cię na masce tego jebanego samochodu, Rossa. Sprawię, że to właśnie nim wrócisz do domu, bo nie będziesz w stanie zrobić tego o własnych siłach.
Złapałem ją po obu stronach bioder, bezlitośnie wbijając palce w jej skórę. Odchyliłem głowę do tyłu i wykonałem pierwsze pchnięcie. Napawałem się tym, jak jej cipka idealnie pokrywa każdy centymetr mojego kutasa. Rozpływałem się faktem, jaka jest dla mnie mokra i jak bardzo pragnęła, żebym znów się poruszył. Komunikowała mi to wychodzeniem moim biodrom naprzeciw i sapnięciami wymieszanymi z jękami, jakich jeszcze nie słyszałem. Były jak błaganie o ratunek przed koszmarem, z którego wcale nie chciała się obudzić.
- Więcej... Potrzebuję więcej, Aless - jęczała, niemiłosiernie się wiercąc. - Proszę cię!
- Błagasz mnie, nawet nie wiedząc, jak dużo zależy wyłącznie od ciebie, maleńka - wyszeptałem.
Zatrzymałem biodra w miejscu tak, żeby każde następne pchnięcie wychodziło tylko z inicjatywy moich dłoni. To nimi poruszałem kobietą, dając nam obojgu ulgę, której tak desperacko potrzebowaliśmy.
Skóra uderzała o skórę, napędzając akompaniament składający się z moich pomruków i jej jęków.
- T-tak mi dobrze - wysapała, odrywając jedną z rąk od maski mercedesa, żeby położyć ją na mojej. Veronica zaplotła ciepłe palce wokół mojego nadgarstka i pociągnęła do siebie. - Mocniej, proszę...
- Dam ci tyle, ile tylko sobie zażyczysz - odpowiedziałem na jej prośby, niemal od razu wkładając w pchnięcia więcej siły. Wychodziłem biodrami na spotkanie z jej pośladkami i dalej trzymałem je tak, żeby zwiększyć intensywność ruchów. - Dam ci wszystko, czego pragniesz.
Przyspieszyłem, słysząc, jak bardzo nasiliły się jej jęki. Czułem, jak nogi Veroniki nie domagają, trzęsą się pod moim naciskiem. Nie wahając się ani chwili dłużej, puściłem jej tyłek i pewnie złapałem ją za nogi tuż pod kolanami. Głośny pisk opuścił jej usta, gdy tylko ją uniosłem, żeby oprzeć jej kolana na masce samochodu. Dzięki temu nie musiałem się już nachylać ze względu na różnicę wzrostu między nami. Teraz była w jeszcze lepszej pozycji niż dotychczas. Wypięta, pod lepszym kątem zarówno dla niej, jak i dla mnie.
- Bóg z pewnością wykorzystał wszystkie swoje najlepsze cechy, żeby powołać cię do życia, Rossa - powiedziałem, starając się zrobić to bez przerwy na oddech, którego i tak nie miałem już zbyt wiele. - Jesteś, kurwa, nieziemska.
- Aless, ja... Zaraz... - urywała, nie mogąc sklecić już ani jednego zdania.
- Dojdziesz, maleńka. Wiem, czuję to - odparłem, poruszając się najmocniej i jak najszybciej tylko potrafiłem. - Nie zostawię cię samej.
Byłem blisko. Bardzo blisko.
- Kurwa! - krzyknęła i zanim w pełni się wokół mnie zacisnęła, sięgnąłem pospiesznie do jej włosów. Pociągnąłem za opaskę, która od razu się poluzowała i opadła na maskę samochodu.
- Tak, tak, tak... - powtarzałem, gdy szczytowała. Skupiałem w sobie wszystkie siły, żeby tylko nie wtórować jej orgazmowi. Jeszcze nie teraz.
Dopiero gdy opadła z sił, kompletnie się rozluźniając, wysunąłem się z niej i pozwoliłem sobie pójść w jej ślady.
34. PRZEŁAMANIE
Veronica
Siedzieliśmy na tylnej kanapie samochodu. Ja z głową wtuloną w jego pierś, on z ustami w moich włosach, na których co jakiś czas składał drobne pocałunki. Coś, czego jeszcze jakiś czas temu bym się po nim nie spodziewała. Aczkolwiek teraz Aless trzymał mnie w ramionach i przejeżdżał palcem po moim ramieniu, kiedy oboje dochodziliśmy do siebie. Kiedy ja dochodziłam do siebie po tym, co zobaczyłam. Spodziewałam się chyba wszystkiego, ale nie tego, że zabierze mnie do miejsca, które przypomina luksusowy salon samochodowy.
- Byłeś kiedykolwiek na randce, Aless? - zapytałam, przerywając błogą ciszę.
Takie momenty, choć pełne czułości, były też złodziejami czasu. A my nie mieliśmy go dla siebie zbyt dużo, dlatego nie mogłam siedzieć cicho i niczego się o nim nie dowiadywać. Gdybym tylko mogła, zapytałabym o wszystko. Dosłownie wszystko, żeby znać każdy zakamarek jego myśli, poznać jego marzenia i wspomnienia z dzieciństwa. Każdy nawet z tych małych, nieistotnych szczegółów.
- Skąd to pytanie?
Złożył ostatni pocałunek na mojej głowie i odsunął się na tyle, żeby widzieć moją twarz.
- Czysta ciekawość. - Spojrzałam mu w oczy. - Odpowiedz, proszę.
- Ciekawość nigdy nie jest czysta, Rossa - odparł i sięgnął dłonią tak, że zahaczył o kosmyk moich włosów i założył mi go z powrotem za ucho. - Ale jeśli tak bardzo pragniesz wiedzieć... Nie, nie byłem.
Nie takiej odpowiedzi się spodziewałam. Chociaż im dłużej się nad tym zastanawiałam, tym bardziej nie wiedziałam, czego z jego ust tak naprawdę oczekiwałam.
- Naprawdę? - zapytałam. - Przecież musiałeś kiedyś chodzić na jakieś spotkania. Kluby, imprezy, randki... Nic a nic?
- Naprawdę. Nigdy nie byłem jakoś bardzo towarzyski, a już tym bardziej nie na tyle, żeby wychodzić gdzieś całą grupą. Kiedyś spędzałem czas głównie z paroma osobami, które nie do końca były odpowiednim towarzystwem dla takiego gówniarza jak ja. Podłapałem ich zachowania i tylko tyle mi po nich zostało, kiedy zniknęli. Nie miałem nikogo oprócz samego siebie i tak już zostało na długi, cholernie długi czas - wytłumaczył, skubiąc przy tym kciukiem skórki przy paznokciach. - Nie chodziłem do klubów. Szczerze mówiąc, to nawet nie wiem, czy kiedykolwiek byłem na czymś, co można by było nazwać imprezą.
Zrobiło mi się go żal i nie chodziło już o żadne imprezy czy chodzenie po klubach. Zwyczajnie zrozumiałam, że Alessandro nie miał łatwego dzieciństwa. Nie chciałam bardziej zagłębiać się w ten temat, żeby za bardzo nie rozgrzebywać starych ran. Wolałam, żeby z czasem sam się przede mną otworzył, i zamierzałam dać mu tyle czasu, ile tylko potrzebuje.
Z drugiej strony każdy w życiu zasługiwał, żeby przeżyć coś więcej. Poznać coś nowego, spróbować czegoś, czego jeszcze nie zaznał. Nawet jeśli dla Alessa była to impreza, która dla wielu była co weekendową tradycją, chciałam mu ją dać.
- Oczy ci się zaświeciły, lecz nie wiem, czy tym razem to dobra wiadomość.
- Przesiadamy się do przodu - powiedziałam z uśmiechem na ustach, który sprawił, że Aless przełknął ślinę.
Zatrzymaliśmy się znacznie dalej, niż trzeba było. Poinstruowałam Alessa, który mimo grymasu na twarzy pojechał pod wskazany przeze mnie adres. Przez prawie całą drogę czułam na sobie jego wzrok, gdy co chwilę na mnie zerkał. Przy Alessie często miałam wrażenie, że próbuje odczytać z mojej twarzy to, o czym akurat myślę. Zawsze wtedy zastanawiam się, czy rzeczywiście tak dużo w sobie skrywam, czy może to tylko on aż tyle we mnie widzi.
- Jesteśmy, choć dalej nie do końca wiem gdzie - stwierdził, obracając głowę w pełni w moją stronę.
Przygryzłam wargę, próbując tym ukryć niepohamowany uśmiech.
- Veronica - powiedział na tyle stanowczo, że mina bardzo szybko mi zrzedła.
- Możliwe, że właśnie stoimy kawałek od takiego fajnego miejsca, gdzie...
- Zabierasz mnie do klubu, prawda?
- To nie do końca... - Chciałam się wytłumaczyć, lecz wyraz jego twarzy szybko ukrócił pomysły na ściemę, którą zamierzałam mu zapodać. - Tak. Zabieram cię do klubu, ale nie zrobiłam ci tego na złość, po prostu pomyślałam, że...
- W takim razie chodźmy - wtrącił się, kiedy ja zbierałam słowa. Zmarszczyłam brwi i popatrzyłam na niego zmieszana tym, co właśnie powiedział.
- Nie wiedziałam, że od pójścia w jakieś miejsce można dostać gorączki, ale chyba coś w tym...
- Nie przeginaj, Rossa. - Spiorunował mnie wzrokiem, złapał za klamkę drzwi i pociągnął za nią. - Wysiadaj.
No i wysiadłam, skrycie ciesząc się, że Aless nie próbuje zablokować drzwi pasażera i wywieźć mnie na drugi koniec świata. Bez gadania wyszedł z auta i ruszył przed siebie, o dziwo, w dobrą stronę. W takich momentach przypominały mi się słowa Pete'a Bakera, mówiącego, że Lancaster wie wszystko. Wtedy pomyślałam, że koloryzuje na potrzeby wywołania we mnie strachu. Teraz wiem, że to nazwisko rzeczywiście zobowiązuje.
Podbiegłam do Alessa i wyrównałam tempo naszych kroków. Podczas gdy on rozglądał się wokół, zapewne porównując rzeczywistość z tym, co utkwiło mu w pamięci z czasów wolności, ja przyglądałam się właśnie jemu. Głównie temu, jak się porusza. Jak idzie po ulicy, gdzie mijają nas ludzie. Jak czyta wszystkie napisy na szybach i reklamach, które ja na co dzień po prostu ignoruję. Jak jest tak po prostu sobą, ale na wolności.
Przeżycie tego z nim było czymś niesamowitym, choć nie chciałam, by to po mnie poznał. Bałam się, że moja ekscytacja przytłoczy go jeszcze bardziej niż powrót na stare śmieci.
Gdy tylko zbliżyliśmy się do wejścia do klubu, zatrzymałam się i pociągnęłam Alessa za ramię.
- Gotowy? - zapytałam dla pewności.
- Na tańczenie, głośną muzykę i alkohol? - zapytał, spoglądając na mnie z góry. - Dla ciebie jestem w stanie znieść wszystko. Nawet to. - Kiwnął głową w stronę drzwi z wywieszonym neonem z nazwą klubu. - No, może oprócz tego wątku z tańczeniem.
Ucieszona złapałam go za rękę.
Weszliśmy do środka, gdzie już po przekroczeniu progu słychać było muzykę. Spojrzałam przez ramię na Alessa, który szedł krok w krok za mną, lecz w żadnym momencie mnie nie wyprzedzał. Dał mi się prowadzić przez korytarz wyposażony w szatnię, przez którą przechodziło się do głównej sali.
Minęliśmy wieszaki i skierowaliśmy się do źródła muzyki.
- Mam nadzieję, że lubisz Lady Gagę - rzuciłam przez ramię, rozpoznając jeden z jej hitów, Telephone.
Odepchnęłam dłonią koraliki zwisające z framugi i spojrzałam na Alessandra.
- Uwielbiam - odparł z ironicznym uśmiechem na ustach, na co przewróciłam oczami, śmiejąc się.
Mieszczący się na samym środku parkiet nie był jakoś bardzo zatłoczony, przynajmniej w porównaniu do czasów, kiedy przychodziłam tu na początku studiów. Tak jak zapamiętałam, bar znajdował się niedaleko nas. Okupowała go spora grupa nastolatków, która na moje oko weszła tutaj na fałszywych dowodach osobistych. Stara szkoła.
- Chcesz się czegoś napić? - zapytałam, w pełni obracając się w stronę Alessa. Rozglądał się wokół, wyglądając przy tym na zmieszanego i nieco zakłopotanego.
- A ty? - odwrócił kota ogonem, obserwując teren wokół nas.
Widok Alessa w bezradnej wersji sprawił, że moje serce zalało się ciepłem. Był w tym taki niewinny i tak bardzo odstawał od swojej codziennej sztywności i stanowczości. Ta nowa postawa spowodowała, że bez większego namysłu uniosłam się na palcach, żeby dosięgnąć jego ust. Złożyłam na nich kilka krótkich pocałunków, którymi chciałam dodać mu otuchy.
- Wszystko w porządku - zapewniłam go, kładąc dłoń na jego policzku. - Skup się na mnie i na tym, żeby jak najlepiej poznać nowe środowisko, a będzie dobrze. Jestem tu z tobą.
Aless popatrzył na mnie, a jego oczy zdradzały, że intensywnie się nad czymś zastanawia. Dopiero po chwili wziął głęboki oddech i przymknął na moment oczy, pozwalając sobie na wtulenie twarzy w moją rękę.
Och, Boże, gdybym tylko mogła, wyjęłabym telefon i robiła mu zdjęcia do wykończenia karty pamięci.
Otrząsnęłam się jednak, gdy po powrocie na ziemię zauważyłam, że Aless stoi wyprostowany i patrzy na mnie, a raczej na moją rękę, która dalej wisi w powietrzu.
- To może odpuścimy sobie te drinki - odchrząknęłam, zmieniając szybko temat.
- Czyli połowa punktów z listy, która mówi o tym, co można robić w klubie, jest skreślona. - Zaśmiał się lekko.
- Ale z ciebie maruda. - Pokręciłam głową. - Chodź.
Złapałam Alessandra za rękę i pociągnęłam go na sam środek parkietu. Muzyka z Lady Gagi przeszła na Calvina Harrisa, którego ubóstwiam. Let's Go znam aż zbyt dobrze, więc nie byłam w stanie tak po prostu stać w miejscu. Za to Aless nie wyglądał na takiego, który sam z siebie ma zacząć ruszać się przy tych wszystkich osobach, które nas otaczają. Szczerze mówiąc, to im dłużej na niego spoglądałam, tym bardziej upewniałam się, że nie zrobiłby tego przed żadnymi ludźmi.
Powoli poruszałam biodrami na boki, tym samym próbując jakoś ruszać naszymi rękami. Chciałam przełamać kolejną barierę Alessa, która, niestety, wydawała się zbyt potężna jak na moje siły.
- Let's go - śpiewałam głośno równo z refrenem, chcąc go jakoś zachęcić. Aless jednak wydawał się jeszcze bardziej zniechęcony.
Może i mój śpiew nie jest najlepszych lotów, ale już bez przesady.
Zrezygnowana puściłam rękę mężczyzny i zarzuciłam swoje na jego ramiona. Nie zamierzałam tak łatwo się poddawać.
- Let's make it happen39 - nuciłam, patrząc mu w oczy. Widziałam w nich, że jest bardzo bliski złamania się i położenia dłoni na moich biodrach.
I wcale się nie myliłam.
- Och, let's make it happen tonight40 - nie przestawałam, czując na sobie ciepło jego rąk.
Powoli kołysaliśmy się na boki, a światła neonów odbijały się na naszych twarzach. Z czasem Aless schylił się, żeby nasze czoła mogły się zetknąć. Dopiero wtedy oboje daliśmy sobie miejsce i czas na to, by w spokoju zamknąć oczy i wczuć się w tę chwilę. Poczułam, jak wszystko wokół nas znika. Jak zostajemy tylko ja, on i muzyka. Jak jesteśmy kompletnie sami.
Ale szybko się okazało, że wcale nie byliśmy.
35. POWROTY DO PRZESZŁOŚCI
Veronica
Poczułam pod palcami, jak Aless spina mięśnie. Odsunęłam głowę do tyłu i ze zmarszczonymi barwami spojrzałam na jego twarz. Nie miał oczu ani zamkniętych, ani przymrużonych. Wręcz przeciwnie, intensywnie wypatrywał czegoś, co było za mną. Chciałam zobaczyć, co odwróciło jego uwagę, ale zanim zdążyłam choćby ruszyć głową, Aless wbił palce w moją talię, przyciskając mnie ciasno do swojego torsu.
- Co się... - próbowałam zapytać, ale na to również mi nie pozwolił.
Uniósł mnie tak, że oderwałam się od podłoża. Jeden ruch później obrócił nas, przez co teraz staliśmy w swoich wcześniejszych pozycjach: ja tam gdzie on, a on tam gdzie ja.
- Prawa strona. Przy barze siedzi brodaty typ w za dużym białym garniturze. Broda, długie włosy i dwóch pachołków do pilnowania - powiedział nagle, puszczając moją rękę, dzięki czemu miałam większą możliwość, żeby się rozejrzeć. Szukałam wzrokiem osobnika zgodnego z opisem i kiedy natrafiłam na niego sączącego wielki kufel piwa, dopytałam:
- Co z nim?
Śledziłam wzrokiem każdy ruch faceta i osiłków stojących tuż obok niego.
- Z nim nic. Za to ze mną już całkiem sporo. Istnieje możliwość, że jakiś czas temu całkowitym przypadkiem pozbyłem się jego samochodu w taki czy inny sposób - odchrząknął.
- W taki czy inny sposób, czyli w jaki, Aless? - Otworzyłam szerzej oczy, chociaż i tak ich nie widział.
Usłyszałam, jak cmoka ustami.
- Pamiętasz tego mercedesa, na którym... - nie dokończył, chcąc, żebym sama się domyśliła.
- Och... - To jedyne, co wykrztusiłam.
- No właśnie - odparł. - Problem tkwi w tym, że jeszcze chwilę temu czułem na sobie wzrok jego ochroniarzy. Nie wiem, czy jakimś cudem doszedł do tego, że to byłem ja, rozpoznał mnie i teraz w ciągu trzech minut rozrysują sobie plan, jak się mnie pozbyć, czy może to był zwykły zbieg okoliczności, ale wolałbym chyba się stąd zwinąć, póki jeszcze mam czym.
- Myślisz, że taki gościu szukałby po latach człowieka, który ukradł mu samochód?
- Ten samochód brał udział w Tour de France Automobile41, Veronico. Jego szacowana wartość to między pięć a osiem milionów dolarów - powiedział śmiertelnie poważnie.
- Chcesz mi powiedzieć, że uprawialiśmy seks na aucie wartym więc niż moje mieszkanie pomnożone przez trzydzieści? - zapytałam, ledwo wypluwając z siebie absurdalność tego zdania.
- Tak. Dokładnie to próbuję ci powiedzieć. I dokładnie dlatego musimy stąd spierdalać, teraz - odezwał się, puszczając mnie w odpowiedzi. Gwałtownie złapał mnie za dłoń i uśmiechnął się, patrząc na mnie z pełną powagą.
On. Się. Kurwa. Uśmiechnął.
- Jakiś typ może nas zabić, a ty się tak po prostu uśmiechasz?! - powiedziałam nieco za głośno.
- Nie udawaj, że też tego nie czujesz, mia Rossa. Oboje doskonale wiemy, że adrenalina jest dla nas jak nazwisko, które kiedyś będziemy razem dzielić.
- C-co? - zdziwiłam się, lecz Alessandro nie planował mi odpowiadać, bo ruszył do wyjścia, ciągnąc mnie za sobą bez żadnego wysiłku.
Gdy tylko udało nam się bezproblemowo opuścić klub, Aless odwrócił się twarzą do mnie.
- Jak szybko potrafisz biegać?
Popatrzyłam na niego jak na wariata, a potem na siebie, swoją spódniczkę i szpilki, które powoli zaczynały obcierać mi pięty.
- Mam obcasy, więc... - urwałam, czując, jak Aless łapie mnie pod kolanami i unosi w powietrze, po czym przerzuca mnie sobie przez ramię już drugi raz tego dnia.
- Chyba nie zamierzasz pobiec, trzymając mnie...
Zamierzał i dokładnie tak zrobił. Biegł w stronę samochodu, dociskając dłonią moje pośladki do swojego ramienia. Uciekaliśmy przed jakimś chłopem, którego okradł z jednego z najbardziej unikatowych, istniejących jeszcze w jednym kawałku aut. Typem, który prawdopodobnie wcale nie przez przypadek trafił do tego byle jakiego klubu, tylko chciał się na nim zemścić, posyłając w naszą stronę pół magazynku broni.
Właśnie dlatego nigdy nie zainstalowałam Tindera.
Zatrzymaliśmy się dopiero przy drzwiach, które do góry nogami wyglądały jak te od strony pasażera. Aless nie odstawił mnie na ziemię, a obrócił w rękach tak, żeby posadzić na siedzeniu. Nie minęła nawet minuta i zanim zdążyłam zapiąć pas, miejsce kierowcy było już zajęte.
Wszystko działo się tak szybko, że nie udało mi się zarejestrować, kiedy Alessandro ruszył z piskiem opon i wyminął klub z prędkością, która wbijała moje plecy w fotel. Gdy obróciłam głowę w stronę szyby, wyłapałam wzrokiem jedynie wysokiego mężczyznę z łysą głową, wybiegającego z klubu.
Przełknęłam ślinę, ciesząc się, że Aless zawsze był o kilka kroków do przodu, mimo że czasem było to naprawdę uciążliwe. Zastanawiałam się, jak komuś takiemu chowało się prezent na święta. On pewnie wiedziałby, gdzie leży w domu, zanim w ogóle pomyślałabym o wyjściu do sklepu, żeby go kupić.
- Pojedziemy w jedno miejsce, w razie gdyby jednak nas śledzili. Chociaż jeśli mam być szczery, i tak chciałem cię tam zabrać - oznajmił, wrzucając kolejny bieg.
- Masz na myśli, że chciałeś mnie gdzieś zabrać, nawet jeśli jakiś brodacz nie chciałby usunąć nas z tego świata? - Gwałtownie obróciłam głowę w jego stronę.
- Mhm - mruknął i wykrzywił usta w mały uśmieszek.
- Nie no, ja w to nie wierzę. - Uniosłam dłonie na znak poddania.
- Przypomnij sobie, ile aut stało w moim garażu. Myślisz, że gdyby którykolwiek z nich potrafił mnie namierzyć i złapać, byłbym tu teraz z tobą, mia Rossa?
Przez moją głowę przeleciały obrazy ciągnącego się przez nie wiadomo ile metrów sznura samochodów o różnych wartościach i różnych marek. Ta pokaźna kolekcja już na pierwszy rzut oka krzyczała podwójnym dożywociem.
- Nieraz było blisko. Raz było nawet za blisko, o czym oboje bardzo dobrze wiemy. Ale nieważne, jak bardzo by się starali, jak długo by mnie śledzili i jak bardzo potworne by były ich plany względem mnie, ja i tak nie dałbym im cię skrzywdzić. Rachunki za moje czyny są moimi rachunkami i jeśli ktokolwiek spróbowałby wciągnąć w to wszystko ciebie... - Zaciskał palce wokół kierownicy do momentu, aż zrobiły się białe jak śnieg.
- Aless... - zaczęłam, choć nie wiedziałam, co powinnam na to odpowiedzieć.
- Wtedy siedziałbym za o wiele więcej niż tylko kradzież, mia Rossa.
Te słowa zapamiętałam na bardzo, bardzo długi czas.
Cisza w trakcie jazdy samochodem była dla nas czymś zupełnie naturalnym. Wtedy liczyła się komunikacja niewerbalna. Skradzione ukradkiem spojrzenia, ciche pomruki, żeby zwrócić uwagę drugiej osoby, i wszystkie, nawet te trwające najkrócej, całkiem przypadkowe zetknięcia skóry ze skórą. Jakimś sposobem po prostu nie potrafiliśmy zwyczajnie siedzieć i nie utrzymywać ze sobą żadnego kontaktu. Potrzebowaliśmy czuć, że to wszystko naprawdę ma miejsce, bo chociaż nie rozstaliśmy się tego dnia nawet na chwilę, tylko bycie blisko siebie upewniało nas w tym.
- Kiedy byłem małym szczylem, to właśnie w taki sposób spędzaliśmy wieczory. Przynajmniej raz w tygodniu chodziliśmy na takie wydarzenia, które za każdym razem organizowane były w innej miejscówce, żeby nie wzbudzać podejrzeń - tłumaczył, zamykając za sobą drzwi auta. - Oczywiście za udział, nawet jako kibic, trzeba było słono zapłacić, więc za każdym razem szukaliśmy sposobu, jak się tam dostać za darmochę.
Słuchałam, jak Aless opowiada o tym wszystkim, i nie wiedziałam do końca, o co mu chodzi. Uparł się, że dowiem się dopiero na miejscu, bo nie chce psuć mi pierwszego wrażenia.
- A jak wejdziemy tam my? - zainteresowałam się.
W odpowiedzi otrzymałam pewny siebie uśmiech.
Szliśmy ulicą, co jakiś czas skręcając w szemrane uliczki z wielkimi kubłami na śmieci używanymi przez pobliskie knajpki. Powoli robiło się nieco chłodniej, a w tej części miasta panowała kompletna ciemność, bo lampy działały, jak chciały, czyli wcale. Tylko niektóre z wystaw sklepowych w oknach miały pomniejsze lampki oświetlające chodnik. Moje szpilki stukały o grunt, kiedy próbowałam nadążyć za Alessem i jego długimi nogami.
- Trzeba będzie wejść na tyły. Patent z podszywaniem się pod zawodnika nie działał aż tak dobrze za dzieciaka, ale teraz powinno mi się udać. Normalnie mało kto wie, że właśnie tędy wchodzą, ale my z chłopakami byliśmy zbyt ciekawscy, żeby tego nie zauważyć. A że akurat dzisiaj postanowili wrócić na stare śmieci, żal byłoby nie skorzystać - wyjaśnił, a ja czułam, że nie nadążam. Próbowałam skojarzyć fakty i ze względu na to, że użył słowa "zawodnik", połączyć to obskurne, wyglądające na opuszczone miejsce z jakąś dyscypliną sportową, aczkolwiek nic sensownego nie przychodziło mi do głowy.
- Czyli ty pójdziesz na tyły, a co ja mam robić w tym czasie? - spytałam, udając, że wszystko jest dla mnie jasne i klarowne.
- Najpierw sprawdzę, czy ten plan w ogóle wypali. Jeśli tak, niby po ciebie zadzwonię i kiedy zobaczysz, że biorę telefon do ręki, podbiegnij do mnie - wyjaśnił i wyciągnął rękę w moją stronę. - Problem w tym, że nie mam telefonu, więc musisz mnie poratować.
Nerwowo wciągnęłam powietrze, bo oprócz akcji z ucieczką Theo, podczas której wtargnęłam na lekcje samoobrony dla kobiet, nie zrobiłam w życiu nic, co byłoby niezgodne z prawem albo jakoś bardzo nieetyczne.
Za to, o ironio, całkowicie oddałam się osadzonemu zakładu karnego...
- Improwizuj, maleńka. Nie takie rzeczy już ze mną albo przeze mnie przeżyłaś, hm? - Spojrzał mi prosto w oczy, kładąc drugą dłoń na moim ramieniu.
Wzięłam głęboki wdech i sięgnęłam do kieszeni spódniczki, która była największym zbawieniem dla kobiet noszących tę część garderoby, i wyjęłam z niej telefon. Z lekkim wahaniem podałam go Alessowi, błądząc wzrokiem to po jego twarzy, to po otoczeniu, które, gdyby nie okulary, byłoby całkowicie czarne.
- Idę. Czekaj na znaki i w miarę możliwości traktuj to jak zabawę. - Pokiwał głową, puszczając moje ramię, a pustka po jego palcach zaatakowała mnie prawie od razu.
Nie wierzyłam, że naprawdę się zgodziłam na takie coś i im dłużej o tym myślałam, tym bardziej czułam, jak napędza mnie adrenalina.
Obserwowałam, jak Aless udaje się na tyły białego, pełnego graffiti budynku, na środku którego znajdowały się metalowe drzwi z mnóstwem zasuw. Wszystko otaczał wysoki płot przewiązany pordzewiałym drutem. Miejsce wyglądało naprawdę nieprzyjemnie, zupełnie jakby wyjęte z horroru o apokalipsie. Przez to wszystko moja noga sama chodziła w miejscu, nie dając mi spokoju.
Gdy tylko Alessandro zapukał kilka razy w drzwi, przestałam oddychać. Stałam spięta jak nigdy wcześniej i czekałam na to, aż ktoś mu otworzy. Choć w głębi duszy nie byłam pewna, czy to dobra droga.
Nie widziałam, jak wygląda osoba, która otworzyła zasuwy i ciężko popchnęła drzwi, praktycznie całkowicie zasłaniając Alessa. Przygryzłam policzek od środka, coraz bardziej się niecierpliwiąc. Prawie wyszłam z siebie, kiedy Aless nagle cofnął się o dwa kroki i sięgnął po coś do kieszeni. I kiedy byłam już bliska zawału, dotarło do mnie, że trzyma w ręce komórkę, którą przyłożył do ucha już chwilę później.
Odetchnęłam z ulgą, czując, jak płuca palą mnie od wstrzymanego powietrza. Wzdrygnęłam się i rzuciłam do biegu, choć na obcasach nie była to najłatwiejsza czynność do wykonania.
Niebezpiecznie szybko znalazłam się obok bramy, a gdy tylko ją minęłam, poczułam, jak włos jeży mi się na głowie. Nerwowo przełknęłam ślinę i zaczęłam głośno oddychać, wykorzystując tym wymówkę biegu, który przecież tak naprawdę wcale mnie nie zmęczył. Udawana zadyszka była idealną przykrywką na czas rozeznania się z terenem i osobnikiem stojącym za drzwiami.
Improwizuj.
No i improwizowałam:
- Ja pierdzielę, następnym razem zapłać szoferowi na tyle, żeby odwiózł mnie pod same drzwi, a nie że muszę biegać jak jakaś wariatka! - wykrztusiłam, opierając się ręką o tors Alessa. Spojrzałam na niego kątem oka, próbując dać mu tym do zrozumienia, żeby ciągnął tę grę.
- Trzeba się go pozbyć, ostatnio strasznie nawala. - Wywrócił oczami.
W czasie kiedy Alessandro mi odpowiadał, ja zwróciłam wzrok na ochroniarza, który niepewny naszej scenki, stał jeszcze bardziej sztywno niż jeszcze niedawno zamknięte drzwi.
Musieliśmy bardziej wczuć się w role.
- I to jak! Otwieram schowek, a tam, a i owszem, był szampan, ale nie schłodzony! - Starałam się brzmieć najbardziej materialistycznie, jak się tylko da.
- Spokojnie, kochanie. Twój mąż nie pozwoli sobie na przegraną tej nocy - wymruczał Aless, kompletnie ignorując obecność Mulata w garniturze.
- Zaraz to przegrasz, ale przez spóźnienie. Wchodzicie czy mam zamknąć? - wtrącił się ochroniarz, chrząkając w naszą stronę.
Udało się. Naprawdę się nam udało.
Pilnując się, żeby całkiem nie wyjść z roli, zlustrowałam ochroniarza z góry na dół. Miałam nadzieję, że nie zabije mnie wzrokiem przez przyciemniane okulary. Złapałam więc Alessa za rękę i wypychając pierś do przodu, ruszyłam przed siebie. Na szczęście ochroniarz odsunął się, robiąc nam przejście.
Szłam przodem, choć nawet nie wiedziałam, gdzie tak naprawdę jestem. Spojrzałam przez ramię na Alessa, który nie ukrywał zadowolenia.
- Teraz zaprowadź mnie tam, gdzie planowałeś, mężu - zakpiłam, przygryzając wargę.
- W takim razie nie odstępuj mnie na krok, moglie42.
Mam ogromną nadzieję, że to to słowo, o którym pomyślałam.
- Muszę cię pochwalić - odezwał się Aless, prowadząc mnie przez wyziębiony, ciemny jak cholera korytarz.
- Za co chcesz mnie chwalić?
- Wspaniale sobie radzisz w roli obrzydliwie bogatej, rozpieszczonej żonki - odparł, a przez ton głosu wiedziałam, że się uśmiecha.
- Tobie też poszło całkiem nieźle. Chyba naprawdę zasługujemy na zimnego szampana. - Zaśmiałam się lekko.
Po skręceniu przed nami ukazały się metalowe, podziurkowane schody. Były naprawdę wysokie i musiały prowadzić na jedno z wyższych punktów tego miejsca, bo ledwo zauważałam ich koniec. Za to bardzo dobrze słyszałam, że gdzieś blisko nas znajduje się ogromny, wiwatujący tłum ludzi.
Niespodziewanie, kiedy już myślałam, że pójdziemy schodami do góry, Alessandro obrócił się, przez co na niego wpadłam.
- Nie idziemy... - Spojrzałam wzdłuż poręczy schodów, które, swoją drogą, wyglądały wyjątkowo licho. - Tam?
- Chyba nie myślałaś, że pozwolę ci wejść tam w takich butach, prawda? - spytał, obniżając się przy tym na jedno kolano.
Poczułam, jak natychmiast robi mi się gorąco.
Aless uniósł moją lewą nogę i podłożył mi swoje ramię tak, żebym mogła położyć na nim rękę dla poczucia stabilności. Delikatnie zsunął but z mojej stopy i od razu powtórzył to samo z drugą.
- Dziękuję - wyszeptałam, spoglądając na niego z góry. Gdy Alessandro to usłyszał, obrzucił mnie pełnym pożądania wzrokiem i musnął ustami moje nagie kolano. Wciągnęłam powietrze, bo kompletnie się tego nie spodziewałam.
- Wskakuj, maleńka - nakazał nagle, na co otworzyłam szeroko oczy. Dopiero wtedy doszło do mnie, że Aless zdążył już zmienić pozycję i czeka na mnie, odwrócony plecami i nachylony tak, żebym weszła mu na barana.
- C-co? - zapytałam głupio, aż mnie speszył.
- Jeszcze tak cię nie nosiłem, a przecież zawsze musi być ten pierwszy raz, prawda, mia Rossa? - zapytał, obniżając ton głosu. - Nie będziesz szła boso po zimnym metalu. Nie ze mną.
To zdanie oznaczało tylko jedno. Nie miałam wyboru i musiałam wdrapać się Alessowi na plecy mimo dziwnego stresu w żołądku, który mówił mi, że jak spadnę z takiej wysokości, to się połamię albo nawet zabiję.
- Nie musisz się tak napinać, będę cię mocno trzymać - odezwał się nagle, jakby wiedział, że o to się martwiłam. - Jeszcze chwila i będziemy na górze, słowo.
Pokonywaliśmy schodki, a ja robiłam przy tym wszystko, żeby spróbować się jakoś rozluźnić. Udało mi się nawet uspokoić nerwowy oddech, a niepatrzenie w dół jakimś cudem działało lepiej niż kiedykolwiek. Teoretycznie nie miałam lęku wysokości, lecz siedzenie na barkach dwumetrowego faceta robiło swoje.
- Chyba nie było aż tak źle, co? - zapytał i odstawił mnie na chłodne, metalowe kraty.
Wokół nas nie było nic oprócz schodów i balkonu, na którym teraz staliśmy. Na wyciągnięcie ręki była jeszcze stara, pokryta kurzem kotara w kolorze burgundu. Na tej wysokości jeszcze bardziej dało się słyszeć wszystkie krzyki i piski, które dalej niczego mi nie wyjaśniały.
- Chyba - odparłam, przeskakując z nogi na nogę, bo to podłoże naprawdę nie było komfortowe dla nagich stóp.
- Niecierpliwisz się, mia Rossa - stwierdził, posyłając mi jeden z tych swoich uśmiechów.
Nie odpowiedziałam, bo zwyczajnie miał rację. Niecierpliwiłam się.
Alessandro urwał kontakt wzrokowy i sięgnął do swojej koszulki. Jeden ruch wystarczył, żeby odkryła jego wytatuowaną pierś, od której nie potrafiłam oderwać wzroku.
- Co ty robisz, Aless? - zapytałam, a on w odpowiedzi nachylił się i ułożył w kostkę swoje ubranie tuż pod moimi stopami.
- To powinno choć trochę uśmierzyć dyskomfort.
- Ja...
- Ciii, maleńka. To dopiero początek wrażeń - szepnął, co ledwo udało mi się usłyszeć, bo chwycił kotarę tuż za moimi plecami.
Krzyki, wiwaty i piski dopiero teraz uwolniły swoją pełną moc. Obróciłam się szybko, żeby w końcu dowiedzieć się, gdzie w ogóle się znajdujemy. Gdy to zobaczyłam, nie wierzyłam własnym oczom.
36. INNY RODZAJ BÓLU
Veronica
Ring. Na samym środku stał ring, a moje oczy błądziły po nim jak oszalałe. Złapałam się poręczy balkonu i nachyliłam nad nią tak, żeby mieć lepszy widok.
Ludzie. Pełno ludzi, którzy zebrali się wokół ringu i głośno krzyczeli. Wiwatowali na cześć dwóch zawodników, którzy czekali przy narożnikach i rozgrzewali mięśnie. Na ich dłoniach nie było jednak rękawic, a kolorowe bandaże. Obaj mieli na sobie krótkie spodenki sięgające kolan i owinięte podobnymi bandażami kostki dla usztywnienia.
- To... - odezwałam się, choć natłok nieznanych mi wcześniej widoków skutecznie mnie uciszył.
- Nie do końca legalne walki, mia Rossa - wyjaśnił Aless.
Nie wiedziałam nawet, kiedy ze zdziwienia otworzyłam usta, a dźwięk gongu rozległ się na tyle głośno, że musiałam zasłonić uszy.
Zaczęło się, zanim zdążyłam się chociaż odezwać. Oparłam się na poręczy, używając jej jako wsparcia wszystkich odczuwanych przeze mnie emocji. Wydałam z siebie głośny syk, gdy tylko padło pierwsze uderzenie, które trafiło prosto w skroń przeciwnika w czarnych spodenkach. Ten w pomarańczowych widocznie nad nim górował i spychał go do narożnika.
Jakiekolwiek komentarze płynące z głośników zostały zagłuszone przez kibiców, więc nie byłam w stanie wyłapać żadnego nazwiska ani informacji, kto w ogóle wygrywa. Musiałam skupić wszystkie zmysły i samej ocenić, który z nich ma większe szanse na finisz z ręką w górze.
- Jak myślisz, któremu z nich kibicujemy? - zapytał nagle Aless, zachodząc mnie od tyłu. Położył ręce na moich dłoniach, mocno zaciśniętych na poręczy. Na plecach poczułam całą jego postać i rozchodzące się po mojej skórze ciepło, które mi oddaje.
Powoli traciłam możliwość pełnego skupienia się na tym, co się dzieje pod nami.
- Zapewne temu, który wygrywa... - odparłam, nieco odchylając głowę do tyłu, żeby poczuć więcej. - Temu pomarańczowemu?
- A kto powiedział, że to on wygrywa? - spytał, po czym przejechał rękami wzdłuż moich przedramion, w końcu lądując nimi na mojej talii i tym ruchem wyciągając z moich ust krótki jęk. - Przyjrzyj się.
Nie wiedziałam nawet, kiedy zdążyłam zamknąć oczy. Otrząsnęłam się i spojrzałam w dół, na chłopaka w czarnych spodenkach. Wyglądał na wyczerpanego, ledwo kontrolującego sytuację. Czyżby Alessandro się mylił?
- Jeszcze moment - szepnął przy moim uchu, owiewając je ciepłym powietrzem. Ten gest zawsze sprawiał, że nogi od razu robiły mi się jak z waty.
Aless złożył delikatny pocałunek tuż za moim uchem, korzystając z tego, że dalej miałam związane włosy. Przemieszczał się ustami po całej prawej stronie mojej szyi, nie pozwalając mi tym samym na pełne skupienie się na walce.
- Teraz, mia Rossa, patrz na niego - polecił nieco głośniej, a ten ton był jak orzeźwienie dla umysłu.
Wzdrygnęłam się i chociaż pocałunki Alessa się nasiliły, spojrzałam w dół. Chłopak w czarnych spodenkach był już praktycznie przy samym narożniku, gdzie nacierał na niego przeciwnik. Ten drugi był widocznie starszy i, jak dla mnie, na wygranej pozycji. Przynajmniej dopóki młodszy nie uniknął nadchodzącego z góry ciosu i nie trafił pięścią prosto w brzuch zawodnika w pomarańczowym. Cios za ciosem zdominował przeciwnika tak, że nie wiedzieć kiedy, siedział na nim i naparzał go do momentu, aż sędzia przerwał walkę.
- Panie i panowie, Xander Pace wygranym dzisiejszego starcia! - wykrzyczał przez mikrofon tak głośno, że udało mu się przebić przez celebrujący tłum.
- Jest młody. Dużo jeszcze przed nim, ale taktyką potrafi powalić każdego, kto tam, na ringu, nie myśli trzeźwo. Kiedyś będzie nie do pokonania i wykończy każdego. Kwestia czasu - stwierdził Aless, odrywając się od mojej szyi. Złapał mnie mocno w talii i obrócił zwinnym ruchem.
- Tak myślisz? - spytałam, gdy pchnął mnie na barierkę, z którą zderzyłam się plecami.
- Ja tak nie myślę, ja to wiem - wyjaśnił, przemieszczając się ręką po moim brzuchu i klatce piersiowej, aż dotarł nią do szyi, którą zakleszczył w uścisku.
Wzięłam pełny wdech, który został przerwany natarczywym pocałunkiem Alessandra. Był on na tyle intensywny, że moje włosy zwisały przez balkon, powiewając w przeciągu wytworzonym przez otwarte drzwi.
Jęknęłam Alessowi w usta, oddając każdy z jego całusów całą sobą. Położyłam dłonie na jego twarzy i przyciągnęłam go bliżej siebie, chcąc pogłębić pocałunek na tyle, ile tylko się dało.
- Nasz pierwszy dzień dobiegł końca i wiem, że jest już bardzo późno, ale... - Odsunął się ode mnie, lecz jego wzrok zatrzymał się na moich ustach.
- Tak? - spytałam zmartwiona zmianą w jego tonie.
- Nie wybaczyłbym sobie, gdybyśmy nie odwiedzili mojej mamy - wyjaśnił, ponownie zbliżając się do moich ust. - Chodź tam ze mną, mia Rossa.
Serce zabolało mnie na widok miejsca, przed którym się zatrzymaliśmy. Teraz rozumiałam, dlaczego Alessandro tak bardzo spoważniał, mówiąc o swojej mamie.
Przyjechaliśmy na cmentarz.
Przekroczenie bramy było dla niego czymś przełomowym. Czułam to, gdy złapał mnie za rękę, w której szukał wsparcia, choć nie chciał dać tego po sobie poznać. Potrzebował mnie, a ja zamierzałam dać mu tyle otuchy, ile tylko mogłam z siebie wydusić.
Szliśmy w ciszy, która w tym przypadku była zrozumiała. Nie chciałam przerywać tego, co działo się w głowie Alessa, podczas gdy udawaliśmy się w stronę nagrobków i urn ustawionych w pionowej, kamiennej kolumnie. Znicze pięknie oświetlały wszystko wokół i sprawiały, że mimo pory i klimatu cmentarza czułam się na nim w pełni bezpiecznie. Trzymanie Alessa za rękę pomagało nie tylko jemu, lecz także mnie; dodawało mi pewności, że nie muszę się niczego bać.
- To tutaj... - oznajmił, a głos załamał mu się w pół zdania. Serce krajało mi się na widok tego, jak opuszcza głowę i niemal zamyka oczy.
Valentina Lancaster
Cara mamma, riposa in pace43
Chciałam powiedzieć, że miała piękne imię. Zapytać, jaka była i co stanowiło jej życiową pasję. Gdzie pracowała, czy miała rodzeństwo albo kim była jej pierwsza miłość. Aczkolwiek nie zrobiłam tego. Powstrzymałam się, bo przyjście tutaj po takim czasie było dla Alessa pewną formą terapii, przez którą musiał przejść w ciszy. Potrzebował dać sobie moment na przyswojenie sytuacji, o której nie musiał myśleć podczas pobytu w zakładzie karnym. Tam czas płynął inaczej, a ludzie myśleli głównie o tym, co przyniesie przyszłość.
Puściłam jego dłoń, lecz nie zamierzałam odchodzić zbyt daleko. Chciałam, żeby dał sobie czas, ale tym samym nie czuł, że znowu został z tym wszystkim sam. Byłam obok i kiedy tylko nasze spojrzenia się skrzyżowały, dałam mu to do zrozumienia. Przynajmniej taką miałam nadzieję.
Wypuściłam powietrze, które ciężko osiadło w moich płucach. Nagrobek mamy Alessa nie był jakoś bardzo zaniedbany, choć w niektórych miejscach potrzebował porządnego czyszczenia. Złote litery na płycie utrzymały się na tyle, że mimo upływu czasu dalej były możliwe do odczytania. Obeszłam grób, starając się nie patrzeć na Alessa, któremu chciałam dać trochę prywatności. Zależało mi, żeby nie czuł się osaczony, i jeśli miał taką potrzebę, mógł porozmawiać z mamą czy nawet się pomodlić.
Krzewy zasłaniały tył płyty, więc najciszej, jak się dało, złapałam za ich gałęzie, żeby spróbować choć trochę oczyścić teren wokół nagrobka. Pociągnęłam za gałąź, która z łatwością odeszła od pomnika. Nawet na tyle łatwo, że od razu zwróciło to moją uwagę. I właśnie dzięki temu zauważyłam, że to, co z początku wyglądało mi na krzewy, było zwykłą kupą gałązek. Oderwałam je wszystkie, jedna po drugiej, po czym odłożyłam na bok. Chciałam je potem wyrzucić do przeznaczonego na to kubła. Nienawidziłam, kiedy ludzie robili takie świństwa innym.
A już tym bardziej nienawidziłam wandalizmów.
W połowie oczyszczania w oczy rzuciły mi się jakieś czarne paski, które wyglądały zupełnie jak...
- Graffiti? - wyszeptałam pod nosem, marszcząc brwi.
- Wszystko w porządku? - zapytał nagle Aless, przez co poderwałam się na równe nogi.
- W zasadzie to nie wiem... Czy z tyłu pomnika dodawałeś coś od siebie? - zapytałam najdelikatniej, jak się tylko dało. Na tyle, na ile zdążyłam się obyć z tym językiem, śmiało mogłam stwierdzić, że napis był wykonany po włosku. Dlatego pierwsze, o czym pomyślałam, to to, że może kiedyś Aless zostawił tu swojej mamie jakąś wiadomość.
- O czym ty mówisz, Rossa? - Jego ton diametralnie zmienił barwę, a ciężkie kroki sprawiły, że szybko znalazł się tuż obok mnie.
- O tym... - wydusiłam z siebie, odsłaniając do końca czarny napis.
- Tale madre, tale figlio44 - przeczytał przez zaciśnięte zęby i już wtedy wiedziałam, że to nie on był autorem tych słów.
Spojrzałam do góry i mimo panującej wokół ciemności w oczach Alessandra dostrzegłam płynącą rzekę furii.
Przełknęłam ślinę.
- Co to oznacza? - spytałam.
- Śmierć dla tego, który to napisał.
37. GDZIE NORMALNOŚĆ STAJE SIĘ DAREM
Alessandro
Gdyby nie Rossa będąca na wyciągnięcie ręki, nie zasnąłbym tej nocy. Leżenie w łóżku, które nie wbijało sprężyn w plecy, a przede wszystkim było ciepłe, ze świeżą pościelą, to coś teoretycznie normalnego, lecz dla mnie... Dla mnie możliwość zaśnięcia w cichej sypialni, bez poczucia, że ktoś ciągle mnie obserwuje, a ja muszę być czujny w razie, gdyby coś miało się wydarzyć, to było naprawdę coś wielkiego. Samo bycie z kimś, zamiast tylko z zimną ścianą, było miłosiernym doświadczeniem. A bycie z kimś, kto odgrywa tak ważną rolę w moim życiu, równało się ze zbawieniem.
Rossa głaskała mnie po plecach, a ja nie poznawałem przy tym samego siebie. Nie miałem pojęcia, że mój organizm może reagować w taki sposób i odbierać bodźce zupełnie inaczej niż przy kimkolwiek innym.
Leżałem w śnieżnobiałej pościeli, która zdecydowanie odstawała od tej, do której byłem przyzwyczajony, jeśli chodzi o jakość. Wydawało mi się nawet, że tak dobre łóżko sprawia tylko, że człowiek nie chce z niego wychodzić. Zaczynałem rozumieć wszystkich ludzi, którzy spóźniali się do pracy, przysypiając wśród poduszek. Czułem się jak dziecko, bo nie potrafiłem przestać zachwycać się faktem, jakie były puchate i miękkie. Prawie tak miękkie jak Veronica, do której się przykleiłem.
Pół nocy nie pozwalałem sobie na zmrużenie oka tylko po to, żeby na nią patrzeć. Obserwowałem, jak rozpuszcza i rozczesuje włosy. Jak zmywa makijaż, myje twarz i nakłada na nią jakiś krem, wybrany spośród pudełeczek leżących na szafce w łazience. Jak rozbiera się do naga, wchodzi pod prysznic i oblewa się wodą tak gorącą, że lustro zaparowuje się szybciej, niż zdążyłbym zapytać, czy jej to nie parzy. Jak wyciera się ręcznikiem, sunąc po skórze leniwymi ruchami spowodowanymi zmęczeniem. Nie dziwiłem jej się, bo zarówno dzień, jak i noc przyniosły nam mnóstwo wrażeń.
Podziwiałem całą jej rutynę, stojąc w progu drzwi, oparty ramieniem o framugę. Splotłem nawet ze sobą ręce, żeby to na nich opierać całą siłę, która nie chciała dać mi tak po prostu stać w miejscu. Bycie z Rossą bez żadnych granic, postronnych osób czy hamulców sprawiało, że wszystko to, co normalnie trzymało mnie w ryzach, zniknęło. To ja dyktowałem samemu sobie, kiedy mogę sobie na coś pozwolić, a kiedy powinien pozostać w tle. A to wydawało się jak pieprzony narkotyk, bo ja uwielbiam mieć kontrolę.
Przetarłem policzek wierzchem dłoni, czując, że mimo upływu dwóch dni moja twarz nie zdążyła jeszcze pokryć się zarostem. Podrapałem się po brodzie, wbijając przy tym głowę w poduszkę. Nawet w miejscu, w którym spałem ja, pachniała Rossą. Nie byłem jednak pewien, który z kosmetyków kobiety sprawia, że utrzymująca się woń tak bardzo przypominała zapach letniego ogrodu.
Veronica wyszła z domu, jeszcze zanim w pełni się obudziłem. Byłem wręcz przekonany, że to właśnie przez jej nieobecność mój sen zamienił się w koszmar, z którego ciężko było się uwolnić. Śniłem o samotności. O zapachu więziennej stęchlizny i bólu obdartych od podnoszenia sztangi dłoni. O tym, jak po powrocie do zakładu czekał mnie również powrót do szarej rzeczywistości, z którą tak bardzo pragnąłem się już nie schodzić.
Ziewnąłem, podnosząc się do pozycji siedzącej. Z jednej strony zadowalało mnie to, jak potoczyła się nasza pierwsza wspólna noc, ale z drugiej ubolewałem nad faktem, że była również i ostatnią na długi, długi czas. Biłem się z myślami o tym, czy powinienem żałować, że w ogóle poszliśmy spać, a nie wykorzystaliśmy tych godzin na dłuższą rozmowę czy nawet głupi spacer po dworze. Ale im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym bardziej docierało do mnie, że to wspomnienie będzie dla mnie kluczowe podczas samotnych nocy w celi. To coś, czego nie mógł odebrać mi nikt, bo nie było rzeczą, którą zostawiało się przed przeszukaniem.
- Rossa? - zapytałem, starając się brzmieć tak donośnie, żeby gdziekolwiek była, na pewno mnie usłyszała.
Nasłuchiwałem, próbując wyłapać jakiekolwiek dźwięki, ale prawie wszystko było wygłuszone drzwiami sypialni. Byłem niemal pewien, że z salonu dochodzą szmery telewizora.
Zmarszczyłem brwi. Zsunąłem się z łóżka na tyle, żeby moje stopy zetknęły się z materiałem dywanu leżącego tuż obok. Szurnąłem po nim palcami, bo chciałem zapamiętać, jakie wywołuje uczucie.
Wstałem, przeciągając się jeszcze jeden ostatni raz, i ruszyłem w stronę drzwi. Popchnąłem w dół klamkę, w tym samym czasie otwierając usta, żeby ponownie zawołać Veronicę. Jednak gdy usłyszałem dochodzący z salonu głos, który okazał się nie być telewizorem, zamknąłem je szybciej, niż zdążyły w pełni się otworzyć.
- Wszystko wiem - oznajmił głos, który od razu przypasowałem w głowie do twarzy, której rozpaczliwie chciałem się stamtąd pozbyć.
- Co wiesz? - Pytanie Rossy brzmiało agresywnie. - Czego ty tu w ogóle szukasz?
- Och, Veronico, wiem o wiele więcej, niż jesteś w stanie pojąć - odpowiedział na jedno z pytań, po których nastąpiły dźwięki kroków. Jeden, dwa, trzy. - Zarówno ty, jak i on.
38. KOSZMAR BĘDĄCY RZECZYWISTOŚCIĄ
Veronica
On?
Serce mi stanęło. On wie. Chad wie o Alessie.
- Zdziwiona? - spytał, wpychając się w głąb kuchni.
Nie miałam nawet czasu na zastanowienie. Bałam się odezwać, bo wiedziałam, że każde słowo może tylko pogorszyć sytuację.
- O czym ty mówisz, Chad? - Starałam się brzmieć jak najspokojniej, choć serce już dawno podskoczyło mi do samego gardła. Nie tylko ze względu na to, że Chad wiedział o Alessie, ale też na fakt, że wyglądał i zachowywał się jak nie on. Coś w jego oczach i wyrazie twarzy sprawiało, że nie czułam w jego towarzystwie choćby najmniejszego cienia komfortu. Wszystko zniknęło, gdy napastował dzwonek do drzwi i wparował mi do mieszkania.
- Gdzie on jest, hmm? - Błądził wzrokiem po całej mojej twarzy na tyle gwałtownie, że zaczęłam czuć, jak w moim gardle formuje się wielka gula nie do przełknięcia. - Chowasz go tu i naprawdę myślisz, że nikt o tym nie wie?
- Chad... - Pokręciłam głową, zupełnie go nie poznając. Wyglądał zupełnie tak, jakby był w jakimś transie bez wyjścia.
- Wszyscy wiedzą o tym pieprzonym pół-Włochu od siedmiu boleści. Wszyscy - powtarzał, stawiając kolejne kroki tak, że byłam zmuszona się cofać.
- Nie poznaję cię, Chad. - Czułam, że zasycha mi w gardle.
- Za to jego poznałaś bardzo, bardzo dobrze. - Zaśmiał się, lecz mnie wcale nie było w tym momencie do śmiechu. - To w hotelu, to tu, to tam...
Otworzyłam szerzej oczy. To, co jeszcze przed chwilą było niepewnością, teraz zamieniło się w strach i niedowierzanie.
- Dałaś kryminaliście, a ze mną miałaś wątpliwości? Naprawdę, Veronica? Upadłaś aż tak nisko, żeby rezygnować ze świetlanej przyszłości dla jakiegoś pierwszego lepszego bydlaka, który dalej siedzi w pierdlu?
Nie wierzyłam w to, co mówi. Nie chciałam nawet wierzyć, że to naprawdę jest on, że stoi przede mną, napiera na mnie i osacza z każdej strony tak, że nie mam szans na ucieczkę. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek nadejdzie taki moment, że Chad będzie mnie przerażać. Ale dokładnie tak się stało. Bałam się go.
- Odsuń się - wydusiłam z siebie, choć przełamanie się sporo mnie kosztowało.
- Bo co? - zapytał, zbliżając się na tyle, że plecami zderzyłam się ze ścianą, a między moją a jego klatką piersiową nie było już ani centymetra przerwy. Chad zwariował. Musiał zwariować, bo to nie był on.
- Proszę cię, nie jesteś sobą - powiedziałam łamiącym się głosem. Odsuwałam głowę, jak najdalej się tylko dało.
- Gówno o mnie wiesz. Nie wiesz, jaki jestem i do czego jestem zdolny - prychnął i złapał mnie za nadgarstek. Zamknął go w ciasnym uścisku i uniósł, żeby pomachać nim przed moją twarzą. - Jeszcze tego nie wiesz.
- Puść mnie - wykrztusiłam, próbując mu się wyrwać.
- Zamknij się - zawarczał i puścił moją rękę, lecz za to przygniótł moją szyję przedramieniem. Dociskał mnie do ściany, sprawiając, że kręgosłup wbijał mi się w zimny beton.
- Proszę. - Starałam się powiedzieć coś więcej, jakoś go powstrzymać, ale wszystko było na marne. Chad coraz mocniej naciskał na moje obojczyki, nie dając mi możliwości wzięcia normalnego oddechu.
- Powiedziałem: zamknij się! - wykrzyczał, uderzając wolną ręką tuż obok mojej głowy. Wzdrygnęłam się wystraszona, że następny cios może wylądować jeszcze bliżej. Zamknęłam oczy i starałam się oszczędzać powietrze, które traciłam z sekundy na sekundę.
- Al... - Próbowałam jakoś zawołać Alessa, ale przez nacisk nic, co opuszczało moje usta, nie było nawet zbliżone do wystarczającej głośności.
- Głupia szmato, teraz go wołasz? Czego ty się spodziewasz, co? Że przyjdzie i będzie ratować takie nic niewarte ścierwo? Że wbiegnie tutaj i mnie powstrzyma, bo jest jebanym kryminalistą na jednym dniu wolności, bo był taaaki grzeczny? - wymieniał, a z każdym zdaniem lekko luzował przedramię, żeby przy kolejnym uderzyć z podwójną siłą.
A kiedy czułam, że powoli robi mi się czarno przed oczami, powietrze zaś prawie się kończy, oboje usłyszeliśmy:
- Żebyś, kurwa, wiedział.
Razem z tymi słowami poczułam, jak cały napór znika, a ja upadam na kolana. Wzięłam najgłębszy oddech w życiu, podpierając się rękami o podłogę, żeby w pełni na niej nie wylądować. Kaszlałam, a każda próba wypowiedzenia choćby jednej literki kończyła się charczącymi dźwiękami opuszczającymi moje usta.
Wszystko działo się tak szybko. Sama starałam się równie prędko wrócić do rzeczywistości, ale to było niemożliwe. Udało mi się tylko spojrzeć w górę i ujrzeć, jak Aless dociska Chada do blatu kuchennego. Poruszał ustami, ale nie słyszałam żadnych wypowiedzianych przez niego słów. Nic a nic, tylko dziwny, szumiący dźwięk, który doprowadzał mnie do szału.
Chciałam wyciągnąć rękę w ich stronę. Nie wiedziałam nawet po co, jednak mój organizm nie potrafił pozwolić mi pozostać bierną. Nie w sytuacji, kiedy Aless szarpał Chadem tak, że ten zderzał się z blatem przy każdym ruchu. Nie mogłam pozwolić na to, żeby zrobił mu krzywdę. Nie mogłam, bo wiedziałam, że spisałoby go to na straty. Życie na przepustce równało się z tym, że wystarczył jeden fałszywy ruch, a mogłoby tak po prostu się skończyć.
- Aless... - wycharczałam, wciągając tyle powietrza naraz, że czułam się bliska zakrztuszenia. - Nie...
Próbowałam. Naprawdę próbowałam, lecz furia, w jaką wpadł Alessandro, była nie do zatrzymania. Był jak tornado gotowe pochłonąć wszystko na swojej drodze.
- Lepiej jej posłuchaj, bo po takim czymś albo trafisz do paki na chuj wie ile jeszcze, albo skończysz w piachu obok swojej mamusi, bo nie wytrzymasz...
No i rzeczywiście nie wytrzymał, ale presji jego słów.
Aless podniósł rękę i uderzył Chada w głowę. Zamknęłam oczy, zanim zdążyłabym zapisać ten obraz w pamięci.
- Lo pagherai45 - powiedział przez zęby Alessandro, szarpiąc Chada za koszulę.
- Aless, proszę, przestań... - załkałam, mimo że moje oczy nie były zdolne do płaczu. Skrajność wszystkich emocji odebrała mi tę możliwość, zastępując ją nadmiernie szybko bijącym sercem.
- Musi zapłacić! - wydarł się Aless, pchając Chada. Cisnął go głębiej na blat i dopiero puścił, po czym obrócił się tak, żeby odejść od niego na krok.
Usłyszałam splunięcie, które okazało się krwią pochodzącą z ust Chada. Wylądowała tuż obok mnie, sprawiając, że w końcu odnalazłam w sobie siłę, by się podnieść.
- Ty pieprzony popaprańcu... Wynoś się z mojego domu... Natychmiast się wynoś... - Próbowałam krzyczeć, choć mój głos nadal w pełni nie wrócił do normy, tylko mieszał się z piskami.
Zgięta wpół poczułam, jak dobrze znane mi ręce łapią mnie w bezpiecznym uścisku. Spojrzałam na Alessa, którego oczy wydawały się tak bardzo nieobecne. Ciałem był ze mną, ale duszą dalej rozprawiał się z Chadem, który zdążył już się podnieść. Jego broda pokryta była krwią zmieszaną ze śliną, która kapnęła mu na koszulę.
- Z wielką chęcią. Mam już wszystko, czego potrzebowałem. - Zaśmiał się, pokazując rząd zębów ubrudzonych krwią.
Na rękach czułam, jak Aless spina palce i chce wystartować do Chada. Czułam, jak bardzo pragnie dopełnić tego, co uważa za swój obowiązek względem świętej pamięci matki, której imię splamił Chad. Zresztą nie tylko samo imię, lecz i jej grób. Wszystko powoli stawało się jasne.
Trzask drzwi, oznaczający wyjście Chada, zadudnił mi w uszach, mimo że wcale nie był taki głośny. Dźwięk ten zwiastował moją jedyną szansę na zatrzymanie Alessandra w miejscu.
- Zostań, błagam cię, zostań i daj mu odejść, bo będzie tylko gorzej - szepnęłam, stając tuż przed Alessem. Zmusiłam go, żeby na mnie spojrzał. - Nie daj mu więcej tego, czego chce. Nie możesz, Aless, bo ja...
Błądziłam wzrokiem po jego twarzy wyrażającej więcej niż tysiąc słów. Ból, udręka, chęć mordu, agresja, gniew, niesprawiedliwość... Można by wymieniać godzinami, bo to wszystko siedziało teraz w jego głowie.
- Potrzebuję cię, Aless. Jak nikogo innego, potrzebuję cię - powiedziałam w końcu, kręcąc przy tym głową. Dopiero w tym momencie mój organizm zwolnił blokadę, pozwalając łzom gorzko spłynąć po policzkach.
- Dla ciebie, mia Rossa. - Przyciągnął mnie do siebie. Gdy tylko zetknęłam się głową z jego piersią, poczułam niespokojne, zdecydowanie zbyt szybkie bicie serca. - Wszystko tylko dla ciebie.
Staliśmy wtuleni w siebie przez czas, którego długości nie dało się opisać słowami. Byliśmy przy sobie do ostatniej łzy znikającej gdzieś między nami. Do momentu, gdy przez przypadek kątem oka zauważyłam, że godzina na wyświetlaczu piekarnika jest bliska tej, o której musimy się rozstać.
39. DRUGIE DNO POŻEGNANIA
Alessandro
Nadszedł czas. Moment, w którym musieliśmy tylko i zarazem aż się rozstać.
Dla mnie doba tego dnia nie kończyła się o północy. Musiałem stawić się znacznie wcześniej, bo w innym wypadku pomogłyby mi w tym odpowiednie służby. Jednak ze względu na nieduży wyrok, który tak czy owak zbliżał się powoli ku końcowi, nie zamierzałem stawiać oporu. Nie było to potrzebne ani mnie, ani Rossie czy komukolwiek innemu. Choć im dłużej myślałem o tym, że ktoś taki jak ten sukinsyn Chad położył łapy na mojej kobiecie czy grobie mojej mamy, tym bardziej zwiększała się moja ochota na naciągnięcie, a nawet złamanie zasad.
Byłem nabuzowany i w tym momencie wystarczyłaby jedna najmniejsza rzecz, żebym już kompletnie stracił panowanie nad własnymi myślami i czynami. Nie dość, że czułem, jak moje serce jest bliskie obumarcia, to jeszcze to wszystko doprowadziło do obudzenia we mnie tej najgorszej, najbardziej chorej części mojej osobowości. Tej, której nie obchodziły żadne konsekwencje. Tej, dla której nie było słowa "stop" albo "za dużo".
Tej, która zniszczyłaby wszystko i nie oglądała się za siebie.
Ale dla dobra Rossy musiałem ją wyciszyć. Chociaż spróbować zrobić to na dłuższy bądź krótszy czas, póki nie wymyślę jakiegoś obejścia tej sytuacji, nawet w przypadku, kiedy takowe nie istnieje.
Zagryzałem wnętrze policzków, próbując tym rozładować jakoś poczucie chęci wyrwania się z niewidzialnej klatki, która trzymała mnie jeszcze w ryzach człowieczeństwa. Było ze mną źle, nawet bardzo źle, do momentu, w którym nie potrafiłem określić, co jest tego większą przyczyną.
- Nie wiem, czy dam radę, Aless... - zaczęła nagle Veronica. - Ja...
Z nią również nie było najlepiej. Roztrzęsienie, rozpacz i zakłopotanie mieszały się w jej głowie, kompletnie wyłączając jakikolwiek zdrowy rozsądek. Była w rozsypce, nie mogła pozbierać się do kupy, przez co przeklinałem samego siebie, że nie mogę dłużej z nią zostać. Dla niej byłem w stanie poświęcić wszystko, lecz musiałem dbać też o to, żeby nie pogarszać naszej sytuacji. Gdybym został, byłoby tylko gorzej. Gdybym popełnił jakiekolwiek wykroczenie, byłoby jeszcze gorzej. Gdybym spowodował uszczerbek na czyimś zdrowiu, byłoby wręcz fatalnie.
I tylko dlatego Chad był jeszcze w stanie poruszać się o własnych siłach.
- Cii, maleńka. Spójrz na mnie - odparłem, zatrzymując się. Nie mogłem pokazać jej, że emocje wzięły nade mną górę. Nie kiedy potrzebowała mnie opanowanego jak nigdy. - Musisz być silna, mia Rossa.
Złapałem jej ręce i ściskałem je powtarzalnie. Patrzyła na nasze splecione dłonie i nie mogła oderwać od nich wzroku.
- Nie wiem, czy potrafię...
- Potrafisz. Bądź silna, jeśli nie dla siebie, to dla mnie - powiedziałem, czując, że tracę kontrolę nie tylko nad sobą, ale i nad sytuacją. W jednej chwili dotarło do mnie, że gdy tylko przekroczę próg więziennej bramy, Rossa zostanie sama ze wszystkim. Zostanie sama z tym człowiekiem. A na to nie mogłem pozwolić, nieważne, kto by mnie próbował powstrzymać.
- Nawet nie wiemy, czy jeszcze się zobaczymy - załkała, wreszcie na mnie spoglądając. Oczy miała w okropnym stanie, całe zatarte od przecierania ich rękami i czerwone od wylanych łez. Spojrzałem na ślady nad jej obojczykami, które były równie czerwone, co jej ślepia. Nie umiałem nazwać tego inaczej niż tak, że brała mnie kurwica. Uderzając go, zaryzykowałem praktycznie wszystko. Ale zrobiłbym to, kurwa, jeszcze i dziesięć kolejnych razy, gdyby tylko zaszła taka potrzeba.
- Nie waż się tak mówić. Zobaczymy się. Będę pisał ci listy, maleńka. Nawet jeśli miałbym własnoręcznie złapać do tego pieprzonego gołębia, to zrobię i przywiążę mu listy do nogi. - Próbowałem ją jakoś podnieść na duchu, lecz nie byłem w tym najlepszy. Szczerze mówiąc, to sam powoli zaczynałem wątpić w to, jak bedzie wyglądać nasza sytuacja.
- Obiecaj mi, że nieważne, co się stanie, niedługo się zobaczymy - zażądała. - Obiecaj mi to, Lancaster.
Uniosłem rękę i pewnie złapałem ją za brodę, po czym nachyliłem się, żeby złożyć delikatny pocałunek na jej czole.
- Obiecuję, Veronico Harris.
Rossa pokiwała głową, choć nie była to ta pewność, której oczekiwałem. W jej oczach widziałem, że boi się, co przyniesie przyszłość. Boi się nawet o to, co ma się wydarzyć jeszcze tego wieczoru. Mową ciała zdradzała znacznie więcej, niż sama by sobie tego życzyła.
- Pamiętaj, co ci powiedziałem. Nie pozwolę, żeby cokolwiek ci się stało, i dotrzymam słowa, nawet będąc za tymi murami, rozumiesz? - powiedziałem stanowczo. - Nikt cię nie tknie, mia Rossa. Dopilnuję tego.
- Jak? Jak chcesz zapewnić mi ochronę, będąc tam? - Kiwnęła głową w stronę budynku zakładu. - To nie jest możliwe, Aless.
- A czy relacja z tobą była możliwa? Czy udało nam się mimo strażników, krat i wszystkich przeszkód? Czy byłem twoim cieniem przez ostatnie miesiące? - wypytywałem, górując nad nią. - Odpowiedź na wszystkie te pytania to nic innego niż jak, kurwa, najbardziej. Poznałaś mnie wystarczająco blisko, żeby wiedzieć, że znajdę sposób. Może nawet już go znalazłem, a ty dowiesz się o nim dopiero wtedy, gdy poczujesz, że możesz się zrelaksować, bo nikt niechciany już się do ciebie nie zbliży?
Rossa patrzyła na mnie, przyswajając wszystko to, co do niej mówiłem. Uważnie wsłuchiwała się w każde wypowiedziane przeze mnie słowo i chłonęła je jak najważniejszą sentencję swojego życia. Właśnie o to mi chodziło. Miała wiedzieć, że jest nietykalna.
- Mamy jeszcze trochę czasu... Nie wiem, czemu przywlekłam cię tutaj aż tak szybko, ale spanikowałam, że nie zdążymy dojść i...
Pocałowałem ją. Zamknąłem jej usta w potrzasku, nie dałem jej zamęczać się wciąż tym, co nie jest teraz istotne. Nieważne, czy byłem na miejscu godzinę, czy dwie wcześniej, ważne, że byłem tu z nią.
- Nie wierzę, że... - Coś znowu przerwało Rossie, jednak tym razem nie byłem to ja, a jej wibrujący telefon. Trzymając ją w ramionach, czułem, jak mocno wierci jej się w kieszeni i domaga odzewu.
Veronica spojrzała na mnie, jakby pytała, czy może odebrać to połączenie. W jakimś stopniu jej spojrzenie mówiło mi, że wymaga ode mnie przeczącej odpowiedzi, lecz nie mogłem się na to zgodzić.
- Odbierz - poleciłem, opuszczając ręce wzdłuż tułowia.
- Stacjonarny? - zapytała cicho, przyglądając się cyferkom na telefonie. Pospiesznie przesunęła palcem po ekranie, po czym przyłożyła komórkę do ucha. - Słucham?
Patrzyłem, jak z każdą kolejną sekundą jej twarz nabiera coraz ostrzejszych rysów, a kolor skóry mimo zaczerwienienia wokół powiek staje się coraz bledszy.
- Czy muszę stawić się koniecznie teraz? - dopytała, przełykając ślinę. - Rozumiem, dobrze. Proszę dać mi tylko czas na dojazd. - Kolejna długa przerwa. - Tak, zrozumiałam. Dziękuję, do zobaczenia.
- Kto to był? - zapytałem, gdy tylko Rossa odstawiła telefon od ucha.
- Pani z sekretariatu mojej uczelni. Nie chciała powiedzieć, o co dokładnie chodzi, ale poinformowała mnie, że niezwłocznie muszę pojawić się w budynku głównym... - wyjaśniła i spuściła głowę.
Nasze pożegnanie musiało dobiec końca szybciej, niż byśmy tego chcieli. Niby wiedziałem, że ten moment w końcu nadejdzie, ale łudziłem się, że nie będzie bolał aż do tego stopnia. Rzeczywiście było to żmudne, zdecydowanie błędne założenie.
- Obiecałem ci to, mia Rossa - odezwałem się, widząc, jak nie potrafił ustać w miejscu. - A ty obiecaj, że już nigdy nie przestaniesz mi ufać.
- Przenigdy - odpowiedziała ze stanowczością, jakiej w niej jeszcze nie widziałem.
- Nie rozstajemy się na zawsze - dodałem i przyciągnąłem ją w swoje ramiona. Położyłem dłoń na jej włosach i pogłaskałem ją. To uczucie również musiałem zapamiętać już na zawsze.
- Nie rozstajemy - potwierdziła, choć słyszałem, ile ją to kosztuje.
- Leć, maleńka. Rozwiąż ten problem i od razu wracaj do domu. Najlepiej zadzwoń po kogoś, mamę czy koleżankę, nieważne. Po prostu nie bądź sama przez najbliższe godziny, dobrze? - Musiałem się o tym upewnić.
- Dobrze - odparła, po czym uniosła się na palcach u stóp, żeby złożyć na moich ustach ostatni, pełen goryczy pocałunek.
Wypuściłem z płuc całe trzymane tam powietrze. Wszystko to, co zatrzymałem w nich przez ostatnie minuty, nie mogąc wziąć oddechu, bo tylko przy niej w ogóle chciało mi się go brać. Patrzyłem, jak odchodzi. Jak idzie przed siebie, aż w końcu musi skręcić i zniknąć z pola mojego widzenia. To wtedy widziałem jej miedziane, powiewające na wietrze włosy po raz ostatni. Odprowadzałem ją wzrokiem do samego końca. Do momentu, kiedy byłem już w stu procentach pewien, że się nie odwróci.
Do czasu, aż sam mogłem obrócić się na pięcie i popatrzeć na bramę zakładu karnego, który minąłem, bo poszedłem w inną stronę. Gdzieś, gdzie ktoś czeka na to, by po raz ostatni spojrzeć mi w oczy i zapamiętać, że zniewaga moich bliskich już zawsze będzie kojarzyła mu się ze strachem, jakiego jeszcze w życiu nie zaznał.
40. BRAK DOBRYCH WIADOMOŚCI
Veronica
Nie czułam kompletnie nic.
Moja głowa całkowicie wyparła fakt, że dopiero co pożegnałam się z Alessem. To po prostu do mnie nie docierało i nawet kiedy kilkadziesiąt minut później szłam korytarzem uczelni, wmawiałam sobie, że to przecież tylko chwilowa rozłąka. Że przecież zaraz wrócimy do naszej poprzedniej normy, która może i nie była wymarzoną formą relacji, ale przynajmniej jakąś była. Musiała nam wystarczyć. A teraz musieliśmy na nowo przyzwyczaić się do tego, że nie wolno nam razem chodzić po mieście, jeść posiłków czy spać w jednym łóżku.
Tak po prostu.
Mimo tego gdzieś w głębi duszy dalej byłam roztrzęsiona zachowaniem Chada. Niestety wszystko, co ostatnio działo się wokół mnie, wydawało się tak nierealne, że tej myśli również do siebie nie dopuszczałam. Szukałam wytłumaczenia na każde słowo, które rzucił w moją stronę. Zastawiałam się, gdzie i co zrobiłam źle, lecz im dłużej się nad tym zastanawiałam, tym bardziej dochodziło do mnie, że to nie po mojej stronie leżał problem. To nie ja nie byłam w stanie pogodzić się z odmową, to on nie potrafił jej znieść. Nigdy nie pomyślałabym tylko, że właśnie przez to będzie w stanie dopuścić się tylu okropieństw.
Szerokie drzwi gwałtownie się uchyliły, na co intuicyjne odskoczyłam w bok.
- Jezu, przepra... Och, to pani. Bardzo dobrze, że już pani jest, proszę wejść - odezwała się czarnowłosa kobieta w średnim wieku. Początkowo nie skojarzyłam jej ostrych rysów twarzy, jednak po chwili przypomniało mi się, że już kiedyś z nią rozmawiałam. Była sekretarką dziekana i na samym początku studiów pomogła mi się do niego dostać. Musiałam wtedy się upewnić, że przy wyższej średniej mam szansę na stypendium.
- Dzień dobry... - odpowiedziałam zakłopotana, przechodząc przez drzwi, w których puściła mnie przodem. - Czy wie pani, w jakiej sprawie wezwał mnie pan dziekan?
Nie byłam pewna, czy było na co liczyć, ale zawsze warto było spróbować.
- Niestety, nie mogę udzielać takich informacji - odparła krótko i przeszła za biurko. Złapała kubek z nadrukowanym zdjęciem dziecka, zasłaniając je palcami.
- Rozumiem. - Popatrzyłam na nią wzrokiem, który błagał o jakąkolwiek informację.
Kobieta poprawiła się na fotelu, który zaskrzypiał pod naciskiem wywołanym na podłokietnikach. Spojrzała na mnie i przez dłuższą chwilę skanowała moją twarz zaciekłym wzrokiem. Nie wiedziałam, czego się w niej doszukuje, jednak jeśli to miało w jakikolwiek sposób zadziałać na moją korzyść, pozwoliłabym jej gapić się na mnie przez następną dobę.
- Wiem tylko tyle, że to nie będzie przyjemna rozmowa - odezwała się w końcu. - Przykro mi.
Przełknęłam ślinę. Wbiłam wzrok w podłogę pokrytą wykładziną, mimo że nie powinnam była dłużej czekać. Od drzwi prowadzących do spotkania z dziekanem dzieliły mnie dosłownie dwa kroki. Dwa paraliżujące kroki, które wydawały się awykonalne.
- Niech pani tam wejdzie, i tak nie cofniemy już czasu.
To zdanie wcale nie sprawiło, że poczułam się lepiej. Wręcz przeciwnie, spięłam się jeszcze bardziej. Ale ta kobieta miała rację, musiałam stawić czoła temu, co czekało mnie za drzwiami. A przeczucie podpowiadało mi, że nie jest to nic dobrego.
Wzięłam głęboki oddech i zmusiłam się, żeby zapukać do drzwi pokoju obok.
- Proszę.
Zacisnęłam zęby i weszłam do środka. Od samego początku unikałam kontaktu wzrokowego z dziekanem. Zamknęłam za sobą drzwi najwolniej, jak tylko się dało.
- Proszę, niech zajmie pani miejsce. - Jego głos był oschły i całkowicie wyprany z emocji.
- Dziękuję - odpowiedziałam, idąc w stronę jego biurka. Podłoga skrzypiała pod każdym wykonanym przeze mnie krokiem do momentu, aż dotarłam do pojedynczego krzesła ustawionego centralnie naprzeciwko dziekana. Odsunęłam je minimalnie do tyłu, po czym zajęłam miejsce.
- Napije się pani wody? Może kawy, herbaty? - rzucił nagle, zmieniając nieco ton.
Spojrzałam w górę, pomijając stos papierów porozrzucanych na jego biurku, i zatrzymałam się na jego twarzy. Mężczyzna z pewnością był już bliżej niż dalej sześćdziesiątki. Przez wielu uznawany był za ikonę uczelni, perełkę, która była tu od samego początku. Z pozoru wyglądał na nieprzyjemnie nastawionego, lecz podczas rozmów obalał wszystkie z tych mitów. Dziekan naprawdę był dobrym człowiekiem, aczkolwiek mimo swojej dobroci czasem po prostu musiał być tym złym. Zawsze musi być ktoś, kto stanie po tej stronie dla dobra reszty.
- Nie, dziękuję - odparłam po chwili ciszy. Nie potrafiłabym przełknąć choćby łyka.
- Rozumiem. W takim razie przejdźmy do rzeczy.
W tym momencie pożałowałam, że jednak nie poprosiłam o kawę czy herbatę. Wykupiłabym sobie tym czas, o którym teraz mogłam tylko pomarzyć.
- Będę zupełnie szczery i powiem pani, że nigdy nie spodziewałbym się, że w którymkolwiek momencie mojej kariery dojdzie do tego, że odwiedzi mnie mężczyzna podający się za prywatnego detektywa - zaczął mówić, opierając się głębiej w swoim wielkim, skórzanym fotelu.
Zmarszczyłam brwi, nie wiedząc, do czego zmierza. Starsi ludzie często miewają tendencję do opowiadania historii, które nie mają wiele wspólnego z tematem. I do pewnego momentu byłam przekonana, że w tym przypadku jest dokładnie tak samo.
- Nie pomyślałbym też, że wparuje tutaj bez żadnej zapowiedzi i rzuci mi przed oczami - zatrzymał się i nachylając się nad biurkiem, sięgnął po dużą białą kopertę - tym.
Śledziłam wzrokiem pakunek, który od razu po zakończeniu przez niego zdania wylądował mi przed twarzą.
- Z całym szacunkiem, panie dziekanie, ale co to ma wspólnego ze mną? - zapytałam najgrzeczniej, jak tylko potrafiłam.
- Proszę otworzyć. - Kiwnął głową na kopertę, przeczesując palcami gęstą brodę.
Patrzyłam to na niego, to na kopertę, i nie potrafiłam znaleźć w sobie takiej siły, która pozwoliłaby mi tak po prostu ją otworzyć.
"Koperta od prywatnego detektywa". Im więcej razy powtórzyłam sobie to w głowie, tym bardziej docierał do mnie fakt, że dziekan nie prosiłby mnie o otwarcie czegoś, co nie jest ze mną powiązane.
Czułam na sobie jego oceniający wzrok, który pospieszał moje działania. Odchrząknęłam, choć moje gardło było suche jak nitka. Wzięłam kopertę i delikatnie odsunęłam jej rozerwaną u góry część. Zbierając się w sobie, pochyliłam głowę i zajrzałam do środka.
Zawartość koperty składała się z kilkunastu świeżo wydrukowanych zdjęć i płyty zapakowanej w odpowiednie plastikowe pudełeczko. Wyjęłam wszystko naraz, po czym zaczęłam oglądać fotografie.
W jednej chwili przestrzeń wokół mnie stanęła. Czas, dźwięk, a nawet moje własne serce. Na zdjęciach byłam ja. Na jednym sama, a na kolejnym już w towarzystwie.
W towarzystwie Alessandra Lancastera.
Każde kolejne zdjęcie przedstawiało nasze coraz bliższe spotkania. Coraz prędzej przeskakiwałam do następnych fotografii, czując, jak mój oddech przyspiesza razem z ruchami ręki.
- Z racji na pani prywatność zaprzestałem oglądania tych zdjęć - wtrącił się dziekan. - Stety bądź niestety, pozwoliłem sobie na obejrzenie materiału, który znajdował się na płycie. Chciałbym, żeby pani również go zobaczyła.
Nie wiedziałam, czy właśnie tracę oddech, czy też jest na tyle szybki, że nie rejestruję wdychanego i wydychanego powietrza.
Dziekan chwycił za opakowanie z płytką i otworzył je, żeby już po minucie włożyć ją do napędu komputera. Najdłuższej minucie mojego życia, podczas której obrócił monitor tak, żebyśmy razem widzieli, co się będzie na nim działo. Wystarczyło kilka kliknięć, a okno z odtwarzaczem zajęło cały obszar ekranu. Kółeczko na samym środku kręciło się jeszcze przez moment, aż w końcu materiał ruszył z miejsca.
Zamarłam. Nie wierzyłam własnym oczom, które próbowały wmówić mi, że na ekranie właśnie widzą podgląd na część mojego mieszkania. Na moją pieprzoną kuchnię. Wszystko się zgadzało. Blat, kolor szafek, salon w tle. Misa z owocami stała dokładnie w tym samym miejscu, co jeszcze dzisiaj rano.
Ale piekło chyba dopiero się zacznie.
Film składał się z kilku pociętych części. Raz na ekranie pojawialiśmy się ja i Aless, podczas gdy się całowaliśmy, a już po chwili widać było Chada stojącego twarzą w twarz z moim mężczyzną. Na nagraniu nie było momentu, kiedy bydlak wepchnął mnie na ścianę i próbował udusić. Nie było też słychać jego chorych słów. Nie było na nim nic, co obciążyłoby Chada, a tylko mnie i Alessa.
Pokręciłam głową, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa.
I właśnie wtedy wszystkie kropki złączyły się dla mnie w jedną całość.
To dlatego Chad w ogóle się nie bronił.
- Myślę, że w tym wypadku sytuacja jest bardziej niż klarowna, panno Harris - skwitował dziekan, podsuwając mi pod nos kartkę pełną tekstu i długopis. - Zdecydowałem, że owy filmik nie znajdzie się w mediach, bo to nie byłoby na rękę żadnej ze stron. Nie zmienia to jednak faktu, że osobiście zadbam, żeby koledzy po fachu nie postanowili przypadkiem przyjąć pani na żadną inną formę kursu wykształcenia wyższego związaną z szeroko pojętą resocjalizacją.
Nie, nie, nie.
- Proszę o złożeniu czytelnego podpisu, panno Harris. W trybie natychmiastowym zostaje pani na własne życzenie skreślona z listy studentów.
To musi być koszmar. To musi być pieprzony koszmar.
- J-ja... - Chciałam powiedzieć coś na swoją obronę, ale szok odebrał mi mowę i szansę na wytłumaczenie sytuacji z mojej perspektywy. Trzęsącą się ręką wzięłam długopis i podpisałam się na samym dole kartki, ledwo go utrzymując.
To był koniec.
- Mimo wszystko mam nadzieję, że wyciągnie pani z tego wszystkiego jakieś wnioski i doceni fakt, że zostawiam tę sprawę w taki, a nie inny sposób, ze względu na pani i tak już podprogową sytuację - odchrząknął. - Proszę mnie zrozumieć. Nie mogę zakazywać pani miłości czy związku z kimkolwiek, nawet osadzonym. Ale nie mogę przejść obojętnie obok sytuacji, kiedy romans ma miejsce podczas praktyk na mojej uczelni. Nie popieram takich rzeczy i w żadnym wypadku nie chciałbym, żeby stało się to przykładem dla reszty praktykantów czy studentów. Poza tym to pobicie wcale nie polepsza sytuacji. Mam nadzieję, że rozumie pani, że nie mogę ryzykować wycieku takich informacji, a już tym bardziej, kiedy wiem, że zostały uwiecznione.
Z każdym kolejnym zdaniem robiło mi się coraz bardziej niedobrze. W końcu bez słowa, zasłaniając usta ręką, wybiegłam z gabinetu. Nie odwracałam się na wezwania czy krzyk sekretarki dziekana, tylko ślepo biegłam prosto do łazienki.
Zwymiotowałam do muszli klozetowej, choć nie wiedziałam nawet czym, bo tego ranka nie byłam w stanie przełknąć nawet kęsa suchej bułki.
Kliknęłam przycisk spłuczki, a gdy czekałam, aż wszystko spłynie, obróciłam się i uderzyłam pięścią w drzwi kabiny. Nie pamiętałam w tej chwili o żadnych zarazkach, oparłam więc czoło o drzwi i zamknęłam oczy. Miałam w głowie jedynie to nagranie i właśnie ono sprawiło, że zalała mnie fala adrenaliny.
Musiałam znaleźć tę pierdoloną kamerkę.
Wpadłam do mieszkania, nie oglądając się za siebie. Nie obchodziło mnie nic oprócz tego, żeby znaleźć dziadostwo, które zatruło mi życie. Małe jak opuszek palca urządzenie, które zamontował Chad, gdy udawał, że zaparza mi herbatkę. A ja wpuściłam go do własnego domu mimo zapalających mi się w głowie czerwonych lampek przez to, w jaki sposób złapał i szarpnął mnie za nadgarstek. Jak już wtedy dziwacznie się zachowywał i wypowiadał.
Byłam taka głupia. Tak cholernie głupia i zaślepiona, nawet nie wiem czym.
Porzuciłam wszystkie rzeczy jeszcze w korytarzu. Wbiegłam do kuchni, nie próbując już nawet uspokajać oddechu. Od razu wdrapałam się na blat, żeby wymacać ręką górę podwieszanych szafek. Z perspektywy filmiku obstawiałam, że to właśnie tam znajdowała się kamerka.
I się nie pomyliłam.
Pod palcami wyczułam maleńką kuleczkę, która nie miała w sobie nawet kabelka. Zerwałam ją pospiesznym ruchem i rzuciłam o podłogę. Zeskoczyłam z blatu i chcąc wyrzucić z siebie wszystko to, co siedziało mi w głowie, wdeptałam urządzenie w ziemię. Skakałam po nim, wdeptywałam w panele tak, żeby zmiażdżyć je pod każdym możliwym kątem. Wydawałam z siebie dźwięki, które miały mi pomóc oczyścić umysł, lecz tak naprawdę w niczym mi nie pomagały.
Byłam roztrzęsiona. Przestałam czuć się bezpiecznie we własnym mieszkaniu w przeciągu jednego dnia. Nie mogłam mieć pewności, że ta kamerka była jedyną. Nie wiedziałam, czy Chad nie przyszykował też czegoś jeszcze, czegoś, czego mogłabym się nie spodziewać. Ta myśl dosłownie zabijała mnie od środka. Sprawiała, że czułam się bliska zwariowania.
Obróciłam się i trzasnęłam drzwiczkami od szafki. Oddychałam coraz szybciej, a moja pierś unosiła się i opadała, ledwo za mną nadążając. Zacisnęłam dłonie w pięści i uderzyłam nimi o blat. W jednym momencie wszystko wokół mnie stało się niepewne. Ja, moje mieszkanie, moja sytuacja i...
Aless...
W końcu dotarło do mnie, że tracąc studia i praktyki, straciłam również i jego.
- Kurwa! - ryknęłam i przejechałam ramionami po blacie tak, że leżące na nim szklanki wylądowały na podłodze i rozbiły się na kawałeczki.
Nawet nie wiedziałam, w którym momencie łzy pociekły ciurkiem po moich policzkach. Kiedy łapałam wszystko, co miałam pod ręką, i rozrzucałam po całym mieszkaniu? Gdy obsesyjnie szukałam kolejnych kamer w każdym kącie, skrytce i szafce?
Czy może gdy całe moje mieszkanie z czasem zaczęło przypominać pobojowisko, zresztą dokładnie tak jak ja?
Nie miałam już siły walczyć. Nie miałam siły nawet ustać na nogach. Padłam na kolana tuż obok kanapy i wylądowałam na niej rękami i głową. Nie obchodziło mnie już nawet, że przy zetknięciu z kanapą nacisk mojego łokcia sprawił, że leżący pod nim pilot uruchomił telewizor.
Wyczerpanie fizycznie i emocjonalne wzięły nade mną górę, powodując, że odleciałam mimo pozycji siedzącej.
Poderwałam się z kanapy, biorąc niespodziewany wdech. Pierwsze, co zrobiłam, to rozejrzenie się po salonie, który niestety upewnił mnie w tym, że to wszystko może i było koszmarem, ale jednocześnie i prawdą. Koszmarną rzeczywistością.
Przymrużyłam oczy, bo światło lampy dochodzące z dworu padało mi prosto na twarz. Było jeszcze zdecydowanie za ciemno, żeby nazwać to porankiem.
Podniosłam rękę, która ścierpła od zgniecenia między pilotem a moją głową. Przetarłam twarz, próbując przełknąć przy tym ślinę, lecz przez suchość w gardle było to niemożliwe.
- Wracamy do państwa z kolejną dawką informacji. Nasza reporterka Amber jest już na miejscu i monitoruje sytuację, która z minuty na minutę wydaje się tylko pogarszać. Oddajemy głos Amber. - Mimo że trochę spałam, dalej nie byłam w stanie się na czymkolwiek skupić. Gdyby nie okropnie podgłośniony telewizor, niczego bym z tego reportażu nie zrozumiała.
Zwróciłam głowę do ekranu, żeby sprawdzić, która godzina, ale to, co zobaczyłam, szybko przywróciło mnie do stanu gotowości.
- Tak, jesteśmy na miejscu. Stoimy tuż pod płotem, za którym toczy się cała akcja ratunkowa. Służby od dwóch godzin rzetelnie pracują, żeby jak najszybciej przywrócić prąd, który straciło całe Harp Prison. Helikoptery, furgonetki i pełno umundurowanych zbiera się wokół, aby tymczasowo przenieść najniebezpieczniejszych osadzonych w odpowiednie miejsce. Reszta z nich dzielnie stoi grupami poza budynkiem i buntuje się przeciwko strażnikom próbującym zmienić miejsce ich pobytu.
Przebitki blondynki z mikrofonem w dłoniach zmieniały się na takie z lotu ptaka, które pokazywały plac przed budynkiem głównym oraz spacerniak. Z takiej wysokości osadzeni wyglądali jak chmara punktów rozstawionych pod ścianami murów i metalowego płotu przy tylnej bramie.
Znów przetarłam oczy, ale po ich otwarciu obraz wciąż był ten sam. Dalej widziałam zakład karny z każdej możliwej perspektywy i zbliżenia na zamieszki wywołane przez niektóre niecierpliwiące się grupy.
Zbliżyłam się do telewizora, prawie wściubiając w niego nos, a nawet kładąc na nim rękę, jakby to miało w czymkolwiek pomóc.
- Cholera jasna! - krzyk kobiety sprawił, że odskoczyłam do tyłu i zderzyłam się plecami ze stolikiem kawowym.
- Ktoś strzelał! Strzelali! - wołał głos zza kamery, która szybko zmieniła kadr i pokazała tylko buty operatora, ewidentnie zaczynającego uciekać.
- Nie, nie, nie! - zaczęłam panikować, wewnętrznie błagając, żeby dziennikarz z powrotem uniósł kamerę i pozwolił mi zobaczyć, co się tam dzieje.
- Szanowni państwo, jesteśmy zmuszeni przerwać transmisję z powodów techniczn... - Sceneria nagle się zmieniła, ale prezenterka nie zdążyła nawet skończyć swojej kwestii. Ekran od razu zrobił się czarny, mimo że telewizor nadal był włączony.
Patrzyłam w ciemność, czekając jak głupia, jednak nic więcej już się nie pojawiło.
- Aless... - wyszeptałam, opuszczając rękę przyklejoną do ekranu.
Kolejne łzy towarzyszyły mi już przy zarzucaniu bluzy na plecy i wsadzaniu klucza w drzwi.
41. O JEDEN KROK ZA DALEKO
Alessandro
- Co to, kurwa, było?! - zawołał jeden z typów spod sto trzydziestki, chowając głowę między rękami. Ja sam się uchyliłem, gdy tylko padł strzał.
- Puścili jebanego straszaka, bo Carlos się za bardzo burzy! - odpowiedział krzykiem Perez, bo inaczej niczego byśmy nie usłyszeli.
Staliśmy bliżej czterometrowego płotu na tyłach zakładu, bo wszyscy z większymi wyrokami trafili na przód, żeby zasłaniał ich betonowy mur. Helikopter latał nad naszymi głowami, a jego obecność tylko jeszcze bardziej podburzała resztę. Sytuacja była napięta. Chłopacy uważali się za silniejszych w grupie i wielu z nich zaczynało wyczuwać grunt i granice, żeby od razu potem przekroczyć następne. Krzyki, śmiechy i wyzwiska lecące w stronę strażników szybko sprawiły, że na spacerniaku zrobiło się gorąco.
- Nas jest więcej, panowie! Niech te kurwy wiedzą, że mamy przewagę i ją wykorzystamy! - krzyczał Carlos, podjudzając otaczających go osadzonych. Nie był to pierwszy raz, kiedy szukał choćby najmniejszej luki, żeby wściubić w nią swoją parszywą mordę. Uwielbiał przesuwać granicę i gdy tylko nadarzała się okazja, pchał ją z całych sił, próbując udowodnić, że jest samcem alfa całego zakładu.
- Mało ci, osadzony? Stul pysk i stój w miejscu, bo następna kulka nie będzie straszakiem, jasne?! - zagroził jeden z czarnych46, chowając się za przezroczystą tarczą.
Atanda wkroczyła niedługo po tym, jak zaczęli nas ewakuować. Bez prądu mieli nad nami większą kontrolę tylko na dworze. Zresztą obowiązywały ich durne przepisy mówiące o konkretnej ilości czasu, co do której trzeba było się stosować w przypadku braku łączności.
- Spróbuj szczęścia, psie - odpowiedział Carlos, przepychając się naprzód tak, że gdyby nie przyłbica zasłaniająca strażnika, staliby twarzą w twarz.
- Odsunąć się!
I jak szybko się to zaczęło, tak samo prędko skończyło, bo strażnik nie pozwolił sobie na kpiny ze strony więźnia. Odepchnął go tak, że ten upadł na chodnik prawie dwa metry dalej.
- Ty zapchlony, pierdolony kundlu! - Carlos wydarł się tak, że praktycznie usłyszałem, jak zdziera głos. - Pożałujesz tego!
- Spokój! - Strażnik wykonywał tylko swoje obowiązki, dobrze wiedząc, że do użycia broni palnej potrzebuje naprawdę poważnego powodu.
Takiego, który dał mu Carlos, gdy się podniósł i ruszył biegiem. Nie minęły sekundy, a w tłumie ludzi znalazł sprawdzającego stan więźniów lekarza, który trzymał się z obstawą strażników. Więzień bez wahania rzucił mu się na szyję i założył na niej ręce tak, że z łatwością mógł skręcić mu kark.
- Odsunąć się! Puść go, osadzony, w tej, kurwa, chwili! - wrzasnął jeden z czarnych, unosząc karabin w gotowości do strzału.
Obserwowałem całą tę sytuację, przeskakując wzrokiem z jednego na drugiego. Sam byłem gotowy na obronę konieczną, gdyby któremuś z nich przyszło do głowy zrobić o jeden krok za dużo. Ustawiłem się nieco dalej od płotu tak, żeby w razie wypadku mieć możliwość ucieczki.
- Bo co? Bo co, kurwa?! Przecież nie strzelisz i dobrze o tym wiemy! - Carlos się śmiał, a jego postawa wpłynęła na resztę chłopaków, którzy stanęli po jego stronie w tym konflikcie.
Obstawa lekarza również wyjęła broń i krzyczała za jego plecami, żeby dał sobie spokój.
- Uduś chuja! Nie chciał wydawać nam piguł! - Do moich uszu dotarł znajomy głos, którego w tym przypadku nie chciałbym usłyszeć.
Popatrzyłem w tamtą stronę i okazało się, że się nie myliłem.
- Amigo, nie. - Pokręciłem głową, gotów podbiec do niego i utrzymać w miejscu tylko po to, żeby się nie narażał.
- Amigo, tak - odparł, w końcu wyłaniając się z tłumu, który wiwatował na coraz bardziej rozpowszechniające się zamieszki. Atmosfera była na tyle gęsta, że można było ciąć powietrze nożem.
- Przestań, to nie czas na...
- To właśnie jest ten czas, Aless, to jest ten czas - przerwał mi.
- Nie słuchaj go, pewnie frajer z nimi trzyma - wtrącił się Carlos.
Powoli zaczynałem tracić cierpliwość, zresztą dokładnie tak jak i strażnicy. Spojrzałem na jednego z nich, który położył palec na spuście broni, gotów do wystrzału.
- Coś ty powiedział?!
Kurwa.
Słowa drugiego więźnia odpaliły w Amigo to, czego najbardziej się obawiałem. Człowiek z dożywociem nie lękał się niczego. Obraza kogoś, kto był dla niego bliski za kratami, równała się tylko z jednym. Z tym, że w momentach takich jak te nie bał się już nawet śmierci.
- Co? Powinien być z nami, a nie stać jak ich wierna suka! - odparował Carlos, zaciskając uchwyt na szyi lekarza. Skóra mężczyzny powoli zmieniała kolor na blady fiolet, co nie oznaczało niczego dobrego.
- Ty pierdolony śmieciu! - krzyknął Amigo, żeby już chwilę później biec prosto na Carlosa, nie oglądając się za siebie.
Strażnicy ich osaczyli, próbując zamknąć w zwartym kole. Musiałem działać szybko. Poziom adrenaliny podskoczył mi do tego stopnia, że większość poleceń ze strony atandy kompletnie do mnie nie docierała.
Zaciskając szczęki, ruszyłem za Amigo.
42. POCZĄTEK KOŃCA
Veronica
Biegłam, biegłam, ile sił w nogach.
Dziękowałam samej sobie, że w końcu jakiś czas temu otworzyłam tę pieprzoną broszurę i teraz wiedziałam, dokąd się kierować. Metalowy płot był tą nieodsłoniętą częścią na tyłach zakładu, o której wiedzieli tylko pracownicy. W tym i ja.
Byłam już na tyle blisko, że widziałam, jak osadzeni napierają na próbującą interweniować grupę służb. Błagałam wszystkie świętości, żeby w tym tłumie nie było Alessandra, żeby stał gdzieś z boku, bezpieczny, cały i zdrowy. Musi tak być.
Minęłam furgonetki stacji telewizyjnej i busy, które zapewne miały przewieźć osadzonych do innej jednostki na czas napraw. Nie odwracałam się, nie słuchałam ani nie patrzyłam na to, co się dzieje wokół mnie. Biegłam skupiona na jednym punkcie. Na miejscu, które dawało mi pogląd na sytuację przez metalowe pręty.
- Proszę się odsunąć. - Mimo bariery, jaką wytworzył sobie mój organizm, dotarły do mnie słowa jednego z policjantów. Poczułam, jak łapie mnie za ramię, ale dalej się nie odwróciłam. Byłam już zbyt blisko celu.
Wyrwałam mu się i dobiegłam wreszcie do płotu, z którym się zderzyłam.
- Hej! Proszę pani! - krzyknął za mną.
Złapałam barierki niczym ostatnią deskę ratunku. Nie puściłabym, choćby nie wiem jak próbowali mnie od nich odciągnąć.
Pospiesznie rozglądałam się za Alessem, aczkolwiek nigdzie go nie widziałam. Wszędzie byli tylko inni więźniowie, rozproszeni wokół ciężko uzbrojonych strażników, którzy właśnie kogoś otaczali.
- Nie rób sobie tego, kurwa! Zostaw go!
- Aless... - Jego imię mimowolnie opuściło moje usta. Usłyszałam jego głos. Był tam. On tam był.
Był między strażnikami, którzy trzymali broń.
- Aless! - powtórzyłam już o wiele głośniej. Szarpałam rękami co najmniej tak, jakby to miało w jakiś sposób rozsunąć pręty i pozwolić mi się do niego dostać. - Aless!
Wszystko zwolniło. Czas niemal się zatrzymał.
Jeden ze strażników ustawionych w koło odsunął się, gdy usłyszał kobiecy głos, który wprowadził go w stan gotowości. Właśnie wtedy zobaczyłam, że pośrodku tego całego zamieszania stoi nie tylko Alessandro, lecz także Amigo. Amigo szarpiący się z mężczyzną, który trzyma więziennego lekarza jako zakładnika.
- Dosyć tego! - To krzyk, który miałam zapamiętać do końca swoich dni. Zwiastował wycelowanie bronią i oddanie jednego jedynego strzału przez człowieka ze służb.
Poczułam na sobie ręce policjanta, który próbował odciągnąć mnie do tyłu. Mówił coś do mnie, jednak ja niczego nie słyszałam. Widziałam tylko, jak facet, który oddał strzał, wymachuje ręką, nawołując po kogoś z medyków. Znałam ten ruch.
Strzał padł w stronę czterech mężczyzn stojących w jednym skupisku. Miał trafić w Carlosa, który trzymał zakładnika, albo w Amigo, który tylko pogarszał całą sytuację. Aczkolwiek żaden z nich nie był w polu rażenia, kiedy huk rozniósł się po całym placu.
Żaden, kurwa, z nich, bo gdyby nie zasłaniający ich i odpychający do tyłu mężczyzna, byłoby po nich. Byłoby, gdyby nie...
Alessandro padł na kolana.
Próbował jeszcze tamować powiększającą się coraz bardziej szkarłatną plamę na dole koszulki. Krew przepływała mu przez palce, a jej krople lądowały tuż pod jego kolanami. A ja patrzyłam na to wszystko i upadłam razem z nim.
- Nie... - szepnęłam, zawierzając głuchemu dźwiękowi opuszczającemu moje usta. - Nie!
Nigdy nie przypuszczałabym, że w moim życiu nastąpi moment, w którym będę krzyczeć tak głośno. Tak kurewsko głośno, że o moim bólu dowiedzieli się wszyscy. Każdy człowiek z zebranych na placu. Osadzeni, strażnicy, medycy, ekipa stacji telewizyjnej. Nie zagłuszył mnie nawet lecący nad nami helikopter.
Dzięki temu Alessandro dowiedział się, że jestem tuż obok. Wbił we mnie spojrzenie, które już teraz wydawało się takie nieobecne.
Wyłam, kiedy upadał i cały wylądował na brudnym chodniku. Kiedy jego wzrok ani na moment się już ode mnie nie oderwał, a usta uformowały w jeszcze tylko dwa słowa...
Kocham cię.
Powiedział, że mnie kocha.
Nie mogłam się ruszyć, nie mogłam...
Patrzyłam, jak Amigo pada przed Alessem i usilnie próbuje dociskać ranę postrzałową na jego brzuchu. Mówi coś do niego, lecz nic z tego do mnie nie docierało. Nie wiedziałam nawet, czy policjant dalej próbuje odciągnąć mnie od barierek.
- Ti amo47... - Nie wiedząc czemu, wyszeptałam te słowa. - Ti amo, słyszysz, Aless?! Kocham cię! - darłam się bez opamiętania, powtarzając to zdanie w kółko i w kółko.
Byłam jak zacięta płyta. Możliwe, że tego dnia straciłam głos. Że krzyczałam do momentu, aż ktoś wstrzyknął mi w żyły potężną dawkę środka uspokajającego i czegoś, co sprawiło, że odpłynęłam, przed oczami mając najczarniejszy scenariusz.
Śmierć tego, którego tak bardzo kochałam.
EPILOG
Veronica
Dzień po zemście
Mimo poczucia ogromnego dyskomfortu pozwoliłam sobie spoglądać na unoszący się ogień. Zdążył już pochłonąć sporą część dowodów. Dzięki niemu pozbyłam się puszki, którą wykorzystałam do zrobienia graffiti. Razem z nią spłonęły też bluza, spodnie i buty, które miałam na sobie. Może wcale nie musiałam tego robić, ale było w tym coś terapeutycznego. Coś, co pozwoliło mi w końcu zamknąć chociaż jeden z niezakończonych rozdziałów swojego popieprzonego życia.
Stałam tak jeszcze przez chwilę, wmawiając sobie, że jestem gotowa odejść. Że w końcu nastał czas, kiedy odzyskałam siły na tyle, by wreszcie zmierzyć się z moim największym lękiem i koszmarem w jednym.
Musiałam to zrobić nie tylko dla siebie, lecz także dla niego. Zasługiwał na to, żeby ktoś go odwiedził. Zasługiwał, by nie był sam po tym, co przeszedł. Zasługiwał, aby ktoś dał mu miłość, nawet jeśli teraz już nikogo z nim nie ma.
Jego już nie ma...
Zamknęłam oczy, odciągając przy tym głowę do tyłu. Nie pozwalałam sobie na takie myśli. Żadna z nich nie była dopuszczana do mojej głowy i tak miało pozostać.
- Dlaczego? - zapytałam półszeptem, patrząc w coraz bardziej ciemniejące niebo. Patrzyłam w nie zupełnie tak, jakby miało dać mi jakąś odpowiedź. Jakiś znak. Ale zamiast tego milczało, dokładnie tak jak ja przez ostatnie miesiące.
Zacisnęłam palce, wbijając paznokcie w dłoń. Musiałam się zmusić. Nie mogłam już dłużej tak bezczynnie stać, tak bezczynnie żyć.
Poczekałam, aż ogień wypali wszystko, co do niego wrzuciłam. Starannie udeptałam niedopałki, upewniając się, że żaden z nich już się nie zapali. Przynajmniej tak sobie wmawiałam, bo w rzeczywistości chciałam jak najbardziej przedłużyć odwiedzenie tego miejsca.
Szłam chodnikiem ze spuszczoną głową, czując, że każdy kolejny krok zbliżający mnie do tej cholernej bramy sprawia, że moje nogi robią jak z waty. Ręce w kieszeni bluzy w niczym mi nie pomagały, a kaptur naciągnięty prawie na sam czubek nosa nie zakrywał mnie wystarczająco, żebym czuła się bezpiecznie.
Byłam pusta. Nie było we mnie nic. Zero emocji, zero chęci, a przede wszystkim zero odwagi, która teraz była mi tak bardzo potrzebna.
Wciągnęłam powietrze, gdy tylko kątem oka wyłapałam, że brama stoi otwarta. Ani razu jej jeszcze nie przekroczyłam. Ani jednego pieprzonego razu nie miałam na tyle siły, żeby przejść przez próg zmieniający chodnik w żwir gruchoczący pod stopami.
Aż do teraz.
Wolne, niepewne kroki szybko zamieniły się w bieg. Nie wiedziałam, czemu tak naprawdę rzuciłam się w ucieczkę i przed czym uciekałam. Może przed samą sobą, która gdzieś z tyłu głowy ciągle namawiała mnie, żebym się zatrzymała i wróciła do domu, zanim będzie za późno. Ale było już za późno. Było, bo byłam tu.
To ta alejka...
Nie byłam pewna, czy moje serce jeszcze bije, czy wiatr nadal wieje i podwiewa moje włosy spod kaptura, czy łzy nadążają spływać z moich policzków, a cień, który pozostawiła po sobie pora dnia, płata mi figle. Bo jego grób naprawdę tam był. Stał tam i zdawał się patrzeć, jakby chciał wyrwać mi serce, lecz mógł iść w diabły, bo ja już go nie miałam.
Nie zarejestrowałam nawet, kiedy zaczęłam panicznie się trząść i podchodzić bliżej niepewnymi krokami. Jeden za drugim, aż w końcu znalazłam się tuż przed nagrobkiem. Czarną płytą z wyrytym imieniem i nazwiskiem.
Alessandro Lancaster
Umarłeś po to, aby żyć
- Pierdolenie...! - krzyknęłam tak głośno, że w połowie tego słowa mój głos się urwał. Czułam, jak pieczenie szybko rozlewa się po moim języku i spływa w dół. Krzyczałam, wrzeszczałam i darłam się tak bardzo, jak bardzo to bolało. Jak bolały mnie łzy, błagania, myśli i widok przede mną. Jak cholernie mocno bolała mnie jego strata.
Padłam na kolana. Im dłużej płakałam, tym bardziej nasilał się deszcz, który pojawił się znikąd. Jedni powiedzieliby, że był znakiem od zmarłego. Za to ja chciałam, żeby rozpuścił mnie tu i teraz, bym wtopiła się w ziemię.
To jest koniec, to...
- To nie koniec, mia Rossa.
Wmawiałam to sobie. Uroiłam sobie, że stoi za mną i mówi do mnie. Czułam nawet na sobie jego rękę leżącą na moim ramieniu przemoczonym od deszczu.
- Wstań.
Wstałam. Zrobiłam to, bo nie miałam już nic do stracenia.
Oparłam dłonie o wypełnioną kamykami drogę, czując, jak pod własnym ciężarem wbijają mi się w nie. Otarłam kolana, zanim w pełni wstałam na równe nogi. Zamknęłam oczy i pozwoliłam sobie się obrócić. Wszystko wokół ucichło.
- Otwórz oczy, mia Rossa. - Jego głos był taki kojący. Wprawiał mnie w stan osłupienia, z którego za żadne skarby nie chciałam wychodzić. - Popatrz na mnie. Proszę, popatrz na mnie.
Jego ton był błagalny i tak niepodobny do tego, który znałam. Właśnie wtedy otworzyłam powieki, żeby czar prysł, bo mój Aless nigdy by mnie o nic nie błagał.
- Maleńka... - szepnął, dalej stojąc w tym samym miejscu. Wyciągnął dłoń, lecz się odsunęłam, bo dobrze wiedziałam, że gdy tylko zetknie się z moim policzkiem, wszystko zniknie i już go nie zobaczę.
- Jesteś do siebie taki podobny... Niemal jak żywy - odparłam i pierwszy raz od dawna uniosłam kąciki ust. - Ale ty umarłeś, Aless. Umarłeś.
I wtedy mnie dotknął. Położył dłonie na moich ociekających wodą policzkach i trzymał je, pieszcząc kciukami skronie.
Nie zniknął. Nie zamienił się w pył, nie odszedł bez słowa w niekończącą się ciemność.
- Umarłem po to, aby żyć, mia Rossa.
Po tych słowach nachylił się i oderwawszy dłonie od mojej twarzy, złapał mnie za ramiona. Przycisnął mnie do swojej klatki piersiowej i umieścił rękę w moich włosach po tym, jak spadł z nich kaptur. Pozwoliłam sobie wtulić się w niego i poczuć to ten jeden ostatni raz, póki moja wyobraźnia jeszcze mi go nie odebrała.
Położyłam głowę na środku jego piersi, chcąc odpłynąć. Ale coś ciągle nie dawało mi spokoju, przez co moje oczy nie były w stanie na nowo się zamknąć. Dźwięk, który nie chciał ustać w miejscu. Wręcz przeciwnie, on rytmicznie uderzał niczym...
Bicie serca.
Gwałtownie się od niego odsunęłam, otarłam dłońmi o jego ramiona i zatrzymałam się tuż przy nadgarstkach, które z całej siły ścisnęłam.
- A-ale to niemożliwe - powtarzałam w kółko, bez przerwy kręcąc głową. - T-to nie może być...
Ale Alessandro dalej tu był i patrzył mi w zagubione oczy. Kiwał głową, a ja czułam, że tracę grunt pod nogami. Obrócił dłonie tak, żeby chwycić moje. Trzymał mnie, aż mijające sekundy zamieniały się w minuty, a te w godziny. Trzymał i już nigdy nie zamierzał mnie puścić.
Bo jestem związana z Lancasterem.
NON ? ANCORA FINITA
1 Zostań ze mną, moja rudowłosa (z wł.) (przyp. aut.).
2 Atanda - funkcjonuje w gwarze więziennej i oznacza grupę strażników zajmujących się zadaniami specjalnymi, takimi jak na przykład tłumienie buntu więźniów (przyp. aut.).
3 Kogo nam przyprowadziłeś? (z wł.) (przyp. aut.).
4 Pierdol się (z wł.) (przyp. aut.).
5 Twoje okulary są u mnie bezpieczne (z wł.) (przyp. aut.).
6 Ukarzesz mnie? (z wł.) (przyp. aut.).
7 Nie wątpię, Ruda (z wł.) (przyp. aut.).
8 Nie tak szybko (z wł.) (przyp. aut.).
9 Do następnego razu (z wł.) (przyp. aut.).
10 Thomas Stephen Szasz - amerykański psychiatra i psychoanalityk węgierskiego pochodzenia, wykładowca akademicki, autor, działacz społeczny.
11 Nie będę już więcej węszyć (z wł.) (przyp. aut.).
12 Grzeczna dziewczynka (z wł.) (przyp. aut.).
13 Za wcześnie cię pochwaliłem (z wł.) (przyp. aut.).
14 Zaawansowane urządzenie wielofunkcyjne dla testerów penetracyjnych, geeków, etycznych hakerów i hobbystów sprzętu elektronicznego (przyp. aut.).
15 Stosowane w pojazdach mechanicznych elektroniczne zabezpieczenie przed niepowołanym uruchomieniem pojazdu (przyp. aut.).
16 Utwór Tony'ego Tabbi.
17 "Noś w sercu nadzieję, że pewnego dnia powrócisz do domu. Mercedesem obok mamy" (z wł.) (przyp. aut.).
18 "Cześć, cześć, cześć, Sycylijczyku! Jeździsz po świecie i szukasz szczęścia" (z wł.) (przyp. aut.).
19 "Gdziekolwiek pojedziesz, wiem, że je znajdziesz" (z wł.) (przyp. aut.).
20 Dokąd się wybierasz, lisie? (z wł.) (przyp. aut.).
21 Zgadza się (z wł.) (przyp. aut.).
22 Chcę więcej (z wł.) (przyp. aut.).
23 Do zobaczenia, moja rudowłosa (z wł.) (przyp. aut.).
24 Widzisz to, lisie? (przyp. aut.).
25 Zawsze wracam (z wł.) (przyp. aut.).
26 Prawdziwy Włochu (z wł.) (przyp. aut).
27 Wybieraj mądrze, lisie (z wł.) (przyp. aut.).
28 Mądra dziewczynka (z wł.) (przyp. aut.).
29 Poddaję się tobie (z wł.) (przyp. aut.).
30 Moje myśli (z wł.) (przyp. aut.).
31 Moje ciało (z wł.) (przyp. aut.).
32 Moje serce (z wł.) (przyp. aut.).
33 Oświeć mnie (z wł.) (przyp. aut.).
34 Należysz do mnie (z wł.) (przyp. aut.).
35 Ja pierdolę (z wł.) (przyp. aut.).
36 Cokolwiek zechcesz (z wł.) (przyp. aut.).
37 Niespodzianka (z wł.) (przyp. aut.).
38 Grzeczna dziewczynka (z wł.) (przyp. aut.).
39 Dokonajmy tego (z ang.) (przyp. aut.).
40 Sprawmy, żeby to stało się dziś wieczorem (z ang.) (przyp. aut.).
41 Rajd samochodowy odbywający się z przerwami we Francji w latach 1899-1986. Był jedną z eliminacji Rajdowych Mistrzostw Europy oraz Rajdowych Mistrzostw Francji (przyp. aut.).
42 Żono (z wł.) (przyp. aut.).
43 Kochana mamo, spoczywaj w pokoju (z wł.) (przyp. aut.).
44 Jaka matka, taki syn (z wł. ) (przyp. aut.)
45 Zapłacisz za to (z wł.) (przyp. aut.).
46 Potocznie na atandę, antyterrorystów (przyp. aut.).
47 Kocham cię (z wł.) (przyp. aut.).
48 Mordercy (z wł.) (przyp. aut.).