Rozdział 3
Gdzie jest tajemnica, tam zawsze istnieje strach przed nieznanym
David Lynch
Calla
Wpadłam do kwiaciarni jak burza, trzaskając drzwiami tak mocno, że dzwonek nad wejściem niemal odpadł. Sophia uniosła głowę znad ekranu komputera i spojrzała na mnie zdezorientowana, ale nie powiedziała ani słowa. Dobrze. Nie miałam teraz ochoty na rozmowy.
Szybkim krokiem przeszłam przez sklep i udałam się na zaplecze. Rzuciłam torebkę na stół, oparłam dłonie o blat i pochyliłam głowę. Oddychałam ciężko. Gniew pulsował mi pod skórą, a w głowie wciąż brzmiały słowa Kenta. Jak on mógł?
Po chwili usłyszałam ciche kroki i skrzypnięcie drzwi. Siostra weszła do środka, stanęła w progu i przyglądała mi się uważnie.
- Coś się stało? - zapytała cicho.
Uniosłam głowę i potrząsnęłam nią lekko.
- Nic. Nic się nie stało - odpowiedziałam, starając się zabrzmieć normalnie. - Po prostu ten upał... Nie da się wytrzymać.
Sophia zmarszczyła brwi, ale nie naciskała. Widocznie uznała, że nie warto tego drążyć. Skorzystałam z okazji, żeby zmienić temat.
- A zamówienie? Skończyłaś już? Kurier powinien zaraz po nie przyjechać.
- Odwołałam kuriera, bo pracownik zleceniodawcy był w pobliżu i odebrał kwiaty osobiście.
Zmarszczyłam brwi.
- Ktoś był w pobliżu? - powtórzyłam powoli.
- Tak, dokładnie. Przejeżdżał i je odebrał po drodze, to chyba okej.
W sumie racja.
Nagle w torebce zawibrował telefon. Sięgnęłam po niego, na wyświetlaczu wyświetlało się imię Kenta.
- To on?
- Tak.
- Nie odbierzesz?
- Nie mam ochoty na rozmowy. A właściwie... która jest godzina? Powinnyśmy już zamykać. - Ponownie zmieniłam szybko temat.
- Tak, tak, już zamykamy - potwierdziła Sophia.
Unikałam jej wzroku, czułam, że na mnie patrzy, próbując rozszyfrować mój obecny stan.
Nie odebrałam.
Sophia zerkała na mnie ukradkiem, wyraźnie coś podejrzewając.
- Co tam u Kenta? Wszystko w porządku?
- Z pewnością - zamruczałam pod nosem, unikając jej spojrzenia i kierując się do wyjścia.
Wyszłyśmy z kwiaciarni. Kiedy tylko wsiadłam do auta, nawet nie zdążyłam zamknąć drzwi, gdy telefon znowu zaczął wibrować.
- Jak sobie chcesz: nie chcesz, nie mów! - krzyknęła oburzona. Wsiadła do swojego samochodu i odpaliła silnik.
Tak po prawdzie, było mi wstyd przyznać przed siostrą, co się tam wydarzyło, więc tylko westchnęłam ciężko.
W trakcie jazdy próbowałam się uspokoić, ale w głowie wciąż odtwarzałam jego słowa. Dlaczego, do cholery, tak się tym przejmuję?
Po zakupach pojechałyśmy do mnie.
Gdy tylko weszłyśmy do mieszkania, rzuciłam torby na blat z takim impetem, że Sophia w końcu pękła.
- Co się z tobą dzieje, ha? - rzuciła, zatrzaskując za nami drzwi. - Od kiedy wróciłaś, jesteś jak bomba z opóźnionym zapłonem. I nie mów znowu, że "nic".
Zatrzymałam się przy blacie, oparłam dłonie o jego krawędź. Wzięłam głęboki oddech, ale on tylko szarpnął mi klatkę piersiową od środka.
- Bo nie mam ochoty o nim gadać, okej? - powiedziałam głośniej, niż planowałam. - Mam dość tematu Kenta. Tego, co było. I co mogło być.
Siostra przeszła powoli przez kuchnię, usiadła na stołku i patrzyła na mnie tym swoim spojrzeniem, w którym było więcej troski niż złości.
- To może w końcu przestań uciekać - rzuciła cicho. - Bo jak tak dalej pójdzie, to czeka cię staropanieństwo. A teraz siadaj i mów mi natychmiast, co się wydarzyło - rozkazała, krzyżując ręce na piersiach.
Opadłam na krzesło i westchnęłam ciężko.
- To skomplikowane i...
Sophia uniosła brwi, czekając na wyjaśnienie.
- ...poniżające - wyznałam gorzko, czując, jak do oczu napływają mi łzy. - Wyobraź sobie, że najpierw zaproponował mi kolację, a potem zaczął się popisywać przed jakimś gogusiem w garniturze. Po prostu wstydził się mnie. I mnie obraził... - urwałam, czując, jak gniew ściska mi gardło. - Chociaż nie do końca chcę w to wierzyć. Ale nie mogę też zakrzywiać faktów, prawda? Wiem, co słyszałam.
Siostra patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami.
- Niemożliwe. To do niego niepodobne.
- A jednak.
- Nie... - Pokręciła głową. - Przecież, gdy się spotykamy, ciągle o ciebie pyta. I dziwnym trafem zawsze jest tam, gdzie ty, jakby chciał cię chronić przed możliwym niebezpieczeństwem. Nigdy bym nie przypuszczała, że mógłby się tak zachować. Jesteś pewna, że dobrze usłyszałaś? Może coś się wydarzyło? Może miał ku temu jakiś powód? - atakowała pytaniami jak pociski z karabinu.
Gdyby tylko widziała, do czego jest zdolny. Ale nie mogłam jej powiedzieć, że dusił jakiegoś faceta, bo zapewne mi nie uwierzy.
- Jaki powód, Sophio? - prychnęłam. - Nie chce się ze mną zadawać, bo nie pasuję do jego standardów. - Wskazałam na swoje ciało. - To wystarczający powód.
Sophia otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale najwyraźniej uznała, że to bez sensu. Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, a potem westchnęła i złapała mnie za dłoń.
- Może to jednak nie tak, jak myślisz...
Pokręciłam głową, nie chcąc już tego analizować.
- Nieważne, Sophio. Koniec tematu, proszę. - Wstałam i udałam się do pokoju, by poużalać się nad sobą bez świadków.
***
W niedzielę zgodnie z planem pojechałyśmy do rodziców. Siostra chciała koniecznie napić się domowej nalewki mamy, więc tym razem ja robiłam za taksówkę.
Rodzice jak zawsze przyjęli nas ciepło. Już od progu poczułyśmy zapach pieczonego ciasta i świeżo zaparzonej kawy.
Niby super, ale jednak nie do końca. Każda wizyta w tym domu przywoływała niechciane wspomnienia. Nadopiekuńczość mamy doprowadzała nas do szewskiej pasji. Dosłownie wszystko musiało być po jej myśli. Zresztą, nawet teraz po wyprowadzce, nic szczególnie się nie zmieniło. Mama nadal wtrącała się do wszystkiego i chciała kontrolować zarówno moje życie, jak i siostry. Ciekawe, jaki wykład dziś nam zaserwuje?
- Moje dziewczynki! - Mama uśmiechnęła się szeroko, przytulając najpierw mnie, potem Sophię. - Tak się cieszę, że wreszcie znalazłyście dla nas czas. Pracy i nauki pewnie masa, co?
I proszę, nawet w tak prozaicznym zdaniu potrafiła przekazać niezadowolenie i robić wyrzuty, że za rzadko ich odwiedzamy. Komedii czas start.
- Nie da się zaprzeczyć - przytaknęłam, a po chwili wylądowałam w ramionach taty. - Ale nie narzekamy - dodałam z uśmiechem.
Po przywitaniu się zasiedliśmy przy stole.
- Mamo, ty się lepiej zapytaj, czy Calla wreszcie kogoś poznała - rzuciła Sophia niespodziewanie, za co zgromiłam ją wzrokiem.
Jakby matce trzeba było więcej powodów do czepiania się.
- Właśnie, kochanie - od razu podjęła temat mama. Spojrzała na mnie z zainteresowaniem. - Może w końcu przyprowadzisz jakiegoś kawalera, którego mogłabyś nam przedstawić?
- Nie - ucięłam krótko, biorąc łyk herbaty.
Mój wybuch przykuł jeszcze większą uwagę, bo mama intensywnie się we mnie wpatrywała, próbując zrozumieć moją reakcję.
- Córeczko, po co te nerwy? - wtrącił się tata, widząc, że ten temat jest dla mnie niekomfortowy, a rodzicielka zaraz zacznie swoje. - Powiesz nam, kiedy uznasz to za stosowne. A ty, droga żono, uszanuj decyzję Calli.
Byłam mu wdzięczna za te słowa, nikt tak mnie nie rozumiał jak on. Mama, o dziwo, odpuściła i po chwili przeszłyśmy do luźniejszych tematów, opowiadając o kwiaciarni, o tym, jak idą zamówienia, o studiach Sophii, a także o ostatnich nietypowych preferencjach klientów.
- Ostatnio dostaję zamówienia na czarne róże - powiedziałam, nakładając sobie kawałek szarlotki.
W tym momencie ojciec poruszył się niespokojnie. Odłożył sztućce i wstał od stołu.
- Coś się stało, tato? - zapytałam, marszcząc brwi.
Nie odpowiedział. Wyszedł z salonu, a po chwili usłyszałyśmy, jak otwiera drzwi na taras.
Mama odchrząknęła nerwowo.
- Pewnie poszedł zapalić - powiedziała cicho za niego, przesuwając dłonią po obrusie.
Spojrzałyśmy z Sophią po sobie.
- Mamo, ojciec nigdy się tak nie zachowywał. O co chodzi?
- Kochanie, wierz mi, nic się nie dzieje - odparła cicho, podnosząc na mnie wzrok. - Cieszmy się swoim towarzystwem.
Przełknęłam ślinę, czując coraz większy niepokój.
- I spędźmy miło ten dzień - dodała jeszcze. - Ojciec zaraz do nas wróci.
Ale w jej głosie było coś, co nie dawało mi spokoju. A ojciec nie wrócił, jak zapewniała.
- To może po kieliszku nalewki - zasugerowała Sophia.
***
Wjechałyśmy na parking przed akademikiem Sophii.
- Ojciec coś ukrywa.
- Wiem - odparłam cicho, opierając dłonie na kierownicy. - I musimy się dowiedzieć co konkretnie.
- Myślisz, że to może mieć jakiś związek z tymi różami?
- Nie wiem. Ale skoro samo wspomnienie czarnych róż sprawiło, że wstał i wyszedł, to ciężko się nie domyślić.
Sophia skinęła głową, po czym otworzyła drzwi.
- Pogadamy jutro. Spróbuję jeszcze coś wybadać. Pojadę do nich po zajęciach - oznajmiła ze smutną miną.
- Dobra.
Poczekałam, aż wejdzie do budynku, po czym pojechałam w stronę mieszkania. Było już późno, ulice opustoszały, a światła latarni rzucały na asfalt długie rozmyte cienie. Wciąż myślałam o zachowaniu ojca, próbując dopasować to do jakiegoś sensownego wyjaśnienia. Nic nie przychodziło mi do głowy.
Zahamowałam przed blokiem i już miałam wysiąść, kiedy dostrzegłam znajomą sylwetkę. Kent. Siedział na motorze, nogę nonszalancko opierając o ziemię, a kiedy zgasiłam silnik, uniósł wzrok.
Serce mi przyspieszyło, ale na twarz narzuciłam obojętny wyraz. Wysiadłam spokojnie, zamknęłam drzwi i ruszyłam pewnym krokiem.
- Czekasz na kogoś? - zapytałam, idąc w jego stronę.
- Na ciebie.
- Po co?
Westchnął, po czym zsunął rękawice i schował je pod kurtkę.
- Bo muszę ci coś powiedzieć.
Skrzyżowałam ramiona.
- Jeśli chodzi o to, co się wydarzyło w warsztacie, to nie musisz. Nic nas nie łączy, Kent, niczego sobie nie obiecywaliśmy, więc...
- Nie kończ tego zdania - przerwał, zsuwając się z motoru.
- Dlaczego? Bo wtedy będzie łatwiej? - Uśmiechnęłam się krzywo.
Patrzył na mnie przez chwilę w milczeniu, jakby szukał właściwych słów. Potem zrobił krok bliżej.
- Bo to, co powiedziałem wtedy... - zawahał się, ściszając głos - ...to była głupota.
- No, na pewno nienajmądrzejsza rzecz, jaką w życiu usłyszałam.
- Calla...
- Nie chcę tego wałkować. Po prostu... - Przełknęłam ślinę. - Zapomnijmy o tym.
- A ty zapomnisz?
Zacisnęłam palce na pasku torby.
- Nie mam w zwyczaju rozpamiętywać rzeczy, które nie mają dla mnie znaczenia.
Przez ułamek sekundy na jego twarzy zobaczyłam coś, co wyglądało jak zawód. Ale może to tylko gra świateł.
- Jasne - odparł cicho.
Przesunął dłonią po karku, spojrzał na mnie raz jeszcze, po czym założył kask i usiadł z powrotem na motorze.
- Dobranoc, Calla.
Odpowiedziałam tylko skinieniem głowy i patrzyłam, jak odpala silnik i odjeżdża w noc.
Dopiero gdy zniknął za zakrętem, pozwoliłam sobie na głębszy oddech.