They Wish They Were Us. Wszyscy chcą być jak my - Jessica Goodman

Kup ebooka

40.00 zł
31.20 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

TO PRAW­DZIWY CUD, że kto­kol­wiek do­żywa końca szkoły śred­niej. Gdzie się nie obej­rzysz, czyha na cie­bie nie­bez­pie­czeń­stwo albo do­brze za­sta­wiona pu­łapka. Je­śli nie za­ła­twi cię serce, zmal­tre­to­wane i obo­lałe, mo­żesz skoń­czyć jako ofiara pro­za­icz­nego, lecz przez to wcale nie mniej tra­gicz­nego zda­rze­nia - wy­padku sa­mo­cho­do­wego, któ­rego sprawca był pi­jany, po­trą­ce­nia na pa­sach przez kie­rowcę za­pa­trzo­nego w te­le­fon czy zmie­sza­nia zbyt wielu ro­dza­jów nie­od­po­wied­nich pi­gu­łek. Lecz nie tak ode­szła Sha­ila.

Tech­nicz­nie rzecz uj­mu­jąc, przy­czyną jej śmierci był tępy uraz po­włok głowy spo­wo­do­wany przez jej chło­paka, Gra­hama Cal­lo­waya. Słona woda w jej płu­cach su­ge­ro­wała uto­pie­nie, co by­łoby naj­wy­god­niej­szym wy­tłu­ma­cze­niem, jed­nak nie dało się prze­oczyć ani zi­gno­ro­wać śladu po ude­rze­niu na jej gło­wie i wiel­kiej ka­łuży gę­stej krwi, w któ­rej to­nęły jej dłu­gie włosy w od­cie­niu mio­do­wego blondu.

Tępy uraz po­włok głowy. Taki za­pis wid­niał w jej ak­cie zgonu. Ta­kie słowa zna­la­zły się rów­nież w ar­chi­wach. Lecz w rze­czy­wi­sto­ści nie to ją za­biło. My­ślę, że do jej śmierci do­pro­wa­dziła złość. I zdrada. Pra­gnie­nie zbyt wielu rze­czy, wszyst­kich, jed­no­cze­śnie. I po­czu­cie nie­za­spo­ko­je­nia. Wście­kłość po­chła­niała ją od we­wnątrz. Wiem to, bo czuję to samo. Dla­czego mu­sia­ły­śmy cier­pieć? Dla­czego wy­brano nas? Jak to się stało, że stra­ci­ły­śmy kon­trolę?

Trudno mi przy­po­mnieć so­bie, ja­kie by­ły­śmy wcze­śniej, kiedy złość nie tra­wiła nas jesz­cze bez­u­stan­nie. Kiedy była tylko prze­mi­ja­ją­cym uczu­ciem wy­wo­ła­nym kłót­nią z mamą czy nie­ustę­pli­wo­ścią mo­jego młod­szego brata Ja­reda, który uparł się zjeść ostatni ka­wa­łek szar­lotki w Święto Dzięk­czy­nie­nia. Wtedy złość była prost­sza, bo nie to­wa­rzy­szyła mi stale. Była jak fala, która roz­bi­jała się o brzeg i uspo­ka­jała. Wszystko się uspo­ka­jało.

Dziś czuję się, jakby miesz­kał we mnie po­twór. Już za­wsze bę­dzie mi to­wa­rzy­szyć, cze­ka­jąc tylko, by ro­ze­rwać mi pierś i wy­chy­nąć na świa­tło dzienne. Cza­sem za­sta­na­wiam się, czy Sha­ila czuła to samo w ostat­nich chwi­lach ży­cia.

Mówi się, że do­brzy lu­dzie umie­rają młodo. Ale to tylko cy­tat z głu­piej pio­senki, którą śpie­wa­li­śmy. Tak nie jest. To nie jest prawda. Nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści, bo o Sha­ili Ar­nold można po­wie­dzieć wiele rze­czy - że była bły­sko­tliwa, za­bawna, zde­ter­mi­no­wana i pełna ży­cia. Ale szcze­rze? Do­bra to ona nie była na pewno.

Je­den

PIERW­SZY DZIEŃ SZKOŁY co roku ozna­cza to samo: apel pa­mięci Sha­ili. Dziś roz­po­czy­na­łaby ostat­nią klasę. Jed­nak od trzech lat Sha­ila nie żyje. Za chwilę po raz ostatni nam o tym przy­po­mną.

- Go­towa? - pyta Nikki, wjeż­dża­jąc na par­king pod szkołą. Skrzy­nię bie­gów błysz­czą­cego no­wo­ścią czar­nego bmw - pre­zentu od ro­dzi­ców na roz­po­czę­cie roku szkol­nego - prze­łą­cza na tryb P i upija po­tężny łyk mro­żo­nej kawy. - Bo ja nie. - Opusz­cza za­słonę prze­ciw­sło­neczną, spo­gląda w lu­sterko i na­kłada na usta war­stwę ró­żo­wego błysz­czyka o ar­bu­zo­wym aro­ma­cie, a na ko­niec szczy­pie się w po­liczki, aż jej skóra za­czyna się czer­wie­nić. - Jakby nie mo­gli dać jej ja­kiejś ta­bliczki albo zor­ga­ni­zo­wać bieg cha­ry­ta­tywny jej imie­nia. To, co ro­bią, to jest prze­gię­cie.

Nikki od­li­czała czas do pierw­szego dnia ostat­niej klasy w szkole śred­niej od za­koń­cze­nia po­przed­niego roku szkol­nego w czerwcu i roz­po­czę­cia wa­ka­cji. Dziś rano za­dzwo­niła sie­dem po szó­stej, a kiedy za­spana prze­wró­ci­łam się na bok i ode­bra­łam, na­wet się nie przy­wi­tała.

- Bądź go­towa za go­dzinę albo szu­kaj in­nej pod­wózki! - za­wo­łała, prze­krzy­ku­jąc szum su­szarki do wło­sów.

Nie mu­siała na­wet trą­bić, że­bym wie­działa, że już czeka. Jej przy­by­cie ob­wie­ściło ogłu­sza­jące dud­nie­nie How Will I Know Whit­ney Ho­uston z gło­śni­ków jej auta. Obie mia­ły­śmy ho­pla na punk­cie mu­zyki z lat osiem­dzie­sią­tych. Kiedy wsko­czy­łam na sie­dze­nie pa­sa­żera, Nikki wy­glą­dała, jakby była po dwóch du­żych ka­wach ze Star­bucksa i t?te-a-t?te z ze­spo­łem ma­ki­ja­ży­stów i fry­zje­rów. Jej ciemne oczy błysz­czały dzięki war­stwie cie­nia do po­wiek z bro­ka­tem, a rę­kawy szkol­nego swe­terka Gold Co­ast Prep pod­wi­nęła do łokci w non­sza­lancki i jed­no­cze­śnie ele­gancki spo­sób. Nikki to je­dyna osoba, która na­sze ohydne mun­durki po­trafi no­sić tak, aby wy­glą­dały zja­wi­skowo.

Dzięki Bogu, ostat­niej nocy nie drę­czyły mnie na­wra­ca­jące re­gu­lar­nie kosz­mary, więc znik­nęły też worki nie­mal stale utrzy­mu­jące się pod mo­imi oczyma. Kilka do­dat­ko­wych mi­nut na na­ło­że­nie tu­szu do rzęs i za­pa­no­wa­nie na brwiami też nie za­szko­dziło.

Kiedy Nikki ru­szała spod mo­jego domu, drża­łam z eks­cy­ta­cji, jak­bym już nie mo­gła się do­cze­kać: oto nad­szedł nasz czas. W końcu zna­la­zły­śmy się na szczy­cie.

Jed­nak dziś, kiedy po raz pierw­szy par­ku­jemy na miej­scach prze­zna­czo­nych dla naj­star­szego rocz­nika Gold Co­ast Prep, czuję zimny dreszcz. Bę­dziemy mu­sieli prze­trwać apel pa­mięci Sha­ili, któ­rego per­spek­tywa wi­siała nad nami jak chmura, go­towa w każ­dej chwili ze­psuć desz­czem całą za­bawę.

Sha­ila była je­dyną uczen­nicą, która zmarła pod­czas uczęsz­cza­nia do Gold Co­ast Prep, więc w grun­cie rze­czy nikt nie wie­dział, jak za­re­ago­wać na jej śmierć. Ale osta­tecz­nie pod­jęto pewne de­cy­zje. Rok szkolny miał się za­czy­nać pięt­na­sto­mi­nu­tową uro­czy­sto­ścią upa­mięt­nia­jącą zmarłą uczen­nicę, a tra­dy­cja ta miała obo­wią­zy­wać tak długo, jak Sha­ila cho­dzi­łaby do szkoły, gdyby na­dal żyła. Ro­dzice Sha­ili, pań­stwo Ar­nol­do­wie, mieli wy­ra­zić swoją wdzięcz­ność, fun­du­jąc szkole nowy bu­dy­nek no­szący imię ich córki. Sprytny ruch, dy­rek­to­rze We­in­gar­ten.

Gra­hama Cal­lo­waya nikt nie chciał pa­mię­tać. Nikt na­wet o nim nie wspo­mi­nał.

Ze­szło­roczna uro­czy­stość nie była na­wet taka zła. We­in­gar­ten sta­nął przed wszyst­kimi i opo­wia­dał coś o tym, jak bar­dzo Sha­ila lu­biła ma­te­ma­tykę - nie lu­biła - i jak bar­dzo cie­szy­łaby się na roz­sze­rzony pro­gram z tego przed­miotu, gdyby wciąż była z nami - wcale by się nie cie­szyła. Pań­stwo Ar­nol­do­wie po­ja­wili się na uro­czy­sto­ści tak samo jak rok wcze­śniej, sie­dzieli w pierw­szym rzę­dzie i bez prze­rwy osu­szali łzy na po­licz­kach chu­s­tecz­kami - ta­kimi z ma­te­riału, mocno już zu­ży­tymi, pra­wie przej­rzy­stymi. Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby dało się na nich zna­leźć za­schnięte smarki sprzed dzie­się­cio­leci.

Sze­ścioro nas za­jęło miej­sca obok nich, czyli z przodu, po­środku, sy­gna­li­zu­jąc, że by­li­śmy przy­ja­ciółmi Sha­ili. Nie­gdyś było nas ośmioro - po tam­tej nocy po­zo­stało nas sze­ścioro.

Qu­en­tin już na nas czeka, kiedy Nikki wjeż­dża na miej­sce za­re­zer­wo­wane dla prze­wod­ni­czą­cej klasy.

- Je­ste­śmy naj­starsi, zdziry! - mówi i przy­ci­ska do szyby od mo­jej strony ka­wa­łek kartki z ry­sun­kiem przed­sta­wia­ją­cym nas troje. Nikki trzyma na niej od­znakę prze­wod­ni­czą­cej, ja dźwi­gam dwa razy więk­szy ode mnie te­le­skop, a Qu­en­tin jest cały czer­wony, tak jak jego włosy. Wy­mowa tego ma­łego dzieła roz­grzewa mi serce.

Pisz­czę na wi­dok praw­dzi­wego Qu­en­tina, otwie­ram drzwi auta i rzu­cam się, by ob­jąć go w pa­sie.

- Do­brze cię wi­dzieć! - mó­wię, wtu­la­jąc twarz w jego pulchną pierś.

- Och, Jill! - woła ze śmie­chem. - Nikki! No, chodź tu­taj!

Nikki do­łą­cza do na­szego uści­sku, a ja wdy­cham głę­boko woń rosy, którą pachną jego ubra­nia. Przy­ja­ciółka ca­łuje mnie w po­li­czek, zna­cząc na skó­rze lepki ślad, a parę se­kund póź­niej do­łą­czają do nas po­zo­stali. Ro­bert, z wło­sami gładko za­cze­sa­nymi do tyłu, wciąga ostat­nią por­cję mię­to­wego dymu z e-pa­pie­rosa i chowa go do kie­szeni skó­rza­nej kurtki. Teo­re­tycz­nie po­wi­nien mieć już po­kaźną li­stę uwag za brak szkol­nego swe­terka, ale z ja­kie­goś po­wodu jesz­cze żad­nej nie do­stał.

- Nie wie­rzę, że znów mu­simy to od­wa­lać! - mówi.

- Ale że co? Cho­dzi ci o szkołę czy Sha­ilę? - Za mo­imi ple­cami po­ja­wia się Henry. Kła­dzie dłoń na moim po­śladku i przy­gryza mi pła­tek ucha. Roz­ta­cza obez­wład­nia­jąco mę­ski za­pach, w któ­rym woń świeżo sko­szo­nej trawy mie­sza się z dro­gim fran­cu­skim dez­odo­ran­tem. Czer­wie­nię się na myśl o tym, że po raz pierw­szy po­ka­zu­jemy się w szkole ra­zem, jako my, i wci­skam się pod jego ra­mię.

- A jak my­ślisz? - pyta Ro­bert i prze­wraca oczyma.

- By­ście się le­piej za­mknęli, idioci - war­czy Marla i prze­rzuca za umię­śnione ra­mię gruby war­kocz pla­ty­no­wych wło­sów. Mocną opa­le­ni­znę na twa­rzy zdo­była w cza­sie wa­ka­cji spę­dzo­nych na naj­lep­szym bo­isku do ho­keja na tra­wie, na naj­lep­szym obo­zie spor­to­wym w No­wej An­glii. Z po­far­bo­wa­nego w psy­cho­de­liczne barwy worka na jej ple­cach wisi kij do gry z rączką owi­niętą ta­śmą: jed­no­znaczne in­sy­gnia przy­na­leż­no­ści do re­pre­zen­ta­cji. A ona umie je no­sić jak mało kto.

- Co tam brzę­czysz? - pyta Ro­bert. - Do­bra, miejmy to za sobą.

Ru­sza przo­dem i pro­wa­dzi nas przez zie­lony traw­nik, sta­ran­nie przy­cięty i ogól­nie w do­brej kon­dy­cji po wa­ka­cjach bez uczniów, do miej­sca, gdzie trzeba sta­nąć - pod wieżą z ze­ga­rem i dwa kroki w prawo - żeby mię­dzy bu­dyn­kami zo­ba­czyć roz­po­czy­na­jącą się milę da­lej za­tokę Long Is­land So­und i maszty jach­tów ko­ły­szą­cych się na cu­mach, je­den obok dru­giego. Słone po­wie­trze spra­wia, że kręcą mi się włosy. W ta­kich wa­run­kach uży­wa­nie pro­stow­nicy mija się z ce­lem.

Za­my­kam stawkę i idę, spo­glą­da­jąc na plecy po­szcze­gól­nych osób z na­szej paczki. Ich ide­alne syl­wetki na tle słońca. Przez chwilę nie ist­nieje nic poza nami - Gra­czami. Two­rzymy wo­kół sie­bie wy­jąt­kową aurę. I tylko my znamy prawdę o tym, co mu­sie­li­śmy zro­bić, by się tu zna­leźć.

Pierw­szo­rocz­niaki - Nikki dla wy­gody na­zywa ich ko­tami - drep­czą wy­zna­czo­nymi ścież­kami. Nikt nie pró­buje się zbli­żyć do na­szej nie­wiel­kiej grupki. Za­cho­wują od­stęp, wci­skają w spodnie białe, wy­pra­so­wane ko­szule za­pięte na ostatni gu­zik, za­ci­skają pa­ski o jesz­cze jedno oczko albo wy­gła­dzają pli­so­wane spód­niczki w kratę. Nikt nie ośmiela się na­wią­zy­wać z nami kon­taktu wzro­ko­wego. Znają już za­sady.

Je­stem spo­cona, za­nim do­cie­ramy do auli, a kiedy Henry przy­trzy­muje mi drzwi, prze­peł­nia mnie strach. Więk­szość obi­tych plu­szem sie­dzeń jest już za­jęta. Każdy nasz krok ku krze­słom obok pań­stwa Ar­nol­dów śle­dzą dzie­siątki wy­trzesz­czo­nych oczu. Ro­dzice Sha­ili są ubrani na czarno. Kiedy się do nich zbli­żamy, wstają i wi­tają nas oszczęd­nymi po­ca­łun­kami za­koń­czo­nymi ka­wa­łek od na­szych po­licz­ków. Cmok­nię­cia sły­chać w ca­łym prze­stron­nym po­miesz­cze­niu. Zje­dzona na śnia­da­nie ja­jecz­nica bun­tuje się w moim żo­łądku. Ca­łość przy­po­mina mi po­grzeb dziadka, po któ­rym przyj­mo­wa­li­śmy kon­do­len­cje od ża­łob­ni­ków ocze­ku­ją­cych w nie­koń­czą­cej się ko­lejce, aż moje po­marsz­czone usta zwię­dły jak kwiat bez wody. Je­stem ostat­nią osobą wi­ta­jącą się z pa­nią Ar­nold. Ko­bieta chwyta mnie za ra­mię i za­ta­pia po­ma­lo­wane kar­ma­zy­no­wym la­kie­rem pa­znok­cie w moją skórę.

- Wi­taj, Jill - szep­cze mi do ucha. - Po­wo­dze­nia w no­wym roku szkol­nym!

Udaje mi się uśmiech­nąć i mija nieco zbyt długa chwila, za­nim uwal­niam się z jej uści­sku. Serce wali mi jak sza­lone, kiedy roz­py­cham Nikki i Henry'ego, żeby sta­nąć mię­dzy nimi. Sha­ila spo­gląda na nas ze zdob­nej ramki usta­wio­nej na szta­lu­dze po­środku sceny. Jej złote włosy two­rzą bu­rzę lo­ków ni­czym fale ufor­mo­wane z pia­sku na plaży, a jej zie­lone oczy stały się elek­trycz­nie hip­no­ty­zu­jące dzięki wspar­ciu Pho­to­shopa. Wy­gląda tak samo jak wcze­śniej, bo na za­wsze po­zo­sta­nie pięt­na­sto­latką. My w tym cza­sie zma­gamy się z no­wymi prysz­czami, bo­le­snym okre­sem i co­raz pa­skud­niej­szym od­de­chem.

Aula pach­nie jak nowo otwarta ryza pa­pieru do ko­piarki i świeżo za­ostrzone ołówki. Ule­ciał z niej ciężki za­pach piżma, który za­do­mo­wił się tu pod ko­niec ubie­głego roku szkol­nego. Miej­sce, w któ­rym od­by­wała się ta uro­czy­stość, było wła­ści­wie je­dy­nym, na które zgo­dzili się pań­stwo Ar­nol­do­wie. Było to ulu­bione miej­sce Sha­ili w ca­łym kam­pu­sie. Wła­śnie tu wy­stę­po­wała w każ­dym szkol­nym przed­sta­wie­niu, w któ­rym mo­gła uczest­ni­czyć, a z wie­czor­nych prób wy­cho­dziła w eu­fo­rii, któ­rej nie po­tra­fi­łam zro­zu­mieć.

- Łaknę świa­tła ju­pi­te­rów - wy­ja­śniła mi kie­dyś, śmie­jąc się pełną pier­sią. - Ale przy­naj­mniej po­tra­fię się do tego przy­znać.

- Dzień do­bry, Gold Co­ast! - woła na po­wi­ta­nie dy­rek­tor We­in­gar­ten. Ma krzywo za­wią­zany kra­wat i świeżo przy­strzy­żoną szpa­ko­watą bródkę, pod­kre­śla­jącą spi­cza­ste rysy. - Wi­dzę dziś wśród nas sporo no­wych twa­rzy. Chciał­bym was wszyst­kich ser­decz­nie po­wi­tać w na­szych sze­re­gach. Do­łącz­cie, pro­szę, do mnie!

Ucznio­wie i uczen­nice za­czy­nają się ob­ra­cać i wi­tać wszyst­kie osoby do­piero roz­po­czy­na­jące tu na­ukę - dzie­ciaki, które do­tych­cza­sowe ży­cie spę­dziły w pu­blicz­nych szko­łach, więc do dzi­siaj są­dziły, że pierw­szy dzień roku szkol­nego ozna­cza apel i go­dzinę wy­cho­waw­czą, a nie po­zdro­wie­nie mar­twej ko­le­żanki. Dziś, w tym no­wym i dziw­nym miej­scu ła­two od­róż­nić ich od reszty po za­sko­czo­nych i za­gu­bio­nych mi­nach. Nie są w sta­nie się ukryć. Kie­dyś by­łam jedną z nich. Po­twier­dze­nie sty­pen­dium spły­nęło ty­dzień przed roz­po­czę­ciem za­jęć, więc w Gold Co­ast po­ja­wi­łam się, nie zna­jąc tu ży­wej du­szy. Samo wspo­mnie­nie wciąż wy­wo­łuje u mnie ciarki na ple­cach.

- Wi­taj­cie! - od­po­wiada sala chó­rem. Tylko nasz rząd za­cho­wuje ci­szę.

- Mo­że­cie się za­sta­na­wiać, co tu ro­bimy i dla­czego każdy rok szkolny za­czy­namy w tym wła­śnie miej­scu - prze­rywa We­in­gar­ten i chu­s­teczką prze­ciera czoło. Kli­ma­ty­za­cja działa na naj­wyż­szych ob­ro­tach, lecz mimo to nad jego brwiami perli się pot i błysz­czy w świe­tle moc­nych re­flek­to­rów. - Za­leży nam, by upa­mięt­nić jedną z naj­lep­szych spo­śród nas, jedną z naj­ja­śniej­szych gwiazd - Sha­ilę Ar­nold.

Spoj­rze­nia wę­drują w stronę zdję­cia Sha­ili, jed­nak pań­stwo Ar­nol­do­wie nie od­ry­wają oczu od dy­rek­tora.

- Sha­ili nie ma już wśród nas - cią­gnie We­in­gar­ten. - Lecz jej ży­cie było pełne barw. Nie za­po­mnimy jej ni­gdy. Pa­mięć o niej bę­dzie żywa wśród jej ro­dziny, przy­ja­ciół i w tych ścia­nach.

Pań­stwo Ar­nol­do­wie po­ta­kują.

- Staję dziś przed wami, by pod­kre­ślić, że Gold Co­ast Prep jest, i za­wsze bę­dzie, ro­dziną. Mu­simy dbać o sie­bie na­wza­jem. Nie mo­żemy po­zwo­lić, by ko­go­kol­wiek spo­śród nas spo­tkała krzywda.

Nikki wbija mi ło­kieć pod że­bra.

- Dla­tego do­brze za­pa­mię­taj­cie moje słowa - pe­ro­ruje We­in­gar­ten. - W Gold Co­ast Prep sta­ramy się czy­nić do­bro. Chcemy być co­raz lepsi. Je­ste­śmy, by się wspie­rać.

O, wła­śnie, czas na motto Gold Co­ast.

- Kto zna na pa­mięć, może do­łą­czyć - do­daje z uśmie­chem.

Z pię­ciu­set dwu­dzie­stu trzech gar­deł uczniów i uczen­nic Gold Co­ast Prep w wieku od sze­ściu do osiem­na­stu lat wy­do­by­wają się wy­uczone słowa. Głu­pie motto re­cy­tują na­wet nowe dzie­ciaki, które mu­siały się go na­uczyć, jesz­cze za­nim po­sta­wiły stopę na te­re­nie kam­pusu.

- W Gold Co­ast Prep ży­cie miło pły­nie. Świet­nie się ba­wimy. Je­ste­śmy, by so­bie po­ma­gać - roz­brzmiewa po­nura for­mułka.

- Bar­dzo ład­nie - pod­su­mo­wuje za­do­wo­lony We­in­gar­ten. - A te­raz pro­szę ro­zejść się do klas. To bę­dzie świetny rok szkolny!

Kiedy przy­cho­dzi prze­rwa na lunch, nie je­ste­śmy już ża­łob­ni­kami. Od­da­nie hołdu Sha­ili Ar­nold to prze­szkoda, którą mamy za sobą.

Na wi­dok sto­lika dla Gra­czy z naj­star­szego rocz­nika czuję ucisk w żo­łądku. Dru­gie i trze­cie klasy za­jęły już swoje krze­sła, lecz to zu­peł­nie wy­jąt­kowe miej­sce, za­re­zer­wo­wane dla nas, na­dal po­zo­staje pu­ste i kusi, aby się do niego zbli­żyć.

Sto­lik znaj­duje się w naj­lep­szym miej­scu ka­fe­te­rii, do­kład­nie po­środku po­miesz­cze­nia, dzięki czemu każdy musi przejść obok i może prze­ko­nać się na wła­sne oczy, jak świet­nie się ba­wimy na­wet w cza­sie lun­chu. Stoły do­okoła za­re­zer­wo­wane są dla Gra­czy z niż­szych rocz­ni­ków i ko­tów. Od­le­głość od nas świad­czy o ich po­zy­cji w gru­pie.

Stopy drżą mi z eks­cy­ta­cji, kiedy prze­su­wamy się z Nikki wzdłuż baru sa­łat­ko­wego i na­kła­damy so­bie ma­so­wany jar­muż, ma­ry­no­waną fetę i ka­wałki gril­lo­wa­nego kur­czaka. Kiedy mi­jamy stół z de­se­rami, umiesz­czam so­bie na ta­le­rzu tro­chę su­ro­wej masy cia­stecz­ko­wej. Te ma­ślane kulki, które lą­dują na tacy obok lun­chu, od dawna są prze­ja­wem pew­nej dziew­czę­cej non­sza­lan­cji. Sha­ila ja­dła je każ­dego dnia, który spę­dzała w szkole. Grupka dzie­cia­ków z młod­szych klas prze­pusz­cza nas - jak na­leży - przy ka­sie i mo­żemy już ru­szać do sto­lika, który od po­czątku miał być nasz. Mimo to czuję wręcz za­sko­cze­nie, kiedy pod­cho­dzę i wi­dzę pu­ste miej­sce, które na mnie czeka. Wolne krze­sło, bez naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści prze­zna­czone dla mnie, wciąż wy­wo­łuje dziwne pod­eks­cy­to­wa­nie. To znak. W końcu przy­na­leżę do tego miej­sca. Za­słu­ży­łam. Prze­trwa­łam.

Pod­cho­dzę do stołu ra­zem z Nikki, je­ste­śmy pierw­sze i kiedy sia­damy, po­wraca zna­jome po­czu­cie by­cia na świecz­niku. Wiemy, że wszy­scy na nas pa­trzą. To część ca­łej za­bawy.

Nikki od­gar­nia dłu­gie czarne włosy, roz­pina ple­cak i wyj­muje pa­pie­rowy kar­to­nik w neo­no­wych ko­lo­rach.

- Je­stem przy­go­to­wana - mówi i go otwiera.

W środku znaj­duje się kil­ka­dzie­siąt mi­nia­tu­ro­wych kit­ka­tów w eg­zo­tycz­nych sma­kach, ta­kich jak dy­nia, zie­lona her­bata czy ba­taty. Mu­siała je do­stać od ro­dzi­ców, któ­rzy przy­wieźli je z nie­daw­nej po­dróży biz­ne­so­wej do Ja­po­nii - gdzie po­le­cieli oczy­wi­ście bez niej. Grupka chło­pa­ków i dziew­czyn z dru­giej klasy zbliża się ostroż­nie, żeby zo­ba­czyć za­chwy­ca­jącą nie­spo­dziankę, z którą Nikki Wu po­ja­wiła się w szkole.

- Ko­lejny szczo­dry gest Dar­lene - wzdy­cha, wska­zu­jąc na mie­niące się wszyst­kimi bar­wami tę­czy sło­dy­cze. Nikki prze­wraca oczyma, ak­cen­tu­jąc wy­raź­nie drugą sy­labę imie­nia matki.

Ro­dzice Nikki są ma­gna­tami w prze­my­śle tek­styl­nym, a prze­nie­śli się tu­taj, kiedy obie cho­dzi­ły­śmy do siód­mej klasy. W cza­sie pierw­szego se­me­stru w Gold Co­ast Nikki spę­dzała czas zgar­biona nad ekra­nem te­le­fonu i wy­mie­niała wia­do­mo­ści z przy­ja­ciółmi sprzed prze­pro­wadzki. Zu­peł­nie nie in­te­re­so­wało jej ży­cie na przed­mie­ściach. Obo­jęt­ność, z jaką nas trak­to­wała, spra­wiała, że w nie­wy­tłu­ma­czalny spo­sób przy­cią­gała uwagę. I wła­śnie tam­tej wio­sny, w cza­sie pracy nad ja­kimś mu­si­ca­lem, zro­dziła się przy­jaźń mię­dzy nią i Sha­ilą, która zdo­była główną rolę Sandy w szkol­nej ad­ap­ta­cji Gre­ase - co oczy­wi­ście dla ni­kogo nie było za­sko­cze­niem - a Nikki zgło­siła się do pracy przy ko­stiu­mach. Wtedy też do­wie­dzie­li­śmy się wszy­scy, że Nikki jest mo­do­wym ge­niu­szem, pro­jek­tuje skó­rzane leg­ginsy czy let­nie spód­nice z eks­tra­wa­ganc­kimi apli­ka­cjami, które z miej­sca mo­głyby zna­leźć się w gar­de­ro­bach broad­way­ow­skich te­atrów.

Kiedy się oka­zało, że będę mu­siała dzie­lić się Sha­ilą jako naj­lep­szą przy­ja­ciółką, za­czę­łam wal­czyć z za­zdro­ścią. Czu­łam się zde­ter­mi­no­wana, by po­dą­żać za ich no­wymi gu­stami ("Bravo, a nie Net­flix") i do­trzy­my­wać tempa, kiedy po raz pierw­szy piły na im­pre­zie dla człon­ków ze­społu sce­nicz­nego ("nie mie­szaj piwa z wódką, ni­gdy nie czu­łam się go­rzej!"). Ja­koś mi się to uda­wało - a przy­naj­mniej szło mi cał­kiem nie­źle - więc za­nim roz­po­częła się ósma klasa, two­rzy­ły­śmy już wspólną paczkę.

Jed­nak przez cały ostatni rok ży­cia Sha­ili w mil­cze­niu wal­czy­ły­śmy z Nikki o jej uwagę, ob­ser­wu­jąc się na­wza­jem z ostroż­no­ścią. To było głu­pie, bo Sha­ila wcale nie grała w "wy­bierz ulu­bioną". Była do bólu lo­jalna wo­bec nas obu. Kiedy zgi­nęła, na­sza przy­jaźń, z po­czątku szorstka, prze­ro­dziła się w stan, w któ­rym sta­ły­śmy się dla sie­bie nie­roz­łączne. Ogniwo, które nas do­tych­czas łą­czyło, zo­stało ze­rwane, więc wy­ku­ły­śmy nowe. W jed­nej chwili znik­nęło całe na­pię­cie mię­dzy nami, bo mia­ły­śmy tylko sie­bie i łak­nę­ły­śmy bli­sko­ści. Nikki stała się moją Sha­ilą. Ja dla niej też.

- Czer­wona fa­solka jest naj­lep­sza - mówi, od­wi­ja­jąc mi­ni­ba­to­nik, i wsuwa go so­bie do ust. Się­gam do pu­dełka i wy­bie­ram ja­sno­ró­żowe opa­ko­wa­nie. Za­war­tość jest bar­dzo słodka i lepi mi się do pal­ców.

- Mowy nie ma - pro­te­stuję. - Tru­skawki górą.

- Tylko w po­łą­cze­niu z mat­chą.

- Jaki sno­bizm...

- Nie sno­bizm, tylko do­bry gust!

- A co z gorzką cze­ko­ladą?

Nikki gry­zie kit­kata i za­sta­na­wia się nad od­po­wie­dzią.

- Pro­stota. Kla­syka. Je­stem za.

- Kul­towe ze­sta­wie­nie.

- Jak my. - Nikki uśmie­cha się ośle­pia­jąco bia­łymi zę­bami, po czym sięga po ba­to­nik w la­wen­do­wym opa­ko­wa­niu. - Ale ży­cie jest za krót­kie, żeby ogra­ni­czać się do jed­nego smaku.

- Święte słowa.

Sły­szę, jak roz­brzmie­wa­jący w tle gwar ka­fe­te­rii zmie­nia się w ryk. Od­wra­cam się i wi­dzę, że w na­szą stronę zmie­rzają chłopcy. Pierw­szo- i dru­go­kla­si­ści roz­su­wają się, by zro­bić im przej­ście. Ro­bert idzie kilka kro­ków przed po­zo­sta­łymi; szyb­kim i zde­cy­do­wa­nym kro­kiem po­ko­nuje dy­stans dzie­lący go od nas. Henry dep­cze mu po pię­tach. Ple­cak za­rzu­cił nie­dbale na jedno ra­mię, a jego gę­ste włosy w ko­lo­rze pia­sko­wego blondu za­cze­sał na bok. Ma lekko prze­krzy­wiony kra­wat. Po dro­dze zbija żół­wika z To­phe­rem Gard­ne­rem, po­tęż­nym Gra­czem z dru­giej klasy o twa­rzy po­kry­tej trą­dzi­kiem, który łak­nie jego uwagi. Stawkę za­myka Qu­en­tin. Mi­ja­jąc grupkę dziew­czyn z trze­ciej klasy, pusz­cza oko do ład­nej ko­szy­karki. Dziew­czyna ob­lewa się ru­mień­cem. Ro­bert pierw­szy siada na krze­śle i na­tych­miast otwiera bu­telkę na­poju ga­zo­wa­nego, by jed­nym hau­stem wy­chy­lić po­łowę za­war­to­ści.

- Cześć, mała - mówi Henry i siada obok mnie. Przy­wiera ustami do miej­sca, gdzie moja szyja łą­czy się z oboj­czy­kiem, two­rząc nie­wielki trój­kąt. Czuję, jak przez moje ciało prze­ta­cza się drżąca fala, a gdzieś zza ple­ców sły­szę gwał­towne wes­tchnie­nie. Grupka dziew­czyn z pierw­szej klasy w nieco przy­dłu­gich spód­nicz­kach pa­trzy na nas sze­roko otwar­tymi oczyma. Za­jęły miej­sca w pierw­szym rzę­dzie - je­śli my­ślą, że przez cały rok będą mo­gły jeść przy tym stole, to grubo się mylą. Bo on też jest nasz. Po­da­ru­jemy go Gra­czom z pierw­szych klas jako pre­zent. Prze­ko­nają się.

Tym­cza­sem za­czy­nają chi­cho­tać i szep­czą coś, za­sła­nia­jąc usta dłońmi. Wciąż pa­trzą w na­szą stronę.

Marla siada ciężko na krze­śle. W ten spo­sób znów je­ste­śmy ra­zem. Mamy dużo miej­sca, bo każdy ze sto­łów jest po­li­czony dla ośmiu osób. Z Sha­ilą i Gra­ha­mem było nas w sam raz. Ale na­uczy­li­śmy się sie­dzieć sze­roko, zaj­mu­jąc wię­cej miej­sca, niż po­trze­bo­wa­li­śmy. To po­maga. A te­raz, skoro Gra­cze są już w kom­ple­cie, mo­żemy za­czy­nać.

Ota­czają nas strzępki roz­mów, które mają przy­go­to­wać nas na week­end, bo tylko week­end się li­czy.

- Sły­sza­łem, że Anne Ma­rie Cum­mings zrobi ci ręką, je­śli po­wiesz, że po­doba ci się, jak gra ten jej marny ze­spół.

- Reid Ba­xter za­po­wie­dział, że wie­czo­rem przy­nie­sie fla­chę. Nie wpusz­czaj go, je­śli bę­dzie mu od­bi­jało.

- Skoro nie chcia­łeś mieć twa­rzy po­ma­lo­wa­nej mar­ke­rem, trzeba było nie pić do utraty przy­tom­no­ści!

Sły­szymy frag­menty roz­mów, które krążą po ka­fe­te­rii jak go­łę­bie pocz­towe, roz­no­szące naj­waż­niej­sze wia­do­mo­ści po ca­łej szkole. By­wają ta­kie dni, kiedy na­chy­lamy się do sie­bie tak bli­sko, jak­by­śmy mieli do­tknąć się gło­wami. Ale zda­rzają się i ta­kie, gdy głosy spo­wi­jają nas wo­kół, co po­zwala nam na­wią­zy­wać nowe więzi i so­ju­sze. Kto ze mną? Kto jest wro­giem, a kto przy­ja­cie­lem?

- Ekhem! - Nikki stuka no­żem w puszkę po wo­dzie ga­zo­wa­nej.

Ro­bert stęka, ale uśmie­cha się w jej kie­runku. Je­śli to do­bry ty­dzień, przez cały lunch so­bie do­gry­zają. Je­śli zły, Nikki udaje, że on dla niej nie ist­nieje.

- Kupa. - Nikki po­ka­zuje mu ję­zyk i przy­ci­ska ra­miona do bo­ków w taki spo­sób, że jej piersi wę­drują pod samą brodę. Ro­bert roz­piera się na krze­śle i z uzna­niem unosi brwi. Ten ty­dzień za­po­wiada się fan­ta­stycz­nie.

- Niech bę­dzie, panno Wu - mówi Qu­en­tin. - Za­czy­naj.

Nikki na­chyla się i mówi ści­szo­nym gło­sem. Mu­simy zbli­żyć się, żeby ją sły­szeć, choć nic z tego, co mówi, nie jest dla nas no­wo­ścią. Dziś wie­czo­rem or­ga­ni­zuje im­prezę. (Nie­sa­mo­wite). Jej ro­dzi­ców nie ma, bo po­le­cieli na week­end do Pa­ryża. (Też żadne za­sko­cze­nie). Bę­dzie na nas cze­kała beczka piwa. (Oczy­wi­ście).

Henry ob­raca się w moją stronę i kła­dzie pod sto­łem dłoń na moim udzie. Kciu­kiem ry­suje małe kółka na mo­jej na­giej skó­rze.

- Będę po cie­bie o wpół do dzie­wią­tej - mówi.

Wy­krzy­wiam usta w uśmie­chu, sta­ra­jąc się zi­gno­ro­wać go­rąco mię­dzy no­gami. Jego skóra błysz­czy let­nim słoń­cem i mo­gła­bym przy­siąc, że jest de­li­kat­nie ja­śniej­sza w miej­scu, w któ­rym sty­kała się z no­skami oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych; pa­mię­tam, że za­uwa­ży­łam to w dniu, w któ­rym za­py­tał, czy mo­żemy ofi­cjal­nie być ra­zem. To był je­den z naj­go­ręt­szych czerw­co­wych wie­czo­rów - nie do znie­sie­nia na lą­dzie, ale przy­jem­nie chłod­niej­szy na po­kła­dzie ło­dzi jego ro­dzi­ców, po­środku za­toki. Na gru­po­wym cza­cie pa­no­wała ci­sza. Poza nami wszy­scy byli na wa­ka­cjach, by zdą­żyć przed roz­po­czę­ciem let­nich pro­gra­mów dla naj­bar­dziej uzdol­nio­nych uczniów. Ja wciąż cze­ka­łam na roz­po­czę­cie stażu w lo­kal­nym pla­ne­ta­rium. By­li­śmy sami.

Lu­bisz gwiazdy, prawda? - na­pi­sał do mnie w pry­wat­nej wia­do­mo­ści.

Wszy­scy wie­dzieli, że mam ob­se­sję na punk­cie astro­no­mii. Okay, astro­no­mii i astro­fi­zyki, je­śli cho­dzi o ści­słość. Od dawna się tym in­te­re­so­wa­łam. Fa­scy­na­cja wszyst­kim, co nad nami, za­częła się, gdy mia­łam pięć lat, a tata po każ­dej bu­rzy brał mnie na Ocean Cliff, bo wtedy niebo było naj­czyst­sze, i po­ka­zy­wał mi gwiaz­do­zbiory, ga­lak­tyki, pla­nety i gwiazdy. Ocean Cliff to naj­wyż­szy punkt na ca­łym wy­brzeżu Gold Co­ast - po­tężna skalna for­ma­cja wrzy­na­jąca się w wody za­toki.

- To spo­sób, by zna­leźć sens w cha­osie - mó­wił, kiedy tam sie­dzie­li­śmy.

Po­wie­dział też, że za­wsze chciał być astro­nautą, ale z ja­kie­goś nie­zro­zu­mia­łego dla mnie po­wodu zo­stał księ­go­wym. Po pierw­szej ta­kiej nocy przy­kleił na su­fi­cie w moim po­koju kil­ka­dzie­siąt fos­fo­ry­zu­ją­cych gwiaz­dek w ukła­dzie spi­ral­nym.

To, że umia­łam do­strze­gać wy­soko nad sobą kon­kretne obiekty, ma­leń­kie cuda, które to­wa­rzy­szyły ludz­ko­ści od za­wsze, uspo­ka­jało mnie we­wnętrz­nie. Od­su­wało ode mnie kosz­mary i po­zwa­lało mie­rzyć się z ciem­no­ścią. No okay, cza­sem po­zwa­lało.

No ba... - od­po­wie­dzia­łam Henry'emu.

Za­chód słońca na ło­dzi?

Nie od­pi­sa­łam mu na­tych­miast po otrzy­ma­niu wia­do­mo­ści. Henry po­no­wił za­pro­sze­nie.

Mogę zor­ga­ni­zo­wać te­le­skop.

Od za­koń­cze­nia roku szkol­nego Henry nie da­wał mi spo­koju. Wpa­dał do mnie do domu, pro­po­no­wał pod­wózkę na im­prezy i pod­sy­łał ja­kieś dzi­waczne fil­miki, które, w jego mnie­ma­niu, mo­gły mnie roz­śmie­szyć. Mia­łam już dość od­ma­wia­nia mu i po dziurki w no­sie cze­ka­nia na ko­goś in­nego. Dla­tego uzna­łam: chrza­nić to, niech mu bę­dzie.

Będę. Mam swój, więc nie mu­sisz nic or­ga­ni­zo­wać.

Mó­wi­łam o sto­ją­cym na mo­jej szafce noc­nej prze­no­śnym Ce­le­stro­nie, który do­sta­łam od taty na Cha­nukę w ze­szłym roku.

Kilka go­dzin póź­niej by­li­śmy w po­ło­wie drogi do wy­brzeża w sta­nie Con­nec­ti­cut, pły­nąc na po­kła­dzie nie­wiel­kiej ło­dzi Olly Go­lucky, na­zwa­nej na cześć dwu­na­sto­let­niego gol­den re­trie­vera na­le­żą­cego do Henry'ego. Słońce już za­szło i w końcu upał za­czął słab­nąć. Czuć było lekką bryzę, a na nie­bie po­mię­dzy chmu­rami po­ja­wiły się pierw­sze gwiazdy. Na­bra­łam głę­boko do płuc sło­nego po­wie­trza i po­ło­ży­łam się na mo­krym po­kła­dzie. Fale roz­bi­jały się o ka­dłub, a Henry za­ba­wiał mnie za­ska­ku­jąco śmiesz­nymi hi­sto­ryj­kami z pierw­szego ty­go­dnia swo­jego wa­ka­cyj­nego stażu w CNN. Ro­bił się czer­wony, kiedy mó­wił o tym, jak na ko­ry­ta­rzach mi­jał się ze swo­imi ido­lami. To było ta­kie słod­kie. Po­tem się­gnął po bu­telkę ró­żo­wego wina i puszkę ro­syj­skiego ka­wioru, którą zna­lazł w nie­wiel­kiej lo­dówce. Po­czę­sto­wał mnie i ze wzro­kiem peł­nym na­dziei za­py­tał:

- Czyli co, chcia­ła­byś tego? Nas?

Od­po­wiedź była oczy­wi­sta. Był ka­pi­ta­nem dru­żyny la­crosse'a i głów­nym pro­wa­dzą­cym w szkol­nym ra­dio­węźle. Bar­dziej elo­kwentny niż więk­szość na­szych na­uczy­cieli. I uro­czy, kiedy za dużo wy­pije, w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści chło­pa­ków, któ­rzy zmie­niali się w po­twory. Ni­czemu nie prze­szka­dzało rów­nież to, że cie­szył się oczy­wi­stą urodą, jakby uro­dził się, by zo­stać mo­de­lem marki J. Crew Nan­tuc­ket. Gę­ste blond włosy. Zie­lone oczy. Nie­mal ide­alna skóra. Ska­zany na suk­ces. Był Gra­czem. Wszystko sta­łoby się dzie­cin­nie ła­twe, gdy­bym się z nim zwią­zała.

Poza tym osoba, z którą na­prawdę chcia­łam być, czyli chło­pak, który za­pro­wa­dził mnie do­kład­nie w to miej­sce, prze­by­wał setki mil stąd. Nie było się nad czym za­sta­na­wiać. Henry był na wy­cią­gnię­cie ręki i chciał być ze mną. Adam Mil­ler nie.

- Oczy­wi­ście - od­po­wie­dzia­łam.

Henry od­sta­wił puszkę i ob­jął mnie lep­kimi dłońmi. Ry­bia ikra przy­lgnęła do mo­ich ple­ców. Nie miał po­ję­cia, że gdy wsu­wał ję­zyk w moje usta, ja ma­rzy­łam, by Adam mógł zo­ba­czyć, z czego zre­zy­gno­wał.

Roz­legł się dzwo­nek.

- Da­waj, stary. Mamy hisz­pań­ski.

Ro­bert ko­pie Henry'ego pod sto­łem.

- A my an­giel­ski - mó­wię do Nikki.

Przy­ja­ciółka od­chyla głowę i krzywi się z roz­pa­czą, ale bie­rze mnie pod ra­mię i ra­zem wy­cho­dzimy przez po­dwójne drzwi. Słońce stoi wy­soko na nie­bie i mu­szę zmru­żyć oczy, żeby spoj­rzeć da­lej, za par­king dla ka­dry przy te­atrze, aż na stra­gany z ostry­gami. Sprze­dawcy koń­czą już pracę, skła­dają za­da­sze­nia i pa­kują skrzynki.

Prze­cho­dzimy z Nikki przez kam­pus, do­cie­ramy na za­ję­cia równo z dzwon­kiem i sia­damy obok sie­bie. Wyj­muję z torby swoje wy­da­nie Wiel­kiego Gatsby'ego; pan Be­au­mont za­dał nam tę lek­turę jesz­cze przed let­nią prze­rwą.

- Dzień do­bry, dziew­częta - mówi na­uczy­ciel, mi­ja­jąc na­sze ławki. - Jak się udały wa­ka­cje?

Nikki prze­krzy­wia głowę i przy­gląda mu się ło­bu­zer­sko.

- Wspa­niale.

- Do­sko­nale. - Pan Be­au­mont uśmie­cha się i po­pra­wia oku­lary w gru­bych opraw­kach. Jego opa­le­ni­zna jest moc­niej­sza niż po­przed­niego roku, jakby całe lato spę­dził na wo­dzie i jakby był star­szą wer­sją nas sa­mych, co w pew­nym sen­sie może być prawdą.

Do ka­dry pe­da­go­gicz­nej Gold Co­ast do­łą­czył trzy lata wcze­śniej, za­raz po Świę­cie Dzięk­czy­nie­nia, kiedy pani Mul­len po­szła na urlop ma­cie­rzyń­ski. Mnie, Nikki i Sha­ilę uczył an­giel­skiego od pierw­szej klasy, od czasu, kiedy usły­sza­ły­śmy o Gra­czach. Od po­czątku prze­ko­nał nas do sie­bie rzu­co­nym nam wy­zwa­niem.

- Nie pró­buj­cie spie­przyć mi za­jęć, to ja wam nie spie­przę ży­cia - po­wie­dział z uśmie­chem. Dow­cip. Użył słowa "spie­przyć", więc musi być cool. No pew­nie, musi być z niego równy gość. W środku lek­cji do­sta­łam wia­do­mość od Sha­ili. UWIEL­BIAM. Tylko to jedno słowo i kilka czer­wo­nych ser­du­szek. Pod­nio­słam wzrok i spoj­rza­łam w jej stronę.

- Chyba śnisz! - po­ru­szy­łam bez­gło­śnie ustami.

Kilka dni po jego przy­jeź­dzie do­wie­dzia­ły­śmy się, że tu się wy­cho­wał. Dzie­sięć lat temu skoń­czył szkołę śred­nią. W pa­miąt­ko­wym al­bu­mie jego rocz­nika zna­la­zły­śmy jego zdję­cia: dzika ciemna grzywa i po­bru­dzone trawą spodnie do la­crosse'a. Henry uważa, że mu­siał być Gra­czem. Sły­sza­łam na­wet plotki, że on to wszystko za­czął. Cho­ciaż nie bar­dzo w nie wie­rzę.

Dy­rek­tor We­in­gar­ten był tak za­do­wo­lony z pracy pana Be­au­monta, że za­trud­nił go na stałe i po­wie­rzył mu pro­wa­dze­nie roz­sze­rzo­nej li­te­ra­tury - przed­miotu za­re­zer­wo­wa­nego tylko dla naj­star­szego rocz­nika. Dla­tego te­raz na­zywa na­szą klasę swo­imi "pier­wo­rod­nymi".

Za­głę­bia się te­raz w ana­lizę mo­no­logu o East Egg i West Egg, a ja sta­ram się na­dą­żyć, spi­su­jąc wszystko, co mówi.

- Nie wiem, po co to ro­bisz - szep­cze Nikki, wska­zu­jąc na mój ze­szyt. - Prze­cież nie mu­sisz ni­czego pi­sać.

Oczy­wi­ście ma ra­cję. W Ar­chi­wum Gra­czy jest gruby plik ma­te­ria­łów na te­mat Wiel­kiego Gatsby'ego - ra­zem z set­kami in­nych dro­bia­zgo­wych opra­co­wań wszyst­kich te­ma­tów, które mogą po­ja­wić się na eg­za­mi­nach se­me­stral­nych i koń­co­wych w Gold Co­ast Prep. Mamy też do­stęp do wszyst­kich do­tych­cza­so­wych te­stów, spi­sane py­ta­nia z eg­za­mi­nów z roz­sze­rzo­nych przed­mio­tów i tajne pi­sma od dzie­ka­nów od­po­wie­dzial­nych za re­kru­ta­cję na Ha­rvar­dzie i Prin­ce­ton, do­ty­czące punk­to­wa­nia szkol­nych roz­pra­wek. Ze­szłej wio­sny wi­dzia­łam te do­ku­menty, wci­śnięte mię­dzy ko­pie te­stów z che­mii na po­zio­mie aka­de­mic­kim, prze­słane do Ar­chi­wum przez Gra­cza, któ­rego na­zwi­ska nie roz­po­zna­łam.

Ni­gdy nie zmie­niają py­tań! - na­pi­sał na teczce. - Zdaj­cie na pie­przone 100%!

Ar­chi­wum to na­sza prze­pustka do elity elit. Szansa, by osią­gać naj­wyż­sze moż­liwe wy­niki, nie­za­leż­nie od tego, że mo­gli­by­śmy zro­bić to samo wła­snymi si­łami. Ma­te­riały są prze­ka­zy­wane da­lej jako wy­raz uzna­nia za na­szą lo­jal­ność. Dzięki nim mo­żemy ko­rzy­stać z tego, co wiąże się z by­ciem Gra­czami. Im­prezy. Przy­wi­leje. To wszystko ła­go­dzi stres i uła­twia ra­dze­nie so­bie z pre­sją. Ar­chi­wum spra­wia, że ży­cie staje się prost­sze. Płat­kami róż ścieli nam drogę, którą po­dą­żamy. Dla­tego igno­ruję drę­czące po­czu­cie winy i wstyd, które ści­skają mi żo­łą­dek, ile­kroć otwie­ram apli­ka­cję, która daje do­stęp do tych ma­te­ria­łów. Ar­chi­wum to na­sze za­bez­pie­cze­nie.

Szcze­gól­nie dla tych, któ­rych ro­dzice nie mogą so­bie po­zwo­lić na naj­lep­szych ko­re­pe­ty­to­rów i pry­watne kursy przy­go­to­waw­cze (kosz­tują nie­mal tyle samo, co cze­sne w Gold Co­ast Prep). Albo dla tych, któ­rzy mu­szą utrzy­mać punk­ta­cję na po­zio­mie po­wy­żej 93%, by nie wy­paść z pro­gramu sty­pen­dial­nego. Tyle że po­zo­stali nie mu­szą wie­dzieć o tym szcze­góle.

- Panno Wu - zwraca się pan Be­au­mont do Nikki. - Cóż ta­kiego cie­ka­wego no­tuje panna New­man, że nie może pani ode­rwać wzroku od jej ze­szytu? Prawdę mó­wiąc, je­stem za­sko­czony, wi­dząc pa­nią wpa­trzoną w co­kol­wiek poza ekra­nem te­le­fonu.

Nikki siada pro­sto, a czarne włosy opa­dają jej na ra­miona.

- Tak bar­dzo spodo­bała mi się ta książka, że chcia­łam się do­wie­dzieć, co Jill o niej my­śli.

- Do­prawdy? No do­brze, panno New­man, może po­dzieli się pani swo­imi wra­że­niami z lek­tury Wiel­kiego Gatsby'ego? - pyta mnie, jakby na­prawdę chciał wie­dzieć.

Roz­lega się dzwo­nek.

- Do na­stęp­nego razu. Ży­czę wszyst­kim bez­piecz­nego week­endu! Baw­cie się do­brze! - mówi to do ca­łej klasy, ale czuję na so­bie jego wzrok, jakby znał na­sze ta­jem­nice i wie­dział, co czeka Gra­czy. Jakby wie­dział, co mu­sie­li­śmy po­świę­cić. I przez co mu­sie­li­śmy przejść. Szcze­gól­nie dziew­czyny.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki