Theo z Golden - Allen Levi

Reflow text when sidebars are open.
Pierwszego pełnego dnia w Golden Theo obudził się wczesnym rankiem, rozsunął zasłony w pokoju hotelowym i popatrzył na świt. Dzień wcześniej opuścił swój dom w Nowym Jorku, gdzie szalała zima, zasypując miasto nietypową o tej porze roku mieszaniną śniegu i lodu. Po przelocie do Atlanty (prywatnym odrzutowcem), a stamtąd dalszej jeździe na południe do Golden (limuzyną Lincoln z szoferem) przeniósł się do świata ciepła, kwitnącego niezliczonymi odcieniami zieleni, żółci, lawendy i różu.
Teraz, po dobrze przespanej nocy, stał przy oknie, głęboko oddychając, jakby mógł przez szybę wchłonąć świeżość poranka, i wpatrywał się z podziwem w pierwsze oznaki wiosny.
Jego wzrok powędrował na zachód, ku meandrującej szerokimi zakolami rzece Oxbow, nad którą zawisła wstążka mgły.
Z drugiego piętra, w słabym świetle przedświtu, Theo rozpoznał wiele charakterystycznych punktów, o których czytał podczas przygotowań do tej wyprawy: brukowane kocimi łbami ulice, hutę, stare magazyny bawełny i dęby pamiętające czasy przed wojną secesyjną.
Widok z drugiego piętra był jednak stanowczo za mało szczegółowy dla kogoś o tak ciekawskim usposobieniu. Theo włożył wygodne ubranie, przejrzał się w lustrze, poprawił kołnierzyk i apaszkę, po czym zgasił światła. Zawiesił tabliczkę "Nie przeszkadzać" na klamce i ruszył schodami do hotelowej recepcji. Uchylił kaszkietu przed recepcjonistą i wyszedł na chłodny poranek, gotów do spaceru po ulicach, nim zapełnią je piesi i pojazdy.
Poza kawiarnią i niewielkim barem restauracyjnym, lokale handlowo-usługowe przy ulicy Broadway były jeszcze zamknięte i chwilowo Theo miał niemal cały chodnik dla siebie.
Nie planował dotrzeć do konkretnego celu. Gdy zobaczył coś, co go zainteresowało - a interesowało go naprawdę wiele - zatrzymywał się i nie ruszał dalej, póki nie zaspokoił ciekawości.
Zainteresowały go na przykład metalowe dekoracje ścienne na fasadzie domu na rogu. Kto je stworzył? Kiedy? Jak?
Zainteresowało go ułożenie cegieł w starym, lecz doskonale zachowanym budynku, w którym mieściło się obecnie uczelniane biuro rekrutacji.
Zainteresowała go tabliczka z opisem pasa zieleni, nazywanego Promenadą, który przebiegał środkiem ulicy Broadway. (Gdziekolwiek mieszkał lub przebywał Theo, miał zwyczaj czytania historycznych tablic informacyjnych, z czym doskonale dawał sobie radę w pięciu językach).
Zainteresowała go rzeźba, w stylu modern vintage, nieopodal wyższej szkoły pielęgniarskiej.
Niezwykle zainteresował go niewielki ptak, który przysiadł na ławce przy chodniku i żebrał o okruszki.
Theo przystanął, zgiął się lekko w pasie z rękoma za plecami i wyszeptał do napraszającego się ptaszka:
- Wybacz, mój drogi, ale dzisiaj nie mam nic dla ciebie. Może jutro? I przestań narzekać. Ciesz się, że nie ma cię teraz w Nowym Jorku.
Podniósł pustą butelkę po piwie i włożył ją do pobliskiego kosza na śmieci.
W pewnej chwili wyjął z kieszeni niewielkie szkło powiększające, lupę, żeby przyjrzeć się fioletowawemu kwiatowi azalii.
I tak to trwało.
Wszystkie te interesujące miejsca ogromnie spowolniły spacer Theo. Zdołał pokonać zaledwie dwie przecznice, kiedy poranny ruch uliczny rozkręcił się na dobre, a na chodniki wylegli studenci i biznesmeni. Miejsca parkingowe po obu stronach Promenady, dotąd puste, zapełniły się niemal całkowicie.
Nie było jednak powodów do niepokoju.
Tego dnia, a także w dającej się przewidzieć przyszłości, Theo nie miał żadnych ostatecznych terminów, zebrań ani zobowiązań. Mógł spokojnie rozkoszować się niczym nieskrępowaną swobodą i być całkowicie anonimowy. Zjawił się w Golden jako zwykły turysta.
Nie znał nikogo w mieście.
Cóż... może z jednym wyjątkiem.
Nie był pewien, jak długo tu pozostanie - tygodnie, miesiące albo dłużej - ale chwilowo cieszyła go atmosfera nowego tymczasowego domu.
Pierwsze wrażenie: bardzo przyjemne miejsce o idealnej nazwie.
Golden.