The Tuscan Marriage - Ada Tulińska

Kup ebooka

52.00 zł
51.95 zł (43,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Maddy

 

Idę Exchange Ave z nosem w telefonie i nagle coś uderza mnie z impetem w czoło. Coś miękkiego. Unoszę głowę, gapiąc się na pierzastą, żółtą maskę z czerwonym dziobem.

- Co pani wyprawia? - Zza pluszowego przebrania dobiega męski głos. Jest niski, chropowaty i... całkiem przyjemny. Zza cienkiej, białej siatki błyszczą zielone oczy.

Mrugam kilka razy. Kurczak trzyma mnie za poły marynarki, a ja balansuję obcasem na krawędzi kałuży. Trzyma mnie mocno, ale i tak ląduję drugą nogą w błocie. Zimna woda nasiąka przez zamsz. Unoszę stopę. Szlag! To moje ostatnie porządne buty, a mój American Dream to jakaś marna parodia. Miałam stać w błyszczącej sukni na scenie filharmonii, a skończyłam przygrywając do kotleta w podrzędnych knajpach. Nikt nie słucha Vivaldiego, kiedy ma przed sobą frytki smażone w starym oleju podane ze słodkim keczupem, który nigdy nie stał koło pomidora.

Przyjechałam tu, żeby zacząć od nowa. Wmawiam sobie, że to mnie nie rusza, ale dziesięć minut temu coś we mnie pękło. Właściciel tej "restauracji" zapytał, czy mam keyboard i mogłabym zagrać "disco", bo klienci uciekają do ogródka. "Disco srisco", odparłam i wyszłam zaraz po tym, jak wytrąciłam mu talerz z ręki. Wiem, ta reakcja mogła być nieco dramatyczna, ale ja po prostu mam nóż na gardle. Zatachałam wiolonczelę do domu i oto jestem: pod szarym niebem, z mokrym butem i desperacją w gardle. Umówiłam się z Emily i liczę, że to spotkanie podniesie mnie na duchu. Muszę wrócić do grania w metrze i wcale mi się to nie podoba. Przypomina mi to o tym, że znów spadam na samo dno.

Ktoś chrząka. Dopiero po chwili przypominam sobie, co się właśnie stało.

Chłopak w kostiumie powoli puszcza moją marynarkę, jakby bał się, że jednak się wywalę. Z zielonych oczu zjeżdżam wzrokiem na dół. Pomarańczowy materiał na jego nodze nasiąka brudną wodą.

- Najmocniej przepraszam - mówię pokornie, ale zaraz dodaję bojowo: - Byłoby łatwiej, gdyby nie zajmował pan połowy chodnika.

Kurczak milczy, gapiąc się na mnie przez maskę. Pewnie analizuje mój dziwny akcent.

- Powinna się pani zmieścić na drugiej połowie. Poza tym tu się pracuje. - Wskazuje ręką na szyld z czerwoną ognistą czcionką: "Złociste kurczaki popieszczą twoje podniebienie. Pan Kurczak poleca".

Otwieram usta, gdy wciska mi ulotkę z rabatem. "Pan Kurczak zaprasza". Przebiegam wzrokiem po hasłach reklamowych i zdjęciach ociekających tłuszczem nóżek.

- Genialne. Zapraszasz na kawałki swoich kumpli z rożna?

- Genialne - potwierdza. - To nie moja restauracja. Tylko tu dorabiam.

Przez ułamek sekundy chcę zapytać, czy nie potrzebują oprawy muzycznej, ale ostatkiem sił się powstrzymuję. Nie pozwolę, żeby tłuszcz popryskał mój instrument. Tak sobie wmawiam, bo tak naprawdę chce mi się ryczeć.

- Maddy!

Emily macha do mnie wariacko znad barierki ogródka. Prawie wywraca płotek, ale Pan Kurczak chwyta go i posyła nam obu ostrzegawcze spojrzenie.

Mijam go z krótkim "do widzenia", pod nosem dodaję "tu się pracuje". Przepycham się przez ciasny ogródek, czując zapach rozlanego piwa. Opadam na plastikowe krzesło, stękając i wciągając brzuch. Za mną siedzi grupa nastolatków w ciemnych bluzach.

- Słuchaj, z kuponów możemy wziąć dwa kubełki - stwierdza ten za mną, odsuwa krzesło i wciska mnie jeszcze bardziej w blat, aż tracę dech.

Gdyby siostry mnie teraz widziały, nie uwierzyłyby, że z własnej woli weszłam do takiego miejsca.

Przede mną stoi kieliszek wina, który wygląda jak ostatnia nadzieja dzisiejszego dnia.

- Świętujemy! - Emily wznosi toast.

Biorę łyk i z całych sił powstrzymuję się, żeby go nie wypluć.

Mój dziadek Roger na pewno wiedziałby, co to za lura. On i babcia Laura prowadzą uroczy hotel w Toskanii. Zrobili z ruiny raj. Tęsknię za nimi, za dobrym winem, widokami i architekturą, ale po pewnej sytuacji przysięgłam, że moja noga nie stanie więcej na tamtej ziemi.

Pan Kurczak wachluje się reklamowymi ulotkami, łypiąc na nas krytycznie.

- Stało się. - Rozpromieniona Em ponownie unosi kieliszek, a na jej palcu widzę diament. Przecieram oczy i przyciągam jej dłoń pod sam nos. Wielkie błyszczące oczko kojarzy mi się z gwiazdą na niebie.

- Zabrał mnie do hotelu Greenside!

Chcę coś powiedzieć, ale ubiega mnie prychnięcie. Pan Kurczak stoi obok i opiera pluszowe dłonie na balustradzie.

- Pewnie zrobił to na tarasie na trzecim piętrze?

- Skąd wiesz? - dziwi się Emily.

Kurczak wzrusza beztrosko ramionami, ale czuję, że zaraz zrzuci na nas jakąś bombę. Próbuję mu dać znak brwiami, żeby się zamknął.

- Pracowałem tam. To najbardziej oklepane miejsce. Oświadczają się tam trzy razy w tygodniu.

Uśmiech Emily gaśnie jak zdmuchnięta świeca. Wstaję gwałtownie. Za mną rozlega się jęk.

- Pozwolisz na słówko? - Mój ton jest słodki, kiedy ponownie przepycham się między krzesłami. Ale cukier ołowiany też jest słodki.

- Wpisz w Google najlepsze miejsce na oświadczyny - mówi jeszcze do Emily i rusza wzdłuż balustrady. Spotykamy się obok naszej kałuży.

- Dlaczego to robisz? - Dźgam palcem powietrze między nami. - Próbujesz jej obrzydzić zaręczyny?

- Mówię prawdę. - Wzrusza ramionami, wciskając ulotkę jakiemuś studentowi. - Niech wie, że jej facet się nie wysilił.

Kręcę głową, łapiąc się za skronie.

- A co cię to obchodzi?! Do cholery!

Posyła mi ponure spojrzenie.

- Nie kłamałem. Pracowałem tam i widziałem, co ci mężczyźni z pierścionkami odwalają w klubie na rogu. - Pokazuje ulotkami na kolorowe neony z wygiętą tancerką.

Prycham i chwytam go za kombinezon.

- Posłuchaj mnie nielocie. Teraz pójdziesz do Emily i zaćwierkasz, że pomyliły ci się hotele.

- Kurczaki nie ćwierkają - rzuca. - A co będę z tego miał?

- Nie zrobię z ciebie soczystych nóżek w sosie barbecue.

Parska śmiechem, ale kiwa głową.

- Zgoda, lisiczko.

- Peter to porządny gość - mówię, puszczając go, i wracam wściekła do stolika. Emily, bledsza o kilka odcieni, sprawdza coś w telefonie.

- Znalazłam ten wątek. Peter pytał o to miejsce i czy nie jest zbyt drogie... - szepcze, zerkając na swój serdeczny palec. - O nie, ktoś mu zaproponował używany pierścionek...

Wyrywam przyjaciółce telefon.

- Emily, stop! Ważne, że chce być z tobą. Pierścionek jest piękny. Nie szukaj dziury w całym!

Przyjaciółka patrzy na mnie szklanymi oczami.

- Masz pierścionek, masz narzeczonego - przypominam. - Gdyby nie komentarz tego ptaszka, nawet byśmy nie podejrzewały, że kupił go z drugiej ręki. Powinnaś się cieszyć, Em. Facet będzie dobrze zarządzał budżetem domowym.

Emily ukrywa twarz w dłoniach.

Niezręczną ciszę ratuje mój telefon. Zdjęcie babci i dziadka wyświetla się na ekranie. Mój brzuch zalewa płynne żelazo. Nie rozmawialiśmy od lat. Pewnie wybrali mój numer przez pomyłkę. Krzywię się i odrzucam połączenie. Sekundę później dostaję SMS.

Nie mogę powstrzymać jęku.

- Co jest? - pyta Emily. Kelnerka właśnie stawia przed nami kubeł kurczaków.

- Chrzciny syna mojej siostry - wyjaśniam, trzymając ręce na skroniach.

- I co? Polecisz?

Kurczak kręci głową, przechodząc obok i mamrocząc o strasznych tragediach. Ostentacyjnie odgryzam kawałek nóżki, patrząc mu przy tym w oczy.

- Nie. To tylko pretekst. - Odwracam się do Em. - Babcia wspomina coś o spadku. Pewnie chce im przepisać hotelik. Nie mam ochoty na to patrzeć.

Emily otwiera usta. W jej wielkich niebieskich oczach błyszczy coś na kształt wielkiego oburzenia.

- Chcesz mi powiedzieć, że twoje siostry zgarną ci sprzed nosa kolejną nieruchomość?

Wzdycham.

- Tak.

- Mieszkają w domu po twojej matce. Kiedy upomniałaś się o swoje, przestały odbierać telefony. Dobrze pamiętam?

- Tak, ale...

- Druga siostra dostała mieszkanie w Mediolanie.

Kiwam głową, czując żółć podchodzącą do gardła. To wszystko prawda.

- Czemu odpuszczasz?

- W Campienne obowiązuje warunkowe prawo dziedziczenia majątku. Trzeba być po ślubie i nie można tego sprzedać. Po co mi to? - Macham dłonią.

- Co?! - Em zastyga ze skrzydełkiem w drodze do ust.

Wie, jaki mam stosunek do papierka i pierścionka. Za dużo napatrzyłam się na małżeństwa, które uśmiechały się przy niedzielnym obiedzie, by w tygodniu mijać się w milczeniu. Po prostu w to nie wierzę.

- Tak. Widzisz, to nie tak, że moje siostry są takie zachłanne i wstrętne. Tak po prostu wyszło.

Siedzimy w milczeniu. Pan Kurczak niby wciska ulotkę grupce studentek, ale widzę, że nadstawia uszu.

Emily przesuwa kurczakiem po keczupie wte i wewte. Wiadomość o spadku musiała ją zaintrygować, bo raz po raz zerka na mnie tym swoim detektywistycznym wzrokiem.

- Pokaż ten hotelik. Może warto zawalczyć.

Wzdycham i wpisuję nazwę hotelu w Google. Chwilę później na portalu Booking wyskakują mi zdjęcia stolika z sokiem pomarańczowym i croissantami. Odwracam wzrok i podaję komórkę Em. Oglądanie tego miejsca po latach jest jak picie kwasu salicylowego.

Przegląda zdjęcia w skupieniu, przygryzając wargę.

- Przecież to pieprzony zamek!

- Naprawdę? Nie zauważyłam...

- Musisz ich przekonać, że masz męża!

Patrzę na nią jak na wariatkę. Nie, żebym wcześniej się nad tym nie zastanawiała, ale prawo jest po stronie sióstr. Poza tym do męża mi w tej chwili tak daleko jak do Campienne.

- Nikt mi nie uwierzy na gębę.

- Wynajmij udawanego chłopaka - sugeruje Em z roziskrzonymi oczami. Przez chwilę stukam palcami w stolik.

- Nie mam pieniędzy na aktora - wzdycham.

- Pożyczę ci - deklaruje Emily, sprawdzając coś na komórce. - Trzeba tylko znaleźć kogoś porządnego, żeby cię nie oszukał.

Prycham.

- Nie chcę tam mieszkać - przypominam.

- Ale przecież nie musisz. Zobacz, całe życie unosiłaś się honorem i odpuszczałaś. Efekt? Jesteś spłukana, sfrustrowana i marudna.

- Nie jestem marudna - protestuję.

- Gardzi zameczkiem w Toskanii - mamrocze Emily pod nosem. - Pomyśl o swojej przyszłości. Dziadkowie chcą zostawić spadek w dobrych rękach. Nie znaczy, że już umierają. Po prostu chcą zadbać o dziedzictwo. Może potrzebują pomocy? Pomożesz im, znajdziesz im pracownika, a w zamian za to będziesz otrzymywać comiesięczny przelew z wynajmu. Niech ci odpalają chociaż za jeden pokój...

Słucham jej, przyciskając dłonie do głowy. Siostry tak właśnie robią. Wynajmują mieszkanie w Mediolanie, a mieszkają na wsi. Nie dzielą się ze mną nawet groszem. Żadna nie zapyta, co u mnie słychać i czy mam co włożyć do garnka. Po prostu zaakceptowały, że wyjechałam i pewnie cieszą się, że mają jedną gębę mniej do podziału.

- Koleżanka mówiła mi, że wynajęła chłopaka na wesele siostry - Emily nadaje jak stare radio, przeszukując swój telefon. - Zapłaciła mu chyba tysiąc dolarów za cały tydzień...

Nagle ktoś nad nami odchrząkuje. Cień przysłania tę resztkę słońca, kiedy Pan Kurczak nade mną staje.

- Słyszałem waszą rozmowę. Mogę to zrobić za dziewięćset - oznajmia. Odpina rzep pod brodą i zdejmuje wielką głowę kostiumu.

Mam wrażenie, że uderzył mnie piorun. Ten chłopak wygląda jak kłopoty, w które chce się wejść, zapominając o konsekwencjach. Gapię się na niego z rozdziawioną gębą. Moja pierwsza myśl: spodobałby się babci. Przeczesuje hebanowe włosy i błyska bielutkim uśmiechem. Na śniadych policzkach pojawiają się dołeczki. Emily już się szczerzy, ale ja kręcę głową. O nie, nie ma mowy.