.
- Widział ktoś Skeetera?
Lekko skacowani po kolejnej szalonej nocy w Laurel Canyon zaczęliśmy powoli wypełzać ze śpiworów w zatłoczonym salonie w rozpadającym się bungalowie w Hollywood. Dzieliliśmy go z kilkoma dziewczynami, które zajmowały się zapasami w błocie w klubie Hollywood Tropicana. Rozejrzeliśmy się i policzyliśmy. Pete - jest. Franz - jest. Barry - jest. Ale Skeeter zapadł się pod ziemię. Mamy jeszcze czas, pomyślałem, bo próbę dźwięku przed koncertem zamierzaliśmy tego dnia zrobić później. Wślizgnąłem się z powrotem do kokonu, żeby pospać jeszcze kilka godzin, zamknąłem oczy i zacisnąłem kciuki, przede wszystkim za to, żeby Skeeter był cały i zdrowy, ale też za to, żeby nie okazało się, że zostawił nas na lodzie w środku trasy, tysiące kilometrów od domu i bez kasy na podróż powrotną. Była to uzasadniona obawa, bo już raz zniknął.
Był rok 1990 i trasy ze Scream zaprowadziły mnie wszędzie, od Luizjany do Lublany, od Memphis do Mediolanu, od San Francisco do Sztokholmu - byłem zaprawionym w bojach weteranem, wiedziałem, jak radzić sobie z kryzysem i konfliktami, które czasem się zdarzały. Zniknięcie jednego członka zespołu to była codzienność życia w trasie. To, czego doświadczyłem w trakcie błyskawicznego kursu przetrwania za mniej niż dziesięć dolarów dziennie w ciasnym vanie, stało się wygodnym przyzwyczajeniem: gładko przystosowałem się do życia w drodze.
Szczególnie ekscytujące były trasy po Europie. Odwiedziliśmy kraje, które dotąd widywałem w wieczornych wiadomościach albo o których czytałem w bardzo nieuważnie studiowanych podręcznikach. Zamiast jednak oglądać zabytki, jak większość turystów zza oceanu, poznawałem świat od ciemnej strony, strony undergroundowej sceny punkowej. Scream był już raz w trasie po Europie i stworzył sieć kontaktów. Ci ludzie przyjęli nas jak rodzinę, zapewnili nocleg, wyżywienie, a nawet sprzęt, bo nie było nas stać na przywiezienie własnego ze Stanów. Większość z nich też była muzykami i mieszkała w squatach - w opuszczonych budynkach zajmowanych przez punkowców i anarchistów, którzy żeby przeżyć, często nielegalnie podłączali się do miejskiej sieci elektrycznej i wodno-kanalizacyjnej. Społeczności radykałów były dla mojego podatnego na wpływy umysłu nie tylko intrygujące, ale też inspirujące, ponieważ życie w tych prowizorycznych komunach wymagało zredukowania potrzeb do tych najbardziej podstawowych, zrezygnowania z typowych dla konwencjonalnego stylu życia postaw i celów (materializmu, chciwości, pogoni za wysokim statusem). Ich członkowie wybierali wolność, walkę i rozumienie tego, że potrzebujemy siebie nawzajem, żeby przetrwać. Wydało mi się to naprawdę piękne i o lata świetlne odległe od podmiejskiego życia w domkach z równo przystrzyżoną trawą, czyli czegoś, co zostawiłem za sobą. Prosta wymiana: piosenka za ciepłe łóżko, sprawiała, że byłem wdzięczny, że jestem muzykiem. Do dziś przywołuję to uczucie, kiedy potrzebuję złapać dystans w wirze mojego obecnego, o wiele bardziej skomplikowanego życia.
Amsterdam stał się naszą europejską bazą wypadową z wielu powodów. Niektóre są oczywiste (zioło), inne miały związek z logistyką (bliskość północy Europy). Odkładaliśmy pieniądze zarobione na ciężkiej pracy fizycznej i kupowaliśmy bilety stand-by w holenderskich liniach lotniczych Martinair (po dziewięćdziesiąt dolców na głowę), lądowaliśmy na lotnisku Schiphol, pierwszej nocy kradliśmy rower i przez kilka kolejnych tygodni przygotowywaliśmy trasę: dzwoniliśmy w mnóstwo miejsc, używając "spiratowanej" karty telefonicznej, gromadziliśmy sprzęt i wypożyczaliśmy vana, który przez następne miesiące miał być naszym domem. Żeby dorobić, oddawaliśmy butelki w sklepie nocnym, próbowaliśmy swoich sił na automatach w barach, a nawet podejmowaliśmy się różnych prac, żeby związać koniec z końcem. (Pracowałem kiedyś w małej wysyłkowej wytwórni płytowej Konkurrent, pakując płyty do pudeł, które szły w świat. Robiłem to głównie po to, żeby sfinansować uzależnienie od zioła, zanim wyruszymy w trasę). Ledwie zaspokajaliśmy swoje podstawowe potrzeby, ale gościnność i koleżeńskość naszych bezinteresownych przyjaciół sprawiały, że mieliśmy wrażenie, że żyjemy w luksusie. W końcu do tego stopnia zakochałem się w Amsterdamie, że spróbowałem nawet nauczyć się niderlandzkiego, i stwierdzam z pełnym przekonaniem, że to język, który uda się opanować tylko komuś, kto urodził się w Holandii.
NAJWAŻNIEJSZE JEDNAK, ŻE BYŁEM WOLNY, A NA KAŻDYM KROKU CZEKAŁA NA MNIE PRZYGODA.
Pewnego wieczoru, kiedy piliśmy i gadaliśmy na chodniku przed naszym ulubionym punkowym barem, De Muur, poczuliśmy, że coś się dzieje po drugiej stronie ulicy, we Vrankrijk, jednym z najbardziej znanych squatów w Holandii. Armia skinheadów i faszystów zorganizowała atak na budynek i kiedy ich grupy maszerowały wąską uliczką, mieszkańcy Vrankrijk przygotowywali się do starcia. Na balkonach rozbłysły oślepiające reflektory, a w oknach pojawiły się kraty. Punkowcy wylali się z budynku z prowizoryczną bronią i tarczami. Wybuchły prawdziwe zamieszki, do których szybko dołączyliśmy, ciskając w faszystów kuflami z piwem. Byliśmy jak katapulty wyrzucające słodowe granaty. W ciągu kilku minut intruzi poddali się i uciekli, a my bawiliśmy się dalej, świętując zwycięstwo jak powracający z wojny wikingowie. To już nie był rock'n'roll. To była historia jak ze średniowiecza.
A przecież była to tylko zwykła wtorkowa noc.
Podróżowanie po Europie przez przepiękne wiejskie okolice stało się jedną z moich ulubionych rozrywek, przyjemniejszą niż monotonna jazda niekończącymi się amerykańskimi autostradami. Czekały nas jednak pewne wyzwania. Przemieszczając się z kraju do kraju, co tydzień lądowaliśmy w innej strefie językowej, a komunikowanie się z miejscowymi sprowadzało się do prymitywnego języka migowego, ocierającego się o groteskową pantomimę. A mimo wszystko uczyłem się czegoś o językach i kulturach, których nigdy nie poznałbym w szkole, a odwiedzanie tych miejsc pogłębiało moje rozumienie świata jako wspólnoty, która jest mniejsza, niż większość ludzi sobie wyobraża. Za to przekraczanie granic... to dopiero była przygoda... Wyobraźcie sobie radość celników na widok paczki młodych punków w vanie na holenderskich numerach (zapala się duża czerwona lampka), wyładowanym gitarami i wzmacniaczami (jeszcze mocniej świecąca czerwona lampka). To było wręcz zbyt łatwe - ustawiali nas na chodniku jak więźniów i wywracali vana do góry nogami w poszukiwaniu wszelkiego rodzaju kontrabandy (muszę wyznać, że w ciągu tych kilku lat przeżyłem niemało rewizji osobistych). My jednak, pewnie dlatego, że zbyt wiele razy obejrzeliśmy Midnight Express (z 1978 roku), wiedzieliśmy, że przed przekroczeniem granicy trzeba wypalić całą marihuanę i haszysz, żeby nie musieć dożywać swoich dni w ciemnych, wilgotnych lochach. Ale i tak zawsze znajdowaliśmy sposób na przechytrzenie systemu. Upychaliśmy na przykład koszulki Scream (sprzedawanie ich na koncertach zapewniało nam utrzymanie) w głośnikach, żeby uniknąć płacenia cła, albo chowaliśmy małe działki haszyszu w dreadach Skeetera, żeby mieć co palić podczas wielogodzinnej jazdy z koncertu na koncert (nie ma nic lepszego niż widok naszego basisty, który bawi się z psem do szukania narkotyków na granicy, kiedy się wie, że w jego splątanej szopie jest pełno towaru), robiliśmy, co się dało, żeby przetrwać. A jednak kilka razy tylko cudem udało nam się uniknąć poważnych kłopotów.
Byłem kiedyś w Amsterdamie ze swoim włoskim przyjacielem Markiem Pisą. Marco jest tatuażystą, poznałem go w Bolonii - malowałem jego salon w zamian za piękny wzór na lewym ramieniu. Szliśmy wąską uliczką, kiedy zaczepiło nas dwóch ćpunów. Chcieli nam sprzedać heroinę. Żaden z nas nie był fanem heroiny (ani ćpunem), więc Marco grzecznie podziękował twardym: "Odpierdolcie się!" - i poszliśmy dalej. Faceci naciskali, szli tuż za nami, pukali nas w plecy. I wtedy nagle Marco wyciągnął nóż sprężynowy, otworzył go szybko jak ninja i powtórzył: "ODPIERDOLCIE SIĘ!". Zszokowany szykowałem się do ewakuacji, ale kątem oka zauważyłem, że jeden z ćpunów zamierza walnąć mnie z całej siły w głowę metalową rurką znalezioną na placu budowy, który mijaliśmy. Marco i ja ruszyliśmy biegiem, ścigani przez sforę wrzeszczących zombie. Ledwo nam się udało, a potem zjedliśmy przyjemny tajski lunch nad malowniczymi kanałami.
Prawie każdy uznałby, że taki incydent to dostateczny powód, żeby się spakować i lecieć do domu, do ciepłego łóżka, ale to właśnie ryzyko trzymało mnie w trasie. NOCNA JAZDA PODEJRZANYMI SAMOCHODAMI Z WYPOŻYCZALNI W CZASIE SKANDYNAWSKIEJ BURZY O APOKALIPTYCZNEJ MOCY, PASZPORTY SKRADZIONE Z POKOJU, GDY ŚPISZ, WALKI NA PIĘŚCI Z DUPKAMI, KTÓRZY PRÓBOWALI UKRAŚĆ Z VANA SPRZĘT ALBO RZECZY - KAŻDY DZIEŃ BYŁ CZYSTĄ KARTĄ CZEKAJĄCĄ, ŻEBY JĄ ZAPISAĆ.
Nawet gdy byłem na dnie, nieszczęśliwy i głodny, nigdy nie przeszło mi przez myśl, że mógłbym się poddać. Do czego miałbym wracać? Miałem błagać szefa sklepu z meblami, żeby pozwolił mi znów pracować po dziesięć godzin dziennie i malować rozkładane sofy jaskrawymi toksycznymi lakierami 3M? Spędzić życie na dojazdach w godzinach szczytu, na liczeniu centrów handlowych i fast foodów na każdym rogu? Wolałem już leżeć w małym mieszkanku w Hiszpanii, z gorączką, drgawkami, zlany potem i osłabiony z powodu grypy, i słuchać dobiegającego z dołu jazgotu barcelońskiej ulicy Las Ramblas. Wolałem spać na zimnej scenie w szwedzkim nocnym klubie w Linköpingu, po koncercie, podczas którego ratownicy medyczni musieli reanimować kogoś umierającego z powodu przedawkowania narkotyków. Wolałem jechać na koncert we włoskim squacie i zastać mieszkańców na paleniu pościeli z powodu wybuchu epidemii świerzbu albo zostać ostrzeżonym, żebym nie jadł makaronu przygotowanego przez miejscowego promotora, który próbował nas otruć w odwecie za to, że zepsuliśmy toaletę.
Wóz albo przewóz, jak to mówią.
Może to jednak niepewność takiego życia skłoniła Skeetera do odejścia po raz pierwszy. Wiosną 1990 roku, w trasie, która miała się okazać moją ostatnią europejską trasą ze Scream, z jakiegoś powodu nie mógł już wytrzymać i poleciał do domu, porzucając nas na innym kontynencie, kilka tysięcy kilometrów od Stanów. Na szczęście na kilku koncertach zastąpił go nasz dobry znajomy Guy Pinhas, więc mogliśmy skończyć trasę i zostało nam wystarczająco dużo kasy na lot stand-by liniami El Al. Zaczynałem jednak myśleć, że Skeeter nie jest oddany zespołowi tak bardzo jak Pete, Franz i ja. My zrobilibyśmy wszystko, żeby przeć do przodu.
Choć żaden z nas nie był niezastąpiony, między naszą czwórką dawało się wyczuć niezaprzeczalną chemię, a Skeeter i ja mieliśmy swój niepodrabialny groove, coś, co wpoił mi podczas naszych pierwszych wspólnych prób kilka lat wcześniej, coś, czego bardzo mi brakowało, kiedy graliśmy z innymi basistami. Kiedy dołączyłem do Scream, byłem jak dzikie źrebię - grałem najszybciej i najciężej, jak potrafiłem, a na końcu każdej frazy wrzucałem bezsensowne przejścia na werblu, żeby zrobić wrażenie. Któregoś dnia Skeeter kazał mi usiąść, skręcił gigantycznego jointa z opakowania tamponu, które znalazł w łazience, i upalił mnie tak, że nie wiedziałem, co się dzieje.
- No dobra. Teraz zagramy jeden riff, w kółko ten sam riff, przez pół godziny, a ty nie zrobisz ani jednego przejścia na werblu - powiedział.
Łatwizna, pomyślałem. Siadłem do bębnów, a on zaczął grać całkiem gładką linię basu, trochę reggae, trochę Motown - i dołączyłem do niego pewnie. Nie minęło czterdzieści pięć sekund, a już poczułem potrzebę zagrania przejścia na werblu. Ale on potrząsnął głową, żeby mnie od tego odwieść, więc ciągnąłem ten groove. Minutę później znów poczułem nieodpartą potrzebę zagrania szalonego przejścia na werblu. To było jak muzyczna odmiana zespołu Tourette'a albo jak powstrzymywanie się od kichnięcia, ale Skeeter znów pokręcił głową. W gruncie rzeczy ujeżdżał dzikiego konia, uczył mnie szacunku dla prostoty i siły prostego groove'u, powstrzymywania się od pustych popisów. Po trzydziestu minutach byłem zupełnie innym perkusistą. Możliwe, że była to najcenniejsza lekcja muzyki w moim życiu, i jestem mu za nią dozgonnie wdzięczny.
Kilku basistów, którzy grali pod jego nieobecność na kolejnych trasach, było świetnymi muzykami, ale gdy zadeklarował chęć powrotu do zespołu, trudno było mu odmówić. Choć martwiliśmy się, że znów się ulotni. W tamtej chwili przyszłość zespołu rysowała się w jasnych barwach - właśnie nagraliśmy trochę nowych utworów, które zwróciły uwagę znajomego punkowca. Facet był związany z biznesem muzycznym i zaproponował pomoc w szukaniu większego wydawcy. Dostaliśmy do podpisania umowę, która dawała mu prawo do dysponowania naszym demo i szukania najlepszej oferty. Był kolegą kolegi, cieszył się szacunkiem na scenie punkowej, uważano go za kogoś, na kim można polegać. Pomyśleliśmy, że to może być to. Może wreszcie znaleźliśmy drogę ucieczki z uliczek pełnych ćpunów i squatów z szalejącym świerzbem, z miejsc, do których przez te lata przywykliśmy. Mimo że kusiło nas, żeby podpisać umowę od razu, postanowiliśmy przemyśleć sprawę, zanim powierzymy swoje życie komuś obcemu.
Dopiero kilka miesięcy później, pewnego nieznośnie upalnego dnia w Spokane, kiedy utknęliśmy na parkingu przed restauracją Denny's, po tym, jak wiele naszych koncertów zostało odwołanych, wreszcie wyciągnęliśmy w vanie kontrakt i zaczęliśmy czytać. Czuliśmy, że nie mamy nic do stracenia. Bo w tamtej chwili rzeczywiście nie mieliśmy. Kurczyły nam się możliwości i choćbyśmy nie wiadomo jak się starali, to wciąż było za mało. Bez konsultacji z prawnikiem podpisaliśmy kontrakt w akcie desperacji, naiwnie i nieodpowiedzialnie. Ta naiwność miała mnie za rok dużo kosztować, gdy ten punk, na którym ponoć można było polegać, pozwał mnie, dwudziestojednoletniego dzieciaka, za to, że dołączyłem do Nirvany. Twierdził, że w zasadzie należę do niego. Tak, proszę państwa, wyglądało moje pierwsze spotkanie z biznesem muzycznym.
Ale wtedy przynajmniej czekała nas wyprawa do Los Angeles.
Los Angeles było najjaśniejszym punktem każdej trasy, nie tylko z powodu oczywistych uroków kilku dni w stolicy lakieru do włosów, ale też dlatego, że mieliśmy tam rodzinę: siostrę Pete'a i Franza, Sabrinę. Sabrina była najzabawniejszą, najbardziej pełną życia, najpiękniejszą kobietą, jaką można było spotkać. Pod koniec lat osiemdziesiątych sennym przedmieściom Wirginii nadała szyk LA. Kiedy odwiedzaliśmy Los Angeles, zawsze zatrzymywaliśmy się u niej, a ona, jak seksowna przyzwoitka z ejtisowego teledysku, pokazywała nam miasto, od jasnych świateł Sunset Strip do swojego miejsca pracy: klubu Hollywood Tropicana.
Sabrina zajmowała się zapasami w błocie.
Dla nieobeznanych z tym raczej niszowym sportem - rzecz polega na walce dwóch osób w błocie, które tak naprawdę chyba nie jest prawdziwym błotem, tylko czymś podobnym do serpentyny w sprayu i oleju (mnie nie pytajcie, nigdy nie miałem przyjemności). Sport ten nie jest (jeszcze) dyscypliną olimpijską, a zasady są raczej luźne - rzecz polega zwykle na tym, że dziewczyna w bikini staje przed pijanym biznesmenem, który roztrwonił większość pieniędzy przeznaczonych na rozrywkę na to, żeby wysoka supermodelka w odblaskowym kostiumie kąpielowym spuściła mu łomot. Dziewczyny naprawdę tłuką tych gości tak, że trzeba ich potem odholowywać. Trzymają się za naderwane genitalia i krzyczą z bólu, podczas gdy tłum ryczy jak Rzymianie w Koloseum. Mimo że dla Pete'a i Franza patrzenie, jak ich młodsza siostra wkracza z obcym facetem na śliski ring pełen błota, musiało być trudne, chodziliśmy tam na darmowe drinki i umieraliśmy ze śmiechu, kiedy wynoszono kolejnych pokonanych gości. A po bezlitosnej rzezi wracaliśmy do bungalowu w Laurel Canyon, który Sabrina dzieliła z kilkoma innymi zapaśniczkami, i imprezowaliśmy do rana. Nie robiliśmy tego dlatego, że byliśmy ciekawi mniej wyrafinowanego życia.
Los Angeles mnie fascynowało. Niemal równie mocno jak wieki historii w Europie, ale inaczej. Wszystko wydawało się tam tak... niewiarygodne. Chociaż już Waszyngton można uznać za miasto zmienne, miasto, w którym radykalne transformacje dynamiki społecznej następują z każdą kolejną administracją, LA ewoluuje dosłownie z minuty na minutę. Jakby było największym dworcem autobusowym Greyhounda - ludzie pojawiają się i znikają jak w obrotowych drzwiach. Wypatrują swojej szansy, często odchodzą pokonani, zostawiając za sobą śmieci, w których brodzą ich następcy w nadziei, że to oni okażą się następnymi gwiazdami. Wyczuwa się tam jakiś smutek, który próbuje się maskować nadmiernym folgowaniem sobie, przez co porannego kaca trochę trudniej zapić. A nic nie otrzeźwia lepiej niż pobudka na podłodze w mieszkaniu zapaśniczki, kiedy musisz się modlić, żeby twój kolega z zespołu nie zostawił cię na lodzie. Znowu.
O osiemnastej wciąż nie było nawet śladu Skeetera, więc z żalem musieliśmy odwołać wieczorny koncert. Zaczęła do nas docierać prawda. Nie ma Skeetera, nie ma gigu. Nie ma gigu, nie ma kasy. Nie ma kasy, nie ma żarcia. A koniec trasy oznaczał, że nie będziemy mogli wrócić do domu, więc zacząłem już rozważać tę koszmarną możliwość, że resztę życia spędzę w głębokiej rozpaczy, w najbardziej olśniewającym mieście świata, brodząc w śmieciach jako jego najnowsza ofiara. Wydobywaliśmy się przez lata z najrozmaitszych dołów, ale ten zdawał się wyjątkowo głęboki.
Mijały kolejne dni, a my żyliśmy jak bezpańskie zwierzęta dzięki naszym taplającym się w błocie gospodyniom, które codziennie wieczorem przychodziły i wysypywały z kieszeni na dywan w salonie sterty dolarów. Jedliśmy rzadko i wkrótce głód dał o sobie znać. Nasz roadie, Kanadyjczyk Barry, dostawał bony żywnościowe z opieki społecznej i to pomogło nam nie umrzeć z głodu, ale wkrótce i bony się skończyły. Do dziś nie używam wyrażenia twardy orzech do zgryzienia, bo pamiętam, jak któregoś dnia znalazłem w kuchni puszkę starych orzeszków i ona uratowała mi życie. Bez dwóch zdań było nam wtedy ciężko, ale po wielu latach w trasie byłem zdeterminowany, musiałem przetrwać za wszelką cenę, więc próbowałem nie tracić ducha. Nie było łatwo.
Żeby dorobić, zacząłem pracować przy kładzeniu kafelków w kawiarni w Costa Mesa. Stawało się jasne, że w najbliższej przyszłości nie wrócimy do domu. Barry w końcu wyjechał do Kanady, kiedy zdał sobie sprawę, że utknęliśmy w ślepym zaułku. Nietrudno go było zrozumieć. Zacząłem tracić nadzieję i potrzebowałem choćby chwilowej ulgi, ocalenia z tego tonącego statku. Nasz sprzęt kurzył się na dole w małym garażu Sabriny, ale po jakimś tygodniu zauważyłem, że coś jeszcze zbiera tam kurz: motocykl honda rebel 250, rocznik 1985. Wyglądała jak zabawkowa wersja harleya-davidsona i była cudowną maszynką. Może i stała w hierarchii tylko o stopień wyżej od motoroweru, ale świetnie nadawała się do śmigania po mieście. Jako że zawsze marzyłem o posiadaniu motocykla (to był dosłownie mój powracający sen), pobiegłem na górę, żeby zapytać, do kogo należy. Okazało się, że do jednej z zapaśniczek, współlokatorek Sabriny. Na moje pytanie odpowiedziała:
- Pewnie, bierz! Zatankuj i jest twój!
TO BYŁA MOJA SZALUPA RATUNKOWA.
Nie miałem prawa jazdy ani kasku (w tamtych czasach i tak nie był wymagany). Poczekałem, aż zajdzie słońce, zatankowałem zbiorniczek do pełna i ruszyłem na wzgórza. Unikałem głównych arterii w obawie przed zatrzymaniem i, no... dlatego, że nie potrafiłem jeździć na pieprzonym motorze. Wszystkie problemy zostawiłem za sobą na zagraconej podłodze - po prostu jeździłem bez celu po Laurel Canyon w okolicy domu Sabriny, spędziłem też długie godziny w wijącym się labiryncie uliczek zamożnych Hollywood Hills, patrząc w dół, na blask świateł miasta, i w górę, na niezliczone wspaniałe domy wśród drzew. Marzyłem o tym, żeby któregoś dnia samemu zamieszkać w takim luksusie. Zapewne w każdym z tych domów mieszkała gwiazda rocka albo gwiazda filmowa, producent czy reżyser, ktoś, kto podążył za marzeniami i mu się udało, a ja zastanawiałem się, jakie to uczucie osiągnąć sukces na taką skalę, jakie to uczucie żyć tak wygodnie i nie martwić się o to, co będzie na kolację. Przepaść między fantazją a rzeczywistością była tak wielka, tak niewyobrażalna, że nawet nie było warto się zastanawiać. Więc jeździłem dalej. To była moja ucieczka. Mój tymczasowy ratunek. To była szalupa ratunkowa, którą odpłynąłem od tonącego w oddali statku. Kiedy pędziłem przez noc, odtworzyłem w głowie wszystkie kroki, które doprowadziły mnie w to miejsce, a jednocześnie próbowałem zaplanować następne. Co noc powtarzałem ten rytuał, a potem budziłem się rano w śpiworze na podłodze, z powiekami spuchniętymi od kurzu z kanionu, i wracałem do rzeczywistości, w której byłem bezdomnym pupilkiem zapaśniczki.
I WTEDY USŁYSZAŁEM CZTERY SŁOWA, KTÓRE NA ZAWSZE ZMIENIŁY MOJE ŻYCIE: "SŁYSZAŁEŚ KIEDYŚ O NIRVANIE?".
Zadzwonił do mnie dawny przyjaciel, który dorastał z chłopakami z Nirvany w malutkim miasteczku Aberdeen w stanie Waszyngton, i powiedział, że zespół szuka perkusisty, że kilka tygodni wcześniej, podczas naszej pechowej trasy, widzieli Scream na żywo. Podobno byli pod wrażeniem mojej gry. Dostałem ich numery. Pewnie, że słyszałem o Nirvanie. Ich debiutancki album Bleach stał się dla sceny undergroundowej przełomową płytą. W jedenastu utworach łączył metal, punk i beatlesowskie melodie, był arcydziełem, które miało odmienić krajobraz muzyki "alternatywnej" (a do tego tak się złożyło, że jego nagranie kosztowało sześćset sześć dolarów). Szybko stał się jedną z moich ulubionych płyt, a wyróżniał się na tle hałaśliwych, ciężkich punkowych nagrań, ponieważ były na nim piosenki. I ten głos... Nikt nie miał takiego głosu.
Po kilku kolejnych dniach frustracji i głodowania postanowiłem dać przeznaczeniu szansę i zadzwonić do basisty Nirvany, Krista, żeby zapytać o fuchę dla bębniarza. Nie znałem go, więc przedstawiłem się i wyjaśniłem, że dostałem jego numer od wspólnego znajomego. Trochę pogadaliśmy, po czym Krist poinformował mnie z żalem, że stanowisko perkusisty zajął już ich dobry znajomy Dan Peters z Mudhoney. Pomyślałem, że to nie koniec świata i że i tak warto było spróbować. Zostawiłem Kristowi swój numer w Los Angeles i poprosiłem, żeby się odezwał, jeśli Nirvana będzie kiedyś w LA, bo zanosiło się na to, że Miasto Aniołów niestety zostanie moim domem na stałe.
Tego samego wieczoru zadzwonił telefon. Dzwonił Krist. Chyba przemyślał sprawę.
- Lepiej pogadaj z Kurtem - powiedział.
Choć Danny Peters był świetnym perkusistą, miał zupełnie inny styl niż ja. Grał w podstawowym stylu typowym dla lat sześćdziesiątych. Moje prostackie neandertalskie bębnienie w stylu disco wydawało się lepiej pasować do klimatu Nirvany. A poza tym Krist i Kurt czuli się winni, zabierając perkusistę chłopakom z Mudhoney, jednego z ich ulubionych zespołów. Od razu zadzwoniłem do Kurta i trochę pogadaliśmy o muzyce. Od N.W.A do Neila Younga, od Black Flag do Beatlesów, od The Cramps do Creedence Clearwater Revival: odkryliśmy, że dużo nas muzycznie łączy i że warto zorganizować przesłuchanie.
- Daj znać, jeśli będziesz mógł do nas przyjechać - zaproponował Kurt nonszalancko tym swoim charakterystycznym głosem, który dziś zna cały świat.
Pożegnaliśmy się i musiałem podjąć najtrudniejszą decyzję w życiu.
Od dnia, kiedy dołączyłem do Scream, czułem się częścią rodziny. Chociaż byłem dużo młodszy od Pete'a, Franza i Skeetera, zawsze traktowali mnie jak równego sobie, szybko się zaprzyjaźniliśmy i spędzaliśmy razem prawie każdy dzień, w trasie i poza nią. Spędziłem z nimi najważniejsze lata życia, te, które mnie ukształtowały, odkrywając muzykę, świat, a w końcu i siebie, więc odejście i zostawienie ich na tonącym statku sprawiało mi ból, jakiego dotąd nie czułem, większy nawet niż pożegnanie z ojcem, kiedy się mnie wyparł, bo rzuciłem szkołę. Zawsze trzymaliśmy się razem, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, wspólnie pokonaliśmy tyle trudności. Ale tamten kryzys miał w sobie coś ostatecznego, coś, co sprawiło, że zacząłem się zastanawiać nad swoją przyszłością. Więc jak zawsze, kiedy rozmyślałem o tym, co robić dalej, i potrzebowałem głosu rozsądku albo mądrej rady, zadzwoniłem do jedynej osoby, która nigdy nie poprowadziła mnie w złą stronę...
Do matki.
Zadzwoniłem na jej koszt z budki na parkingu przed sklepem płytowym w Orange County i ze łzami w oczach wyjaśniłem, jaki mam dylemat, a ona zrozumiała doskonale, bo w głębi duszy żywiła do Pete'a i Franza takie uczucia jak ja. Wszyscy staliśmy się z czasem rodziną, moja matka uważała chłopaków za kogoś więcej niż moich kolegów z zespołu: byli moimi braćmi. Nigdy nie zapomnę rady, która popchnęła moje życie w stronę przeznaczenia.
- David... wiem, że kochasz swoich przyjaciół, ale czasami musisz stawiać swoje potrzeby przed potrzebami innych. Musisz zatroszczyć się o siebie.
Zaskoczyły mnie te słowa w ustach kobiety, której całe życie było ich dokładnym przeciwieństwem, ale ponieważ była najmądrzejszą osobą, jaką znałem, odłożyłem słuchawkę z postanowieniem, że pójdę za jej radą, bez względu na konsekwencje.
Spakowałem worek, śpiwór i zestaw perkusyjny do dużego kartonu i ruszyłem do Seattle, miasta, które odwiedziłem tylko raz i w którym nie znałem właściwie nikogo. Zostawiałem za sobą dotychczasowe życie, żeby zacząć nowe. Miałem poczucie straty, jakiego wcześniej nie doświadczyłem. Tęskniłem za domem. Tęskniłem za przyjaciółmi. Tęskniłem za rodziną. Byłem naprawdę sam, z powrotem w punkcie wyjścia, zaczynałem od początku. I wciąż byłem głodny. Ale byłem też kimś, kto nie lubił jałowego wysiłku, chciałem iść dalej. W końcu byłem też ciągle wolny, a na każdym kroku czekała przygoda.
Do dziś prawie codziennie przejeżdżam obok tego domu, tego tonącego statku w Laurel Canyon. Z biegiem lat popadł w ruinę, znikając pod naporem czasu, ale wspomnienia i lekcje, które wtedy dostałem, wciąż są żywe i dziś biorę własną szalupę ratunkową na nocną przejażdżkę, kiedy chcę odtworzyć w głowie wszystkie kroki, które doprowadziły mnie w to miejsce, i zaplanować następne.
BO WCIĄŻ KAŻDY DZIEŃ JEST CZYSTĄ KARTĄ CZEKAJĄCĄ, ŻEBY JĄ ZAPISAĆ.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki