The Storyteller. Opowieści o życiu i muzyce - Dave Grohl

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (38,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
.

- Wi­dział ktoś Ske­ete­ra?

Lek­ko ska­co­wa­ni po ko­lej­nej sza­lo­nej nocy w Lau­rel Ca­ny­on za­częli­śmy po­wo­li wy­pe­łzać ze śpi­wo­rów w za­tło­czo­nym sa­lo­nie w roz­pa­da­jącym się bun­ga­lo­wie w Hol­ly­wo­od. Dzie­li­li­śmy go z kil­ko­ma dziew­czy­na­mi, któ­re zaj­mo­wa­ły się za­pa­sa­mi w bło­cie w klu­bie Hol­ly­wo­od Tro­pi­ca­na. Ro­zej­rze­li­śmy się i po­li­czy­li­śmy. Pete - jest. Franz - jest. Bar­ry - jest. Ale Ske­eter za­pa­dł się pod zie­mię. Mamy jesz­cze czas, po­my­śla­łem, bo pró­bę dźwi­ęku przed kon­cer­tem za­mie­rza­li­śmy tego dnia zro­bić pó­źniej. Wśli­zgnąłem się z po­wro­tem do ko­ko­nu, żeby po­spać jesz­cze kil­ka go­dzin, za­mknąłem oczy i za­ci­snąłem kciu­ki, przede wszyst­kim za to, żeby Ske­eter był cały i zdro­wy, ale też za to, żeby nie oka­za­ło się, że zo­sta­wił nas na lo­dzie w środ­ku tra­sy, ty­si­ące ki­lo­me­trów od domu i bez kasy na pod­róż po­wrot­ną. Była to uza­sad­nio­na oba­wa, bo już raz znik­nął.

Był rok 1990 i tra­sy ze Scre­am za­pro­wa­dzi­ły mnie wszędzie, od Lu­izja­ny do Lu­bla­ny, od Mem­phis do Me­dio­la­nu, od San Fran­ci­sco do Sztok­hol­mu - by­łem za­pra­wio­nym w bo­jach we­te­ra­nem, wie­dzia­łem, jak ra­dzić so­bie z kry­zy­sem i kon­flik­ta­mi, któ­re cza­sem się zda­rza­ły. Znik­ni­ęcie jed­ne­go człon­ka ze­spo­łu to była co­dzien­no­ść ży­cia w tra­sie. To, cze­go do­świad­czy­łem w trak­cie bły­ska­wicz­ne­go kur­su prze­trwa­nia za mniej niż dzie­si­ęć do­la­rów dzien­nie w cia­snym va­nie, sta­ło się wy­god­nym przy­zwy­cza­je­niem: gład­ko przy­sto­so­wa­łem się do ży­cia w dro­dze.

Szcze­gól­nie eks­cy­tu­jące były tra­sy po Eu­ro­pie. Od­wie­dzi­li­śmy kra­je, któ­re do­tąd wi­dy­wa­łem w wie­czor­nych wia­do­mo­ściach albo o któ­rych czy­ta­łem w bar­dzo nie­uwa­żnie stu­dio­wa­nych pod­ręcz­ni­kach. Za­miast jed­nak oglądać za­byt­ki, jak wi­ęk­szo­ść tu­ry­stów zza oce­anu, po­zna­wa­łem świat od ciem­nej stro­ny, stro­ny un­der­gro­un­do­wej sce­ny pun­ko­wej. Scre­am był już raz w tra­sie po Eu­ro­pie i stwo­rzył sieć kon­tak­tów. Ci lu­dzie przy­jęli nas jak ro­dzi­nę, za­pew­ni­li noc­leg, wy­ży­wie­nie, a na­wet sprzęt, bo nie było nas stać na przy­wie­zie­nie wła­sne­go ze Sta­nów. Wi­ęk­szo­ść z nich też była mu­zy­ka­mi i miesz­ka­ła w squ­atach - w opusz­czo­nych bu­dyn­kach zaj­mo­wa­nych przez pun­kow­ców i anar­chi­stów, któ­rzy żeby prze­żyć, często nie­le­gal­nie podłącza­li się do miej­skiej sie­ci elek­trycz­nej i wod­no-ka­na­li­za­cyj­nej. Spo­łecz­no­ści ra­dy­ka­łów były dla mo­je­go po­dat­ne­go na wpły­wy umy­słu nie tyl­ko in­try­gu­jące, ale też in­spi­ru­jące, po­nie­waż ży­cie w tych pro­wi­zo­rycz­nych ko­mu­nach wy­ma­ga­ło zre­du­ko­wa­nia po­trzeb do tych naj­bar­dziej pod­sta­wo­wych, zre­zy­gno­wa­nia z ty­po­wych dla kon­wen­cjo­nal­ne­go sty­lu ży­cia po­staw i ce­lów (ma­te­ria­li­zmu, chci­wo­ści, po­go­ni za wy­so­kim sta­tu­sem). Ich człon­ko­wie wy­bie­ra­li wol­no­ść, wal­kę i ro­zu­mie­nie tego, że po­trze­bu­je­my sie­bie na­wza­jem, żeby prze­trwać. Wy­da­ło mi się to na­praw­dę pi­ęk­ne i o lata świetl­ne od­le­głe od pod­miej­skie­go ży­cia w dom­kach z rów­no przy­strzy­żo­ną tra­wą, czy­li cze­goś, co zo­sta­wi­łem za sobą. Pro­sta wy­mia­na: pio­sen­ka za cie­płe łó­żko, spra­wia­ła, że by­łem wdzi­ęcz­ny, że je­stem mu­zy­kiem. Do dziś przy­wo­łu­ję to uczu­cie, kie­dy po­trze­bu­ję zła­pać dy­stans w wi­rze mo­je­go obec­ne­go, o wie­le bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne­go ży­cia.

Am­ster­dam stał się na­szą eu­ro­pej­ską bazą wy­pa­do­wą z wie­lu po­wo­dów. Nie­któ­re są oczy­wi­ste (zio­ło), inne mia­ły zwi­ązek z lo­gi­sty­ką (bli­sko­ść pó­łno­cy Eu­ro­py). Od­kła­da­li­śmy pie­ni­ądze za­ro­bio­ne na ci­ężkiej pra­cy fi­zycz­nej i ku­po­wa­li­śmy bi­le­ty stand-by w ho­len­der­skich li­niach lot­ni­czych Mar­ti­na­ir (po dzie­wi­ęćdzie­si­ąt do­lców na gło­wę), lądo­wa­li­śmy na lot­ni­sku Schi­phol, pierw­szej nocy kra­dli­śmy ro­wer i przez kil­ka ko­lej­nych ty­go­dni przy­go­to­wy­wa­li­śmy tra­sę: dzwo­ni­li­śmy w mnó­stwo miejsc, uży­wa­jąc "spi­ra­to­wa­nej" kar­ty te­le­fo­nicz­nej, gro­ma­dzi­li­śmy sprzęt i wy­po­ży­cza­li­śmy vana, któ­ry przez na­stęp­ne mie­si­ące miał być na­szym do­mem. Żeby do­ro­bić, od­da­wa­li­śmy bu­tel­ki w skle­pie noc­nym, pró­bo­wa­li­śmy swo­ich sił na au­to­ma­tach w ba­rach, a na­wet po­dej­mo­wa­li­śmy się ró­żnych prac, żeby zwi­ązać ko­niec z ko­ńcem. (Pra­co­wa­łem kie­dyś w ma­łej wy­sy­łko­wej wy­twór­ni pły­to­wej Kon­kur­rent, pa­ku­jąc pły­ty do pu­deł, któ­re szły w świat. Ro­bi­łem to głów­nie po to, żeby sfi­nan­so­wać uza­le­żnie­nie od zio­ła, za­nim wy­ru­szy­my w tra­sę). Le­d­wie za­spo­ka­ja­li­śmy swo­je pod­sta­wo­we po­trze­by, ale go­ścin­no­ść i ko­le­że­ńsko­ść na­szych bez­in­te­re­sow­nych przy­ja­ciół spra­wia­ły, że mie­li­śmy wra­że­nie, że ży­je­my w luk­su­sie. W ko­ńcu do tego stop­nia za­ko­cha­łem się w Am­ster­da­mie, że spró­bo­wa­łem na­wet na­uczyć się ni­der­landz­kie­go, i stwier­dzam z pe­łnym prze­ko­na­niem, że to język, któ­ry uda się opa­no­wać tyl­ko ko­muś, kto uro­dził się w Ho­lan­dii.

NAJ­WA­ŻNIEJ­SZE JED­NAK, ŻE BY­ŁEM WOL­NY, A NA KA­ŻDYM KRO­KU CZE­KA­ŁA NA MNIE PRZY­GO­DA.

Pew­ne­go wie­czo­ru, kie­dy pi­li­śmy i ga­da­li­śmy na chod­ni­ku przed na­szym ulu­bio­nym pun­ko­wym ba­rem, De Muur, po­czu­li­śmy, że coś się dzie­je po dru­giej stro­nie uli­cy, we Vran­krijk, jed­nym z naj­bar­dziej zna­nych squ­atów w Ho­lan­dii. Ar­mia skin­he­adów i fa­szy­stów zor­ga­ni­zo­wa­ła atak na bu­dy­nek i kie­dy ich gru­py ma­sze­ro­wa­ły wąską ulicz­ką, miesz­ka­ńcy Vran­krijk przy­go­to­wy­wa­li się do star­cia. Na bal­ko­nach roz­bły­sły ośle­pia­jące re­flek­to­ry, a w oknach po­ja­wi­ły się kra­ty. Pun­kow­cy wy­la­li się z bu­dyn­ku z pro­wi­zo­rycz­ną bro­nią i tar­cza­mi. Wy­bu­chły praw­dzi­we za­miesz­ki, do któ­rych szyb­ko do­łączy­li­śmy, ci­ska­jąc w fa­szy­stów ku­fla­mi z pi­wem. By­li­śmy jak ka­ta­pul­ty wy­rzu­ca­jące sło­do­we gra­na­ty. W ci­ągu kil­ku mi­nut in­tru­zi pod­da­li się i ucie­kli, a my ba­wi­li­śmy się da­lej, świ­ętu­jąc zwy­ci­ęstwo jak po­wra­ca­jący z woj­ny wi­kin­go­wie. To już nie był rock'n'roll. To była hi­sto­ria jak ze śre­dnio­wie­cza.

A prze­cież była to tyl­ko zwy­kła wtor­ko­wa noc.

Pod­ró­żo­wa­nie po Eu­ro­pie przez prze­pi­ęk­ne wiej­skie oko­li­ce sta­ło się jed­ną z mo­ich ulu­bio­nych roz­ry­wek, przy­jem­niej­szą niż mo­no­ton­na jaz­da nie­ko­ńczący­mi się ame­ry­ka­ński­mi au­to­stra­da­mi. Cze­ka­ły nas jed­nak pew­ne wy­zwa­nia. Prze­miesz­cza­jąc się z kra­ju do kra­ju, co ty­dzień lądo­wa­li­śmy w in­nej stre­fie języ­ko­wej, a ko­mu­ni­ko­wa­nie się z miej­sco­wy­mi spro­wa­dza­ło się do pry­mi­tyw­ne­go języ­ka mi­go­we­go, ocie­ra­jące­go się o gro­te­sko­wą pan­to­mi­mę. A mimo wszyst­ko uczy­łem się cze­goś o języ­kach i kul­tu­rach, któ­rych ni­g­dy nie po­zna­łbym w szko­le, a od­wie­dza­nie tych miejsc po­głębia­ło moje ro­zu­mie­nie świa­ta jako wspól­no­ty, któ­ra jest mniej­sza, niż wi­ęk­szo­ść lu­dzi so­bie wy­obra­ża. Za to prze­kra­cza­nie gra­nic... to do­pie­ro była przy­go­da... Wy­obra­źcie so­bie ra­do­ść cel­ni­ków na wi­dok pacz­ki mło­dych pun­ków w va­nie na ho­len­der­skich nu­me­rach (za­pa­la się duża czer­wo­na lamp­ka), wy­ła­do­wa­nym gi­ta­ra­mi i wzmac­nia­cza­mi (jesz­cze moc­niej świe­cąca czer­wo­na lamp­ka). To było wręcz zbyt ła­twe - usta­wia­li nas na chod­ni­ku jak wi­ęźniów i wy­wra­ca­li vana do góry no­ga­mi w po­szu­ki­wa­niu wszel­kie­go ro­dza­ju kon­tra­ban­dy (mu­szę wy­znać, że w ci­ągu tych kil­ku lat prze­ży­łem nie­ma­ło re­wi­zji oso­bi­stych). My jed­nak, pew­nie dla­te­go, że zbyt wie­le razy obej­rze­li­śmy Mid­ni­ght Express (z 1978 roku), wie­dzie­li­śmy, że przed prze­kro­cze­niem gra­ni­cy trze­ba wy­pa­lić całą ma­ri­hu­anę i ha­szysz, żeby nie mu­sieć do­ży­wać swo­ich dni w ciem­nych, wil­got­nych lo­chach. Ale i tak za­wsze znaj­do­wa­li­śmy spo­sób na prze­chy­trze­nie sys­te­mu. Upy­cha­li­śmy na przy­kład ko­szul­ki Scre­am (sprze­da­wa­nie ich na kon­cer­tach za­pew­nia­ło nam utrzy­ma­nie) w gło­śni­kach, żeby unik­nąć pła­ce­nia cła, albo cho­wa­li­śmy małe dzia­łki ha­szy­szu w dre­adach Ske­ete­ra, żeby mieć co pa­lić pod­czas wie­lo­go­dzin­nej jaz­dy z kon­cer­tu na kon­cert (nie ma nic lep­sze­go niż wi­dok na­sze­go ba­si­sty, któ­ry bawi się z psem do szu­ka­nia nar­ko­ty­ków na gra­ni­cy, kie­dy się wie, że w jego spląta­nej szo­pie jest pe­łno to­wa­ru), ro­bi­li­śmy, co się dało, żeby prze­trwać. A jed­nak kil­ka razy tyl­ko cu­dem uda­ło nam się unik­nąć po­wa­żnych kło­po­tów.

By­łem kie­dyś w Am­ster­da­mie ze swo­im wło­skim przy­ja­cie­lem Mar­kiem Pisą. Mar­co jest ta­tu­aży­stą, po­zna­łem go w Bo­lo­nii - ma­lo­wa­łem jego sa­lon w za­mian za pi­ęk­ny wzór na le­wym ra­mie­niu. Szli­śmy wąską ulicz­ką, kie­dy za­cze­pi­ło nas dwóch ćpu­nów. Chcie­li nam sprze­dać he­ro­inę. Ża­den z nas nie był fa­nem he­ro­iny (ani ćpu­nem), więc Mar­co grzecz­nie po­dzi­ęko­wał twar­dym: "Od­pier­dol­cie się!" - i po­szli­śmy da­lej. Fa­ce­ci na­ci­ska­li, szli tuż za nami, pu­ka­li nas w ple­cy. I wte­dy na­gle Mar­co wy­ci­ągnął nóż spręży­no­wy, otwo­rzył go szyb­ko jak nin­ja i po­wtó­rzył: "OD­PIER­DOL­CIE SIĘ!". Zszo­ko­wa­ny szy­ko­wa­łem się do ewa­ku­acji, ale kątem oka za­uwa­ży­łem, że je­den z ćpu­nów za­mie­rza wal­nąć mnie z ca­łej siły w gło­wę me­ta­lo­wą rur­ką zna­le­zio­ną na pla­cu bu­do­wy, któ­ry mi­ja­li­śmy. Mar­co i ja ru­szy­li­śmy bie­giem, ści­ga­ni przez sfo­rę wrzesz­czących zom­bie. Le­d­wo nam się uda­ło, a po­tem zje­dli­śmy przy­jem­ny taj­ski lunch nad ma­low­ni­czy­mi ka­na­ła­mi.

Pra­wie ka­żdy uzna­łby, że taki in­cy­dent to do­sta­tecz­ny po­wód, żeby się spa­ko­wać i le­cieć do domu, do cie­płe­go łó­żka, ale to wła­śnie ry­zy­ko trzy­ma­ło mnie w tra­sie. NOC­NA JAZ­DA PO­DEJ­RZA­NY­MI SA­MO­CHO­DA­MI Z WY­PO­ŻY­CZAL­NI W CZA­SIE SKAN­DY­NAW­SKIEJ BU­RZY O APO­KA­LIP­TYCZ­NEJ MOCY, PASZ­POR­TY SKRA­DZIO­NE Z PO­KO­JU, GDY ŚPISZ, WAL­KI NA PI­ĘŚCI Z DUP­KA­MI, KTÓ­RZY PRÓ­BO­WA­LI UKRA­ŚĆ Z VANA SPRZĘT ALBO RZE­CZY - KA­ŻDY DZIEŃ BYŁ CZY­STĄ KAR­TĄ CZE­KA­JĄCĄ, ŻEBY JĄ ZA­PI­SAĆ.

Na­wet gdy by­łem na dnie, nie­szczęśli­wy i głod­ny, ni­g­dy nie prze­szło mi przez myśl, że mó­głbym się pod­dać. Do cze­go mia­łbym wra­cać? Mia­łem bła­gać sze­fa skle­pu z me­bla­mi, żeby po­zwo­lił mi znów pra­co­wać po dzie­si­ęć go­dzin dzien­nie i ma­lo­wać roz­kła­da­ne sofy ja­skra­wy­mi tok­sycz­ny­mi la­kie­ra­mi 3M? Spędzić ży­cie na do­jaz­dach w go­dzi­nach szczy­tu, na li­cze­niu cen­trów han­dlo­wych i fast fo­odów na ka­żdym rogu? Wo­la­łem już le­żeć w ma­łym miesz­kan­ku w Hisz­pa­nii, z go­rącz­ką, drgaw­ka­mi, zla­ny po­tem i osła­bio­ny z po­wo­du gry­py, i słu­chać do­bie­ga­jące­go z dołu ja­zgo­tu bar­ce­lo­ńskiej uli­cy Las Ram­blas. Wo­la­łem spać na zim­nej sce­nie w szwedz­kim noc­nym klu­bie w Lin­köpin­gu, po kon­cer­cie, pod­czas któ­re­go ra­tow­ni­cy me­dycz­ni mu­sie­li re­ani­mo­wać ko­goś umie­ra­jące­go z po­wo­du przedaw­ko­wa­nia nar­ko­ty­ków. Wo­la­łem je­chać na kon­cert we wło­skim squ­acie i za­stać miesz­ka­ńców na pa­le­niu po­ście­li z po­wo­du wy­bu­chu epi­de­mii świerz­bu albo zo­stać ostrze­żo­nym, że­bym nie jadł ma­ka­ro­nu przy­go­to­wa­ne­go przez miej­sco­we­go pro­mo­to­ra, któ­ry pró­bo­wał nas otruć w od­we­cie za to, że ze­psu­li­śmy to­a­le­tę.

Wóz albo prze­wóz, jak to mó­wią.

Może to jed­nak nie­pew­no­ść ta­kie­go ży­cia skło­ni­ła Ske­ete­ra do ode­jścia po raz pierw­szy. Wio­sną 1990 roku, w tra­sie, któ­ra mia­ła się oka­zać moją ostat­nią eu­ro­pej­ską tra­są ze Scre­am, z ja­kie­goś po­wo­du nie mógł już wy­trzy­mać i po­le­ciał do domu, po­rzu­ca­jąc nas na in­nym kon­ty­nen­cie, kil­ka ty­si­ęcy ki­lo­me­trów od Sta­nów. Na szczęście na kil­ku kon­cer­tach za­stąpił go nasz do­bry zna­jo­my Guy Pin­has, więc mo­gli­śmy sko­ńczyć tra­sę i zo­sta­ło nam wy­star­cza­jąco dużo kasy na lot stand-by li­nia­mi El Al. Za­czy­na­łem jed­nak my­śleć, że Ske­eter nie jest od­da­ny ze­spo­ło­wi tak bar­dzo jak Pete, Franz i ja. My zro­bi­li­by­śmy wszyst­ko, żeby przeć do przo­du.

Choć ża­den z nas nie był nie­za­stąpio­ny, mi­ędzy na­szą czwór­ką da­wa­ło się wy­czuć nie­za­prze­czal­ną che­mię, a Ske­eter i ja mie­li­śmy swój nie­pod­ra­bial­ny gro­ove, coś, co wpo­ił mi pod­czas na­szych pierw­szych wspól­nych prób kil­ka lat wcze­śniej, coś, cze­go bar­dzo mi bra­ko­wa­ło, kie­dy gra­li­śmy z in­ny­mi ba­si­sta­mi. Kie­dy do­łączy­łem do Scre­am, by­łem jak dzi­kie źre­bię - gra­łem naj­szyb­ciej i naj­ci­ężej, jak po­tra­fi­łem, a na ko­ńcu ka­żdej fra­zy wrzu­ca­łem bez­sen­sow­ne prze­jścia na wer­blu, żeby zro­bić wra­że­nie. Któ­re­goś dnia Ske­eter ka­zał mi usi­ąść, skręcił gi­gan­tycz­ne­go jo­in­ta z opa­ko­wa­nia tam­po­nu, któ­re zna­la­zł w ła­zien­ce, i upa­lił mnie tak, że nie wie­dzia­łem, co się dzie­je.

- No do­bra. Te­raz za­gra­my je­den riff, w kó­łko ten sam riff, przez pół go­dzi­ny, a ty nie zro­bisz ani jed­ne­go prze­jścia na wer­blu - po­wie­dział.

Ła­twi­zna, po­my­śla­łem. Sia­dłem do bęb­nów, a on za­czął grać ca­łkiem gład­ką li­nię basu, tro­chę reg­gae, tro­chę Mo­town - i do­łączy­łem do nie­go pew­nie. Nie mi­nęło czter­dzie­ści pięć se­kund, a już po­czu­łem po­trze­bę za­gra­nia prze­jścia na wer­blu. Ale on po­trząsnął gło­wą, żeby mnie od tego od­wie­ść, więc ci­ągnąłem ten gro­ove. Mi­nu­tę pó­źniej znów po­czu­łem nie­od­par­tą po­trze­bę za­gra­nia sza­lo­ne­go prze­jścia na wer­blu. To było jak mu­zycz­na od­mia­na ze­spo­łu To­uret­te'a albo jak po­wstrzy­my­wa­nie się od kich­ni­ęcia, ale Ske­eter znów po­kręcił gło­wą. W grun­cie rze­czy uje­żdżał dzi­kie­go ko­nia, uczył mnie sza­cun­ku dla pro­sto­ty i siły pro­ste­go gro­ove'u, po­wstrzy­my­wa­nia się od pu­stych po­pi­sów. Po trzy­dzie­stu mi­nu­tach by­łem zu­pe­łnie in­nym per­ku­si­stą. Mo­żli­we, że była to naj­cen­niej­sza lek­cja mu­zy­ki w moim ży­ciu, i je­stem mu za nią do­zgon­nie wdzi­ęcz­ny.

Kil­ku ba­si­stów, któ­rzy gra­li pod jego nie­obec­no­ść na ko­lej­nych tra­sach, było świet­ny­mi mu­zy­ka­mi, ale gdy za­de­kla­ro­wał chęć po­wro­tu do ze­spo­łu, trud­no było mu od­mó­wić. Choć mar­twi­li­śmy się, że znów się ulot­ni. W tam­tej chwi­li przy­szło­ść ze­spo­łu ry­so­wa­ła się w ja­snych bar­wach - wła­śnie na­gra­li­śmy tro­chę no­wych utwo­rów, któ­re zwró­ci­ły uwa­gę zna­jo­me­go pun­kow­ca. Fa­cet był zwi­ąza­ny z biz­ne­sem mu­zycz­nym i za­pro­po­no­wał po­moc w szu­ka­niu wi­ęk­sze­go wy­daw­cy. Do­sta­li­śmy do pod­pi­sa­nia umo­wę, któ­ra da­wa­ła mu pra­wo do dys­po­no­wa­nia na­szym demo i szu­ka­nia naj­lep­szej ofer­ty. Był ko­le­gą ko­le­gi, cie­szył się sza­cun­kiem na sce­nie pun­ko­wej, uwa­ża­no go za ko­goś, na kim mo­żna po­le­gać. Po­my­śle­li­śmy, że to może być to. Może wresz­cie zna­le­źli­śmy dro­gę uciecz­ki z uli­czek pe­łnych ćpu­nów i squ­atów z sza­le­jącym świerz­bem, z miejsc, do któ­rych przez te lata przy­wy­kli­śmy. Mimo że ku­si­ło nas, żeby pod­pi­sać umo­wę od razu, po­sta­no­wi­li­śmy prze­my­śleć spra­wę, za­nim po­wie­rzy­my swo­je ży­cie ko­muś ob­ce­mu.

Do­pie­ro kil­ka mie­si­ęcy pó­źniej, pew­ne­go nie­zno­śnie upal­ne­go dnia w Spo­ka­ne, kie­dy utknęli­śmy na par­kin­gu przed re­stau­ra­cją Den­ny's, po tym, jak wie­le na­szych kon­cer­tów zo­sta­ło od­wo­ła­nych, wresz­cie wy­ci­ągnęli­śmy w va­nie kon­trakt i za­częli­śmy czy­tać. Czu­li­śmy, że nie mamy nic do stra­ce­nia. Bo w tam­tej chwi­li rze­czy­wi­ście nie mie­li­śmy. Kur­czy­ły nam się mo­żli­wo­ści i cho­ćby­śmy nie wia­do­mo jak się sta­ra­li, to wci­ąż było za mało. Bez kon­sul­ta­cji z praw­ni­kiem pod­pi­sa­li­śmy kon­trakt w ak­cie de­spe­ra­cji, na­iw­nie i nie­od­po­wie­dzial­nie. Ta na­iw­no­ść mia­ła mnie za rok dużo kosz­to­wać, gdy ten punk, na któ­rym po­noć mo­żna było po­le­gać, po­zwał mnie, dwu­dzie­sto­jed­no­let­nie­go dzie­cia­ka, za to, że do­łączy­łem do Ni­rva­ny. Twier­dził, że w za­sa­dzie na­le­żę do nie­go. Tak, pro­szę pa­ństwa, wy­gląda­ło moje pierw­sze spo­tka­nie z biz­ne­sem mu­zycz­nym.

Ale wte­dy przy­naj­mniej cze­ka­ła nas wy­pra­wa do Los An­ge­les.

Los An­ge­les było naj­ja­śniej­szym punk­tem ka­żdej tra­sy, nie tyl­ko z po­wo­du oczy­wi­stych uro­ków kil­ku dni w sto­li­cy la­kie­ru do wło­sów, ale też dla­te­go, że mie­li­śmy tam ro­dzi­nę: sio­strę Pete'a i Fran­za, Sa­bri­nę. Sa­bri­na była naj­za­baw­niej­szą, naj­bar­dziej pe­łną ży­cia, naj­pi­ęk­niej­szą ko­bie­tą, jaką mo­żna było spo­tkać. Pod ko­niec lat osiem­dzie­si­ątych sen­nym przed­mie­ściom Wir­gi­nii nada­ła szyk LA. Kie­dy od­wie­dza­li­śmy Los An­ge­les, za­wsze za­trzy­my­wa­li­śmy się u niej, a ona, jak sek­sow­na przy­zwo­it­ka z ej­ti­so­we­go te­le­dy­sku, po­ka­zy­wa­ła nam mia­sto, od ja­snych świa­teł Sun­set Strip do swo­je­go miej­sca pra­cy: klu­bu Hol­ly­wo­od Tro­pi­ca­na.

Sa­bri­na zaj­mo­wa­ła się za­pa­sa­mi w bło­cie.

Dla nie­obe­zna­nych z tym ra­czej ni­szo­wym spor­tem - rzecz po­le­ga na wal­ce dwóch osób w bło­cie, któ­re tak na­praw­dę chy­ba nie jest praw­dzi­wym bło­tem, tyl­ko czy­mś po­dob­nym do ser­pen­ty­ny w sprayu i ole­ju (mnie nie py­taj­cie, ni­g­dy nie mia­łem przy­jem­no­ści). Sport ten nie jest (jesz­cze) dys­cy­pli­ną olim­pij­ską, a za­sa­dy są ra­czej lu­źne - rzecz po­le­ga zwy­kle na tym, że dziew­czy­na w bi­ki­ni sta­je przed pi­ja­nym biz­nes­me­nem, któ­ry roz­trwo­nił wi­ęk­szo­ść pie­ni­ędzy prze­zna­czo­nych na roz­ryw­kę na to, żeby wy­so­ka su­per­mo­del­ka w od­bla­sko­wym ko­stiu­mie kąpie­lo­wym spu­ści­ła mu ło­mot. Dziew­czy­ny na­praw­dę tłu­ką tych go­ści tak, że trze­ba ich po­tem od­ho­lo­wy­wać. Trzy­ma­ją się za na­de­rwa­ne ge­ni­ta­lia i krzy­czą z bólu, pod­czas gdy tłum ry­czy jak Rzy­mia­nie w Ko­lo­seum. Mimo że dla Pete'a i Fran­za pa­trze­nie, jak ich młod­sza sio­stra wkra­cza z ob­cym fa­ce­tem na śli­ski ring pe­łen bło­ta, mu­sia­ło być trud­ne, cho­dzi­li­śmy tam na dar­mo­we drin­ki i umie­ra­li­śmy ze śmie­chu, kie­dy wy­no­szo­no ko­lej­nych po­ko­na­nych go­ści. A po bez­li­to­snej rze­zi wra­ca­li­śmy do bun­ga­lo­wu w Lau­rel Ca­ny­on, któ­ry Sa­bri­na dzie­li­ła z kil­ko­ma in­ny­mi za­pa­śnicz­ka­mi, i im­pre­zo­wa­li­śmy do rana. Nie ro­bi­li­śmy tego dla­te­go, że by­li­śmy cie­ka­wi mniej wy­ra­fi­no­wa­ne­go ży­cia.

Los An­ge­les mnie fa­scy­no­wa­ło. Nie­mal rów­nie moc­no jak wie­ki hi­sto­rii w Eu­ro­pie, ale ina­czej. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się tam tak... nie­wia­ry­god­ne. Cho­ciaż już Wa­szyng­ton mo­żna uznać za mia­sto zmien­ne, mia­sto, w któ­rym ra­dy­kal­ne trans­for­ma­cje dy­na­mi­ki spo­łecz­nej na­stępu­ją z ka­żdą ko­lej­ną ad­mi­ni­stra­cją, LA ewo­lu­uje do­słow­nie z mi­nu­ty na mi­nu­tę. Jak­by było naj­wi­ęk­szym dwor­cem au­to­bu­so­wym Grey­ho­un­da - lu­dzie po­ja­wia­ją się i zni­ka­ją jak w ob­ro­to­wych drzwiach. Wy­pa­tru­ją swo­jej szan­sy, często od­cho­dzą po­ko­na­ni, zo­sta­wia­jąc za sobą śmie­ci, w któ­rych bro­dzą ich na­stęp­cy w na­dziei, że to oni oka­żą się na­stęp­ny­mi gwiaz­da­mi. Wy­czu­wa się tam ja­kiś smu­tek, któ­ry pró­bu­je się ma­sko­wać nad­mier­nym fol­go­wa­niem so­bie, przez co po­ran­ne­go kaca tro­chę trud­niej za­pić. A nic nie otrze­źwia le­piej niż po­bud­ka na podło­dze w miesz­ka­niu za­pa­śnicz­ki, kie­dy mu­sisz się mo­dlić, żeby twój ko­le­ga z ze­spo­łu nie zo­sta­wił cię na lo­dzie. Zno­wu.

O osiem­na­stej wci­ąż nie było na­wet śla­du Ske­ete­ra, więc z ża­lem mu­sie­li­śmy od­wo­łać wie­czor­ny kon­cert. Za­częła do nas do­cie­rać praw­da. Nie ma Ske­ete­ra, nie ma gigu. Nie ma gigu, nie ma kasy. Nie ma kasy, nie ma żar­cia. A ko­niec tra­sy ozna­czał, że nie będzie­my mo­gli wró­cić do domu, więc za­cząłem już roz­wa­żać tę kosz­mar­ną mo­żli­wo­ść, że resz­tę ży­cia spędzę w głębo­kiej roz­pa­czy, w naj­bar­dziej olśnie­wa­jącym mie­ście świa­ta, bro­dząc w śmie­ciach jako jego naj­now­sza ofia­ra. Wy­do­by­wa­li­śmy się przez lata z naj­roz­ma­it­szych do­łów, ale ten zda­wał się wy­jąt­ko­wo głębo­ki.

Mi­ja­ły ko­lej­ne dni, a my ży­li­śmy jak bez­pa­ńskie zwie­rzęta dzi­ęki na­szym ta­pla­jącym się w bło­cie go­spo­dy­niom, któ­re co­dzien­nie wie­czo­rem przy­cho­dzi­ły i wy­sy­py­wa­ły z kie­sze­ni na dy­wan w sa­lo­nie ster­ty do­la­rów. Je­dli­śmy rzad­ko i wkrót­ce głód dał o so­bie znać. Nasz ro­adie, Ka­na­dyj­czyk Bar­ry, do­sta­wał bony żyw­no­ścio­we z opie­ki spo­łecz­nej i to po­mo­gło nam nie umrzeć z gło­du, ale wkrót­ce i bony się sko­ńczy­ły. Do dziś nie uży­wam wy­ra­że­nia twar­dy orzech do zgry­zie­nia, bo pa­mi­ętam, jak któ­re­goś dnia zna­la­złem w kuch­ni pusz­kę sta­rych orzesz­ków i ona ura­to­wa­ła mi ży­cie. Bez dwóch zdań było nam wte­dy ci­ężko, ale po wie­lu la­tach w tra­sie by­łem zde­ter­mi­no­wa­ny, mu­sia­łem prze­trwać za wszel­ką cenę, więc pró­bo­wa­łem nie tra­cić du­cha. Nie było ła­two.

Żeby do­ro­bić, za­cząłem pra­co­wać przy kła­dze­niu ka­fel­ków w ka­wiar­ni w Co­sta Mesa. Sta­wa­ło się ja­sne, że w naj­bli­ższej przy­szło­ści nie wró­ci­my do domu. Bar­ry w ko­ńcu wy­je­chał do Ka­na­dy, kie­dy zdał so­bie spra­wę, że utknęli­śmy w śle­pym za­ułku. Nie­trud­no go było zro­zu­mieć. Za­cząłem tra­cić na­dzie­ję i po­trze­bo­wa­łem cho­ćby chwi­lo­wej ulgi, oca­le­nia z tego to­nące­go stat­ku. Nasz sprzęt ku­rzył się na dole w ma­łym ga­ra­żu Sa­bri­ny, ale po ja­ki­mś ty­go­dniu za­uwa­ży­łem, że coś jesz­cze zbie­ra tam kurz: mo­to­cykl hon­da re­bel 250, rocz­nik 1985. Wy­gląda­ła jak za­baw­ko­wa wer­sja har­leya-da­vid­so­na i była cu­dow­ną ma­szyn­ką. Może i sta­ła w hie­rar­chii tyl­ko o sto­pień wy­żej od mo­to­ro­we­ru, ale świet­nie nada­wa­ła się do śmi­ga­nia po mie­ście. Jako że za­wsze ma­rzy­łem o po­sia­da­niu mo­to­cy­kla (to był do­słow­nie mój po­wra­ca­jący sen), po­bie­głem na górę, żeby za­py­tać, do kogo na­le­ży. Oka­za­ło się, że do jed­nej z za­pa­śni­czek, wspó­łlo­ka­to­rek Sa­bri­ny. Na moje py­ta­nie od­po­wie­dzia­ła:

- Pew­nie, bierz! Za­tan­kuj i jest twój!

TO BYŁA MOJA SZA­LU­PA RA­TUN­KO­WA.

Nie mia­łem pra­wa jaz­dy ani ka­sku (w tam­tych cza­sach i tak nie był wy­ma­ga­ny). Po­cze­ka­łem, aż zaj­dzie sło­ńce, za­tan­ko­wa­łem zbior­ni­czek do pe­łna i ru­szy­łem na wzgó­rza. Uni­ka­łem głów­nych ar­te­rii w oba­wie przed za­trzy­ma­niem i, no... dla­te­go, że nie po­tra­fi­łem je­ździć na pie­przo­nym mo­to­rze. Wszyst­kie pro­ble­my zo­sta­wi­łem za sobą na za­gra­co­nej podło­dze - po pro­stu je­ździ­łem bez celu po Lau­rel Ca­ny­on w oko­li­cy domu Sa­bri­ny, spędzi­łem też dłu­gie go­dzi­ny w wi­jącym się la­bi­ryn­cie uli­czek za­mo­żnych Hol­ly­wo­od Hills, pa­trząc w dół, na blask świa­teł mia­sta, i w górę, na nie­zli­czo­ne wspa­nia­łe domy wśród drzew. Ma­rzy­łem o tym, żeby któ­re­goś dnia sa­me­mu za­miesz­kać w ta­kim luk­su­sie. Za­pew­ne w ka­żdym z tych do­mów miesz­ka­ła gwiaz­da roc­ka albo gwiaz­da fil­mo­wa, pro­du­cent czy re­ży­ser, ktoś, kto podążył za ma­rze­nia­mi i mu się uda­ło, a ja za­sta­na­wia­łem się, ja­kie to uczu­cie osi­ągnąć suk­ces na taką ska­lę, ja­kie to uczu­cie żyć tak wy­god­nie i nie mar­twić się o to, co będzie na ko­la­cję. Prze­pa­ść mi­ędzy fan­ta­zją a rze­czy­wi­sto­ścią była tak wiel­ka, tak nie­wy­obra­żal­na, że na­wet nie było war­to się za­sta­na­wiać. Więc je­ździ­łem da­lej. To była moja uciecz­ka. Mój tym­cza­so­wy ra­tu­nek. To była sza­lu­pa ra­tun­ko­wa, któ­rą od­pły­nąłem od to­nące­go w od­da­li stat­ku. Kie­dy pędzi­łem przez noc, od­two­rzy­łem w gło­wie wszyst­kie kro­ki, któ­re do­pro­wa­dzi­ły mnie w to miej­sce, a jed­no­cze­śnie pró­bo­wa­łem za­pla­no­wać na­stęp­ne. Co noc po­wta­rza­łem ten ry­tu­ał, a po­tem bu­dzi­łem się rano w śpi­wo­rze na podło­dze, z po­wie­ka­mi spuch­ni­ęty­mi od ku­rzu z ka­nio­nu, i wra­ca­łem do rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej by­łem bez­dom­nym pu­pil­kiem za­pa­śnicz­ki.

I WTE­DY USŁY­SZA­ŁEM CZTE­RY SŁO­WA, KTÓ­RE NA ZA­WSZE ZMIE­NI­ŁY MOJE ŻY­CIE: "SŁY­SZA­ŁEŚ KIE­DYŚ O NI­RVA­NIE?".

Za­dzwo­nił do mnie daw­ny przy­ja­ciel, któ­ry do­ra­stał z chło­pa­ka­mi z Ni­rva­ny w ma­lut­kim mia­stecz­ku Aber­de­en w sta­nie Wa­szyng­ton, i po­wie­dział, że ze­spół szu­ka per­ku­si­sty, że kil­ka ty­go­dni wcze­śniej, pod­czas na­szej pe­cho­wej tra­sy, wi­dzie­li Scre­am na żywo. Po­dob­no byli pod wra­że­niem mo­jej gry. Do­sta­łem ich nu­me­ry. Pew­nie, że sły­sza­łem o Ni­rva­nie. Ich de­biu­tanc­ki al­bum Ble­ach stał się dla sce­ny un­der­gro­un­do­wej prze­ło­mo­wą pły­tą. W je­de­na­stu utwo­rach łączył me­tal, punk i be­atle­sow­skie me­lo­die, był ar­cy­dzie­łem, któ­re mia­ło od­mie­nić kra­jo­braz mu­zy­ki "al­ter­na­tyw­nej" (a do tego tak się zło­ży­ło, że jego na­gra­nie kosz­to­wa­ło sze­śćset sze­ść do­la­rów). Szyb­ko stał się jed­ną z mo­ich ulu­bio­nych płyt, a wy­ró­żniał się na tle ha­ła­śli­wych, ci­ężkich pun­ko­wych na­grań, po­nie­waż były na nim pio­senki. I ten głos... Nikt nie miał ta­kie­go gło­su.

Po kil­ku ko­lej­nych dniach fru­stra­cji i gło­do­wa­nia po­sta­no­wi­łem dać prze­zna­cze­niu szan­sę i za­dzwo­nić do ba­si­sty Ni­rva­ny, Kri­sta, żeby za­py­tać o fu­chę dla bęb­nia­rza. Nie zna­łem go, więc przed­sta­wi­łem się i wy­ja­śni­łem, że do­sta­łem jego nu­mer od wspól­ne­go zna­jo­me­go. Tro­chę po­ga­da­li­śmy, po czym Krist po­in­for­mo­wał mnie z ża­lem, że sta­no­wi­sko per­ku­si­sty za­jął już ich do­bry zna­jo­my Dan Pe­ters z Mu­dho­ney. Po­my­śla­łem, że to nie ko­niec świa­ta i że i tak war­to było spró­bo­wać. Zo­sta­wi­łem Kri­sto­wi swój nu­mer w Los An­ge­les i po­pro­si­łem, żeby się ode­zwał, je­śli Ni­rva­na będzie kie­dyś w LA, bo za­no­si­ło się na to, że Mia­sto Anio­łów nie­ste­ty zo­sta­nie moim do­mem na sta­łe.

Tego sa­me­go wie­czo­ru za­dzwo­nił te­le­fon. Dzwo­nił Krist. Chy­ba prze­my­ślał spra­wę.

- Le­piej po­ga­daj z Kur­tem - po­wie­dział.

Choć Dan­ny Pe­ters był świet­nym per­ku­si­stą, miał zu­pe­łnie inny styl niż ja. Grał w pod­sta­wo­wym sty­lu ty­po­wym dla lat sze­śćdzie­si­ątych. Moje pro­stac­kie ne­an­der­tal­skie bęb­nie­nie w sty­lu di­sco wy­da­wa­ło się le­piej pa­so­wać do kli­ma­tu Ni­rva­ny. A poza tym Krist i Kurt czu­li się win­ni, za­bie­ra­jąc per­ku­si­stę chło­pa­kom z Mu­dho­ney, jed­ne­go z ich ulu­bio­nych ze­spo­łów. Od razu za­dzwo­ni­łem do Kur­ta i tro­chę po­ga­da­li­śmy o mu­zy­ce. Od N.W.A do Ne­ila Youn­ga, od Black Flag do Be­atle­sów, od The Cramps do Cre­eden­ce Cle­ar­wa­ter Re­vi­val: od­kry­li­śmy, że dużo nas mu­zycz­nie łączy i że war­to zor­ga­ni­zo­wać prze­słu­cha­nie.

- Daj znać, je­śli będziesz mógł do nas przy­je­chać - za­pro­po­no­wał Kurt non­sza­lanc­ko tym swo­im cha­rak­te­ry­stycz­nym gło­sem, któ­ry dziś zna cały świat.

Po­że­gna­li­śmy się i mu­sia­łem pod­jąć naj­trud­niej­szą de­cy­zję w ży­ciu.

Od dnia, kie­dy do­łączy­łem do Scre­am, czu­łem się częścią ro­dzi­ny. Cho­ciaż by­łem dużo młod­szy od Pete'a, Fran­za i Ske­ete­ra, za­wsze trak­to­wa­li mnie jak rów­ne­go so­bie, szyb­ko się za­przy­ja­źni­li­śmy i spędza­li­śmy ra­zem pra­wie ka­żdy dzień, w tra­sie i poza nią. Spędzi­łem z nimi naj­wa­żniej­sze lata ży­cia, te, któ­re mnie ukszta­łto­wa­ły, od­kry­wa­jąc mu­zy­kę, świat, a w ko­ńcu i sie­bie, więc ode­jście i zo­sta­wie­nie ich na to­nącym stat­ku spra­wia­ło mi ból, ja­kie­go do­tąd nie czu­łem, wi­ęk­szy na­wet niż po­że­gna­nie z oj­cem, kie­dy się mnie wy­pa­rł, bo rzu­ci­łem szko­łę. Za­wsze trzy­ma­li­śmy się ra­zem, je­den za wszyst­kich, wszy­scy za jed­ne­go, wspól­nie po­ko­na­li­śmy tyle trud­no­ści. Ale tam­ten kry­zys miał w so­bie coś osta­tecz­ne­go, coś, co spra­wi­ło, że za­cząłem się za­sta­na­wiać nad swo­ją przy­szło­ścią. Więc jak za­wsze, kie­dy roz­my­śla­łem o tym, co ro­bić da­lej, i po­trze­bo­wa­łem gło­su roz­sąd­ku albo mądrej rady, za­dzwo­ni­łem do je­dy­nej oso­by, któ­ra ni­g­dy nie po­pro­wa­dzi­ła mnie w złą stro­nę...

Do mat­ki.

Za­dzwo­ni­łem na jej koszt z bud­ki na par­kin­gu przed skle­pem pły­to­wym w Oran­ge Co­un­ty i ze łza­mi w oczach wy­ja­śni­łem, jaki mam dy­le­mat, a ona zro­zu­mia­ła do­sko­na­le, bo w głębi du­szy ży­wi­ła do Pete'a i Fran­za ta­kie uczu­cia jak ja. Wszy­scy sta­li­śmy się z cza­sem ro­dzi­ną, moja mat­ka uwa­ża­ła chło­pa­ków za ko­goś wi­ęcej niż mo­ich ko­le­gów z ze­spo­łu: byli mo­imi bra­ćmi. Ni­g­dy nie za­pom­nę rady, któ­ra po­pchnęła moje ży­cie w stro­nę prze­zna­cze­nia.

- Da­vid... wiem, że ko­chasz swo­ich przy­ja­ciół, ale cza­sa­mi mu­sisz sta­wiać swo­je po­trze­by przed po­trze­ba­mi in­nych. Mu­sisz za­trosz­czyć się o sie­bie.

Za­sko­czy­ły mnie te sło­wa w ustach ko­bie­ty, któ­rej całe ży­cie było ich do­kład­nym prze­ci­wie­ństwem, ale po­nie­waż była naj­mądrzej­szą oso­bą, jaką zna­łem, odło­ży­łem słu­chaw­kę z po­sta­no­wie­niem, że pój­dę za jej radą, bez względu na kon­se­kwen­cje.

Spa­ko­wa­łem wo­rek, śpi­wór i ze­staw per­ku­syj­ny do du­że­go kar­to­nu i ru­szy­łem do Se­at­tle, mia­sta, któ­re od­wie­dzi­łem tyl­ko raz i w któ­rym nie zna­łem wła­ści­wie ni­ko­go. Zo­sta­wia­łem za sobą do­tych­cza­so­we ży­cie, żeby za­cząć nowe. Mia­łem po­czu­cie stra­ty, ja­kie­go wcze­śniej nie do­świad­czy­łem. Tęsk­ni­łem za do­mem. Tęsk­ni­łem za przy­ja­ció­łmi. Tęsk­ni­łem za ro­dzi­ną. By­łem na­praw­dę sam, z po­wro­tem w punk­cie wy­jścia, za­czy­na­łem od po­cząt­ku. I wci­ąż by­łem głod­ny. Ale by­łem też kimś, kto nie lu­bił ja­ło­we­go wy­si­łku, chcia­łem iść da­lej. W ko­ńcu by­łem też ci­ągle wol­ny, a na ka­żdym kro­ku cze­ka­ła przy­go­da.

Do dziś pra­wie co­dzien­nie prze­je­żdżam obok tego domu, tego to­nące­go stat­ku w Lau­rel Ca­ny­on. Z bie­giem lat po­pa­dł w ru­inę, zni­ka­jąc pod na­po­rem cza­su, ale wspo­mnie­nia i lek­cje, któ­re wte­dy do­sta­łem, wci­ąż są żywe i dziś bio­rę wła­sną sza­lu­pę ra­tun­ko­wą na noc­ną prze­ja­żdżkę, kie­dy chcę od­two­rzyć w gło­wie wszyst­kie kro­ki, któ­re do­pro­wa­dzi­ły mnie w to miej­sce, i za­pla­no­wać na­stęp­ne.

BO WCI­ĄŻ KA­ŻDY DZIEŃ JEST CZY­STĄ KAR­TĄ CZE­KA­JĄCĄ, ŻEBY JĄ ZA­PI­SAĆ.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki
.

To­ron­to, Ka­na­da. 22 czerw­ca 1990 roku. Sło­necz­ne po­po­łud­nie. Scre­am wy­ru­szył wła­śnie w ko­lej­ną tra­sę po Ame­ry­ce Pó­łnoc­nej swo­im nie­za­wod­nym (choć cuch­nącym) va­nem. Za­częli­śmy od sko­ku przez gra­ni­cę i kil­ku kon­cer­tów w mo­ich uko­cha­nych mia­stach, Mont­re­alu i To­ron­to. Przez lata ze­spół zdo­był w Ka­na­dzie nie­wiel­ką, ale od­da­ną gru­pę fa­nów i za­przy­ja­źnił się z nie­sa­mo­wi­ty­mi lu­dźmi, któ­rzy chęt­nie go­ści­li nas na swo­ich post­in­du­strial­nych stry­chach i w miesz­ka­niach przy oka­zji na­szych wi­zyt (w wa­run­kach o wie­le lep­szych niż te, do któ­rych by­li­śmy wte­dy przy­zwy­cza­je­ni). Uwiel­biam je­ździć do Ka­na­dy od cza­sów pierw­szej tra­sy, kie­dy mia­łem osiem­na­ście lat. Zio­ło było do­bre, dziew­czy­ny uro­cze, a kon­cer­ty za­wsze dzi­kie. I za­zwy­czaj przy­ci­ąga­ły tylu pła­cących wi­dzów, że mo­gli­śmy bez wi­ęk­szych pro­ble­mów do­je­chać na ko­lej­ny gig. Tak na­praw­dę jed­nak war­to było się tam tłuc przede wszyst­kim dla im­prez z prze­za­baw­ny­mi Ka­na­dyj­czy­ka­mi. Po­wiedz­my so­bie wprost - Ka­na­dyj­czy­cy są za­je­bi­ści. Wy­lu­zo­wa­ni, szcze­rzy i cho­ler­nie za­baw­ni. Niech mi ktoś udo­wod­ni, że da się w ka­na­dyj­skim mie­ście prze­jść jed­ną uli­cę i z ni­kim się nie za­kum­plo­wać. Na­sza roz­sze­rzo­na ro­dzi­na dzi­wa­ków i świ­rów za ka­żdym ra­zem wi­ta­ła nas z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi i za­wsze za­pew­nia­ła świet­ną za­ba­wę - gru­bo po pó­łno­cy szwen­da­li­śmy się po pi­ja­ku po uli­cach Mont­re­alu w po­szu­ki­wa­niu ka­na­pek z wędzo­nym mi­ęsem i po­uti­ne[13] albo upa­la­li­śmy się i aż do świ­tu ogląda­li­śmy Ni­ght Ride. (Ni­ght Ride to do dziś je­den z mo­ich ulu­bio­nych pro­gra­mów te­le­wi­zyj­nych - spro­wa­dzał się do tego, że ogląda­ło się ob­raz z ka­me­ry usta­wio­nej na de­sce roz­dziel­czej sa­mo­cho­du, któ­ry przez go­dzi­nę je­ździ po mie­ście, a so­und­trac­kiem jest jaz­zo­wy mo­tyw gra­ny na skrzy­dłów­ce. Pro­gram na­le­żał do ga­tun­ku o prze­za­baw­nej na­zwie "po­wol­na te­le­wi­zja" i kie­dy czło­wiek coś wy­pił i wy­pa­lił, ogląda­nie prze­ra­dza­ło się w sur­re­ali­stycz­ną, ab­sur­dal­ną me­dy­ta­cję. Ni­ght Ride jest po­pu­lar­ny wśród wi­ęźniów... tak przy­naj­mniej sły­sza­łem).

Spo­śród wszyst­kich miej­scó­wek w To­ron­to naj­faj­niej­szy był klub The Ri­vo­li na Qu­een Stre­et West. Sły­nął z kon­cer­tów naj­cie­kaw­szych un­der­gro­un­do­wych ka­pel i mie­ścił dwie­ście pi­ęćdzie­si­ąt osób, więc może nie prze­bi­jał Roy­al Al­bert Hall, ale był w sam raz dla ze­spo­łów ta­kich jak nasz, no i nie było wąt­pli­wo­ści, że kie­dy przyj­dzie czas, za­ata­ku­je­my trzy­cy­fro­wą licz­bą de­cy­be­li i roz­nie­sie­my to miej­sce w pył. No­si­li­śmy i usta­wia­li­śmy sprzęt na ma­lut­kiej sce­nie, żeby zro­bić pró­bę dźwi­ęku - było jesz­cze wcze­śnie - kie­dy za­uwa­ży­łem, że bar­man roz­wie­sza na lep­kich, po­pla­mio­nych pa­pie­ro­so­wym dy­mem ścia­nach pla­ka­ty re­kla­mu­jące nowy al­bum Iggy'ego Popa Brick by Brick. Dziw­ne, po­my­śla­łem, ale sko­ro nie mia­ło to nic wspól­ne­go z na­szym kon­cer­tem, podłączy­li­śmy in­stru­men­ty, roz­kręci­li­śmy wzmac­nia­cze i za­częli­śmy grzać wy­so­ko­ok­ta­no­we­go punk rock'n'rol­la, usta­wia­jąc na­gło­śnie­nie i od­słu­chy przed wy­stępem. Na­sza eki­pa skła­da­ła się wte­dy z jed­ne­go ro­adie, Bar­ry'ego Tho­ma­sa (Ka­na­dyj­czy­ka do szpi­ku ko­ści), więc roz­sta­wia­nie sprzętu spa­da­ło na ze­spół. Żad­ne­go dźwi­ękow­ca, żad­ne­go oświe­tle­niow­ca, tyl­ko na­sza czwór­ka i Bar­ry. Za­zwy­czaj pró­ba dźwi­ęku w klu­bie od­by­wa­ła się pó­źnym po­po­łud­niem, tuż przed otwar­ciem drzwi, a kon­cer­ty za­czy­na­ły się pó­źnym wie­czo­rem. Z ja­kie­goś po­wo­du tym ra­zem po­pro­si­li nas o przy­jście dużo wcze­śniej, w po­łud­nie, choć gra­li­śmy do­pie­ro o dwu­dzie­stej pierw­szej. Tro­chę nie­ty­po­wo, ale zgo­dzi­li­śmy się skwa­pli­wie. Kie­dy stro­iłem bęb­ny, na ścia­nach po­ja­wia­ły się ko­lej­ne pla­ka­ty Iggy'ego, więc za­cząłem po­dej­rze­wać, że coś się świ­ęci. Prze­rwa­łem stro­je­nie i za­py­ta­łem bar­ma­na:

- Hej, o co cho­dzi z tymi pla­ka­ta­mi?

- Iggy ma przed wa­szym kon­cer­tem im­pre­zę z oka­zji pre­mie­ry pły­ty - od­po­wie­dział non­sza­lanc­ko. - Będzie też grał.

Prak­tycz­nie eks­plo­do­wał mi łeb. To było cu­dow­ne mu­zycz­ne zrządze­nie losu! To się na­zy­wa zna­le­źć się we wła­ści­wym miej­scu we wła­ści­wym cza­sie! Za chwi­lę mia­łem się zna­le­źć w tej sa­mej za­pusz­czo­nej sali co oj­ciec chrzest­ny pun­ka, PIE­PRZO­NY IGGY POP! Ten fa­cet, ar­ty­sta zna­ny wcze­śniej jako Ja­mes Ne­well Oster­berg Jr., jest jed­no­cze­śnie Ada­mem i Ewą tego, co dziś na­zy­wa­my punk roc­kiem - i już nie­dłu­go miał zmie­nić ten nie­wiel­ki bar w dźwi­ęko­wy raj­ski ogród! Ter­min "żywa le­gen­da" na­wet w nie­wiel­kim stop­niu nie opi­su­je jego roli i zna­cze­nia. Temu fa­ce­to­wi przy­pi­su­je się wy­na­le­zie­nie pie­przo­ne­go sta­ge di­vin­gu. Niech ktoś spró­bu­je to prze­bić!

- Ale wy mu­si­cie się zmy­wać po so­und­chec­ku. To im­pre­za tyl­ko dla lu­dzi z wy­twór­ni pły­to­wej.

W jed­nej chwi­li ma­rze­nia o spo­tka­niu z mu­zycz­ną enig­mą le­gły w gru­zach. Pro­si­łem. Bła­ga­łem. Wstrzy­my­wa­łem po­tok łez god­ny ty­si­ąca fa­nów The Cure i go­rącz­ko­wo szu­ka­łem wy­mów­ki, któ­ra prze­ko­na­ła­by fa­ce­ta, że mu­si­my zo­stać.

- A co... a co... z na­szym sprzętem? Mu­si­my tu być i pil­no­wać, żeby nikt ni­cze­go nie ukra­dł! - wy­pa­li­łem z na­dzie­ją, że ko­leś po­łk­nie ha­czyk i po­zwo­li nam we­jść.

- Sprzęto­wi nic się nie sta­nie - po­wie­dział. - To tyl­ko parę osób z wy­twór­ni.

To­tal­nie roz­cza­ro­wa­ni sko­ńczy­li­śmy pró­bę i wy­co­fa­li­śmy się li­zać rany w za­rdze­wia­łej pusz­ce, prze­kli­na­jąc za­mkni­ęte pre­mie­ry du­żych wy­twór­ni. Nie po­zwo­lo­no nam prze­żyć cze­goś, co tra­fia się w ży­ciu raz. Po­czu­cie od­rzu­ce­nia było po­rów­ny­wal­ne chy­ba tyl­ko z tym, co prze­ży­wa­łem, gdy dziew­czy­na rzu­ci­ła mnie pod­czas balu na ko­niec roku (któ­ry od­by­wał się na stat­ku, więc utknąłem w na­sto­let­nim czy­śćcu aż do po­wro­tu do por­tu wie­le go­dzin pó­źniej). Gdy­by w 1990 roku ist­niał ter­min FOMO, świet­nie by pa­so­wał do tej sy­tu­acji. Mie­li­śmy do wy­bo­ru tyl­ko dwie mo­żli­wo­ści: po­cho­dzić po mie­ście w po­szu­ki­wa­niu baru albo prze­sie­dzieć dzie­wi­ęć go­dzin w va­nie, je­dząc piz­zę i słu­cha­jąc ra­dia. By­łem lek­ko wczo­raj­szy, więc wy­bra­łem wa­riant B.

Chwi­lę pó­źniej, kie­dy chil­lo­wa­li­śmy w va­nie, pod­je­cha­ła dłu­ga czar­na li­mu­zy­na. Pod­je­cha­ła ukrad­kiem, sta­nęła w bocz­nej ulicz­ce, jak­by to była ja­kaś rock'n'rol­lo­wa taj­na ope­ra­cja. Otwo­rzył się ba­ga­żnik. W tej sa­mej chwi­li otwo­rzy­ły się drzwi klu­bu i sta­nął w nich ochro­niarz. Cze­kał na dro­go­cen­ny ła­du­nek. Wszyst­kie ru­chy były zsyn­chro­ni­zo­wa­ne i do­pra­co­wa­ne w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, jak gdy­by cho­dzi­ło o przy­su­ni­ęcie krze­sła pre­zy­den­to­wi sia­da­jące­mu do sto­łu. Z eks­cy­ta­cją wy­ci­ąga­li­śmy szy­je ze swo­je­go wy­god­ne­go przy­tu­łku na kó­łkach, żeby doj­rzeć ido­la we wła­snej oso­bie. I wte­dy, jak anioł w wi­zji Da­nie­la - po­ja­wił się. Li­mu­zy­na par­ko­wa­ła bli­sko na­sze­go vana. Iggy wy­sia­dł: całe sto sie­dem­dzie­si­ąt cen­ty­me­trów roc­ko­wej ary­sto­kra­cji, w sta­rych je­an­sach i T-shir­cie. Pod­sze­dł do ba­ga­żni­ka, zła­pał fu­te­rał z gi­ta­rą i prze­mknął do środ­ka. JAK DO­TĄD TO BYŁO MOJE NAJ­BLI­ŻSZE SPO­TKA­NIE Z PRAW­DZI­WĄ GWIAZ­DĄ ROC­KA. Po la­tach stu­dio­wa­nia jego twór­czo­ści jego pi­ęk­ny, za­wa­diac­ki ima­ge mia­łem wy­pa­lo­ny w mó­zgu, ale to nie była dwu­wy­mia­ro­wa okład­ka pły­ty czy pla­kat. To było żywe wcie­le­nie za­je­bi­sto­ści, we wła­snej oso­bie. I tak po pro­stu po chwi­li drzwi na back­sta­ge za­mknęły się za nim.

Już nie­raz jak na­tchnio­ny roz­pły­wa­łem się w za­chwy­cie nad dresz­czem emo­cji, któ­ry za­pew­nia in­te­rak­cja z lu­dźmi, i nad tym, jak wa­żne jest to w kon­te­kście mu­zy­ki na żywo, po­nie­waż kon­cert prze­no­si nas z pła­skie­go, wir­tu­al­ne­go do­świad­cze­nia od­bio­ru mu­zy­ki z na­grań do do­świad­cze­nia trój­wy­mia­ro­we­go, na­ma­cal­ne­go, daje po­czu­cie, że ży­cie jest praw­dzi­we i że nie je­ste­śmy sami. Na­wet przy­pad­ko­we spo­tka­nie z czło­wie­kiem, któ­re­go mu­zy­ki słu­cha­ło się, do­ra­sta­jąc - bez ko­ńca ga­pi­łem się na okład­ki jego płyt, uczy­łem się grać na per­ku­sji, ana­li­zu­jąc jego po­szar­pa­ne, ple­mien­ne ryt­my - wy­star­czy, żeby zo­ba­czyć wszyst­ko w trzech wy­mia­rach. Wła­śnie to wte­dy prze­ży­łem. Na­gro­dą za wia­rę w mu­zy­kę była ta chwi­la, gdy mo­głem zo­ba­czyć, jak Iggy wy­sia­da z sa­mo­cho­du i zni­ka w ciem­nych drzwiach, któ­ry­mi sam nie­daw­no wy­sze­dłem. Mój świat stał się tro­chę po­god­niej­szy. No i tyle.

Tro­chę pó­źniej usły­sza­łem pu­ka­nie w okno.

- Któ­ry z was to per­ku­si­sta?

Trzy­dzie­ści trzy lata w tra­sie na­uczy­ły mnie, że po ta­kim py­ta­niu ni­g­dy nie na­stępu­je nic do­bre­go. Nie­rzad­ko za­raz po nim masz do czy­nie­nia z kaj­dan­ka­mi, we­zwa­niem do sądu albo szyb­kim cio­sem w szczękę. Nie to py­ta­nie chcesz usły­szeć, kie­dy sto­isz w za­śmie­co­nej ulicz­ce w ob­cym kra­ju, ty­si­ąc trzy­sta ki­lo­me­trów od domu. Pod­nio­słem gło­wę z prze­po­co­ne­go śpi­wo­ra z tyłu vana, źre­ni­ce roz­sze­rzy­ły mi się ze stra­chu. Cze­ka­łem na ostrą re­pry­men­dę za bóg wie ja­kie prze­wi­nie­nia, któ­re do­pro­wa­dzi­ły do trwa­jące­go wła­śnie prze­słu­cha­nia. W ci­ężkim szo­ku i pa­ni­ce za­cząłem prze­glądać w my­ślach li­stę strasz­nych wy­stęp­ków, któ­re mo­gły spro­wa­dzić na mnie ten ża­ło­sny los. Czy po pró­bie zo­sta­wi­łem na po­de­ście za­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa, za­pró­szy­łem ogień i wy­bu­chł pie­kiel­ny po­żar, któ­ry stra­wił cały klub z Ig­gym Po­pem w środ­ku? A może w wy­wia­dzie dla ja­kie­goś fan­zi­ne'u zro­bi­łem aro­ganc­ką uwa­gę na te­mat miej­sco­wej ka­pe­li, co roz­sier­dzi­ło jed­ne­go z jej człon­ków? A może to ja­kiś mści­wy były chło­pak dy­szący żądzą ze­msty, od­kąd dziew­czy­na zo­sta­wi­ła go dla mnie? (Naj­mniej praw­do­po­dob­ny sce­na­riusz. Miesz­ka­łem w pie­przo­nym va­nie, na mi­ło­ść bo­ską). Nie­śmia­ło pod­nio­słem drżącą dłoń i za­skam­la­łem ci­cho:

- Mmm... to ja...

- CHCESZ ZA­GRAĆ NA BĘB­NACH Z IG­GYM PO­PEM?

By­cie we wła­ści­wym miej­scu we wła­ści­wym cza­sie na­bra­ło zu­pe­łnie nie­ziem­skie­go wy­mia­ru.

By­łem tak zdez­o­rien­to­wa­ny tą nie­praw­do­po­dob­ną pro­po­zy­cją, że na chwi­lę się za­wie­si­łem. Jak wi­ęk­szo­ść mu­zy­ków fan­ta­zjo­wa­łem o tym, że pew­ne­go dnia mój ulu­bio­ny ze­spół za­pro­si mnie na sce­nę, że­bym za­stąpił ich per­ku­si­stę, któ­ry z ta­kich czy in­nych po­wo­dów nie może za­grać. Fan­ta­zjo­wa­łem tak o Scre­am, za­nim do­łączy­łem do ze­spo­łu. A te­raz to się dzia­ło na­praw­dę. Na­uczy­łem się grać na per­ku­sji, słu­cha­jąc płyt ulu­bio­nych wy­ko­naw­ców, więc po­tra­fi­łem od­two­rzyć ich al­bu­my nuta w nutę, w tym na­gra­nia Iggy'ego i The Sto­oges. Ta pro­po­zy­cja była po pro­stu spe­łnie­niem ma­rzeń. Ulży­ło mi, już nie mia­łem ser­ca w gar­dle i wy­ska­ku­jąc z pro­wi­zo­rycz­ne­go po­sła­nia, krzyk­nąłem:

- JA PIER­DO­LĘ, JA­SNE, ŻE TAK!

Gra­mo­li­łem się do wy­jścia, a ko­le­dzy z ze­spo­łu ga­pi­li się ze szczęka­mi na podło­dze. Bocz­ny­mi drzwia­mi wy­pa­dłem na uli­cę i z na­ra­sta­jącą eks­cy­ta­cją po­pędzi­łem co sił na back­sta­ge.

Już w środ­ku usły­sza­łem, jak ktoś bru­tal­nie trak­tu­je prze­ste­ro­wa­ną gi­ta­rę. Sprzęże­nia roz­brzmie­wa­ły z ogłu­sza­jącą mocą. Wy­sze­dłem zza rogu i zo­ba­czy­łem Iggy'ego - z gi­ta­rą w rękach stał na­prze­ciw ścia­ny mar­shal­li gó­ru­jącej nad nim jak mo­no­lit w fil­mie 2001. Ody­se­ja ko­smicz­na. Grał dy­so­nan­so­we, dźwi­ęczące akor­dy w wy­so­kich po­zy­cjach i kręcił ga­łka­mi w po­szu­ki­wa­niu swo­je­go tonu. Pierw­sze wra­że­nie? No­sił oku­la­ry. I to nie ja­kieś cool oku­la­ry pie­przo­nej gwiaz­dy roc­ka. Nie, my­ślę, że to były zwy­czaj­ne oku­la­ry do czy­ta­nia. Bogu dzi­ęki za to, po­my­śla­łem, bo od razu ze­szło ze mnie tro­chę na­pi­ęcia, któ­re za­cząłem od­czu­wać, kie­dy zbli­ża­łem się do sce­ny. Za­nim zdąży­łem się przed­sta­wić, fa­cet, któ­ry wy­rwał mnie ze śpi­wo­ra, krzyk­nął:

- Hej, to ten dzie­ciak. Per­ku­si­sta ze­spo­łu, któ­ry tu dziś gra.

Iggy od­wró­cił się z wy­ci­ągni­ętą ręką i po­wie­dział:

- Cze­ść, je­stem Jim.

Ner­wo­wo uści­snąłem mu dłoń, tę samą dłoń, któ­ra na­pi­sa­ła kla­sy­ki ta­kie jak Lust for Life, No Fun, Se­arch and De­stroy, I Wan­na Be Your Dog i wie­le in­nych.

- Cze­ść, je­stem Dave - po­wie­dzia­łem, jak dzie­ciak, któ­ry pierw­sze­go dnia szko­ły po­zna­je swo­je­go na­uczy­cie­la.

- Znasz moją mu­zy­kę? - za­py­tał z tym swo­im cha­rak­te­ry­stycz­nym ak­cen­tem ze Środ­ko­we­go Za­cho­du.

No i tak - od dziec­ka sły­sza­łem, że nie ma cze­goś ta­kie­go jak głu­pie py­ta­nie. Ale w tam­tej chwi­li nie mo­głem so­bie da­ro­wać uśmie­chu w sty­lu: co to za py­ta­nie?! Żeby nie wia­do­mo ja­kie­go skrom­ni­sia zgry­wał Iggy.

- Tak. Znam two­ją mu­zy­kę - od­po­wie­dzia­łem.

- Chcesz po­grać? - wy­pu­ścił dru­gi cios.

- TAK - od­pa­rłem oczy­wi­ście.

Do­czo­łga­łem się do sto­łka. Pie­przo­ny Iggy Pop sta­nął parę cen­ty­me­trów od żó­łte­go ze­sta­wu per­ku­syj­ne­go Tama, któ­ry ku­pi­łem za pie­ni­ądze za­ro­bio­ne na ma­lo­wa­niu do­mów i ko­sze­niu traw­ni­ków, i za­częli­śmy grać. Już po chwi­li roz­brzmiał za­pętlo­ny riff 1969. Włączy­łem się, do­kład­nie od­twa­rza­jąc na tom-to­mie świet­nie zna­ny z pły­ty mo­tyw. Tyl­ko gi­ta­ra i per­ku­sja, na­sza mi­ni­ma­li­stycz­na wer­sja była su­row­sza niż ta kla­sycz­na, z al­bu­mu (zzie­le­niej­cie z za­zdro­ści, The Whi­te Stri­pes). Po­tem dia­bel­skie I Wan­na Be Your Dog, chy­ba mój ulu­bio­ny ka­wa­łek z de­biu­tu The Sto­oges z 1969 roku. A po­tem Iggy rzu­cił mi pod­kręco­ną pi­łecz­kę: za­czął grać pio­sen­kę z no­wej pły­ty (któ­rej jesz­cze nie zna­łem), ka­wa­łek za­ty­tu­ło­wa­ny I Won't Crap Out. Z pa­sją ko­goś, kto wy­stępu­je na wy­prze­da­nym sta­dio­nie, za­śpie­wał:

I'm stan­din' in a sha­dow, ha­ting the world

I keep a wall aro­und me, block out the herd

It's a ne­rve-wreck pla­ce to be, it kills real qu­ick

You got­ta scra­pe the con­cre­te off your dick...

Po­nie­waż nie zna­łem ka­wa­łka, podąża­łem za nim naj­le­piej, jak umia­łem, za­sta­na­wia­jąc się, po cho­le­rę za­da­je so­bie trud na­ucze­nia mnie cze­goś no­we­go, sko­ro i tak nikt nas nie usły­szy. Może czuł się sa­mot­ny i chciał z kimś po­grać? A może wspa­nia­ło­my­śl­nie po­sta­no­wił spe­łnić ma­rze­nie ob­ce­go dzie­cia­ka i za­pro­sił go do wspól­ne­go gra­nia, żeby tam­ten miał o czym opo­wia­dać do ko­ńca ży­cia? Choć brzmi to dziw­nie, sku­pi­łem się na jego pra­wej ręce, zna­la­złem rytm i gra­łem, jak­by­śmy na­praw­dę wy­stępo­wa­li na wy­prze­da­nym sta­dio­nie. Sko­ńczy­li­śmy uni­so­no z trium­fal­nym ude­rze­niem w crash.

- Świet­nie - po­wie­dział, kie­dy sko­ńczy­li­śmy. - Gra­my o szó­stej.

Za­raz, co? My? Te ka­wa­łki? Dzi­siaj? Nie tego się spo­dzie­wa­łem. Na­wet przez chwi­lę nie my­śla­łem, że będzie chciał za­grać te pio­sen­ki ze mną pu­blicz­nie. Sądzi­łem, że to było spon­ta­nicz­ne jam ses­sion, coś dla za­bi­cia cza­su. Gra­łem tak ty­si­ące razy z ko­le­ga­mi, w piw­ni­cach i za­ku­rzo­nych ga­ra­żach wy­pcha­nych ka­ni­stra­mi z ben­zy­ną i na­rzędzia­mi ogrod­ni­czy­mi. Nie wie­dzia­łem, że to pie­przo­ne prze­słu­cha­nie! Szczęka mi opa­dła i pa­trząc na nie­go pe­łnym nie­do­wie­rza­nia wzro­kiem, za­py­ta­łem:

- Chcesz to zro­bić dzi­siaj?

Iggy uśmiech­nął się i od­po­wie­dział:

- Ja­sne, czło­wie­ku!

- A czy... nie po­trze­bu­je­my ba­si­sty? - za­py­ta­łem.

Wy­glądał na za­sko­czo­ne­go.

- A masz ja­kie­goś? - za­py­tał.

Jak sza­lo­ny po­bie­głem do vana, żeby zgar­nąć na­sze­go ba­si­stę, Ske­ete­ra. Chcia­łem jak naj­szyb­ciej po­dzie­lić się tym nie­sa­mo­wi­tym do­świad­cze­niem z ko­le­gą z ze­spo­łu, bo wie­dzia­łem, że do­ce­ni je tak jak ja. Ske­eter też był wiel­kim fa­nem Iggy'ego i The Sto­oges (był rów­nież fe­no­me­nal­nym ba­si­stą z fe­elin­giem i do­sko­na­łym po­czu­ciem ryt­mu). Szyb­ko zro­bi­li­śmy pró­bę i by­li­śmy go­to­wi na wie­czór. Ofi­cjal­nie zo­sta­li­śmy sek­cją ryt­micz­ną Iggy'ego Popa, przy­naj­mniej na je­den wie­czór w To­ron­to.

Cze­ka­jąc, aż sala za­pe­łni się lu­dźmi z wy­twór­ni, sta­li­śmy z Ig­gym w mi­kro­sko­pij­nej gar­de­ro­bie za sce­ną, pa­ląc pa­pie­ro­sy i słu­cha­jąc opo­wie­ści o jego nie­sa­mo­wi­tej ka­rie­rze. TEN SZA­LE­NIEC, UWIEL­BIA­NY ZA WY­STĘPY, POD­CZAS KTÓ­RYCH SMA­RO­WAŁ SIĘ MA­SŁEM ORZE­CHO­WYM, CIĄŁ SIĘ ODŁAM­KA­MI SZKŁA I OB­NA­ŻAŁ PRZED WI­DOW­NIĄ, BYŁ PO PRO­STU SER­DECZ­NYM, CIE­PŁYM, PRO­STO­LI­NIJ­NYM GEN­TLE­MA­NEM. Za­sko­cze­niom nie było ko­ńca! Czu­li­śmy się przy nim kom­plet­nie na miej­scu i zde­ner­wo­wa­nie szyb­ko ustąpi­ło pe­łne­mu eks­cy­ta­cji ocze­ki­wa­niu na kon­cert. Od cza­su do cza­su ktoś z wy­twór­ni pu­kał do drzwi i py­tał: "Po­trze­bu­je­cie cze­goś?". Ske­eter i ja zo­rien­to­wa­li­śmy się szyb­ko, że ci lu­dzie sądzą, że na­praw­dę je­ste­śmy ze­spo­łem Iggy'ego! Więc bez wa­ha­nia za­częli­śmy spraw­dzać, jak bar­dzo mo­że­my sko­rzy­stać z tej nie­wy­obra­żal­nej oka­zji. Pacz­ka fa­jek? Za­ła­twio­ne. Skrzyn­ka piwa? Nie ma spra­wy. Kar­ton fa­jek? Oczy­wi­ście. Oświe­ci­ło mnie: tak to wy­gląda, kie­dy osi­ągniesz suk­ces. Nie ma spa­nia w zim­nym va­nie z czte­re­ma in­ny­mi fa­ce­ta­mi ści­śni­ęty­mi jak sar­dyn­ki w pusz­ce, w śpi­wo­rach, na pó­łce ze sklej­ki, nie ma dzien­ne­go bu­dże­tu w wy­so­ko­ści sied­miu i pół do­la­ra na Taco Bell i gów­nia­ne zio­ło. Nie ma po­wro­tów do domu i bła­ga­nia o po­now­ne przy­jęcie do pra­cy, kie­dy tra­sa się ko­ńczy, nie ma cze­ka­nia, aż ko­lej­na wy­rwie cię z co­dzien­ne­go ży­cia fa­ce­ta bez wy­kszta­łce­nia. Nie ma cze­ka­nia w brud­nych ulicz­kach na szan­sę, któ­ra za­pew­ni ci złud­ny sta­tus gwiaz­dy. Wie­dzia­łem, że suk­ces bywa ulot­ny, więc za­miast tyl­ko go po­sma­ko­wać, wzi­ąłem całą ga­rść.

Na­sze­mu wy­jściu na sce­nę to­wa­rzy­szy­ła ży­wio­ło­wa re­ak­cja. Jesz­cze ni­g­dy ta­kiej nie do­świad­czy­łem: aplauz na mia­rę Iggy'ego Popa.

- FU­UUUCK YOOOOU!!! - wrza­snął do mi­kro­fo­nu, kie­dy od­li­cza­li­śmy do pierw­sze­go ka­wa­łka, 1969, i tłum osza­lał.

Iggy już nie był cie­płym, pro­sto­li­nij­nym gen­tle­ma­nem, któ­re­go po­zna­li­śmy na back­sta­ge'u - te­raz był Ig­gym, któ­re­go zna­ją i wiel­bią fani pun­ka na ca­łym świe­cie. Mia­łem nie­wie­le cza­su, żeby po­roz­my­ślać nad tym, jak dzi­ęki zrządze­niu losu moje ży­cie za­to­czy­ło koło. Z opusz­czo­ną gło­wą pod­da­łem się chwi­li i za­cząłem na­pie­przać w żó­łty ze­staw per­ku­syj­ny, jak­by to była moja ostat­nia noc na zie­mi. Od cza­su do cza­su spo­gląda­łem przez tłu­ste wło­sy na jego nie­sa­mo­wi­te, wy­rze­źbio­ne, wy­krzy­wio­ne cia­ło, bio­rące sce­nę w po­sia­da­nie tak jak na iko­nicz­nych pła­skich zdjęciach i w te­le­dy­skach, któ­re wi­dzia­łem ty­si­ące razy. Tyle tyl­ko, że w tam­tej chwi­li był trój­wy­mia­ro­wy i da­wał mi po­czu­cie, że ży­cie jest praw­dzi­we i że nie je­stem sam. Sko­ńczy­ło się po paru mi­nu­tach, o wie­le za wcze­śnie. Z dar­mo­wy­mi pa­pie­ro­sa­mi i pi­wem w rękach po­dzi­ęko­wa­li­śmy Iggy'emu i roz­sta­li­śmy się. W KO­ŃCU "OSI­ĄGNĄŁEM SUK­CES", NA­WET JE­ŚLI TYL­KO NA JE­DEN WIE­CZÓR. BYŁO TAK, JAK SO­BIE WY­MA­RZY­ŁEM. To było zbyt do­bre, żeby było praw­dzi­we. Więc bez śla­du roz­cza­ro­wa­nia cie­szy­łem się tym pi­ęk­nym do­świad­cze­niem. Wy­obra­ża­nie so­bie, że jesz­cze kie­dyś znaj­dę się we wła­ści­wym miej­scu we wła­ści­wym cza­sie, rów­na­ło­by się pa­ra­noi. Ja­kie było praw­do­po­do­bie­ństwo?

Tra­sa Scre­am trwa­ła, choć nie bez kom­pli­ka­cji. Kon­cer­ty, któ­re mie­li­śmy za­grać na Środ­ko­wym Za­cho­dzie i któ­re mia­ły nam po­zwo­lić do­trzeć na Za­chod­nie Wy­brze­że, zo­sta­ły od­wo­ła­ne, co ozna­cza­ło, że mu­sie­li­śmy prze­je­chać sze­ść i pół ty­si­ąca ki­lo­me­trów do Olym­pii w sta­nie Wa­szyng­ton na dar­mo­wych pa­pie­ro­sach i drob­nych, któ­re zo­sta­ły nam w kie­sze­niach. Nie mie­li­śmy nic do stra­ce­nia, więc po­sta­no­wi­li­śmy spró­bo­wać. W ko­ńcu sko­ro do­tar­li­śmy tak da­le­ko, cóż mo­gła zna­czyć ko­lej­na dłu­ga pod­róż przez Ame­ry­kę?

Nie wie­dzie­li­śmy, że będzie na­szą ostat­nią.