2
DEREK
Wchodzę do domu, kładę na blacie pojemnik z zupą na wynos, rzucam okiem na tablicę w rogu pokoju i od razu zawracam.
- Nie - mówię i ruszam w stronę drzwi.
Niech to szlag. Mój przyjaciel i kolega z drużyny, Nathan, dzisiaj rano wysłał mi wiadomość, że on i jego żona, Bree, są chorzy, i zapytał, czy mógłbym podwieźć im zupę. Wie, że nie ma mowy, żebym się nie pojawił, jeśli ktoś mnie potrzebuje. Ale teraz widzę, że wygląda na całkiem zdrowego, stojąc przy tablicy z trzema innymi kolegami. Wszyscy mają cwaniackie uśmieszki na twarzach.
Lawrence zachodzi mi drogę, a kiedy próbuję się wycofać, daje mi próbkę, jak to jest mierzyć się z nim - naszym lewym blokującym - na boisku.
- Wysłuchaj nas, Derek.
- Już się rozpędzam. Zostałem tu ściągnięty pod fałszywym pretekstem, a nie po to, co sobie tu zaplanowaliście - mówię, wskazując na tablicę za sobą.
- Stary, daj spokój. Już czas. - Jamal uwielbia dźwięk własnego głosu. - Poza tym to, co znaleźliśmy w twojej szafce nocnej, świadczy o tym, że naprawdę tego chcesz.
- To nie czas i wcale tego nie chcę. - Zbliżam się, żeby wyrwać z ręki Jamala marker suchościeralny. Potem agresywnie zmazuję z tablicy słowa "Znaleźć Derekowi Żonę". Dokładnie z tej tablicy, która stała się podstawą wszystkich ważnych życiowych planów w naszej grupie przez ostatnie dwa lata, odkąd pomogliśmy Nathanowi wyrwać się z friendzone z jego najlepszą przyjaciółką (teraz żoną) Bree. I słuchajcie, z radością usiądę z tymi chłopakami i będę skrupulatnie planował ich rzewne, miłosne poczynania nawet przez cały dzień, ale niech spróbują użyć tego na mnie, a spalę cholerstwo na popiół.
- Nie chcę żony. I to ostatni raz, kiedy was ostrzegam, żeby nie wspominać o mojej szafce nocnej, zanim nastąpią prawdziwe konsekwencje i wasze twarze nie będą już takie śliczne na początku sezonu.
Nigdy nie powinienem był dawać im kluczy do mojego mieszkania na czas, kiedy wyjechałem z miasta, nawet jeśli moje kwiatki miałyby na tym ucierpieć. Oczywiście, że węszyli. Brak szacunku dla granic mają w DNA.
Ale te bzdury z tablicą to zbyt wiele. Wiem, dlaczego to robią - od razu przejrzałem te nerwowe, żałosne uśmieszki. Za bardzo się izolowałem, coraz częściej odmawiałem wyjścia na kolację, nigdy nie chodziłem z nimi do klubów i zdecydowanie nie randkowałem. W zasadzie jestem namiastką kogoś, kim byłem kiedyś, i uważają, że związek mnie z tego wyciągnie. Może ich obawy są uzasadnione. Już nie wiedzą, kim jestem ani jak sobie ze mną radzić. Sam nie wiem, kim jestem.
Nie czułem się tak niepewny siebie od czasu, gdy byłem skrępowanym, tyczkowatym ósmoklasistą, który kolejny raz zawalił szkołę, starał się znaleźć przyjaciół, którzy nie wyśmiewaliby go bezlitośnie po tym, jak usłyszeli jego czytanie na głos, i który żył tylko w cieniu starszej siostry. Ginny była ulubienicą wszystkich. Zdobywanie najlepszych ocen było dla niej czymś naturalnym i pewnie dlatego teraz jest lekarzem. Ona odnosiła sukcesy, a ja musiałem walczyć dwa razy bardziej. Bez przerwy kłóciłem się z rodzicami o oceny i słyszałem: "Dlaczego po prostu nie zaczniesz się przykładać, Derek, i nie przestaniesz się wygłupiać?", więcej razy, niż mógłbym zliczyć.
Dopiero kilka miesięcy temu moje "wygłupianie się" zostało zdiagnozowane jako... dysleksja. Pewnej nocy, leżąc w łóżku i przeglądając media społecznościowe, natrafiłem na filmik, w którym jakiś facet opowiadał o życiu z dysleksją. Byłem zszokowany - bo wszystko, co opisywał, było też moimi doświadczeniami. Szybko skontaktowałem się ze specjalistą i po wykonaniu testów przypuszczenie się potwierdziło.
Jestem dyslektykiem.
To dlatego czytanie i pisanie było dla mnie tak cholernie trudne i zajmowało mi dwa razy tyle czasu co innym uczniom. Dlatego miałem problem z przetworzeniem niektórych słów. Dlatego czułem się, jakbym odstawał. Nie zostałem zbadany w okresie dojrzewania, bo pochodzę z bardzo konkretnej rodziny, przekonanej, że "on musi po prostu bardziej się starać". Ale w rzeczywistości starałem się tak mocno, jak tylko mogłem. Nigdy nie umiałem zrozumieć, dlaczego to nie wystarczało. Czemu nie potrafiłem jak wszyscy inni pojąć tego, co czytałem w książce. I ten rozłam między mną i moimi rodzicami rósł, aż w końcu w ogóle znienawidziłem naukę.
Ale wtedy... w dziewiątej klasie odkryłem futbol. Wszedłem na boisko i miałem wrażenie, że wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. Byłem dobry. Naturalny talent. Z biegiem lat stawałem się coraz lepszy, dorosłem do moich stu dziewięćdziesięciu trzech centymetrów wzrostu i zmężniałem w sposób, w który innym facetom się to nie udało. Dziewczyny nagle zaczęły mnie lubić. Nauczyciele dawali mi fory. Rodzice byli dumni, bo, jak Ginny, w końcu zapracowałem na swoje nazwisko. Stałem się kolejnym powodem, dla którego mogli chełpić się przed znajomymi. Nikogo nie obchodziło już, że miałem słabe oceny i problemy z nauką - bo było wyraźnie widać, że będę grał w drużynie futbolowej w college'u, a potem trafię do NFL, więc jakie to miało znaczenie?
To właśnie się wydarzyło.
Ledwo skończyłem szkołę średnią, ale pobijałem wszystkie rekordy jako skrzydłowy. Na kursach w college'u dostałem od profesorów więcej prospektów, niż byłbym skłonny przyznać, ale zdałem, a potem zostałem wybrany do drużyny w pierwszej rundzie. Dwa razy grałem w Super Bowl i zostałem MVP. Umawiałem się z gwiazdami filmowymi, kupiłem rodzicom dom i spłaciłem kredyt studencki siostry w ramach prezentu na zakończenie studiów.
Dopiero kiedy na koniec ostatniego sezonu złamałem kostkę na boisku i potrzebowałem operacji, moja tożsamość się zmieniła. Tak długo opierałem się na karierze, która dawała mi akceptację i poczucie bezpieczeństwa, że nie wiem, kim byłbym bez niej. Co ci wszyscy ludzie pomyślą o mnie, kiedy nie będę mógł dłużej robić tej jednej rzeczy, w której jestem dobry? Bezwartościowy.
To najgorszy moment na szukanie związku. Zwłaszcza że Collin Abbot - rezerwowy nowicjusz, który zastąpił mnie w ostatnich dwóch meczach sezonu - rozwalił wszystkich. Plotki krążą wokół mnie jak piranie. On zajmie moje miejsce w tym sezonie. Mam wszystko do stracenia - i nic stałego do zaoferowania.
- Derek, przestań być palantem i pozwól nam ci pomóc znaleźć miłość i szczęście - mówi Nathan.
- To nie jest właściwy czas - odpowiadam, zamiast nawarczeć na niego, że w mojej głowie miłość i szczęście nie są synonimami i że może wsadzić sobie swoje opinie w dupę. Rozważałem małżeństwo tylko z jedną kobietą. Jedyną, wobec której czułem, że naprawdę kochała mnie takiego, jaki jestem poza futbolem. To było zanim jeszcze poznałem tych czterech bufonów, których nazywam kumplami z drużyny, a mniej czule - przyjaciółmi - i powiedzmy po prostu, że mam dość bycia kochanym i wystarczy mi na całe życie. Oni o niej nie wiedzą. Nie mają pojęcia, że to przez nią wzdrygam się na samą myśl o długoterminowym związku.
- Dlaczego nie? - mówi Nathan Donelson, rozgrywający naszej drużyny, The Los Angeles Skarks, którego nazywamy z czułością "Tatkiem" ze względu na jego zdolności przywódcze i mądrość. Właśnie dlatego po tym, jak dwa lata temu poślubił swoją najlepszą przyjaciółkę, Bree, reszta chłopaków wkrótce poszła w jego ślady. Jamal ożenił się z Tamarą, a Lawrence z Corą. Obie pary zdecydowały się na ślub w Vegas, jak Nathan i Bree, bo przez nich to wszystko wyglądało jak cholerna bajka. Ale dla mnie małżeństwo jest jak zdecydowanie się na uległość.
Jestem ostatnim z naszej pięcioosobowej ekipy bez obrączki na palcu i chcę, żeby tak zostało.
- Pender po prostu się boi - mówi Jamal Merick, biegacz naszej drużyny i samozwańczy wrzód na dupie. Wyjmuje mi z ręki marker i rysuje na tablicy wielkiego bobasa ze smoczkiem w buzi. Na wypadek gdyby pojawiły się jakieś wątpliwości, kogo to dziecko ma przedstawiać, pod spodem zapisuje moje imię i robi wielką strzałkę.
Pokazuję mu środkowy palec.
- Bardzo dojrzałe. Tylko udowadniasz moją rację. - Stuka markerem w rysunek dziecka.
- Dość biadolenia na dzisiaj - odzywa się Lawrence, który bez wątpienia jest największym mięczakiem z całej grupy, ale też najbardziej agresywnym zawodnikiem na boisku. Nie dałoby się tego zgadnąć po tym, jak się denerwuje podczas naszych kłótni. Jest też jedyną osobą tutaj, przy której mogę czuć się niski. Nawet z moim wzrostem.
Przepycha się obok mnie i Jamala, żeby zmazać tablicę.
- Jamal, to cud, że przy twoim wielkim ego w ogóle znalazłeś żonę. A Derek, zaczynam wątpić, że mógłbyś jakąś mieć, nawet gdybyś próbował.
- Chamstwo. - Jamal i ja mówimy jednocześnie i patrzymy na siebie nawzajem. Łączy nas relacja miłości połączonej z nienawiścią. To znaczy głównie kocham go nienawidzić.
- A może zrobicie coś konstruktywnego i przyjdziecie mi pomóc, zamiast wpychać Derekowi miłość prosto w gardło? - Price woła z salonu, gdzie siedzi wśród miliona maleńkich, tęczowych elementów rozłożonych na podłodze. Wydaje mi się, że ostatecznie mają stać się jakimś placem zabaw dla dziecka.
Jayon Price to nasz zrzędliwy skrzydłowy. Całkowicie nas zszokował, gdy jako pierwszy z naszej grupy ogłosił, że spodziewa się dziecka. Stawiałem na Nathana, ale nie. Hope, żona Price'a, jest już w ostatnim trymestrze i nigdy nie widziałem go tak szczęśliwego.
Cóż, w tej chwili nie wygląda na szczególnie zadowolonego. Próbuje wepchnąć plastikową sprężynę w jakąś inną plastikową część, ale elementy nie chcą do siebie pasować. Biceps zaraz mu pęknie od siły, którą w to wkłada.
- Dlaczego, do cholery, nie sprzedają tego już złożonego?
Ciska niepasującą częścią przez pokój, a ja się uchylam i ledwo unikam uderzenia w twarz.
- Mam lepsze pytanie - mówi Jamal, podchodząc, żeby popatrzeć na pudło, w którym przysłano części. - Dlaczego składasz to teraz?
Price wygląda na zdezorientowanego.
- A dlaczego nie? Przecież Hope ma termin za jakieś dwa miesiące.
Parskam śmiechem.
- Stary, twoje dziecko ma jeszcze sporo czasu, żeby do tego dorosnąć. - Wskazuję na pudło. - Napisali tu, że dzięki temu dziecko wzmacnia nogi i plecy przed nauką chodzenia.
Price opuszcza instrukcję i mierzy nas wszystkich złowrogim spojrzeniem.
- Powiedzcie o tym Hope i wszyscy będziecie martwi. Już panikuje, że nie wiemy, co robimy, a ja nie chcę, żeby martwiła się jeszcze bardziej, kiedy się dowie, że kazała mi złożyć zabawkę dla ośmiomiesięcznego dziecka.
Naprawdę uwielbiam przeżywać wszystkie te etapy życia z przyjaciółmi. I właśnie dlatego muszę wrócić na całego. Bo część mnie niepokoi się, że jeśli trafię na ławkę... nieważne. Nie chcę teraz o tym myśleć.
Nathan przytakuje.
- Pomożemy ci to złożyć, ale głównie dlatego, że twoja ciężarna żona naprawdę przeraziła mnie w zeszłym tygodniu, kiedy zagroziła, że wbije mi widelec w rękę, jeśli wezmę ostatni kawałek brownie. Jeśli ta kobieta chce, żeby jej dziecko miało złożony swój plac zabaw kilka miesięcy wcześniej, to właśnie to zrobimy. - Odwraca się do mnie ponownie. - Ale... jeszcze nie skończyliśmy rozmawiać o twoim statusie związku.
- Ależ tak, skończyliśmy - odpowiadam, wycofując się do kuchni, żeby zabrać kluczyki z blatu. - Zostawcie mnie i moje kawalerstwo w spokoju, lepiej zjedzcie zupę, kłamliwe dupki. Wynoszę się stąd.
- Nikt nigdzie nie pójdzie! - rozlega się od progu kobiecy głos. Podnoszę wzrok i zauważam, że żona Nathana, Bree, pojawiła się znikąd i własnym ciałem blokuje wyjście. Rozłożyła ręce i złapała framugę po obu stronach, żebym nie mógł wyjść. Musiała właśnie wrócić ze swojego studia baletowego, bo ma na sobie czarny trykot i szare dresy. Jak zwykle. - Rozmawialiście z nim już na temat planu?
Nathan krzyczy z salonu:
- Tak, on nie chce się żenić.
Bree otwiera usta.
- Nigdy? - Wydaje się osobiście urażona tym wyborem. Nie żebym miał coś przeciwko małżeństwom innych ludzi. To po prostu nie dla mnie. Przynajmniej już nie.
Wzruszam ramionami i kręcę kluczykiem na palcu, wpatrując się w kobietę, którą teraz traktuję jak młodszą siostrę.
- Wybacz, Serku Bree, to po prostu nie dla mnie.
- Dobra, dobra... - Macha ręką. - Więc nie chcesz się żenić, w porządku. Ale przynajmniej pozwól, żebyśmy cię z kimś umówili.
- Dzięki, ale nie. W tej kwestii jestem ustawiony. - Podchodzę do niej, ale nie rusza się z progu.
- Wcale nie! Nie myśl sobie, że nie zauważyliśmy tego, że ty, Derek Pender, nie byłeś na ani jednej randce od czasu kontuzji. Tamci przerośnięci smarkacze wychylający się zza rogu może i za bardzo trzęsą portkami, żeby ci to powiedzieć... ale to niepokojące, że nigdzie nie wychodzisz. Nie randkujesz. Nawet z nikim nie sypiasz! - Mówi to tak, jakby wszystkie te rzeczy powinny być dla mnie oczywiste. I... cóż, przypuszczam, że były.
Spoglądam przez ramię i rzeczywiście, wszyscy się gapią. Jednak wycofują się lekko, kiedy widzą mój wzrok.
- Nie ma się czym martwić, ludzie. Teraz po prostu w pełni skupiam się na rehabilitacji.
- Jakim kosztem? - pyta Bree.
Patrzę jej w oczy.
- Przestań się martwić. Nic mi nie jest, przysięgam.
Opuszcza ramiona i wywraca oczami.
- Jesteś irytujący, to pewne. Ale chyba i tak ci to dam. - Sięga do torebki, którą wciąż ma na ramieniu, i już wiem, co stamtąd wyjmie: breeskotkę. Bree okazuje uczucia, wręczając małe prezenty, które sprawiły, że pomyślała o danej osobie. Każdy z nas ma przynajmniej kilka. Ja dostałem kubek w kształcie czaszki, który przypominał jej tatuaż na moim przedramieniu, i magnes z numerem osiemdziesiąt dwa, który ukradła z lodówki swojej małej siostrzenicy, bo taki właśnie mam numer na koszulce.
Stoję jak wryty, chociaż nie ma mowy, żeby wiedziała, dlaczego ta konkretna rzecz wywarła na mnie takie wrażenie.
Bree kładzie na mojej dłoni breloczek, a ja przez dłuższą chwilę tylko wpatruję się w maleńką miseczkę lodów z posypką. Skóra na mojej twarzy pali, jakby ktoś przyłapał mnie na gorącym uczynku.
- Dlaczego mi to dałaś? - Mój ton jest oskarżycielski. Jakby myszkowała po moim mózgu bez pozwolenia. Jakby znała wszystkie moje sekrety, a to część całej tej interwencji.
- Bo... - Jej uśmiech staje się enigmatyczny. - Pamiętasz? Na weselu Lawrence'a, kiedy się upiłeś? Wygłosiłeś tę zabawną przemowę o tym, jak przez resztę życia mógłbyś jeść lody z posypką, i byłeś taki smutny, gdy pomyślałeś, że nie możesz? Znalazłam w sieci sklep, który robi personalizowane breloczki z lodami, więc zamówiłam dla ciebie taki z posypką.
Racja. Ze względu na przemowę. Moje ramiona nieco się rozluźniają. Czuję ulgę, że Bree nie wie o niej. O Norze.
Po dziś dzień cała grupa śmieje się z tej "zabawnej przemowy", którą wygłosiłem na weselu. Myśleli, że byłem tak niesamowicie pijany i po prostu wygadywałem bzdury. I to prawda - byłem pijany. Ale tylko dlatego, że przez całą uroczystość nie mogłem wyrzucić z głowy Nory - kobiety, z którą chciałem się ożenić, odkąd się poznaliśmy. Nie mogłem przestać myśleć o tym, gdzie jest teraz, i zastanawiać się po raz tysięczny, dlaczego nie byłem dla niej wystarczający. Tak, byliśmy swoimi przeciwieństwami. Ona niezwykle mądra, zmotywowana i skupiona na nauce, a ja - zwykły koks z niezdiagnozowanymi problemami w nauce, świetny w imprezowaniu.
Ale byliśmy też kompatybilni w wielu aspektach. Uwielbialiśmy konkurować - wszystko zmienialiśmy w bezsensowne, choć zabawne, gry i cieszyliśmy się nimi. Była między nami chemia, której nie czułem do nikogo innego. Taka, która krąży w żyłach i wszystko zmienia. A gdyby tego było mało - oboje kochaliśmy sport. W zasadzie ona chciała zostać agentką. Udało jej się?
I ulubiona przekąska Nory: lody z posypką.
Najwyraźniej nigdy się nie zdradziłem, że cała ta przemowa odnosiła się do mojego złamanego serca i kobiety, która je roztrzaskała. Po prostu założyli, że akurat tego wieczora miałem ogromną ochotę na słodycze. Pozwoliłem im w to wierzyć, bo wolę, żeby moja historia z Norą pozostała tajemnicą.
Zamykam breloczek w dłoni i zmuszam się do uśmiechu.
- Racja, całkiem zapomniałem. Dzięki, jest bardzo fajny.
Marszczy brwi i zapewne powiedziałaby więcej o moim niezbyt wdzięcznym zachowaniu, gdyby Nathan nie zaszedł jej od tyłu i nie objął ramionami w talii. Przez tych dwoje człowiekowi chce się rzygać. Są aż zbyt słodcy.
- Idziemy na lunch. Dołączysz do nas? - pyta mnie Nathan, wciąż obejmując Bree.
- Nie mogę. Mam spotkanie o pierwszej. Bill musiał zrezygnować, ma jakieś problemy zdrowotne, o których nie chciał rozmawiać, więc spotykam się z nowym agentem, którego poleca Nicole.
I to kolejna sprawa. Wiem, że moja agencja nie wróży mi dobrej kariery, jeśli próbują wepchnąć mi nowicjusza. Wyobraź sobie być najlepszym silnym skrzydłowym w zawodowym futbolu, a po chwili spaść na dno, kiedy kostka pęka ci jak gałązka i potrzebujesz operacji, żeby ją naprawić. Teraz utknąłem z jakąś agentką żółtodziobem, która nigdy w życiu nie miała klienta. Jedyne powody, dla których nie odrzuciłem tego pomysłu od razu, to: (1) też nie jestem pewny, czy zasługuję na kogoś lepszego, i (2) Nicole - która jest agentką Nathana od samego początku jego kariery i jest najlepsza w branży - poleciła ją.
- Nicole nie doradziłaby ci źle. Jeśli mówi, żebyś go wziął, to powinieneś - mówi Nathan, nadal trzymając się Bree, jakby była jego kołem ratunkowym, bez którego wypadłby za burtę, gdyby stracili kontakt fizyczny.
Zazdroszczę im.
- Ją - poprawiam, odwracając wzrok od szczęśliwiej pary, i kręcę kluczykiem na palcu. - Ten agent to kobieta.
- Ooo, może będzie śliczna i samotna, a ty szaleńczo się zakochasz - mówi Bree, a w jej oczach pojawiają się serduszka.
Potrząsam głową.
- Naprawdę powinniście sobie odpuścić. Nie chcę związku.
- Jasne... teraz tak myślisz. Ale co będzie, kiedy poznasz najbardziej niesamowitą kobietę na świecie?
Patrzę na Nathana.
- Mógłbyś poprosić pannę Kupidyn, żeby się odsunęła, bo chciałbym wyjść?