ROZDZIAŁ 1
Kiedy mężczyzna z jej snów przejechał dłonią po swojej porażająco przystojnej twarzy i powiedział: "Muszę ci coś wyznać, ale obiecaj, że się nie wystraszysz", Clara Wheaton po raz pierwszy pomyślała z niepokojem, że może zostać porzucona przez kogoś, z kim nawet się nie spotykała.
Przeklęła swoich nikczemnych przodków, patrząc gniewnie na odświeżacz powietrza o zapachu ananasa, wiszący na lusterku wstecznym jeepa wranglera Everetta Blooma.
Chociaż przyjaciółkom matki w Greenwich naopowiadała o "dążeniu do rozwoju zawodowego", tak naprawdę przeniosła się na drugi koniec kraju, ponieważ jakaś jej część wierzyła, że po czternastu latach snucia planów ma wreszcie szansę zdobyć serce Everetta.
- Wynająłem swój pokój na lato - powiedział łagodnie, ale stanowczo, w sposób, w jaki wyjawia się dziecku, że Święty Mikołaj nie istnieje.
- Wynająłeś... swój pokój? - Odpowiedź Clary nadchodziła powoli, zrozumienie pojawiało się z każdą wypowiadaną sylabą. - Ten, który zaproponowałeś mi dwa tygodnie temu? - Gdyby nie prowadził, a jej matka nie wpoiła jej zasad etykiety Emily Post, gdy była nastolatką, rzuciłaby się na niego.
Zerwała umowę najmu mieszkania, w którym mieszkała na Manhattanie, zostawiła przyjaciół i rodzinę, odrzuciła staż kuratorski w Guggenheimie. Wszystko... na nic?
Nawet konkurując z licznymi skandalami ciągnącymi się od pokoleń w rodzinie Wheatonów, tempo rozwoju tej nieszczęsnej sytuacji mogłoby pobić rekord prędkości na lądzie.
Palmy, które mijali wzdłuż autostrady, kpiły z niej, jakby pokazując, że hollywoodzkie, szczęśliwe zakończenie właśnie przeszło jej koło nosa.
Nie rozpakowała nawet walizek... Niestrawiony precel z lotniska wciąż unosił się gdzieś pod jej przeponą. Jak Everett mógł się tak szybko z nią żegnać?
- Nie, czekaj, nie. Nie wynająłem twojego pokoju. - Charakterystyczny leniwy uśmiech, ten, w którym zakochała się w chwili, gdy jego rodzina zamieszkała w sąsiedztwie wiele lat temu, ponownie pojawił się na twarzy Everetta. - Wynająłem główną sypialnię. Dostaliśmy propozycję koncertu w ostatniej chwili. Nic szalonego, zagramy jako suport dla zespołu bluesowego niedaleko Santa Fe, mamy czaderskie brzmienie. Trent kupił epickiego vana, żeby przewieźć sprzęt...
Jego beztroskie słowa sprawiły, że wróciła wspomnieniami do czasów liceum. Ile razy po tym, gdy jego pozycja towarzyska gwałtownie umocniła się w drugiej klasie liceum, Everett odwoływał ich wspólne plany przez próby zespołu? Ile razy od tamtej pory patrzył jej przez ramię, zamiast w oczy, kiedy próbowała z nim porozmawiać?
Nikt by nie uwierzył, że zdobyła dwa stopnie naukowe na uniwersytetach Ivy League tylko po to, by skończyć tak głupio.
- Kto wynajął pokój? - Clara przerwała jego szczegółowy opis klasycznych błotników furgonetki.
- Co? Och, pokój. Nie martw się. To bardzo miły facet. Josh jakiś tam. Znalazłem go w internecie kilka dni temu. Bardzo wyluzowany. - Machnął ręką w jej kierunku. - Spodoba ci się.
Zamknęła oczy, żeby nie widział, jak przewraca nimi w stronę szyberdachu.
Wiele razy zastanawiała się, do czego mogłaby się posunąć w celu zdobycia sympatii Everetta Blooma, ale na to by nigdy nie wpadła.
Skierował samochód na ulicę, dumnie prezentującą tęczowe przejście dla pieszych.
- Słuchaj, podrzucę cię, dam ci klucze i inne rzeczy, ale sam zaraz znikam. Do piątku powinniśmy być w Nowym Meksyku. - Z tonu słów chłopaka zniknęły ślady przeprosin.
Clara obserwowała, jak jego palce, te, które w jej marzeniach przeczesywały często jej włosy w czułej pieszczocie, wybijają wściekły rytm na kierownicy. Szukała swojego najlepszego przyjaciela z dzieciństwa pod maską powściągliwości, ale nie znalazła go.
Czuła palący ból pod mostkiem. Podobno któryś z Wheatonów sprzeciwił się wiele lat temu losowi, nakładając klątwę na swoich potomków i zmuszając ich do poniesienia kosztów swojego buntu. Clara czuła teraz, że to jedyne sensowne wytłumaczenie tego, iż gdy jeden jedyny raz zdecydowała się zaryzykować w życiu i skoczyć na głęboką wodę, wylądowała spektakularnie "na deskę".
Wzięła głęboki oddech, wtłaczając powietrze do płuc. Musiało istnieć jakieś wyjście z tej sytuacji.
- Jak długo cię nie będzie? - Jeśli było coś, czego nauczyła się od swojej beznadziejnej rodziny, to było to minimalizowanie strat.
- Ciężko powiedzieć. - Everett podjechał jeepem do domu ranczerskiego w stylu hiszpańskim, który desperacko potrzebował nowej warstwy farby. - Co najmniej trzy miesiące. Mamy koncerty do sierpnia.
- Na pewno nie możesz poczekać z wyjazdem kilka dni? - Nienawidziła nuty błagania, która pojawiła się w jej pytaniu. - Nie znam nikogo w Los Angeles.
Twarz z przeszłości, zmieniona przez siłę młodzieńczych wspomnień, pojawiła się na chwilę w jej myślach, zanim udało jej się ją odsunąć.
- Nie mam tu jeszcze pracy. Do diabła, nawet nie mam samochodu. - Próbowała się roześmiać, żeby rozluźnić atmosferę, ale wydobyła z siebie coś, co brzmiało bardziej jak stęknięcie.
Everett zmarszczył czoło.
- Przepraszam, Cee. Wiem, że obiecałem pomóc ci się zadomowić, ale to ogromna szansa dla zespołu. Rozumiesz, prawda? - Wyciągnął rękę i ścisnął jej dłoń. - Słuchaj, to nie musi wpływać na nasze plany. Wszystko, co powiedziałem przez telefon, jest aktualne. Ta przeprowadzka, Kalifornia, puszczenie maminej spódnicy... To wszystko wyjdzie ci na dobre.
Wyciągnął dłoń, by przybić piątkę w przyjacielskim geście. Równie dobrze mogliby być znowu w szkole, wkuwając do egzaminów SAT[1]. Niechętnie wypełniła niewypowiedzianą prośbę.
- Los Angeles to wakacje od prawdziwego życia. Zrelaksuj się i baw dobrze. Wrócę, zanim się zorientujesz.
- Bawić się? - Chciała krzyczeć.
Zabawa była dla ludzi, którzy mieli mało do stracenia, ale podobnie jak to robiły od pokoleń wszystkie kobiety w jej rodzinie Clara wolała stłumić złość, niż zdecydować się na konfrontację.
Gdyby przyjaciółka powiedziała jej tydzień temu, że planuje przeprowadzkę na drugi koniec kraju i porzuca dobre życie, o którym wielu ludzi mogłoby tylko pomarzyć, po to, by zdobyć mężczyznę, Clara zrobiłaby dużo, by ją powstrzymać - nawet gdyby facet był szczególnie przystojny. "To szaleństwo", powiedziałaby. Zawsze łatwo się mówi, gdy nie doświadcza się czegoś osobiście. Nikt z Greenwich nie znał konsekwencji nieprzemyślanego działania pod wpływem impulsu lepiej niż Wheaton. Niestety, podobnie jak spirytus, nieodwzajemniona miłość z czasem nabiera mocy.
Everett wypakował jej torby z wranglera i przytulił ją - zbyt mocno i zbyt szybko, by mogło to pomóc.
- Zadzwonię do ciebie z drogi za kilka dni, żeby mieć pewność, że się zadomowiłaś. - Pogrzebał przy swoim kółku od kluczy.
Clara wpatrywała się chłodno we własną dłoń, gdy wciskał jej mały kawałek metalu. Czuła całym ciałem, jak ogarnia ją pragnienie ucieczki, pierwotne i bezsensowne.
Miała dwie możliwości. Mogła zadzwonić po taksówkę, zarezerwować bilet na najbliższy lot do Nowego Jorku, a następnie krok po kroku odbudować swoje dawne życie.
Albo mogła zostać.
Zostać w zupełnie obcym mieście i zamieszkać z mężczyzną, którego nie zna, nie mając pracy ani przyjaciół, nie zwracając uwagi na to, że jej nazwisko zobowiązuje na wschodnim wybrzeżu[2].
Plotkarki z Greenwich oszalałyby z radości na wieść o jej hańbie. Mogła już sobie wyobrazić nagłówek lokalnej gazety: Już nie "w rozkwicie". Ostrożna Clara spotyka się z nieznajomym.
Nie tym razem. Wyprostowała ramiona, wygładziła koszulę i przejechała językiem po zębach, by zetrzeć ślady po czerwonej szmince. Pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz.
Ciężkie brzmienie samochodowego radia Everetta zadudniło jej w uszach, gdy ruszył, ale Clara nie odwróciła się, by patrzeć, jak odjeżdża.
Farba odprysnęła z wyblakłych drzwi, kiedy przycisnęła do nich dłoń. Cholera. Strony plotkarskie będą miały używanie.
Zebrawszy się w sobie, Clara weszła do swojego nowego domu tak, jak żołnierze wkraczają na terytorium wroga: po cichu, ze wzrokiem mapującym teren i z łokciami przyciśniętymi do ciała.
Pluszowy dywan tłumił dźwięk sandałów na obcasie, gdy rozglądała się po salonie. Bez różowych okularów, które nosiła przez ponad dekadę tłumionego pożądania, mogła teraz dostrzec, że przestrzeń pozostawia wiele do życzenia.
Przesunęła koniuszkiem palca po warstwie kurzu pokrywającego regał, który stał w rogu pomieszczenia. Z porzuconych pojemników na wynos, zaśmiecających stolik do kawy, dochodził smród zepsutego jedzenia. Clara próbowała oddychać przez usta.
Pod jej stopą coś zachrzęściło. Podnosząc piętę, rozpoznała resztki chipsa ziemniaczanego.
Pomimo smrodu i bałaganu mały domek, utrzymany w stylu retro, sprawiał wrażenie przytulnego, w przeciwieństwie do jej rozległego kolonialnego miasta w Connecticut, jak i wynajmowanego przez nią ciasnego mieszkania bez windy w dzielnicy Morningside Heights w pobliżu kampusu.
Wyblakła tapeta wyróżniała się kiczowatym urokiem, jakby przymilając się do nowej lokatorki, jednak nie miała szans z miażdżącym ciężarem jej rozczarowania. Clara wytarła siedzenie sofy, zanim usiadła.
- Więc tak to jest być totalnie wyruchaną.
- Znam to doskonale - odparł niski głos za jej plecami.
Clara zerwała się na równe nogi tak szybko, że się potknęła.
- Och... hmm... Witaj.
Wspięła się, by stanąć za swoją ogromną walizką na kółkach, tworzącą ponad dwudziestokilogramową tarczę między nią a mężczyzną stojącym w drzwiach od salonu.
Oparł się o framugę drzwi.
- Chyba nie jestem właśnie okradany?
Clara zmarszczyła brwi, zmieszana, a on wskazał na jej ubranie.
Opuściła podbródek i przyjrzała się swojemu czarnemu golfowi bez rękawów i dopasowanym dżinsom, które wybrała tego ranka. Kiedy miała dwadzieścia kilka lat, zamieniła romby i pepitkę swojej młodości na szafę pełną dobrze skrojonych, monotonnych ubrań w stylu basic. Niestety, wyglądało na to, że czarne ubrania, które w Nowym Jorku uważane są za wyszczuplające i eleganckie, w Los Angeles były ulubionym strojem włamywaczy.
- Eee... nie. - Clara pociągnęła za kołnierz i odsłoniła trochę bardziej twarz, ciesząc się, że zdecydowała się poprawić makijaż w maleńkiej łazience samolotu, znosząc upokorzenie, gdy jeden ze współpasażerów dobijał się do drzwi. - Jestem Clara Wheaton - powiedziała, przerywając nieprzyjemnie przedłużającą się ciszę.
- Josh. - Mężczyzna zmniejszył dystans między nimi, wyciągając do niej dłoń. - Miło mi cię poznać.
Kiedy ich dłonie się spotkały, zbadała jego paznokcie - wyznacznik nawyków higienicznych. Schludne i przycięte. Dzięki Bogu.
Po pięciu sekundach Josh uniósł brew, a Clara puściła jego dłoń, uśmiechając się z zakłopotaniem.
Pomimo imponującego wzrostu i tego, że jego ramiona wypełniały większą część futryny, nie była nim szczególnie onieśmielona. Jego wytarte ubranie i strzecha zbyt długich blond loków wskazywały na to, że właśnie wstał z łóżka. Krzaczaste ciemne brwi sugerowałyby gburowatość, ale reszta twarzy tego nie potwierdzała.
Był uroczy, ale niezupełnie przystojny. Nie tak jak Everett, którego obecność sprawiała, że nawet po tylu latach odbierało jej mowę. Clara przyjęła tę małą formę miłosierdzia, jaką zaoferował jej właśnie wszechświat. Nigdy nie umiała rozmawiać z przystojnymi mężczyznami.
- Miło cię poznać - powtórzyła, a po namyśle dodała: - Proszę, nie morduj mnie ani nie molestuj.
- Masz to jak w banku. - Uniósł obie ręce w geście poddania się. - Więc... Myślę, że to oznacza, że będziemy mieszkać razem?
- Na razie tak. - Przynajmniej dopóki nie opracuje planu awaryjnego.
Josh zajrzał przez otwarte drzwi do łazienki.
- Gdzie jest Everett? Nie został, żeby pomóc ci się urządzić?
Ramiona Clary przesunęły się w kierunku uszu.
- Jego zespół musiał natychmiast wyruszyć w trasę.
- To nieźle odjechane, nie? Że zostali zaproszeni na trasę w ostatniej chwili?
- Tak. - Walczyła, starając się nie pokazać po sobie rozczarowania. - Szalone.
- Mnie to wyszło na dobre. Nie mogłem uwierzyć, że Everett zażądał tak niskiego czynszu za tak świetne miejsce.
Clara postanowiła nie wspominać, że Everett odziedziczył dom po dziadku i prawdopodobnie pobierał tylko kwotę na opłacenie podatku. Masowała skronie, próbując pozbyć się potwornego bólu głowy. Nie potrafiła powiedzieć, czy brał się ze stresu, ze zmiany strefy czasowej, czy też powodem było to, że jej marzenia legły w gruzach.
Im dłużej znajdowała się w tym domu, tym bardziej realny stawał się jej koszmar. Gdy to sobie w pełni uświadomiła, usiadła z powrotem na kanapie.
- Hej, wszystko w porządku? - Jej nowy współlokator uklęknął przed nią, tak jak robią to dorośli, gdy chcą porozmawiać z małym dzieckiem. Clara odwróciła wzrok od miejsca, w którym jego uda napinały szwy dżinsów.
Grzbiet jego nosa pokrywały piegi. Skupiła się na tym na samym środku i przemówiła do niego.
- Nic mi nie jest. Po prostu mierzę się z konsekwencjami wielopokoleniowej klątwy rodzinnej. Udawaj, że mnie tu nie ma.
Można by pomyśleć, że dziesięciolecia dostępu do rodzinnych pieniędzy i waga przykładana do dobrego wychowania powinny wyeliminować skłonność Wheatonów do destrukcyjnych zachowań, ale jeśli za punkt odniesienia wziąć niedawne aresztowanie jej brata, Olivera, można by raczej stwierdzić, że im dłużej ich ród istniał, tym bardziej ponure były konsekwencje popełnianych błędów.
Stary dom i złamane serce to stosunkowo niezły wynik.
Josh zmarszczył czoło.
- Hmm, skoro tak mówisz. Hej, poczekaj tu chwilę.
Jakby miała dokąd iść.
- Myślę, że mam coś, co może pomóc. -Wszedł do kuchni i po chwili wrócił, by wcisnąć jej w rękę puszkę zimnego piwa. - Wybacz, że nie mam nic mocniejszego.
Clara raczej nie pijała piwa. Ale w tym momencie nie mogło jej zaszkodzić. Pociągając za zawleczkę, otworzyła puszkę i wzięła dużego łyka.
- Blech. - Dlaczego mężczyźni uparcie udają, że IPA dobrze smakuje? Opuściła głowę między kolana i zastosowała technikę głębokiego oddychania, którą zaobserwowała, towarzysząc kuzynce na zajęciach w szkole rodzenia.
- Hej... hmm... nie będziesz haftować, prawda?
W reakcji na tę sugestię żółć rosła jej w gardle. Ten facet był mniej więcej tak pomocny jak każdy mężczyzna, którego znała.
- Może mógłbyś powiedzieć coś uspokajającego?
Po kilku sekundach wypuścił powietrze.
- Twoje ciało niszczy i wymienia wszystkie swoje komórki co siedem lat.
Clara powoli usiadła.
- No dobrze - zacisnęła usta - próbowałeś. Dzięki - powiedziała z rezerwą.
- Przeczytałem o tym w magazynie w gabinecie dentystycznym. - Posłał jej słaby uśmiech. - Pomyślałem, że to całkiem fajne. Uważam, że to znaczy, że bez względu na to, jak bardzo namieszamy, możemy wciąż zacząć z czystą kartą.
- Więc mówisz mi, że za siedem lat zapomnę, że wywróciłam całe swoje życie do góry nogami i przeprowadziłam się na drugi koniec kraju, ponieważ facet, który nawet nie jest moim chłopakiem, zachęcił mnie, mówiąc: "podążaj za szczęściem"?
- Tak. Z punktu widzenia nauki, tak.
Miał ładne oczy. Duże i brązowe, ale nie nudne. Emanowały ciepłem, jakby były przypiekane nad otwartym ogniem. Słodki, ale nie przystojny, przypomniała sobie.
- No dobrze. Szczerze mówiąc, spodziewałam się banalnego szczegółu dotyczącego twojej pracy, więc całkiem nieźle jak na pierwszą rzecz, która przyszła ci do głowy. - Wytarła usta dłonią i oddała mu piwo.
- Nie wydaje mi się, aby słuchanie o mojej pracy mogło cię uspokoić.
Pociągnął długi łyk z odrzuconej przez nią puszki.
Była to niewątpliwie odpowiedź na pytanie, czy Josh jest rodzajem współlokatora zjadającego resztki po kimś.
- Nie jesteś przedsiębiorcą pogrzebowym, prawda?
Potrząsnął głową.
- Pracuję w branży rozrywkowej.
Ma to sens. Clara natychmiast straciła zainteresowanie. Ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebowała, to niedoszły filmowiec proszący ją o przeczytanie swojego scenariusza.
Josh rzucił jej karcące spojrzenie.
- Nie jesteś osobą, której się spodziewałem.
Cóż, to znaczy, że jest nas dwoje, kolego.
Spodziewała się mieszkać z Everettem. Wyobrażała sobie wspólne gotowanie, to, jak przygotowując razem jedzenie, stykają się ramionami. Widziała ich oglądających razem filmy akcji do późna w nocy, tak jak robili to, kiedy mieli po trzynaście lat, tyle że tym razem zamiast siedzieć na osobnych kanapach, zwinęliby się pod jednym kocem, z kieliszkami wina w rękach.
Ten dom miał stanowić scenę, na której rozgrywałaby się ich miłosna historia. Na tym siedzisku przy oknie Everett miał pisać piosenkę inspirowaną ich pierwszym pocałunkiem.
Zamiast tego miała dzielić toaletę z nieznajomym.
Clara wstała i otrząsnęła się ze swoich niespełnionych marzeń.
- Co masz na myśli?
- Jestem zaskoczony, że dziewczyna taka jak ty - wskazał na jej bagaż od Louis Vuitton - zniżyłaby się do tego, aby mieszkać ze współlokatorem w takim miejscu.
Clara zebrała swoje ciemne włosy na jedno ramię, wygładzając je.
- Dostałam tę walizkę w prezencie od babci. - Spuściła wzrok na dywan. - Zdecydowałam się na wynajem pokoju, ponieważ zmieniam właśnie pracę.
Kłamstwo zaczęło jej ciążyć, więc szybko wróciła na terytorium prawdy.
- Znam Everetta od zawsze. Kilka tygodni temu skończyłam szkołę i zaoferował mi swój wolny pokój.
- Aha, absolwentka, co? Co studiowałaś?
- Niedawno obroniłam doktorat z historii sztuki - powiedziała z taką brawurą, na jaką była w stanie się zdobyć. W dzieciństwie marzyła o pracy twórczej, ale w końcu zdała sobie sprawę, że sztuka wymaga ujawnienia części siebie, które wolałaby ukryć - jej nadziei i lęków, pasji i tęsknot. Praca analityczna i kuratorstwo pozwalały mieć kontakt ze sztuką, a jednocześnie szkoła była sposobem na przedłużenie młodości.
Josh uśmiechnął się ironicznie.
- Czy to jest jakiś specjalny tytuł, który rozdają tylko bogatym ludziom?
Clara zacisnęła zęby tak mocno, że wydawało jej się, że słyszy trzask.
- Ograniczmy pogawędki do minimum, dobrze?
Chwyciła torebkę i zaczęła szukać swojej przeprowadzkowej listy kontrolnej, znajdując ją zakopaną pod samolotową poduszką i apteczką pierwszej pomocy. Clara opracowała sześciostronicowy dokument, który zawierał pytania i instrukcje, na co zwrócić uwagę, aby upewnić się, że nowy dom jest zgodny z kodem Los Angeles. Trzymanie dokumentu ułatwiło jej nieco oddychanie.
Kiedy podniosła wzrok, Josh wciąż tam był.
- Proszę, nie zrozum tego źle, ale szczerze mówiąc, Everett nie uprzedził mnie, że musi wyjechać z miasta i bez obrazy, jestem pewna, że jesteś w porządku, ale to - wskazała na przestrzeń między nimi - narusza moją strefę komfortu.
- Wiesz, moją też. - Przyłożył rękę do serca. - Wiedz, że widziałem mnóstwo filmów telewizyjnych. Sprawiasz wrażenie niepozornej i spiętej bywalczyni salonów, która ni stąd, ni z owąd zaczyna wariować i maluje ściany kurzą krwią. Skąd mam wiedzieć, że jestem bezpieczny z tobą?
Clara wygięła się lekko i spojrzała na stojącego naprzeciwko niej niemal dwumetrowego mężczyznę. Jego wytarty T-shirt ze zdjęciem Debbie Harry opinał muskularną klatkę piersiową i szerokie ramiona.
- Serio, obawiasz się mnie?
Wpatrywał się w listę przeprowadzkową, którą wciąż trzymała w dłoni.
- O mój Boże. Czy to jest laminowane? - Wyglądał na zachwyconego.
- Moja mama kupiła mi laminator na święta Bożego Narodzenia - powiedziała, usprawiedliwiając się, gdy wziął listę do ręki w celu dalszej inspekcji. - Zapobiega rozmazywaniu.
Odchylił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem. Tubalnym śmiechem, bez śladu kpiny.
- "Sprawdzić ciśnienie wody we wszystkich kranach pod kątem niespójności" - odczytał z arkusza. - To jest genialne. Sama to napisałaś?
- Kalifornia jest znana z pożarów lasów. Zanim się gdzieś wprowadzisz, musisz udokumentować warunki mieszkaniowe, aby zabezpieczyć się w przypadku ewentualnych roszczeń ubezpieczeniowych. Samo uszkodzenie przez dym...
Roześmiał się jeszcze głośniej, co uznała za raczej przesadny wyraz wesołości.
Clara zabrała kartkę.
- Czy powinniśmy omówić zasady panujące w domu?
Oczy Josha zabłysły.
- Jak na przykład "żadnych imprez w dni powszednie"?
- Racja. Słowo "zasady" brzmi nieco agresywnie. Mam na myśli coś w rodzaju wytycznych, umożliwiających zgodne współżycie. Równie dobrze możemy robić dobrą minę do złej gry.
Josh wyprostował się.
- Oczywiście. Obawiam się jednak, że ty będziesz musiała ustalić pierwszą zasadę. Wyszedłem z wprawy.
- Cóż, na przykład Everett wspomniał jakiś czas temu, że zamek w drzwiach łazienki nie działa. Więc dopóki go nie naprawimy, proponuję zastosować strategię trzykrotnego pukania.
- Dlaczego trzykrotnego?
- Jednego lub dwóch uderzeń można nie usłyszeć... - przemówiła do zniszczonego stolika do kawy. - Gdybyś na przykład był pod prysznicem.
- No cóż, na pewno nie chcielibyśmy tego.
Podniosła wzrok i zobaczyła, że przybrał inną pozycję, gdy wykrzywił usta. Mimo łagodnego czerwcowego popołudnia na ramionach Clary pojawiła się gęsia skórka. Josh miał w sobie pewien magnetyzm, na co wcześniej nie zwróciła uwagi. Nawet kiedy stanęła za kanapą, stanowiącą fizyczną barierę między nimi, jej ciało szeptało: "bliżej, bliżej, bliżej".
- Słuchaj. Nie musisz strzec przede mną swojej cnoty, dobrze? - Roztoczył urok, co przychodziło mu z wyraźną łatwością. Musiał zauważyć, że energia między nimi zmieniła się z trywialnej w bardziej serio.
- Jestem zajęty, więc nie masz się czym martwić. Mieszkam tu tylko do czasu, aż przekonam moją byłą dziewczynę, żeby pozwoliła mi się z powrotem wprowadzić. Twardy z niej orzech, ale jestem pewien, że za tydzień lub dwa będę w stanie ją urobić, a potem będziesz miała mnie z głowy na dobre - przekazał wiadomość wyćwiczonym, łagodnym tonem kogoś przyzwyczajonego do rozpalania płomienia nadziei tylko po to, by go natychmiast ugasić.
- Och - powiedziała Clara, kiedy zrozumiała, co miał na myśli. - Nie.
Skrzyżowała ręce. Źle to odczytał. Oczywiście. Chciała Everetta. Kochała go prawie tak długo, jak sięgała pamięcią. Nawet nie znała tego faceta w podartych dżinsach i rozczochranych włosach.
- Oczywiście nie. Nie sądziłam, że chciałbyś... - Przesunęła ręką wzdłuż swojego ciała i wystawiła język z obrzydzeniem.
Jego oczy podążyły wyznaczoną przez jej dłoń ścieżką.
- Chwileczkę. Nie miałem na myśli, że nie chciałbym w innych okolicznościach. Jesteś bardzo... - Wyciągnął ręce przed siebie, jakby oceniał wagę dwóch dojrzałych melonów.
Oczy Clary rozszerzyły się.
- O Boże. Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłem. Przepraszam. Miałem na myśli tylko to... hmm... Jak to powiedzieć, żebyś się nie obraziła... - Znów podniósł ręce.
Krew napłynęła jej do twarzy.
- Zrozumiałam.
- No tak. Przepraszam. Ponownie. - Otrząsnął się jak mokry pies. - Poza tym myślałem, że ty i Everett jesteście parą. Sposób, w jaki o tobie mówił, sugerował, że coś was łączy.
Na wzmiankę o ukochanym gojące się rany w jej sercu otworzyły się na nowo i zaczęły pulsować. Nie wiedziała, ile może powiedzieć, aby nie wyjść na żałosną. Z pewnością coś łączyło ją z Everettem, nawet jeśli romantyczne zainteresowanie było jednostronne.
Coś w poważnym ułożeniu brwi Josha mówiło, iż poradzi sobie z większą dawką informacji o niej i Everetcie i że nie trzeba mu podawać jej lukrowanej wersji, tak jak przyjaciołom i rodzinie na wschodzie, których raczyła opowieściami wyssanymi z palca, aby jej nie osądzali i nie martwili się jej pochopną decyzją o nagłej przeprowadzce.
Z jakiegoś powodu zaczęła odsłaniać swoje wnętrze przed tym zaniedbanym nieznajomym.
- Everett i ja dorastaliśmy razem. Mimo że mieszkamy na różnych wybrzeżach od prawie dziesięciu lat, utrzymujemy kontakt, dzwoniąc do siebie i odwiedzając się nawzajem. Nie wiem, czy zdążyłeś go poznać, ale jest słodki, mądry, zabawny...
- I namówił cię, żebyś rzuciła wszystko i wprowadziła się tutaj tylko po to, by mógł porzucić cię przy pierwszej możliwej okazji? - Josh uniósł brew.
Clara cofnęła się o krok. Prawda zabolała.
- To nie do końca tak. Wiem, jak to wygląda - ściszyła głos, zawstydzona tym, jak ją poniosło. - Ale kiedy Everett zadzwonił kilka tygodni temu i przedstawił mi wizję życia w Los Angeles, z zachodami słońca, oceanicznym powietrzem i mieszkańcami, którzy nie muszą zakładać na noc nakładek na zęby, by nie zgrzytały im ze stresu...
W lewym policzku Josha pojawił się dołeczek.
- Wiem, że to brzmi głupio, ale potraktowałam to jak jakiś znak czy coś takiego. Wydawało mi się, że to moja szansa. Miłość, przygoda, długo i szczęśliwie, niczym z komedii romantycznej.
- Czy dobrze zrozumiałem? Ty, kobieta, która stworzyła laminowaną listę przeprowadzkową, podjęła ogromną życiową decyzję, opierając się na mglistym znaku, który wysłał jej wszechświat?
Clara wzruszyła ramionami.
- Czy nigdy nie zrobiłeś czegoś głupiego, żeby zaimponować komuś, kto ci się podoba?
Josh opadł na sofę, oparł stopy na stoliku do kawy i skrzyżował je na wysokości kostek.
- Nie. Nigdy.
- Myślę, że chcesz powiedzieć: "jeszcze nie".
Clara chwyciła rączki swoich walizek na kółkach.
- To która z sypialni jest moja?
[1] SAT - ustandaryzowany test wiedzy i umiejętności dla uczniów szkół średnich w Stanach Zjednoczonych.
[2] Wheat to po angielsku pszenica, która jest uprawiana na Wschodnim Wybrzeżu.