The Outrage - William Hussey

Reflow text when sidebars are open.
JAY HULME
Do 1967 roku bycie gejem w Anglii i Walii było nielegalne.
Do 1981 roku bycie gejem w Szkocji było nielegalne.
Do 1982 roku bycie gejem w Irlandii Północnej było nielegalne.
Do 1992 roku bycie gejem na Wyspie Man było nielegalne.
Do 2001 roku bycie gejem na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych było nielegalne.
Jeśli urodziliście się w Wielkiej Brytanii przed uchwaleniem Ustawy o równości w 2010 roku, dyskryminowanie osób LGBT było za waszego życia legalne. Jeśli chodziliście do szkoły państwowej albo korzystaliście z biblioteki publicznej w Anglii lub Walii, kiedy w latach 1988-2003 obowiązywał paragraf 28 (do 2000 roku w Szkocji), wasi nauczyciele czy pracownicy biblioteki nie mogli wypowiadać się pozytywnie o osobach LGBT. Dorastając w latach 80. i 90., William Hussey był świadkiem wielu wydarzeń, a ta książka jest jego ostrzeżeniem dla nas wszystkich. Nie możemy brać naszych praw za pewnik. Nie możemy zakładać, że odnieśliśmy zwycięstwo. Przyszłość taka, jak ta przedstawiona w tej książce, może wydawać się niemożliwa, ale dzisiaj, w 2021 roku, możesz zostać skazany na śmierć za bycie LGBT w jedenastu krajach. W ponad 70 krajach bycie LGBT jest nielegalne. Wielka Brytania wydaje się więc bezpiecznym miejscem. To, że mogłaby legalnie prześladować takie osoby, może wydawać się dziś nie do pomyślenia. Ale te prawa to niedawne zwycięstwa, a nasz status równych obywateli jest wciąż kruchy. Pomiędzy 2019 a 2020 r. liczba zgłoszonych przestępstw z nienawiści na tle homofobicznym w Wielkiej Brytanii wzrosła o 20%. Ta liczba podnosi się co roku od dekady. Wszędzie widzimy znaki ostrzegawcze; w rosnącej liczbie przestępstw z nienawiści wobec osób LGBT, publicznie akceptowanej twarzy transfobii i regularnych insynuacjach w mediach, że być może prawa LGBT "zaszły za daleko". Im więcej praw i widoczności zyskuje grupa zmarginalizowana, tym głośniejsi stają się ci, którzy jej nienawidzą. Osoby LGBT w Wielkiej Brytanii przeżywają bardzo niebezpieczny moment. Nasze prawa rzekomo nas chronią, ale te prawa są nietrwałe jak papier. Prawa to umowy, głosowane i odrzucane zgodnie z politycznym kaprysem. Wystarczy spojrzeć na kraje, które uchwaliły prawa czyniące osoby LGBT równymi obywatelami, a teraz, zaledwie kilka lat później, wprowadzają strefy wolne od LGBT. Bez walki z nienawiścią i jej podstawowymi przyczynami nasze prawa są niczym; łatwo mogą zostać zburzone lub zepchnięte na bok, zignorowane, gdy narośnie fala nienawiści, a przeszłość, która jest przecież niezbyt odległa, powróci. Warto o tym pamiętać, czytając The Outrage.
Jay Hulme jest wielokrotnie nagradzanym poetą, mówcą i pedagogiem oraz osobą transpłciową.
Odwiedź www.jayhulme.com, aby dowiedzieć się więcej.
TERAZ
Konstabl przeszukuje klasę, pyta o nazwiska, grzebie w torbach, ściąga uczniów z krzeseł i brutalnie stawia ich pod ścianą. Siedzę bliżej końca sali i nogami ściskam torbę leżącą pod moim biurkiem. To nie może się tak skończyć, prawda? Nie w taki sposób. Nie po tym wszystkim, przez co przeszedłem.
June została wyciągnięta ze swojego miejsca i stoi na baczność pod tablicą za biurkiem panny Calloway. Chrząknęła i w tym samym momencie Erik zrobił półobrót na krześle. Wpatruje się badawczo w moją twarz i szuka w niej potwierdzenia, że nie powinniśmy obawiać się o życie. Nie ma pojęcia o dysku w mojej torbie. Prawdopodobnie nawet nie podejrzewa, że mógłbym wziąć z biblioteki jeden z zakazanych filmów. Z drugiej strony, Erik zna mnie lepiej niż ktokolwiek, dlatego powinien się domyślić, że zrobiłem coś apokaliptycznie głupiego.
June kuli ramiona, kiedy konstabl Rakes wpycha łapy pod jej blezer.
- Nie ma nic w kieszeniach - mówi w końcu funkcjonariusz.
Jego przełożony wzrusza ramionami. Znam Huxleya, sierżanta z Wydziału Śledczego do Spraw Degeneratów. Jego zielona kurtka - mundur, który stał się powodem nadania jednego z przezwisk tym maniakom - jest tak upaprana resztkami śniadania, że można byłoby przygotować z nich porządny posiłek.
- To idziemy dalej. - Huxley ziewa. - Wszystko to strata czasu. Nie ma w tej bandzie żadnego degeneracika, prawda, panno...?
- Calloway. Esther Louise Calloway. - Konstabl podaje jej nazwisko, zanim panna Calloway ma szansę się odezwać. Funkcjonariusz ma kamienną twarz, a na ustach sztuczny, jakby doklejony uśmiech. Odwraca się od nauczycielki, sięga do tuniki i wyjmuje taśmę mierniczą, którą rozwija przy głowie June.
- Stój zupełnie nieruchomo - mówi i mierzy długość jej włosów.
Przy biurku za June, Liz siedzi z rękami zaciśniętymi w pięści. Tymczasem moje myśli skupiają się wokół bomby tykającej w sportowej torbie. Jeśli konstabl okaże się skrupulatny, to na pewno znajdzie dysk i co wtedy? Tajemnice, jakie odkryliśmy w opuszczonej bibliotece, zostaną ostatecznie wyjawione, a nam zafundują wycieczkę do Pralni. Może nasze rodziny znowu kiedyś nas zobaczą, ale będziemy jak zombie, gdy wyjdziemy z obozu z piętnującym nas różowym krzyżem na koszulach. A może nie wyjdziemy wcale.
Taśma zwija się z trzaskiem.
- O dwa centymetry za krótkie - melduje konstabl Huxley'owi. - Można powiedzieć, że ta długość włosów wskazuje prawdopodobnie na kobiecą degenerację, stojącą w sprzeczności z drugą Deklaracją publicznego dobra.
Huxley kiwa głową i zapisuje coś w notesie.
- Twoi rodzice powinni wiedzieć, jakie restrykcje dotyczą wyglądu kobiety, młoda damo. - Oddziera pasek papieru i podaje go June. - Zapłać grzywnę, zapuść włosy i zapomnimy o sprawie.
- Regulamin stanowy nakazuje w takich przypadkach zapisanie tożsamości, proszę pana. Może się przydać w przyszłości.
- Skoro musimy. Nazwisko.
- Juniper. Ryerson.
- Co? - Spokojny, kojący głos konstabla sprawia, że na policzku June pojawia się łza. Ociera ją ze złością, a ja mogę przysiąc, że czuję gorączkę jej zażenowania. Podobnie jak Liz, sam zaciskam pięści pod blatem, podczas gdy złość i strach zaciskają mi żołądek.
- Ju-ni-per - powtarza powoli. - Ry-er-son. Numer identyfikacyjny dwa-pięć-zero-osiem-jeden-łamane natrzy-dziewięć.
Cios nie jest zupełnie niespodziewany. Okej, może i jesteśmy w Specjalnym Ośrodku Edukacyjnym, zwolnieni z obowiązku służby narodowi i wszelkich paramilitarnych przyjemności, takich jak dwa lata maszerowania, składania mundurów i przechodzenia przez piekło skopywania nam tyłków, ale to nie znaczy, że nie wiemy, jak brutalna potrafi być rzeczywistość. Kiedy miałem siedem lat, widziałem sprzedawcę wywlekanego nad ladą i pobitego do krwi, bo jakiś konstabl usłyszał, że mężczyzna narzekał na nowe książeczki przydziałowe. Rok temu wychodząc z poczty, zobaczyłem, jak ktoś wyprowadza małą dziewczynkę, brutalnie trzymając ją za szyję, tylko dlatego, że sąsiad podejrzewał, że coś jest nie tak w papierach pochodzenia jej rodziców. Ale walenie mojej przyjaciółki z piąchy w brzuch? Nie wiem. Coś we mnie pękło.
Wstaję, Erik też się podnosi, i nie potrafię powstrzymać narastającej we mnie dumy. Erik sprzed siedmiu miesięcy zachowałby milczenie i siedział. Ale zanim którykolwiek z nas zdążył zainterweniować, panna Calloway pomaga June się podnieść i pociesza ją.
- Jestem pewna, że nie chciała dopuścić się żadnego wykroczenia, konstablu. Juniper jest bardzo dobrze ułożoną dziewczyną. Kierujemy ją w trybie przyspieszonym do medycznego programu naukowego Protektoratu, który, jak zapewne nie muszę panu przypominać, jest przeznaczony dla zdolnych młodych umysłów. Nawet nie chcę myśleć, że jej pobyt w naszej szkole mógłby zostać zagrożony...
- Stul ten głupi dziób, dobrze? - mówi konstabl z uprzejmym i słodkim jak lukier uśmiechem. - Chyba że chcesz znaleźć się na liście skazanych z paragrafu dwudziestego ósmego?
Erik i ja siadamy z powrotem. Krew odpływa z twarzy panny Calloway. Paragraf 28, jedna z najstraszniejszych kar, jaką mogą wymierzać funkcjonariusze państwowi, nazywany tak, jak twierdzi mój ojciec, "ku czci" jakiegoś starożytnego prawa z lat osiemdziesiątych XX wieku, które zabraniało uczenia w brytyjskich szkołach przez degeneratów i ich bliskich. Nowy podpunkt paragrafu 28 pozwala funkcjonariuszowi na szukanie w domach i miejscach pracy dowodów "niemoralności". Wcześniej chodziły plotki o tym, że Esther Calloway i miła pani ze stołówki mieszkają razem na obrzeżach miasta. Może funkcjonariusze Zielonych Kurtek obserwowali tę samotną chatę przez jakiś czas, ale z drugiej strony w dzisiejszych czasach trudno zastąpić nauczyciela kimś nowym. Widzę jedynie strach w oczach panny Calloway - ogromny i zaraźliwy - przypominający przerażenie, jakie widziałem u Erika.
- Juniper? - Konstabl mówi w zadumie, obraca się do niej i kiwa palcem przed jej twarzą. - Brzmi trochę etnicznie, co? Może powinniśmy skierować całą rodzinę na pełne badanie pochodzenia.
- Nie ma w nim nic etnicznego - mamrocze Erik. - Juniperus communis. Miejscowy jałowiec. Kiedyś widywało się je w całej Wielkiej Brytanii, ale wymarły jakieś dziesięć lat temu. Prawdę mówiąc, to imię patriotyczne aż do bólu.
Konstabl błyskawicznie obraca głowę.
- Czy to nie fascynujące?
Stracił całe zainteresowanie June i zmierza ku Erikowi. I choć wiem, że Erik jest bezpieczny, jak nikt w klasie, serce i tak podchodzi mi do gardła. Erik nie podnosi spojrzenia. Wbił wzrok w trzymany przed sobą podręcznik do geometrii.
W ostatniej chwili Huxley wykazuje zainteresowanie.
- Rakes.
Coś nowego pojawia się w tonie sierżanta. Coś groźnego. Konstabl Rakes ogląda się za siebie, a Huxley kręci masywną głową.
- Przejrzyj na oczy. To syn szefa.
Rakes wygładza nieskazitelną kurtkę, poprawia opaskę na ramieniu: WSWP-WŚD (Wydział Spraw Wewnętrznych Protektoratu - Wydział Śledczy do Spraw Degeneratów). Ma wąsy - zabawną gąsienicę drgającą mu nad górną wargą. Może to dlatego bez przerwy się uśmiecha.
- Erik. Oczywiście, podobnie jak ojciec też nie umiesz trzymać języka na wodzy. - Mierzwi i tak już potargane włosy Erika. - Nie wiem, czy już o tym wiesz, ale zostałeś ostatnio przyjęty do lokalnego oddziału Młodych Lwów. Interesujące, bo nawet do nich nie należysz. Może któregoś dnia zobaczymy cię na przeglądzie lojalności?
- Do rzeczy - radzi Huxley.
Rakes odsuwa rękę od włosów Erika i pochyla się w stronę Alberta. To czysty fart, przynajmniej dla mnie. Zwykle siedzę obok Erika, ale tego ranka Albert miał kolejny atak zawrotów głowy i poprosił mnie o zamianę miejsc, żeby móc siedzieć bliżej okna. Jest koniec marca, typowy dzień, wściekle upalny, a w szkole Mosleya klimatyzacja padła trzy lata temu.
Oczywiście zgodziłem się. Przyjaźnię się z Albertem praktycznie od zawsze, choć zamiana miejsc trochę mi doskwiera. Chodzi o to, że rozwiązuję zadania z geometrii znacznie szybciej niż Erik, dzięki czemu zyskuję cenne chwile na zerkanie na jego zachwycającą twarz, lekko wykrzywioną skupieniem. Ale Albert naprawdę wyglądał jak ktoś, kto zaraz zwymiotuje, dlatego się zgodziłem, dowodząc tym samym, że Protektorat myli się przynajmniej co do jednego: my, degeneraci z piekła rodem, możemy być przyzwoitymi ludźmi.
Jednak jest to jedynie odłożenie wyroku w czasie. Krótki postój, zanim zamkną się za mną bramy Pralni. Kiedy patrzę, jak Rakes siłą podnosi Alberta z krzesła, nagle zdaję sobie sprawę, że mnóstwo znanych mi faktów dotyczących obozów jest opartych na zasłyszanych opowieściach: "Podobno gwardziści używają degenów jako tarcz strzelniczych, kiedy ćwiczą strzelanie. Nie bądź głupi, najpierw dają im szansę - wstrząsy elektryczne, wiem to od wuja. Wysmażają im z głów świńskie myśli. Nie, wcale tak nie jest. Strzelają i zabijają tych obmierzłych dupków. PIF! Jednym strzałem. No tak, przecież Lord Protektor nie znosi marnotrawstwa kul, prawda?". Zapytałem ojca, czy wie coś o obozach, ale pokręcił jedynie głową i zmienił temat.
Jedno wiem na pewno: w Protektoracie rzeczywistość okazuje się zawsze gorsza od plotek.
- Co to jest? - Głos Rakesa sprowadza mnie z powrotem na ziemię.
Przewraca do góry nogami torbę Alberta, której zawartość wypada z metalowym brzękiem na ławkę. Jabłko Adama na szyi chłopaka podchodzi do góry i opada. Jest niski jak na siedemnastolatka, sięga mi ledwie do ramienia. Z tymi jego niesamowitymi szarymi oczami i burzą jasnych włosów, Albert przypomina postacie z gier planszowych fantasy, w które graliśmy jako dzieci. Leśny elf. Dopiero w tej chwili sobie to przypomniałem. Kiedyś nocował u mnie w soboty. To było zaledwie sześć lat temu. Dziwne, jak bardzo się od siebie oddaliliśmy od tamtego czasu.
- Albert ma dryg do mechanicznych rzeczy - mówię, ściągając na siebie spojrzenia wszystkich oczu w klasie. - Naprawianie zepsutych przedmiotów to jego specjalność. Uruchomił nawet kiedyś stary samochód. Jakiś złom zrobiony w czasach jeszcze przed Zniewagą. Jak to się nazywa, Albercie?
No tak, klasyczny Gabe Sawyer: daję popis odwagi akurat w chwili, kiedy powinienem być zajęty obmyślaniem jakiegoś genialnego planu uniknięcia Pralni. Milknę.
Tymczasem błyszczący srebrny dysk jest w mojej torbie. Mam wrażenie, że pulsuje między kostkami nóg, zdradliwy wulkan, który zniszczy nie tylko moje życie, ale też życie mojej rodziny, przyjaciół, praktycznie wszystkich ludzi, z którymi kiedykolwiek zamieniłem słowo. Co najgorsze, pociągnąłbym za sobą także Erika, a do tego nie mogę dopuścić.
- To był sedan - mamrocze Albert. - Mercedes klasy E. Model dwa tysiące trzydzieści.
- Zdegenerowane zagraniczne maszyny - warczy Huxley, kiedy Rakes zaczyna przeglądać kolekcję kluczy francuskich i innych narzędzi Alberta. - Pozwolimy ci zatrzymać te rzeczy, ale twój ojciec będzie musiał przynieść do naszego biura odpowiednie zezwolenie. Jak wiecie, posiadanie niezatwierdzonych narzędzi może okazać się poważnym wykroczeniem. Materiały wybuchowe podłożone zeszłego lata w parlamencie przez Ruch Oporu były zmontowane czymś takim...
Jego głos cichnie, stłumiony pulsowaniem w moich uszach. Przemyślałem wszystkie możliwości i nie mam drogi wyjścia. Nie mogę upierać się, że dysk nie jest mój, jeśli chcę uniknąć skazania na przesłuchanie całej szkoły. Raz w roku Wydział Spraw Wewnętrznych organizuje prezentacje edukacyjne, mające na celu przestraszenie dzieciaków: Zielone Kurtki z Wydziału Śledczego do spraw Degeneratów, Żółte Kurtki z Wydziału Politycznego, Czarne Kurtki z Wydziału do spraw Obcych i Szare z Wydziału Przestępczości Ogólnej. A ja będę musiał oddać dysk Wyszukiwaczom Ohydy, których pokazy slajdów wywracają żołądki na drugą stronę. Nie ma mowy, żeby ktoś, kogo kocham, znalazł się na łasce tych szalonych sadystów.
Pocę się. Okulary zaczynają mi zachodzić mgłą. Ściągam je z nosa i wycieram rękawem, zanim podchwytuję spojrzenie Erika. Najwyraźniej podziela moją panikę. "Co?" - pyta mnie ruchem warg. Co?! Dobre pytanie. Nie wierzę w Boga, choć to wbrew prawu. Nigdy nie wierzyłem. Ale teraz... może nie tyle się modlę, ile naprawdę mocno skupiam się na pragnieniu. Pragnę alarmu przeciwpożarowego; pragnę, żeby dysk magicznie się zdematerializował; pragnę, żeby Huxley padł na kolana powalony atakiem serca. W tej chwili naprawdę wszystko mi jedno. A najbardziej ze wszystkiego pragnę w jakiś sposób przekazać Erikowi: "Kiedy to się stanie, niech i tak będzie. Nie próbuj z nimi walczyć, nie biegnij do ojca. Pamiętasz, co powiedziałeś mi tamtego dnia na brzegu rzeki? On patrzyłby spokojnie, jak cały świat płonie dla Protektoratu".
Nagle wracam do rzeczywistości i znów zauważam Alberta. Przenosi spojrzenie między mną a Erikiem, i jakkolwiek brzmi wiadomość, którą usiłujemy przekazać sobie nawzajem w myślach, wydaje się, jakby Albert się w nią wsłuchiwał. Spojrzenie jego hipnotyzujących szarych oczu wędruje ku torbie pod moim biurkiem. Przełyka głośno ślinę.
I wtedy Albert robi coś niewiarygodnego.
Konstabl Rakes nadal spisuje narzędzia, kiedy ciemna plama pojawia się na kroczu Alberta. Funkcjonariusz podnosi wzrok, przestaje pisać, a sekundę później klasa wybucha śmiechem. Szczerze mówiąc, jest tak, jakby czas w szkole Mosleya cofnął się o dekadę, znów jesteśmy dzieciakami, uganiamy się po boisku i chichoczemy z głupawych dowcipów.
A Albert dokładnie tego chciał.
- Jezu Chryste - mamrocze Rakes. Praktycznie rzecz biorąc, to bluźnierstwo, ale wątpię, żeby ktokolwiek doniósł na niego.
Rzuca notes na biurko Alberta i usiłuje zaprowadzić porządek. Ale jego autorytet przepadł, przynajmniej na teraz. Nawet Zielona Kurtka nie może konkurować z czystą frajdą, jakiej dostarcza szklanka sików w spodniach jednego z dzieciaków. Ponad dwadzieścia krzeseł odsuwa się z głośnym szuraniem od biurek i wokół niepozornej postaci Alberta zbiera się tłumek.
- Co jest, do diabła, Albie? Wypiłeś za dużo soku przed lekcjami?
- O rany! Będziesz teraz płakał, Heck? Chłopaki, myślę, że on naprawdę zaraz się rozpłacze.
- Mowy nie ma. Bo wtedy będzie przeciekał z obu stron!
Teraz prawie nie widzę Alberta. Palant, który jest w naszej szkole tylko dlatego, że jego matka zajmuje wysokie stanowisko w Wydziale Dobrobytu Protektoratu, wskazuje krocze Alberta drewnianą linijką. To przygnębiające, ale wydaje mi się, że nie ma w tym niczego zaskakującego. Zazwyczaj my z SOE gramy ze sobą fair, ale czasem takie danie upustu ciśnieniu pozwala się lepiej poczuć.
Kątem oka spostrzegam, że Erik odszedł od biurka i stanął w kole, plecami do mnie. Ramiona ma zgarbione i nie wygląda na kogoś, komu znęcanie się nad rówieśnikiem sprawia frajdę, ale jego słuszny wzrost - metr dziewięćdziesiąt - skutecznie zasłania mnie przed Rakesem.
Ręce mi się trzęsą, kiedy chwytam torbę i szamoczę się ze sznurkiem, którym jest ściągnięta na górze. Palce mam straszliwie niezdarne, jakbym miał na nich rękawiczki. Po kilku sekundach gorączkowego majstrowania przy torbie, opieram brodę o biurko i ośmielam się spojrzeć do góry. Drwiny nadal trwają w najlepsze, ale wiem, że Rakes nie będzie długo tego tolerował. Właściwie to jestem zdumiony, że jeszcze nie wyciągnął pałki i nie rozwalił kilku głów dla przykładu.
Panna Calloway zakryła usta rękami. Huxley oparł głowę o framugę drzwi - obraz znudzenia. Erik spogląda za siebie i pośpiesza mnie gestem. Okej, Jezu, staram się! A potem cień pada na moje biurko. Podnoszę wzrok, pewny, że wytłumaczenie, którym uraczę pochylającego się nade mną konstabla z wąsikiem, będzie żałosne.
- Tego potrzebujesz?
To Ben Dempsey rzuca mi cyrkiel. Tymczasem Grace Everard przysiada na brzegu mojego stolika i obejmuje ramieniem szyję swojego chłopaka. Czuję głupi przypływ zazdrości - ale nie w stosunku do Bena i Grace, którzy właśnie ocalili moje dupsko, ale dlatego, że ten prosty czuły gest nigdy nie narazi ich na przesłuchania. Zasłonięty przez Grace, wsuwam ostry koniec cyrkla w supeł i cały czas się zastanawiam, czy naprawdę zasługuję na miejsce w tej elitarnej szkole. W końcu nie udało mi się wpaść na to proste rozwiązanie.
Poluzowuję supeł w chwili, gdy Rakes postanawia zakończyć upokarzanie Alberta. Szarpię się z torbą, otwieram ją i wsuwam rękę do środka w chwili, kiedy jego głos przekrzykuje panującą wokół wrzawę.
- Wracajcie na miejsca, wszyscy. I dziękujcie Lordowi Protektorowi, że nie spiszę niektórych z was za profanację.
Wyzwiska ustają. Tłumek zaczyna się rozchodzić.
Zostały mi sekundy.
Ale nie mogę znaleźć dysku.
Macam palcami sztywne skarpety na wuef, natrafiam na pudełko z racjami, znajduję banknot tysiącfuntowy, za który mógłbym kupić czekoladowego batona, gdybym miał wolne po godzinie czwartej.
- Powiedziałem, na miejsca.
- Zaraz usiądę - mówi Erik. - Ale najpierw chcę sprawdzić, czy z nim wszystko w porządku.
Trzech, czterech uczniów nadal stoi przy Albercie. Ben rzuca mi spojrzenie ponad ramieniem Grace, to desperacka prośba, żebym skończył wariactwo, w jakie się wplątałem, niezależnie od tego, co to było. Tymczasem Erik zatacza powoli koło, aż staje niemal przede mną, przyciągając spojrzenie Rakesa. Wie, że jest praktycznie nietykalny, ale nawet syn głównego inspektora nie może przeciągać struny, bo wtedy Wyszukiwacze Ohydy natychmiast wyczują szczura.
- Co masz na myśli mówiąc, "czy z nim wszystko w porządku"? - warczy Rakes. - Widać gołym okiem, że nie. Ten mały pedzio zsikał się przed całą klasą.
- I?
To zbija Rakesa z tropu.
- Słucham?
- Upokorzyłeś go, a on zareagował. - Erik wzrusza ramionami. - Dam głowę, że mój ojciec byłby z ciebie dumny, że tak wystraszyłeś chłopaka. Zgodzisz się ze mną, Carl?
Huxley, nadal tkwiący przy drzwiach, zachichotał.
- Założę się, że masz rację, Eriku. Ale nie mamy zamiaru aresztować tego walniętego chłopaczka za to, że się zsikał. W każdym razie jeszcze nie teraz. - Chichot przechodzi w głośny śmiech. - Przypomnę ci tylko, że nigdy nie wiadomo, jaka może być następna dyrektywa Wydziału Dobra Publicznego.
Wyczuwam w końcu dysk. Wsunął się między kartki nieskazitelnie czystego egzemplarza Przysiąg i Regulaminów Protektoratu. Jak na ironię schował się w książce, w której figuruje jako rzecz zakazana. Wyciągam dysk w chwili, gdy Rakes warczy:
- Zaraz, zaraz. Co się tam dzieje?
Mam dysk w ręku, jego tęczowe odbicia padają na sufit niczym snop światła z reflektora. Zamykam palce wokół jego krawędzi, wrzyna mi się w ciało i czuję, że mój świat się rozpada.
Nie świat Westwick albo Anglii, ani nawet wspaniałego Protektoratu, ale mój świat, składający się z przytulnego bungalowu, który dzielę z ojcem, kuchni z poobijanym stołem, przy którym czytamy, pijemy herbatę lub po prostu siedzimy, odprężeni w panującym milczeniu; z rzeki, w której pływam prawie codziennie, nawet kiedy woda jest lodowato zimna, a mój oddech zmienia się w parę; doliny z drzewem zwieszającym się znad jej krawędzi, obietnic i sekretów, którymi wymieniamy się między jego gałęziami. I z biblioteki, rzecz jasna - naszego sekretnego miejsca. Mojego, Erika i naszych wspólnych przyjaciół - Bena i Grace, Liz i June, i Alberta. Miejsca, do którego wszyscy przychodzimy, gdzie czujemy się wolni dzięki starym filmom, jakie tam znaleźliśmy i gdzie w końcu postanowiłem, że sam będę robił filmy. Teraz to wszystko przepadnie, niczym dziecięce marzenie wyszeptane w ciemności.
- W czym problem? - pyta Ben, którego głos przywraca mnie do rzeczywistości. - Tylko się całowaliśmy.
- Nie bądź niegrzeczny wobec konstabla - mówi Grace. - Przepraszam pana, nie mieliśmy nic złego na myśli. Ale w tym całym zamieszaniu wydawało się nam, że nikt tego nie zauważy...
Nic więcej nie słyszę. Grace i Ben nadal stoją przed moim biurkiem i skupiają na sobie uwagę.
Schowany za nimi, obracam się i mam tylko nadzieję, że pamięć mnie nie zawodzi. Siedzę w tej klasie od czterech lat, od kiedy reszta naszego rocznika skończyła szkołę w wieku trzynastu lat i albo poszła do służby narodowej, albo zaczęła pracę w jakiejś fabryce lub przy innym fizycznym zajęciu. Czy aby na pewno zepsuty klimatyzator nie jest tylko wytworem mojej wyobraźni?
Nie. Jest tam, powgniatany, zardzewiały i zajebiście wspaniały. Nie marnuję już ani chwili. Wsuwam dysk w jedną ze szczelin i słyszę ogłuszający brzęk, kiedy upada na dno urządzenia. Na szczęście w tym samym momencie Rakes traci cierpliwość i każe Benowi i Grace wracać na miejsca. W chwili, gdy zeskakują z mojego biurka, siedzę spokojny, twarzą do klasy, a nad głową pewnie mam aureolę jak z kreskówki.
- Konstablu, ja... hm... czy Albert mógłby pójść do łazienki? - mamrocze panna Calloway. - Mamy zapasowe mundurki w sekretariacie i...
Rakes ujmuje Alberta za ramię i siłą sadza na krześle.
- Będzie tak siedział przez resztę dnia i wróci do domu w takim stanie.
Albert wpatruje się przed siebie niewidzącym wzrokiem. Jest taki bezradny i bezbronny. Coś ściska mnie w sercu, euforia wywołana wywinięciem się znika w jednej chwili. Chcę jedynie podejść do niego i uściskać przyjaciela jak najserdeczniej. Ale nawet za to zostałbym aresztowany. Zerkam na Erika i widzę, że on też patrzy na Alberta, usta ma mocno zaciśnięte.
Pieprzyć Rakesa. Pieprzyć go i pieprzyć Huxleya, i pieprzyć każdego Wyszukiwacza Ohydy, który kiedykolwiek założył zieloną kurtkę.
- Coś ci się nie podoba?
Konstabl wyciąga rękę po moją torbę, a ja przesuwam ją do niego.
- Coś taki wyrywny? - Uśmiecha się do mnie.
- Coś pan taki rozbawiony? - odparowuję. - To pewnie przez te śmieszne wąsiki, prawda? Niech mnie pan źle nie zrozumie, są naprawdę zabawne.
Uśmiech tężeje.
- Ty mały okularniku...
Upuszcza torbę i unosi pięść w rękawiczce. Mam, czego chciałem. Unoszę brodę i małpuję jego uśmiech.
- Zostaw go! - wrzeszczy Huxley. - To przyjaciel tego chłopaka.
Rakes bierze się w karby. Zgrzyta zębami, jakby tysiąc gróźb piętrzyło się w jego ustach, ale mówi jedynie:
- Wyjmuj łapy z rękawów. Wiesz dobrze, że w miejscach publicznych twarze i ręce muszą być widoczne przez cały czas.
Z tymi słowami posyła mi piorunujące spojrzenie, obraca się na pięcie i wymaszerowuje z klasy niczym psychotyczny dzieciak. Huxley kiwa głową pannie Calloway i też wychodzi.
Po kilku minutach ciszy dźwięk dzwonka pobudza wszystkich do działania. Uczniowie mrugają powiekami i śmieją się, a potem pakują wybebeszone torby. Kilka dłoni poklepuje Alberta po plecach w drodze do drzwi. Sam chcę się przekonać, jak on się ma, ale Albert chwyta torbę i wypada z klasy jak burza. Liz usiłuje go zatrzymać, lecz wymija ją i znika.
- Wszystko w porządku? - pyta Ben.
- Aha. - Wstaję i kładę rękę na pordzewiałej obudowie klimatyzatora. - Dzięki, kolego.
June i Liz dołączają do Bena i Grace przy moim biurku. June nadal ma usta wykrzywione bólem, a Liz głaszcze ją po plecach. Prosty, przyjacielski gest, choć czułość w nim jest nie do przeoczenia dla tej garstki z nas, która wie, co one dwie dla siebie znaczą. Wbrew wszystkiemu to wywołuje u mnie uśmiech.
- Chcemy wiedzieć, z jakiego powodu to wszystko? - pyta Grace. Palce ma zaplątane w dziurki kardiganu.
Biorę głęboki oddech.
- Szczerze? Cieszę się, że nie zapytał o moje nazwisko.
June uśmiecha się smutno.
- Skoro "Juniper Ryerson" mu się nie spodobała, to pogubiłby się totalnie przy "Gabrielu Garcii Sawyerze".
Kiwam głową. June i ja jesteśmy prawdopodobnie jedynymi uczniami w naszej szkole o "egzotycznie" brzmiących imionach.
Mija ponad trzydzieści lat aktywnej dezintegracji narodu, a Protektorat nadal zachęca obywateli do nurzania się w nostalgii, jakby to miało coś zmienić. "Tradycyjne" imiona są częścią tej gry.
- Nic ci nie jest? - pytam ją.
- Pfff. - Wzrusza ramionami. - Moja babcia potrafi mocniej przyłożyć.
- Jestem pewny, że mogłaby też zapuścić bardziej przekonujące wąsy.
W końcu podchodzi do nas Erik. Kręci głową, ale to nie jest już ten sam chłopak, jakim był siedem miesięcy temu, a jego szeroki uśmiech pojawia się teraz częściej.
- Gabe - mówi z westchnieniem. - Co jest, kurde?
No dobra, przyznam się. Nawet po tych siedmiu miesiącach nadal kręci mi się w głowie za każdym razem, gdy widzę Erika Dufresne.
A widuję Erika Dufresne każdego pieprzonego dnia. Okej, jestem kretynem, bo potrzebowałem kilku tygodni, żeby zdać sobie sprawę, że nazwisko Erika nie jest pisane tak, jak się je wymawia, i jak tępawy małolat, któremu po raz pierwszy ktoś wpadł w oko, przez kilka wieczorów pisałem w zeszycie Dufrain i rysowałem beznadziejne serca nad nieistniejącym "i".
Tak, mam siedemnaście lat i jestem żałosny.
Teraz jedynie nos wystaje mi nad powierzchnię wody i czekam, aż znów poczuję to znajome oszołomienie. Rozmyślam o tym, że niepewność oczekiwania jest równie przyjemna, jak samo spotkanie. Ale wtedy on wychodzi z szatni z typowym dla siebie nieśmiałym uśmiechem na ustach i rzecz jasna okazuje się, że jego widok jest dużo, dużo lepszy od tej tęsknoty.
I oto jesteśmy, dwóch chłopaków spędzających razem czas. Wszędzie indziej wzbudziłoby to podejrzenia, ale na miejskim basenie? No to dalej, śmiało! Może od razu pójdziecie nago pod prysznic i może nawet trzaśniecie kogoś ręcznikiem w mokry zadek? Tylko nie zapominajcie, że wszystko musi być podszyte żartem, a zwykłe zerknięcie nie tam, gdzie potrzeba, może z łatwością zniszczyć wam życie.
Nie żebyśmy akurat w tej chwili mieli się czego obawiać. Poza nami nikogo tu nie ma, a ponieważ pływam w tym basenie od dawna, dłużej niż ktokolwiek inny, Dennis, ratownik, wymknął się na papierosa.
Erik wślizguje się do wody, zanurza z głową i wypływa uśmiechnięty, krople wody spływają mu po policzkach. Oblizuje usta, krwistoczerwone na tle jego marmurowo białej skóry. Pamiętam, jak pierwszy raz go zobaczyłem, bladego i wystraszonego przed frontem klasy. Pomyślałem wtedy, że te usta wyglądają jak rana.
Podpływa do mnie, zataczamy koła, ręce sięgają i wycofują się, marzą o dotykaniu i byciu dotykanym. W końcu Erik wzdycha i kładzie się na plecach.
- Czy ty kiedykolwiek potraktujesz coś poważnie? - szepcze. - Dam głowę, że celowo opuściłeś rękawy.
- Jakie rękawy? - Unoszę się na wodzie za nim, rzucam spojrzenia na boki i marszczę nos.
- Za każdym razem, kiedy widzisz jakiegoś funkcjonariusza, celowo chowasz ręce w rękawach. Nie powinieneś tak ich drażnić.
- Wiem, moja mama też tego nienawidziła. - Nienawidzi. Dlaczego zawsze mówię o niej w czasie przeszłym? - Kiedy byłem mały, kręciłem się po bungalowie z rękami w kieszeniach, a ona mówiła: jeśli nie przestaniesz tego robić, przyjdą Żółte Kurtki i cię zabiorą. Najwyraźniej knułem jakiś polityczny spisek mający obalić Protektorat, a tak naprawdę jako pięciolatek miałem naturalną obsesję na tle swojego siusiaka.
Erik szczerzy się do sufitu.
- Niektóre rzeczy się nie zmieniają.
- Mój siusiak się zmienił! - protestuję. - I to znacznie się zmienił. Zresztą mylisz się.
- Jak to?
Przekręcam się na brzuch.
- Naprawdę podchodzę poważnie do niektórych rzeczy.
- Czy to znowu dotyczy twojego siurka?
Rzucam się na niego, chwytam go za głowę i wciskam pod wodę. Z brzegu basenu to wygląda zupełnie niedegeneracko. Dwóch gości siłuje się w wodzie. Okej, może moje palce zatrzymują się odrobinę za długo w jego ciemnych pofalowanych włosach. I czuję łaskotki towarzyszące głupawemu śmiechowi, kiedy ramiona aż zbyt chętnie się splatają. Cóż, czy nie jest to podobne do zabawy dwóch braci? A gdy śmiech milknie i zbliżamy się do siebie, przykładam mu wierzch dłoni do policzka.
- Ciebie traktuję serio - mówię mu. - Zawsze.
Sięga do mojego nadgarstka i odsuwa moją rękę.
- Nie wszystko jest żartem, Gabe. Jeśli dowiedzą się o bibliotece? Jeśli znajdą filmy?
- Nie znajdą. Przysięgam.
Odpływa ode mnie.
- Za bardzo ryzykujesz.
- No wiesz, gdybyś nie zaryzykował ze mną ten pierwszy raz, nie byłoby nas tutaj. A ja nie robiłbym tego. - Dopadam go, ściskam mu policzki między dłońmi, zmieniam mu usta w dziubek i posyłam teatralnego całusa! Jak wygłupiające się dzieciaki. I nic więcej. - Facet - szepczę. - Czy ktoś już ci powiedział, że masz wyjątkowo seksowną rybią twarz?
Erik nie odpowiada. Skórę ma zaczerwienioną, a ja nie potrafię powiedzieć, czy się wkurzył. Nurkuje przez długą chwilę, siedzi na dnie z zamkniętymi oczami. Spoglądam na zegar cyfrowy zawieszony na końcu basenu: 16:25. Zostało nam tylko kilka minut do rozpoczęcia popularnych zajęć na basenie. Nie chcę, żeby był na mnie zły, kiedy te hordy tu nadciągną.
Obracam się i podpływam szybko do brzegu, podciągam się i wychodzę z wody. Kiedy Erik ponownie się wynurza, wypinam tyłek i idę wzdłuż basenu kiwając się na boki, wymachując ramionami, jak gibon i coś bełkoczę. Erik wybucha śmiechem, kiedy wykonuję idealne klepanie się po brzuchu i skaczę nad nim do wody.
- Małpie wygłupy?
- Małpi idiota - odpowiada i uśmiech znika mu z ust. Po drodze opowiedziałem mu o dysku i widzę, że chce znowu do tego wrócić. - Prawdę mówiąc, kompletny idiota. Nie mogę po prostu zrozumieć, jak możesz być taki beztroski.
Odgarniam włosy z twarzy i staram się dorównać mu powagą.
- Już to przerabialiśmy. Siedziałem wczoraj do późna i pakowałem się po twoim wyjściu. Dysk musiał wpaść mi do torby. A kiedy go znalazłem dziś rano, nie było czasu na odniesienie go do biblioteki przed szkołą. Pech i to wszystko.
Marszczy czoło.
- Raczej chodzenie z głową w chmurach. - Potem czoło mu się wygładza i posyła mi pobłażliwy uśmiech. - Mimo wszystko chodzenie z głową w chmurach nie jest złą cechą dla następcy Stevena Spielburna.
- Spielberga - poprawiam go z obrazą w głosie.
Wiem, że chciał być zabawny, ale w jakiś sposób to budzi we mnie marudę. Kiedy rozmawiam z Erikiem o moim głupim marzeniu o zostaniu reżyserem, niemal wierzę, że mogłoby się ziścić.
Ale obaj znamy prawdę. Jedyne filmy powstające w Protektoracie to propagandowe bzdety, pokazywane w telewizji w każdą niedzielę - tanie, tandetnie zrobione śmieci o lojalnych oficerach strzegących naszej niewielkiej wyspy przed cudzoziemcami i zdrajcami, którzy jej zagrażają.
Wolałbym umrzeć, niż robić takie filmy.
Erik dotyka mojego ramienia.
- Hej, przepraszam. Drażniłem się i tyle.
- Nie ma o czym mówić - odpowiadam. - Ale wiesz, te filmy, które razem obejrzeliśmy, możliwości, jakie nam pokazały? Dały mi tak wiele. Zawsze wiedziałem, że to okej, bycie tym, kim jesteśmy, ale dzięki tym filmom czuję się lepiej we własnej skórze, choć zawsze myślałem, że to niemożliwe. Te filmy to sprawiły, Eriku, i pewnego dnia ja też będę opowiadał o ludziach takich, jak my... Tyle że do tego nigdy nie dojdzie, prawda?
Wzdycha.
- Czy dlatego nie powiedziałeś innym?
- Wiem, że nie śmialiby się - odpowiadam. - Nie powiedzieliby mi, że jestem głupi. Ale kiedy rozmawiamy o tym tylko my dwaj, ten pomysł wydaje mi się możliwy do zrealizowania. A gdybym podzielił się nim z innymi? Sam nie wiem. W jakiś sposób wydawałby mi się bardziej żałosny. Czy to ma jakiś sens?
- Gabe - mówi cicho. - Ja...
Głosy z szatni rozchodzą się echem. Tępy, niezrozumiały gwar. Nie zostało nam dużo czasu.
- Tak czy inaczej - mówię - mamy większe problemy niż moje głupawe chodzenie z głową w chmurach. Musimy odzyskać dysk.
Obciera z brody kroplę wody.
- Spróbujemy.
- Myślę, że mam plan.
- Masz plan. - Nadyma policzki. - To brzmi złowieszczo.
- Hej! Czy moje plany kiedykolwiek zawiodły? - Erik musi przyznać, że moje pomysły bywają zupełnie niewiarygodne. Przynajmniej tak interpretuję jego milczenie. - Zdradzę ci więcej później w bibliotece. A przy okazji, chciałem ci powiedzieć, że wczoraj po waszym wyjściu znalazłem kilka nowych filmów - mówię szybko, gdy podpływamy do schodków. - Dysk musiał spaść za wiatrakiem na dno klimatyzatora. Boję się, że to mogą być ostatnie filmy, jakie uda nam się obejrzeć, chyba że natrafimy przypadkiem na kolejną skrzynię ze skarbami w jakiejś innej opuszczonej bibliotece.
- Widziałeś je? - Zwęża oczy. - Gabe!
- Przepraszam - mówię, śmieję się i odpycham jego ręce. - Nie mogłem się oprzeć.
- Okej, zdrajco, jakie mają tytuły.
- Pierwszy to Tamte dni, tamte noce. - Przerywam, bo nagle czuję ogromną grudę w gardle. - Jest taki piękny, Eriku. Muzyka, zdjęcia, dialogi. Jest jednocześnie marzycielski, pełen treści i ciężki. Fabuła opowiada o chłopaku w naszym wieku. Mieszka z rodzicami we Włoszech, w pięknej willi, i powoli zakochuje się w facecie, przysięgam to jest... - Brakuje mi słów, nie potrafię wyjaśnić tego, czego nie da się wyjaśnić, ale rozpaczliwie chcę dać mu pojęcie o tym, jak się czułem po obejrzeniu tego filmu, płakałem z radości, żalu i byłem wdzięczny. - Dlatego kocham filmy - mówię w końcu. - Pomagają mi nazwać coś, co już przeczuwam.
- A co ten pomógł ci nazwać? - Sięga pod wodą i dotyka mojej ręki opuszkami palców.
- Będziesz musiał go zobaczyć - odpowiadam. - Jest o nas, o każdym, nawet tu i nawet teraz. Aktor, który grał chłopaka, jest trochę do ciebie podobny. - Śmieję się, Erik też zaczyna się śmiać, kręci głową, bo nie ma pojęcia, co mnie rozbawiło.
Na ścianach pojawiają się cienie. Odsuwamy się od siebie.
- Zmieniając temat: nie mam zbyt dobrego zdania o nowym rottweilerze twojego ojca - mówię. - To, jak potraktował Alberta, było ohydne, nawet jak na Zieloną Kurtkę.
- Wiem. Myślę, że powinniśmy być wdzięczni za obecność Huxleya, który go temperował.
- Ale dlaczego nie było żadnego cynku? - Od minionego października Erik zawsze nas uprzedzał o zaplanowanych inspekcjach. - Ten pomysł przyszedł szefowi do głowy w ostatniej chwili?
- Wątpię. A Huxley nigdy w życiu nie wpadł na jakiś własny pomysł. Przypuszczam, że to była inicjatywa Rakesa, pewnie już pierwszego dnia chciał zrobić dobre wrażenie na moim ojcu.
I tak nasz czas się skończył. Dzieciaki przepychają się przy wchodzeniu do basenu, skaczą na bombę, spychają się z krawędzi. Dennis wrócił, dmucha w gwizdek, ale nikt nie zwraca na to uwagi. To zrozumiałe. Żyjemy w Protektoracie, nasze życie jest obwarowane długą listą zasad: co jeść, jak się ubierać, dokąd chodzić, jak się tam dostać, co mówić, komu to mówić; władza chętnie kontrolowałaby nawet nasze myśli. Więc kiedy trafi się do miejsca takiego, jak miejski basen, gdzie za nieprzestrzeganie zakazów nie grozi obóz reedukacyjny, zasady idą się grzać.
Erik podpływa do schodków. Przeszedł długą drogę od ostatniego września, ale wciąż nie lubi tłumu. Kiedy wychodzi z basenu, bawełniana koszula przylepia mu się do piersi, dlatego natychmiast odciąga ją od ciała. Co mi powiedział na drugiej randce? Egzema? Fakt, że mi zaufał i zdradził sekret swoich blizn - to, jak do tego doszło i dlaczego - sprawia, że czuję się jednocześnie doceniony i okropny.
Płynę do torów i wybieram jeden z nich. To mnie uspokaja. Zawsze tak było: naprzemienne ruchy ramion w ustalonym, miarowym rytmie, mój cień przesuwający się po kafelkach na dnie. Przez całe popołudnie czułem się jak poluzowane drzwi w czasie wichury, obijające się o ścianę i skrzypiące, a teraz wreszcie mam wrażenie, jakby burza minęła.
Płynę do chwili, gdy nie mogę już dłużej wytrzymać pod wodą. I wtedy widzę Erika stojącego w drzwiach szatni z grupką chłopaków, którzy go otaczają. Uderzam stopami o dno.
- Hej, Dufresne, jak tam twój stary?
Przywódca grupy podchodzi prosto do Erika i popycha go niby na żarty. Erik cofa się na chwiejnych nogach, śmieje się głośno i nieszczerze. Kieruję się do schodków, kiedy rzuca mi ostrzegawcze spojrzenie. I ma rację, dzisiaj niewiele brakowało, dlatego nie mogę zwracać na siebie uwagi, zwłaszcza ze strony organizacji młodzieżowej Protektoratu - tych szkolnych terrorystów, którzy zapisali się tam dla fajnych mundurów, okazji do ćwiczenia salutów i rozstawiania innych dzieciaków po kątach. Dlatego zmuszam się do ponownego zanurzenia w wodzie i patrzę, jak Młode Lwy dobrze się bawią.